Category Archives: LUDZIE i kultura

P. Sława Bednarczyk pożegnała się z Teatrem Stańczykiem premierą

nowenaszesprawyNajpierw zabawa, śpiewy i dowcipy, a później szok, niedowierzanie i łzy. Huśtawka nastrojów towarzyszyła premierze spektaklu „Plotki, ploteczki na krakowskim Rynku czyli »bajczymy po krakosku«”. Wyreżyserowała go Sława Bednarczyk, ale najwięcej emocji wzbudził scenariusz napisany przez życie.

pslawabednarczykTeatr Stańczyk przy Fundacji Sztuki Osób Niepełnosprawnych w Krakowie powiększył swój dorobek o kolejny nowy spektakl. Przedstawienie zostało przygotowane w ramach projektu współfinansowanego przez PFRON. Premiera odbyła się 29 czerwca w Teatrze Zależnym Politechniki Krakowskiej. Po jej zakończeniu zapanował nastrój przygnębienia. Wśród aktorów i publiczności dominował jeden temat rozmów. To decyzja, którą Sława Bednarczyk ogłosiła po spektaklu. Prowadząca grupę teatralną poinformowała o swoim rozstaniu ze Stańczykiem. Powód? Wymuszona przez życie przeprowadzka z Krakowa na północ Polski.

- Nie chciałam tego powiedzieć w trakcie przygotowań, bo aktorzy „zgaśliby” psychicznie. Każda z tych osób jest tutaj człowiekiem, a poza teatrem już nie. Świat nie widzi w nas, ludziach niepełnosprawnych, człowieka. Trudno mi się pracowało, ponieważ wiedziałam, że to będzie ciężkie dla nich. W tym momencie tracą grunt pod nogami – powiedziała „NS” Sława Bednarczyk.

Fragment tekstu i zdjęcie za: http://naszesprawy.eu/kultura-i-sztuka/12991-slawa-pozegnala-sie-ze-staczykiem-premiera.html

Motywy dla nowego polskiego paszportu

davMirosław Boruta

Interesujący z wielu względów konkurs (plebiscyt) na motywy tła nowego polskiego paszportu wygrywa dzisiaj (10 sierpnia 2017 roku) „w cuglach” Marszałek Józef Piłsudski, pokazany na wspólnym zdjęciu z prezydentem Gabrielem Narutowiczem. I choć tylko imieniem i nazwiskiem prezydenta Gabriela Narutowicza podpisana jest ilustracja – widać, że organizatorzy nie uwierzyli w… „moc” Marszałka ;-) (65.912 głosów). Druga jest Ostra Brama w Wilnie, wspaniały symbol polskiej wiary i kultury, dzisiaj w stolicy sąsiedniej Litwy (60.834 głosy).

zaprojektujpaszportPonad 50 tysięcy głosów zebrał Eugeniusz Kwiatkowski, fenomenalny działacz gospodarczy (52.075 głosów) i… Orzełek Legionowy (51.551 głosów). „40-tysięczniki” to ksiądz Ignacy Skorupka, jeden z symboli oporu przeciwko rosyjskim wojskom w 1920 roku (41.890 głosów) i „Polonia”, obraz Jacka Malczewskiego (41.182 głosy).

Niewiele dalej, ale już na 7 – pierwszym „pod kreską” miejscu jest Kopiec Czynu Niepodległościowego, czyli Kopiec Marszałka Józefa Piłsudskiego (36.247 głosów), a następnie słynny ekonomista Władysław Grabski (30.220 głosów). bohaterka polskich zmagań o wolność – generał Maria Wittek (24.122 głosy), Pieczęć Rzeczypospolitej Polskiej z 1919 roku (16.792 głosy), Order Odrodzenia Polski (13.183 głosy), Pomnik Powstańców Śląskich (12.260 głosów) i generał Józef Haller (11.711 głosów).

Głosować można raz dziennie, do 10 września 2017 roku na stronie:
http://zaprojektujpaszport.gov.pl.

Zapraszamy wszystkich do księgarni „Zbroja”

krakowniezaleznymkInformacja własna

Zapraszamy wszystkich do księgarni „Zbroja”. Adres: pl. Wszystkich Świętych 9, a godziny otwarcia: poniedziałek – piątek 11:00-19:00 oraz ​sobota 10:00-14:00 (fot. p. Mirosław Boruta).

ksiegarniazbroja​Polecamy dobre książki na trudny czas…

​Nadzieja daje siłę do bycia radosnym w rozpaczliwych okolicznościach,
Gilbert Keith Chesterton

Musicie ducha hartować, aby móc jak orły przelatywać w przyszłość Ojczyzny!
Kardynał Stefan Wyszyński

FB: https://www.facebook.com/Księgarnia-Zbroja-472405479804899

Kim są protestujący?

adamzyzmanAdam Zyzman

Uczestnicząc w spotkaniu z prezydentem Donaldem Trumpem w Warszawie miałem podwójnego pecha. Pierwszy to ten, że nie udało mi się już wejść na plac Krasińskich i musiałem się zadowolić oglądaniem uroczystości na telebimie ustawionym w połowie ulicy Miodowej, naprzeciwko Pałacu Prymasowskiego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERADrugi, to fakt, ze gdzieś w pobliżu ustawiła się jakaś niewielka, ale hałaśliwa grupka przeciwników tej wizyty, których wrzasków musiałem słuchać, ale widać takie są koszty demokracji. Problem nie polegał jednak sam fakt wrzasków, zresztą regularnie zagłuszanych przez dominujący na ulicy tłum, ale o ich formę i treść sprowadzającą się w zasadzie do popularyzowania wulgaryzmów w przestrzeni publicznej (co jest ważniejsze: prawo do wyrażania sprzeciwu mniejszości, czy prawo większości do przebywania w przestrzeni publicznej nie niszczonej przez słownictwo powszechnie przyjęte za niestosowne?).

OLYMPUS DIGITAL CAMERAAle najbardziej rażące było zachowanie protestujących w trakcie składania przez prezydentów Trumpa i Dudę wieńców pod pomnikiem Powstańców warszawskich oraz odgrywania przez orkiestrę pieśni „Śpij kolego w ciemnym grobie”… Kim trzeba być, by zakłócać tak ważny dla Polaków moment patriotycznej uroczystości? Wrogiem Polaków, czy degeneratem? Ale najdziwniejszym jest fakt, że ludzie ci, z tego co wiem, uważają się za najbardziej postępową elitę (tylko czego – Polski, Polaków? Chyba nie!).

OLYMPUS DIGITAL CAMERASwego rodzaju przeciwwagą dla tych ludzi był stojący w pobliżu mężczyzna też protestujący przeciwko pewnemu aspektowi wizyty Trumpa w Warszawie. W rękach trzymał tablicę z hasłem „US Army go to home” z podpisem Zjednoczenie Narodowe, a więc ugrupowania, któremu tzw. media maistreamowe przypisują najgorsze cechy i kreują na największe zagrożenie dla cywilizacji! Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy w momencie składania wieńców pod pomnikiem mężczyzna ten opuścił trzymaną dotąd wysoko tablicę „do nogi” i stał wyprostowany jak struna, a po złożeniu wieńców włączył się w powszechny okrzyk tłumów „Cześć i chwała bohaterom!”. Taki przeciwnik polityczny budzi szacunek, bo jest zaprzeczeniem hołoty wykrzykującej wulgaryzmy i kwestionującej prawo polityka, który wygrał demokratyczne wybory, do składania wizyty w innym suwerennym kraju!

Legiony na wielki ekran

jerzybukowskiJerzy Bukowski

Wielokrotnie utyskiwałem, że po 1989 roku nie powstało w Polsce tyle filmów i seriali o tematyce historycznej, ilu można się było spodziewać. Wydawało mi się, że wiele dużo wcześniej napisanych scenariuszy czeka w szufladach, aby wejść w stadium realizacji, kiedy tylko upadnie komunizm i będzie można w atrakcyjny, ale zarazem wierny prawdzie dziejowej sposób pokazać najciekawsze epizody z naszej XX-wiecznej historii.

Niestety, zawiodłem się. Nie powstała ani wielka filmowa epopeja – w stylu hollywoodzkich produkcji – o czynie legionowym, o wojnie polsko-sowieckiej z 1920 roku (film Jerzego Hoffmana nie sprostał oczekiwaniom), o rozpoczynającej II wojną światową kampanii jesiennej 1939 roku, o heroizmie naszych lotników w Bitwie o Anglię, o zdobyciu Monte Cassino przez II Korpus generała Władysława Andersa, czy o tak fascynujących postaciach drugiej konspiracji jak Józef Kuraś – „Ogień” i Zygmunt Szendzielarz – „Łupaszka”.

Honor rodzimych twórców ratuje jedynie Scena Faktu Teatru Telewizji, systematycznie i ciekawie prezentująca bohaterów walk niepodległościowych po 1945 roku, która zaprezentowała w ostatnich latach kilka znakomitych spektakli o Danucie Siedzikównej – „Ince”, Janie Rodowiczu – „Anodzie”, Bolesławowie Kontrymie – „Żmudzinie”). Z pełnometrażowych produkcji na uwagę zasługują jedynie poświęcony samotnej misji pułkownika Ryszarda Kuklińskiego „Jack Strong” Władysława Pasikowskiego i „Generał Nil” Ryszarda Bugaja.

legiony1Z wielką radością dowiaduje się więc, że wkrótce ma powstać film pt. „Legiony”, w którym w rolę Józefa Piłsudskiego wcieli się Jan Frycz, a obok niego zobaczymy m.in. Mirosława Bakę i Sebastiana Fabijańskiego (fot. płk Józef Piłsudski ze swoim sztabem przed Pałacem Gubernialnym w Kielcach w 1914 roku, za: Wikipedią).

„Film opowie historię Legionów Polskich oraz ich działań w latach 1914-1916. Ma to być epickie kino wojenne odsłaniające najważniejsze karty z historii Legionów od wymarszu Oleandrów, po bitwę pod Kościuchówką. Epilogiem będzie zakończenie I wojny światowej, zaś najważniejszą i najbardziej spektakularną sceną filmu – szarża ułańska pod Rokitną” – czytamy na stronie www.filmweb.pl.

legiony2- Chcemy pokazać tych, dzięki którym nie mówimy dziś w polskich domach po rosyjsku czy niemiecku (fot. Józef Piłsudski w okopach na Wołyniu, za: Wikipedią). To superprodukcja, którą jesteśmy winni im, ale także sobie samym. Oni 100 lat temu zwyciężyli, bo rozumieli sens narodowej wspólnoty zorganizowanej w niepodległym, własnym państwie. My budujemy nie tylko własne państwo, ale i sens nowoczesnego patriotyzmu, czyli współdziałania we wspólnocie, utożsamiania z nią swych losów – powiedział portalowi producent filmu Maciej Pawlicki.

Scenariusz napisali Tomasz Łysiak, Dariusz Gajewski, Michał Godzic i Pawlicki, za kamerą stanie drugi nich, nie wiadomo jeszcze kto będzie reżyserował. Budżet zaplanowano na 28 milionów złotych. Producentem będzie należąca do Pawlickiego firma Picaresque przy wsparciu Fundacji Obchodów 100. rocznicy Odzyskania przez Polskę Niepodległości.

Oby „Legiony” były filmem na miarę tematyki, którą podejmują jej twórcy.

Poczet żołnierzy Armii Krajowej

jerzybukowskiJerzy Bukowski

Muzeum Armii Krajowej w Krakowie podejmuje prace nad stworzeniem elektronicznej bazy żołnierzy AK. Ma ona być wirtualnym pomnikiem największej podziemnej armii II wojny światowej i źródłem wiedzy historycznej.

Dyrekcja placówki zdaje sobie sprawę, że odtworzenie składu osobowego struktur AK po tylu latach jest niezwykle trudnym zadaniem.

„W Muzeum AK wierzymy jednak, że skompletowanie możliwie pełnych informacji na temat żołnierzy walczących w podziemiu niepodległościowym to zadanie czasochłonne, ale potrzebne. Właśnie dlatego w ubiegłym roku nawiązaliśmy współpracę z Instytutem Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, która zakłada m.in. stworzenie bazy żołnierzy AK. W czerwcu tego roku dyrektor Marek Lasota zawarł porozumienie z władzami Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, które zakłada podjęcie prac nad tym pomnikowym przedsięwzięciem. Zdajemy sobie sprawę, że inicjatywa ta powinna skupiać jak najwięcej podmiotów, które dysponują materiałami źródłowymi lub własnymi opracowaniami, dlatego już na tym etapie partnerem projektu jest Muzeum Powstania Warszawskiego” – czytamy na stronie internetowej Muzeum AK mieszczącego się przy ulicy Wita Stwosza 12.

muzeumarmiikrajowejW tej super nowoczesnej placówce muzealnej spotkać można nie tylko jej pracowników oraz zwiedzających. Od chwili powstania w 1990 roku (pierwotną siedzibą był neoklasycystyczny pałac Mańkowskich przy nieodległej ul. Topolowej, w którym wcześniej mieściło się Muzeum Lenina) jest ona drugim domem dla wielu kombatantów.

Oprócz Akowców regularnie przychodzą tam członkowie Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego, Polskiego Związku Więźniów Komunizmu, Związku Młodocianych Więźniów Politycznych 1944-56 „Jaworzniacy”, Stowarzyszenia Szarych Szeregów, Małopolskiego Niezależnego Związku Represjonowanych Żołnierzy Górników.

Pełniąc rolę świadków historii pomagają dyrekcji Muzeum AK w codziennej działalności, odbywają też swoje spotkania, zebrania, zjazdy. Z pewnością posłużą wydatną pomocą także przy realizacji najnowszej inicjatywy.

Straty w ludziach, w elitach, są właściwie nie do nadrobienia…

davMirosław Boruta

Podczas sobotniego – 1 lipca 2017 roku – spotkania Prawa i Sprawiedliwości w mazowieckiej (choć historycznie małopolskiej) Przysusze, premier Jarosław Kaczyński wspomniał niemieckie i rosyjskie zbrodnie z lat II wojny światowej, począwszy od września 1939 roku i spytał „czy otrzymaliśmy za to, za te gigantyczne szkody, których tak naprawdę nie odrobiliśmy do dziś, straty w ludziach, w elitach, są właściwie nie do nadrobienia, to trzeba 5, czy 7 pokoleń, żeby to nadrobić – czy otrzymaliśmy jakikolwiek odszkodowanie? Nie”.

Skupię się tutaj tylko na środkowej części zdania, bo „straty w ludziach, w elitach, są właściwie nie do nadrobienia, to trzeba 5, czy 7 pokoleń, żeby to nadrobić”. Widać to bardzo wyraźnie, szczególnie dzisiaj, gdy komisje sejmowe czy komisje nadzwyczajne przesłuchują „elity”: urzędników, adwokatów, prokuratorów…

Bez wymiany lumpenelit i desantu wschodniego (terminy prof. Anny Pawełczyńskiej), bez wymiany elit pasożytniczych, dbających o swoje dobro na elity rycerskie, dbające o dobro reszty społeczeństwa (terminy prof. Czesława Znamierowskiego) będziemy się wciąż borykać ze słabą kadrą…

Kłania się nauka o elitach i mechanizmach ich doboru, bowiem ludzie o mentalności kolonialnej, ludzie służby nigdy nie będą niepodlegli. Wolą codziennie wymyślać nowe przeszkody na tej drodze. Może nie potrwa to jednak aż… tak długo ;-)

Imigranci u bram. Kryzys uchodźczy i męczeństwo chrześcijan XXI wieku

davMirosław Boruta

20 czerwca 2017 roku w Sali Papieskiej Domu Arcybiskupów Krakowskich miała miejsce prezentacja najnowszej książki Wydawnictwa „Biały Kruk” – „Imigranci u bram. Kryzys uchodźczy i męczeństwo chrześcijan w XXI wieku”. To zapis rozmowy p. red. Pawła Stachnika z ks. prof. Waldemarem Cisło, przewodniczącym polskiej sekcji Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie. W spotkaniu uczestniczyli m.in. arcybiskup Marek Jędraszewski, metropolita krakowski i biskup Antoine Chbeir, z Kościoła Maronickiego w Syrii.

Zapraszam Państwa do obejrzenia 35 zdjęć z tego wydarzenia:
https://goo.gl/photos/Bg1Aqx5Qt92fuAYT6

Brat ubogich

Edyta Neyman-Malczewska*

„Brat ubogich” to tytuł kolejnej już premiery Teatru Stańczyk. Reżyseria spektaklu oparta jest na pięknych tekstach o życiu i działalności świętego Brata Alberta na bazie tekstów i poezji, a do szczęśliwego finału po uciążliwych w tempie prowadzonych próbach – doprowadziła pani Sława Bednarczyk. Premiera – 29 maja 2017 roku na Scenie Teatru Zależnego Politechniki Krakowskiej i 30 maja 2017 roku na Rynku krakowskim pod Sukiennicami (w czasie nieprzewidzianego pogrzebu p. Zbigniewa Wodeckiego).

20170529baPrzygotowania do tego przedstawienia, były o wiele bardziej pracochłonne od wcześniejszych premier. Jakże człowiek współczesny, który nigdy nie był w sytuacji skrajnego ubóstwa potrafi perfekcyjnie zagrać rolę żebraczki lub zdemoralizowanego bezwstydnego człowieka, aby upodobnić się do podopiecznych Brata Alberta -potrafi na scenie zagrać – nie mając przecież żadnego tego typu doświadczeń w swoim życiu, zwłaszcza po przebytej chorobie jak ja. Cóż… nadrzędnym obowiązkiem aktora jest jak najbardziej perfekcyjne odtworzenie postaci – wcielenie się jakby w nią. Bardzo ciężka praca, która jednak uczy cierpliwości i wiedzy o danej epoce, postaciach ważnych dla narodu oraz prawdy o świętych, których znamy tylko „z obrazka”. Opuchlak żebrak – nędzarz – człowiek w łachmanach, brudny, cuchnący, brzydki, bez środków do życia , bez dachu nad głową. Pozornie łatwa rola, ale mała znajomość psychiki biedaka i jego zachowań spowodowała, że p. Bednarczyk musiała wspomóc nas wykładami z psychiatrii, psychologii oraz osobistej obserwacji zachowań tych ludzi poprzez zaprzyjaźnienie się z nimi – i to spowodowało, że prace wykonaliśmy poprawnie.

Bez cienia przesady, powiem, iż po premierze tego spektaklu widzowie wyszli bardzo smutni i przejęci a największe wrażenie zrobiła gra pani reżyser – Sławy Bednarczyk, która wcieliła się w postać głodującego człowieka – kobiety emerytki grzebiącej w śmietnikach, wyjadającej resztki wyrzucane przez ludzi sytych. Widzowie mówili, że najbardziej wstrząsającym momentem w tej roli było poszukiwanie jedzenia w śmietniku. Rola Brata Alberta w którą wcielił się pan Edward Jankowski również bardzo podobała się zaproszonym gościom.

Po premierze towarzyszył mi dziwny smutek i nie wiem właściwie dlaczego, ale może wymowne milczenie moich bliskich miało ten wymiar dramatyczny, który i mnie się udzielił. Przecież tak naprawdę nie wiedzą ludzie NIC o sytuacji tych najniżej dna żyjących. Odwraca się od nich oczy… udając, że ich nie ma. To jakiś wyrzut sumienia a sumienie prawdę odczuwa – choć można go też zniszczyć, otępić, znieczulić bezpowrotnie.

Uświadomiłam sobie, iż w XXI wieku ludzie przyzwyczajeni są do czerpania z życia jedynie przyjemności, luzu, wygodny, chcą się śmiać. Może podczas tego spektaklu ludzie uruchomili w sobie mechanizmy obronne, by nie dotknęła ich taka nędza. Szkoda, że tak łatwo ulegają modzie, pieniądzu, przyjemnościom nie doceniając w pełni wartości duchowych i moralnych w takich spektaklach jak ten. Chodzą na przedstawienia obrzydliwe i bezwstydne, prymitywne i wulgarne a teatr ma nieść dobro, szlachetność i piękno nie „sztukę dla sztuki”.

Część widzów jednak dostrzegła ten ogrom pracy reżyserskiej i aktorskiej p. Sławy, która postarała się przypomnieć Krakowowi problem znieczulicy etycznej świata bogatego, świata ludzi sytych. A ja od 2011 roku biorę udział w premierach. Miałam różne role. Postać Jagustynki z „Chłopów” Reymonta, rolę poetki, zwariowanej nieco literatki w spektaklu „Droga do Marzeń” czy Damy z paryskiego „Ogrodu Apollinaire’a”. A rola żebraczki zwracającej się do Ducha św. Alberta w ostatniej premierze to naprawdę było nie lada zadanie aktorskie. Teksty wymagały ode mnie ogromnej dykcji i nie wstydzę się przyznać że budziły we mnie lęk a nawet frustrację, bo nie wiedziałam czy podołam. Z drugiej strony intrygowały mnie te role, chciałam się z nimi zmierzyć, wspiąć się o jeden stopień wyżej w pracy nad słowem poetyckim, nad artykulacją. Czy ten cel osiągnęłam? Tego nie jestem pewna lecz za mną kolejne aktorskie wyzwanie, które choć trudne dla niepełnosprawnego, dają szansę sukcesu – słowem wyzbycia się kompleksu bycia nikim, mało docenianym i społeczeństwu niepotrzebnym, bezużytecznym, mało wydajnym jako człowiek, podobnie jak dla świętego Brata Alberta nędzarze.

* Autorka jest aktorką Teatru Stańczyk. Tekst zawiera we fragmentach zapis własnych obserwacji i osobistych refleksji nad życiem.

Kto weźmie przykład ze Świetlickiego?

jerzybukowskiJerzy Bukowski

Na nielubianą władzę można się obrażać na wiele różnych sposobów. Krakowski poeta Marcin Świetlicki postanowił „dać jej popalić” apelując do Ministerstwa Edukacji Narodowej o wykreślenie jego wierszy z nowych podręczników dla szkół średnich.

„W przeciwieństwie do Homera i Herberta żyję jeszcze i mam możliwość zaprotestowania. Podejrzewam również, że Prawdziwi i Jedyni Polscy Poeci z tej listy (Wencel, Polkowski) wcale nie cieszyliby się z mojego towarzystwa na stronach podręcznika. Toteż błagam o pominięcie moich wierszy. Ci licealiści, którym na tym zależy dotrą do nich bez Waszej pomocy” – napisał na swoim profilu facebookowym.

Brawo, podwawelski poeto! Teraz czas, aby przetartym przez Pana śladem poszli żyjący reprezentanci innych nauk, których dorobek niecnie wykorzystywany jest w podręcznikach szkolnych za czasów okrutnego reżimu. Niech matematycy, fizycy, chemicy, historycy wystosują podobne apele do MEN.

Archimedes, Tales, Euklides, Sokrates i Platon nie mogą już, niestety, zdecydowanie zaprotestować, ale ci koryfeusze nauk wszelakich, którzy żyją powinni niezwłocznie przystąpić do szerokiego frontu obrony demokracji, wolności, konstytucji, swobód obywatelskich, itp. przed potępianą przez cały postępowy świat dyktaturą Prawa i Sprawiedliwości zakazując powoływania się na ich dorobek dopóki ta nieludzka władza wreszcie nie upadnie.

To widzowie wyklaskali nam sukces… Wyjątkowy wywiad z Andrzejem Sikorowskim

Przed nami koncert z okazji z jubileuszu czterdziestolecia Grupy pod Budą. Wszystko zaczęło się od mandoliny, potem przyszła gitara, teksty pisanie na studiach, po pierwszą nagrodę otrzymaną na krakowskim festiwalu za autorską piosenkę Nowy Rok. Jak wspomina Pan te chwile?

towidzowie1Byłem studentem 4 roku filologii polskiej i za namową kolegów zgłosiłem się do eliminacji festiwalu piosenki studenckiej. Przebrnąłem przez eliminacje i zająłem ex aequo pierwsze miejsce. Moja piosenka nazywała się Nowy Rok, a festiwal odbywał się w grudniu 1970, co niefortunnie zbiegło się z politycznymi wydarzeniami grudniowymi, ze strajkami w stoczni, strzelaniną i w zasadzie z upadkiem rządów Gomułki. Piosenka opowiadała tak naprawdę banalną historię, że zbliża się Nowy Rok, że „niesie nowe kalendarze, przywitamy go przed furtką, resztę czas pokaże” i nie chciałem w niej w żaden sposób przewidywać przyszłości. Odebrana ją jednak jako przepowiednię polityczną, a ludzie śpiewali „nowe niesie sekretarze”. Dostałem za to po łapach i mimo tego, że dostałem pierwszą nagrodę, piosenki nie prezentowały żadne media, bo uznano, że jest nie po myśli władzy. W jakimś sensie więc ocenzurowano mnie, mimo, że nigdy nie uprawiałem twórczości zaangażowanej. Nigdy nie wypowiadałem się na tematy polityczne, bo uważam, że zadaniem artysty nie jest opowiadanie o polityce, tylko ewentualne wzruszanie ludzi.

Odnośnie wzruszania. Często pojawia się Pana zdanie, że koncert jest intymną rozmową ze słuchaczem. Co wzrusza ludzi w dzisiejszych czasach?

Chciałbym, aby, każdy koncert poruszał ludzi siedzących na publiczności. Warunki bywają jednak różne. Czasami są to sale teatralne, gdzie jest oświetlenie i odpowiednia atmosfera, ale grywa się również pikniki na otwartym powietrzu, gdzie ludzie piją piwo i wtedy ta intymność jest całkowicie inna. Mam taki zwyczaj, że swoje śpiewanie adresuje zazwyczaj do jednej osoby, którą wybieram spośród publiczności. Nie wiem z jakiego powodu: czy dlatego, że jest to uśmiechnięta, sympatyczna twarz, czy dlatego, że ktoś zareagował w jakiś sposób na moją frazę. Odnoszę wtedy wrażenie, że cały koncert śpiewam tylko dla niej. Zmierzam do tego, że zawsze chodzi mi o nawiązanie bardzo osobistego kontaktu z ludźmi, którzy mnie słuchają i przekazania im czegoś. Zawsze wyznawałem teorię, że piosenka ma ogromną siłę rażenia. W dobrze napisanej piosence można przez trzy minuty zawrzeć tyle, ile inni zawierają w pięciusetstronicowej powieści. Autor piosenki ma bardzo silną broń w ręce i były piosenki, które wiodły ludzi na barykady, albo wręcz powodowały przewroty. Ja, jak wspomniałem, nie jestem piosenkarzem politycznym, ale bardzo ceniłem piosenki Jacka Kaczmarskiego, które były krwiste i pełne buntu. Jeżeli ktoś się w nie zasłuchał to czasami pewnie miał ochotę wyrwać murom zęby krat. Ja tego nigdy nie robiłem, ale jeżeli komuś na skutek mojego śpiewania piknie coś po lewej stronie, to też odnoszę jakiś mały sukces.

Po wygraniu festiwalu studenckiego. Bohdan Smoleń zaproponował Panu wstąpienie do Pod Budą. Zmieniła się wówczas struktura zespołu.

towidzowie2Kiedy po kilku latach bycia wolnym strzelcem, Bohdan zaproponował mi w ’75 roku udział w kabarecie to przyszedłem, jednak bardziej interesował mnie działający tam zespół muzyczny. Kiedy zasiliłem go swoimi piosenkami i osobą: śpiewając i grając na gitarze, to nagle okazało się, że jesteśmy z szefem zespołu, Jankiem Hnatowiczem, w tak dobrej korespondencji, że to wszystko nabrało całkowicie nowego znaczenia. Nie chcę powiedzieć, że wbiłem gwóźdź do trumny, ale krytycy po ostatniej premierze kabaretu wypowiedzieli się, że program kabaretowy powiedzmy był taki sobie, ale zespół muzyczny jest godny uwagi. Wkrótce potem kabaret się rozwiązał. Został zespół muzyczny, który dostał propozycję pracy na zawodowych warunkach od agencji koncertowej Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. Zaczęliśmy wtedy jeździć samodzielnie, jednak ogon w postaci kabaretu Pod Budą ciągnął się jeszcze za nami dość długo. Powiem szczerze, że był dość uciążliwy przez jakiś czas. Ludzie kupowali bilety i byli przekonani, że idą na kabaret, że będzie bardzo śmiesznie, że będą tak zwane jaja, tymczasem wychodziła moja koleżanka i śpiewała liryczną piosenkę, za chwilę wychodziłem ja i śpiewałem liryczną balladę, by za moment weszła moja obecna żona i zaśpiewała coś po grecku. Pamiętam takie imprezy, gdzie słuchać było pewien niepokój z widowni, pewnego rodzaju oburzenie, że ich nabraliśmy, bo to nie jest żaden kabaret. Trzeba się było z tym zmagać. Wszystko zmieniło się z biegiem czasu, gdy po dwóch latach od ostatniej premiery kabaretu pojechaliśmy do Opola i zaśpiewaliśmy „Kap, kap płyną łzy”, a amfiteatr oszalał i na dobrą sprawę trochę wyklaskał dla nas to wyróżnienie. Zdaje się, że nie byliśmy zaplanowani do nagrody, jednak ludzie tak zareagowali, że jurorzy dali nam wyróżnienie i to już później poszło w Polskę. Od tego momentu rozpoczęła się dość mocna popularność Grupy Pod Budą: propozycja nagrania pierwszej płyty, później kolejnej. Piosenki gościły wtedy w radio i można powiedzieć, że z tej piwnicy kabaretowej wyszliśmy na światło dzienne. Pomimo tego, że w tamtych czasach można było w ruchu studenckim funkcjonować nawet bez tego światła dziennego. Klub studencki to była tak mocna instytucja, że jak przyjeżdżaliśmy do Poznania, to graliśmy tam tydzień, każdego dnia w innym klubie. Tak samo było w Gdańsku, nie będąc tak naprawdę znani ogółowi Polski. Wygranie studenckiego festiwalu to było coś!

Pamięta Pan pierwszy koncert z Pod Budą?

Nie wiem, czy przez przypadek nie odbył się on na Famie. Był to już tylko recital piosenki, bez pomocy artystów kabaretowych, bardzo nieporadnie zresztą klecony, bo na początku nie mieliśmy nawet materiału żeby wypełnić półtoragodzinny program. Już wtedy jednak reagowano na nas bardzo dobrze, chociażby ze względu na dość nietypowe instrumentarium. Mieliśmy gitary akustyczne, ja grałem na mandolinie, kolega na skrzypcach, dwie dziewczyny śpiewały. Bardzo podpieraliśmy się wówczas wokalami, chórkami. Jak na owe czasy było to dosyć nietuzinkowe, więc jednocześnie dobrze przyjmowane.

Czy ta nietuzinkowość pozwoliła, aby zespół przetrwał 40 lat? Jest to wyróżnienie samo w sobie, grać 40 lat w jednym składzie.

towidzowie3Myślę, że tak długa popularność to nie tylko efekt unikalności stylistycznej, ale naszej konsekwencji. Przez te czterdzieści parę lat nie zmienialiśmy oblicza, robiliśmy to, co uważaliśmy za słuszne. Zawsze najistotniejszy był natomiast przekaz, czyli to co jest zawarte w piosence. Nigdy nie stroiliśmy się w piórka, nie szliśmy za modą, że jest rap, to zarapujemy, jest garażowe granie, to może tego spróbujemy. Publiczność bardzo szybko wyczuwa kiedy ktoś kombinuje, kiedy artysta chce się przypodobać. Taką konsekwencję stylistyczną ludzie sobie cenią i zawsze wiedzieli czego się po nas spodziewać, że jest to kapela, która stawia na to, by było i do rymu i do sensu, żeby było melodyjne i dało się później powtórzyć. Myślę, że w ten sposób wyrobiliśmy sobie pewną grupę publiczności. Nie jest to masowa popularność. Mamy jednak tę gwarancję, że w dużej miejscowości przyjdzie na nas 300-400 osób i te 300-400 osób czeka na kolejną płytę, szuka nas w Internecie i sprawdza czy robimy coś nowego. Wiem to, bo wprawdzie koncertuję z Pod Budą, ale od wielu lat uprawiam już jakby osobną działkę, śpiewając ze swoją córką. Nagraliśmy 4 osobne płyty z Mają i one również się rozchodzą. Ludzie więc wiedzą, że facet z Pod Budą robi coś innego, ale spodziewają się, że jest to w jakimś sensie podobne, że się nie sprzedałem, a Maja śpiewa podobne piosenki, jak śpiewała wokalistka Pod Budą, bo ich autorem jest ten sam facet.

Z czego Pan czerpał i czerpie inspiracje dzisiaj?

Myślę, że cały czas brałem inspiracje z otoczenia, bo zawsze pisałem piosenki o tym, co się dzieje dookoła mnie, o problemach, które mnie dotknęły, albo na których się znam. Nigdy nie pisałem piosenek, które mają jakiś taki podtekst filozoficzny. Nie chciałem nigdy rozwiązywać problemów bytu, czy wszechświata, bo są zbyt odległe i zbyt mało się na tym znam, by się na ten temat wypowiadać. Po prostu jestem na to za głupi. Natomiast na knajpie, na autobusie, na ulicy, na balandze, na takich rzeczach po prostu się znam, bo całe życie tego dotykałem i dlatego właśnie o tym piszę. Wyznaję teorię, że jeżeli się stworzy opowiastkę, to piosenkę można napisać o wszystkim. Pamiętam nawet, jak w dawnym NRD graliśmy na budowie dla polskich robotników. Po skończonym spotkaniu była wódeczka, zaczęliśmy gadać i zadano mi właśnie pytanie na ten temat. Odpowiedziałem tak samo, że można napisać o wszystkim. Któryś z siedzących i polewających robotników odpowiedział, że to chyba niemożliwe. W związku z tym żeśmy trochę wypili, padł zakład. Oni polewali, a ja miałem piętnaście minut, by napisać tekst piosenki. Tak powstała „Postawcie nam barak chłopaki”, która potem znalazła się na naszej płycie. Kiedyś napisałem też piosenkę o filiżance, bo ktoś również mi nie wierzył, że można. Nagraliśmy więc piosenkę o filiżance, która stoi w kawiarni i podsłuchuje za pomocą swoich uszek tego, co mówią ludzie. Wszystko to tylko kwestia znalezienia pomysłu. Największym problemem i trudem przy pisaniu piosenek jest pytanie: o czym to będzie? Jak to wykombinować? Nie piszę tak, że siadam z kartką papieru i mówię: o, dzisiaj napiszę tekst piosenki. Nigdy tak nie było. Wymyślam piosenki bez przerwy, ale robię to jadąc samochodem, robiąc zakupy. Czasami może żona zarzuca mi, że zbyt mało czasu jej poświęcam, albo że jestem zbyt zajęty własnymi myślami, ale, szczerze mówiąc, ja lubię być z własnymi myślami i przeważnie właśnie wtedy coś kombinuje, rymuje, a jak już przyjdzie mi do głowy coś wartego uwagi, to zapisuję, by nic nie uronić. Jak mam już wykombinowane o czym będzie piosenka, to sam proces zapisywania, rymowania jest dość krótki, być może dlatego, że już tych piosenek wiele napisałem i mam pewną praktykę. Tak więc piszę piosenki o wszystkim tym co mnie dotyczy, na czym się w jakim w niewielkim stopniu się znam. To jest moja naczelna zasada.

Przed Panem wielki koncert w Krakowie, wielka sala. Co widzowie będą mogli zobaczyć, usłyszeć?

Koncert może być atrakcyjny w dwojaki sposób. Ludzie, którzy przyjdą, bo sentyment każe im być w okrągłą rocznicę z Zespołem Pod Budą usłyszą te przeboje, na których się wychowali, za którymi tęsknią i których nie wyobrażają sobie, by mogły być pominięte, czyli po prostu przegląd piosenek Pod Budą . Równocześnie zobaczą też, że facet, który przez całe lata dostarczał tekstów do Pod Budą, jest nadal aktywny i robi coś nowego. Usłyszą więc te nowsze piosenki z moim wykonaniu, które nie mają wiele wspólnego z Pod Budą, bo są grane w innym składzie, usłyszą je w wykonaniu mojej córki Mai, która może zaśpiewa również po grecku, kontynuując pewną tradycję rodzinną. Myślę więc, że będzie to koncert bardzo urozmaicony, pomimo, że stylistycznie będzie osadzony w tym samym gitarowym graniu. Uważam, że zaprezentujemy szerokie spectrum piosenek i będzie to materiał skierowany zarówno do najwierniejszych fanów, naszych rówieśników, ale również do rówieśników mojej córki, którzy pamiętają może koniec popularności Pod Budą i początek działalności Mai. Myślę więc, że będzie to bardzo fajny koncert. Miejsce jest przy tym bardzo godne, mogące pomieścić tysiąc osób. Kilkukrotnie wypełnialiśmy już tę salę i sądzę, że i tym razem będzie wspaniale.

Wywiad przeprowadził Mateusz Mróz

Ksiądz Tymoteusz Szydło

alicjarostockaAlicja Rostocka

W Święto Zesłania Ducha Świętego (4 czerwca 2017 roku) ksiądz Tymoteusz Szydło, syn premier Beaty Szydło, odprawił swoją drugą mszę świętą, tym razem w rycie trydenckim. Nabożeństwo odprawione zostało w kościele Świętego Krzyża w Krakowie. Poniżej kilka pamiątkowych zdjęć z udzielonych przez Niego błogosławieństw: https://goo.gl/photos/N4gmox9NWHoe6jAH8

Ulica Adama Doboszyńskiego w Chorowicach

alicjarostockaAlicja Rostocka

We wsi Chorowice, w województwie małopolskim, w powiecie krakowskim, w gminie Mogilany ustanowiono nazwę ulicy Adama Doboszyńskiego (1904-1949), polskiego polityka i pisarza, wybitnego członka Stronnictwa Narodowego.

doboszynskiadamJak podaje Wikipedia pierwsze historyczne wzmianki o Chorowicach pochodzą z roku 1123. Wymienione zostały wówczas w dokumencie legata Idziego, jako należące do uposażenia klasztoru Benedyktynów w Tyńcu.

W najnowszej historii, w okresie międzywojennym, wieś należała do rodziny Doboszyńskich a właśnie Adam Doboszyński, junior (fot. nop.org.pl) został bestialsko pozbawiony życia przez rządzącą po 1945 roku sowiecko-komunistyczną bezpiekę. Grób symboliczny polskiego Bohatera znajduje się na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie w Kwaterze „Na Łączce”. Czołem Wielkiej Polsce.

Kto tu naprawdę jest gorszego sortu?

elzbietamorawiecElżbieta Morawiec

Na to nie ma słów w żadnym języku świata. Odkrycie szczątków 7 innych ciał w trumnie generała Kwiatkowskiego – przelało czarę. Przypominam, że wcześniej było zbezczeszczone ciało Anny Walentynowicz (mimo prawidłowej identyfikacji dokonanej przez rodzinę w Moskwie), szczątki – parę nóg, rąk, dwie głowy w innej trumnie. Znaczy to tylko jedno – to bezczeszczenie świadomie i celowo dokonało się w Moskwie, już po identyfikacji przez rodziny. Świadome, azjatyckie barbarzyństwo, przyklepane przez ówczesne władze polskie, decyzją nie otwierania trumien: Donalda Tuska, Ewy Kopacz, Bronisława Komorowskiego. Cała ta wielka trójka ma dziś czelność zabierać głos w polskich sprawach publicznych, trójka ludzi pozbawionych elementarnego poczucia dobra i zła. Bronisław Komorowski ośmiela się publicznie besztać premier Beatę Szydło i określać ludzi, którzy popierają ten rząd ludźmi podlejszego sortu. Kiedy Jarosław Kaczyński, w swoim czasie, użył określenia ludzie gorszego sortu miał na myśli – pospolitych zdrajców, krzykaczy politycznych. Zrobiono z tego w mediach – zgoła inną treść. Niby to JK podzielił Polaków na lepszych i gorszych, generalnie!!

Pora zadać pytanie państwu Tuskowi, Kopacz, Komorowskiemu – za jakich ludzi uznali swoich rodaków, którzy zginęli w Smoleńsku, skoro pokornie położyli „ruki pa szwam” i wykonali „prikaz” nie otwieranie trumien w Polsce. Wbrew prawu! To właśnie byli dla nich ludzie „gorszego sortu”, nawet jeśli znajdowali się wśród zmarłych postaci z ich własnej partii. Ówczesna minister zdrowia zasłynęła też z wyrafinowanego kłamstwa – o pracy „ramię w ramię” polskich i rosyjskich patomorfologów, o „przekopywaniu ziemi na metr w głąb”. Gdy w parę dni po katastrofie odnajdywano szczątki ofiar w smoleńskim błocie Donald Tusk, wyściskawszy się w Smoleńsku z Putinem, następnie… uciekł na narty w Dolomity. Żeby uniknąć wypowiedzi, jaka przystała premierowi. W historycznej pamięci narodu pozostanie zapewne na zawsze radośnie uśmiechnięte oblicze prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego na Okęciu, kiedy przyleciały trumny ofiar. Ostatni ks. biskup Pieronek był łaskaw zauważyć, że ekshumacje przeprowadzane teraz – to tylko bezczeszczenie zwłok. Czy umiałby to powtórzyć dziś wdowie po generale Kwiatkowskim?

Gdyby w sprawie Smoleńska nie zdarzyło się nic więcej – gdyby nie oddanie sprawy w ręce Rosjan, zastosowanie niewłaściwego paragrafu prawa, niszczenie permanentne przez Rosjan szczątków wraku, manipulowanie nagraniami, odmowa wydania wraku, gdyby było tylko to – przyzwolenie na pohańbienie ciał polskich prezydentów, generalicji, posłów, księży, gdyby nie było ohydnego widowiska, podtrzymywanego przez władze – wyśmiewania, lżenia tragedii na Krakowskim Przedmieściu – całe odium powinno spaść na tę „wielką trójkę”. Powinni sami mieć na tyle wstydu, aby publicznie nie występować, a jeśli się ośmielają należy to publicznie napiętnować. To oni właśnie, nie wyborcy PiS, okazali się ludźmi bez sumienia, pospolitymi kłamcami. Bez zdolności honorowej. Nie tylko pohańbili imię Polaka, sprzeniewierzyli się ludzkiej i chrześcijańskiej etyce. I kto tu naprawdę jest pośród ludzi „gorszego sortu?”

I ona skończyła UJ!

jerzybukowskiJerzy Bukowski

„Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości” – te słowa Marka Twaina przyszły mi natychmiast na myśl, kiedy usłyszałem w programie Marcina Mellera „Drugie śniadanie mistrzów” w Telewizji TVN24 poniższą wypowiedź reporterki „Gazety Wyborczej” Anny Pamuły:

- Przyjmujemy tych 7 tysięcy uchodźców i wśród nich jest jeden zamachowiec. Wysadza się w powietrze i ginie 10 Polaków, ale uratowaliśmy życie 6999 osób, które uciekały przed wojną.

Ponieważ Pamuła jest absolwentką stosunków etnicznych i migracji międzynarodowych na Uniwersytecie Jagiellońskim, na którym również ja skończyłem studia, pragnę serdecznie przeprosić Polaków w imieniu wszystkich posiadających dyplomy tej szacownej uczelni. Przez egzaminacyjne sito przedostają się też niekiedy takie osoby.

Moja pasja lotnictwo

Rafał Chyliński

Wstęp

mojapasjalotnictwo1Zebrane i opracowane przez autora materiały ukazujące drogę życiową i karierę zawodową doc. mgr inż. Tadeusza Chylińskiego są tak różnorodne i unikatowe, że wypełniły dwa obszerne tomy, które dziś chciałbym przekazać Szanownym Czytelnikom. Lotnictwo było życiową pasją T. Chylińskiego i poświęcił mu się od wczesnej młodości. W latach 30. XX wieku podjął studia na kierunku lotniczym Wydziału Mechanicznego Politechniki Warszawskiej, ukończył kurs szybowcowy zdobywając kat. C pilota, później podjął pracę konstruktora lotniczego w wytwórni samolotów DWL-RWD. Wykazał się wyjątkowymi zdolnościami i sporym talentem, ale krótki okres intensywnej, twórczej pracy T. Chylińskiego przerwała napaść Niemiec hitlerowskich na Polskę 1 IX 1939 roku. Do pracy dla lotnictwa polskiego mógł powrócić dopiero w 1945 roku. W lipcu 1945 roku złożył w Ministerstwie Komunikacji projekt wstępny samolotu turystycznego C1, a na przełomie lat 1945/1946 wziął udział w konkursie na projekt jednoosobowego motoszybowca. Komisja konkursowa Ministerstwa Komunikacji za najlepszy uznała projekt motoszybowca „Pegaz” przedłożony przez T. Chylińskiego, ale produkcji nie podjęto.

mojapasjalotnictwo2W styczniu 1948 roku T. Chyliński podjął pracę w Instytucje Technicznym Lotnictwa (przemianowany 1 IV 1948 r. na Główny Instytut Lotnictwa, później na Instytut Lotnictwa), gdzie przeszedł całą ścieżkę kariery zawodowej. Początkowo był pracownikiem Działu Wytrzymałościowo-Konstrukcyjnego, następnie kierownikiem tego Działu, w którego skład wchodził także Dział Badań w Locie. Później powołano go na kierownika Zakładu Płatowcowego i Zakładu Wytrzymałości Instytutu Lotnictwa. Zasadniczym tematem pracy T.Chylińskiego, a zarazem głównym dziełem jego życia było stworzenie systemu badań wytrzymałościowych sprzętu lotniczego. Pod jego kierunkiem były sprawdzane i badane niemal wszystkie konstrukcje samolotowe, śmigłowcowe i szybowcowe polskiego przemysłu lotniczego lat 50. i 60. XX wieku oraz projektowane niezbędne wyposażenie do tych badań. Pod jego kierunkiem ukształtowali się główni specjaliści Zakładu Wytrzymałości Instytutu Lotnictwa w zakresie wytrzymałości konstrukcji płatowców.

Opowieść o życiu i pracy dla polskiego lotnictwa doc. T. Chylińskiego autor zilustrował dużą ilością orginalnych dokumentów i innych źródłowych materiałów ikonograficznych oraz opisami wielu badań wytrzymałościowych sprzętu lotniczego przeprowadzanych w tamtych latach w Zakładzie Wytrzymałości Instytutu Lotnictwa.

Autor pragnie gorąco podziękować Dyrektorowi Instytutu Lotnictwa panu dr. hab. inż. prof. nadz. Witoldowi Wiśniowskiemu za udostępnienie z zasobu Archiwum IL materiałów dotyczących Instytutu Lotnictwa, a głównie Zakładu Wytrzymałości.

Zbigniew Wodecki (1950-2017)

krakowniezaleznymkInformacja wlasna

Za Wikipedią: Zbigniew Wodecki (ur. 6 maja 1950 w Krakowie, zm. 22 maja 2017 w Warszawie) – polski muzyk, multiinstrumentalista (grał na skrzypcach, trąbce i fortepianie), kompozytor, aranżer, piosenkarz, aktor i prezenter telewizyjny… Zdjęcia z 2015 roku nadesłał p. Andrzej Kalinowski, dziękujemy: https://goo.gl/photos/h6GJf2jycDih77rF6

Wielka nadzieja i mały bunt

elzbietamorawiecElżbieta Morawiec

Kiedy się pamięta, jak ja, protesty w obronie wolności słowa w r.1967/8 po zdjęciu przez komunistów „Dziadów” Dejmka w Teatrze Narodowym i słyszy się o „buncie „ zespołu w Starym Teatrze w Krakowie – ręce opadają. Nad Starym, w dniu rozstrzygnięcia Kon kursu na dyrektora tej sceny – zawisły żałobne flagi… Konkurs wygrał Marek Mikos, dziennikarz, osoba mało rozpoznawalna, zgoda. Na pewno – przyzwoity człowiek. Ale nie on będzie nowym budowniczym sceny. Będzie nim artysta w Polsce mało znany (realizacja opery „Maria” w Gdyni), ale ktoś, kto dał się już poznać jako osobowość wybitna na scenach Europy, Ameryki, nawet w Afryce Południowej. Michał (Michael) Gieleta (lat 43), Polak, wykształcony w Oxfordzie, do swoich osiągnięć doszedł własną, wielką pracą. Terminował u największych – Franka Zefirellego, Georgio Strehlera, Luki Ronconiego. Realizował wielkie opery w teatrach muzycznych całego świata, ma za sobą także bogaty dorobek dramaturgii teatralnej – zarówno Szekspira, jak i pisarzy współczesnych. Z jego wypowiedzi wynika, że jest absolutnym przeciwnikiem czegoś, co jest rozpowszechnione w Europie środkowej, tzw. regietheater. A co się sprawdza do bezceremonialnych przeróbek oryginalnego tekstu dramaturga. A co jest plagą, nagminną praktyką w teatrze polskim. Czy mogą być lepsze rekomendacje? Ale ze Starego Teatru usłyszałam głos pewnej pani, która stwierdziła: „nikt z zewnątrz nie będzie nam nic narzucał”. I jeszcze – „nie pozwolimy, aby  r z ą d  nam coś narzucał”. Tak jakby konkursy nie zakładały, że zawsze jest to ktoś z zewnątrz i jakby Stary Teatr utrzymywał się sam, bez 14 milionowej dotacji od tego, „złego” rządu…

Te czarne flagi – to „żałoba” po Janie Klacie. Startował w konkursie i przegrał. Przyjmijmy na chwilę, że niesprawiedliwie. Buntownikom ze Starego Teatru należy postawić jedno tylko pytanie : Co takiego nieprzemijającego, wielkiego pozostawił za sobą ten, ich zdaniem „wielki skrzywdzony”? Patrzę na teatr polski, opisuję go od ponad 50 lat, byłam świadkiem i uczestniczką wielkiej ery Starego Teatru – w moim najgłębszym przekonaniu, czemu dawałam wielekroć wyraz publicznie – Klata to jeden z największych niszczycieli tradycji teatru, ktoś, kto pozostawia po sobie – spaloną ziemię. Konia z rzędem temu, kto wymieni jedna bodaj rolę aktorską, jaka zaistniała w przedstawieniach samego Klaty bądź reżyserów przezeń angażowanych.

Po objęciu dyrekcji Klata zapowiadał buńczucznie: rzucę Kraków na kolana i odwoływał się do swojego idola… Steve’a Jobsa! Wcześniej jako reżyser gościnny zafundował Krakowowi adaptację „Trylogii” Sienkiewicza. Przyprawioną a la mode, lansowana prze „Gazetę wyborczą” jako element „filozofii wstydu” za polska historię. W tym lustrze sceny Polacy byli zaciekłymi antysemitami i groteskowymi rycerzami bezsensownej walki o wolność. Filozofia sceniczna Jana Klaty już podczas dyrekcji miała jako podstawowe przesłanie – walkę z wartościami polskiej tradycji. I tradycji Starego Teatru. Niszczyć, anihilować – taka była niepisana dewiza.

Na pierwszy ogień miał pójść Konrad Swinarski i jego legendarna „Nie-boska komedia” sprzed lat. Brudnej roboty podjął się niezawodny Olivier Frljić, bezczelny skandalista jak Europa długa. W spektaklu tezą był: 1. antysemityzm Krasińskiego, 2. antysemityzm Swinarskiego 3. antysemityzm Polaków jako nacji. Bunt wybitnych aktorów wobec tekstu, w którym z Krasińskiego nic nie dostało – (8 aktorów m.in. Anna Dymna, Tadeusz Huk oddało role, Anna Polony odeszła w proteście ze Starego) zapobiegł katastrofie. Ale Klata – nie odpuścił – zorganizował w foyer teatralnym tzw. happening – niby o katastrofie pod Damaszkiem, w istocie o Smoleńsku. Obrzydliwy, gorszący, mówiąc eufemistycznie. Jako były kierownik literacki Starego skierowałam wówczas do aktorów list, który chce tu zacytować „śledztwo w sprawie śmierci Konrada Swinarskiego pod Damaszkiem, /…/ którego wielkość z bezprzykładnym brakiem kultury staracie się zniszczyć to zaledwie pretekst. Konrad Swinarski zbudował wielkość tego teatru i żadne wasze happeningi nie są w stanie zniszczyć jego wielkości. Po nim, w tych murach pozostała wielkość, po was zostaną tylko ruiny./…/

We własnym mniemaniu jesteście buntownikami. Nic obłędniejszego. Płyniecie zgodnie z obowiązująca w Europie fala, która na wszystkich polach, przede wszystkim w kulturze dąży do zniszczenia tego, co w kulturze wartościowe, co jest fundamentem europejskości. /…/ W tym teatrze od 10 miesięcy mamy nieustający festyn barbarzyństwa szkalowania tradycji. Tu się postponowało Piłsudskiego i gloryfikowało czerwonego kata i zdrajcę, Dzierżyńskiego Chcecie powrotu bolszewickiej Polski spod znaku Kohna, Marchlewskiego z r.1920 – dalej się tak bawcie. Nowy Dzierżyński albo wielkorządca Putin wskażą wam wasze miejsce w kulturze. I pomyśleć, że dla was i za was – wasi rówieśnicy z różnych pokoleń oddawali życie, byście mieli wolność. Pytam, co zrobiliście z wolnością, która was nic nie kosztowała?”

Apel pozostał bez echa. Potem było już tylko gorzej albo – tak samo. Skandaliczne „Do Damaszku”, wielki metafizyczny dramat Strindberga, z którego niewiele pozostało. Ale w pamięci mam żenującą scenę, w której wybitny aktor, Globisz, kąsa własną rękę, niczym zwierzątko, półpornograficzne sceny, z udziałem Doroty Segdy.. Jeden ze spektakli został zerwany przez publiczność. Bez efektu. A był jeszcze „Poczet królów polskich (reż. Krzysztof Garbaczewski) tandetny kabaret, drwina z polskiego podziemia niepodległościowego czasu okupacji, Było „Akropolis” (reż. Łukasz Twardowski), gdzie z Wyspiańskiego kamień na kamieniu nie został, zastąpiony multimedialnymi błyskotkami, był „Król Lear” samego Klaty, gdzie król stał się… papieżem z córkami. Ale dość tej wyliczanki. Wnioski ogólne są ważniejsze. A praktyce Klaty (i przezeń zatrudnianych reżyserów) sprowadzają się:

1. do anihilacji tekstu dramaturga,
2. obniżaniu rangi scenerii dramatu, co w konsekwencji jest niszczeniem pamięci i tożsamości kulturowej widza,
3. odhumanizowania aktora, pozbawienia go możliwości kreowania postaci, osoby ludzkiej,
4. całkowitemu zamazaniu  p r z e k a z u  płynącego do widza,
5. w konsekwencji, przez lekceważenie i aktora, i widza – zniszczenie podstawowej, wspólnotowej misji teatru.

Klata nie był w tych praktykach odosobniony. Takie są tendencje wśród tzw. „młodych najzdolniejszych”. Ale pytam was, buntowników spod żałobnej flagi – naprawdę chcecie powrotu do  t a k i e g o  teatru? Nie widzicie wielkiej, wspaniałej nadziei na odnowienie wielkości waszej wspaniałej sceny, jaką stwarza wam konkursowe zwycięstwo Michała Gielety i Marka Mikosa? Chcecie dalej być aktorami bez ról, teatrem bez miejsca w gmachu kultury wielkiej, wysokiej?

Prawnicy czy kibole?

jerzybukowskiJerzy Bukowski

Polityczne niezadowolenie można wyrażać na wiele różnych sposobów: poprzez rzeczową polemikę w dyskusji, pisanie listów, straszenie sądem bądź Trybunałem Konstytucyjnym, gwizdy, buczenie, wznoszenie okrzyków, skandowanie haseł, wywieszanie transparentów, demonstracyjne opuszczenie sali, itp.

Zależy to od okoliczności, kontekstu, miejsca i czasu, specyfiki protestującej grupy, a nade wszystko od kultury jej członków. To, co można usprawiedliwić podczas meczu piłkarskiego, wiecu politycznego lub ulicznej manifestacji nie powinno się nigdy zdarzyć w trakcie kongresu prawników, ponieważ pewne zachowania pozostają w jawnej sprzeczności z godnością tego zawodu.

O ile mogę jeszcze zrozumieć (co nie znaczy: akceptować) wyjście z sali na znak protestu przeciw polityce Ministerstwa Sprawiedliwości wobec tej korporacji prezentowanej przez jego przedstawiciela, o tyle próba zagłuszenia odczytywania listu od Prezydenta RP jest skandalem, którego powinni wstydzić się wszyscy uczestnicy dzisiejszego kongresu.

Wyłonioną w demokratycznych wyborach głowę niepodległego państwa należy szanować, nawet jeżeli podejmowane przez nią decyzje budzą zdecydowany sprzeciw jakiegoś środowiska.

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby polscy prawnicy polemizowali z prezydentem Andrzejem Dudą w dowolnych, a zwłaszcza dotyczących ich sprawach, formułując ostre zdania, a nawet oskarżając go o łamanie Konstytucji, jeżeli tak uważają. Nie wolno im jednak gwizdać, buczeć, ani w żaden inny knajacki sposób obrażać głowę państwa, obniżając tym samym swój i tak już minimalny autorytet społeczny.

O czym pisze, kogo gani a kogo chwali, do czego namawia…

davMirosław Boruta*

Kto? Witold Gadowski w najnowszym zbiorze felietonów, zatytułowanym „Dziennik chuligana” (Wydawnictwo Replika, Zakrzewo 2017).

Autor pisze o wszystkim, o historii, rzeczach aktualnych, bohaterach przeszłości i teraźniejszości. Przeciwstawia państwowców (Józefa Piłsudskiego choćby) lewakom i „postępowcom” wszelkiej maści widząc w nich – i słusznie – zagrożenie dla polskości, polskiej kultury i polskiego państwa.

W czasach zakłamanej narracji, relatywizowania prawdy i świadomych przeinaczeń konieczna jest życzliwa argumentacja na rzecz faktów i ich konsekwencji. Tylko ślepiec nie zobaczy zniszczenia Polski, jej gospodarki, kultury, demografii po 1989 roku, tylko głuchy nie usłyszy wołań o powrót do polskich rządów: silnej armii, własnych służb, stoczni, szkół wyższych, czy nawet polskich sieci wielkopowierzchniowych sklepów. Winni, ci wewnątrz i na zewnątrz Polski są znani. Na szczęście niedawno odeszli w niesławie, stoimy przed szansą… A choć nie jestem ich wyznawcą, dodaje Autor, głosuję na Prawo i Sprawiedliwość i popieram ich główne idee…

Największymi wrogami Polski są ideolodzy lewicy („prawda została już ustalona i żadne fakty jej nie zmienią”), niszczyciele religii, tożsamości, języka, niszczyciele wspólnot, choćby poprzez sprowadzania obcych, agresywnych i mających za nic kulturę kraju do którego przyjechali.

dziennikchuliganaMechanizm najtrudniejszy do pokonania to dziesięciolecia „ścinania” każdego, kto wyrasta ponad przeciętność. Niszczenie ludzi mądrych i zdolnych, jak słusznie pisze Witold Gadowski, „zasada jest jedna”… szefem, prezesem, sekretarzem będzie ten kto na to nie zasłużył, kto zawodowo jest najwyżej przeciętny, ale „od tej pory takie średnie nic, wyniesione do poziomu czegoś, dobrze będzie wiedziało, komu to wszystko zawdzięcza”. Bez uczciwych konkursów, konfrontacji merytorycznej, bez obiektywnych kryteriów daleko nie zajedziemy. Autor jest tutaj bezlitosny: „łajzy wyjedzą śmietanę, a pracowici i mądrzy w pocie czoła, dociągną do swego kresu”…

Epoka okrągłego stołu, przy którym gangsterzy Kiszczaka znaleźli wspólny język z ludźmi Michnika i wspólnie zadekretowali dalsze lata „złodzieizmu”, może, choć nie na pewno kończy się właśnie teraz. Pora więc, by ten zabytek zakłamania usunąć z Pałacu Prezydenckiego.

Ale co najważniejsze, nie wolno nam pozostać biernymi, nie wolno się wycofać, nie wolno uciec w prywatność. Nie można pozwolić, by wygrała w Kraju „wyuczona bezradność” i „polska zazdrość”. Nawet jeśli jest nas, najbardziej aktywnych niewielu, nawet jeśli sięgamy co najwyżej 1% społeczeństwa (największe marsze „za” lub „przeciw” skupiły w Polsce do 250.000, może 300. 000 osób, a mających możliwość głosowania w wyborach jest 30 milionów dorosłych obywateli kraju).

Warto walczyć, nawet jeśli bronią są jedynie Facebook, YouTube, portale niezależne czy zbiór felietonów. Bo nikt nie wstawi się za Polską, jeśli nie uczynią tego sami Polacy.

* Autor jest doktorem socjologii, politykiem i działaczem społecznym.

Najnowszy zbiór felietonów p. Witolda Gadowskiego już od dzisiaj – 16 maja…

dziennikchuligana„Jak to wszystko potoczy się dalej? Czasem wydaje się, że łatwiej jest przejąć władzę w Polsce niż czegoś dla niej dokonać. Ci, którzy dotąd rządzili w Polsce, to cieniutka warstwa nawieziona nad Wisłę jeszcze przez Stalina. Długo trwało, zanim Polacy tupnęli na nich nogą. Stało się, i oby zmiana zaszła już bezpowrotnie”.

Tak pisze we wstępie do swojej najnowszej książki „Dziennik chuligana” Witold Gadowski. Wydana nakładem Wydawnictwa Replika pozycja jest zbiorem felietonów pisanych od grudnia 2011 do grudnia 2016, w których autor w bezkompromisowy, ale często dowcipny sposób snuje refleksje na temat Polski, rozprawia się z mitami na temat elit władzy i bezwzględnie rozlicza tych wszystkich, którzy mają bezpośredni wpływ na polską rzeczywistość społeczno-polityczną.

Teraz i w godzinę śmierci

teraziwgodzineCzy prawdą jest, że równo sto lat temu w Fatimie Maryja, zachęcając do odmawiania różańca, podarowała światu najlepszą broń w walce ze złem?

Na zdjęciu młody amerykański żołnierz. Chwilę wcześniej został ciężko ranny. Cierpi, ale jest spokojny. W zaciśniętej pięści, brudnej od krwi i ziemi wznosi różaniec… Autorka tego ujęcia zginie w Afganistanie trzy lata później…

Historia tej fotografii staje się inspiracją dla dwóch polskich filmowców: Mariusza Pilisa i Dariusza Walusiaka, do wyruszenia w wielomiesięczną podróż z kamerą przez cztery kontynenty, by przekonać się, czy naprawdę – jak twierdzą katolicy – modlitwa różańcowa może zmieniać bieg historii.

rafaelfilmCzy to prawda, że to krucjata różańcowa spowodowała, że z Austrii wycofały się wojska sowieckie, a modlitwa różańcowa setek tysięcy demonstrantów spowodowała upadek Ferdynanda Marcosa na Filipinach? Czy sprawdza się mistyczna wizja nigeryjskiego biskupa, że Boko Haram w jego kraju zostanie pokonane dzięki modlitwie różańcowej? Czy milion białych różańców przywróci pokój na Ukrainie? Wielka epicka opowieść o sile modlitwy różańcowej, splecionych z nią losach świata i losach pojedynczych ludzi, którym codziennie towarzyszy pogardzana i wykpiwana przez wielu modlitwa. Modlitwa, dzięki której na świecie dzieją się rzeczy niezwykłe…

Więcej informacji znajdą Państwo na: http://teraziwgodzinesmierci.pl
oraz w linkach:
https://www.youtube.com/watch?v=Ygae0nNzUHw
https://www.youtube.com/watch?v=7T-5kT1EZDE

8 maja. Jakie zwycięstwo?

jerzybukowskiJerzy Bukowski

Z bardzo interesującą propozycją wystąpił na łamach „Super Expresu” Tadeusz Płużański. Jego zdaniem należy przestać świętować w naszym kraju 8 maja jako Narodowy Dzień Zwycięstwa.

„Bo kłamliwy sens tej rocznicy pozostał. Bo dalej mamy cieszyć się ze zwycięstwa, którego nie było. Wyzwolona spod okupacji niemieckiej Polska znalazła się automatycznie pod okupacją sowiecką. Dobrze obrazuje to krążący w internecie rysunek, na którym uzbrojony Sowiet pilnuje uwięzionych za drutami Polaków, a powyżej czytamy: <Rok 1945. Koniec II wojny światowej. Polacy w obozie zwycięzców>. Ten obóz był utrzymywany siłą przez NKWD i kolaborujące jednostki UB, KBW czy Informacji Wojskowej. W tej podróbce Polski, sowieckiej kolonii, władzę sprawowali przebierańcy pełniący obowiązki Polaków. Marionetki Moskwy i zbrodniarze: od Bieruta do Jaruzelskiego. W tym obozie dziesiątki tysięcy Polaków były represjonowane i mordowane. Totalitarne, obce i nielegalne (bo nigdy niewybrane przez Polaków) rządy trwały aż do 1989 r.” – napisał Płużański.

kapitulacjaniemcowPrzypomniał w tym kontekście walkę przeciw nowym okupantom prowadzoną aż do połowy lat 50. przez Żołnierzy Niezłomnych, która kończyła się przeważnie śmiercią lub długoletnim więzieniem oraz represjami dla wszystkich członków ich rodzin.

„Ale również brak defilujących w Londynie 8 czerwca 1946 r. polskich żołnierzy należy traktować jako symbol nieistnienia niepodległej Polski. A dziś, po odzyskaniu niepodległości, władze powinny się zdecydować: świętować Narodowy Dzień Zwycięstwa czy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Bo albo nastąpił czas pokoju i żołnierze wrócili do domów, albo wojna trwała dalej w idei i czynie II konspiracji niepodległościowej (fot. 8 maja 1945 roku, dowódca niemiecki Jodl podpisuje w Reims kapitulację). Obchodzenie obu rocznic to schizofrenia” – czytamy w artykule Płużańskiego, z którym w pełni się zgadzam.