Tag Archives: Antypolonizm niemiecki

POKiN o emisji w Telewizji Polskiej niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”

Kraków, dnia 23 marca 2017 roku

Prezes Zarządu Telewizji Polskiej S.A.
Jacek Kurski
ul. Jana Pawła Woronicza 17
00-999 Warszawa

Dotyczy: emisji w Telewizji Polskiej niemieckiego serialu pt. „Nasze matki, nasi ojcowie”

pokinlogonowePorozumienie Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie zwróciło się w czerwcu 2013 r. do najwyższych władz państwowych i KRRiT o wyjaśnienie dlaczego pełniąca misję publiczną Telewizja Polska zakupiła i wyemitowała niemiecki serial pt. „Nasze matki, nasi ojcowie”, który zakłamuje historię II wojny światowej, znieważa pamięć i honor żołnierzy Armii Krajowej oraz stara się oczyścić Niemców z dokonywanych przez nich zbrodni.

Nasze pismo zakończyliśmy tak: „ Uzyskana odpowiedź pozwoli poważnie i rzeczowo zastanowić się nad modelem funkcjonowania mediów publicznych, aby więcej nie dopuścić do szkalowania Armii Krajowej i Narodu Polskiego. Ludzie odpowiedzialni za wydanie ogromnej kwoty na zakup tego podłego, pełnego kłamstw serialu, który narusza nasz interes narodowy, przedstawiając Polaków jako antysemitów, muszą być zwolnieni z pracy w TVP natychmiast. Dla głupców i kłamców ocierających się o zdradę racji stanu nie powinno być bowiem miejsca w Telewizji Polskiej i we władzach państwowych”.

Nigdy nie dostaliśmy uczciwej i merytorycznej odpowiedzi, a tylko szereg frazesów o niezależności mediów publicznych, które mają prawo emitować goebbelsowską propagandę.

Kiedy został Pan wybrany prezesem Zarządu mieliśmy nadzieję, że w ramach dobrej zmiany wyjaśni Pan wszystkie okoliczności wyemitowania tego steku kłamstw i ujawni ludzi odpowiedzialnych za to. Tak się jednak nie stało. Chyba Pan się zgadza z naszą opinią, że misja publiczna TVP nie polega na obrażaniu Polaków i ich pamięci narodowej oraz służeniu interesom niemieckim.

Dlatego pozwalamy sobie zwrócić się do Pana o udzielenie odpowiedzi na następujące pytania:
- kto we władzach TVP podjął decyzję o zakupie i emisji tego filmu,
- ile zapłacono z pieniędzy podatników za te kłamstwa,
- co Pan zamierza zrobić, aby do podobnych zdarzeń więcej nie doszło.

Ta sprawa jest jak najbardziej aktualna. W lipcu 2016 r. rozpoczął się proces cywilny przed Sądem Okręgowym w Krakowie wytoczony przez 92-letniego żołnierza Armii Krajowej, Zbigniewa Radłowskiego, oraz Światowy Związek Żołnierzy AK, przeciw twórcom niemieckiego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” i telewizji ZDF. Pozew dotyczy naruszenia dóbr osobistych żołnierzy AK, rozumianych jako prawo do tożsamości narodowej, dumy narodowej i narodowej godności oraz wolności od mowy nienawiści. Do procesu przystąpiła także Prokuratura Okręgowa w Krakowie „z uwagi na ważny interes społeczny”. I Ten proces wciąż trwa.

Oczekujemy na konkretne działania i uczciwą, i merytoryczną odpowiedź.

Stanisław Pazurkiewicz, przewodniczący POKiN
Edward Jankowski, sekretarz POKiN

Do wiadomości: KRRiT.

Wyłapmy realizatorów niemieckiej instrukcji w Sejmie!

adamzyzmanAdam Zyzman

Bez względu na ocenę zasadności debata nad wnioskiem opozycji o votum zaufania dla rządu się odbędzie i nie łudzę się, że przywódca PO nie ma świadomości, że rządu nie obali. Jemu chodzi o to, by móc legalnie, bez żadnych ograniczeń proceduralnych krytykować rząd, bo taka jest rola debaty nad tego typu wnioskiem. Ba, możemy być nawet zadowoleni, że debata polityczna prowadzona jest tam, gdzie powinna się odbywać, czyli w parlamencie, a nie na ulicy, gdzie emocje w każdej chwili mogą wymknąć się spod kontroli. Sądzę jednak, że strona rządowa do tej debaty powinna się jednak dobrze przygotować, by nie tylko zamknąć ją z góry do przewidzenia wynikiem głosowania, ale by samą debatę wygrać i wykazać całkowitą miałkość opozycji. Tym bardziej, że PO wybrała na nią szczególnie niekorzystny politycznie dla siebie moment. Dlatego też z uwagą należy słuchać kolejnych wystąpień i analizować ich treść w odniesieniu do słynnej instrukcji nadzorcy polskich tytułów w wydawnictwie Ringier Axel Springer – Marka Dekana. Sądzę, że warto przed debatą sejmową w ten sposób się przygotować.

Wydaje mi się, że doskonałym argumentem byłoby pod koniec dyskusji wykazanie, że posłowie opozycji nie realizują żadnej własnej polityki na rzecz Polski i Polaków, ale wykonują dokładne polecenia z Berlina. Wyobrażacie sobie Państwo takie dokładne wykazanie za pomocą cytatów, że wystąpienia posłów X i Y z opozycji, to realizacja np. punktu 2-go z instrukcji Dekana, a wystąpienia posłów A i B, to realizacja innego punktu instrukcji przysłanej z Berlina!

Można przy tym dywagować, czy posłowie opozycji korzystają z tych samych instrukcji, które wysyłane są do redakcji polskojęzycznych gazet i portali, czy też dostają osobne instrukcje bezpośrednio z Berlina, a może z pobliskiej ambasady, jak bywało to w Warszawie pod koniec XVIII w. Można współczuć posłom, którzy muszą łamać przyjętą powszechnie w naszym kraju logikę myślenia i głosić, że jednocześnie z wygraną Tuska wygrali wszyscy Polacy i Polska, i wraz z przegraną rządu przegrali Polacy i Polska, a z pewnością i takie wypowiedzi padną z trybuny sejmowej. Warto wtedy podkreślić, że do takiej argumentacji przyzwyczajeni są tylko Niemcy, którzy od lat ćwiczą tę karkołomną tezę, że hitleryzm w Niemczech zwyciężył tylko dzięki poparciu większości Niemców i jednocześnie większość Niemców była w latach 33 – 44 ub. wieku przeciwna hitleryzmowi. Ale i tak im to nie wychodzi, więc wymyślili obcych nazistów, którzy prawdopodobnie napadli Niemców i wbrew nim stworzyli III Rzeszę… Niemiecką. Taka karkołomna logika w przypadku Polaków będzie trudna, zarówno do wygłoszenia, jak i niezrozumiała przez odbiorców. Ale instrukcje są po to, by je wykonywać, więc założę się, że próby tej argumentacji z pewnością pojawią się w wystąpieniach posłów opozycji! Trzeba tylko to pokazać polskim wyborcom!

Kaźń profesorów lwowskich. Wzgórza Wuleckie 1941

kazimierzbartelKazimierz Bartel

Niemiecki mord na Polakach, profesorach i docentach lwowskich uczelni (oraz członkach Ich rodzin i współlokatorach) z 4 (a także 11 i 26) lipca 1941 roku to jedna z najbardziej haniebnych zbrodni II wojny światowej. Niemcom wydawało się, że o tej zbrodni świat się nie dowie. Prawdy jednak nie da się ukryć, dowiedzieliśmy się o niej m.in. dzięki prof. Karolinie Lanckorońskiej, której oprawcy opowiedzieli o tym w przekonaniu, że wkrótce i ona zostanie zamordowana… Wystawa została przygotowana przez Instytut Pamięci Narodowej Oddział we Wrocławiu, a można ją oglądać na pl. Szczepańskim od 1 do 16 grudnia 2016 roku.

Zapraszam Państwa do obejrzenia 69 zdjęć:
https://goo.gl/photos/hNWNJFQUbTV8DRm58

Czego nie wyartykułował prof. Musiał?

adamzyzmanAdam Zyzman

W czasie ostatniej rozprawy w dniu 21 listopada, z powództwa Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej przeciwko ZDF i jej produkcji, czyli serialu „Nasze Matki, nasi ojcowie”, zeznawał prof. Bogdan Musiał, który jak się okazało, był konsultantem przy realizacji filmu dokumentalnego który był emitowany równolegle ze wspomnianym serialem, ale w późnych godzinach wieczornych, choć przy okazji zapoznał się też z materiałem filmowym przygotowanym do serialu oraz z pełnym jego scenariuszem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAProfesor opowiadał jak doszło do nawiązania współpracy z niemiecką telewizją publiczną oraz o jego uwagach do nakręconego materiału i scenariusza, który zawierał ewidentne absurdy historyczno-geograficzne, jak choćby ten, gdy mieszkańcy pacyfikowanej wsi pod Bydgoszczą posługują się językiem… ukraińskim, czy scena polskich chłopów, którzy z bronią w ręku wraz Niemcami przeszukują lasy za Żydami. – Zwracałem uwagę, że już samo pojawienie się chłopów z bronią spowodowałoby ich rozstrzelanie przez tych Niemców – mówił profesor Musiał przed krakowskim sądem.

Moją uwagę w zeznaniach pana Profesora wzbudziła jednak opowieść o propozycji współpracy, że strony ZDF, którą przedstawiciel telewizji rozpoczął od pytania, czy prof. Musiał, jako Polak nie będzie miał oporów przeciwko wyjaśnianiu relacji: Armia Krajowa, a antysemityzm. – Wytłumaczyłem mu, że istniał problem Armia Krajowa a wrogość wobec Niemców, istniał problem Armia Krajowa, a bolszewizm, szczególnie w kontekście, gdy ZSRS stał się członkiem koalicji antyniemieckiej, ale nie było żadnego problemu Armia Krajowa – polscy Żydzi – wyjaśniał przed sądem profesor Musiał, ale jak dodał – Moi rozmówcy jakby tego wyjaśnienia nie zrozumieli i nadal starali się drążyć ten temat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERATyle profesor Musiał przed sądem i tyle fakty. Nikt jednak nie starał się zrozumieć dlaczego pracownicy niemieckiej telewizji nie przyjęli wyjaśnienia swego rozmówcy, jako opisu konkretnego stanu rzeczy, że taki problem dla dowódców Armii Krajowej i Polskiego Państwa Podziemnego nie istniał! A rzecz jest całkiem prosta jeśli tylko uświadomimy sobie, że antysemityzm jest stałą częścią składową niemieckiej mentalności. Nawet 75 lat powojnie! Te pytania to dowód ich nierozumienia, że można było gdziekolwiek traktować Żydów inaczej niż w Niemczech, tzn. nie prześladować ich. W niemieckiej mentalności nie mieści się sytuacja, by Żydów w państwie traktować tak, jak II RP, za zwykłych obywateli! Nie dociera do nich, że jeśli w środowisku rządu emigracyjnego rozważano jakiekolwiek rozwiązanie problemów narodowościowych po wojnie, to pierwsze miejsce w tych rozważaniach zajmowali przede wszystkim Ukraińcy, nie Żydzi! I tę mentalność skażoną notorycznym antysemityzmem Niemcy starają się upowszechniać w całej Europie, a aktualna ich rola w Unii Europejskiej jeszcze im w tym sprzyja. To, że na siłę starają się podzielić z innymi narodami odpowiedzialnością za zbrodnie Zagłady wynika zarówno z chęci przerzucenia części tej odpowiedzialności na innych, ale także z tego, że nie mieści się im w głowach, że jakiekolwiek państwo mogło traktować w tamtych czasach Żydów inaczej niż oni. – Skoro byli Żydzi, to musiał istnieć antysemityzm! – To dla nich naturalne!

PS. Pisząc o różnicach między III Rzeszą, a II Rzeczpospolitą nie kwestionuję istnienia antysemityzmu w naszym kraju, ale zwracam uwagę, że nie miał on charakteru instytucjonalnego w postaci polityki wewnętrznej państwa, a wszelkie jego przejawy traktowane były zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa karnego, nawet wtedy, gdy Franek z Ickiem dali sobie zbyt mocno po pysku w obronie „swojej dziewczyny”, a co współcześnie próbuje się przedstawiać w kategoriach narodowościowych.

Usunąć biuro niemieckiej fundacji z Polski!

adamzyzmanAdam Zyzman

Czy wyobrażacie sobie Państwo, że biuro Instytutu im Mickiewicza w Berlinie dofinansowuje działalność opozycyjnej partii w Niemczech? A może niemieckiego trybunału lub urzędu? Czy nie spowodowałoby to powołania w Niemczech komisji badającej, czy sponsorowana przez Polaków instytucja nie realizuje aby polskich interesów ze stratą dla niemieckiego państwa?

Uważam, że tak samo powinien postąpić rząd polski w przypadku dofinansowania przez Fundację Konrada Adenauera polskiego Trybunału Konstytucyjnego. Należy sprawdzić czy jest to zapłata za dotychczasowe wykreowanie konfliktu w łonie najwyższych władz w naszym kraju, czy też za pieniędzmi od fundacji przyjdzie zamówienie na eskalowanie konfliktu. W każdym razie nie wyobrażam sobie dalszej działalności Fundacji Adenauera w Polsce. To przejaw tak jawnej ingerencji w wewnętrzne sprawy Polski, że powinien się skończyć uznaniem tej niemieckiej instytucji za niepożądaną na terytorium Polski, a co najmniej powinna opuścić nasze granice szefowa warszawskiego biura Fundacji.

By przekonać naszych sąsiadów zza Odry, że Polacy swoją suwerenność traktują poważnie proponuję akcję wysyłania maili przez polskich obywateli domagających się od Niemców zamknięcia placówki, która nie potrafi właściwie zachować się w kraju sojusznika, a więc zarówno do biura samej Fundacji, jak niemieckich placówek dyplomatycznych w Polsce. Mam nadzieję, że będzie to odpowiednie wsparcie dla polskich władz, które jeśli wystąpią z podobnym żądaniem oficjalnie będą tylko realizowały wolę swoich obywateli, a polskiej opozycji trudniej będzie przedstawiać ten akt, jako dyplomatyczne awanturnictwo rządu PiS.

A oto odpowiednie adresy:

Szefową biura w Warszawie jest Angelika Klein, która nie posługuje się nawet polskim językiem i nawet jej adres e-mailowy jest na portalu niemieckim: Angelika.Klein@kas.de. Z kolei osobą, która zajmuje się współpracą z partnerami, projektami, dotacjami i organizacją zajmuje się Falk Altenberger, który posługuje się językiem polskim. Jego adres: Falk.Altenberger@kas.pl.
I jeszcze adres do korespondencji z niemieckimi placówkami dyplomatycznymi w Polsce. Trzeba wejść na stronę internetową: http://www.polen.diplo.de/Vertretung/polen/pl/Startseite.html i wypełnić panel przeznaczony do korespondencji, bo ambasada i konsulaty nie podają nawet adresów mailowych.

PiS. Polityka i socjologia w 140 znakach (LXXXIV)

miroslawborutapisMirosław Boruta

16 X 1978 kardynał z Krakowa, Karol Wojtyła został wybrany papieżem i przyjął imię Jana Pawła II. Właśnie dlatego jesteśmy wciąż Polakami…

Problem niemieckiej kolonizacji medialnej Polski na przykładzie koncernu z Passau. Wciąż ważny i do rozwiązania:
http://www.krakowniezalezny.pl/niemiecki-koncern-wydawniczy-z-passau-a-media-w-polsce

W pierwszej rundzie wyborów – z wynikiem 5,8% w skali kraju – Akcja Wyborcza Polaków na Litwie zdobyła 7 mandatów, 1 więcej niż w 2012 roku.

J. Kaczyński: Nie traktujcie Wałęsy serio, to ofiara nowoczesnych czasów, wielki deficyt intelektualny, wady charakteru, straszna przeszłość.

Niemiecki koncern wydawniczy z Passau a media w Polsce

Jan Nowak

Passau (Pasawa) – miasto trzech rzek na pograniczu Austrii i Niemiec, przez miejscowych określane mianem bawarskiej Wenecji (jako pierwszy tak Passau miał nazwać, okupujący ją Napoleon I Bonaparte). Na górujących nad miastem przeciwległych wzgórzach, od północy wznosi się zamek Veste Oberhaus, zaś na wzgórzu południowym klasztor i sanktuarium Mariahilf, gdzie obecnie posługę duchową sprawują częstochowscy Paulini. W zamku będącym do początku XIX wieku rezydencją biskupów, przez pewien czas podległą Austrii, biskupem był Piast, książę Władysław, syn Henryka Pobożnego (por. A. Nowak, Dzieje Polski 1202-1340, t. 2, Kraków 2015, s. 152). Z najwyższej z wież zamkowych można obserwować Ortsspitze – miejsce, w którym łączy się Dunaj, Inn i Ilz – każda z rzek na inny kolor zabarwia już szerzej rozlewający się Dunaj. Poniżej przy starym zabytkowym Ratuszu w Glasmuseum można znaleźć poloniki – kryształowe puchary króla Stanisława Leszczyńskiego, pięknie ozdobione w herby rodowe władcy i Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

W Passau znajdujemy nie tylko te skromne poloniki. W tej 55-tysięcznej miejscowości mieści się siedziba koncernu medialnego Verlagsgruppe Passau, która oprócz gazety codziennej Passaer Neuer Presse (założonej przez dra Hansa Kapfingera po II wojnie światowej, na podstawie licencji uzyskanej od Amerykanów), intensywnie działająca na rynku prasowym w Czechach i w Polsce, będąc właścicielem prasy regionalnej i tzw. kolorowej. Verlagsgrupe Passau obok Bauer-Verlag i Ringer Axel Springer, skupia w swoim rękach według różnych szacunków od 80% do 92% tytułów polskiej prasy. Jak do tego doszło?

Pierwsze wydanie Passaer Neuer Presse (PNP) ukazało się 5 lutego 1946 w nakładzie ok. 105 tys. egzemplarzy. Hans Kapfinger – represjonowany po dojściu Adolfa Hitlera do władzy – był idealnym kandydatem, który za pośrednictwem swojego dziennika mógł wesprzeć i promować amerykańską denazyfikację. Ideał słuszny, ale przeprowadzony przez filozofujących ideologów ze Szkoły Frankfurckiej (Frankfurter Schule) wprowadził w – i tak już nadwątlony idealizmem i narodowym socjalizmem – duchowy krwiobieg niemieckiej kultury: neomarksizm i nową lewicę. W ten sposób media z Passau – stały się ich tubą propagandową, wysuwając się na czele innych lewicujących niemieckich tytułów prasowych. W 1985 roku, w którym zmarł Kapfinger, PNP było już liderem na niemieckim rynku, posiadającym nowoczesne drukarnie, otrzymujące zamówienia na druk nie tylko z Niemiec, ale również Austrii.

Trzy lata później (w 1988) nowy szef PNP Franz Xaver Hirtreiter opracował strategię ekspansji gazety na Wschód (Europę Środkowowschodnią), co umożliwiły przemiany polityczno-społeczne w tej części Europy. Na początku PNP przejęła znaczną część prasy czeskiej, zakładając wydawnictwo Vltava Labe Presse (z czeskiego rynku koncern zaczął się wycofywać w 2015 roku). W 1991 PNP weszła na rynek austriacki, przejmując diecezjalne wydawnictwo w Linzu oraz udziały w Oberösterreichische Rundschau. Niepowodzeniem zakończyły się próby przejęcia rynku włoskiego (1998-2001) i słowackiego (od 1999-2009), gdzie na tym ostatnim oferowano zarówno prasę w języku słowackim, jak i węgierskim. Najbardziej interesujące – z naszego punktu widzenia – jest chyba przejęcie polskich mediów i, niestety, na tym gruncie bawarski wydawca może poszczycić się znaczącym sukcesem.

W 1994 roku PNP wykupiło od francuskiego koncernu Hersant-Gruppe, wycofującego się z polskiego rynku prasowego kilka regionalnych tytułów. Następnie, korzystając również z zaprzyjaźnionych, szwajcarskich i niemieckich koncernów prasowych, wydawca z Passau wykupił zdecydowaną większość prasy regionalnej, głównie na terenach należących do 1945 r. do III Rzeszy Niemieckiej. Czy można mówić tu o przypadku, kiedy grupy rewizjonistów niemieckich i tzw. „wypędzonych”, coraz częściej i głośniej mówią o powrocie tych ziem do Niemiec? Oczywiście, bawarski koncern przejął również tytułu na „rdzennie” polskich terenach, np. w Krakowie, Lublinie, Warszawie. W 2000 roku został powołany holding Verlagsgruppe Passau (VGP), którym od 2004 zarządzał dr Axel Diekmann, a następnie jego córka – Simone Tucci-Diekmann (od 2009). Rodzina Dieckmann skoncentrowała się na umocnieniu swoich wpływów głównie w Polsce, która stała się perłą bawarskiego koncernu– niczym kolonialne Indie w koronie Brytyjskiej.

verlagsgruppepassaumapaNa korytarzu przy hali, w której odbywają się cykliczne spotkania z gośćmi koncernu i jego czytelnikami, również w ramach Menschen in Europa, w głównej siedzibie Verlagsgruppe Passau w Pasawie przy ul. Medien Strasse 5, została zamieszczona mapa z mediami należącymi do tej firmy (zob. fotografia obok).

Obecnie VGP składa się z PNP-Gruppe i Polska Presse-Gruppe. Na PNP Gruppe składa się Passaer Neuer Presse GmbH, w skład której wchodzą: Neue Presse Zitungsvettriebs-GmbH, Donau-Isar-Bayerwald-Presse-GmbH, Donau-Wald-Presse-GmbH, Oberbayern-Presse-GmbH, Rottaler-Presse-GmbH, Alle Tage Verlags-GmbH, Neue Presse Unternehmensservice GmbH, Oberland-Presse-GmbH, Neue Presse Post GmbH, Neue Presse Multimedia GmbH, Passauer Neuer Media GmbH, Passauer Neue Presse Druck GmbH, Chiemgau Werbung und Vertrieb GmbH, Chiemgau Post GmbH, BGL-Medien GmbH. Koncern ma również udział spółce Funkhaus Passau GmbH, będącej właścicielem stacji radiowych: Unser Radio i Radio Galaxy oraz Unser Radio Deggendorf Programmanbieter Verwaltung – GmbH & Co. KG.

Jak widać, koncern z Passau stanowi potężne imperium medialne w południowej Bawarii, dysponujące nie tylko prasą i drukarniami, ale również pocztą i radiem. Ponadto wydaje on dwa bezpłatne dzienniki w sobotę i niedzielę dostarczane do skrzynek pocztowych odbiorców: Passaer Neuer Presse Kurier i Am Sonntag.

Polska Presse z siedzibą w Warszawie (jej szefową jest Dorota Staniek) wydaje dzienniki, prasę regionalną, motoryzacyjną, tzw. kolorową oraz portale internetowe. Są to następujące tytuły swoim zasięgiem obejmujące niemal całą Polskę: Dziennik Polski, Dziennik Bałtycki, Gazeta Wrocławska, Gazeta Krakowska, Dziennik Zachodni, Co gdzie, Głos Wielkopolski, Ale gratka.pl. Darmowe ogłoszenia drobne, Dom gratka.pl; Express ilustrowany; Motto gratka.pl, Polska The Time, Tele magazyn, Praca gratka.pl, Dziennik Łódzki, Motofakty.pl. Wszystko o samochodzie, Moto salon, Nasza historia, Ekstraklasa.net, Natablicy.pl, Nasze miasto, Autogiełda Wielkopolska, Wiadomości 24. Pl, Gratka.pl, E-budownictwo.pl, Polski Kurier, Langloo.com, Express ilustrowany. TV pilot, Kurier Lubelski Moto Express, Moto Jarmark, Jarmark oraz media regionalne: Nasze Miasto (w wydaniach dla Warszawy, Katowic, Trójmiasta, Wrocławia, Krakowa, Poznania, Łodzi, Bielsko-Białej i Leszna), Teraz Białystok (w mutacji dla: Gorzowa, Kielc, Koszalina, Opola, Radomia, Rzeszowa, Słupska, Torunia oraz Moje Miasto (wydawane w: Lublinie, Szczecinie, Zielonej Górze), Dziennik Wschodni, Echo Dnia, Gazeta Codzienna Nowiny, Gazeta Lubuska, Gazeta Pomorska, Gazeta Współczesna, Kurier Poranny, Nowa Trybuna Opolska, Tygodnik Ostrołęcki oraz Głos – Dziennik Pomorza w trzech lokalnych wydaniach: koszalińskim, pomorskim i szczecińskim.

VGP osiąga ponad 4,9 miliona jednorazowego nakładu, ma ponad 9 milionów czytelników. Koncern co roku odnotowuje wzrost swojego dochodu: w 2012 zarobił 251,3 milionów Euro, rok później: 262,1 mln Euro, zaś w 2014: 293,7 mln Euro. Ile z tych sum – przecież w znacznej części osiągniętych ze sprzedaży prasy polskim czytelnikom – pozostaje w kraju? Zasila np. polskie szkoły lub domy dziecka?

W rozmowie z pewnym Niemcem, dumnym z potęgi koncernu (ma do tego prawo), zapytałem, czy to, że media w Polsce należą do niemieckiego właściciela, nie przekłada się to na ich obiektywizm, na kształtowanie obustronnych relacji i wzajemnego sąsiedzkiego postrzegania? Otrzymałem odpowiedź, że nie! Należące do PNP media w Polsce mają miejscowe redakcje, które w doborze materiałów i polityki wydawniczej są niezależne od niemieckiej matki – przekonywał mnie mój rozmówca! Czy faktycznie tak jest? Czy w takich redakcjach opublikowano by tekst, który poddawałby krytyce (pomijam kwestię, czy byłby zasadny, czy nie) np. politykę emigracyjną kanclerz Merkel? Wówczas mój rozmówca, uznał, że musi być zachowana kontrola (faktycznie PNP jest orędownikiem migracyjnej polityki kanclerz Merkel). Z czym mamy więc do czynienia? Czy tylko z relatywizmem poznawczym i moralnym promowanym przez nową lewicę? A może walką o „rząd dusz” i drenaż ekonomiczny nadwiślańskiej kolonii? Nasuwa się więcej, bynajmniej nie retorycznych pytań:

Czy media te nie kształtują podstaw społecznych w Polsce? Czy faktycznie nie są tubą propagandową dla ich niemieckich właścicieli? Czy mogą pozwolić sobie na niezależność oraz na bezstronne i obiektywne przekazywanie prawdy, np. w sprawie obecnej polityki emigracyjnej w RFN, jej następstw i konsekwencji, również w niemieckim społeczeństwie? Podobno kapitał nie zna granic i narodowości. Czy jednak w przypadku konfliktu interesów (nawet nie tych militarnych), można zagwarantować bezstronność i obiektywizm polskojęzycznym mediom? Czy jest on możliwy w dobie stanowczej polityki rozgrywających w UE, czyli głównie Niemiec? A nawet agresywnej polityki historycznej naszych nie tylko Zachodnich sąsiadów? Czy przejęcie i zarządzanie mediami w Polsce oprócz ekonomicznego wymiaru, nie jest przede wszystkim „piątą kolumną” niemieckiego propagandowego zabezpieczenia? Pozwala to na kreowanie pedagogiki wstydu i antypolskich mitów (np. o rzekomych „polskich” nazistach (Nazi) lub rzekomych „polskich” obozach koncentracyjnych, rzekomym „polskim „antysemityzmie), przy równoczesnym wybielaniu faktycznych sprawców ludobójstwa, czyli Niemców. Oczywiście, media mogą zabezpieczać nie tylko politykę historyczną, ale również interesy ekonomiczne, lobbując na rzecz niemieckich koncernów i firm.

Niemcy chętnie powtarzający znane stereotypy o Polakach, ich gospodarce, często mają jednak świadomość, że Polacy są pracownikami dobrze wykwalifikowanymi, zdyscyplinowanymi i pracowitymi. Wykorzystując stosunkowo wysokie bezrobocie w Polsce, mają możliwość pozyskania tańszego pracownika niż za Odrą. Geograficzne położenie Polski pozwala na szybki i dogodny transport produkowanych podzespołów, które następnie w większości z powrotem trafiają do Polski jako produkt finalny. Czy jesteśmy niemiecką kolonią? Rezerwuarem taniej siły roboczej i rynkiem zbytu, często towarów, które na Zachodzie nie znajdują już nabywców, lub musiałyby zostać znacznie przecenione, nawet poniżej kosztów produkcji? Czy omawiane media nie stają na straży tego status quo? Czy zatem nie jest konieczna ich repolonizacja? Czy powinna one zupełnie zniknąć z polskiego rynku? Wybór należy do Czytelników, ale również do decydentów, których obowiązkiem jest troska o to, co stanowi wyznacznik życia społecznego, kulturowego i ekonomicznego. Bez własnych i powszechnych mediów nie będziemy mogli podjąć obiektywnej i twórczej debaty o tym, co jest najważniejsze oraz podjąć ważnych zmian i reform.

Józef Goebbels – doktor filozofii – jako jeden z pierwszych, obok Lenina, dostrzegł moc propagandy i negatywnego oddziaływania mediów. Dysponując tylko prasą i radiem oraz dopiero co rozwijającym się kinem, potrafił przekonać wielu swoich rodaków do aktywnego poparcia Hitlera. Mawiał, że kłamstwo, powtórzone wielokrotnie, staje się prawdą. Można rozgrywać ludzi i nastawiać ich przeciwko sobie. Taki proces nie jest tylko historią z pierwszej połowy XX wieku.

Dzieje się on również na naszych oczach, gdy wmawia się Polakom, że rządy PIS-u są dla nich zagrożeniem, a przeprowadzane przez rząd reformy, nie prowadzą do sanacji spauperyzowanego kraju. Niemieckie media i ich polskojęzyczne odpowiedniki w kraju nie mogą sobie podarować, że Polska wyrywa się z programu ucywilizowania Europy według programu nowej lewicy (ostatnio proces ten zarysował Bronisław Wildstein w swoim artykule Cywilizowanie polskich Irokezów, „wSieci” 25 kwietnia – 1 maja 2016, s. 60-62). W tym to „cywilizowanym” świecie tradycja, patriotyzm i wiara katolicka, stanowią anachronizmy, które należy jak najszybciej odrzucić. W ten sposób Polska staje się ponownie przedmurzem walki o łacińską (a nie – europejską) cywilizację. Cywilizacja łacińska – doprecyzujmy – wyrosła z greckiej filozofii, rzymskiego prawa i chrześcijańskiej religii (zasadniczo rzymsko-katolickiej) i stanowi jej twórczą kontynuację.

Podczas niemieckiej okupacji prasę wydawaną przez Niemców i kolaborantów określano mianem: „gadzinowej”, używając jej głównie do pakowania śledzi. Dziś, jeżeli Polacy przestaliby ją kupować, Niemcy, ponosząc straty, szybko wycofaliby się polskiego rynku. Nie dajmy się rozgrywać przez „obcych”, działających zgodnie ze starą rzymską regułą: „dziel i rządź”. Pamiętajmy, że ten, kto ustala znaczenie słów, ich interpretację, ten naprawdę rządzi! Koncern VGP został wyparty ze Słowacji i Włoch, ograniczono jego wpływy również w Czechach. Czas na repolonizację mediów w Polsce.

W imię polskiego patriotyzmu czas rozpocząć skuteczny, masowy, powszechny bojkot niemieckich mediów dla Polaków!

IV rozbiór Polski. Małopolscy Patrioci – Pamiętamy!

stefanbudziaszekStefan Budziaszek

17 września 2016 roku, w 77. rocznicę napaści Niemiec i Rosji na Polskę, przedstawiciele Stowarzyszenia Narodowa Skawina oraz Małopolscy Patrioci zorganizowali pikietę przed krakowskimi konsulatami Republiki Federalnej Niemiec i Federacji Rosyjskiej:
https://www.youtube.com/watch?v=Mm_a3TxQSuQ

Dni Pamięci Ofiar Niemców – 9 i 10 września 2016 roku

krakowniezaleznymkInformacja własna

Muzeum Historyczne Miasta Krakowa (Filia Ulica Pomorska, ul. Pomorska 2) zaprosiło Krakowian i Gości naszego Miasta na dwudniowe obchody Dni Pamięci Polaków – Ofiar Niemców.

20160909ar1Uroczystości rozpoczęły się od Mszy Świętej w kościele Św. Szczepana (przy ul. Sienkiewicza 19), następnie odbył się Apel Pamięci ku czci Polskich Ofiar Niemców z udziałem żołnierzy Wojska Polskiego (ul. Pomorska 2), start gry miejskiej „Krajewski” poświęconej obozowi narodowemu w czasie okupacji niemieckiej, konferencja naukowa „Obóz narodowy w czasie II wojny światowej – między prawdą a mitem” w sali edukacyjnej przy ul. Pomorskiej 2, a na zakończenie, na pl. Inwalidów, zainaugurowano wystawę plenerową pt. „Krakowscy narodowcy 1939–1945″. Wystawa poświęcona jest członkom obozu narodowego działającym w czasie II wojny światowej w Krakowie.

Pełny program uroczystości i konferencji Dni Pamięci znajdą Państwo tutaj: http://www.mhk.pl/aktualnosci/dni-pamieci.

(Od Redakcji): Zapraszamy Państwa jeszcze do obejrzenia zdjęć z 9 i 10 września: https://goo.gl/photos/Wk5qFzJh4TCE6Pe1A / https://goo.gl/photos/RZh3Ctxi77zvTqZQ9. Autorką obu fotoreportaży jest p. Alicja Rostocka, dziękujemy ;-)

„Nazi matki, nazi ojcowie” przed sądem – pierwsza rozprawa

rdilogo18 lipca 2016 roku przed Sądem Rejonowym w Krakowie rozpoczął się proces przeciwko niemieckiej telewizji ZDF i wytwórni filmowej UFA Fiction w sprawie o naruszenie dóbr osobistych żołnierzy Armii Krajowej z powództwa kpt. Zbigniewa Radłowskiego i Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

Pełnomocnikami Żołnierzy AK są mec. Monika Brzozowska i mec. Jerzy Pasieka, którzy od 3 lat pracują pro bono nad tą sprawą. Pozew przeciwko ZDF został złożony 3 lata temu Reduta monitoruje proces, aktywnie organizuje akcję informacyjną, a także wzięła na siebie koszty związane z przejazdami i noclegami AK-owców w Krakowie. Proces toczy się w Krakowie ze względu na miejsce zamieszkania kpt. Radłowskiego.

Pierwszego dnia miały miejsce ustalenia proceduralne. Dużym sukcesem jest fakt, że sąd uznał, że jest właściwy do rozpoznawania sprawy, czego nie chcieli pełnomocnicy pozwanych – chcieli oni, aby sprawa toczyła się przed sądem w Niemczech. Sąd dopuścił świadków – ze strony AK jest to prof. Bogdan Musiał, który był konsultantem filmu, ale gdy zobaczył jaka jest jego wymowa i że Niemcy nie biorą pod uwagę jego wskazówek protestował i wycofał się.

ZDF zgłosiła jako dowody w sprawie publikacje prawdopodobnie mówiące o tym, że Armia Krajowa miała się dopuszczać mordów na Żydach. Sąd jeszcze nie zdecydował czy dowody w postaci publikacji dopuści.

prawdaoniemcachBardzo istotnym postanowieniem sądu jest dopuszczenie przesłuchania świadków z Niemiec za pośrednictwem wideokonferencji, czego absolutnie nie chciała strona ZDF. Chcieli oni, żeby świadkowie z Niemiec przesłuchiwani byli za pomocą sądu niemieckiego, bez udziału sądu z Polski. Doświadczenie uczy, że w takich wypadkach polscy pełnomocnicy mieli uniemożliwiane zadawanie pytań. W sytuacji dopuszczenia wideokonferencji proces też będzie się toczył dużo szybciej (il. Plakat prawdy o Niemcach, fot. p. Mirosław Boruta).

Po tych ustaleniach sąd przesłuchał powoda – kpt. Zbigniewa Radłowskiego, który opowiedział w jaki sposób walczył (był żołnierzem AK, był na Szucha i Pawiaku, potem w Auschwitz, zwolniony dzięki wstawiennictwu rodziny Wedlów, potem ukrywał Żydów, w Powstaniu walczył na Mokotowie. Po wojnie skazany na 12 lat więzienia przez komunistów)

Sąd zadawał pytania kpt. Radłowskiemu o to, czy AK była organizacją antysemicką, czy mogło się zdarzyć że żołnierze AK grabili zwłoki zabitych Niemców. Były to pytania do protokołu, aby odpowiedzi stanowiły dowód w sprawie.

davNastępnie wyświetlono pierwszy odcinek filmu „Unsere Mütter, unsere Väter” i sąd zakończył posiedzenie. Następne posiedzenie poświęcone będzie przesłuchaniu świadków z Niemiec, a termin podany będzie po uzgodnieniu ze stroną niemiecką spraw technicznych związanych z wideokonferencją. Obejrzane będą też dalsze odcinki serialu.

Sędzia prowadzi sprawę stanowczo, sprawnie, bez uprzedzeń.

Podsumowanie:

1. Sukces w postaci uznania przez sąd, że jest właściwy do rozpatrywania sprawy.
2. Sukces w postaci dopuszczenia przesłuchania podczas wideokonferencji.
3. Zanosi się na to, że strona przeciwna będzie się bronić oskarżając AK o zbrodnie na Żydach.

Sukces jest owocem usilnej i wytrwałej pracy mecenasów Moniki Brzozowskiej i Jerzego Pasieki, a także mec. Lecha Obary, który prowadził sprawy związane z „polskimi obozami”. Wszystko to razem dało efekt w postaci wykładni prawa, którą uznają sądy. Reduta będzie dalej organizować pracę nad tą sprawą i następnymi, które są już w toku, a niebawem usłyszą Państwo o nich, gdy złożymy pozwy. I będziemy się bardzo dokładnie przyglądać jakiej argumentacji używa ZDF w tej sprawie.

Maciej Świrski

Za: Biuletyn Reduty Dobrego Imienia. Polskiej Ligi przeciw Zniesławieniom.

Potęga mediów w niemieckich rękach to potęga manipulacji…

krakowniezaleznymkInformacja własna

W Londynie wymalowano nieprzyjazny napis, media opowiadały o tym trzy dni. W Niemczech palone są dziesiątki polskich samochodów:
http://linkis.com/berliner-kurier.de/6OtfJ

Ale kto ma o tym napisać? Wychodzące po polsku gazety będące własnością niemieckich koncernów? Więcej informacji w notce „Kto wydaje gazety dla Polaków?”:
http://www.krakowniezalezny.pl/kto-wydaje-gazety-dla-polakow

Kolejna rocznica niemieckiej zbrodni w Krakowie

alicjarostockaAlicja Rostocka

27 maja 1944 roku, okupujący nasze miasto Niemcy, zamordowali publicznie czterdziestu Polaków, więźniów przywiezionych z ul. Montelupich. Miejsce pamięci przy skrzyżowaniu ul. Botanicznej 12 i ul. Lubicz 27/29 upamiętniają tablice i płyta ku czci Polskich Ofiar niemieckiej zbrodni.

niemieckazbrodniablW uroczystości z udziałem m.in. rodzin pomordowanych, kombatantów, młodzieży szkolnej i Stowarzyszenia Szarych Szeregów uczestniczyli także pp. Roman Heil, syn zamordowanego przez Niemców Edwarda Heila, komendanta Krakowskiej Chorągwi Szarych Szeregów, pseudonim „Jerzy” oraz komendant Władysław Zawiślak.

W tym roku szczególną oprawę uroczystości zapewniła młodzież z Przemyśla, a dalszy ciąg wspomnień odbył się w Muzeum Armii Krajowej. Można było tam zobaczyć m.in. pamiątki dokumentujące działalność Stanisława Szczerby pseudonim „Linus” – harcerza i żołnierza Armii Krajowej, najprawdopodobniej zabito go właśnie wtedy.

I jeszcze linka do 45 zdjęć:
https://picasaweb.google.com/103511753291993799832/6289599750571127521

W obronie prawdy o Polsce

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Niemiecki prezydent mentorsko poucza Polaków

Parę dni temu mieliśmy kolejny przejaw niedopuszczalnego wtrącania się w sprawy Polski, tym razem ze strony prezydenta Niemiec Joachima Gaucka. Podczas Dni Katolików w Lipsku prezydent Gauck powiedział: Polacy – podobnie jak mieszkańcy byłej NRD – potrzebują więcej czasu, aby nauczyć się żyć z obcymi, dlatego nie potrafią okazywać im miłosierdzia. Polacy potrafią być niesłychanie miłosierni, nie odkryli jednak – jak dotąd – tej zasady, że miłosierdzie nie obowiązuje tylko i wyłącznie w stosunku do naszych”. I dodał, że z tego właśnie powodu „politycy w Polsce, którzy odwołują się do dawnej narodowej tożsamości, są obecnie w nieco lepszej sytuacji niż politycy proeuropejscy, nastawieni bardziej liberalnie” (za: http://www.fronda.pl/a/niemiecki-prezydent-poucza-polakow-stosunku-doobcych,72301.html).

Prezydent Joachim Gauck ma ogromne zasługi dla Niemiec, bo przeprowadził tam lustrację w sposób doskonały. Teraz jednak niepotrzebnie miesza się w sprawy Polski i wypowiada bzdury. Przez stulecia jego kraj – Niemcy był najbardziej nietolerancyjnym krajem, m.in. okrutnie prześladując Żydów, a potem wywołując straszne wojny. W tym samym czasie Polska była najbardziej tolerancyjnym krajem świata i najbardziej otwartym na wszelkiego rodzaju uchodźców. Przyznał to nawet zajadły niemiecki XIX-wieczny wróg Polski, twórca potęgi militarnej Prus – feldmarszałek Helmut von Moltke, pisząc, iż: „Starodawni Polacy odznaczali się wielką tolerancją (…) Przez długi przeciąg czasu przewyższała Polska wszystkie inne kraje Europy swoją tolerancją (podkr. – JRN). Pierwsi Żydzi, którzy tu osiedli, byli wygnańcami z Czech i Niemiec. W roku 1096 schronili się do Polski, gdzie wówczas daleko większa tolerancja panowała niż we wszystkich innych państwach Europy(…)” (cyt. za: H. von Moltke: „O Polsce”, tł. G. Karpeles, Lipsk 1885, s.12, 14, 30; por. szerzej: J. R. Nowak: „Co Polska dała światu”, 3 wyd., Warszawa 2015, s. 20-30).

Najlepszy komentarz do wystąpienia prezydenta J. Gaucka dała znakomita dziennikarka „w Sieci” Krystyna Grzybowska, pisząc m.in. „Nie będę sięgać głębiej w historię stosunków polsko-niemieckich, bo od tego miłosierdzia barbarzyńców niemieckich na naszym terytorium, w obozach koncentracyjnych zginęły miliony obywateli, głównie żydowskich podludzi, zamęczonych w akcie miłosierdzia w komorach gazowych. Należy być miłosiernym i takimi wspomnieniami nie zakłócać przyjaznych i dobrosąsiedzkich stosunków. I jeszcze jedno, gdyby nie ruch Solidarności nie byłoby Urzędu Gaucka, a Gauck nie zostałby prezydentem najpotężniejszego państwa w Europie. Jak ten czas leci i jak to się ludzie zmieniają. Niezmienna jest wyższość moralna Niemców nad Polakami i resztą obywateli gorszej Europy, pouczanie niedorozwiniętych gospodarczo krajów jaką politykę powinny prowadzić, żeby zadowolić dążenie Niemiec do panowania nad kontynentem (podkr. – JRN). Ci ze wschodu powinni być miłosierni dla gospodarczej ekspansji sąsiada z zachodu, a także dla muzułmanów, bo choć są z obcej kultury i cywilizacji, powinni być przyjmowani z otwartymi rękami. W akcie wdzięczności, bo po raz pierwszy od paru wieków Niemcy nie zamierzają na nas napaść. Oni pragną pokojowo zamienić nas w niewolników swojej wyższości, już to czynią. I postawić pod naszą wspólną historią grubą kreskę” (cyt. za: Gruba kreska Joachima Gaucka: Niezmienna jest wyższość moralna Niemców nad Polakami i resztą obywateli gorszej Europy, „w Polityce.pl” z 27 maja 2016). Przy okazji warto zwrócić uwagę, że w Polsce znalazło schronienie najpierw kilkadziesiąt tysięcy Czeczeńców, a w ostatnich paru latach blisko dwa miliony uchodźców z ogarniętej wojną Ukrainy.

Jak długo wrogowie Polski będą pisać naszą historię?!

W najnowszym numerze „Warszawskiej Gazety” (nr z 27 maja-2 czerwca) szczególnie polecam artykuł znakomitego publicysty patriotycznego Mirosława Kokoszkiewicza: „Wrogowie Polski piszą naszą historię”. Kokoszkiewicz pisze: „Bezczelność Niemców i niestety wielu środowisk żydowskich w zakłamywaniu historii jest trudna do pojęcia dla każdego w miarę normalnego i przyzwoitego człowieka. Oto dzieci oraz wnuki oprawców i ich ofiar mówią dzisiaj jednym głosem, że Polacy chcą się przedstawić „w lepszym świetle”. Jednocześnie cynicznie przemilczają, że my również byliśmy narodem przeznaczonym przez Niemców do zagłady. Kiedy sami pojmiemy i damy głośno do zrozumienia innym, że to my Polacy, jesteśmy u siebie gospodarzami i to my decydujemy, kto jest dla nas wzorem i bohaterem?” Według Kokoszkiewicza: „Otwarte 17 marca br. we wsi Markowej Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów, choć powstało o wiele lat za późno, to i tak wywołało gwałtowne ataki ze strony Niemców, wspieranych przez część środowisk żydowskich. Mówienie – jak to uczynił prezydent Duda w dzień otwarcia placówki – o setkach tysięcy Polaków, którzy pomogli Żydom, może wzbudzić w Jerozolimie podejrzenie o wykorzystanie owego tragicznego, ale i nietypowego przypadku rodziny Ulmów (podkr. – JRN) do przedstawienia w lepszym świetle zachowania Polaków w czasie Holocaustu” – mogliśmy przeczytać w niemieckim dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (…) Komentująca tekst z FAZ stacja Deutsche Welle dodała: „Dyrektorka przyznającego ten tytuł (Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – JRN) Instytutu Yad Cashem Irena Steinfeldt zaznacza bowiem, że choć liczba Polaków w porównaniu z innymi krajami jest najwyższa, to jednak w obliczu trzech milionów polsko-żydowskich ofiar jest raczej niska”.

Komentując te słowa I. Steinfeldt red. Kokoszkiewicz pisze: „Nikt nie wspomina, że przytłaczającej większości żydowskich ofiar nie udało się uratować, gdyż kompletnie nie zasymilowani z naszym narodem nie znali nawet polskiego języka. Tych ludzi nie można było wtopić w polski tłum, zaopatrując w sfałszowane metryki, świadectwa chrztu i kenkarty. Mimo to, Polaków, którzy oddali życie, ratując Żydów, liczy się w tysiące, a liczbę tych, którzy im pomagali, szacuje nawet na ponad milion. Według spadkobierców niemieckich katów i środowisk żydowskich to o wiele za mało (…) Wypada przypomnieć Niemcom i Żydom, ile to mieszkańców dzisiejszej Europy Zachodniej, okupowanej w latach. ostatniej wojny przez III Rzeszę, oddało życie za Żydów (…) Jakże szybko z pamięci historycznej wymazano fakt, że Francuzi, Belgowie czy Holendrzy, którym żadna zagłada nigdy nie groziła, sami gorliwie organizowali transporty Żydów do obozów śmierci, zaskakując swoim zaangażowaniem nawet niemieckich zbrodniarzy? (…)

Głupota kolejnych polskich rządów czy wręcz dokonana z premedytacją zdrada pamięci o naszych bohaterskich przodkach poraża. Z jaką bowiem sytuacją mieliśmy do czynienia, zanim kilka tygodni temu otwarto Muzeum w Markowej? Oto liczni odwiedzający Kraków turyści, w tym niemieccy i żydowscy mogli zwiedzać tamtejsze muzeum Fabryki Emalii Oscara Schindlera i dowiadywać się, że najważniejszym, historycznym już, bohaterem ratującym Żydów w okupowanej Polsce był ten niemiecki przedsiębiorca. Dlaczego niemieckie szmatławce, wspierane przez środowiska żydowskie, nie pisały przy okazji otwarcia muzeum Schindlera o celowym nagłaśnianiu zupełnie „nietypowego przypadku”? Dlaczego Irena Steinfeldt z Yad Vashem nie zaprotestowała, mówiąc, że nie godzi się, aby w państwie setek tysięcy bezimiennych bohaterów, z narażeniem życia niosących pomoc Żydom, honorować akurat Niemca? (podkr. – JRN) (…) Dlaczego podobnego muzeum nie wybudowano najpierw Polakowi, Henrykowi Sławikowi, który ocalił życie co najmniej 5 tys. Żydów, czyli wielokrotnie większej liczbie niż Schindler? Dlaczego swojego muzeum i pomnika nie ma ksiądz Marceli Godlewski, który uratował 3 tys. Żydów z warszawskiego getta?

Mocno brzmią końcowe stwierdzenia pełnego pasji artykułu Mirosława Kokoszkiewicza: „Czy jest gdzieś drugi taki kraj, który zamiast sławić własnych bohaterów, szuka ich na siłę wśród przedstawicieli narodu okupantów, zbrodniarzy i ludobójców ? Czy jest drugie takie państwo, które prowadzi politykę historyczną, budując najpierw Muzeum Historii Żydów Polskich, podczas gdy godnej siedziby nie ma do dziś Muzeum Historii Polski? (…) Czy kiedyś zmądrzejemy na tyle, aby idąc do wyborów, przynajmniej przez kilka najbliższych kadencji stawiać konsekwentnie na polskich patriotów, a nie na wysługujących się zagranicznym mocodawcom politycznych kelnerów? Aby jakoś nadrobić stracony po 1989 r. czas, opcja prawicowo-patriotyczna powinna utrzymać się u władzy przynajmniej przez dwie najbliższe dekady. Być może tyle wystarczy, aby Polacy powrócili do dawnej dumy i moralnej siły, które nie pozwolą na meblowanie naszego domu przez coraz bardziej bezczelne i i butne antypolskie środowiska. Muzeum „Sprawiedliwych” powinno stanąć w Warszawie wiele lat temu, zanim w Krakowie uhonorowano zaprzyjaźnionego ze zbrodniarzami z SS niemieckiego fabrykanta, któremu Steven Spielberg poświęcił znany na całym świecie film „Lista Schindlera”. „Historię swoją piszcie sami, bo inaczej napiszą ją za was inni i źle” – mówił Józef Piłsudski (…)”.

Mit o szlachetności Oscara Schindlera

Przy okazji tekstu M. Kokoszkiewicza sprostuję urobiony u nas fałszywy mit o wyjątkowej szlachetności i dobroczynności „zbawcy Żydów” Oscara Schindlera. Mit ten pryska natychmiast przy lekturze wydanej w 1985 r. w Krakowie w Wydawnictwie Literackim książki wybitnego świadka wydarzeń w getcie krakowskim, dyrektora szpitala zakaźnego w tym getcie Aleksandra Bibersteina „Zagłada Żydów w Krakowie”. Jak bardzo zafałszowany był obraz dany w filmie Spielberga można się przekonać porównując relację Bibersteina z jedną z centralnych scen filmu Spielberga „Lista Schindlera”, ukazującą typowanie nazwisk kolejnych Żydów na listę do uratowania. W filmie Spielberga słuchaliśmy wyciskającej łzy rozmowy między Schindlerem a wspaniałym, szlachetnym Żydem Szternem, jak dopisują do listy nazwiska kolejnych żydowskich kobiet i dzieci, aby uratować im życie. Niestety ta jakże wzruszająca scena filmowa była typowym fałszem, czymś, co zwykło się określać słowami „pic i fotomontaż”. Istniała owszem „lista Schindlera” i istniał wielce szlachetny Żyd Sztern. Tyle tylko, że słynną „listę” Schindler ustalał nie ze szlachetnym Żydem Szternem, a z najgorszym miejscowym żydowskim łapownikiem policjantem Marcelim Goldbergiem, i ustalał nie z nieprzebranej dobroci serca, a za złoto i kosztowności. Jak pisał o tym Aleksander Biberstein w książce „Zagłada Żydów w Krakowie” (op.cit., s. 143): „Ponieważ Schindler cieszył się wśród Żydów opinią człowieka porządnego, napływ kandydatów na wyjazd do Brünnlitz był wielki, o wiele większy niż możliwości zatrudnienia. Przydział do tej placówki zależał do biura pracy w obozie, gdzie urzędował odeman (policjant żydowski – JRN) Marcel Goldberg. Porozumiał się on z Niemcem, kierownikiem tego biura, no i z Schindlerem przy pomocy wysokich łapówek, zwykle w obcej walucie i w kosztownościach ustalił listy mających wyjechać do Brünnlitz. Dorobili się oni w ten sposób bardzo znacznego majątku, który prawdopodobnie udało się im uratować. Goldberg przeżył wojnę i zdołał się ukryć pod zmienionym nazwiskiem w nieznanym miejscu” (podkr. – JRN). W innym miejscu swej książki (s.149) A. Biberstein pisał: „Odeman Marcel Goldberg, kierownik Arbeitseinsatzu w Płaszowie, umieścił na tej liście wielu Żydów w zamian za ogromne łapówki, oczywiście w porozumieniu i w interesie Schindlera” (podkr. – JRN). A w Polsce uhonorowano przede wszystkim pazernego Schindlera, który wielce skorzystał na swej „dobroczynności” wobec Żydów, i umieszczono muzeum w jego krakowskiej fabryce. Natomiast Henryk Sławik, który został zamordowany przez Niemców za uratowanie pięciu tysięcy Żydów, był przez dziesięciolecia zapomniany, i jak dotąd nie ma żadnego muzeum upamiętniającego jego poświęcenie (por. szerzej J. R. Nowak: „Żydzi przeciw Żydom”, Warszawa 2012, cz. 2, s. 129-130).

Przy okazji warto dodać, że słynny reżyser Steven Spielberg, który nakręcił „Listę Schindlera” był skrajnie antypolski. W wywiadzie udzielonym w Filadelfii 12 grudnia 1993 r. powiedział: „Polacy prześladowali Żydów na długo przed dojściem Hitlera do władzy”. Sam film został oparty na skrajnie antypolskiej książce australijskiego pisarza Keneally’ego, w której przedstawia się Polaków w ponury, jednowymiarowy sposób, a roi się od „dobrych” Niemców: pułkownika Lange (s. 270-271), porucznika standartenführera SS (s. 120, 123) i in. (por. szerzej: J. R. Nowak: „Żydzi przeciw Żydom”, Warszawa 2012, część I, s. 67-68).

Cenny pomysł: utworzyć Ministerstwo Polaków za granicą

Wybitny krakowski naukowiec (badacz tematyki polonijnej) socjolog dr Mirosław Boruta jest od dawna wizytówką bardzo ciekawego portalu „Kraków Niezależny”. Na łamach najnowszego numeru krakowskiego miesięcznika WPIS (nr 5 z 17 maja 2016) dr Boruta wystąpił z godną poparcia inicjatywą: utworzenia Ministerstwa Polaków za Granicą. Na początku wskazał na dane – obok 37 mln Polaków żyjących w Kraju aż 22 mln Polaków żyje za granicą – liczba nader wymowna. Boruta pisze o tych 22 milionach Polaków rozproszonych w świecie: „to jest nasz narodowy skarb, narodowy „świat, który nie może zaginąć”. Akcentując zadania i możliwości działania wśród Polaków za granicą Boruta wytycza następującą wstępną listę działań:

- „pomoc w zachowaniu polskich kodów kulturowych wśród żyjących, przyznających się do polskości, poprzez deklarację narodowościową w spisach ludności innych krajów;
- pomoc w postaci polskich szkół, podręczników, filmów, pomoc księżom szerzącym polskość poprzez kościoły, parafie i punkty katechetyczne, tutaj chodzi także o pomoc prawną w uzyskaniu statusu mniejszości narodowej w krajach, gdzie Polacy takowego nie maja – najbardziej jaskrawy przykładem dyskryminacji tego typu są oczywiście Niemcy, gdzie żyje ok. 2 mln. Polaków;
- pomoc w zachowaniu polskich pamiątek narodowych, budynków, miejsc pamięci, pomników, cmentarzy;
- dla tych ,którzy chcą zamieszkać w Polsce, wszechstronna pomoc w repatriacji i aklimatyzacji w Kraju. Dotychczasowe doświadczenia w tym względzie są niestety bardzo przygnębiające”.

Apelując o wzmożenie repatriacji Polaków ze Wschodu dr Boruta apeluje: „W ogólnoeuropejskim sporze o imigrantów – uchodźców konieczna jest np. propozycja, aby polski Kościół ogłosił, że każda parafia przyjmie przynajmniej jedną polską rodzinę z Kazachstanu albo z Ukrainy. (podkr. – JRN). Taki apel to byłby ważny głos. Przy czym weterani walk o wolność Polski, tak w Kraju ( w granicach sprzed 1939 roku), jak i na obczyźnie, weterani walk o wolność Waszą i Naszą powinni mieć tutaj absolutne pierwszeństwo”.

Zdaniem dr. Boruty niezbędne jest jak najszybsze podniesienie rangi problemu Polaków za granicą na szczeblu instytucjonalnym – na wzór państw, które już utworzyły w tym celu specjalne ministerstwa, m.in. Armenii, Gruzji, Izraela, Indii i Serbii. Boruta ubolewa, że jak dotąd działania wobec Polaków i osób polskiego pochodzenia za granicą są nazbyt rozproszone – na około 18 podmiotów o różnych kompetencjach. Dlatego apeluje, aby scalić, skoordynować te wysiłki –poprzez utworzenie Ministerstwa Polaków za Granicą. Akcentuje: „to się tym 22 milionom ludzi należy! To się im od Polski, od ich Ojczyzny naprawdę należy (podkr. – JRN). Według dr. Boruty koszty prowadzenia takiego nowego ministerstwa można by sfinansować poprzez redukcję w całej masie urzędów z administracji rozbudowanej do monstrualnych rozmiarów za poprzednich rządów. Dr Boruta proponuje również kilka rozwiązań szczegółowych. Proponuje, aby w każdej polskiej placówce dyplomatycznej, ambasadzie czy konsulacie utworzono Zespół ds. Polaków za Granicą, działający pod kierunkiem wyspecjalizowanego konsula albo przynajmniej urząd attaché. Placówki o randze zespołów i ataszatów gromadzić będą dokumentację historyczną jak i dokumentację dotyczącą wydarzeń aktualnych, a przede wszystkim położą nacisk na powszechnie dostępną naukę języka polskiego jako wartości centralnej dla kultury polskiej. Będą także mobilizować Polaków i ich potomków za granicą do współpracy gospodarczej, naukowej i kulturalnej z Krajem. Myślę, że ten postulat dr. Boruty jest szczególnie ważny, bo w Polsce – w odróżnieniu od Węgier, Czech czy Litwy – w bardzo małym stopniu wykorzystano możliwość przyciągnięcia wybitnych fachowców z diaspory do współpracy z Krajem.

Na koniec swego tekstu dr Boruta apeluje: „Szczególną troską nowe ministerstw powinno objąć skupiska polskie w pobliżu granic Rzeczypospolitej. Polacy na Białorusi, w Czechach, na Litwie, Łotwie, w Niemczech, Rosji, na Słowacji i Ukrainie to priorytet dla wysiłków każdego polityka polskiego w utrzymywaniu ich więzi z Polską oraz polską kulturą i językiem. Są to bardzo często osoby, których przywiązanie do polskości i religii, patriotyzm i zaangażowanie na rzecz polskości przetrwały najcięższe próby”.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/w-obronie-prawdy-o-polsce.html

TVP realizuje niemiecką historiozofię!

adamzyzmanAdam Zyzman

W miniony weekend obejrzałem po raz kolejny w życiu „Bohaterów Telemarku”, amerykański film o walce norweskiego ruchu oporu, by nie dopuścić do przetransportowania do Niemiec materiału mającego uniemożliwić budowę niemieckiej bomy jądrowej. To, co mnie tym razem zaskoczyło, to język, którym bohaterowie filmu mówią okupantach, a raczej, to jak tłumaczone były ich dialogi przez lektora, któremu też zapewne ktoś je napisał. W każdym razie w opowieści konspiratorów, o tym, że to „naziści” chcą coś wywieźć do Niemiec, nie brzmiały autentycznie, a już żarty, że właśnie zostało im do spożycia „nazistowskie” jedzenie zakrawały wręcz na absurd.

Powstaje jednak pytanie, czemu w dobie powszechnej znajomości języka angielskiego (film był produkcji amerykańskiej), odnowiona ponoć, TVP fałszuje nadawany film i wbrew słyszalnym przecież oryginalnym dialogom dostosowuje się do narzuconej przez Niemców poprawności politycznej? Czy był to wymóg narzucony przez kierownictwo Telewizji, czy też to nadgorliwość pracownika tej instytucji niższego szczebla? A może nawet samego tłumacza, który tak przesiąkł politporawnością obowiązującą w minionych ośmiu latach, że postanowił dostosować się do niej, lekceważąc fakt, że w tle czytanej listy dialogowej słychać zupełnie inne sformułowania po angielsku? Innymi słowy, czy było to zaniedbanie polegające na tym, że nikt nie pomyślał, ze można na siłę aktualizować tłumaczeniem wymowę filmu, czy też była to na siłę realizowana niemiecka polityka historyczna bez względu na próby uczynienia z TVP autentycznie polskiej telewizji, reprezentującej polską wersję historii i polską rację stanu?

Jeśli to drugie, to znów powstaje pytanie o sens takich działań, czy miała być to prowokacja ze strony kogoś, kto zdawał sobie sprawę, że musi pożegnać się z TVP i był to sposób by uczynić z siebie męczennika za sprawę „europejskiego” podejścia do historii, czy też chodziło o zaszkodzenie nowemu kierownictwu, które po takiej wpadce być może zostanie odwołane, gdyż „nie panuje” nad tym, co dzieje się na Woronicza? – Jak by jednak nie było, warto, by ten wygłup, albo próba przeforsowania wrogiego Polakom punktu widzenia historii zostały ukarane. Polacy nie po to płacą abonament, by obrażano ich w ich własnej telewizji przekonując, że nie wiedzą kto mordował ich dziadków w czasie II wojny światowej, jakie ci mordercy nosili mundury i jakim posługiwali się językiem!

Nie czas na kompromisy

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Nie czas na kompromisy

Irytuję się, gdy słyszę od kogoś z PiS-owskich władz, że jest potrzeba kompromisu. Pytanie, z kim ma zawrzeć ten kompromis rząd Pani Beaty Szydło i PiS-owska większość w Sejmie? Z R. Petru, broniącym interesów zagranicznych banków równie mocno jak Gomułka i Rakowski bronili socjalizmu? Z G. Schetyną na wzór Targowicy, ściągającym obcą ingerencję w sprawy Polski? Ze złośliwym starcem A. Rzeplińskim gotowym podpalić Polskę dla swych niewyżytych ambicji prezydenckich? Myślę, że czas wziąć przykład z Węgier Orbána, gdzie od dawna postkomunistycznych i liberalnych zdrajców nazywa się wprost zdrajcami, czy targowiczanami (węgierski odpowiednik tego polskiego słowa to labance jako przeciwstawienie do patriotycznych kuruców). Czas Judaszy nazwać Judaszami i wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski. Nie wolno się przy tym bawić w przesadne nadzieje na poprawę różnych polityków – zdrajców, dziś wciąż ślących za granicę „donosy na Polskę”. Warto w tym kontekście pamiętać o jakże trafnej ocenie George’a Orwella: „Gdy się raz stało k…ą, jest się zawsze k…ą” (komentarz Orwella w związku z haniebnym zachowaniem wielkiej grupy sprzedajnych brytyjskich dziennikarza, którzy za pieniądze Kremla szkalowali Powstanie Warszawskie, nazywając je „faszystowska ruchawką”) (por. szerzej: J. R. Nowak: „Myśli o Polsce i Polakach”, Katowice 1994, ss. 253-254). Myślę też, że trzeba odsunąć na margines życia politycznego piewców zgniłych kompromisów typu Kazimierza M. Ujazdowskiego i Pawła Kowala.

Usunąć Schetynę, odwołać Bieńkowską

Raz jeszcze apeluję, aby większość sejmowa w odpowiedzi na zdradzieckie apele Grzegorza Schetyny o ingerencję UE przeciw Polsce jak najszybciej zdjęła tego jegomościa z kierownictwa komisji zagranicznej w Sejmie. Uważam za prawdziwy nonsens to, aby facet, który otwarcie odsłonił swą twarz targowiczanina był dalej przewodniczącym komisji spraw zagranicznych w polskim Sejmie. Czas na odwołanie! Należy też jak najszybciej przygotować działania dla odwołania Elżbiety Bieńkowskiej z funkcji komisarza w UE (wystarczy powołać się na jej nagraną na taśmie wypowiedź w sprawie fikcyjnych kontroli unijnych funduszy). Nie widzę również żadnego sensu w dalszym popieraniu tak leniwego i niekompetentnego Donalda Tuska (po jego atakach na obecny rząd polski) na kolejną kadencję jako przewodniczącego Rady Europy. Jako szef tej Rady Tusk nie przyniósł żadnej korzyści Polski, tylko wiele wstydu z powodu swego chronicznego próżniactwa i niekompetencji Nie wolno zapomnieć o jakże haniebnych napaściach polskich (!) europosłanek: Julii Pitery i Róży Thun na kandydaturę europosła Janusza Wojciechowskiego do Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. Tym paniom nikt z patriotycznych polityków nie powinien podawać ręki. Politycy PiS-u powinni odmawiać występowania w jakimkolwiek programie telewizyjnym z którąś z tych zdrajczyń polskich interesów. Podobnie należy traktować agresywnego renegata Michała Kamińskiego i zwariowanego warchoła Stefana Niesiołowskiego.

Najwyższy czas, by Sejm zajął się ustawą umożliwiającą pozbawienie prezesa NIK-u Krzysztofa Kwiatkowskiego immunitetu związku z manipulowaniem przebiegiem konkursów na szefów delegatur NIK-u. Dziwne, że w sytuacji, gdy zarzuty tego typu wysunęła o przeciw prezesowi NIK-u katowicka prokuratura już w sierpniu 2015 r. i sam Kwiatkowski wyraził gotowość zrzeszenia się immunitetu, nadal nie doprowadzono do zdecydowanego postępu w tej sprawie.

Powinna być rozważona sprawa przygotowania przez Sejm ustawy skracającej okres urzędowania Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara, wybranego przez układ postkomunistyczny, w związku z jego wyjątkową stronniczością i jednostronnością oraz prawdziwym bzikiem na punkcie ideologii gender, i praw dla mniejszości seksualnych.

Szokuje poparcie PiS dla kandydatury tak skompromitowanego postkomunistycznego premiera Marka Belki na szefa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Mam nadzieję, że PiS się z tego wycofa, ale o tym w jednym z najbliższych tekstów.

Przyśpieszmy radykalne działania

Należy jak najszybciej wprowadzić ustawę medialną, na wzór węgierski ustanawiającą bardzo wysokie milionowe kary za oszczerstwa. Pierwszą adresatką postanowień tej ustawy mogłaby być łże–profesor Magdalena Środa za głupawe oszczerstwo głoszące, że PiS przygotowuje stan wojenny i już opracował listy proskrypcyjne. Na Węgrzech działania tej ustawy – uderzenie po kieszeniach oszczerców okazały się bardzo skuteczne. Wyeliminowano tak liczne wcześniej oszczerstwa.

Rząd powinien natychmiast podjąć serię posunięć zmierzających do zwalczenia niebywale rozrośniętej hydry biurokracji i zdecydowanej redukcji nadmiaru urzędników. Proponowałbym powołanie Romana Kluski na pełnomocnika do zwalczania biurokracji i opublikowanie jego pakietu w tej sprawie dla pierwszego rządu PiS-u w 2007 r., pakietu niestety ociosanego do roli małego pakieciku przez Z. Gilowską, reprezentującą lobby finansowe.

Należy doprowadzić ustawą sejmową do radykalnego ograniczenia pensji w samorządach, a także do ograniczenia wysokości różnych nagród i premii tam przyznawanych. Dość przypomnieć przejawiane przez Gronkiewicz-Waltz prawdziwe szaleństwo w tym względzie.

Powinien być jak najszybciej udostępniony zbiór zastrzeżony w IPN. Nie rozumiem po co to tak długo trwające zwlekanie z ta sprawą.

Powinien być wreszcie ujawniony słynny Aneks nr 2.

Przyśpieszyć reformowanie sądownictwa

Ministerstwo Sprawiedliwości pod rządami ministra Zbigniewa Ziobro, wiceministrów Patryka Jakiego i Bogdana Święczkowskiego i in. jest zdecydowanie najszybciej i najlepiej reformującym się resortem. Mimo to pozwolę sobie poddać kilka propozycji ewentualnych dodatkowych działań tego resortu.

Należałoby powołać specjalną wielką komisję śledczą pod kierownictwem wiecznie niepokornego prokuratora Andrzeja Witkowskiego z Lublina dla zbadania spraw blisko stu zabójstw na tle politycznym, dokonanych od 1989 r. przez tzw. Nieznanych Sprawców.

Czas wprowadzić zasadę, że wszyscy członkowie izb skarbowych czy służb celnych oraz komornicy, którzy świadomie i cynicznie doprowadzili swymi niesprawiedliwymi decyzjami do likwidacji jakiegokolwiek przedsiębiorstwa powinni do końca życia spłacać pokrzywdzonych przedsiębiorców z własnych pensji.

Należy na wzór amerykański wprowadzić możliwość stosowania dużo wyższych niż dziś wyroków więzienia (amerykański oszust Bernard Madoff, który okradł wyłącznie swych żydowskich rodaków na 47 miliardów dolarów, został skazany na 175 lat więzienia). Na tle amerykańskich wyroków jakże śmiesznie wygląda przypuszczalna niska kara 15 lat więzienia dla pary cynicznych oszustów z Amber Gold, którzy okradli 20 tysięcy ludzi. Trzeba jak najszybciej zmienić wysokość kar w tej dziedzinie, aby zdążyć dużo surowiej potraktować parę bezczelnych złodziei.

Dokonać przeglądu co bardziej kontrowersyjnych wyroków wydanych przez sądy w skali całego kraju i nagłośnić niektóre szczególnie skandaliczne w telewizji (tak jak wyrok Sądu Najwyższego, uniewinniający b. posłankę PO B. Sawicką).

Przedstawić zestaw przynajmniej kilkudziesięciu najmniej sensownych werdyktów Trybunału Konstytucyjnego (m.in. wyroku blokującego zmniejszenie emerytur esbekom etc., przypomniane niedawno przez prof. T. Marczaka zablokowanie przez TK uznanie własności polskiej na Ziemiach Odzyskanych za niepodważalną, i in.).

Powinna być ogłoszona Lista Hańby, zawierająca nazwiska katów ubeckich i esbeckich oraz sędziów skompromitowanych wysokimi wyrokami w sprawach politycznych.

Należy jak najszybciej doprowadzić do bardzo znaczącego przycięcia emerytur b. esbeków i esbeków oraz sędziów skompromitowanych wyrokami w sprawach politycznych.

Jakże pilne jest zbadanie sprawy braku kontroli państwowej nad okradzeniem polskich podwykonawców przez zagranicznych inwestorów przy budowie autostrad i przykładne ukaranie winnych zaniedbań w tej sprawie. Najlepszym rozwiązaniem byłoby ich skazanie na prace przy którejś z autostrad niedokończonych przez tuskowiczów.

Niezbędne jest jak najszybsze ogłoszenie wyników śledztwa w sprawie złodziejstwa ekipy prezydenckiej B. Komorowskiego w Klarysewie.

Należałoby powołać specjalną komisję dla przejrzenia nagłośnionych w programach „Państwo w Państwie” i „Sprawa dla reportera” spraw wielu ludzi jakże mocno skrzywdzonych w ostatnich ośmiu latach. Wiązałoby się z tym również podjecie jak najszybszych działań dla naprawienia krzywd i ukarania ich sprawców.

Należałoby powołać przy radach miejskich rzeczników praw mieszkańców, mających koordynować działania dla obrony przed bezdusznością jakże wielu sądów, ZUS-ów, urzędów skarbowych.

Należałoby zapewnić bezpłatną obronę prawną dla uboższych osób, skarżących na pokrzywdzenie przez urzędy, wspierać działalność stowarzyszeń, broniących osób pokrzywdzonych przez sądy, ZUS-y, urzędy skarbowe etc.

Niezbędne jest umożliwienie nagrywania rozpraw sądowych dla zwiększenia kontroli nad skrajnie „subiektywnymi” orzeczeniami sądów. Należy przerwać niechlubną praktykę nagminnego ograniczania jawności obrad sadowych oraz stosowania sądowej „cenzury prewencyjnej” wobec niektórych książek i filmów.

Potrzebna jest radykalna zmiana ordynacji wyborczej i wprowadzenie ordynacji mieszanej z częścią okręgów jednomandatowych. Należałoby rozważyć – na wzór szeregu krajów (m.in. Belgii, Australii, Nowej Zelandii) – wprowadzenie obowiązku udziału w wyborach pod rygorem wysokich grzywien.

Osobnym wielkim problemem są o wiele za wątłe zmiany w telewizji publicznej pod batutą J. Kurskiego, ale o tym szerzej w jednym z następnych tekstów..

Bronić Polaków przed eksploatacją zagranicznych koncernów i banksterów

Należy jak najszybciej wprowadzić – na wzór węgierski – podatek reklamowy, który najmocniej uderzyłby w media, kierowane przez zagranicznych właścicieli, takie jak TVN czy „Newsweek”. Nie rozumiem, dlaczego nowe władze nie wprowadziły dotąd tego tak potrzebnego podatku.

Należy wprowadzić zasadę wyrzucania supermarketów z centrum miast na ich obrzeża, tak jak to robią na Zachodzie i tak jak to robią Węgrzy. Najwyższy czas, by skończyć z takimi skrajnościami jak w Krakowie i w Poznaniu, gdzie centralne dworce kolejowe po remontach stały się faktycznie tylko przybudówkami do marketów. Pytanie, czy ktoś na tym nieźle zarobił?

Wprowadzić przyjętą na Węgrzech zasadę, że supermarkety, które wykazywały przez ostatnie dwa lata straty, wyrzuca się z Węgier, aby „biedni” zachodniacy nie dopłacali do Węgier. U nas jak wiadomo ogromna część zachodnich supermarketów wykazuje straty w corocznych rozliczeniach.

Należałoby jak najszybciej – wyjść naprzeciw postulatom frankowiczów – wbrew protestom wyzyskujących ich banków. I tu warto zwrócić uwagę na jakże korzystne dla frankowiczów rozwiązania węgierskie.

Wymusić na zachodnich sieciach energetycznych obniżenie cen dostarczanego przez nich gazu, energii, ciepłownictwa, tak jak to zrobili Węgrzy.

Wprowadzić – wzorem Węgrów specjalną ustawę kontrolującą banki przez Bank Narodowy. Dzięki tej ustawie na Węgrzech ukarano ponad 60 banków zagranicznych wysokimi grzywnami za zawyżanie opłat kosztem klientów. Zagraniczni banksterzy musieli też zwrócić klientom to, co ukradli.

Należy przygotować – na wzór zachodni – zasady mocno ograniczające udział zagranicznego kapitału w mediach i w kinematografii. Niezbędne jest również wprowadzenie – wzorem francuskiego prezydenta G. Pompidou - dużo ostrzejszego opodatkowania kin wyświetlających filmy pełne okrucieństwa lub hard porno.

Należy natychmiast alarmować w każdym przypadku awansowania ludzi z PO do zarządu którejkolwiek ze spółek Skarbu Państwa. Platforma niszczyła Polskę przez tyle lat i związani z nią osobnicy nie powinni być nigdzie awansowani za nowego reformatorskiego rządu.

Musi być bardzo mocno poprawiona polityka informacyjna PiS-owskiego rządu skierowana na zagranicę. Pisałem już wcześniej na tym blogu o fatalnej słabości działań PiS-u w tej sprawie. Wskazywałem, że premier Orbán może poszczycić się licznymi wybitnymi zagranicznymi przyjaciółmi politycznymi od kanclerza H. Kohla po przewodniczącego frakcji chadeckiej w PE J. Daula i ubolewałem, że PiS nie ma żadnego takiego znaczącego przyjaciela politycznego na Zachodzie. Świeżo przeczytałem utrzymane w podobnym do mnie duchu uwagi świetnego polskiego korespondenta w Budapeszcie Macieja Szymanowskiego, stwierdzającego m.in.: ”Nowy polski rząd jakby nie docenił wagi polityki informacyjnej za granicą. Nawet pobieżna lektura głównych opiniotwórczych dzienników i tygodników państw unijnych ujawnia, że liderzy opozycji i ich zaplecze udzielają kilkunastokrotnie więcej wywiadów i wypowiedzi, niż to jest w przypadku obozu rządzącego i osób z nim się utożsamiających. Nie korzystamy z profesjonalnych agencji PR, nie organizujemy wizyt studyjnych z prawdziwego zdarzenia dla zagranicznych dziennikarzy, właścicieli mediów i redaktorów pracujących w agencjach prasowych. W połączeniu z niewielką siłą przebicia naszych think tanków i PAP powoduje to, że za granicą łatwo górę biorą uprzedzenia i negatywne stereotypy” (por. M. Szymanowski, Dyplomatyczne rozedrganie, „Do Rzeczy” 2 maja 2016).

Należy przygotowanie dokładny bilans plusów i minusów dziesięciolecia udziału Polski w Unii Europejskiej.

Należy zaskarżyć – wzorem Węgier i Czech – do Trybunału w Strasburgu decyzję o przymusowej relokacji imigrantów do poszczególnych krajów (por. uwagi M. Szymanowskiego w tekście: Dyplomatyczne rozedrganie, „Do Rzeczy” z 2 maja 2016).

Akcentując tak jak to zrobił prezes PiS J. Kaczyński nasze poparcie dla udziału w UE należy stanowczo występować przeciwko wszelkim przejawom gospodarczego dyskryminowania Polski i przeciw szerzeniu antywartości przez politykę Unii. Należ umacniać wspólny front z rządami krajow reprezentujących podobną jak my obronę idei państwa narodowych i wartości chrześcijańskich, na czele z Węgrami. Należy popierać stanowisko W. Brytanii w jej sprzeciwie przeciwko narzucaniu kolejnych ponad narodowych zobowiązań i dążyć do sformułowanej już w 2010 r. w PiS-owskim projekcie nowej konstytucji polskiej zasady wyższości prawa krajowego ponad prawem unijnym. Tak jak to sobie zabezpieczyli Niemcy.

Należy jak najszybciej zorganizować – po długotrwałym niegodnym milczeniu – wielką publiczną debatę naukowców w sprawie tak kontrowersyjnej umowy TTIP miedzy UE a USA. Nie wolno pozwolić sobie na pośpieszne poparcie tej umowy, służącej głównie interesom wielkich korporacji.

Ogłoszenie pełnego bilansu obecnego polskiego zadłużenia wobec zagranicy, z dokładnym konkretnym wyliczeniem zagranicznych podmiotów, wobec których jesteśmy zadłużeni.

Rozpoczęcie przygotowania pełnego bilansu strat zadanych Polsce przez Niemcy w czasie drugiej wojny światowej.

Otwarte publiczne wystąpienie o przyznanie polskiej mniejszości w Niemczech statusu mniejszości narodowej w Niemczech z zastrzeżeniem, że utrzymywanie dalszej asymetrii w stosunkach polsko-niemieckich w tej sprawie spowoduje cofnięcie jakichkolwiek form uprzywilejowania mniejszości niemieckiej w Polsce, a przede wszystkim jej prawa do nieprzestrzegania progu wyborczego w Polsce. Zaakcentowanie potrzeby doprowadzenia do pełnej proporcjonalnej równorzędności wydatków na oświatę i kulturę mniejszości polskiej w Niemczech i mniejszości poniemieckiej w Polsce.

Należy podjąć stanowcze przeciwdziałania wszelkim formom „pełzającej germanizacji” na Ziemiach Odzyskanych.

Jakże potrzebne jest oświadczenie Sejmu jednoznacznie wykluczające jako bezprawne wszelkie roszczenia żydowskie wobec Polski.

Zapowiedź wystąpienia do Trybunału w Strasburgu w przypadku dalszego utrzymywania różnych przejawów dyskryminacji mniejszości polskiej na Litwie.

Zwrócenie się do Niemiec i Rosji o zwrot bezprawnie przetrzymywanych tam zabytków polskiej kultury.

Wystąpienie do Ukrainy o zaprzestanie kultu ludobójczych antypolskich formacji UPA i czołowych zbrodniarzy: S. Bandery i R. Szuchewycza, odpowiedzialnych za ludobójstwo Polaków.

Zgodnie z rozpoczętą przez prezydenta Andrzeja Dudę polityką dużo dynamiczniejszej współpracy z Polonią i z Polakami z krajów sąsiednich należałoby uhonorować Polonię odpowiednią reprezentacją w Sejmie i w Senacie (przynajmniej 5 posłów i 5 senatorów).

Nowa polityka odznaczeniowa

Proponuję przyznanie Orderu Orła Białego amerykańskiemu naukowcowi, profesorowi Richardowi C. Lukasowi, autorowi sześciu świetnych książek pisanych w obronie prawdy o Polsce, w tym słynnego „Zapomnianego Holocaustu”.

Proponuję przyznanie Orderu Orła Białego żyjącemu w USA profesorowi Iwo C. Pogonowskiemu, autorowi licznych książek i setek artykułów pisanych w obronie prawdy o Polsce.

Proponuję przyznanie Orła Białego (pośmiertnie) ukraińskiemu naukowcowi dr. hab. Wiktorowi Poliszczukowi, autorowi siedmiu książek pisanych z potępieniem ludobójstwa ukraińskiego na Wołyniu, popełnionego na Polakach, w tym szczególnie głośnej książki „Gorzka prawda”. Fakt, że W. Poliszczuk nie został nigdy odznaczony przez polskie władze państwowe tym boleśniej kontrastuje z odznaczeniem Orderem Orła Białego przez A. Kwaśniewskiego ukraińskiego nacjonalisty B. Osadczuka, stypendysty hitlerowskiego w Berlinie w czasie drugiej wojny światowej.

Proponuje przyznanie jednego z najwyższych odznaczeń polskich prof. Ewie M. Thompson, autorce licznych publikacji, popularyzujących polska kulturę i broniących prawdy o Polsce, w 2015 r. laureatce Nagrody Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie za upowszechnianie kultury i literatury polskiej w świecie.

Proponuję przyznanie jednego z najwyższych odznaczeń polskich mecenasowi Stefanowi Hamburze, szczególnie zasłużonemu w obronie praw mniejszości polskiej w Niemczech.

Proponuję przyznanie jednego z najwyższych odznaczeń polskich prof. Tadeuszowi Marczakowi, najwybitniejszemu dziś krajowemu obrońcy prawdy o Polsce w dziejach stosunków polsko- niemieckich.

Proponuję przyznanie jednego z najwyższych opolskich odznaczeń historykowi prof. Bogdanowi Musiałowi, nader zasłużonemu w obronie prawdy o historii Polski w czasach drugiej wojny światowej.

Proponuję odebranie Orderu Orła Białego przyznanego w 2010 r. przez B. Komorowskiego Adamowi Michnikowi, jako osobie, która szczególnie mocno zaszkodziła Polsce w okresie po 1989 r.

Proponuje odebranie George Sorosowi orderu Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą Orderu Zasługi przyznanego mu przez Komorowskiego w 2012 r. G. Soros jest najzajadlejszym wrogiem państw narodowych i wartości chrześcijańskich.

Przeprowadzić śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień policji wobec opozycji

Powinno być natychmiast podjęte śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień policji – poprzez prowokowanie zajść w czasie Marszów Niepodległościowych. Przypomnijmy, że na Węgrzech od razu po objęci u władzy przez rząd V. Orbána rozpoczęto gruntowne śledztwo przeciwko władzom policji za brutalne metody tłumienia manifestacji przeciw poprzedniemu rządowi postkomunistycznemu.

W efekcie śledztwa liczne osoby z kierownictwa policji zdegradowano i usunięto z pracy, a część została skazana na wysokie odszkodowania indywidualne wobec poszkodowanych przez bezprawne działania policji. Niemal każdy z uczestników Marszów Niepodległości mógł zauważyć jak różne młode osoby prowokujące zajścia przeciw Marszowi Niepodległości, czy nawet rzucające kamieniami, spokojnie chowały się za puklerzem ochronnym policji. Bardzo wiele osób mogłoby przytoczyć informacje o tym jak policjanci blokowali jazdę autobusów z manifestantami na trasie do Warszawy, prowadząc różne wielokrotne męczące i drobiazgowe kontrole (zdarzało się to zresztą również podczas dojazdu manifestantów do Warszawy na marsze w obronie Telewizji Trwam). W rezultacie tych blokad policyjnych wiele autobusów nie dotarło na czas na manifestacje. Jest aż nazbyt oczywistą sprawą, że policjanci blokujący dojazdy do Warszawy robili to nie z własnej lokalnej inicjatywy, lecz na rozkaz centralnych zwierzchników. I trzeba jak najszybciej dotrzeć do nich. Z kolei dzięki nagraniu taśmy z rozmową E. Bieńkowskiej i szefa CBA P. Wojtunika można było się dowiedzieć o konkretnie o roli ministra spraw wewnętrznych Sienkiewicza w sprawie spalenia budki policyjnej przy Ambasadzie Rosji. Być może całe śledztwo należałoby rozpocząć od przesłuchania P. Wojtunika.

Należy natychmiast alarmować w każdym przypadku awansowania ludzi z PO do zarządu którejkolwiek ze spółek Skarbu Państwa. Platforma niszczyła Polskę przez tyle lat i związani z nią osobnicy nie powinni być nigdzie awansowani za nowego reformatorskiego rządu.

Przeprowadzić audyt w PiS-ie

Wyniki przeprowadzanego pod kierownictwem minister Beaty Kempy tak potrzebnego audytu wszystkich ministerstw należałoby jak najszybciej skomasować i wydać w postaci wielce pouczającej Białej Księgi.

Myślę, że należałoby też prosić prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, aby jak najszybciej zainicjował i nadzorował audyt sytuacji w PiS-ie. Coraz wyraźniej widać bowiem, że obok wielu dobrych, czy wręcz znakomitych posłów w tej partii jest ciągle zbyt wielu posłów karierowiczowskich i obiboków, poszukujących tylko osobistych korzyści, a nie działających dla dobra kraju. W ciągu ponad 40 spotkań, jakie odbyłem w ostatnich kilku miesiącach w różnych częściach Polski aż nazbyt często spotykałem się ze skargami na lokalnych posłów i senatorów. Najczęściej wysuwano ostre krytyki tych parlamentarzystów za to, że po wyborze przestali interesować się swymi okręgami. Wielu z nich przejawia teraz skrajną arogancję, nie odbierając żadnych telefonów od swoich wyborców, całkowicie ich zniechęcając. Nie wymieniam tu ich nazwisk, ale mam nadzieję, że sprawą ich arogancji i lenistwa zajmie się w ramach audytu sam prezes J. Kaczyński.

Jeszcze raz powtarzam. Prezes J. Kaczyński powinien jak najszybciej zrobić audyt w PiS-ie i pozbyć się z partii ciągle zbyt licznych leniów, arogantów i bufonów. I przyciągnąć do PiS-u zamiast nich jakże wielu nie wykorzystanych świetnych postaci ze środowisk patriotycznych. W książce „Jak ratować Polskę” (Warszawa 2014, ss. 41-51) wyliczyłem w rozdziale ‘Wszystkie ręce na pokład” z kilkadziesiąt tego typu postaci, wartych pozyskania na listy wyborcze PiS-u. W odróżnieniu od zbyt wielu karierowiczów osaczających PiS większość z proponowanych przez mnie kandydatów na listy PiS-u wcale nie przebiera nogami, by się dostać na te listy, trzeba ich dopiero pozyskiwać. Niedawno Jerzy Surdykowski przypomniał jakże ważny tekst słynnego filozofa Platona: „Wejdź do miasta, powiedz, że potrzebujesz ludzi do rządzenia i weź tych, którzy uciekną”.

Stworzyć Ruch Wsparcia Reform

Realny ogląd sytuacji zmusza do stwierdzenia, że sam PiS nie poradzi sobie z przeprowadzeniem prawdziwie gruntownych reform w zderzeniu z przeciwnościami od wewnątrz i z zewnątrz Polski. Dlatego sprawą zasadniczą jest dużo szersze otwarcie się PiS-u na inne środowiska patriotyczne i zmobilizowanie jak największej części narodu na rzecz Dobrej Zmiany. Dlatego niebywale potrzebne jest powołanie jak najszerszego Ruchu Wsparcia Reform, sympatyzującego z PiS-em, ale całkowicie niezależnego od PiS-u. To musi być ruch tworzony oddolnie, jako jaskrawe przeciwieństwo znajdującego się wciąż w letargu powołanego odgórnie Ruchu Społecznego im. Lecha Kaczyńskiego (w jednym z najbliższych tekstów nakreślę moją koncepcję Ruchu Wsparcia Reform)

Ważną sprawą wydaje się porozmawianie z Pawłem Kukizem i działaczami jego ruchu, aby definitywnie rozstrzygnąć, w co chcą grać kukizowcy. Niezbędna w tej sprawie wydaje się ostateczna rozmowa czołowych polityków PiS-u z Kukizem. Konieczne jest zapytanie, czy Kukiz chce rzeczywiście walczyć przeciw patologicznemu układowi III RP, jak obiecywał w czasie kampanii wyborczej, czy też zdradzając te hasła iść w jednym szeregu z R. Petru i innymi opozycyjnymi awanturnikami politycznymi i zdrajcami. A faktycznie, czy chce iść z Narodem, czy przeciw Narodowi?

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/nie-czas-na-kompromisy.html

Słabości polityki zagranicznej RP (VII)

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Skromniutki „mały remanent”, czy potrzeba Wielkiego Remanentu

Jak pisałem już parę miesięcy wcześniej, chodzi nie o żaden „mały remanent’, lecz o naprawdę duży remanent spraw spornych, za których winę ponoszą wyłącznie Niemcy. Dość wymienić takie sprawy jak:

- „Zawstydzające tricki” Bonn w sprawie odszkodowań dla Polaków. Wypłacenie Polakom minimalnej cząstki tego, co wypłacono Żydom. Nie zwrócenie wielkiej części zrabowanych w Polsce dóbr kultury (por. szerzej: J. R. Nowak : „Zagrożenia dla Polski i polskości”, Warszawa 1998, t. II, ss. 252-253).

- Otwarcie w 2011 r. gazociągu północnego, łączącego Niemcy i Rosje i uderzającego w interesy Polski, m.in. w port w Świnoujściu.

- Plany rozbudowy gazociągu Nord Stream II, godzącego w bezpośrednie interesy Polski i w europejską solidarność energetyczną.

- Poparcie Niemiec dla narzucania innym krajom Europy pakietu klimatycznego, będącego wielkim zagrożeniem dla interesów energetycznych Polski.

- Próby obciążenia Polski przez Niemcy częścią fali imigrantów, którzy napłynęli do Niemiec po nieodpowiedzialnym apelu Angeli Merkel.

- Dwuznaczna polityka Niemiec wobec Polski w sprawie Ukrainy, która przyczyniła się do usunięcia nas z gremium państw dyskutujących z Rosja o Ukrainie. Pytanie w kontekście porozumień z Mińska – jaką mamy pewność, że Merkel potajemnie nie dogadała się z Putinem w sprawie Ukrainy? A może także w sprawie Polski?

- Ciągłe ataki czołowych polityków niemieckich i wpływowych niemieckich mediów na rządy PiS za rzekome ograniczanie demokracji.

- Zła wola niektórych niemieckich korespondentów Polsce (zwłaszcza Gabriele Lesser i Klausa Bachmanna), wciąż oskarżających Polaków o rzekomą ksenofobię i „antysemityzm”. Przypomnijmy tu, że Klaus Bachmann odegrał wielką inicjatywną rolę w usunięciu z kierownictwa Zakładu na Uniwersytecie Wrocławskim prof. Tadeusza Marczaka, jednego z najlepszych merytorycznie obrońców prawdy w sferze stosunków polsko-niemieckich (por. szerzej: J. R. Nowak: „Pełzająca germanizacja Wrocławia”, Warszawa 2010 ss. 42-44, 49-51).

- Maksymalne wspieranie na różne sposoby skrajnie stronniczych germanofilów typu antypolskiego oszczercy, pisarza Andrzeja Szczypiorskiego, b. agenta SB o wdzięcznej ksywie „Miglanc”, antypolskiego oszczercy prof. Marka Zybury, prof. Anny Wolff-Powęskiej, dyrektora Muzeum Miejskiego we Wrocławiu Marka Łagiewskiego, red. „Polityki” Adama Krzemińskiego (por. szerzej m. in.: J. R. Nowak: „Pełzająca (…),op.cit., ss. 128-130, 216-223, 226-228, 232-235).

- Wykorzystywanie niemieckiej dominacji medialnej (opanowania 75 proc. polskich mediów) dla sączenia uproszczonych jednostronnych proniemieckich opinii o stosunkach polsko-niemieckich (vide cytowane w poprzednim odcinku uwagi red. A. Howzana).

- Wspieranie rewizjonistycznego tzw. Związku Wypędzonych przez kanclerz A. Merekel i inne niemieckie władze. Jak pisał Tomasz Mysłek w najnowszym numerze „Najwyższego Czasu”: Ostatnio szefowa rządu Niemiec (…) skierowała do środowiska Związku, skupiającego jeszcze milion i kilkaset tysięcy Niemców (…) apel o wsparcie jej polityki wobec imigrantów. Kanclerz zwróciła też uwagę na (rzekome) „podobieństwa losów” powojennych niemieckich wysiedleńców i dzisiejszych uchodźców (arabskich i afrykańskich)” (por. T. Mysłek: Integracja über alles? „Najwyższy Czas” 23 kwietnia 2016).

- Ciągłe pomniejszanie niemieckiej winy za agresję i zbrodnie drugiej wojny światowej, a częstokroć przerzucanie tej winy na Polaków (nader częste umieszczanie w niemieckich gazetach i tygodnikach zwrotów o „polskich obozach zagłady”, i tym podobne świństwa). Wyprodukowanie antypolskiego serialu :”Nasze matki i nasi synowie”.

- Utrzymywanie w Konstytucji Niemiec 116 artykułu, zapewniającego obywatelstwo mieszkańcom Niemiec w granicach z 31 stycznia 1937 roku.

- Blokowanie uznania 2 milionów Polaków za mniejszość narodową w Niemczech, choć Polacy byli uznawani za mniejszość narodową nawet w Niemczech hitlerowskich do września 1939 r., gdy wymordowano działaczy polonijnych i zrabowano liczne nieruchomości Związku Polaków w Niemczech.

- Nie oddanie dotąd Polonii w Niemczech nieruchomości zrabowanych Polonii niemieckiej we wrześniu 1939 r. i w 1940 r. Czy tak wygląda niemieckie: ”Państwo Prawa”?

- O wiele większe wydatki na kulturę i oświatę małej mniejszości niemieckiej w Polsce niż niemieckie wydatki na potrzeby kulturalne i oświatowe dużo liczebniejszej mniejszości polskiej w Niemczech. Różne formy dyskryminacji mniejszości polskiej w Niemczech (por.: J. R. Nowak „Zagrożenia…, t.2, ss. 257-261).

- Różne przejawy dyskryminowania polskich przedsiębiorców w Niemczech.

- Germanizowanie polskich dzieci w Niemczech dzięki przestępczym praktykom Jugendamtu.

Jak niemiecki Jugendamt krzywdzi polskie dzieci!

20 kwietnia w dzienniku „Fakt” ukazała się wstrząsająca relacja Niemca Uwe Kirchoffa o nieludzkich germanizacyjnych praktykach niemieckiego Jugendamtu w stosunku do niektórych polskich rodzin w Niemczech i bezwzględnego zabierania im dzieci pod różnymi błahymi pretekstami. Niemiec Kirchoff sam przez 12 lat pracował w osławionym Jugendamcie i uczestniczył w tym brutalnym procederze, aż ruszyło go sumienie. Dziś skruszony wyznaje na ten temat. Według relacji dziennikarza „Faktu” Marcina Kokolusa: „Każdego dnia prześladowała mnie myśl, że krzywdzę polskie dzieci i rozbijam szczęśliwe rodziny. Wreszcie powiedziałem: dość! wyznaje Uwe Kirchoff (…) Dobrze pamięta pierwsze dziecko, jakie odebrał polskiej rodzinie. To był 14-letni chłopiec. Ukradł batonik ze sklepu. To wystarczyło, by uznać, że jego rodzice nie są go w stanie wychować. – Nie mogę zapomnieć jego płaczu, gdy go odbierałem – zamyśla się Uwe i zdradza, że o polskie dzieci zabiega wiele niemieckich rodzin zastępczych (…) Wystarczy napisać, że dziecko jest w domu smutne. To może być podstawą do odebrania go rodzicom (…) Wiele razy powodem odebrania dzieci Polakom było to, że niedostatecznie zintegrowały się ze społeczeństwem niemieckim - podkreśla (…) To, że pracowałem w tej zakłamanej instytucji, uważam za swój życiowy błąd” – wyznaje nam”. Akurat 20 kwietnia 2016 r. program I telewizji publicznej wyświetlił wstrząsający dokumentalny film Ernesta Saja „Ucieczka z piekła”, pokazujący jak urzędnicy Jugendamtu krzywdzą polskie dzieci. Także tam cytowano wypowiedzi Uwe Kirchoffa na powyższy temat.

Zabieranie polskich dzieci przez Jugendamt nie jest drobnym problemem. Według publikowanych danych Jugendamt bezkarnie germanizuje tysiące polskich dzieci rocznie. (por. antypedofilskie-bractwohimawanti.blogspot.com/…/jugendamtgermani…22.04.2015). Przypomnę tu, że Federalny Urząd Statystyczny w Wiesbaden poinformował, że niemieckie Jugendamty w 2012 r. odebrały rodzicom ponad 40 tysięcy dzieci. Przypuszczalnie większość z tych dzieci stanowiły dzieci zabrane polskim rodzinom.

Jakie są główne przyczyny nadgorliwego zabierania dzieci rodzicom przez niemieckich urzędników? Na pewno ważne są tu odpowiednie bodźce materialne. Wojciech Pomorski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Rodzice przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech wyjaśniał: „Placówka, która zajmuje się takimi dziećmi, dostaje od państwa niemieckiego i z dotacji Unii Europejskiej niebagatelną sumę od 4 do 7 tysięcy euro miesięcznie na dziecko”.

Jak wiadomo 17 czerwca 2016 r. mają się odbyć obchody 26–lecia zwarcia traktatu między Polską a Niemcami. Traktat ten na pewno nie był idealnym i w pełni sprawiedliwym. Z winy ówczesnego szefa resortu spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego, starego agenta MSW, przypuszczalnie szantażowanego z tego powodu przez Niemców, w traktacie znalazło się parę fragmentów wręcz szkodliwych z polskiego punktu widzenia. Szczególnie szkodliwa była asymetria w stosunku między pozycją mniejszości niemieckiej w Polsce, a sytuacja mniejszości polskiej w Niemczech, której nie uznano w traktacie za mniejszość narodową. Przypomnę tu nader ważne oświadczenie prezesa PiS-u J. Kaczyńskiego w tej sprawie z 17 czerwca 2011 r.

Oświadczenie Prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego: „Sytuacja mniejszości polskiej w Niemczech i mniejszości niemieckiej w Polsce jest asymetryczna”

17 czerwca 2011 roku mija 20. rocznica podpisania traktatu między Polską i Niemcami „O dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy”. Jego podpisanie było ważnym wydarzeniem, o ponadregionalnym znaczeniu. Umowa otwierała drogę do zjednoczenia Niemiec. Polacy liczyli, że relacje staną się prawdziwie partnerskimi, z czasem uda się zniwelować asymetrię, którą niektórzy eksperci dostrzegali w zapisach traktatu. Środowisko polityczne tworzące PiS od wielu lat wskazywało na potrzebę zrównoważenia pozycji stron w traktacie. Asymetrię dostrzegaliśmy przede wszystkim w statusie prawnym i wsparciu, jakie uzyskiwały mniejszość niemiecka na terenie Polski i mniejszość polska na terenie Republiki Federalnej Niemiec. Okazją do nadrobienia wieloletnich, nawarstwiających się dysproporcji mogło stać się podpisane ostatnio międzypaństwowe porozumienie, kończące rozmowy polsko-niemieckiego „okrągłego stołu”.

Prawo i Sprawiedliwość negatywnie ocenia treść zawartego przez umawiające się strony porozumienia. Uważamy za zasadne zajmowanie się przez Rzeczpospolitą Polską i Republikę Federalną Niemiec losem i dobrem swoich Rodaków zamieszkujących na terytorium sąsiada i wprowadzenie tej tematyki do agendy stosunków dwustronnych. Niezbędne jest przy tym zastosowanie zasady symetrii w tych działaniach. Z informacji zawartej w mediach elektronicznych dowiedzieliśmy się, że przedstawiciele Polski już na początku negocjacji zrezygnowali z zabiegania o status mniejszości narodowej dla zamieszkujących na terenie Niemiec – Polaków (…) (por.”kppis.plindex.php?…polskiejwniemczech…niemieckiej…17.06.2011 ).

Także w 2012 r. przywódca PiS J. Kaczyński i inni czołowi politycy tej partii stanowczo występowali na rzecz likwidacji asymetrii miedzy statusem mniejszości niemieckiej w Polsce, a polskiej w Niemczech. Podczas pobytu w Opolu 9 grudnia 2012 r. Jarosław Kaczyński stwierdził, że jego zdaniem po 1989 r. polskie władze z powodów „idealistycznych” nadały mniejszościom narodowym „daleko idące uprawnienia”, nie dbając o to, by Polacy za granicą mieli podobne.

- Wielu ludzi wierzyło, że te sprawy się wyrównają – powiedział Jarosław Kaczyński. Jego zdaniem na poziomie „wysokich urzędników” w Niemczech stanowisko jest takie, by nie przyznawać Polakom żadnych przywilejów, bo się szybko asymilują. Jednym słowem: germanizujemy Polaków – stwierdził Kaczyński mówiąc jak odbiera działania strony niemieckiej na rzecz Polaków w Niemczech. – Zgadzać się na to nie możemy, bo jeśli się będziemy zgadzali na tę obecną sytuację, to będziemy budowali poczucie wyższości i arogancję ze strony mniejszości niemieckiej”. Kaczyński stwierdził też, że należy znieść w Polsce przywilej wyborczy dla mniejszości. I zapewnił: „Jeżeli Prawo i Sprawiedliwość dojdzie do władzy, to będzie stosowana zasada następująca: tyle praw Niemców w Polsce co Polaków w Niemczech. Asymetria będzie zniesiona” (podkr. – JRN) (cyt. Kaczyński: „Niemcy w Polsce powinni mieć tyle praw, ile Polacy w Niemczech” www.tvn24.pl/…/kaczyński-o-niemcach-w-polsce-powinni-miec-tyle-pra…09.12.2012).

Z kolei jeden z czołowych polityków PiS Joachim Brudziński w programie „Jeden na jeden” w TVN 24 odpowiednio skomentował słowa Jarosława Kaczyńskiego o mniejszości niemieckiej w Polsce, iż: „Niemcy w Polsce powinni mieć tyle praw, ile Polacy w Niemczech”. Zdaniem Brudzińskiego Kaczyński powiedział na ten temat to, co „myślą setki tysięcy Polaków” (por. J. Brudziński o słowach Jarosława Kaczyńskiego na temat Niemców: Mówi to, co myślą setki tysięcy Polaków” 10.12.2012, www.se.pl › wiadomości › polska10.12.2012).

Przypomnijmy tu również wypowiedź posłanki PiS, wiceprzewodniczącej polsko-niemieckiej grupy bilateralnej Doroty Arciszewskiej-Mielewczyk, która stwierdziła: „Należy zrewidować niektóre przywileje Niemców w Polsce. Nie rozumiem czemu mamy być tą stroną, która jest bardziej obciążona, choćby finansowo, wsparciem mniejszości niemieckiej. Powinniśmy też doprowadzić, by mniejszość w wyborach obowiązywał próg wyborczy. Czemu mają mieć ułatwienia, których nie mają Polacy w Niemczech? (por. A. Pustułka: ”Dziennik Zachodmni” z 11 grudnia 2012: Kaczyński wywołał burzę. Polonia w Niemczech jest mniejszością?

http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/717387,kaczynski-wywolal-burze-polonia-w-niemczech-jest-mniejszoscia-opinie,id,t.html).

Parę lat później posłanka Dorota Arciszewska-Mielewczyk przypomniała iż: „Polacy mieli status mniejszości, który zniesiono w III Rzeszy. Rządy polski i niemiecki sankcjonują bezprawie”. Arciszewska-Mielewczyk zarzuca stronie niemieckiej, że zdecydowanie za mało pieniędzy przeznacza na pielęgnowanie polskości za Odrą. – To zaledwie 3 mln euro rocznie – mówi. – A my dajemy aż 30 mln euro (por. A. Wiejak: Posłowie PiS wnioskują o przesunięcie milionów euro z finansowania mniejszości niemieckiej w Polsce na Polaków w Niemczech – MSZ mówi NIE!, 19 marca 2015).

W marcu 2015 r. zabierał głos w tej sprawie również poseł z PiS, a obecnie wiceminister spraw zagranicznych, Jan Dziedziczak, mówiąc m.in.: „Jeśli chodzi o mniejszość niemiecką w Polsce, ma ona ogromne przywileje, natomiast status mniejszości polskiej w Niemczech jest w zasadzie żaden. Jest tu przepaść jeśli chodzi o wzajemność (podkr. – JRN) (…) aby zmotywować stronę niemiecką, warto odebrać im część przywilejów. Skoro nasi rodacy w Niemczech tych przywilejów nie mają, dlaczego mają je mieć Niemcy mieszkający w Polsce? – pytał retorycznie Dziedziczak.

Być może w powyższych sprawach przydałby się apel czołowych postaci polonijnych z Niemiec do prezydenta Andrzeja Dudy o pomoc w ich rozstrzygnięciu. Wiemy przecież jak bardzo obecnemu prezydentowi na sercu leżą sprawy Polaków za granicą. Wydaje się, że Niemcy, obok USA, to kraj, gdzie jak najszybciej powinna nastąpić wymiana ambasadora. Jakże potrzebny byłby w Berlinie nowy dynamiczny ambasador, który zamiast klajstrowania zabrałby się energicznie do załatwiania prawdziwie trudnych problemów w stosunkach polsko-niemieckich. A byłoby sporo dobrych kandydatów na to miejsce. By wymienić choćby wspominanego już w poprzednim tekście na blogu profesora Piotra Małoszewskiego, tak zaangażowaną w podejmowaniu trudnych spraw w stosunkach z Niemcami posłankę Dorotę Arciszewską–Mielewczyk, profesora Zdzisława Krasnodębskiego, słynnego rzecznika praw Polaków w Niemczech adwokata Stefana Hamburę, czy świetnego obrońcę prawdy o historii w stosunkach polsko-niemieckich profesora Bogdana Musiała. Przy tak zawikłanych sprawach w stosunkach z Niemcami jakże przydałoby się zrealizowanie postulatu wyrażonego przez mec. Hamburę w czasie panelu dyskusyjnego w Hybrydach w styczniu 2011 r. Mecenas Hambura zaproponował tam utworzenie w Polsce odrębnego Instytutu polsko-niemieckiego, który by na „co dzień zajmował się monitorowaniem i wzajemnymi stosunkami” i korzystał z odpowiednich fachowcowi i ekspertyz.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/04/sabosci-polityki-zagranicznej-rp-vii.html

Słabości polityki zagranicznej RP (VI)

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Wieloletnia polityka kundlizmu RP wobec Niemiec (1989-2015) (II)

Niemcy, rzekomy adwokat Polski, coraz częściej zmieniają się w naszego prokuratora

Wpływowe lewicowe i liberalne media przez lata urabiały mit Niemiec jako naszego najlepszego adwokata na forum międzynarodowym. Dziwnie nie zauważano jak rzekomy „adwokat” coraz bardziej zmieniał się w naszego prokuratora. Od ponad dwudziestu lat w Niemczech coraz bardziej upowszechnia się twierdzenia o Niemcach jako ofierze wojny, która szczególnie mocno ucierpiała w rezultacie wysiedleń od Polaków, nagłaśnia się ten pogląd w rozlicznych publikacjach. Już 6 lipca 2003 r. znany badacz drugiej wojny światowej prof. Tomasz Szarota pisał na łamach „Tygodnika Powszechnego”: „Paradoks polega na tym, że podczas gdy w Polsce debatujemy o naszej kolaboracji, Niemcy dyskutują o sobie jako narodzie ofiar” (podkr. – JRN). Inny znawca Niemiec, od wielu lat profesor na uniwersytecie w Bremie, Zdzisław Krasnodębski pisał już 22 czerwca 2002 r. na łamach „Rzeczpospolitej” w tekście „Polskie milczenie”: „Republika Federalna zmierzała przez ostatnie 12 lat w odwrotnym kierunku niż Polska. Gdy w Polsce słabły narodowe uczucia, w Niemczech się nasilały. Gdy w Polsce dokonywano krytycznej rewizji historii, w Niemczech pojawiła się wyraźna tendencja, aby widzieć w niej rzeczy pozytywne” (podkr. – JRN). W Niemczech szczególnie mocno wyeksponowano książkę Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”, publikując na jej temat kilkaset recenzji, dowodzących, że Polacy byli nie tylko ofiarami wojny, lecz katami. Związek Wypędzonych przestał być organizacją marginesową, a jego dwa miliony członków stawały się coraz bardziej języczkiem u wagi w różnych niemieckich przetasowaniach przedwyborczych. Antypolskim wynurzeniom Eriki Steinbach i Rudiego Pawelki coraz częściej wtórowały jednoznaczne w swej twardej wymowie oświadczenia niemieckich środowisk rządzących. Już 29 maja 1998 r. Bundestag jednogłośnie przyjął uchwałę akcentującą, że wypędzenie Niemców było sprzeczne z prawem międzynarodowym. Pięć lat później – 6 września 2003 r. prezydent Niemiec Johannes Rau powiedział na Zjeździe Ziomkostwa Śląskiego, że „akt wypędzenia był czynem bezprawnym”. 26 maja 2009 r. rządząca CDU, kierowana przez kanclerz Angelę Merkel oraz bawarska CSU w specjalnej uchwale przed wyborami do Parlamentu Europejskiego zażądały „międzynarodowego potępienia wypędzeń”, co jednoznacznie godzi w Polskę. Przypomnijmy, że w Konstytucji Niemiec wciąż utrzymywany jest godzący w integralność Polski 116 artykuł z zapisem o tym, że Niemcy istnieją w granicach z 1937 roku.

Trzeba przyznać, że Niemcy systematycznie od wielu lat konsekwentnie realizują w Polsce politykę tworzenia silnej proniemieckiej grupy interesów prawdziwie „nowej władzy”, zwłaszcza na ziemiach zachodnich, o której pisał już w 1992 r. cytowany przeze mnie niemiecki profesor Christophe Royen. Wyraża się to przede wszystkim w opanowywaniu przez Niemców strategicznie ważnych przedsiębiorstw, zwłaszcza w dziedzinie energetyki (można by sobie wyobrazić jak wyglądałaby nasza wojna z Niemcami w 1939 r., gdyby już wówczas polska energetyka w tak wielkim stopniu jak dziś znajdowałaby się w rękach Niemców). Trudno wykluczyć ukryte niemieckie działania przez swych „ludzi wpływu” w Polsce w doprowadzeniu do upadku polskich stoczni, niegdyś tak konkurencyjnych wobec stoczni niemieckich.

Po naszym wejściu do UE okazało się, że to właśnie Niemcy są największymi zwolennikami długoletnich ograniczeń zatrudniania polskich pracowników. Niemcy stały się też głównymi beneficjentami traktatu lizbońskiego, który zapewnił im dużo lepszą pozycję wobec Polaków niż postanowienia w Nicei. O tym, jakie miejsce dla Polski przewidywali już od dawna niektórzy „mocni” ludzie w Niemczech najlepiej świadczyła bardzo szczera wypowiedź Heinricha Weissa, prezesa Związku Przemysłowców Niemieckich: „Aby Polska stała się „atrakcyjna i zachęcająca” dla niemieckich inwestorów, musiałaby zacząć od spłacenia odsetek od długów, których nie płaci, przedstawić program oszczędzania oraz utrzymać ceny i zarobki na niskim poziomie. Na zawsze” (wypowiedź Weissa referuję za korespondencją P. Cywińskiego z Bonn we „Wprost” z 12 kwietnia 1992 r. pt. „Toast za Adenauera”). Piotr Cywiński skomentował tę dość szczególną wypowiedź prominenta niemieckiej gospodarki słowami: „Polska musiałaby na wieki pozostać Europą „b”, by nie powiedzieć „niewolniczym folwarkiem krajów wysokorozwiniętych”. Niedawno finansista Jerzy Bielewicz, prezes stowarzyszenia „Przejrzysty Rynek” zapytywał: „Na jakiej zasadzie jedna z najbogatszych niemieckich rodzin otrzymała preferencyjne kredyty na łączną kwotę 900 milionów dolarów z Banku Światowego i Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju na pomnożenie w Polsce liczby swoich sklepów wielkopowierzchniowych pod marką Lidl i Kaufland? Czy mogła dostać takie wsparcie od instytucji, na które łoży polski podatnik, bez politycznego zaangażowania Berlina? Ta sama bogata niemiecka rodzina otrzymuje w naszej ocenie od lat pomoc publiczną pod płaszczykiem niezwykle korzystnych rozwiązań podatkowych. Rozumiemy, że odpłaca wypychaniem niezbywalnych w Niemczech towarów do krajów Europy Środkowej i Wschodniej”.

W bardzo wielu sferach życia zaznaczają się wyraźne przejawy niemieckiej nieczystej gry wobec Polski. Niemcy wciąż występują wobec Polski z indywidualnymi roszczeniami materialnymi osób wysiedlonych z Polski po 1945 r., a także o zwrot niemieckich dzieł kultury, m.in. rękopisów niemieckich muzyków z dawnych zbiorów Pruskiej Biblioteki Państwowej. Występująca o te zwroty strona niemiecka „dziwnie” milczy o dużo większej ilości polskich dzieł kultury zagrabionych w czasie wojny w Polsce przez Niemców i dotąd nam nie zwróconych. Oprócz zrabowanych, nieraz bezcennych, dzieł polskiej sztuki ciągle czekają na zwrot wywiezione przez Niemców polskie archiwalia, m.in. akta Pomorza, Wielkopolski, Śląska z okresu staropolskiego, czasów zaborów i wojny. Szczególnie godzącym w Polskę od lat przejawem nierzetelnej gry Niemiec jest podjęcie wspólnie z Rosją godzącego w nas projektu budowy gazociągu na dnie Bałtyku.

Podsumowując fakty na temat nieczystej gry „niemieckiego adwokata spraw Polski”, warto przypomnieć celną wypowiedź red. Stanisława Michalkiewicza na ten temat. Jego zdaniem ta rola Niemiec jako „adwokata Polski” zbytnio może się kojarzyć z pewną optymistyczną wiadomością, jaką jakiś adwokat przekazał swemu klientowi: „wygrał Pan sprawę, trzeba tylko zapłacić i odsiedzieć!”.

Niemiecka dominacja w polskich mediach

Szczególnie niebezpieczne dla Polski jest opanowanie przez Niemców ogromnej części prasy na Pomorzu, Śląsku i Mazurach, a więc na terenach ciągłych roszczeń niemieckich. Niemcy „dziwnie” nie starają się jakoś o opanowywanie prasy w białostockim czy rzeszowskim. Już w 1995 roku (w numerze z 16 czerwca) dziennikarka „Tygodnika Solidarność” Teresa Kuczyńska pisała szerzej o bardzo negatywnych skutkach zdominowania polskiej prasy przez kapitał zagraniczny, akcentując: „Kiedy naczelny dostaje parę tysięcy dolarów pensji, przestaje zwracać uwagę na to, czy to co promuje jego gazeta jest dobre dla kraju, zgodne z polską racją stanu. Będzie z całą mocą występował za całkowitą, niczym nie skrępowaną wolnością dla zagranicznego kapitału, za najszerszym otwarciem granic dla bezcłowego importu, będzie ośmieszał nurty niepodległościowe w gazetach znajdujących się jeszcze w rękach polskich, będzie zwalczał z pianą na ustach NSZZ Solidarność, która sieje niepokój i nacjonalizm (…) Albo jak to czynią gazety wychodzące na Śląsku, należące do Passauer Neue Presse, będzie ośmieszać prawa Polski do tych ziem”.

W tymże 1995 r. ukazał się bardzo interesujący tekst byłego redaktora naczelnego „Przeglądu Tygodniowego” Artura Howzana, przytaczający długą listę przykładów manipulowania czytelnikami, czy też niewłaściwego oddziaływania gazet znajdujących się w obcych rękach na polską opinię publiczną. Howzan zilustrował swą tezę m.in. jakże wymownym przykładem z łam „Trybuny Śląskiej”, która dostała się w niemieckie ręce, po odkupieniu jej przez Neue Passauer Presse od francuskiego magnata prasowego Roberta Hersanta. Tuż po trudnej wizycie wicepremiera Grzegorza Kołodki na Śląsku „Trybuna Śląska” (nr 263 z 12-13 listopada 1994) wydrukowała taki oto list (?) czytelnika: „Czytam relację z wizyty premiera Kołodki w Katowicach i zastanawiam się: Piłsudski nie chciał Śląska, PRL traktowała Śląsk jak Katangę, dzisiejsze władze też go nie lubią. To może niech zostawią sobie Księstwo Warszawskie, a Śląsk, tak niepotrzebny i sprawiający tyle kłopotów, oddadzą Niemcom”. Przytaczając ten fragment z „Trybuny Śląskiej” Howzan dodawał: „autorem tego zgrabnie, po dziennikarsku napisanego „listu” jest jak podpisano M. Kasperczyk z Bytomia. Zadałem sobie trud, by go odnaleźć. Nie udało się” (cyt. za tekstem A. Howzana w „Polityce” z 4 lutego 1995).

Inny przykład. Czy można uznać za normalny fakt, że na łamach wydawanego w Polsce „Głosu Pomorza” można było przeczytać pełną niemieckiej buty wypowiedź straszącą mniejszymi szansami na zdobycie pracy tych, którzy będą „tylko” Polakami. Jej autorem był prezes powstałego w Słupsku Związku Ludności Pochodzenia Niemieckiego Detlev Rach. Zapewnił on czytelników „Głosu Pomorza”: „Wkrótce zjednoczy się Europa. Znajdzie się w niej Polska i Pomorze. Przyjdą niemieccy pracodawcy, którzy będą chcieli mieć niemieckich pracowników”(cyt. za: Szot: Na zdrowy rozum, „Rzeczpospolita” z 11 lutego 1995).

Rozkwit „stronnictwa pruskiego” w Polsce

Bardzo wzmacnia się „stronnictwo pruskie” w nauce i mediach, dzięki kaperowaniu polskich naukowców i dziennikarzy dobrze płatnymi wykładami, odczytami i stypendiami. Nie kto inny jak znany korespondent niemiecki w Warszawie Klaus Bachmann przyznawał już sporo lat temu, że „duża część polskiej myśli politycznej wspierana jest przez niemieckich sponsorów” (podkr. – JRN). Mamy sytuację, w której od wielu lat rozrasta się u nas bardzo prężne proniemieckie lobby prasowo-kulturalne, piejące prawdziwe panegiryki na cześć „europejskich” Niemiec, przeciwstawianych polskiemu „zaściankowi”. Lobby to złożone jest w dużej części z ludzi, którzy przez wiele lat korzystali z różnych bogatych niemieckich stypendiów, hojnie serwowanych nagród i innego rodzaju „premii” za swą germanofilską „koncyliacyjność” (vide np. casus Władysława Bartoszewskiego, obdarzonego w Niemczech oryginalnym przydomkiem „PreisJaeger”, tj. „łowca nagród”. Bartoszewski bez żenady przyjął nawet złoty medal ku czci najzajadlejszego wroga Polski w Niemczech Weimarskich – ministra Gustava Stresemanna (por. szerzej: J. R. Nowak: „O Bartoszewskim bez mitów”, Warszawa 2007, s. 55-75). Bardzo mało osób w Polsce zdaje sobie sprawę z tego, że różne niemieckie fundacje na czele z Fundacją Adenauera sponsorowały w Polsce wydanie setek książek głównie o charakterze proniemieckim. Jest to prawdziwa gratka dla wszelkiego typu grafomanów i grafomanek, które mogą błyskawicznie „zabłysnąć” nowymi książkami, w których wylewają łzy nad strasznym losem Niemców, których wypędzano z Polski po 1945 roku, etc. „Stronnictwo pruskie” w nauce i mediach robi, co tylko może dla „poprawiania” historii w duchu proniemieckim, wybielania Krzyżaków, przedstawiania Bolesława Chrobrego jako „awanturnika”, bo walczył z Niemcami, zaprzeczania niemieckiej prowokacji w czasie „krwawej niedzieli” bydgoskiej. Doszło do tego, że w katalogu wystawy „1000 lat Wrocławia”, wydanym przez opłacane z polskich pieniędzy publicznych Muzeum Miasta Wrocławia na 15 stron tekstu o Fryderyku II (s. 175-190) dominowało wychwalanie tego despoty za czyny zaborcze, przy całkowitym przemilczeniu jego roli inicjatywnej w I rozbiorze Polski, fałszowaniu polskiej monety, zajadłej polityki germanizatorskiej (por. świetny szkic krytyczny prof. Tadeusza Marczaka w „Naszym Dzienniku” z 1 sierpnia 2009). Autorem poświęconego Fryderykowi II tekstu w katalogu wystawy jest skrajny germanofil Maciej Łagiewski, dyrektor Muzeum Miasta Wrocławia, od lat zafałszowujący w duchu proniemieckim obraz wzajemnej historii.

Niezwykle ostrą ocenę „stronnictwa pruskiego” w Polsce znajdujemy w znakomitej obszernej (ponad 400 stron) syntezie polskiej polityki zagranicznej po 1989 roku „MSZ polski czy antypolski?” pióra Krzysztofa Balińskiego (Warszawa 2013). Baliński pisał: „W Polsce istniał i istnieje prawdziwy front obrony niemieckich interesów (podkr. – JRN). Są to z jednej strony aktywa niemieckich służb specjalnych (także te odziedziczone po Stasi). Są również ludzie o żebraczym usposobieniu, którzy egzystują za niemieckie pieniądze, przedkładają własne interesy nad interesami kraju, w którym i z którego żyją. Udają polskich dyplomatów, uczonych lub obiektywnych publicystów i nieustannie, na zasadzie wyłączności, zabierają głos w sprawach niemieckich. To również cała wataha ludzi, którzy w imię pojednania, wykazują ogromną polityczną naiwność i postawę „pożytecznych idiotów”. Niektóre przypadki bezkrytycznego zaangażowania na rzecz owego polsko-niemieckiego pojednania są – powiedzmy to wprost – kupione za niemieckie srebrniki. W rezultacie pojednanie jest fasadą zbudowaną przez wąskie grupy pojednaniem zadekretowanym na rozkaz” (podkr. – JRN) (por. K. Baliński: op.cit. s. 280).

Do jakiego stopnia służalczości wobec Niemiec posuwali się niektórzy polscy politycy (Włodzimierz Cimoszewicz i Janusz Reiter) świadczy historia z 2004 r. przytoczona przez Balińskiego: „10 września 2004 r. Sejm uchwala rezolucje ws. reparacji od Niemców (w reakcji na pogróżki ze strony Powiernictwa Pruskiego), a w niej jasne stwierdzenie, że to nie Polacy są winni Niemcom zadośćuczynienie finansowe za rezultaty II wojny. Niemcom z odsieczą pośpieszają przedstawiciele polskiego rządu, w tym znany „ekspert od Niemiec” – Reiter. Cimoszewicz uchwałę Sejmu nazywa politycznym awanturnictwem. Jego (i jego kauzyperdy Truszczyńskiego) argumentacja przeciw uchwale sprowadza się do obrony stanowiska, jakie 50 lat temu zajął w tej sprawie komunistyczny rząd Bieruta. Spichcone na tę okazję przez MSZ oświadczenie, odrzuca rezolucję Sejmu i stwierdza, że sprawa wzajemnych roszczeń nie istnieje” (por. K. Baliński: op.cit., s. 284). Dodajmy, że również ówczesny premier Marek Belka wystąpił przeciw wspomnianej rezolucji Sejmu. Przypomnijmy, że Polsce należałyby się prawdziwie wielkie sumy za rozmiary zniszczeń spowodowanych przez Niemcy nazistowskie. Jak pisał na ten temat jeden z czołowych polskich znawców spraw międzynarodowych prof. Tadeusz Marczak: „Łączne straty wojenne Polski zostały obliczone w 1947 roku na kwotę 49,2 mld dolarów, według wartości dolara z 1938 roku. Uwzględniając spadek wartości dolara od tego roku suma strat wojennych w dzisiejszej walucie amerykańskiej przekracza 850 mld dolarów, bez wliczania odsetek bankowych” (por. T. Marczak: Polska na geopolitycznej i geocywilizacyjnej mapie świata, „Polityka Polska” nr 3-4, sierpień 2015, s. 59).

„Pełzająca germanizacja” Śląska i Pomorza

W wielu miastach Pomorza, Górnego i Dolnego Śląska obserwujemy przejawy „pełzającej germanizacji”. Władze tych miast w zamian za ochłapy od Niemców (różnego typu dotacje i kontrakty) chętnie zmieniają nazwy ulic i placów na niemieckie, zgadzają się na umieszczanie tablic szczególnie mocno eksponujących niemieckie postacie czy wydarzenia z przeszłości, przy równoczesnym zaniedbywaniu miejscowych polskich tradycji. Na pewno najbardziej zagrożona akcją „pełzającej germanizacji” jest Opolszczyzna. Zaraz potem idzie w kolejności Szczecin. Od ośmiu lat widzę coraz poważniejsze zagrożenia regermanizacyjne we Wrocławiu (por. moja 335-stronicowa książka: „Pełzająca germanizacja Wrocławia”, Warszawa 2010). W czasie kampanii przeciw Grossowi w 2006 r. zauważyłem po drodze ze Słupska pięknie oświetlony hotel „Bismarck” w Bytowie, w województwie pomorskim. Zapytaliśmy w recepcji, kto jest właścicielem tego hotelu, mającego przyciągnąć niemieckich turystów już poprzez swoja nazwę. Okazało się, że hotel był własnością Polaka. Ciekawe, czy ten Polak wie, że tak uhonorowany przez niego kanclerz Rzeszy Otto von Bismarck był śmiertelnym wrogiem Polski i już 26 marca 1861 r. pisał w liście do siostry: „Bijcie Polaków, ażeby aż o życiu zwątpili. Mam wielką litość dla ich położenia, ale jeśli chcemy istnieć, to nie pozostaje nam nic innego jak ich wytępić (ausrotten)”. Czy miejscowy urząd w Bytowie nie powinien odpowiednio „uhonorować” właściciela hotelu noszącego nazwę śmiertelnego wroga Polski prawdziwie wysoką grzywną za jego wybryk?!

Dyskryminowanie polskiej mniejszości narodowej w Niemczech

Innym przejawem nieczystej gry Niemiec wobec Polski jest występujące w Niemczech na każdym kroku dyskryminowanie dwumilionowej mniejszości polskiej. Jest ona bardzo często dyskryminowana pod względem wydatków na polską oświatę i kulturę (są one o wiele niższe od polskich wydatków na podobne cele dla niemieckiej mniejszości w Polsce, co niejednokrotnie przypominał profesor Piotr Małoszewski, współtwórca Chrześcijańskiego Centrum Krzewienia Kultury, Tradycji i Języka Polskiego w Niemczech, m.in. na łamach „Niedzieli” „Naszego Dziennika” i w Radiu Maryja). W audycji Radia Maryja z 5 maja 2011 r. pt. „Rząd chce świętować dyskryminację Polaków” stwierdzano m.in.: „Prof. Małoszewski wskazuje, że tylko z budżetu polskiego Ministerstwa Edukacji Narodowej w ostatnich czterech latach zwiększono o 30 mln zł środki na edukację w języku niemieckim. – Tymczasem na prośby Polonii, by resort dofinansował choć o 1-2 mln zł polskich nauczycieli w RFN, [którzy uczą dzieci w ramach zajęć edukacyjnych prowadzonych przez organizacje polonijne – red.], urzędnicy ministerstw odpowiadają, że nie mają pieniędzy – mówi przewodniczący Konwentu. – Pełnomocnik rządu niemieckiego ds. kultury i mediów zamiast wspierać, torpeduje wszelkie projekty z dziedziny kultury polonijnej. W efekcie nie ma pieniędzy ani na edukację dzieci, ani na projekty kulturalne, ani na media polonijne – skarży się prof. Małoszewski.”

Podczas pikiety pod konsulatem Republiki Federalnej Niemiec w Opolu w czerwcu 2011 r. członkowie i sympatycy tamtejszego klubu „Gazety Polskiej” zwrócili uwagę władz niemieckich na nierównomierne wypełnianie zawartego 20 lat wcześniej traktatu o stosunkach dobrosąsiedzkich między Polską i Niemcami. W oświadczeniu odczytanym podczas pikiety stwierdzano m.in.: „Mniejszość polska w Niemczech boryka się z ogromnymi trudnościami i przeszkodami. Polacy w Niemczech otrzymują ze strony niemieckiego rządu zaledwie 1,2 mln zł rocznie. Jest to kwota stanowiąca niewiele więcej niż 1% wsparcia jakie nasz rząd ponosi na rzecz Niemców Polsce. Władze niemieckie utrudniają starania Polaków o możliwość nauczania języka polskiego jako ojczystego w niemieckich szkołach. Wydatki na jedno dziecko polskie w Niemczech wynoszą 4 euro podczas gdy w Polsce wydatki na jedno dziecku niemieckie to prawie 10 razy więcej. Czas skończyć z tą rażącą asymetrią” (por. niezalezna.pl/12183-czas-na-rowne-traktowanie-polakow-w-niemczech 18.06.2011).

Ciekawe, że nawet postkomunistyczny wicepremier, a później m.in. marszałek Sejmu Marek Borowski stwierdził w tekście „Dobre sąsiedztwo” m.in.: ”Z Traktatu wynika (…) że obie mniejszości powinny być traktowane tak samo. Niestety, tak nie jest. W Polsce mamy kilkaset szkół i przedszkoli specjalnie dostosowanych do potrzeb mniejszości niemieckiej, w których naukę pobiera 32 tys. dzieci, tj. 80- 90% zainteresowanych (podkr. – JRN). Rząd finansuje gazety w języku niemieckim. Przywilejem, niespotykanym w innych krajach, jest zwolnienie mniejszości narodowych z obowiązku przekraczania 5% progu wyborczego, dzięki czemu przedstawiciele mniejszości niemieckiej (tylko ona z tego przywileju korzysta) są od 18 lat obecni w Sejmie. Nakłady polskiego rządu na edukację, działalność społeczno-kulturalną mniejszości niemieckiej oraz dostęp do mediów wynoszą 15 600 tys. euro rocznie.

W Niemczech języka polskiego uczy się w szkołach publicznych 3,5- 4 tys. dzieci, tj. tylko 2% zainteresowanych (podkr. – JRN). Wydatki rządu federalnego na edukację i na rzecz polskich organizacji wynoszą 1,5 mln euro, czyli są 10 razy mniejsze dla 10-krotnie liczniejszej diaspory polskiej. Organizacje polskie nie mają dostępu do mediów” (por. www.marekborowski.pl/publikacje/publikacja_383.html).

Co gorsza sądy niemieckie częstokroć stosują praktykę ograniczania użycia języka polskiego przez dzieci w małżeństwach mieszanych, co jest jaskrawym przejawem łamania praw człowieka. Faktycznie polska mniejszość narodowa w Niemczech nie ma w ogóle żadnych praw mniejszości narodowej. W „Rzeczypospolitej” pisano kiedyś o tej mniejszości jako o „dwóch milionach nieobecnych”. Fatalne dla polskiej mniejszości i dla Polski rozstrzygnięcia zapadły z winy K. Skubiszewskiego w polsko-niemieckim traktacie z 1991 r. Zaniedbując przyznanie dla społeczności polskiej w Niemczech praw mniejszości narodowej, zgodzono się na wytrącenie nam z rąk wielkiego atutu, jakim byłoby istnienie nad Łabą i Renem dwumilionowego polonijnego lobby. Wystarczy przyjrzeć się jak mocno wykorzystuje swe prawa, a nawet przywileje (brak progu wyborczego) stukilkudziesięciotysięczna mniejszość niemiecka w Polsce. W odróżnieniu od niej Polacy w Niemczech są dyskryminowani, a nawet zastraszani. Zdarzało się – jak wspominał kiedyś ówczesny prezes „Wspólnoty Polskiej” prof. Andrzej Stelmachowski – że odbierano obywatelstwo niemieckie pod pretekstem „niedostatecznego związania z kulturą niemiecką”, z odpowiednimi skutkami materialnymi dla osoby nagle pozbawianej obywatelstwa. O ile wiem dotąd nie zniesiono nawet sygnowanego przez Hermanna Goeringa hitlerowskiego rozporządzenia z 1940 r., nakazującego likwidację polskiej mniejszości narodowej jako takiej i – co więcej – nie zwrócono zagrabionego wówczas przez nazistów, po wymordowaniu rozlicznych działaczy polonijnych, mienia polskiej organizacji mniejszościowej.

Co najgorsza mniejszość polska w Niemczech (największa polska mniejszość narodowa w Europie, licząca dwa miliony osób) na ogół niewiele mogła skorzystać ze wstawiennictwa ambasadorów RP. Przedstawiciele Polonii w Niemczech nadsyłali mi wiele przykładów rażącej bierności tamtejszej ambasady polskiej. Jeden z ambasadorów RP Janusz Reiter był wręcz oskarżany o skrajną usłużność wobec władz niemieckich (por. T. Kosobudzki: „MSZ od A do Z”, Warszawa 1997, s. 230-232). Rzecz znamienna, że dyplomatyczni przedstawiciele odległej Turcji potrafią dużo lepiej zabiegać o interesy rzesz swych ziomków pracujących w Niemczech. Pozycję mniejszości tureckiej w Niemczech dobrze ilustruje fakt, że Turcy założyli 3 banki w Niemczech, wycofując swe oszczędności z banków niemieckich. W odróżnieniu od Turków w Niemczech, zawsze mogących liczyć na wsparcie przedstawicieli swego rządu, tamtejsi Polacy, od wielu lat opuszczeni przez kolejne polskie rządy, są bezbronni i całkowicie uzależnieni od widzimisię niemieckich władz. Nie wspierając Polonii Niemieckiej tracimy szanse budowy silnego propolskiego lobby w Niemczech.

Co najgorsze, w Niemczech od dłuższego czasu nasilają się uczucia skrajnej niechęci do Polaków, a więc proces wręcz przeciwny do bardzo wyraźnej poprawy stosunku do Niemców w Polsce. Ksenofobia panuje wśród dużej części młodych Niemców. W ankiecie tygodnika „Der Spiegel” z lata 1994 r. aż 47% młodych Niemców odpowiedziało twierdząco na pytanie, czy czują się lepsi od innych narodów. Z tych 47% aż 87% podało, że uważają się za lepszych od Polaków (wg tekstu młodego niemieckiego historyka z Hamburga J. Puhla, „Życie Warszawy” z 26 stycznia 1995). Upowszechnianiu pogardliwego stosunku do Polaków sprzyjała ogromna popularność antypolskich programów telewizyjnych głośnego showmana telewizyjnego Haralda Schmidta. I właśnie ten antypolski nienawistnik został za swe zjadliwe Polen-Witze uhonorowany najważniejszą nagrodą niemieckich mediów.

Prawdziwa kulminacja skundlenia polityki Warszawy wobec Berlina nastąpiła za rządów PO. Zaczęło się od osławionego „hołdu berlińskiego” ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, gdy publicznie apelował on do Niemiec o dominację w Europie! A później przyszło jakże wiele przejawów serwilistycznego usługiwania Niemcom przez Donalda Tuska nie przypadkowo odznaczonego przez kanclerz A. Merkel medalem ku czci największego niemieckiego wroga Polski na początku lat dwudziestych XX wieku ministra spraw zagranicznych Walthera Rathenaua. Tusk ustępliwie reagował na najgorsze nawet wybryki Niemiec wobec Polski. Choćby na budowę gazociągu niemieckiego-rosyjskiego na dnie Bałtyku kosztem polskiego portu w Świnoujściu. I doczekał się z łaski kanclerz A. Merkel mianowania na przewodniczącego Rady Europejskiej.

Można by długo wyliczać fakty wskazujące jak bardzo kiwani byliśmy przez cały okres po 1989 r. przez naszych niemieckich „przyjaciół”. W każdym razie nowy rząd PiS przejął od PO stosunki polsko-niemieckie w fatalnym stanie – na niekorzyść Polski. Jak z tego wybrnął? Niestety dotąd nie wybrnął. Ale o tym w następnym tekście.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/04/sabosci-polityki-zagranicznej-rp-vi.html

Słabości polityki zagranicznej (V)

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Wieloletnia polityka kundlizmu RP wobec Niemiec (1989-2015 ) (I)

Przez długie lata usypiano nas co do stanu stosunków polsko-niemieckich. Na przykład guru Unii Wolności minister spraw zagranicznych Bronisław Geremek z ekstazą mówił o rzekomym „cudzie zbliżenia” między Polską a Niemcami (por.: Polska-Niemcy 1989-1997: cud zbliżenia, „Gazeta Wyborcza” 20 listopada 1997). Prezydent Aleksander Kwaśniewski posunął się nawet aż do tak fantazyjnego zapewnienia, że stosunki polsko-niemieckie są „tak dobre, że aż zieją nudą” (wg „Życia” z 12 listopada 1999). Frazę o rzekomym „cudzie pojednania” wielokrotnie powtarzano potem w oficjalnych wystąpieniach B. Geremka i A. Kwaśniewskiego. W rzeczywistości mamy faktycznie do czynienia z wielkim fałszem o pojednaniu, czy „kiczem pojednania”, jak to już wiele lat temu skonstatowano w mediach. Nota bene sam jakże celny zwrot „kicz pojednania” wymyślił niemiecki korespondent w Polsce Klaus Bachmann.

Już w 1989 r. dzięki ustępliwości premiera Tadeusza Mazowieckiego i ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego zaczęła się wieloletnia polityka służalczości, czy raczej, by użyć dosadnego zwrotu Melchiora Wańkowicza kundlizmu wobec Niemiec. Skrajnie naiwny premier Mazowiecki uwierzył w łzy kanclerza Helmuta Kohla w czasie spotkania w Krzyżowej. Minister Skubiszewski, b. długoletni agent SB (TW „Kosk”), przypuszczalnie szantażowany przez Niemców, zawarł z nimi w czerwcu 1991 r. układ, który zawierał parę bardzo niekorzystnych dla Polski fragmentów. Np. uznawał mniejszość niemiecką w Polsce przy nieuznawaniu polskiej, dużo liczniejszej w Niemczech, oraz zostawił furtkę, dopuszczającą ewentualne przyszłe roszczenia niemieckie. Na kształcie stosunków z Niemcami, od początku skrajnie wybielanymi przez polskie środowiska rządzące od 1989 r., bardzo zaciążyła skrajnie idealizująca Niemcy postawa liderów dawnej opozycji laickiej: Bronisława Geremka i Adama Michnika oraz katolewicy. Ludzie z tych formacji byli w latach 80-tych w niemałym stopniu „na garnuszku” Niemiec w latach 80-tych. To znaczy korzystali z dużej pomocy finansowej niemieckich władz z pomocą różnych organizacji i fundacji. Przez całe lata osiemdziesiąte trwała systematyczna akcja kaperowania różnych tuzów polskiej inteligencji przez bogate niemieckie stypendia, zaproszenia na wykłady, nagrody i wyróżnienia Jakże wymowny jest tu casus Władysława Bartoszewskiego. Na początku lat 60-tych Bartoszewski był jedną z pierwszych osób ostrzegających przed próbami wybielania wojennej roli Niemiec kosztem, Polski. Później ten sam Bartoszewski, po latach dobrze opłacanych wykładów w Niemczech, stał się rzecznikiem skrajnego idealizowania współczesnych Niemiec. Z perspektywy lat widać, jak świetnie opłaciła się Niemcom ich inwestycja w intelektualną opozycję polską lat osiemdziesiątych, kontynuowana również w różnych formach w następnych dziesięcioleciach.

Szczyt polskiego masochizmu narodowego – fetowanie i nagradzanie H. Kohla

Jak bardzo skuteczne było kaperowanie polskich elit przez Niemcy, idące w parze z ich usypianiem co do prawdziwych intencji Niemiec, najlepiej świadczy casus skrajnego wychwalania przez polski establishment kanclerza Helmuta Kohla. Przypomnijmy, że kanclerz Niemiec Kohl w 1990 roku do ostatniej chwili sprzeciwiał się uznaniu granicy na Odrze i Nysie. Ostatecznie uległ połączonym naciskom premier Margaret Thatcher i prezydenta Ronalda Reagana. Jego skrajna niechęć do pogodzenia się z realiami w sprawie granicy polsko-niemieckiej była powszechnie znana i jest gruntownie udokumentowana. Można przypomnieć aż nadto wiele publikacji jednoznacznie wskazujących na wyraźną niechęć Kohla do uznania naszej zachodniej granicy. Trudne do podważenia są choćby stwierdzenia tak wielkiego autorytetu jak premier W. Brytanii pani Margaret Thatcher. W jej tłumaczonych na język polski pamiętnikach „Lata na Downing Street” (wydanych w Gdańsku) czytamy na ss. 717-718 m.in.: „Kanclerz Kohl wywarł bardzo złe wrażenie z powodu niechęci do podpisania traktatu określającego granicę niemiecko-polską (…) Wreszcie, po wielu naciskach (podkr. – JRN), kanclerz Kohl zgodził się uregulować sprawę granicy Niemiec z Polską na mocy specjalnego traktatu podpisanego w listopadzie 1990 r.”. Thatcher nie ukrywała w swych rozmowach z Kohlem przekonania, że Niemcy, gdy tylko się wzmocnią, będą starały się zabrać zachodnie tereny Polski i Czechosłowacji. Kanclerz Kohl odnotował w swych pamiętnikach scenę jak premier M. Thatcher wyjęła ze swej torby mapę z zaznaczonymi odpowiednimi kolorami terytoriami straconymi przez Niemcy na rzecz Polski po drugiej wojnie światowej. Skomentowała to słowami: „Niemcy zabiorą to wszystko, podobnie jak Czechosłowację” (cyt. za „The Guardian” z 3 listopada 2005).

Prawdziwą postawę Kohla wobec Polski obnażył również czołowy niemiecki pisarz – noblista Günter Grass w „Polityce” z 6 lipca 1991 roku, pisząc m.in: Niezapomniane, ponieważ na trwale zawstydzające, są wykręty i głupoty kanclerza federalnego, które pozwoliły poznać, jakim to mężem stanu jest Kohl, gdy chodziło o ostateczne uznanie granicy na Odrze i Nysie (podkr. – JRN) (cyt. za: G. Grass: Na przykład Chodowiecki, „Polityka”, 6 lipca 1991). Jan Nowak-Jeziorański, którego nie można przecież posądzać o wybujały nacjonalizm, pisał jeszcze w 1995 roku, z kilkuletniego dystansu czasowego: „Pamięć ludzka jest krótka i mało kto pamięta, że kanclerz Kohl czynił wszystko, co mógł, by nie dopuścić do takiego uznania granicy z Polską, które zamykałoby sprawę ostatecznie przynajmniej w sensie prawnym” (J. Nowak-Jeziorański: Dobrze – ale może być lepiej, „Rzeczpospolita”, 25-26 lutego 1995).

Jak można w tej sytuacji wytłumaczyć rozliczne przejawy fetowania i nagradzania tak zajadłego wroga polskiej granicy na Odrze i Nysie H. Kohla przez stronę polską?! Dość przypomnieć takie fakty jak przyznanie Kohlowi doktoratu honoris causa przez KUL, przyznanie Kohlowi Orderu Orła Białego przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego (20 października 1998 r.), nadanie mu honorowego obywatelstwa Gdańska (20 maja 2010 r.) i in. Czy Kohl rzeczywiście zasłużył sobie na tego typu zaszczyty w Polsce? Czy zawsze musimy być narodem masochistów, nagradzających swoich zawziętych przeciwników?

Jak Niemcy rozbiły Jugosławię

Podczas gdy Polska staje się coraz bardziej samotną i izolowaną w świecie, Niemcy przez ostatnie 20 lat wybiły się na pozycję najpotężniejszego państwa Unii Europejskiej. W ciągu ostatnich 20 lat Niemcy kolejno, spokojnie i systematycznie realizowały swoje podstawowe cele. Najpierw doszło do zjednoczenia Niemiec, pomimo początkowych bardzo silnych oporów Anglii i Francji. Polscy politycy w tym czasie w niewielkim stopniu zauważali groźby dla Polski związane ze zjednoczeniem Niemiec i nie zatroszczyli się o wywalczenie maksymalnych gwarancji dla Polski w nowej sytuacji. Jedyne głosy ostrzeżenia padały ze strony niektórych bardziej realistycznych publicystów typu Stefana Kisielewskiego (Kisiela). W wywiadzie dla „Tygodnika Solidarność” stwierdził, że „Niemcy są okresami wspaniali, ale potem nagle dostają obłędu. Tracą instynkt samozachowawczy, stają się niebezpieczni dla innych i dla siebie (…) Niemcy potrafią być nieobliczalni”. Przed zbytnią proniemiecką euforią ostrzegał Polaków już pod koniec 1989 roku wybitny niemiecki naukowiec, profesor Christoph Royen, dyrektor Instytutu Spraw Międzynarodowych renomowanej fundacji „Wiedza i Polityka” w Ebenhausen, mówiąc: „Kuszą was miliardy, ale gdy rzeczywiście zaczną powstawać firmy niemieckie, będą osiedlać się Niemcy – wyrośnie silna proniemiecka grupa interesów, prawdziwa „nowa władza”, zwłaszcza na ziemiach zachodnich” (podkr. – JRN) (cyt. za: J. Surdykowski: Niemieckie obawy, polskie nadzieje, „Tygodnik Solidarność”, 9 lutego 1996). Dodajmy do tego ostrzeżenia noblisty Güntera Grassa z 1991 r., który przestrzegał Polaków, że teraz jeszcze Niemcy Zachodnie są zajęte przełykaniem Niemiec Wschodnich, „Niemcy jeszcze zajęci są sobą. Jeszcze nie mają wolnej ręki, aby sięgnąć za granice. Jeszcze potykają się o siebie” (por. G. Grass: Na przykład Chodowiecki, „Polityka” z 6 lipca 1991). Jeszcze wcześniej – w „Gazecie Wyborczej” z 27-28 października 1990 r. G. Grass stwierdzał bez ogródek: „Niewątpliwie można się obawiać, że dawne niemieckie prowincje wschodnie, Śląsk, Pomorze, a zwłaszcza graniczne miasto Szczecin będą niejako wydane w ręce twardej waluty (niemieckiej – JRN), albowiem słabość i polityczna chwiejność Polski może znowu się utrwalić”.

Po połknięciu Niemiec wschodnich politycy niemieccy przeszli do dużo aktywniejszych działań w różnych częściach Europy. Ich największym sukcesem stało się skuteczne wsparcie działań prowadzących do rozpadu Jugosławii. Niemcom chodziło przede wszystkim o doprowadzenie do krańcowego osłabienia i upokorzenia Serbii, tradycyjnego głównego przeciwnika Niemiec na Bałkanach (vide wydarzenia I i II wojny światowej). Wykorzystując nasilające się tendencje odśrodkowe w Jugosławii, Niemcy zachęcali prezydentów Serbii i Chorwacji obietnicami wielkich pożyczek do wyjścia ze zdominowanej przez Serbię federacji jugosłowiańskiej. Po ogłoszeniu niepodległości Chorwacji i Słowenii Niemcy uznały je jako pierwsze wbrew stanowisku wszystkich innych krajów Europy Zachodniej. Noblista Günter Grass mówił w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” z 7-8 października 1995 r. pt. „To my Niemcy”: „Za wydarzenia w byłej Jugosławii nie można obwiniać tylko tamtejszego nacjonalizmu. Zachód też miał w tym swój udział. Niemcy również. Nasz minister spraw zagranicznych, Genscher nieomal zmusił swoich zachodnich kolegów do uznania niepodległości Słowenii i Chorwacji. Miał też swój udział w początku tego konfliktu”. Z kolei jak przypomniał świetny znawca polityki niemieckiej profesor Tadeusz Marczak: „Gen. Pierre-Marie Gallois, swego czasu doradca prezydenta Francji gen. De Gaulle’a, uważany za ojca francuskiej doktryny nuklearnej, konsekwentnie reprezentował tezę, że za krwawymi wojnami domowymi w Jugosławii stały niemieckie służby specjalne, niemieckie pieniądze, niemieckie dostawy broni oraz niemiecka dyplomacja” (por. T. Marczak: Polska na geopolitycznej i geocywilizacyjnej mapie świata, „Polityka Polska”, nr 3-4, sierpień 2015, s. 54). Później Niemcy przewodziły kampanii propagandowej przeciw Serbii, skutecznie, acz jednostronnie, obciążając ją całą winą za wybuch konfliktu wojennego na Bałkanach. To Niemcy również wiodły prym w żądaniu sankcji przeciw Serbii i jej bombardowania.

Kiedy stworzą polskie Kosowo?

Niemcy odegrali również szczególnie wielką rolę w działaniach na rzecz doprowadzenia do oderwania Kosowa od Serbii, tak, aby ją jeszcze bardziej osłabić. Pisano o tym w wielu zachodnich publikacjach, wskazując w tym przypadku na dalekosiężne cele, jakimi kierowali się Niemcy wspierając secesję Kosowa. „The European” z 21 września 1998 r. wyjaśniał, że dla Niemców najkorzystniejsze było to, że „secesja Kosowa pokojowymi środkami stanie się przykładem do naśladowania dla innych europejskich mniejszości narodowych”. I tu mamy chyba najlepszy klucz dla wytłumaczenia wielostronności niemieckich działań wspierających albańskich separatystów w Kosowie. Oderwanie Kosowa od Serbii oznaczało rozbicie tak niewygodnego dla niemieckich interesów terytorialnego status quo w Europie, stworzenie precedensu, który okaże się na przyszłość dogodny dla niemieckich separatystów w Polsce czy w Czechach. Fakty wskazują, że niemiecki wywiad wojskowy i cywilny odegrał bardzo dużą rolę w tajnym dozbrajaniu szkoleniu walczącej przeciw Serbom tzw. Armii Wyzwolenia Kosowa, dosłownie od pierwszych momentów jej powstawania w 1996 r. Także w latach następnych Niemcy kontynuowali na wielką skalę doszkalanie bojowników z Kosowskiej Armii Wyzwolenia i ich wyposażanie w wielkie ilości broni i amunicji. Aż doszło do zadania przez Niemcy decydującego ciosu w Serbię – doprowadzenia (…) do wspartej przez większość krajów Unii Europejskiej decyzji o ogłoszeniu niepodległości Kosowa. Niemieckie intencje w tej sprawie były aż nazbyt przejrzyste. Jak jednak zrozumieć rząd Tuska, który tak szybko zdecydował się na uznanie niepodległości Kosowa. I zrobił to wbrew elementarnym polskim interesom narodowym, nie zważając na to, że powstanie niepodległego Kosowa było naruszeniem zasady terytorialnego status quo w Europie. A przecież nienaruszanie tego status quo zawsze leżało bardzo mocno w interesie Polski. Jakież mamy gwarancje, że powiedzmy za parę dziesiątków lat, a może nawet wcześniej, nie podejmie się wysiłków na rzecz sprowokowania secesji Śląska czy niektórych innych regionów na zachodzie lub północy kraju? Stworzenia ze Śląska „polskiego Kosowa”, czy utworzenia Wolnego Miasta Szczecina. Przypomnijmy tu jakże znamienny wywiad z przewodniczącym niemieckiego Związku Wypędzonych Herbertem Czają z wiosny 1992 r., nagłośniony przez moskiewskie „Nowe Czasy”. Czaja akcentował m.in.: „Na ziemiach leżących między Niemcami a Polską należałoby przeprowadzić plebiscyt, który określiłby ich samodzielny i autonomiczny status. Mogłoby tam powstać kilka takich państw, jak np. Belgia czy Luksemburg, a Polska i Niemcy miałyby proporcjonalny udział we władzach samorządowych. Szczecin mógłby otrzymać status Wolnego Miasta Hanzeatyckiego (…) W końcu to obojętne, czy granica polsko-niemiecka przebiega 50 km bardziej na wschód czy na zachód” (por. Wolne Miasto Szczecin, „Gazeta Wyborcza” 9 kwietnia 1992).

Dodajmy, że niemiecka polityka wspierała w pierwszej połowie lat 90-tych działania na rzecz rozpadu Czechosłowacji, wychodząc z założenia, iż lepiej mieć w sąsiedztwie dwa słabsze kraje od jednego nieco silniejszego. W Polsce prawie zupełnie nieznany jest kierunek działań niemieckich nakierowany na Słowację po 1989 roku. Otóż, według publikacji znanego tygodnika niemieckiego „Wirtschaftswoche” z wiosny 1992 roku bliska bawarskiej CSU fundacja Hans Seidel Stiftung wspierała finansowo słowacką szowinistyczną partię – Ruch na rzecz Demokratycznej Słowacji, kierowaną przez premiera Vladimira Mecziara (wg L. Mazan: Sentymenty sudeckie, „Wprost” z 15 sierpnia 1993). Jak wiadomo Mecziar był głównym słowackim rzecznikiem rozpadu Czechosłowacji. Latem 1993 roku wiceprzewodniczący czeskiej partii ODA – Daniel Kroupa publicznie oskarżył Bonn o animowanie, via Bratysława, procesu rozpadu Czechosłowacji. Tak przygotowywano grunt pod współczesną realizację koncepcji zdominowanej przez Niemcy Mitteleuropy.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/04/sabosci-polityki-zagranicznej-v.html

Wybitni naukowcy i publicyści krytykują szkodliwe działania UE wobec Polski

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Wybitni naukowcy i publicyści krytykują szkodliwe działania UE wobec Polski, podczas gdy milczą trzej PiS-owscy szefowie resortów gospodarczych

Kontynuuję rozpoczęty w poprzednim tekście przegląd krytycznych ocen wybitnych polskich postaci polskiego życia publicznego na temat efektów gospodarczych działań UE wobec Polski. Jest to swego rodzaju przełom, że po latach bezkrytycznego wysławiania polityki UE wobec Polski tak liczne znaczące osoby odważyły się na powiedzenie przemilczanej prawdy o tym jak Unia nas kiwa dosłownie na każdym kroku. Dlatego myślę, że jest sens skupienia tych wszystkich ocen w jednym dłuższym materiale. Pokazując te jakże odważne opinie krytyczne uczonych, europosłów i posłów oraz znanych publicystów tym mocniej ubolewam, iż opinie te nie są otwarcie podejmowane również przez czołowych rządzących polityków gospodarczych z PiS-u. Myślę tu przede wszystkim o trzech ministrach resortów gospodarczych w rządzie Beaty Szydło: wicepremierze i ministrze rozwoju Mateuszu Morawieckim, ministrze finansów Pawle Szałamasze i ministrze skarbu Dawidzie Jackiewiczu, którzy milczą jak grób o eksploatowaniu i wręcz obrabowywaniu Polski przez unijne praktyki. Uważam to zaniechanie za wręcz szkodliwie, bo tracimy w ten sposób szanse najskuteczniejszego przeciwstawienia się obecnej agresywnej kampanii Unii wobec Polski. Kampanii, która troską o rzekomo zagrożoną demokrację w Polsce chce przykryć jej prawdziwie intencje – utrzymania niebotycznych nieuczciwych zysków wyciąganych z Polski naszym kosztem. Jak to wreszcie powiedziała otwarcie premier B. Szydło w kontekście finansowych źródeł nacisków UE na Polskę: „Dlaczego Unia miałaby zastanawiać się nad demokracją w Polsce(…) Jeżeli zastanawiam się teraz, dlaczego UE tak bardzo zajmuje się Polską, to mam dwie odpowiedzi. Po pierwsze, rzeczywiście chodzi o pieniądze. Ja wiem, że to brzmi fatalnie, ale nazywajmy rzeczy po imieniu (podkr. – JRN). Po drugie, politycy tej tzw. starej Unii Europejskiej, powtórzę to, lubią pouczać. Jest poczucie wyższości tych państw nad tymi nowymi” (cyt. za: Dziennik.pl z 15 kwietnia 2016).

1) Prawda o rzekomej hojnej pomocy Unii Europejskiej dla Polski

Prawnik Tomasz Cukiernik o rozmiarach „ogrywania” nas przez Unię

W 2015 r. nakładem wrocławskiego wydawnictwa „Wektory” została opublikowana niezwykle ciekawa i szokująca, ale do dziś wyraźnie przemilczana w mediach głównego nurtu książka Tomasza Cukiernika: „Dziesięć lat w Unii. Bilans członkostwa”. Autor obnażył całą gorzką prawdę o rzekomej hojnej pomocy UE dla Polski, pokazując to w szerszym kontekście międzynarodowym. Szczególnie wymowny był rozdział jego książki o unijnych dotacjach dla Polski (ss.79-239). Dość przytoczyć tytuły niektórych podrozdziałków z tego rozdziału: „Dziesięć powodów, dla których należy zrezygnować z unijnych dotacji”, „Rzeczywiste koszty unijnych dotacji”, „Unijne dotacje zabijają polską innowacyjność”, „Zabijanie konkurencji”, „Dotacje przekrętem stoją”, „Dotacje zadłużają na lata”, „Śladem unijnego marnotrawstwa”. Podsumowując swoje dobrze udokumentowana rozważania, T. Cukiernik stwierdził, że w ciągu dziesięciu lat od maja 2004 do kwietnia 2014 roku koszt uczestnictwa Polski w Unii Europejskiej (770 mld zł) był mniej więcej dwa razy większy niż łączna wartość otrzymanych z Brukseli dotacji (385 mld zł).

Dodajmy do tych uwag T. Cukiernika ogłoszone 28 grudnia 2015 dane, iż: ”Według raportu Global Financial Integrity, Polska jest w dwudziestce krajów najbardziej poszkodowanych przez zagraniczne korporacje. Znalazła się tam jako jedyny kraj z Unii Europejskiej (podkr. – JRN) a szacowane z tego tytułu straty sięgają stu miliardów złotych rocznie”. (por. http://www.gk24.pl/polska-i-swiat/art/9237507,polska-wsrod-krajow-najbardziej-wyzyskiwanych-przez-korporacje-tracimy-rocznie-ok-100-mld-zl,id,t.html).

Janusz Szewczak: Mija czas, kiedy nasi politycy chodzili do Brukseli na kolanach

Wśród postaci życia publicznego, które najmocniej alarmowały od lat co do niekorzystnego dla Polski bilansu naszych stosunków z UE jest czołowy ekonomista SKOK-ów, a od października 2015 r. poseł na Sejm RP Janusz Szewczak. Oto kilka jakże wymownych fragmentów jego wypowiedzi na temat stosunków z UE. 7 stycznia 2016 r. J. Szewczak stwierdził: „Tylko my dotychczas mieliśmy polityków, którzy do Brukseli chodzili na kolanach. Mam nadzieję, że po wyborach będziemy twardo negocjować nasze najważniejsze potrzeby. Każdy ma prawo walczyć o własne interesy. Jeśli tego nie robi – to mamy tak, że u nas dopuszczono do zniszczenia całych sektorów polskiej gospodarki. Nie można pozwolić, aby górnictwo było kolejnym takim sektorem” (por. biznesalert.pl/szewczak-polska-nie-bedzie-chodzic-do-brukseli-na-kolan…07.01.2016). Z kolei w wywiadzie udzielonym Leszkowi Sosnowskiemu na łamach miesięcznika WPiS ze stycznia 2016, pt. „Polskie władze są szantażowane przez lobby lichwiarsko-bankowe” J. Szewczak powiedział :”Ten straszny lament bankowych lobbystów, do których niestety trzeba również zaliczyć media publiczne, jaki się teraz podniósł, tak naprawdę ma na celu zakamuflowanie bogacenia się zagranicznych banków komercyjnych kosztem polskiego społeczeństwa i polskiego państwa. Boją się, że PiS to ukróci i powie społeczeństwu prawdę.” Czy powie?

Janusz Szewczak o „kosztownych unijnych dotacjach”

Janusz Szewczak stanowczo podważył skrajne wyolbrzymianie znaczenia dotacji unijnych dla Polski, pisząc w marcu 2016 r. m.in.: „Według wszelkich wyliczeń, rok 2016 będzie pierwszym, kiedy do unijnej kasy wpłacimy więcej, niż z niej dostaniemy. Ale to oficjalnie. Wbrew pozorom we wcześniejszych latach nie było zbyt różowo. Od kiedy jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, a więc od 1 maja 2004 r. bilans naszych zysków i strat nie był nigdy rzetelnie przedstawiany społeczeństwu. Rzucano tylko ogromne sumy pieniędzy, które dobrotliwa Bruksela przelewa na nasze konta. Realnie jednak dostaliśmy dużo mniej niż te 350 mld zł z poprzedniej perspektywy finansowej. Każdej inwestycji towarzyszył wkład własny, dlatego też bardzo mocno się zadłużyliśmy. Przypomnę, że jak Prawo i Sprawiedliwość oddawało władzę w 2007 r., to polski dług publiczny wynosił około 530 mld zł. Dzisiaj, po 8 latach rządów Platformy i PSL, wynosi około 900 mld, i to po zagarnięciu 150 mld zł. A więc naprawdę jesteśmy zadłużeni na ponad bilion złotych! Pieniądze na wkład własny pożyczaliśmy w bankach, które w zdecydowanej większości są w rękach kapitału zagranicznego. Gdyby skrupulatnie podejść do obliczeń, to okazałoby się, że koszty przyznanych nam 350 mld zł są gigantyczne. Nikt nie mówił Polakom prawdy, że z każdego 1 euro dotacji 80 centów wraca do bogatych krajów jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy i Holandia. Pieniądze te, które nam zostały, wydano w sposób głupi, na niedokończone autostrady, ścieżki rowerowe czy nierentowne baseny. Hitem stał się program Kapitał Ludzki, który pochłonął prawie 49 mld zł, a właściwie nic nam nie dał. Bardzo dyskusyjne jest stwierdzenie, że są to pieniądze prorozwojowe, bo w dużej mierze nie można ich wykorzystywać komercyjnie. To jest problem szpitali czy szkół, które nie mogą np. udostępniać swojej infrastruktury komercyjnie. Program przyznawania unijnych dotacji jest tak skonstruowany, żebyśmy nie budowali fabryk, które mogą stanowić konkurencję dla naszych zachodnich sąsiadów (podkr. – JRN) (…) Co bardziej przerażające, większość dużych kontraktów inwestycyjnych przypadła zagranicznym firmom. I tak w wyniku budowy autostrad nie zarabiał polski przedsiębiorca, a głównie niemiecki. Wiele razy media opisywały sytuację polskich podwykonawców, którzy zostawali bez pieniędzy. Unijne dotacje wiążą się przy tym z dużą ilością ograniczeń. Blokują przy tym dofinansowanie państwowe tych branż przemysłu, które są dla nas niezbędne. Tego nie da się odczytywać inaczej niż jako wymuszanie określonej polityki gospodarczej. Przykłady? Pakiet klimatyczny czy pakt fiskalny. Oba dokumenty nałożyły na nas nowe obowiązki i zmusiły do konkretnych wydatków. Od 100 do 200 mld zł będzie nas kosztować realizacja pakietu klimatycznego. Nasz bilans unijny nie jest lukrowany, jak to do tej pory było przedstawiane” (por. „Nasz Dziennik”  z 16 marca 2016).

Na oszustwa unijnych urzędników w związku z dotacjami zwracano uwagę również w innych krajach. Prezydent Czech Vaclav Klaus pisał w tekście: „Narody Europy muszą zrzucić gorset Brukseli”: Często jednak piewcy wspaniałości UE zapominają dodać, że do budżetu tej instytucji wpłacamy wiele miliardów i, żeby je odzyskać w formie dotacji, musimy się jeszcze zadłużyć na kolejne miliardy”. Klaus zwracał uwagę, że w pewnym momencie straty przewyższały zyski (por. www.kresy.pl › Publicystyka › Opinie 10.05.2012).

Prof. Krzysztof Rybiński: „Niszczymy Polskę… rękami naszych własnych urzędników”

Jeden z czołowych ekonomistów polskich, b. wiceprezes Narodowego Banku Polskiego, dr hab. Krzysztof Rybiński w 2013 r. bardzo ostro skrytykował sposób wydawania środków unijnych w Polsce, pisząc m.in.: „Niestety badania prowadzone przez wielu naukowców pokazują, że mechanizmy wydawania środków unijnych, które zbudowaliśmy w Polsce w znacznej części powodują potężne straty dla gospodarki, jeśli chodzi o zdolność do jej rozwoju w dłuższym okresie. Możemy to pokazać np. na jednym z kluczowych obszarów, który decyduje o wzroście gospodarczym, czyli na innowacyjności (…) Jeżeli porównamy początek perspektywy finansowej, czyli rok 2006 z jej końcem, czyli rokiem 2012, to zobaczymy wyraźnie, że w tym czasie innowacyjność w Polsce dramatycznie spadła. W 2006 roku innowacyjnych było 23 procent firm przemysłowych, teraz ten wskaźnik spadł do 17 procent. W globalnym rankingu innowacyjności Światowego Forum Ekonomicznego, w 2007 roku Polska była na 44 miejscu, obecnie spadła na 63 miejsce. Można więc powiedzieć, że w tym kluczowym dla Polski obszarze, czyli w innowacyjności, mijająca perspektywa finansowa doprowadziła do zniszczenia polskiej innowacyjności. Jeżeli taka jest ocena wpływu środków europejskich na innowacyjność w polskiej gospodarce, i te mechanizmy dystrybucji środków się nie zmieniają, to ja się bardzo martwię o to co się stanie z polską gospodarką w kolejnej perspektywie finansowej. Jeżeli w podobny sposób będziemy te środki rozdzielać, jeszcze bardziej zniszczymy polską innowacyjność (…) Jest to zatem wina polskiego aparatu urzędniczego, który zbudował taką machinę biurokratyczną, która niszczy polską innowacyjność naszymi własnymi rękami. Można powiedzieć, że to, czego nie zrobili hitlerowcy czy komuniści w przeszłości, sami robimy sobie rękami naszych własnych urzędników. To jest strasznie groźne. Niszczymy Polskę (…) Budujemy w Polsce kulturę klientelizmu (podkr. – JRN ) a nie rozwijamy naszej własnej innowacyjności (…)

Tworzymy sobie model, w którym w supermarketach w Polsce, które są przecież francuskie, niemieckie czy inne, będziemy kupować nowoczesne materiały budowlane, wymyślone przez niemieckich inżynierów, przez niemieckie firmy, a ponieważ polscy inżynierowie, których mamy dużo i są porządnie wykształceni, tutaj nie będą mieli szans, będą wyjeżdżać do Niemiec pracować w niemieckich firmach, żeby kreować produkty, na których zarabiać będą Niemcy poprzez ich sprzedaż w polskich supermarketach. Taki model jest chory, ale my taki model rozwijamy w Polsce (…)

(…) Idea solidarności i wspólnej Europy jako taka przeżywa poważny kryzys i w związku z tym przyszłość wspólnej Europy stoi pod coraz większym znakiem zapytania (podkr. – JRN) (cyt. za: „Prof. Rybiński: środki unijne zabijają polską gospodarkę”, rozmowa M. Nykiel z prof. K. Rybińskim www.stefczyk.info/…/prof-rybinski-srodki-unijne-zabijaja-polska-gospo…09.02.2013).

B. Wildstein o antydemokratyczności UE, która stała się „instrumentem nacisku krajów silniejszych”

Znakomity jak zawsze w swej publicystyce, Bronisław Wildstein bardzo ostro skrytykował unijne praktyki działania sprzyjające wyłącznie gospodarkom krajów silniejszych. Pisał: „Unia z zasady jest projektem antydemokratycznym i żaden makijaż tego nie zmieni (podkr. – JRN). Wszystkie przedsięwzięcia, które mają wzmacniać „europejską demokrację” zamiast ją naprawić, maskują wyłącznie jej brak (…) Kryzys dowiódł, że kapitał ma narodowość, nawet wewnątrz Unii (…) Pokazuje to, jakie niebezpieczeństwo niesie redukcja do roli podwykonawców dominujących ekonomicznie partnerów. Konsekwencją tego jest klasyczny system kolonialnego uzależnienia (podkr. – JRN). W wypadku kryzysu, czy choćby dekoniunktury oszczędności będą dokonywane kosztem podwykonawców w krajach biedniejszych. Generalnie zresztą zyski również zasilają korporacyjne centrale. Okazuje się, że i w tej sprawie UE stała się instrumentem nacisku krajów silniejszych (podkr. – JRN ) (…) Ponieważ (…) posady w Unii są zależne od silniejszych- swoją drogą to wręcz groteskowe, że podobno ważne stanowiska w rodzaju przewodniczącego Rady Europejskiej i jej międzynarodowego reprezentanta są obsadzane poza jakimikolwiek formalnymi zasadami – przedstawiciele krajów słabszych, jeśli chcą robić w UE karierę, muszą przede wszystkim zyskać ich sympatię. To znaczy, że w przeciwieństwie do przedstawicieli państw silniejszych przestają reprezentować swoich współobywateli, a zaczynają się stawać klientami dominujących polityków unijnych. Jeśli próbują się zachowywać inaczej, organizowana jest przeciw nim bezpardonowa nagonka na europejską skalę. Doświadczył tego Viktor Orbán już od momentu pierwszego sukcesu wyborczego, podczas gdy jego postkomunistyczni poprzednicy rujnowali i korumpowali Węgry bez jakichkolwiek sprzeciwów ze strony polityków zachodnich. Podobnie wygląda nagonka na rząd PiS w Polsce (…) Unia miała być panaceum na narodowe napięcia w Europie i ograniczyć przewagę regionalnych potęg, zwłaszcza Niemiec, a okazuje się, że doprowadziła do ich dominacji i podporządkowania państw słabszych silniejszym (podkr. – JRN) (por. B. Wildstein: Konieczność odrodzenia Europy, „w Sieci” 18 maja 2015).

Dr hab. Grzegorz Gosse: „To koniec UE, do jakiej wchodziliśmy”

Ze zdecydowaną krytyką obecnego stanu i polityki Unii Europejskiej występował również europeista, związany z PiS-owskim Instytutem Sobieskiego, dr hab. Grzegorz Gosse. M.in. w wywiadzie z września 2015 r. G. Gosse powiedział: „Mam wrażenie, że Unia jest coraz bardziej przygnieciona przez kolejne kryzysy (bo imigranci to jeden z wielu kryzysów). Pod ich wpływem integracja europejska coraz bardziej trzeszczy w szwach (podkr. – JRN). Unia się zmienia, ale nie w taki sposób, żeby lepiej, skuteczniej i bardziej sprawiedliwie rozwiązywać problemy. Zmienia się w sposób coraz mniej korzystny dla krajów najsłabszych i pogrążonych w kłopotach (…) Jeszcze nie mamy końca Unii Europejskiej, ale możemy mówić o końcu UE, do jakiej wchodziliśmy (…) To, w czym się w tej chwili znajdujemy i w czym się znajduje sama Unia, to już zupełnie inny proces integracyjny. Po pierwsze jest on coraz mniej funkcjonalny, bo Unia niezbyt dobrze radzi sobie z rozwiązywaniem kolejnych kłopotów. Po drugie stanowi on (proces integracyjny – JRN) coraz większe ryzyko dla państw najsłabszych, dlatego, że coraz częściej ci, którzy mają pieniądze i władzę starają się rozwiązywać problemy na cudzy koszt. Przesuwając problemy do państw, które mają mniejsze możliwości ich rozwiązywania i które są mniej zasobne gospodarczo” (podkr. – JRN) (por. rozmowa J. Jałowiczora z dr. hab. G. Gosse dla Frondy.pl 16 września 2015).

Red. K. Grzybowska: „Unią Europejską rządzą tchórze…”

Jeden z najbardziej przenikliwych i demaskatorskich zarazem szkiców o UE opublikowała niedawno red. Krystyna Grzybowska, należąca do najlepszych w Polsce znawców problematyki międzynarodowej, przez lata polska korespondentka w RFN. W publikowanym na łamach „w Sieci” z 29 marca 2016 r. tekście: „Nadchodzi czas Polski i upadku jej wrogów” red. Grzybowska pisała: „(…) Unią Europejską rządzą tchórze i zdrajcy ideałów, które przyświecały naszej kulturze od dwóch tysięcy lat. To ludzie przypadkowi, których na odpowiedzialne stanowiska wyniosły pycha, głupota i żądza władzy, czyli cechy charakterystyczne dla lewactwa, które zawładnęło umysłami większości Europejczyków”. Pisząc o „deficycie demokracji” w UE, red. Grzybowska akcentuje, że liczni eurodeputowani zwracają uwagę na „brak przejrzystości funkcjonowaniu struktur unijnych oraz na ograniczanie kompetencji parlamentów krajowych przez przenoszenie ich uprawnień do UE. Unia Europejska potrzebuje reformy swojej działalności, inaczej się rozpadnie (podkr. – JRN). Społeczeństwa UE coraz boleśniej odczuwają ograniczanie narodowej niezawisłości w dziedzinie przeprowadzania niezbędnych reform i samodzielnego wyboru w stosunkach zarówno handlowych i politycznych”. Red. Grzybowska wskazuje wreszcie na konieczność oderwania się od „układów, które gwarantują bezkarność politycznym nieudacznikom, jakich pełno w instytucjach unijnych i w rządach poszczególnych krajów członkowskich”.

Red. P. Gabryel o dyskryminowaniu mniejszych państw przez najbogatsze państwa UE

Warto przypomnieć tu omawiany już wcześniej na mym blogu świetny artykuł wpływowego publicysty, pierwszego zastępcy naczelnego redaktora tygodnika „Do Rzeczy” Piotra Gabryela: „Anty-Unia Europejska” („Do Rzeczy” z 4 kwietnia 2016). Gabryel pisał wręcz, bez ogródek: „Krótko mówiąc: coraz częściej zyski z istnienia UE są przechwytywane przez najbogatsze państwa UE, natomiast koszty funkcjonowania UE coraz brutalniej dzielone między wszystkich członków Unii (podkr. – JRN). Coraz więcej coraz mniej korzystnych rozwiązań jest w UE biedniejszym państwom po prostu narzucanych: kwoty imigrantów, których muszą przyjąć; niższe środki dla obywateli tych państw (i ich dzieci) pracujących w krajach bogatszych, koszty sprostania przez firmy transportowe z państw biedniejszych takim samym standardom płacowym, jakie obowiązują w krajach, przez które przejeżdżają ich kierowcy (…) krok za krokiem UE przeistacza się w Anty-Unię Europejską”.

Piotr Gabryel akcentował: „Pogłębiający się kryzys sprawia, że dyktując politykę UE kanclerz Niemiec, premier Francji i naczelni biurokraci UE przestali dbać choćby o pozory kolegialności i z coraz większą bezceremonialnością podejmują kluczowe dla UE decyzje nawet bez konsultowania ich z innymi krajami Unii. Coraz jawniej też kpią z interesu mniej liczących się państw UE – dość wspomnieć o wymierzonych w bezpieczeństwo krajów Europy Środkowej, w tym Polski, gazociągach Nord Stream 1 i 2, budowanych – bez skrupułów, ręka w rękę z Rosją – przez Niemców i ich akolitów w UE (…) Czy w obliczu tych smutnych zdarzeń wciąż jest myślozbrodnią postawienie pytania o granicę opłacalności przynależności Polski do tej zastępującej UE, Anty-Unii Europejskiej? (podkr. – JRN) (…)”.

Prof. Jan Zielonka z Oxfordu: „UE jest w stadium Breżniewa”

Niedawno z bardzo krytycznymi ocenami na temat przyszłości Unii Europejskiej wystąpił profesor Jan Zielonka z Oxfordu. Mówiąc o sytuacji UE, prof. Zielonka stwierdził: „(…) Powiedziałbym, że (UE – JRN) jest w stadium Breżniewa, jeśli miałbym się odwoływać do analogii sowieckiej. Był za czasów komunizmu zresztą taki kawał. Jechał Stalin, Chruszczow i Breżniew. Pociąg stanął. Stalin rozkazał: „Rozstrzelać maszynistę”. Rozstrzelali biednego maszynistę, ale pociąg nie ruszył. Chruszczow rozkazał: „Zrehabilitować maszynistę”. Zrehabilitowali go, ale pociąg nie ruszył. Breżniew rozkazał: „Zasłonić okna i ogłosić, że pociąg jedzie dalej”. Dokładnie tak jest. Widać to szczególnie po aroganckim zachowaniu europejskich liderów po wyborach do Parlamentu Europejskiego, przy których frekwencja wyborcza była zatrważająco niska. Zachowują się bowiem tak, jak gdyby nic się nie stało (…) Unia Europejska może przerodzić się w swego rodzaju atrapę. Chociaż nikt formalnie jej nie rozwiąże, to będzie coraz bardziej zmarginalizowana (podkr. – JRN) bez wpływu na to, co się dzieje w Europie (por. wywiad M. Chudolińskiego z prof. J. Zielonką: Koniec Unii Europejskiej? „Nieformalne układy biorą górę. Może stać się atrapą bez wpływów”. (por.weekend.gazeta.pl/…/1,152121,18043081).

Ryszard Bugaj apelował o większą powściągliwość w spełnianiu życzeń UE

Ciekawe, że również znany lewicowy ekonomista profesor Ryszard Bugaj apelował 7 listopada 2015 r. do PiS-u: „Chciałbym, abyśmy byli bardziej powściągliwi, jeśli chodzi o życzenia Unii Europejskiej, co oczywiście wymaga ostrożności”. Warto dodać, że prof. Bugaj w przeszłości niejednokrotnie zwracał uwagę na deficyt demokracji w UE przy nasileniu brukselskiej biurokracji (por. m.in. tekst R. Bugaja: „Więcej Unii oznacza mniej demokracji” w „Dzienniku.pl” z 16 maja 2012 i wywiad R. Bugaja: Europa dwóch prędkości może się opłacić, udzielony „Rzeczpospolitej” z 13 października 2014).

M. Marusik: „Unia jest pasożytem”

W lutym tego roku podczas konferencji grupy politycznej Europa Narodów i Wolności prezes KNP i wiceszef Europy Narodów Michał Marusik niezwykle ostro określił aktualną rolę Unii Europejskiej. W swym przemówieniu Marusik powiedział „Unia Europejska jest jak pasożyt. W naturze jest tak, że żaden organizm nie jest zaprojektowany na samobójstwo. Każdy organizm walczy o życie. Do ostatniego tchnienia. Również taki organizm jak Unia Europejska rozrasta się, rozbudowuje i chce żyć. Chce żyć, tak jak chce żyć jemioła na topoli – pasożytuje, nie zdając sobie sprawy z tego, że pasożytuje, i jemioła nie wie, że topola za chwilę padnie i ta jemioła też. Tak jak pchły na psie też chcą żyć, pasożytując na tym psie. Unia również chce żyć, ale to wcale nie znaczy, że my jej na to musimy pozwolić, bo to jest pasożyt” (cyt. za: T. Cukiernik: Unia jest pasożytem, „Najwyższy Czas” 27 lutego 2016).

2) Antynarodowa i antychrześcijańska ideologia dzisiejszej Unii Europejskiej

Na temat szkód wyrządzanych przez obecną lewacką ideologię UE wartościom chrześcijańskich i patriotyzmowi istnieje aż nadto wiele świadectw szokujących swą wymową. Ze względu na długość tego artykułu ograniczę się do jakże ważkich wypowiedzi na ten temat ze strony dwóch czołowych intelektualistów polskich: Bronisława Wildsteina i prof. Ryszarda Legutko.

B. Wildstein: Akceptacja obecnej Unii Europejskiej, to „recepta na upadek cywilizacji europejskiej, jaką znamy”

Szczególnie wnikliwy obraz upadku obecnej Unii Europejskiej znajdujemy w obszernym szkicu Bronisława Wildsteina: Konieczność odrodzenia Europy, („w Sieci” 18 maja 2015). Pisze on wprost, bez ogródek: „Akceptacja w obecnym kształcie UE to recepta na upadek cywilizacji europejskiej, jaką znamy”. Według Wildsteina: „Pod hasłami „wzmocnienia ochrony praw człowieka i swobód obywatelskich”, co zostało zapisane już w Maastricht, konstruuje się nową ideologię, która ma całościowo przekształcić cywilizację europejską. „Wzmocnienie” owych praw faktycznie prowadzi do podważenia ich fundamentu. Kolejne generacje nowych uprawnień tworzą przywileje dla kreowanych bez końca „mniejszości”, które odbierają większości możliwość kształtowania zbiorowego życia zgodnie ze swoimi przekonaniami oraz tradycjami i uderzają w ich podstawowe instytucje. W ten sposób jest podważana spoistość narodu i pogłębiane są drążące go konflikty (…) Pod hasłem „praw reprodukcyjnych” ukrywa się aborcja na życzenie. Prawa dla homoseksualistów oznaczają destrukcję małżeństwa (…) „Wzmacnianie” praw imigrantów i mniejszości etnicznych grozi tożsamości państw. „Neutralność światopoglądowa i religijna” staje się wojującym ateizmem czy raczej antychrześcijaństwem, redukuje prawa chrześcijan i niszczy fundament europejskiej cywilizacji” (podkr. – JRN) (por. B. Wildstein: Konieczność odrodzenia Europy”, „w Sieci” 18 maja 2015).

Prof. R. Legutko: „Ideologia unijna to barbarzyństwo”

Jeden z czołowych współczesnych intelektualistów polskich, europoseł prof. Ryszard Legutko stwierdził w „Do Rzeczy” z 17 lutego 2016: „Z punktu widzenia kultury europejskiej, która trwa od ponad 2,5 tys. lat i która jest wyznaczana przez dziedzictwo chrześcijańskie oraz antyczne, ta dzisiejsza ideologia unijna może być postrzegana jako barbarzyństwo”. Powodami tego są – według Legutki – kiepska i zideologizowana edukacja obecnych eurokratów. Jak akcentował Legutko: „Jedyna epoka, na którą się powołują, to oświecenie, czyli czasy dużego myślowego zdogmatyzowania, gdzie nawet największy głupek uważał się za oświeconego, jeśli tylko krytykował chrześcijaństwo i walczył z dorobkiem przeszłości”. Prof. Legutko stwierdził również, że w odróżnieniu od katolickich polityków – założycieli UE „jej obecni liderzy odwołują się do lewackiej rewolucji seksualnej 1968 roku” (za: http://kontrrewolucja.net/wiadomosci/prof-legutko-ideologia-unijna-barbarzynstw).

Przeważająca część społeczeństwa nie ma pojęcia o powyższych krytycznych publikacjach o UE, bo na ogół ukazywały się one poza głównymi mainstreamowymi mediami. Stąd utrzymujące się u tak wielu Polaków poczucie błogostanu Unii. Czołowi rządzący politycy, w tym szefowie resortów gospodarczych rządu Pani Szydło, na pewno wiedzą o tych publikacjach, lecz dziwnie jakoś nie wyciągają z nich wniosków i nie zabierają głosu na podobne drażliwe, czy niewygodne dla nich tematy. Wyjątkiem są liczne wystąpienia prezesa PiS-u Jarosława Kaczyńskiego o eksploatowaniu Polaków, o czym szerzej napiszę w następnym odcinku.

Dobrze byłoby, żeby czołowi politycy PiS-u, w tym przede wszystkim ministrowie z resortów gospodarczych, poszli śladem premier B. Szydło i zaczęli konkretnie mówić o tym, jak bardzo za naciskami luminarzy Unii Europejskiej na Polskę tkwią „pieniądze”, czyli chęć ratowania tak im miłego procederu ogrywania i eksploatowania Polski. Otwarta mowa na ten temat bardzo pomogłaby w uświadomieniu większości narodu na temat całej prawdy o naszych stosunkach z UE. Obaliłoby to wciąż pokutujący mit o dobrej cioci z Brukseli i krnąbrnych Polakach z PiS-u, tak chętnie rozgrywany dziś przez antynarodową opozycję.

Czas na przeprowadzenie dokładnego rządowego bilansu dziesięciolecia Polski w Unii Europejskiej

Jakie wnioski nasuwają się z przedstawionych powyżej ocen, które wyszły spod piór wybitnych postaci polskiego życia publicznego? Najważniejszym wnioskiem jest chyba to, że istnieje ogromna potrzeba jak najszybszego podjęcia przez rząd PiS-u prac nad przeprowadzeniem gruntownego, nie kłamanego, bilansu dziesięciu lat obecności Polski w UE, pełnego obrazu zysków i strat. Powinno się także sięgnąć wstecz do okresu od 1989 r. do 2004 r., gdy UE całkowicie złamała wobec Polski swoje zobowiązania w sprawie tempa otwierania rynków, prowadząc do asymetrii w stosunkach gospodarczych kosztem Polski. Przypomnijmy choćby to, co akcentował wiceminister rolnictwa Jerzy Plewa – to, iż w latach 1990-1999 eksport polskich produktów rolnych do UE wzrósł tylko o jedną piątą, podczas, gdy eksport UE do Polski zwiększył się o ok. 600% (por. J. R. Nowak: „Polska a Unia Europejska. 44 pytania, Warszawa 2003, s. 11). Na próżno już w 1993 r. ostrzegał nas jeden z najsłynniejszych myślicieli świata profesor Karl Popper, stwierdzając: „W dziedzinie rolnictwa możecie być potentatem w skali kontynentu. Jak na Europę jesteście przecież sporym rynkiem. I wszystko jest w porządku, dopóki jesteście rynkiem zbytu, wtedy was bardzo chwalą. Gorzej jest, gdy chcecie grać rolę rynku wytwórców. W tym wypadku ustawia się przed wami bariery”. Wywiad z prof. C. Popperem ukazał się we „Wprost” z 8 sierpnia 1993 r. pod jakże wymownym tytułem: „Kłopoty z bękartem. Na rozkaz brukselskich biurokratów dusicie się własnymi rękoma”. (podkr. – JRN). Jakże przydałoby się jak najszybsze zwołanie – w odpowiedzi na rezolucję UE atakującą Polskę – nadzwyczajnej sesji Sejmu, poświęconej rzeczowej analizie wielu lat naszej „współpracy” z UE. Obawiam się, że jednak do tego nie dojdzie, bo jak komentował świeżo Max Kolonko w dniu 18 kwietnia 2016 r.: „Nasza polityka zagraniczna jest defensywna, a nie asertywna” (podkr. – JRN). Taka debata wymownie pokazałaby, że stosunki gospodarcze Polski z Unią, to faktycznie gra z szulerem!

PS. Znów uraczyłem czytelników dość długim tekstem. Musiałem jednak to zrobić, by zebrać w jednej całości zbyt dużą ilość opinii o UE, świadomie przemilczanych lub słabo nagłośnionych, w tzw. mainstreamowych mediach.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/04/wybitni-naukowcy-i-publicysci-krytykuja.html

Prywatny proces w sprawie wszystkich Polaków

adamzyzmanAdam Zyzman

Po blisko rocznej przerwie, 12 kwietnia 2016 roku, wznowiono w Krakowie proces Karola Tendery, byłego więźnia Auschwitz i Birkenau, przeciwko niemieckiej telewizji publicznej ZDF za użycie w zapowiedzi programu, sformułowania o „polskich obozach koncentracyjnych”. A ponieważ proces nie został jeszcze zakończony (ogłoszenie wyroku przewidziano na 25 kwietnia tego roku), można współczuć sędzi Justynie Sieklickiej-Pawlak, która będzie musiała rozstrzygnąć nie tylko prosty dylemat czy prawo zostało złamane, czy nie, ale jaką doktrynę prawną tu zastosować. – Czy jest to proces starego człowieka, który widząc bezradność i nieskuteczność swojego państwa postanowił wystąpić z indywidualnym procesem przeciwko jednej instytucji niemieckiej, ale tak prawdę mówiąc przeciwko wszystkim Niemcom, którzy przyjęli koncepcję tworzenia nowej historiozofii o okresie II wojny światowej, w której starają się wybielić kosztem Polaków, czy też jest to pojedynczy akt protestu indywidualnie skrzywdzonego w czasie II wojny światowej, przeciwko instytucji, która nieopatrznie użyła sformułowania, które naruszyło jego poczucie sprawiedliwości i godności osobistej? – Tak rozbieżnie bowiem starali się przedstawić sądowi tę sprawę pełnomocnicy obu stron, czyli mec. Szymona Topę, z kancelarii Lecha Obary, który jako jedyny podejmuje się takich spraw w polskich sądach i adwokaci z kancelarii NRG LEGAL, reprezentujący publiczną telewizję niemiecką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA- Powtarzanie takich zwrotów bezcześci moją godność i honor Polaka – twierdził przed sądem pan Karol, ofiara niemieckich oprawców, podkreślając, że do obozu trafił głownie dlatego, że był Polakiem, a wszyscy jego prześladowcy byli Niemcami. – To po wojnie byli funkcjonariusze SS pod przywództwem Reinharda Gehlena, wymyślili i rozpowszechnili pojęcie „polskie obozy”, którego obecnie używają także obywatele innych krajów, jak prezydent USA Barak Obama, czy szef amerykańskiego FBI, który nawet upomniany, uznał, że nie będzie przepraszał Polaków, bo on nadal jest przekonany, że jego wiedza na ten temat jest prawdziwa. Efekt jest taki, że w minionym roku odnotowano 130 (!) przypadków użycia tego sformułowania w różnych mediach i wydawnictwach. A wszystko to w wyniku takich działań instytucji niemieckich, jak właśnie telewizji publicznej ZDF, która z racji swego pochodzenia jest zainteresowana utrwalaniem w przestrzeni publicznej określeń zdejmujących z Niemców odpowiedzialność za tworzenie obozów i  zato, co w nich się działo! Dlatego też w moim pozwie jest także wniosek o sądowe zakazanie używania tego określenia w przyszłości.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA- Strona pozwana zrobiła wszystko, co w jej mocy, by naprawić swój błąd. Zaraz po interwencji polskiej ambasady w ciągu kilku godzin poprawiono wpis na stronie internetowej, przesłano przeprosiny powoda, a sam zapowiadany tym tekstem film nie zawierał treści obrażających Polaków – wyliczał Piotr Niezgódka, jeden z obrońców niemieckiej telewizji, podkreślając, że nawet w przeddzień rozprawy umieszczono przeprosiny powoda na jednej ze stron internetowych telewizji (oczywiście nie na tej, na której ukazał się inkryminowany tekst). Polscy adwokaci działający na zlecenie telewizji niemieckiej starali się przekonać  sąd, że nie można przyjąć, że dany wpis daje obraża indywidualnie każdego byłego więźnia obozów koncentracyjnych, bo wówczas każdy z nich miałby prawo występować do sądu o przeprosiny i zadośćuczynienie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPrzebieg rozprawy nie cieszył się specjalnym zainteresowaniem nawet mediów, do czasu, gdy na Sali rozpraw pojawili się uczestnicy i obserwatorzy innego procesu toczącego się w tym samym czasie w tym samym sądzie, tj. sprawy przeciwko Adamowi Słomce za zbyt energiczne występowanie w obronie godności Polaków, czyli w proteście przeciwko zachowaniu na ziemiach polskich pomników ku chwale „sowieckich wyzwolicieli”. Zaskakujące jest jednak to, że wraz z ta grupa na Sali rozpraw i przed nią pojawili się funkcjonariusze policji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAW tej sytuacji sąd ma do rozstrzygnięcia nie lada dylemat. Bo to nie tylko kwestia powołania się na taki, czy inny paragraf, tą czy inną doktrynę prawną, ale konieczność rozpatrzenia sprawy w kategoriach świadomości historycznej dwóch narodów, ich poczucia winy i godności, skutków społecznych przyzwolenia na oskarżanie narodu polskiego za winy Niemców lub potraktowania takich przypadków na równi z casusem „kłamstwa oświęcimskiego”, który naród żydowski potrafił sobie wywalczyć w międzynarodowej przestrzeni prawnej. Sprawa jest tym bardziej skomplikowana, że strona niemiecka, z właściwą sobie perfidią, wnioskuje nie tylko o oddalenie pozwu, ale także zasądzenie zwrotu kosztów procesu. Czy więc polski sąd nie tylko raz jeszcze poniży byłego więźnia Auschwitz, odrzucając jego wniosek i zniszczy go finansowo każąc mu jednocześnie płacić kilka tysięcy złotych kosztów sądowych, czy też uzna argumentację jego pełnomocnika prawnego, że w sytuacji gdy państwo polskie i jego instytucje od lat są bezradne wobec szkalowania państwa i narodu polskiego, ten jeden obywatel miał prawo i to szczególne prawo, zaskarżyć niemiecką instytucję publiczną i domagać się prawnego zakazu używania terminu „polskie obozy koncentracyjne”?

Reduta Dobrego Imienia wysyła list do 1400 niemieckich dziennikarzy…

Reduta Dobrego Imienia wysyła list do 1400 niemieckich dziennikarzy… (i ponad 200 redakcji mediów) list z informacją o prawdziwej sytuacji w Polsce

Szanowni Państwo,
niedawno w polskich mediach pojawiły się informacje na temat konferencji dla niemieckich dziennikarzy jaka odbyła się w niemieckim MSZ. Tematem konferencji był ponoć instruktaż pisania na temat Polski. W związku z tym wysłaliśmy do 1400 niemieckich dziennikarzy i ponad 200 redakcji niemieckich mediów list z informacją na temat rzeczywistej sytuacji w Polsce. Treść listu przewodniego i informacji na temat rzeczywistej sytuacji w Polsce  (w tłumaczeniu na jęz. polski) zamieszczamy poniżej.
Redakcja

rdilogoZ niepokojem obserwujemy toczące się na arenie międzynarodowej dyskusje dotyczące rzekomego zagrożenia demokracji w Polsce pod rządami Prawa i Sprawiedliwości (PiS), zamachu na Trybunał Konstytucyjny (TK), „zawłaszczania państwa”. Niektóre media upowszechniają opinie o „przyjmowaniu putinowskich standardów w życiu publicznym”. Te pogłoski nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, a przyczyniają się do budowania negatywnego obrazu Polski, o czym wielokrotnie już informowaliśmy międzynarodową opinię publiczną.

Zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich oraz zdecydowane zwycięstwo PiS w wyborach parlamentarnych, a także sukces wyborczy ruchu społecznego Kukiz15, stały się wyrazem oczekiwania Polaków na daleko idące reformy państwa. Utrzymujące się nadal w sondażach wysokie poparcie dla PiS, a nawet jego wzrost, potwierdza, że większość społeczeństwa akceptuje dokonujące się w Polsce zmiany i obdarza rządzących zaufaniem. Poprzednio rządząca partia, Platforma Obywatelska (PO), do dziś nie może pogodzić się z werdyktem wyborców. Przez lata w kraju postępował proces, który można określić jako oligarchizacja państwa. Doprowadził on do sytuacji, w której pod szyldem instytucji demokratycznych i zasad demokracji różne grupy interesów podejmowały istotne dla funkcjonowania kraju decyzje. To właśnie obawa przed utratą przez te grupy uprzywilejowanej pozycji w mediach, gospodarce i administracji państwowej jest obecnie prawdziwą przyczyną antyrządowych protestów w Polsce. Nie mają one nic wspólnego z rzekomym zagrożeniem demokracji. Jest to sztuczne podsycanie emocji, bez wskazywania konstruktywnych rozwiązań.

Działania podejmowane przez aktualne władze, wybrane w demokratycznych, uznanych przez niezależnych obserwatorów wyborach, służą temu, by m.in. sądy i media lepiej odzwierciedlały wolę wyborców. To także przywracanie systemu wartości spójnego z naszą tradycją i tożsamością kulturową. Wolność i demokracja są dla nas wartościami nadrzędnymi.

Zasadnicza dyskusja polityczna toczy się aktualnie wokół Trybunału Konstytucyjnego (TK) – chodzi o kwestie związane z wyborem i zaprzysiężeniem członków TK oraz dokonywane zmiany ustawowe.

Swoisty zamach na niezależność Trybunału dokonał się, gdy w czerwcu 2015 roku, tuż przed końcem kadencji Sejmu, wobec groźby porażki w zbliżających się wyborach parlamentarnych, poprzedni obóz rządowy przygotował i uchwalił ustawę o TK (tzw. ustawa czerwcowa). W tworzeniu „ustawy czerwcowej” aktywny udział brało dwóch sędziów TK, z prezesem TK na czele. Tym samym złamane zostało prawo – Art.178 pt.3 Konstytucji, brzmi: „Sędzia nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów”.

Na mocy tej właśnie ustawy, przegłosowanej w ówczesnym parlamencie głosami posłów PO, PSL i SLD, powołano nowych członków TK jeszcze przed końcem kadencji ich poprzedników (!). Wybór sędziów, którego powinien dokonać dopiero następny parlament, był działaniem niezgodnym z Konstytucją (co potwierdził w niedawnym orzeczeniu sam TK) i stanowił swoisty zamach na mechanizm gwarantujący pluralizm Trybunału, stojący u podstaw jego niezależności.

Sytuacja, jaka powstała na skutek powyższych działań ówczesnych władz RP, postawiła przed prezydentem Andrzejem Dudą i nowym parlamentem wymóg znalezienia rozwiązań mających na celu przywrócenie faktycznej ochrony ładu konstytucyjnego. Polskie władze zwróciły się o opinię w tej sprawie do Komisji Weneckiej jako organu doradczego Rady Europy. W pierwszej połowie marca Komisja przyjęła opinię na temat sytuacji wokół Trybunału Konstytucyjnego w Polsce i wydała stosowne zalecenia. Obóz rządzący aktualnie je realizuje.

Wiceszef Komisji Europejskiej, Frans Timmermans, w czasie swojej wizyty w Polsce, 5 kwietnia br., zwrócił uwagę na fakt, iż dzisiaj wszystkie strony konfliktu podkreślają gotowość do dialogu i poszukiwania rozwiązań. Również Sekretarz Generalny Rady Europy Thorbjoern Jagland w miniony poniedziałek, 4 kwietnia, spotkał się w sprawie TK z prezydentem Andrzejem Dudą, premier Beatą Szydło, marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim, ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym Zbigniewem Ziobrą, wicepremierem i ministrem kultury Piotrem Glińskim oraz szefem MSZ Witoldem Waszczykowskim. W jego ocenie problem TK powinien zostać rozwiązany w polskim parlamencie.

Pytany przez dziennikarzy o rolę opozycji w poszukiwaniu kompromisu i wskazywaną przez większość parlamentarną odpowiedzialność PO, która to partia, mając większość w poprzednim parlamencie, przeforsowała swoich kandydatów na sędziów TK, Jagland powiedział, że odpowiedzialność poprzedniej większości parlamentarnej stwierdził TK w swoim wyroku. Uznał, że wybór dwóch sędziów dokonany przez Sejm poprzedniej kadencji był niekonstytucyjny. Przypomniał, że w opinii Komisji Weneckiej trzech sędziów TK wskazanych przez poprzedni parlament zostało wybranych w sposób prawomocny.

Stosownie do zaleceń Komisji Weneckiej, już w zeszły czwartek, 31 marca, z inicjatywy prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, doszło do spotkania liderów ośmiu partii. Rozpoczął się polityczny dialog. Jednocześnie ruszyły prace zespołu ekspertów powołanych przez marszałka Sejmu. Ma on przeanalizować sytuację wokół TK i opinię Komisji Weneckiej. Jarosław Kaczyński po spotkaniu zapowiedział, że Sejm podejmie prace nad nową ustawą o TK, co stanowi rozwiązanie kompromisowe i przychylenie się do wniosków Komisji Weneckiej.

Osiągnięcie konsensusu wymaga czasu i spokoju. Podsycanie niezdrowych emocji czy wywieranie nacisku w żadnym wypadku temu nie służy. A Polska pokazała już w swojej najnowszej historii, że potrafi osiągać porozumienia ponad podziałami.

„Polska stoi w obliczu wewnętrznych zmagań, ale także zmian w regionie i świecie. Myślę, że wszyscy jesteśmy przekonani, że Polska dojdzie do właściwego rezultatu – myślę o naszych wspólnych wartościach; rządach prawa, szacunku dla demokracji, demokracji przedstawicielskiej” – powiedział w czasie wizyty w Polsce przedstawiciel Kongresu USA David Cicilline, demokrata z Rhode Island.

Trwające 8 lat rządy koalicji Platformy Obywatelskiej (PO) i Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL) można najkrócej podsumować stwierdzeniem, że rządzący traktowali państwo (jego instytucje i zasoby) oraz pieniądze podatników jako swoją prywatną własność. Polityka ośmiu lat ostatniego rządu przyniosła poważne konsekwencje społeczne i ekonomiczne. Przy rosnącym PKB i rosnących średnich dochodach, malał popyt wewnętrzny i wpływy budżetowe z podatku VAT, a rosło zadłużenie gospodarstw domowych i zwiększała się sfera ubóstwa. Obrazu dopełnia fakt, iż rządząca koalicja odrzucała, bez względu na liczbę zebranych podpisów, społeczne wnioski referendalne i społeczne projekty ustaw. Ignorowała wnioski płynące z konsultacji społecznych przy rządowych projektach ustaw. To właśnie było jawne zaprzeczanie zasadom demokracji.

Jako kraj przestrzegający prawa i standardów powszechnie uznawanych w kręgu cywilizacji europejskiej, nie możemy w milczeniu przyjmować informacji nieprawdziwych czy tzw. półprawd, które wprowadzają w błąd międzynarodową opinię i szkodzą dobremu imieniu Polski i Polaków.

Przewidywalność i stabilność naszego kraju ma szczególne znaczenie wobec zagrożeń, z jakimi obecnie zmaga się Unia Europejska. To również niezwykle ważny aspekt w kontekście zbliżających się wydarzeń w Polsce – szczytu NATO i Światowych Dni Młodzieży.

„Polskie” obozy zagłady przed niemieckim sądem (IV)

patrianostraWe czwartek apelacja w głośnym procesie w sprawie użycia zwrotu „polskie obozy zagłady” w niemieckim „Die Welt”.

We czwartek sąd II instancji (SA w Warszawie, gmach SN przy placu Krasińskich, g. 9:00, s I.) zbada apelację Zbigniewa Osewskiego w głośnym procesie cywilnym przeciw wobec wydawcy „Die Welt” za użycie zwrotu „polski obóz”.

Sąd I instancji oddalił pozew, uznając ten zwrot za nieprawdziwy. Pomimo to sąd uznał zwrot za nieodnoszący się wprost do powoda. „Przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie będziemy wnosić o zmianę wyroku sądu okręgowego i uwzględnienie pozwu” twierdzi mec. Szymon Topa z Kancelarii Radców Prawnych i Adwokatów „Lech Obara i Współpracownicy”, członek stowarzyszenia Patria Nostra, którego zadaniem jest poszerzenie spektrum działań interwencyjnych strony polskiej, przede wszystkim o kierowane na szeroką skalę pozwów przeciw nierzetelnym wydawcom.

Pozew dotyczy naruszenia dóbr osobistych Zbigniewa Osewskiego, poprzez opublikowanie dnia 24 listopada 2008 r. w gazecie „Die Welt” artykułu pt. „Asafs Reise um Die Welt” („Podróż Asafa dookoła świata”), w którym użyto sformułowań „polnische Konzentrationslager Majdanek” („polski obóz koncentracyjny Majdanek”). W ocenie wnoszącego pozew artykuł narusza takie dobra osobiste jak: „tożsamość narodowa”, „godność narodowa” czy „poszanowanie prawdy o historii narodu polskiego”,

Co znamienne, pomimo wytoczenia przeciwko Axel Springer pozwu za naruszenie dóbr osobistych sformułowaniem „polskie obozy koncentracyjne”- „Die Welt” nie zaprzestała publikować artykułów sugerujący „polskość” obozów koncentracyjnych. Pojawiły się one po raz drugi w tekście „Die Kinder von Paris” z dnia 12 lutego 2011r., w którym sugerowano, że Żydowskie dzieci wywożono z Paryża do Polskich obozów zagłady, a także po raz trzeci – w tekście z dnia 17 lutego 2013 r., dotyczącym recenzji filmu o buncie w „polskim obozie zagłady” w Sobiborze.

Początkowo Zbigniew Osewski domagał się zasądzenia od niemieckiego wydawnictwa pięciuset tysięcy złotych wraz z ustawowymi odsetkami przeznaczonymi na wskazany cel społeczny, tj. na rzecz Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego im. Marii Konopnickiej w Świnoujściu. Jednakże po pojawieniu się kolejnych artykułów o „polskich obozach zagłady” Pan Osewski postanowił zmienić pierwotne żądanie pozwu i wniesiono o zasądzenie od pozwanej Spółki zadośćuczynienia w kwocie 1 000 000 zł wraz z ustawowymi odsetkami na rzecz Stowarzyszenia na rzecz Osób Niepełnosprawnych w Sejnach. Jednocześnie Pan Zbigniew Osewski domaga się od AxelSpringer AG  opublikowania w dzienniku „Rzeczpospolita” i w „Gazecie Wyborczej” oraz w audycji Wiadomości kanału TVP na własny koszt przeprosin w związku z opublikowaniem artykułów zawierających rażące określenia fałszujące historie a także prawdziwą genezę oraz sprawstwo powstania obozów koncentracyjnych oraz ich role.

W wyniku interwencji Kazimierza Ujazdowskiego do procesu przystąpiła Prokuratura Okręgowa w Warszawie.

W marcu 2015 r. Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił pozew. „Sformułowanie to może i powinno budzić sprzeciw i oburzenie każdej osoby znającej historię, zwłaszcza Polaków” – stwierdziła w uzasadnieniu sędzia SO Eliza Kurkowska.

Według sądu tożsamość i godność narodowa oraz prawo do poszanowania prawdy historycznej mogą być dobrami osobistymi w myśl prawa cywilnego (co kwestionowała strona pozwana). Sędzia dodała zarazem, że nie spełniono tu zasady indywidualizacji naruszenia dóbr osobistych, bo inkryminowany zwrot nie dotyczył bezpośrednio ani powoda, ani jego bliskich. Odnosił się zaś do „nieoznaczonej grupy adresatów”, a w takim przypadku do uznania roszczenia nie wystarczy sama przynależność do danej grupy – uznał sąd.

Sąd nie odrzucił pozwu – jak chciała strona pozwana- bo uznał jurysdykcję polskiego sądu w takiej sprawie. Skoro tekst był dostępny w internecie, to miejscem ewentualnego naruszenia dóbr może być i Polska – uznał SO.

W apelacji strona powodowa wniosła o zmianę wyroku SO i uwzględnienie pozwu. „Kluczową kwestią jest, że skoro sąd uznał, że członkowie rodzin byłych więźniów III Rzeszy mogą się poczuć dotknięci tymi zwrotami, to należy uznać że mają oni roszczenie o naruszenie dóbr osobistych” – twierdzi mec. Topa. Dodał, że „zasady indywidualizacji nie stoją temu naprzeciw, bo to tylko kwestia ustalenia obiektywnych kryteriów, które pozwalają tym osobom mieć uzasadnione poczucie krzywdy”. Podkreślił, że SA jest władny dokonać odpowiedniej wykładni, zgodnie z wnioskami apelacji – co byłoby precedensowe.

Informacje o „polskich Obozach”, mimo oficjalnych protestów i tysięcy not dyplomatycznych, publikowane są na łamach zagranicznych mediów regularnie. Dotychczasowe działania strony polskiej, choć niewątpliwie cenne i potrzebne, nie przynoszą oczekiwanegoskutku

Warto tu podkreślić, że w trzech procesach wytoczonych przez Stowarzyszenie Patria Nostra w imieniu pokrzywdzonych, pomimo oddalenia pozwów w dwóch z nich Stowarzyszenie odniosło pewne sukcesy, czyniąc postęp w kształtowaniu pozytywnego orzecznictwa dla dochodzenia roszczeń odszkodowawczych od niemieckich redakcji.

Mianowicie, przekonało ono polskie sądy o ich kompetencji do rozpatrywania tego rodzaju spraw, pomimo, iż stroną pozwaną są niemieckie podmioty. Wszystkie sądy w Polsce dotychczas rozpatrujące sprawę uznały swoją jurysdykcję i konsekwentnie ją podtrzymują. Ponadto, Sąd Okręgowy w Warszawie w sprawie przeciwko Die Welt, a także Sąd Okręgowy w Olsztynie i Sąd Okręgowy w Białymstoku w sprawie przeciwko wydawcy FOCUS Online, uznały zgodnie z postulatami, że takie wartości jak „tożsamość narodowa” i „godność narodowa” stanowią dobra osobiste w rozumieniu art. 23 k.c. Potwierdziły również stanowisko Stowarzyszenia, że określenia typu „polski obóz zagłady” czy „polski obóz koncentracyjny”, odnoszące się do byłych niemieckich obozów koncentracyjnych i zagłady zlokalizowanych na okupowanych w okresie II Wojny Światowej terenach Polski, nie są prawdziwe, fałszują historię Polski i mogą w efekcie budzić słuszne oburzenie, w szczególności u byłych więźniów tych obozów i ich rodzin.

Co istotne, Sąd Apelacyjny w Białymstoku w wyroku z dnia 30 września 2015r. (I ACa 403/15), od którego wniesiono skargę kasacyjną do SN, stwierdził, iż użycie nieprawdziwego określenia o „polskich obozach” może naruszać dobra osobiste więźniów obozów zagłady (lub ich bliskich) w razie łączności ich z Narodem Polskim (wystąpienie tej przesłanki wymagałoby wykazania) w postaci prawdy o historii Narodu Polskiego. Jednakże wprowadza zastrzeżenie, że chodzi tu jedynie o więźniów tych obozów, o których akurat jest mowa w danej publikacji zawierającej takie określenie. Wtedy, zdaniem Sądu Apelacyjnego w Białymstoku, wystąpiłby, pozwalający zastosować przepis art. 24 k.c., łącznik indywidualizujący w postaci bycia więźniem niemieckiego obozu zagłady, poczucia przynależności do Narodu Polskiego i obrazy dumy narodowej przez wskazanie, że obóz, w którym ta osoba przebywała był polskim obozem zagłady, w domyśle zorganizowanym przez Naród Polski.

To stanowisko Sądu Apelacyjnego w Białymstoku jest o tyle znaczące, że w sprawie Pana Karola Tendery (byłego więźnia obozu w Auschwitz), przeciwko niemieckiej telewizji ZDF, zawisłej przed krakowskim sądem właśnie z taką sytuacja mamy do czynienia. Przychylenie się zatem przez Sąd Okręgowy w Krakowie do powyższego stanowiska Sądu Apelacyjnego w Białymstoku powiększa szansę uzyskania korzystnego wyroku przeciwko niemieckiej telewizji ZDF. Kolejny termin rozprawy przed Sądem Okręgowym został wyznaczony na dzień 12 kwietnia 2016r.  W drodze zaś skargi kasacyjnej od w/wspomnianego wyroku pragniemy przekonać Sąd Najwyższy, iż krąg osób uprawnionych do dochodzenia roszczeń odszkodowawczych jest szerszy i obejmuje wszystkich byłych więźniów obozów zagłady, niezależnie od tego, o którym w danej publikacji jest mowa.

Lech Obara, radca prawny, prezes Stowarzyszenia Patria Nostra

Wydarzenia dobre i złe (X)

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Miesięcznik WPIS o przekreśleniu niemieckich zamysłów zdominowania Europy

Czytelnikom tego blogu bardzo pragnąłbym polecić wydawany w Krakowie patriotyczno-chrześcijański miesięcznik „WPIS”, związany z renomowanym tamtejszym wydawnictwem „Biały Kruk”, którego prezesem i właścicielem jest dziennikarz Leszek Sosnowski. Do stałych współpracowników tego miesięcznika należą m.in.: znakomity ekonomista Janusz Szewczak, najwybitniejszy dziś polski historyk prof. Andrzej Nowak, b. wiceminister spraw zagranicznych, a obecnie sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP prof. Krzysztof Szczerski, ks prof. Waldemar Chrostowski, światowej sławy fotograf Adam Bujak, publicysta Adam Sosnowski. Jedną z najciekawszych pozycji najnowszego numeru tego miesięcznika jest tekst Adama Sosnowskiego: „Królowa Angela jest naga, a Polska może zostać krupierem Europy. Z konferencji Bezpieczeństwa w Monachium”. Autor, ukazując sprawy skrajnie przemilczane w tzw. mediach głównego nurtu (czyli mediach lemingów i lewicy) pisał m.in.: „(…) Podczas Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium nawet najwierniejszy europejski sojusznik Niemiec, czyli Francja, odszedł od linii niemieckiej w sprawie uchodźców. Jak wiemy, premier Francji Manuel Valls oznajmił, że jest przeciwny tzw. polityce kontyngentów. W swoim wystąpieniu premier Francji jednoznacznie podkreślił stanowisko swojego kraju: „Nasze ograniczone możliwości przyjęcia imigrantów oraz napięcia ostatnich tygodni – zarówno w Niemczech, jak i w innych miejscach Europy – zobowiązują nas do tego, aby powiedzieć sobie jasno: Europa nie może przyjąć wszystkich imigrantów z Syrii, Iraku lub Afryki”. Można odnieść wrażenie, że utrata Francji jako wiernego sojusznika – czy jak kto woli, junior partnera – w tandemie dążącym do władzy nad Unią Europejską boli Niemców najbardziej. Równie bolesna może być jedynie bezsilność, z którą muszą się zmierzyć wobec coraz szerszego frontu antyniemieckiego w Europie” (podkr. – JRN).

Na dowód jak bardzo boli Niemców osłabienie ich europejskiej pozycji w ostatnim czasie red. Sosnowski przytoczył przeprowadzony w dniach monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa wywiad z Klausem von Dohnanyi, socjalistą, byłym sekretarzem stanu w niemieckim ministerstwie spraw zagranicznych i członkiem prestiżowego Deutsche Gesselschaft für Auswärtige Politik (Niemieckie Towarzystwo ds. Polityki Zagranicznej). Jak pisał red. Sosnowski: „Były niemiecki minister odpowiedzialny za politykę zagraniczna mówi zatem wprost, że wszystko było w porządku dopóty, dopóki Niemcy (i Francja) stały ponad resztą Europy”. Według Sosnowskiego Von Dohnanyi skrytykował m.in. Polskę za wyłamywanie się z dyktowanej przez Niemcy „wspólnej polityki europejskiej”. Jak akcentował red. Sosnowski : „Nie będzie skutecznej polityki wobec Niemiec, dopóki ludzie za nią odpowiedzialni nie zrozumieją niemieckiej mentalności i postawy wobec innych narodów. Wypowiedzi Klausa von Dohnanyi idealnie się w ten obraz wpisują. Widzi on Polskę, ale także Ukrainę, państwa Grupy Wyszehradzkiej czy ogólnie wschodnią flankę NATO, jako de facto wasali Niemiec, którzy przed podjęciem własnych akcji politycznych powinni pójść po prośbie do Berlina (…) (podkr. – JRN).

Jako równorzędnych partnerów Niemcy widzą jedynie Francję i Wielką Brytanię (…). W tym scenariuszu nie ma miejsca dla innych, czyli dla Europy „wolnych narodów i równych państw”, co postuluje minister prof. Krzysztof Szczerski jako model nowoczesnej integracji europejskiej. Teraz (…) Francuzi po paryskich atakach mają dość niemieckiej polityki przyjmowania wszystkiego i wszystkich, ta oś się załamała (…) A przecież nie tylko Francja się odwraca. Niemcom powiedziała „nie” także Austria, która przez ostatnie dekady uchodziła za przedłużone ramię niemieckie w sprawach międzynarodowych. O kanclerzu Austrii Wernerze Faymannie (nota bene Faymann jako młody socjalista organizował wiece przeciwko wizytom papieża Jana Pawła II w Wiedniu) Angela Merkel miała powiedzieć kiedyś tak: „Na spotkania Faymann przychodzi bez żadnej opinii, a wychodzi z moją”. Dziś ten sam austriacki kanclerz odwrócił się od swojego większego sąsiada i prowadzi samodzielną politykę migracyjną w kontrze wobec Niemiec (…) Niemcy byli zatem dosyć samotni na konferencji Bezpieczeństwa w Monachium, której sami byli przecież gospodarzami. Nagle mówiono o Grupie Wyszehradzkiej, która przez lata w ogóle nie istniała w szerszej świadomości zachodniej Europy”.

Red. A. Sosnowski pisał również o nowych przebiegłych sposobach, jakich imają się Niemcy, byle tylko utrzymać swą zanikającą dominacje w Unii Europejskiej. Pisał o „narracji niemieckiej o tym, że państwa narodowe są przeżytkiem i nie mają już prawa bytu. Myślenie zatem jest następujące: skoro nie można przeforsować dominacji niemieckiej, należy w ogóle zrezygnować z pojęcia narodowości i ustanowić twór ponadnarodowy; w domyśle zaś oznacza to niepisaną hegemonię państwa niemieckiego. I tak według wielu niemieckich mówców to właśnie egoizm, egotyzm i egomania poszczególnych narodów niszczą Europę. Powinny się one podporządkować Brukseli (w domyśle kontrolowanej przez Niemcy), a najlepiej, gdyby powstało europejskiej superpaństwo”. W tym duchu szczególnie mocno występował – zdaniem red. Sosnowskiego przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz.

Według red. A. Sosnowskiego bardzo mocno agitował na rzecz konieczności stworzenia państwa europejskiego „bez granic i narodów” również Wolfgang Ischinger, gospodarz całej imprezy z ramienia organizatorów Konferencji Bezpieczeństwa, człowiek bliski Angeli Merkel. Jak stwierdzał Ischinger: „Postawa, jakoby moglibyśmy powrócić do starego, dobrego państwa narodowego jest błędna i się nie sprawdzi. Ponowne unarodowienie państw pogorszy sytuację, szczególnie tutaj w Europie (…) Potrzebujemy lepszego globalnego rządu” (…) Powiedziałbym nawet, że potrzebujemy więcej Unii Europejskiej. Koniec, kopka”. Komentując te kategoryczne stwierdzenia Ischingera, red. A. Sosnowsk pisał: „Ot, niemieckie rozumienie dialogu. Koniec, kropka i tupnięcie nogą. Ischinger zdaje się nie zauważać, że cały kryzys imigracyjny zaczął się od tego, iż zawiódł model Europy wymuszony na przykład na krajach wschodnich przez silniejszych „partnerów” z Unii europejskiej (…) To obietnica Angeli Merkel – wypowiedziana przecież nolens volens w imieniu całej wspólnoty - sprowadziła ponad milion muzułmanów do Europy .A pomyślmy tylko przez chwilę, jako eksperyment myślowy, co by się wydarzyło, gdyby we wrześniu zeszłego roku przyjęto polską propozycję. Polska chciała dyskusji na równych prawach wszystkich państw UE. Chciała szukać konsensusu, a nie prężyć muskuły (…) Polska chciała zabezpieczyć granice zewnętrzne UE (…) Polska chciała rejestrować uchodźców w tzw.. hot spotach poza granicami UE, dzięki czemu dzisiaj dokładnie byśmy wiedzieli, kto u nas jest. Teraz zaś wałęsają się po krajach unijnych, zwłaszcza tych najbogatszych, setki tysięcy nigdzie nie zarejestrowanych muzułmanów – uchodźców –sami Niemcy nie mogą się doszukać ok. 130 tys.”.

Zdaniem red. A. Sosnowskiego: „Paradoksalnie ten upór i szowinizm niemiecki może się okazać sporą szansą. Pozostałe kraje Unii – po zamachach, chyba także Francja, a Wielka Brytania z pewnością – mają dość berlińskiego dyktatu. Kraje wschodnie zauważyły, że król – a raczej królowa Angela – jest nagi. Od kiedy kraje zjednoczone na wschód od Odry reprezentują jeden punkt widzenia, Niemcy stały się bezradne. Jeszcze rok temu przy europejskim stole pokerowym to Angela Merkel była krupierem i rozdawała karty. Dzisiaj pozostali gracze już nie chcą brać do ręki tych znaczonych kart i przenieśli się do innego stolika – ale krupier przecież dalej będzie potrzebny. Dlaczego tej roli nie miałaby przejąć Polska? (…) Została de facto reaktywowana Grupa Wyszehradzka (Polska, Czechy, Węgry, Słowacja), a z jej głosem liczą się dziś największe stolice europejskie. A prezydent Chorwacji Kolina Grabar-Kitarovic sama przyznała w rozmowie z „Wpisem”, że Polsce jako zdecydowanie największemu krajowi regionu naturalnie przypada rola lidera. O ile przyjemniejszy – i bardziej akceptowalny- – jest lider mówiący o Europie „wolnych narodów i równych państw, niż taki, dla którego liczą się jedynie dwa-trzy państwa”.

Przedrukowałem tak szerokie fragmenty z tak ważnego tekstu red. A. Sosnowskiego. I ubolewam, że refleksje tego typu zbyt rzadko pojawiają się na łamach wielkonakładowych patriotycznych tygodników: „W sieci”, „Do Rzeczy” czy w „Gazecie Polskiej”. A swoją drogą szkoda, że tak dobrego znawcę naszych stosunków z Niemcami jak redaktor Adam Sosnowski nie powołano do Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie Andrzeju Dudzie – zamiast starego karierowicza Adama Daniela Rotfelda, służalczego wobec Niemiec i Rosji, czy zamiast jednego z najzajadlejszych polskich germanofilów Piotra Burasa z Fundacji Batorego.

Profesor Krzysztof Szczerski o nowej aktywności polskiej w obszarze tzw. Międzymorza

W tymże numerze „WPIS-u” mocno polecam również artykuł prof. Krzysztofa Szczerskiego, dziś odgrywającego w Kancelarii Prezydenta RP najważniejszą rolę w kwestiach polityki zagranicznej. W tekście zatytułowanym „Europa nie potrzebuje hegemonów, lecz współpracy” prof. Szczerski eksponował m.in.: rolę nowej aktywności państwa polskiego w obszarze tzw. Międzymorza, a więc państw między Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym, skąd pochodzi również nazwa tego regionu: „ABC”. Jak pisał prof. Szczerski: „Chodzi o znaczące wzmocnienie współpracy między tymi państwami. Dla nas to bardzo istotne narzędzie budowania osi północno- południowej wewnątrz Europy. Przez wiele lat, także po 1989 r. polityka europejska zdominowana była przez perspektywę osi zachodnio-wschodniej. My jednak naprawdę wierzymy w oś północ-południe, włączając w to również Skandynawię. To nie jest koncepcja geopolityczna, lecz koncepcja o bardzo praktycznym wymiarze regionalnym. Chcemy zintegrować ze sobą państwa od Estonii po Chorwację, od Bułgarii po Polskę. Problemem państw tego regionu jest bowiem to, że. nie są one zintegrowane ani politycznie, ani infrastrukturalnie. Dlatego z prezydentem często żartujemy, że testem współpracy w regionie jest odpowiedź na pytanie, do kogo najpierw zadzwonią liderzy poszczególnych państw tego regionu, gdy będą mieć problem międzynarodowy. Do kogo będą dzwonić politycy z Bratysławy, Budapesztu, Zagrzebia czy Tallina? Do sąsiadów, czy do głównych stolic Zachodu lub Wschodu? Jaki będzie ten wybór? Chcemy zbudować takie relacje, aby najpierw dzwoniono do swoich partnerów w regionie, bo to jest naturalna kolej rzeczy (…)” .

Polski naród liczy ok. 60 mln ludzi

Prof. K. Szczerski przypomniał również o szczególnym znaczeniu pielęgnowania związków z ogromną rzeszą Polaków rozproszonych za granicą. Jak zaakcentował: „Nowo wybrany polski rząd będzie zwracał dużo większą uwagę na interesy i potrzeby Polaków za granicą. Są oni bowiem jednym z największych atutów Polski, polskiej polityki zagranicznej, a także polskiej gospodarki. Jest nas 38 mln Polaków w kraju, a około 20 min za granicą. Łącznie tworzymy zatem naród liczący blisko 60 milionów ludzi (…)” (podkr. – JRN).

„Histeryk” A. Rzepliński donosi na Polskę w Niemczech

Prezes TK Andrzej Rzepliński jest moim głównym kandydatem – obok Ryszarda Petru – do tytułu Szkodnika Nr 1 w RP w ostatnim półroczu. Podobno ma ogromne ambicje polityczne – liczy, że dzięki ciągłym atakom na rząd PiS-u w końcu dochrapie się stanowiska czołowego kandydata lemingów i lewaków na prezydenta w 2020 r. Wtedy dopiero sobie użyje w próżniaczym wykorzystywaniu grosza publicznego. Dotąd jako prezes TK zwiedził tylko 44 kraje. Jako prezydent RP będzie mógł ten rekord co najmniej potroić – do 150 wojaży do krajów egzotycznych – od Emiratów i Bahamy po Trynidad-Tobago i Jamajkę. Będzie tam „studiował” osiągnięcia konstytucyjne równie ochoczo jak w czasie swej niedawnej podróży do Chin Ludowych. Tym usilniej więc wzmaga swą agresywną działalność polityczną. Właśnie .w ostatnich dniach „popisał się” ohydnym donosem na Polskę akurat w niemieckiej gazecie „Süddeutsche Zeitung”. Wypłakiwał się tam na obecne rządy w Polsce, mówiąc m.in.: „Chcą nas oddalić od Europy, ponieważ nie są w stanie jej zrozumieć”. Zarzucił rządowi PiS-u sparaliżowanie prac TK w ostatnim półroczu. Wyraźnie poparł również ewentualny nadzór UE nad Polską, o który tak zabiega nasza opozycja w Brukseli. Tłumaczył: „Ograniczenie suwerenności, to cena, którą Polska zgodziła się zapłacić wstępując do UE” (oba cytaty podaje za tekstami na portalach: niezależna.pl z 24 marca 2016: „Rzepliński wyspowiadał się niemieckim mediom” i w.Polityce.pl z 24 marca 2016: „Suwerenność przeszkadza? Rzepliński w „SZ”: Ograniczenie suwerenności, to cena, którą Polska zgodziła się zapłacić wstępując do UE”).

Rzepiński wykorzystał wywiad dla niemieckiego dziennika również na poskarżenie się na polskie władze, że uniemożliwiły mu urządzenie wielkich jubileuszowych uroczystości z okazji 30-lecia utworzenia Trybunału Konstytucyjnego. Przypomnijmy, że Trybunał ten został utworzony przez gen. W. Jaruzelskiego dla uwiarygodniania jego dyktatury. Planowano ogromnie uroczyste trzydniowe świętowanie za milion złotych, w tym m.in. wystawny bankiet z takimi frykasami jak udziec z jagnięcia i rosół z bażanta. „Złe” PiS-owskie władze udaremniły jednak te zbożne plany, obcinając budżet TK o ok.10 proc. Na marginesie tych uwag o Rzeplińskim warto przypomnieć niedawny komentarz ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro na temat co nieco porąbanej psychiki prezesa TK. Minister Ziobro wyśmiał wypowiedź Rzeplińskiego, iż ktoś może chcieć go zabić i mówił o jego skrajnej skłonności do histerii i niestabilności emocjonalnej.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/03/wydarzenia-dobre-i-ze-x.html

Dramat dzieci zabranych polskiej rodzinie przez Jugendamt. Minister Ziobro deklaruje pomoc

wpolityceplZespół wPolityce.pl / lap / TVP Info / PAP

Były brudne, zaniedbane, doświadczały przemocy – mówi pani Aneta, matka 4-letniej Julki i 7-letniej Viktorii, o sytuacji córek umieszczonych przez hanowerski Jugendamt w rodzinie zastępczej. Rodzice postanowili porwać własne dzieci, a teraz walczą o to, by je zatrzymać. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro na antenie TVP Info zadeklarował pomoc rodzinie.

Pojechaliśmy do Niemiec i wszystko było dobrze, dopóki nie rozpoczęliśmy współpracy z asystentem z Jugendamtu. Doszło do konfliktu pomiędzy nim a mężem. Asystent przychodził do nas w celu integrowania, pomocy. W końcu zaczął ingerować w nasze intymne, prywatne sprawy — opowiada matka.

Zakończenie współpracy z urzędnikiem skończyło się dla rodziców odebraniem córek. Dziewczynki trafiły do niemieckiej rodziny zastępczej, gdzie miały być zaniedbane, a także molestowane seksualnie.

Rodzice dziewczynek, którzy widząc, co się dzieje, zdecydowali się uprowadzić dzieci i przywieźć je do Polski. Złożyli doniesienie w tej sprawie do Prokuratury Rejonowej w Bytomiu. Obawiają się jednak, że urzędnicy Jugendamtu niespodziewanie przyjadą i znów odbiorą im dzieci.

20160212zzMinister sprawiedliwości zapowiedział, że nie będzie obojętny na dramat polskiej rodziny (fot. FreeImages/Adrian Grycuk/CC BY-S.A. 3.0pl).

Ministerstwo wystąpi z wnioskiem wspierającym rodziców do strony niemieckiej o to, by ten niemiecki z kolei wniosek został cofnięty. Będzie to jasne stanowisko poparte wywiadem środowiskowym i innymi informacjami pokazującymi, że te dzieci mają dobrą opiekę na terenie Polski i nie ma potrzeby, żeby niemiecka instytucja taki wniosek podtrzymywała — mówił na antenie TVP Info.

Ziobro dodał też, że powołał zespół, który ma opracować zmiany w polskim prawie dające większą możliwość ingerencji ze strony polskich organów w podobne przypadki, których szczególnie w Niemczech jest bardzo dużo.

Zdaniem ministra złamanie niemieckiego prawa przez Kowalskich, którzy uprowadzili dzieci z rodziny zastępczej – w świetle prawa legalnie się nimi opiekującej, jest co najmniej równoważone przez międzynarodowe konwencje, które stawiają dobro dziecko na pierwszym miejscu.

Dochodzi też jeszcze jedna przesłanka złożona przez rodziców, a poparta przez dzieci, których zeznania zostały uznane za wiarogodne co do tego, że mogło dojść do działań wobec nich o charakterze seksualnych nadużyć – podkreślił Ziobro.

Tekst i ilustracja za: http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/281337-dramat-dzieci-zabranych-polskiej-rodzinie-przez-jugendamt-rodzice-porwali-wlasne-corki-teraz-boja-sie-powrotu-niemieckich-urzednikow-minister-ziobro-deklaruje-pomoc