Category Archives: LUDZIE i kultura

Imigranci u bram. Kryzys uchodźczy i męczeństwo chrześcijan XXI wieku

davMirosław Boruta

20 czerwca 2017 roku w Sali Papieskiej Domu Arcybiskupów Krakowskich miała miejsce prezentacja najnowszej książki Wydawnictwa „Biały Kruk” – „Imigranci u bram. Kryzys uchodźczy i męczeństwo chrześcijan w XXI wieku”. To zapis rozmowy p. red. Pawła Stachnika z ks. prof. Waldemarem Cisło, przewodniczącym polskiej sekcji Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie. W spotkaniu uczestniczyli m.in. arcybiskup Marek Jędraszewski, metropolita krakowski i biskup Antoine Chbeir, z Kościoła Maronickiego w Syrii.

Zapraszam Państwa do obejrzenia 35 zdjęć z tego wydarzenia:
https://goo.gl/photos/Bg1Aqx5Qt92fuAYT6

Brat ubogich

Edyta Neyman-Malczewska*

„Brat ubogich” to tytuł kolejnej już premiery Teatru Stańczyk. Reżyseria spektaklu oparta jest na pięknych tekstach o życiu i działalności świętego Brata Alberta na bazie tekstów i poezji, a do szczęśliwego finału po uciążliwych w tempie prowadzonych próbach – doprowadziła pani Sława Bednarczyk. Premiera – 29 maja 2017 roku na Scenie Teatru Zależnego Politechniki Krakowskiej i 30 maja 2017 roku na Rynku krakowskim pod Sukiennicami (w czasie nieprzewidzianego pogrzebu p. Zbigniewa Wodeckiego).

20170529baPrzygotowania do tego przedstawienia, były o wiele bardziej pracochłonne od wcześniejszych premier. Jakże człowiek współczesny, który nigdy nie był w sytuacji skrajnego ubóstwa potrafi perfekcyjnie zagrać rolę żebraczki lub zdemoralizowanego bezwstydnego człowieka, aby upodobnić się do podopiecznych Brata Alberta -potrafi na scenie zagrać – nie mając przecież żadnego tego typu doświadczeń w swoim życiu, zwłaszcza po przebytej chorobie jak ja. Cóż… nadrzędnym obowiązkiem aktora jest jak najbardziej perfekcyjne odtworzenie postaci – wcielenie się jakby w nią. Bardzo ciężka praca, która jednak uczy cierpliwości i wiedzy o danej epoce, postaciach ważnych dla narodu oraz prawdy o świętych, których znamy tylko „z obrazka”. Opuchlak żebrak – nędzarz – człowiek w łachmanach, brudny, cuchnący, brzydki, bez środków do życia , bez dachu nad głową. Pozornie łatwa rola, ale mała znajomość psychiki biedaka i jego zachowań spowodowała, że p. Bednarczyk musiała wspomóc nas wykładami z psychiatrii, psychologii oraz osobistej obserwacji zachowań tych ludzi poprzez zaprzyjaźnienie się z nimi – i to spowodowało, że prace wykonaliśmy poprawnie.

Bez cienia przesady, powiem, iż po premierze tego spektaklu widzowie wyszli bardzo smutni i przejęci a największe wrażenie zrobiła gra pani reżyser – Sławy Bednarczyk, która wcieliła się w postać głodującego człowieka – kobiety emerytki grzebiącej w śmietnikach, wyjadającej resztki wyrzucane przez ludzi sytych. Widzowie mówili, że najbardziej wstrząsającym momentem w tej roli było poszukiwanie jedzenia w śmietniku. Rola Brata Alberta w którą wcielił się pan Edward Jankowski również bardzo podobała się zaproszonym gościom.

Po premierze towarzyszył mi dziwny smutek i nie wiem właściwie dlaczego, ale może wymowne milczenie moich bliskich miało ten wymiar dramatyczny, który i mnie się udzielił. Przecież tak naprawdę nie wiedzą ludzie NIC o sytuacji tych najniżej dna żyjących. Odwraca się od nich oczy… udając, że ich nie ma. To jakiś wyrzut sumienia a sumienie prawdę odczuwa – choć można go też zniszczyć, otępić, znieczulić bezpowrotnie.

Uświadomiłam sobie, iż w XXI wieku ludzie przyzwyczajeni są do czerpania z życia jedynie przyjemności, luzu, wygodny, chcą się śmiać. Może podczas tego spektaklu ludzie uruchomili w sobie mechanizmy obronne, by nie dotknęła ich taka nędza. Szkoda, że tak łatwo ulegają modzie, pieniądzu, przyjemnościom nie doceniając w pełni wartości duchowych i moralnych w takich spektaklach jak ten. Chodzą na przedstawienia obrzydliwe i bezwstydne, prymitywne i wulgarne a teatr ma nieść dobro, szlachetność i piękno nie „sztukę dla sztuki”.

Część widzów jednak dostrzegła ten ogrom pracy reżyserskiej i aktorskiej p. Sławy, która postarała się przypomnieć Krakowowi problem znieczulicy etycznej świata bogatego, świata ludzi sytych. A ja od 2011 roku biorę udział w premierach. Miałam różne role. Postać Jagustynki z „Chłopów” Reymonta, rolę poetki, zwariowanej nieco literatki w spektaklu „Droga do Marzeń” czy Damy z paryskiego „Ogrodu Apollinaire’a”. A rola żebraczki zwracającej się do Ducha św. Alberta w ostatniej premierze to naprawdę było nie lada zadanie aktorskie. Teksty wymagały ode mnie ogromnej dykcji i nie wstydzę się przyznać że budziły we mnie lęk a nawet frustrację, bo nie wiedziałam czy podołam. Z drugiej strony intrygowały mnie te role, chciałam się z nimi zmierzyć, wspiąć się o jeden stopień wyżej w pracy nad słowem poetyckim, nad artykulacją. Czy ten cel osiągnęłam? Tego nie jestem pewna lecz za mną kolejne aktorskie wyzwanie, które choć trudne dla niepełnosprawnego, dają szansę sukcesu – słowem wyzbycia się kompleksu bycia nikim, mało docenianym i społeczeństwu niepotrzebnym, bezużytecznym, mało wydajnym jako człowiek, podobnie jak dla świętego Brata Alberta nędzarze.

* Autorka jest aktorką Teatru Stańczyk. Tekst zawiera we fragmentach zapis własnych obserwacji i osobistych refleksji nad życiem.

Kto weźmie przykład ze Świetlickiego?

jerzybukowskiJerzy Bukowski

Na nielubianą władzę można się obrażać na wiele różnych sposobów. Krakowski poeta Marcin Świetlicki postanowił „dać jej popalić” apelując do Ministerstwa Edukacji Narodowej o wykreślenie jego wierszy z nowych podręczników dla szkół średnich.

„W przeciwieństwie do Homera i Herberta żyję jeszcze i mam możliwość zaprotestowania. Podejrzewam również, że Prawdziwi i Jedyni Polscy Poeci z tej listy (Wencel, Polkowski) wcale nie cieszyliby się z mojego towarzystwa na stronach podręcznika. Toteż błagam o pominięcie moich wierszy. Ci licealiści, którym na tym zależy dotrą do nich bez Waszej pomocy” – napisał na swoim profilu facebookowym.

Brawo, podwawelski poeto! Teraz czas, aby przetartym przez Pana śladem poszli żyjący reprezentanci innych nauk, których dorobek niecnie wykorzystywany jest w podręcznikach szkolnych za czasów okrutnego reżimu. Niech matematycy, fizycy, chemicy, historycy wystosują podobne apele do MEN.

Archimedes, Tales, Euklides, Sokrates i Platon nie mogą już, niestety, zdecydowanie zaprotestować, ale ci koryfeusze nauk wszelakich, którzy żyją powinni niezwłocznie przystąpić do szerokiego frontu obrony demokracji, wolności, konstytucji, swobód obywatelskich, itp. przed potępianą przez cały postępowy świat dyktaturą Prawa i Sprawiedliwości zakazując powoływania się na ich dorobek dopóki ta nieludzka władza wreszcie nie upadnie.

To widzowie wyklaskali nam sukces… Wyjątkowy wywiad z Andrzejem Sikorowskim

Przed nami koncert z okazji z jubileuszu czterdziestolecia Grupy pod Budą. Wszystko zaczęło się od mandoliny, potem przyszła gitara, teksty pisanie na studiach, po pierwszą nagrodę otrzymaną na krakowskim festiwalu za autorską piosenkę Nowy Rok. Jak wspomina Pan te chwile?

towidzowie1Byłem studentem 4 roku filologii polskiej i za namową kolegów zgłosiłem się do eliminacji festiwalu piosenki studenckiej. Przebrnąłem przez eliminacje i zająłem ex aequo pierwsze miejsce. Moja piosenka nazywała się Nowy Rok, a festiwal odbywał się w grudniu 1970, co niefortunnie zbiegło się z politycznymi wydarzeniami grudniowymi, ze strajkami w stoczni, strzelaniną i w zasadzie z upadkiem rządów Gomułki. Piosenka opowiadała tak naprawdę banalną historię, że zbliża się Nowy Rok, że „niesie nowe kalendarze, przywitamy go przed furtką, resztę czas pokaże” i nie chciałem w niej w żaden sposób przewidywać przyszłości. Odebrana ją jednak jako przepowiednię polityczną, a ludzie śpiewali „nowe niesie sekretarze”. Dostałem za to po łapach i mimo tego, że dostałem pierwszą nagrodę, piosenki nie prezentowały żadne media, bo uznano, że jest nie po myśli władzy. W jakimś sensie więc ocenzurowano mnie, mimo, że nigdy nie uprawiałem twórczości zaangażowanej. Nigdy nie wypowiadałem się na tematy polityczne, bo uważam, że zadaniem artysty nie jest opowiadanie o polityce, tylko ewentualne wzruszanie ludzi.

Odnośnie wzruszania. Często pojawia się Pana zdanie, że koncert jest intymną rozmową ze słuchaczem. Co wzrusza ludzi w dzisiejszych czasach?

Chciałbym, aby, każdy koncert poruszał ludzi siedzących na publiczności. Warunki bywają jednak różne. Czasami są to sale teatralne, gdzie jest oświetlenie i odpowiednia atmosfera, ale grywa się również pikniki na otwartym powietrzu, gdzie ludzie piją piwo i wtedy ta intymność jest całkowicie inna. Mam taki zwyczaj, że swoje śpiewanie adresuje zazwyczaj do jednej osoby, którą wybieram spośród publiczności. Nie wiem z jakiego powodu: czy dlatego, że jest to uśmiechnięta, sympatyczna twarz, czy dlatego, że ktoś zareagował w jakiś sposób na moją frazę. Odnoszę wtedy wrażenie, że cały koncert śpiewam tylko dla niej. Zmierzam do tego, że zawsze chodzi mi o nawiązanie bardzo osobistego kontaktu z ludźmi, którzy mnie słuchają i przekazania im czegoś. Zawsze wyznawałem teorię, że piosenka ma ogromną siłę rażenia. W dobrze napisanej piosence można przez trzy minuty zawrzeć tyle, ile inni zawierają w pięciusetstronicowej powieści. Autor piosenki ma bardzo silną broń w ręce i były piosenki, które wiodły ludzi na barykady, albo wręcz powodowały przewroty. Ja, jak wspomniałem, nie jestem piosenkarzem politycznym, ale bardzo ceniłem piosenki Jacka Kaczmarskiego, które były krwiste i pełne buntu. Jeżeli ktoś się w nie zasłuchał to czasami pewnie miał ochotę wyrwać murom zęby krat. Ja tego nigdy nie robiłem, ale jeżeli komuś na skutek mojego śpiewania piknie coś po lewej stronie, to też odnoszę jakiś mały sukces.

Po wygraniu festiwalu studenckiego. Bohdan Smoleń zaproponował Panu wstąpienie do Pod Budą. Zmieniła się wówczas struktura zespołu.

towidzowie2Kiedy po kilku latach bycia wolnym strzelcem, Bohdan zaproponował mi w ’75 roku udział w kabarecie to przyszedłem, jednak bardziej interesował mnie działający tam zespół muzyczny. Kiedy zasiliłem go swoimi piosenkami i osobą: śpiewając i grając na gitarze, to nagle okazało się, że jesteśmy z szefem zespołu, Jankiem Hnatowiczem, w tak dobrej korespondencji, że to wszystko nabrało całkowicie nowego znaczenia. Nie chcę powiedzieć, że wbiłem gwóźdź do trumny, ale krytycy po ostatniej premierze kabaretu wypowiedzieli się, że program kabaretowy powiedzmy był taki sobie, ale zespół muzyczny jest godny uwagi. Wkrótce potem kabaret się rozwiązał. Został zespół muzyczny, który dostał propozycję pracy na zawodowych warunkach od agencji koncertowej Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. Zaczęliśmy wtedy jeździć samodzielnie, jednak ogon w postaci kabaretu Pod Budą ciągnął się jeszcze za nami dość długo. Powiem szczerze, że był dość uciążliwy przez jakiś czas. Ludzie kupowali bilety i byli przekonani, że idą na kabaret, że będzie bardzo śmiesznie, że będą tak zwane jaja, tymczasem wychodziła moja koleżanka i śpiewała liryczną piosenkę, za chwilę wychodziłem ja i śpiewałem liryczną balladę, by za moment weszła moja obecna żona i zaśpiewała coś po grecku. Pamiętam takie imprezy, gdzie słuchać było pewien niepokój z widowni, pewnego rodzaju oburzenie, że ich nabraliśmy, bo to nie jest żaden kabaret. Trzeba się było z tym zmagać. Wszystko zmieniło się z biegiem czasu, gdy po dwóch latach od ostatniej premiery kabaretu pojechaliśmy do Opola i zaśpiewaliśmy „Kap, kap płyną łzy”, a amfiteatr oszalał i na dobrą sprawę trochę wyklaskał dla nas to wyróżnienie. Zdaje się, że nie byliśmy zaplanowani do nagrody, jednak ludzie tak zareagowali, że jurorzy dali nam wyróżnienie i to już później poszło w Polskę. Od tego momentu rozpoczęła się dość mocna popularność Grupy Pod Budą: propozycja nagrania pierwszej płyty, później kolejnej. Piosenki gościły wtedy w radio i można powiedzieć, że z tej piwnicy kabaretowej wyszliśmy na światło dzienne. Pomimo tego, że w tamtych czasach można było w ruchu studenckim funkcjonować nawet bez tego światła dziennego. Klub studencki to była tak mocna instytucja, że jak przyjeżdżaliśmy do Poznania, to graliśmy tam tydzień, każdego dnia w innym klubie. Tak samo było w Gdańsku, nie będąc tak naprawdę znani ogółowi Polski. Wygranie studenckiego festiwalu to było coś!

Pamięta Pan pierwszy koncert z Pod Budą?

Nie wiem, czy przez przypadek nie odbył się on na Famie. Był to już tylko recital piosenki, bez pomocy artystów kabaretowych, bardzo nieporadnie zresztą klecony, bo na początku nie mieliśmy nawet materiału żeby wypełnić półtoragodzinny program. Już wtedy jednak reagowano na nas bardzo dobrze, chociażby ze względu na dość nietypowe instrumentarium. Mieliśmy gitary akustyczne, ja grałem na mandolinie, kolega na skrzypcach, dwie dziewczyny śpiewały. Bardzo podpieraliśmy się wówczas wokalami, chórkami. Jak na owe czasy było to dosyć nietuzinkowe, więc jednocześnie dobrze przyjmowane.

Czy ta nietuzinkowość pozwoliła, aby zespół przetrwał 40 lat? Jest to wyróżnienie samo w sobie, grać 40 lat w jednym składzie.

towidzowie3Myślę, że tak długa popularność to nie tylko efekt unikalności stylistycznej, ale naszej konsekwencji. Przez te czterdzieści parę lat nie zmienialiśmy oblicza, robiliśmy to, co uważaliśmy za słuszne. Zawsze najistotniejszy był natomiast przekaz, czyli to co jest zawarte w piosence. Nigdy nie stroiliśmy się w piórka, nie szliśmy za modą, że jest rap, to zarapujemy, jest garażowe granie, to może tego spróbujemy. Publiczność bardzo szybko wyczuwa kiedy ktoś kombinuje, kiedy artysta chce się przypodobać. Taką konsekwencję stylistyczną ludzie sobie cenią i zawsze wiedzieli czego się po nas spodziewać, że jest to kapela, która stawia na to, by było i do rymu i do sensu, żeby było melodyjne i dało się później powtórzyć. Myślę, że w ten sposób wyrobiliśmy sobie pewną grupę publiczności. Nie jest to masowa popularność. Mamy jednak tę gwarancję, że w dużej miejscowości przyjdzie na nas 300-400 osób i te 300-400 osób czeka na kolejną płytę, szuka nas w Internecie i sprawdza czy robimy coś nowego. Wiem to, bo wprawdzie koncertuję z Pod Budą, ale od wielu lat uprawiam już jakby osobną działkę, śpiewając ze swoją córką. Nagraliśmy 4 osobne płyty z Mają i one również się rozchodzą. Ludzie więc wiedzą, że facet z Pod Budą robi coś innego, ale spodziewają się, że jest to w jakimś sensie podobne, że się nie sprzedałem, a Maja śpiewa podobne piosenki, jak śpiewała wokalistka Pod Budą, bo ich autorem jest ten sam facet.

Z czego Pan czerpał i czerpie inspiracje dzisiaj?

Myślę, że cały czas brałem inspiracje z otoczenia, bo zawsze pisałem piosenki o tym, co się dzieje dookoła mnie, o problemach, które mnie dotknęły, albo na których się znam. Nigdy nie pisałem piosenek, które mają jakiś taki podtekst filozoficzny. Nie chciałem nigdy rozwiązywać problemów bytu, czy wszechświata, bo są zbyt odległe i zbyt mało się na tym znam, by się na ten temat wypowiadać. Po prostu jestem na to za głupi. Natomiast na knajpie, na autobusie, na ulicy, na balandze, na takich rzeczach po prostu się znam, bo całe życie tego dotykałem i dlatego właśnie o tym piszę. Wyznaję teorię, że jeżeli się stworzy opowiastkę, to piosenkę można napisać o wszystkim. Pamiętam nawet, jak w dawnym NRD graliśmy na budowie dla polskich robotników. Po skończonym spotkaniu była wódeczka, zaczęliśmy gadać i zadano mi właśnie pytanie na ten temat. Odpowiedziałem tak samo, że można napisać o wszystkim. Któryś z siedzących i polewających robotników odpowiedział, że to chyba niemożliwe. W związku z tym żeśmy trochę wypili, padł zakład. Oni polewali, a ja miałem piętnaście minut, by napisać tekst piosenki. Tak powstała „Postawcie nam barak chłopaki”, która potem znalazła się na naszej płycie. Kiedyś napisałem też piosenkę o filiżance, bo ktoś również mi nie wierzył, że można. Nagraliśmy więc piosenkę o filiżance, która stoi w kawiarni i podsłuchuje za pomocą swoich uszek tego, co mówią ludzie. Wszystko to tylko kwestia znalezienia pomysłu. Największym problemem i trudem przy pisaniu piosenek jest pytanie: o czym to będzie? Jak to wykombinować? Nie piszę tak, że siadam z kartką papieru i mówię: o, dzisiaj napiszę tekst piosenki. Nigdy tak nie było. Wymyślam piosenki bez przerwy, ale robię to jadąc samochodem, robiąc zakupy. Czasami może żona zarzuca mi, że zbyt mało czasu jej poświęcam, albo że jestem zbyt zajęty własnymi myślami, ale, szczerze mówiąc, ja lubię być z własnymi myślami i przeważnie właśnie wtedy coś kombinuje, rymuje, a jak już przyjdzie mi do głowy coś wartego uwagi, to zapisuję, by nic nie uronić. Jak mam już wykombinowane o czym będzie piosenka, to sam proces zapisywania, rymowania jest dość krótki, być może dlatego, że już tych piosenek wiele napisałem i mam pewną praktykę. Tak więc piszę piosenki o wszystkim tym co mnie dotyczy, na czym się w jakim w niewielkim stopniu się znam. To jest moja naczelna zasada.

Przed Panem wielki koncert w Krakowie, wielka sala. Co widzowie będą mogli zobaczyć, usłyszeć?

Koncert może być atrakcyjny w dwojaki sposób. Ludzie, którzy przyjdą, bo sentyment każe im być w okrągłą rocznicę z Zespołem Pod Budą usłyszą te przeboje, na których się wychowali, za którymi tęsknią i których nie wyobrażają sobie, by mogły być pominięte, czyli po prostu przegląd piosenek Pod Budą . Równocześnie zobaczą też, że facet, który przez całe lata dostarczał tekstów do Pod Budą, jest nadal aktywny i robi coś nowego. Usłyszą więc te nowsze piosenki z moim wykonaniu, które nie mają wiele wspólnego z Pod Budą, bo są grane w innym składzie, usłyszą je w wykonaniu mojej córki Mai, która może zaśpiewa również po grecku, kontynuując pewną tradycję rodzinną. Myślę więc, że będzie to koncert bardzo urozmaicony, pomimo, że stylistycznie będzie osadzony w tym samym gitarowym graniu. Uważam, że zaprezentujemy szerokie spectrum piosenek i będzie to materiał skierowany zarówno do najwierniejszych fanów, naszych rówieśników, ale również do rówieśników mojej córki, którzy pamiętają może koniec popularności Pod Budą i początek działalności Mai. Myślę więc, że będzie to bardzo fajny koncert. Miejsce jest przy tym bardzo godne, mogące pomieścić tysiąc osób. Kilkukrotnie wypełnialiśmy już tę salę i sądzę, że i tym razem będzie wspaniale.

Wywiad przeprowadził Mateusz Mróz

Ksiądz Tymoteusz Szydło

alicjarostockaAlicja Rostocka

W Święto Zesłania Ducha Świętego (4 czerwca 2017 roku) ksiądz Tymoteusz Szydło, syn premier Beaty Szydło, odprawił swoją drugą mszę świętą, tym razem w rycie trydenckim. Nabożeństwo odprawione zostało w kościele Świętego Krzyża w Krakowie. Poniżej kilka pamiątkowych zdjęć z udzielonych przez Niego błogosławieństw: https://goo.gl/photos/N4gmox9NWHoe6jAH8

Ulica Adama Doboszyńskiego w Chorowicach

alicjarostockaAlicja Rostocka

We wsi Chorowice, w województwie małopolskim, w powiecie krakowskim, w gminie Mogilany ustanowiono nazwę ulicy Adama Doboszyńskiego (1904-1949), polskiego polityka i pisarza, wybitnego członka Stronnictwa Narodowego.

doboszynskiadamJak podaje Wikipedia pierwsze historyczne wzmianki o Chorowicach pochodzą z roku 1123. Wymienione zostały wówczas w dokumencie legata Idziego, jako należące do uposażenia klasztoru Benedyktynów w Tyńcu.

W najnowszej historii, w okresie międzywojennym, wieś należała do rodziny Doboszyńskich a właśnie Adam Doboszyński, junior (fot. nop.org.pl) został bestialsko pozbawiony życia przez rządzącą po 1945 roku sowiecko-komunistyczną bezpiekę. Grób symboliczny polskiego Bohatera znajduje się na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie w Kwaterze „Na Łączce”. Czołem Wielkiej Polsce.

Kto tu naprawdę jest gorszego sortu?

elzbietamorawiecElżbieta Morawiec

Na to nie ma słów w żadnym języku świata. Odkrycie szczątków 7 innych ciał w trumnie generała Kwiatkowskiego – przelało czarę. Przypominam, że wcześniej było zbezczeszczone ciało Anny Walentynowicz (mimo prawidłowej identyfikacji dokonanej przez rodzinę w Moskwie), szczątki – parę nóg, rąk, dwie głowy w innej trumnie. Znaczy to tylko jedno – to bezczeszczenie świadomie i celowo dokonało się w Moskwie, już po identyfikacji przez rodziny. Świadome, azjatyckie barbarzyństwo, przyklepane przez ówczesne władze polskie, decyzją nie otwierania trumien: Donalda Tuska, Ewy Kopacz, Bronisława Komorowskiego. Cała ta wielka trójka ma dziś czelność zabierać głos w polskich sprawach publicznych, trójka ludzi pozbawionych elementarnego poczucia dobra i zła. Bronisław Komorowski ośmiela się publicznie besztać premier Beatę Szydło i określać ludzi, którzy popierają ten rząd ludźmi podlejszego sortu. Kiedy Jarosław Kaczyński, w swoim czasie, użył określenia ludzie gorszego sortu miał na myśli – pospolitych zdrajców, krzykaczy politycznych. Zrobiono z tego w mediach – zgoła inną treść. Niby to JK podzielił Polaków na lepszych i gorszych, generalnie!!

Pora zadać pytanie państwu Tuskowi, Kopacz, Komorowskiemu – za jakich ludzi uznali swoich rodaków, którzy zginęli w Smoleńsku, skoro pokornie położyli „ruki pa szwam” i wykonali „prikaz” nie otwieranie trumien w Polsce. Wbrew prawu! To właśnie byli dla nich ludzie „gorszego sortu”, nawet jeśli znajdowali się wśród zmarłych postaci z ich własnej partii. Ówczesna minister zdrowia zasłynęła też z wyrafinowanego kłamstwa – o pracy „ramię w ramię” polskich i rosyjskich patomorfologów, o „przekopywaniu ziemi na metr w głąb”. Gdy w parę dni po katastrofie odnajdywano szczątki ofiar w smoleńskim błocie Donald Tusk, wyściskawszy się w Smoleńsku z Putinem, następnie… uciekł na narty w Dolomity. Żeby uniknąć wypowiedzi, jaka przystała premierowi. W historycznej pamięci narodu pozostanie zapewne na zawsze radośnie uśmiechnięte oblicze prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego na Okęciu, kiedy przyleciały trumny ofiar. Ostatni ks. biskup Pieronek był łaskaw zauważyć, że ekshumacje przeprowadzane teraz – to tylko bezczeszczenie zwłok. Czy umiałby to powtórzyć dziś wdowie po generale Kwiatkowskim?

Gdyby w sprawie Smoleńska nie zdarzyło się nic więcej – gdyby nie oddanie sprawy w ręce Rosjan, zastosowanie niewłaściwego paragrafu prawa, niszczenie permanentne przez Rosjan szczątków wraku, manipulowanie nagraniami, odmowa wydania wraku, gdyby było tylko to – przyzwolenie na pohańbienie ciał polskich prezydentów, generalicji, posłów, księży, gdyby nie było ohydnego widowiska, podtrzymywanego przez władze – wyśmiewania, lżenia tragedii na Krakowskim Przedmieściu – całe odium powinno spaść na tę „wielką trójkę”. Powinni sami mieć na tyle wstydu, aby publicznie nie występować, a jeśli się ośmielają należy to publicznie napiętnować. To oni właśnie, nie wyborcy PiS, okazali się ludźmi bez sumienia, pospolitymi kłamcami. Bez zdolności honorowej. Nie tylko pohańbili imię Polaka, sprzeniewierzyli się ludzkiej i chrześcijańskiej etyce. I kto tu naprawdę jest pośród ludzi „gorszego sortu?”

I ona skończyła UJ!

jerzybukowskiJerzy Bukowski

„Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości” – te słowa Marka Twaina przyszły mi natychmiast na myśl, kiedy usłyszałem w programie Marcina Mellera „Drugie śniadanie mistrzów” w Telewizji TVN24 poniższą wypowiedź reporterki „Gazety Wyborczej” Anny Pamuły:

- Przyjmujemy tych 7 tysięcy uchodźców i wśród nich jest jeden zamachowiec. Wysadza się w powietrze i ginie 10 Polaków, ale uratowaliśmy życie 6999 osób, które uciekały przed wojną.

Ponieważ Pamuła jest absolwentką stosunków etnicznych i migracji międzynarodowych na Uniwersytecie Jagiellońskim, na którym również ja skończyłem studia, pragnę serdecznie przeprosić Polaków w imieniu wszystkich posiadających dyplomy tej szacownej uczelni. Przez egzaminacyjne sito przedostają się też niekiedy takie osoby.

Moja pasja lotnictwo

Rafał Chyliński

Wstęp

mojapasjalotnictwo1Zebrane i opracowane przez autora materiały ukazujące drogę życiową i karierę zawodową doc. mgr inż. Tadeusza Chylińskiego są tak różnorodne i unikatowe, że wypełniły dwa obszerne tomy, które dziś chciałbym przekazać Szanownym Czytelnikom. Lotnictwo było życiową pasją T. Chylińskiego i poświęcił mu się od wczesnej młodości. W latach 30. XX wieku podjął studia na kierunku lotniczym Wydziału Mechanicznego Politechniki Warszawskiej, ukończył kurs szybowcowy zdobywając kat. C pilota, później podjął pracę konstruktora lotniczego w wytwórni samolotów DWL-RWD. Wykazał się wyjątkowymi zdolnościami i sporym talentem, ale krótki okres intensywnej, twórczej pracy T. Chylińskiego przerwała napaść Niemiec hitlerowskich na Polskę 1 IX 1939 roku. Do pracy dla lotnictwa polskiego mógł powrócić dopiero w 1945 roku. W lipcu 1945 roku złożył w Ministerstwie Komunikacji projekt wstępny samolotu turystycznego C1, a na przełomie lat 1945/1946 wziął udział w konkursie na projekt jednoosobowego motoszybowca. Komisja konkursowa Ministerstwa Komunikacji za najlepszy uznała projekt motoszybowca „Pegaz” przedłożony przez T. Chylińskiego, ale produkcji nie podjęto.

mojapasjalotnictwo2W styczniu 1948 roku T. Chyliński podjął pracę w Instytucje Technicznym Lotnictwa (przemianowany 1 IV 1948 r. na Główny Instytut Lotnictwa, później na Instytut Lotnictwa), gdzie przeszedł całą ścieżkę kariery zawodowej. Początkowo był pracownikiem Działu Wytrzymałościowo-Konstrukcyjnego, następnie kierownikiem tego Działu, w którego skład wchodził także Dział Badań w Locie. Później powołano go na kierownika Zakładu Płatowcowego i Zakładu Wytrzymałości Instytutu Lotnictwa. Zasadniczym tematem pracy T.Chylińskiego, a zarazem głównym dziełem jego życia było stworzenie systemu badań wytrzymałościowych sprzętu lotniczego. Pod jego kierunkiem były sprawdzane i badane niemal wszystkie konstrukcje samolotowe, śmigłowcowe i szybowcowe polskiego przemysłu lotniczego lat 50. i 60. XX wieku oraz projektowane niezbędne wyposażenie do tych badań. Pod jego kierunkiem ukształtowali się główni specjaliści Zakładu Wytrzymałości Instytutu Lotnictwa w zakresie wytrzymałości konstrukcji płatowców.

Opowieść o życiu i pracy dla polskiego lotnictwa doc. T. Chylińskiego autor zilustrował dużą ilością orginalnych dokumentów i innych źródłowych materiałów ikonograficznych oraz opisami wielu badań wytrzymałościowych sprzętu lotniczego przeprowadzanych w tamtych latach w Zakładzie Wytrzymałości Instytutu Lotnictwa.

Autor pragnie gorąco podziękować Dyrektorowi Instytutu Lotnictwa panu dr. hab. inż. prof. nadz. Witoldowi Wiśniowskiemu za udostępnienie z zasobu Archiwum IL materiałów dotyczących Instytutu Lotnictwa, a głównie Zakładu Wytrzymałości.

Zbigniew Wodecki (1950-2017)

krakowniezaleznymkInformacja wlasna

Za Wikipedią: Zbigniew Wodecki (ur. 6 maja 1950 w Krakowie, zm. 22 maja 2017 w Warszawie) – polski muzyk, multiinstrumentalista (grał na skrzypcach, trąbce i fortepianie), kompozytor, aranżer, piosenkarz, aktor i prezenter telewizyjny… Zdjęcia z 2015 roku nadesłał p. Andrzej Kalinowski, dziękujemy: https://goo.gl/photos/h6GJf2jycDih77rF6

Wielka nadzieja i mały bunt

elzbietamorawiecElżbieta Morawiec

Kiedy się pamięta, jak ja, protesty w obronie wolności słowa w r.1967/8 po zdjęciu przez komunistów „Dziadów” Dejmka w Teatrze Narodowym i słyszy się o „buncie „ zespołu w Starym Teatrze w Krakowie – ręce opadają. Nad Starym, w dniu rozstrzygnięcia Kon kursu na dyrektora tej sceny – zawisły żałobne flagi… Konkurs wygrał Marek Mikos, dziennikarz, osoba mało rozpoznawalna, zgoda. Na pewno – przyzwoity człowiek. Ale nie on będzie nowym budowniczym sceny. Będzie nim artysta w Polsce mało znany (realizacja opery „Maria” w Gdyni), ale ktoś, kto dał się już poznać jako osobowość wybitna na scenach Europy, Ameryki, nawet w Afryce Południowej. Michał (Michael) Gieleta (lat 43), Polak, wykształcony w Oxfordzie, do swoich osiągnięć doszedł własną, wielką pracą. Terminował u największych – Franka Zefirellego, Georgio Strehlera, Luki Ronconiego. Realizował wielkie opery w teatrach muzycznych całego świata, ma za sobą także bogaty dorobek dramaturgii teatralnej – zarówno Szekspira, jak i pisarzy współczesnych. Z jego wypowiedzi wynika, że jest absolutnym przeciwnikiem czegoś, co jest rozpowszechnione w Europie środkowej, tzw. regietheater. A co się sprawdza do bezceremonialnych przeróbek oryginalnego tekstu dramaturga. A co jest plagą, nagminną praktyką w teatrze polskim. Czy mogą być lepsze rekomendacje? Ale ze Starego Teatru usłyszałam głos pewnej pani, która stwierdziła: „nikt z zewnątrz nie będzie nam nic narzucał”. I jeszcze – „nie pozwolimy, aby  r z ą d  nam coś narzucał”. Tak jakby konkursy nie zakładały, że zawsze jest to ktoś z zewnątrz i jakby Stary Teatr utrzymywał się sam, bez 14 milionowej dotacji od tego, „złego” rządu…

Te czarne flagi – to „żałoba” po Janie Klacie. Startował w konkursie i przegrał. Przyjmijmy na chwilę, że niesprawiedliwie. Buntownikom ze Starego Teatru należy postawić jedno tylko pytanie : Co takiego nieprzemijającego, wielkiego pozostawił za sobą ten, ich zdaniem „wielki skrzywdzony”? Patrzę na teatr polski, opisuję go od ponad 50 lat, byłam świadkiem i uczestniczką wielkiej ery Starego Teatru – w moim najgłębszym przekonaniu, czemu dawałam wielekroć wyraz publicznie – Klata to jeden z największych niszczycieli tradycji teatru, ktoś, kto pozostawia po sobie – spaloną ziemię. Konia z rzędem temu, kto wymieni jedna bodaj rolę aktorską, jaka zaistniała w przedstawieniach samego Klaty bądź reżyserów przezeń angażowanych.

Po objęciu dyrekcji Klata zapowiadał buńczucznie: rzucę Kraków na kolana i odwoływał się do swojego idola… Steve’a Jobsa! Wcześniej jako reżyser gościnny zafundował Krakowowi adaptację „Trylogii” Sienkiewicza. Przyprawioną a la mode, lansowana prze „Gazetę wyborczą” jako element „filozofii wstydu” za polska historię. W tym lustrze sceny Polacy byli zaciekłymi antysemitami i groteskowymi rycerzami bezsensownej walki o wolność. Filozofia sceniczna Jana Klaty już podczas dyrekcji miała jako podstawowe przesłanie – walkę z wartościami polskiej tradycji. I tradycji Starego Teatru. Niszczyć, anihilować – taka była niepisana dewiza.

Na pierwszy ogień miał pójść Konrad Swinarski i jego legendarna „Nie-boska komedia” sprzed lat. Brudnej roboty podjął się niezawodny Olivier Frljić, bezczelny skandalista jak Europa długa. W spektaklu tezą był: 1. antysemityzm Krasińskiego, 2. antysemityzm Swinarskiego 3. antysemityzm Polaków jako nacji. Bunt wybitnych aktorów wobec tekstu, w którym z Krasińskiego nic nie dostało – (8 aktorów m.in. Anna Dymna, Tadeusz Huk oddało role, Anna Polony odeszła w proteście ze Starego) zapobiegł katastrofie. Ale Klata – nie odpuścił – zorganizował w foyer teatralnym tzw. happening – niby o katastrofie pod Damaszkiem, w istocie o Smoleńsku. Obrzydliwy, gorszący, mówiąc eufemistycznie. Jako były kierownik literacki Starego skierowałam wówczas do aktorów list, który chce tu zacytować „śledztwo w sprawie śmierci Konrada Swinarskiego pod Damaszkiem, /…/ którego wielkość z bezprzykładnym brakiem kultury staracie się zniszczyć to zaledwie pretekst. Konrad Swinarski zbudował wielkość tego teatru i żadne wasze happeningi nie są w stanie zniszczyć jego wielkości. Po nim, w tych murach pozostała wielkość, po was zostaną tylko ruiny./…/

We własnym mniemaniu jesteście buntownikami. Nic obłędniejszego. Płyniecie zgodnie z obowiązująca w Europie fala, która na wszystkich polach, przede wszystkim w kulturze dąży do zniszczenia tego, co w kulturze wartościowe, co jest fundamentem europejskości. /…/ W tym teatrze od 10 miesięcy mamy nieustający festyn barbarzyństwa szkalowania tradycji. Tu się postponowało Piłsudskiego i gloryfikowało czerwonego kata i zdrajcę, Dzierżyńskiego Chcecie powrotu bolszewickiej Polski spod znaku Kohna, Marchlewskiego z r.1920 – dalej się tak bawcie. Nowy Dzierżyński albo wielkorządca Putin wskażą wam wasze miejsce w kulturze. I pomyśleć, że dla was i za was – wasi rówieśnicy z różnych pokoleń oddawali życie, byście mieli wolność. Pytam, co zrobiliście z wolnością, która was nic nie kosztowała?”

Apel pozostał bez echa. Potem było już tylko gorzej albo – tak samo. Skandaliczne „Do Damaszku”, wielki metafizyczny dramat Strindberga, z którego niewiele pozostało. Ale w pamięci mam żenującą scenę, w której wybitny aktor, Globisz, kąsa własną rękę, niczym zwierzątko, półpornograficzne sceny, z udziałem Doroty Segdy.. Jeden ze spektakli został zerwany przez publiczność. Bez efektu. A był jeszcze „Poczet królów polskich (reż. Krzysztof Garbaczewski) tandetny kabaret, drwina z polskiego podziemia niepodległościowego czasu okupacji, Było „Akropolis” (reż. Łukasz Twardowski), gdzie z Wyspiańskiego kamień na kamieniu nie został, zastąpiony multimedialnymi błyskotkami, był „Król Lear” samego Klaty, gdzie król stał się… papieżem z córkami. Ale dość tej wyliczanki. Wnioski ogólne są ważniejsze. A praktyce Klaty (i przezeń zatrudnianych reżyserów) sprowadzają się:

1. do anihilacji tekstu dramaturga,
2. obniżaniu rangi scenerii dramatu, co w konsekwencji jest niszczeniem pamięci i tożsamości kulturowej widza,
3. odhumanizowania aktora, pozbawienia go możliwości kreowania postaci, osoby ludzkiej,
4. całkowitemu zamazaniu  p r z e k a z u  płynącego do widza,
5. w konsekwencji, przez lekceważenie i aktora, i widza – zniszczenie podstawowej, wspólnotowej misji teatru.

Klata nie był w tych praktykach odosobniony. Takie są tendencje wśród tzw. „młodych najzdolniejszych”. Ale pytam was, buntowników spod żałobnej flagi – naprawdę chcecie powrotu do  t a k i e g o  teatru? Nie widzicie wielkiej, wspaniałej nadziei na odnowienie wielkości waszej wspaniałej sceny, jaką stwarza wam konkursowe zwycięstwo Michała Gielety i Marka Mikosa? Chcecie dalej być aktorami bez ról, teatrem bez miejsca w gmachu kultury wielkiej, wysokiej?

Prawnicy czy kibole?

jerzybukowskiJerzy Bukowski

Polityczne niezadowolenie można wyrażać na wiele różnych sposobów: poprzez rzeczową polemikę w dyskusji, pisanie listów, straszenie sądem bądź Trybunałem Konstytucyjnym, gwizdy, buczenie, wznoszenie okrzyków, skandowanie haseł, wywieszanie transparentów, demonstracyjne opuszczenie sali, itp.

Zależy to od okoliczności, kontekstu, miejsca i czasu, specyfiki protestującej grupy, a nade wszystko od kultury jej członków. To, co można usprawiedliwić podczas meczu piłkarskiego, wiecu politycznego lub ulicznej manifestacji nie powinno się nigdy zdarzyć w trakcie kongresu prawników, ponieważ pewne zachowania pozostają w jawnej sprzeczności z godnością tego zawodu.

O ile mogę jeszcze zrozumieć (co nie znaczy: akceptować) wyjście z sali na znak protestu przeciw polityce Ministerstwa Sprawiedliwości wobec tej korporacji prezentowanej przez jego przedstawiciela, o tyle próba zagłuszenia odczytywania listu od Prezydenta RP jest skandalem, którego powinni wstydzić się wszyscy uczestnicy dzisiejszego kongresu.

Wyłonioną w demokratycznych wyborach głowę niepodległego państwa należy szanować, nawet jeżeli podejmowane przez nią decyzje budzą zdecydowany sprzeciw jakiegoś środowiska.

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby polscy prawnicy polemizowali z prezydentem Andrzejem Dudą w dowolnych, a zwłaszcza dotyczących ich sprawach, formułując ostre zdania, a nawet oskarżając go o łamanie Konstytucji, jeżeli tak uważają. Nie wolno im jednak gwizdać, buczeć, ani w żaden inny knajacki sposób obrażać głowę państwa, obniżając tym samym swój i tak już minimalny autorytet społeczny.

Najnowszy zbiór felietonów p. Witolda Gadowskiego już od dzisiaj – 16 maja…

dziennikchuligana„Jak to wszystko potoczy się dalej? Czasem wydaje się, że łatwiej jest przejąć władzę w Polsce niż czegoś dla niej dokonać. Ci, którzy dotąd rządzili w Polsce, to cieniutka warstwa nawieziona nad Wisłę jeszcze przez Stalina. Długo trwało, zanim Polacy tupnęli na nich nogą. Stało się, i oby zmiana zaszła już bezpowrotnie”.

Tak pisze we wstępie do swojej najnowszej książki „Dziennik chuligana” Witold Gadowski. Wydana nakładem Wydawnictwa Replika pozycja jest zbiorem felietonów pisanych od grudnia 2011 do grudnia 2016, w których autor w bezkompromisowy, ale często dowcipny sposób snuje refleksje na temat Polski, rozprawia się z mitami na temat elit władzy i bezwzględnie rozlicza tych wszystkich, którzy mają bezpośredni wpływ na polską rzeczywistość społeczno-polityczną.

Teraz i w godzinę śmierci

teraziwgodzineCzy prawdą jest, że równo sto lat temu w Fatimie Maryja, zachęcając do odmawiania różańca, podarowała światu najlepszą broń w walce ze złem?

Na zdjęciu młody amerykański żołnierz. Chwilę wcześniej został ciężko ranny. Cierpi, ale jest spokojny. W zaciśniętej pięści, brudnej od krwi i ziemi wznosi różaniec… Autorka tego ujęcia zginie w Afganistanie trzy lata później…

Historia tej fotografii staje się inspiracją dla dwóch polskich filmowców: Mariusza Pilisa i Dariusza Walusiaka, do wyruszenia w wielomiesięczną podróż z kamerą przez cztery kontynenty, by przekonać się, czy naprawdę – jak twierdzą katolicy – modlitwa różańcowa może zmieniać bieg historii.

rafaelfilmCzy to prawda, że to krucjata różańcowa spowodowała, że z Austrii wycofały się wojska sowieckie, a modlitwa różańcowa setek tysięcy demonstrantów spowodowała upadek Ferdynanda Marcosa na Filipinach? Czy sprawdza się mistyczna wizja nigeryjskiego biskupa, że Boko Haram w jego kraju zostanie pokonane dzięki modlitwie różańcowej? Czy milion białych różańców przywróci pokój na Ukrainie? Wielka epicka opowieść o sile modlitwy różańcowej, splecionych z nią losach świata i losach pojedynczych ludzi, którym codziennie towarzyszy pogardzana i wykpiwana przez wielu modlitwa. Modlitwa, dzięki której na świecie dzieją się rzeczy niezwykłe…

Więcej informacji znajdą Państwo na: http://teraziwgodzinesmierci.pl
oraz w linkach:
https://www.youtube.com/watch?v=Ygae0nNzUHw
https://www.youtube.com/watch?v=7T-5kT1EZDE

8 maja. Jakie zwycięstwo?

jerzybukowskiJerzy Bukowski

Z bardzo interesującą propozycją wystąpił na łamach „Super Expresu” Tadeusz Płużański. Jego zdaniem należy przestać świętować w naszym kraju 8 maja jako Narodowy Dzień Zwycięstwa.

„Bo kłamliwy sens tej rocznicy pozostał. Bo dalej mamy cieszyć się ze zwycięstwa, którego nie było. Wyzwolona spod okupacji niemieckiej Polska znalazła się automatycznie pod okupacją sowiecką. Dobrze obrazuje to krążący w internecie rysunek, na którym uzbrojony Sowiet pilnuje uwięzionych za drutami Polaków, a powyżej czytamy: <Rok 1945. Koniec II wojny światowej. Polacy w obozie zwycięzców>. Ten obóz był utrzymywany siłą przez NKWD i kolaborujące jednostki UB, KBW czy Informacji Wojskowej. W tej podróbce Polski, sowieckiej kolonii, władzę sprawowali przebierańcy pełniący obowiązki Polaków. Marionetki Moskwy i zbrodniarze: od Bieruta do Jaruzelskiego. W tym obozie dziesiątki tysięcy Polaków były represjonowane i mordowane. Totalitarne, obce i nielegalne (bo nigdy niewybrane przez Polaków) rządy trwały aż do 1989 r.” – napisał Płużański.

kapitulacjaniemcowPrzypomniał w tym kontekście walkę przeciw nowym okupantom prowadzoną aż do połowy lat 50. przez Żołnierzy Niezłomnych, która kończyła się przeważnie śmiercią lub długoletnim więzieniem oraz represjami dla wszystkich członków ich rodzin.

„Ale również brak defilujących w Londynie 8 czerwca 1946 r. polskich żołnierzy należy traktować jako symbol nieistnienia niepodległej Polski. A dziś, po odzyskaniu niepodległości, władze powinny się zdecydować: świętować Narodowy Dzień Zwycięstwa czy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Bo albo nastąpił czas pokoju i żołnierze wrócili do domów, albo wojna trwała dalej w idei i czynie II konspiracji niepodległościowej (fot. 8 maja 1945 roku, dowódca niemiecki Jodl podpisuje w Reims kapitulację). Obchodzenie obu rocznic to schizofrenia” – czytamy w artykule Płużańskiego, z którym w pełni się zgadzam.

Polska pamięć

PrintAutor: prof. Jan Żaryn / Tytuł: Polska pamięć. O historii i polityce historycznej / Wydawnictwo: Patria Media, Gdańsk 2017 / Data premiery: 21 kwietnia 2017 r. / ISBN: 978-83-938888-1-8 / Format: 155 x 230 mm / Liczba stron: 366 / Okładka: miękka / Cena detaliczna: 39,90 zł / Patronat medialny: „wSieci”, „wSieci Historii”, wPolityce.pl, „Niedziela”, „Tygodnik Solidarność”, Tysol.pl, Salve TV, blogpress.pl

Wybitny historyk w książce „Polska pamięć. O historii i polityce historycznej” po raz kolejny zabiera nas w podróż po historii Polski – od chrztu Mieszka I, a tym samym całego państwa Polan, przez dyplo¬matyczną i militarną walkę o niepodległość „ojców założycieli” II Rzeczpospolitej po pokolenia Żołnierzy Wyklętych i „Solidar¬ności”. Wzorem swoich ideowych i duchowych mistrzów – m.in. Romana Dmowskiego i kardynała Stefana Wyszyńskiego – przy¬pomina, że bycie biernym obserwatorem wydarzeń to za mało. Każdy z nas, jak przekonuje prof. Jan Żaryn, ma obowiązki wobec Ojczyzny – i tej niebieskiej, i tej nad Wisłą.

PrintW publikacji przewija się nieustannie przekonanie Autora, że historia jest nauczycielką życia. Każdy naród – także, a może przede wszystkim polski – powinien odrobić lekcję ze swojej przeszłości. Znajomość historii, jak argumentuje prof. Żaryn, pozwala nam uzbroić się w wiedzę i mądrość, dzięki którym le¬piej poradzimy sobie z problemami teraźniejszości i wyzwaniami przyszłości.

Jako zwolennik aktywnej polityki historycznej Au¬tor odwołuje się do działalności śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jako tego polskiego polityka po 1989 roku, który najpełniej zrozumiał wagę świadomości hi¬storycznej i pamięci wspólnej narodu. Profesor Żaryn analizuje politykę historyczną państwa polskiego, głównie w relacjach z są¬siadami – Rosją, Niemcami i Ukrainą. W tym swoistym audycie wskazuje na błędy i zaniechania, ale także postuluje konkretne działania.

Zamówienia, dystrybucja, organizacja spotkań autorskich, kontakt dla mediów: PATRIA MEDIA Adam Chmielecki / adam.chmielecki@patriamedia.pl / tel. 535 PATRIA (535 728 742)

Świadectwo i przesłanie Rodzin Smoleńskich

elzbietaiwaclawkujbidowieElżbieta i Wacław Kujbidowie*

Zapraszamy Państwa do obejrzenia trzeciego z reportaży z IV Forum Polonijnego jakie odbyło się w Amerykańskiej Czestochowie – Doylestown, Pensylwania w dniach 22-23 kwietnia 2017 roku. Wzruszające świadectwa i ważne przesłania do Polonii i Polaków od członków Rodzin Smoleńskich biorących udział w tegorocznym IV Forum Polonijnym w Amerykańskiej Częstochowie, pp. Marioli Karwety, Ewy Karwety i Piotra Walentynowicza:
http://www.tvniezaleznapolonia.org/mariola-i-ewa-karweta-piotra-walentynowicza

* Autorzy od lat prowadzą Telewizję Niezależna Polonia w Ottawie, stolicy Kanady.

Rozmowa z p. Filipem Frąckowiakiem

elzbietaiwaclawkujbidowieElżbieta i Wacław Kujbidowie*

Zapraszamy Państwa do obejrzenia drugiego z reportaży z IV Forum Polonijnego jakie odbyło się w Amerykańskiej Czestochowie – Doylestown, Pensylwania w dniach 22-23 kwietnia 2017 roku. Tym razem jest to rozmowa z p. Filipem Frąckowiakiem, dyrektorem Izby Pamięci Generała Ryszarda Kuklińskiego:
http://www.tvniezaleznapolonia.org/rozmowa-z-filipem-frackowiakiem

* Autorzy od lat prowadzą Telewizję Niezależna Polonia w Ottawie, stolicy Kanady.

Lepiej znani wielcy rodacy

jerzybukowskiJerzy Bukowski

Prezes Towarzystwa Parku im. Doktora Henryka Jordana w Krakowie oraz inicjator powstania w niej Galerii Wielkich Polaków XX Wieku Kazimierz Cholewa postanowił przybliżyć życiorysy uhonorowanych popiersiami z brązu osób metalowymi tabliczkami. Znalazły się na nich teksty w językach polskim i angielskim. Niedawno zaczęto je montować.

Jest to znakomity pomysł, ponieważ samo postawienie komuś pomnika (nawet z jego imieniem, nazwiskiem oraz datami urodzin i śmierci) nie gwarantuje, iż osoby oglądające go, a szczególnie turyści zagraniczni, będą wiedziały coś więcej o tym, kogo upamiętniono.

kazimierzcholewaW Galerii Wielkich Polaków XX Wieku stoi ponad 50 kamiennych i brązowych popiersi. Te pierwsze umieszczono jeszcze przed I i II wojną światową, pozostałe w ostatnich latach, w których parkiem zarządza prezes Cholewa (na zdjęciu autorstwa  p. Józefa Bobeli).

Uwieczniono w ten sposób m.in. Świętych Jana Pawła II i Ojca Maksymiliana Marię Kolbego, marszałka Józefa Piłsudskiego, Ignacego Jana Paderewskiego, generałów Władysława Andersa, Augusta Emila Fieldorfa – „Nila”, Leopolda Okulickiego, Stanisława Maczka, Stanisława Sosabowskiego i Ryszarda Kuklińskiego, pułkownika Witolda Pileckiego, majora Hieronima Dekutowskiego – „Zaporę”, sierżanta Józefa Franczaka – „Lalusia”, Danutę Siedzikównę – „Inkę”, księdza kardynała Adama Stefana Sapiehę, profesor Karolinę Lanckorońską, księdza Zdzisława Peszkowskiego, Andrzeja Małkowskiego, Zofię Kosak-Szczucką i Henryka Sienkiewicza.

Kim był Jan Paweł II wie niemal każdy na świecie, ale o księdzu Peszkowskim, czy o profesor Lanckorońskiej słyszało niewiele osób. Tabliczki ze skrótem biografii wielkich Polaków odegrają znakomitą rolę edukacyjną, bo do parku im dr. Jordana przychodzi w pogodne dni mnóstwo ludzi, w tym sporo dzieci i młodzieży.

Pod tym linkiem są życzenia…

Antoni Gazda

Pod tym linkiem są Życzenia,
Wielkanocne – Zmartwychwstałe,
od Niezłomnych Budowniczych,
żyjących na Bożą Chwałę.

Radujcie się, podziwiajcie
te akwarelowe cuda,
a i wierszyk przeczytajcie,
wtedy się „budowa” uda.

Krótko mówiąc: Bądźcie Hojni
i w ten sposób Bogobojni,
bo Pan Jezus Zmartwychwstały -
Wam też nie żałuje Chwały!

http://jerzy-pulchny.pl/nowosciIII-kosciolwola_03.html

Serdeczności Wielkanocne :-)

Odszedł prof. dr hab. inż. Piotr Małoszewski, wybitny działacz środowiska Polaków w Niemczech

krakowniezaleznymkInformacja własna

Odszedł od nas prof. dr hab. inż. Piotr Małoszewski, wybitny działacz środowiska Polaków w Niemczech, przyjaciel.

SCzłonek Komitetu Inspiracyjnego i Doradczego Konferencji Smoleńskiej, członek Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Krakowie, a także komandor Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie, odznaczony Orderem Świętego Sylwestra Papieża, Krzyżem Oficerskim (2000), Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (2012) oraz Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (2016) (prof. dr hab. Piotr Małoszewski gościem Krakowskiego Klubu Gazety Polskiej im. Janusza Kurtyki, 12 czerwca 2013 roku, fot. p. Mirosław Boruta).

Pogrzeb śp. prof. Piotra Małoszewskiego odbędzie się 31 marca (piątek): Msza Święta w Jego intencji zostanie odprawiona o godz. 11:00 w Bazylice Mariackiej w Krakowie a następnie o godz. 13:00 trumna z ciałem zostanie złożona w Alei Zasłużonych Cmentarza Rakowickiego. Wieczne odpoczywanie racz Mu dać, Panie.