Tag Archives: Jerzy Robert Nowak

Ludzie z „czerwonych dynastii” odpowiedzialni za najbardziej skandaliczne decyzje reprywatyzacyjne

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Szef stowarzyszenia „Miasto jest nasze” Jan Śpiewak ma największe zasługi za wywleczenie na światło dzienne łajdactw reprywatyzacyjnych. Bardzo pouczający pod każdym względem jest jego najnowszy wywiad pt. „Ten proceder byłby niemożliwy, gdyby nie decyzje sędziów”, udzielony Piotrowi Gozdowskiemu w „SuperExpressie” z 29 sierpnia 2016 r. Jan Śpiewak stwierdza w nim m.in.: „Jestem przekonany, że liczba osób na świeczniku, które są zamieszane w dziką reprywatyzację, jest ogromna i teraz będzie to wychodzić. Przykładem jest choćby rodzina Jakuba Rudnickiego. To urzędnik miejski, który stał za najbardziej skandalicznymi decyzjami zwrotnymi, m.in. tzw. działki mecenasa z placu Defilad czy oddania kamienicy na Kazimierzowskiej 34 samemu sobie. Jego matka jest znanym adwokatem, krewną generała Ciastonia, którego broniła w procesie o zabójstwo Jerzego Popiełuszki, a ojciec to były minister zdrowia w rządzie Marka Belki (podkr. – JRN). Oni również obracają roszczeniami i uwłaszczają się na publicznym majątku”. Jakub Rudnicki był w warszawskim Ratuszu wicedyrektorem Biura Gospodarki Nieruchomościami, zajmującego się zwrotem odebranych po wojnie nieruchomości. Bez litości traktował lokatorów w pozyskanych dla swej rodziny nieruchomościach (por. tekst Iwony Szpak i Małgorzaty Zubik: Jak były dyrektor w ratuszu został właścicielem nieruchomości, „Gazeta Wyborcza” z 25 stycznia 2014).

Jan Śpiewak w swoim wywiadzie mówi również o innych przypadkach osób kompromitujących tzw. elity. Mówi o byłym wiceprezydencie Warszawy Andrzeju Jakubiaku, który wcześniej odpowiadał w warszawskim Ratuszu właśnie za sprawy reprywatyzacji. Teraz jest szefem Komisji Nadzoru Finansowego i zajmuje się m.in. głośnymi sprawami frankowiczów. Dodam tu, że o dość „dziwnej”, łagodnie mówiąc, roli Jakubiaka w całej sprawie pisze w najnowszym numerze ”W Sieci” z 29 sierpnia 2016 r. dziennikarz śledczy Andrzej Rafał Potocki w tekście „Pogrążyć 500+”. Wg A. R. Potockiego: „Jakubiak to były zastępca Hanny Gronkiewicz-Waltz w warszawskim ratuszu. Już tam zasłynął ślepą i bezwzględna realizacją politycznych poleceń (…) Coraz więcej wątpliwości pojawia się również w sprawie warszawskiej reprywatyzacji. O udziale Jakubiaka w tym procesie przypominały już przed laty organizacje lokatorskie ujawniające raporty władz miasta o reprywatyzacji budynków. „Andrzej Jakubiak, który po raz kolejny kłamał na sesji Rady Miasta, twierdząc, że nie ma takiego raportu, teraz mówi w prasie – pisał przed laty Komitet Obrony Praw Lokatorów”. Idąc w ślad za powyższymi tekstami, zapytajmy, dlaczego PiS dotąd nic nie zrobił dla usunięcia tego jegomościa z pełnionej tak wpływowej funkcji, i w ogóle bliższego przyjrzenia się jego interesom?

Jan Śpiewak mówi w cytowanym wywiadzie również o tym, że podobne do warszawskich „dziwne” sprawy przejmowania nieruchomości występowały również w innych miastach. Podaje przykład „reaktywizacji przedwojennych spółek, takich jak Giesche, której „reaktywowany” zarząd żądał w Katowicach zwrotu jednej trzeciej miasta” (podkr. – JRN). No cóż, Rzeczpospolita wciąż płaci za bezkarność wielu swych pazernych urzędników. Przede wszystkim jednak płacą wyrzucani na bruk jak w okresie najdzikszego kapitalizmu lokatorzy. Według Jana Śpiewaka: „W samej tylko Warszawie przez dziką reprywatyzację straciło dach nad głową kilkadziesiąt tysięcy lokatorów” (podkr. – JRN).

Czy p. Waltz jako główna odpowiedzialna za „przekręty” prywatyzacyjne stanie przed sądem i pójdzie do więzienia?

W kontekście tych szokujących faktów nasuwa się sprawa tego, kto jest najbardziej odpowiedzialny za oszustwa i tragedie kilkudziesięciu tysięcy ludzi? Zastępca koordynatora służb specjalnych Maciej Wąsik nie ma żadnych wątpliwości w tej sprawie i wskazuje na niegodną rolę obecnej prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz. W wywiadzie udzielonym Andrzejowi Gajcemu pt. „Mafijny układ w stolicy” („Rzeczpospolita” z 29 sierpnia 2016) Wąsik mówi bez ogródek: „Prezydent Warszawy jest de facto piąta osobą w państwie, a do tego wiceprzewodniczącą Platformy obywatelskiej. Mamy do czynienia ze szczytami władzy. Z pewnością było przyzwolenie Hanny Gronkiewicz-Waltz na rozkręcenie tego ogromnego procederu. A jego skala poraża (podkr. – JRN) (…) Jako radny domagałem się zwołania sesji nadzwyczajnej rady miasta, ale Hanna Gronkiewicz-Waltz robiła, co mogła, aby uniknąć odpowiedzialności (…) Winni muszą zostać ukarani przez wymiar sprawiedliwości, a reprywatyzacja musi być wyjaśniona wraz ze zwrotem kamienicy przy ul. Noakowskiego, którą w ramach reprywatyzacji uzyskała rodzina Hanny Gronkiewicz Waltz (podkr. – JRN). Prawowitym spadkobiercą tej kamienicy jest były żołnierz AK, podpułkownik Wojska Polskiego Stanisław Lakiernik. Ten zasłużony żołnierz, który przeszedł cały szlak bojowy, brał udział w powstaniu warszawskim, walczył w szeregach Kolegium AKedywu, w wyniku warszawskiej „reprywatyzacji” został pozbawiony spadku. To jeden z wielu skandali, jakie kryje afera reprywatyzacyjna”.

Sprawę osobistej odpowiedzialności prezydent H. Gronkiewicz-Waltz podejmuje również zastępca naczelnego redaktora Piotr Skwieciński. W tekście pt. „Przeciąć ten wrzód” („W Sieci” z 29 sierpnia 2016) Skwieciński pisze m.in.: „Warto przypomnieć, że na patologicznej prywatyzacji wzbogaciła się sama pani prezydent. Jej rodzina przejęła, a potem sprzedała pożydowską kamienicę, która dostała się w jej ręce w wyniku powojennych fałszerstw (opisaliśmy tę historię w naszym tygodniku). Gronkiewicz-Waltz zareagowała zapowiedzią pozwu, który do tej pory nie wpłynął). To też tworzy znamienny kontekst całej sytuacji. Trudno zakładać, żeby ów fakt nie miał wpływu na działania i zaniechania pani prezydent w kwestii reprywatyzacji. Ten wrzód trzeba przeciąć”.

Oskarżenia, że rodzina Waltzów zarobiła na kamienicy przejętej w czasie wojny od Żydów przez szmalcowników

Były prezydent Warszawy Paweł Piskorski w rozmowie w TVP Info 30 sierpnia 2016 r. powiedział: „Jeśli potwierdzi się, że chodzi o kamienicę przejętą od Żydów w trakcie okupacji przez rodzinę pani Gronkiewicz, jest to nie do obrony! Wydaje się to horrendalne (…) Wymiar zagraniczny powiedzenia, że prezydent Warszawy, czy jej rodzina jest właścicielem przejętej przez szmalcowników od Żydów nieruchomości w czasie okupacji, to jest potwierdzenie najgorszych możliwych stereotypów. W wymiarze międzynarodowym jest to nie do obrony. Jak można występować o zwrot nieruchomości, co do której prawdziwa rodzina była wyzuta z tego mienia?”

Coraz wyraźniej widać, że oskarżenia wobec Waltzowej mnożą się ze wszystkich stron, można powiedzieć wręcz, że pętla zaciska się wokół niej. I nic tu nie pomaga desperacka, wręcz groteskowa linia obrony Waltzowej, która próbuje wciąż zrzucać winę na innych. Jak komentował Paweł Korsuń „W Sieci” z 29 sierpnia 2016: „Gdyby medale przyznawano oprócz w rzucie młotem również w byciu młotem, drużyna stołecznego Ratusza miałaby szanse na zwycięstwo w klasyfikacji medalowej w Rio”.

Oburzające oszczerstwo antypolskie ze strony czołowego izraelskiego badacza Holocaustu Yehudy Bauera

Z ogromnym oburzeniem przeczytałem najnowszą wypowiedź jednego z czołowych izraelskich badaczy dziejów Holocaustu Yehudy Bauera, doradcy naukowego Yad Vashem o polskiej ustawie karzącej za oszczerstwa: „Nowa ustawa jest bardzo blisko negowania Holocaustu (…) Swoim językiem przypomina prawa tworzone obecnie w Turcji przez prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana. Dzięki niej Polska dołącza do antyliberalnego ruchu, który nabiera prędkości na całym świecie i jest to wielkie rozczarowanie”. Yehuda Bauer nie ma żadnego moralnego prawa oskarżać Polaków z powodu nowej ustawy karzącej za antypolskie oszczerstwa, bo sam ma bardzo ciężką winę w tym względzie, za którą dotąd nie przeprosił Polaków, i za którą powinien być ukarany więzieniem. To przecież on, naukowiec o międzynarodowej sławie, użył w niemieckim (!) tygodniku „Der Spiegel” zwrotu „zagazowanie Żydów w polskim obozie zagłady Chełmno” („Vergassung von Juden in polnischen Vernichtungslager Chełmno”). Trudno uwierzyć, by Y. Bauer, czołowy izraelski badacz dziejów Holocaustu nie wiedział, że w Chełmnie działał niemiecki obóz koncentracyjny. Wypowiedź Bauera o „polskim obozie zagłady” była więc wyraźnym wyrazem jego złej woli i daleko posuniętego wybielania Niemców. Sprawy niebywałych antypolskich oszczerstw żydowskich podejmę dużo szerzej w jednym z najnowszych numerów „Warszawskiej Gazety”.

Plugawy wpis b. esbeka, grożący mi zamordowaniem

Mój tekst na blogu „Jakie są kulisy sporów o telewizję?” wywołał szczególnie duże zainteresowanie czytelników (około 2 tys. wyświetleń). Doszedł do mnie również jednak i anonimowy mail jakiegoś nienawistnika, przypuszczalnie byłego esbeka, grożącego mi wprost śmiercią w słowach: „śmierć tobie, łeb ci uciąć, zabronić żyć i oddychać (…), przysięgam, staniesz kiedyś ze mną twarzą w twarz to sam ci odbiorę twoje (…) zakłamane życie” (usunąłem niezwykle ordynarne przekleństwa, towarzyszące wpisowi). Były esbek przypuszczalnie sądzi, że mnie zastraszy swym łajdackim wpisem. Nie ze mną te numery Bruner! Nigdy nie należałem do osób bojaźliwych, a wpis tego drania świadczy przede wszystkim o tym, że dobrze trafiam ze swymi ocenami na blogu. Poza tym mam już te swoje 76 lat i satysfakcję, że zrobiłem już dostatecznie wiele w moim życiu wbrew łajdakom z tamtej strony. Co nie oznacza, że zmniejszę tempo moich działań, wręcz przeciwnie! Haniebny wpis jest jednak sygnałem, że ciągle pomimo ponad 10 miesięcy od rozpoczęcia Dobrej Zmiany zbyt wiele jest do zrobienia. Jeśli esbecki łajdus pozwala sobie na taki wpis, to oznacza, że powinno się intensywniej niż dotąd walczyć z mafią esbecką, której przedstawiciele dalej jak widać czują się bezkarni. Przypomnijmy, że jak dotąd od 1989 r. Nieznani Sprawcy dokonali przynajmniej około 70 zabójstw na różnych osobach ze względów politycznych, w tym około 20 zabójstw osób w ten czy inny sposób zamieszanych w sprawę smoleńską. Apeluję do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry o zwiększenie środków i osób zajmujących się sprawami wykrycia sprawców wspomnianych zbrodni.

Planuje się już wzorem niektórych krajów zachodnich ogłosić listę groźnych pedofilów. Myślę, że należałoby ogłosić podobną listę byłych esbeków, szczególnie skompromitowanych niegdyś brutalnymi działaniami, wraz z ich adresami. Znajdują się wśród nich przypuszczalnie osoby skłonne do brutalnych działań także i teraz, a więc potencjalnie groźni dla otoczenia. Niech sąsiedzi mają ich na oku! Sprawę łajdackiego wpisu zgłoszę oczywiście na policji. Może uda się trafić na ślady wspomnianego esbeckiego cymbała i zaprowadzić go za kratki, gdzie jest należne mu miejsce.

Czy wreszcie dojdzie do ukarania stalinowskiego zbrodniarza sądowego Stefana Michnika?

Wielu PRL-owskich zbrodniarzy wciąż czeka na rozliczenie. Jednym z najdrastyczniejszych casusów tego typu jest sprawa brata Adama Michnika, zbrodniarza sądowego Stefana Michnika. Ma on na swym koncie wydanie dziewięciu wyroków śmierci na niewinnych ludzi (część została wykonana). Sprawę Michnika przypomniał na łamach „Gazety Polskiej” z 10 sierpnia 2016 świetny badacz najnowszej historii, prezes Fundacji „Łączka” Tadeusz M. Płużański. W artykule pt. „Jego ofiary leżą na łączce” Płużański upomina się o wznowienie postępowania wobec Michnika, akcentując: „Nowy prezes IPN dr Jarosław Szarek nie wykluczył ekstradycji ze Szwecji krwawego stalinowskiego sędziego wojskowego Stefana Michnika (…) Stefana Michnika należy ścigać do końca jego dni ze względu naprawdę historyczną, a przede wszystkim pamięć ofiar. Miejmy nadzieję, że IPN poważnie się w to zaangażuje”. Ważnym faktem przypomnianym przez Płużańskiego, a ciągle za mało znanym jest to, że S. Michnik obok popełnionych zbrodni sądowych miał za sobą lata współpracy ze szczególnie znienawidzona formacją stalinowską – Informacją Wojskową. Został nawet rezydentem w Wydziale Informacji Garnizonu Warszawskiego. Jako rezydent stał na czele autonomicznej sieci własnych informatorów.

Córka Rzeplińskiego, dofinansowywana przez Sorosa

Najciekawszym chyba tekstem „Gazety Polskiej” z 11 sierpnia 2016 r. był artykuł Grzegorza Wierzchołowskiego: „Córka Rzepińskiego z pieniędzmi od Sorosa”. Z artykułu dowiadujemy się, że Róża Rzeplińska, córka prezesa TK stoi na czele Stowarzyszenia 61, hojnie dofinansowywanego przez George’a Sorosa. Tylko w 2014 r. zarobiła na pracy w swoim stowarzyszeniu niemal 50 tysięcy. Kierowane przez nią Stowarzyszenie tylko w 2014 r. dostało 300 tysięcy zł od sorosowskiej Fundacji Batorego. Według Wierzchołowskiego: „Za rządów PO Stowarzyszenie 61 było również wspierane finansowo przez MSZ i Ministerstwo Pracy – i to niemałymi sumami. Na przykład w 2015 r. z programu Funduszu Inicjatyw Obywatelskich resortu pracy stowarzyszenie otrzymało 195 tys. zł., a wcześniej na portal mamprawowiedzieć.pl z tego samego źródła organizacja Rzeplińskiej pozyskała kolejne 292 tys. zł i 200 tys. zł. W 2015 r. jednym z grantodawców Stowarzyszenia 61 (kwota 49 tys.zł) była też spółka MediaCap SA, której prezesem jest Jacek Olechowski –syn założyciela PO i byłego współpracownika PRL-owskiego wywiadu Andrzeja Olechowskiego”.

Wierzchołowski przypomniał, że we władzach Stowarzyszenia 61 działała też córka prezydenta B. Komorowskiego – Zofia. Po nagłośnieniu sprawy w 2015 roku jej nazwisko zniknęło z oficjalnej strony Stowarzyszenia 61.

Kompromitujący wyskok K. Skiby w TVP Info

Parę dni temu doszło do żenującej wypowiedzi Krzysztofa Skiby w programie satyrycznym w TVP Info. Jegomość ten powiedział o wiceministrze sprawiedliwości Patryku Jakim: „Jaki byle jaki”. Wiceminister Jaki pomimo młodego wieku zdążył już okazać znakomite kompetencje i dynamizm działania. Tym bardziej oburzająca jest prymitywna wypowiedź Skiby na jego temat, dowodząca absolutnego braku klasy i utrzymana w stylu przedrzeźniań się głupawych chłopaczków na podwórkach. Telewizja publiczna miała doprowadzić do samooczyszczenia się z ludzi przynoszących jej dyshonor. Tym dziwniejsze, że w ostatnim czasie doszło w niej do zaśmiecenia takimi prymitywami jak Skiba.

Lech Wałęsa, jak zwykle bez klasy

Według „SuperExpressu” z 30 sierpnia 2016 r. Lech Wałęsa przybył na pogrzeb bohaterów: Danuty Siedzikówny „Inki” i Feliksa Selmanowicza „Zagończyka” ubrany w sportowym stroju, „jak na działkę”. „Ubrał się jak dziad” – skwitował dosadnie na Twitterze krakowski duchowny Marek Różycki” (wg tekstu AKA w „SuperExpressie”). Przypomniano, że w pogrzebie Jaruzelskiego Wałęsa uczestniczył w garniturze i pod krawatem.

Terlikowskich pozbyto się z „Frondy”

Tydzień temu pisałem na łamach „Warszawskiej Gazety” w tekście: „Terlikowski „katolik” faryzeusz” o skandalicznych, sprzecznych z postawą dobrego katolika, wybrykach Terlikowskiego, począwszy od ostatniej jego agresywnej napaści prasowej na księdza Jacka Międlara. Do tych spraw szerzej powrócę na blogu. Z tym większą satysfakcją komunikuję czytelnikom mego blogu dobrą wiadomość z 31 sierpnia 2016 r. Wreszcie pozbyto się Terlikowskich z „Frondy”, która jest od pewnego czasu znów kierowana przez swego założyciela, znakomitego publicystę Grzegorza Górnego. Przypomnijmy, że Terlikowski pisywał we „Frondzie” od 2010 r., a pewien czas był nawet szefem „Frondy”, mocno ją kompromitując. Tomasz Terlikowski poinformował na swoim Twitterze, że zakończył współpracę z portalem Fronda. Z medium odeszła także żona publicysty Małgorzata Terlikowska. – „Jeśli znajdziecie tam moje lub Małgosi nowe teksty, to znaczy, że zostały one ukradzione” – napisał Terlikowski na swoim profilu. Jak widać megalomania nadal nie opuszcza Terlikowskiego, jeśli ostrzega, by we „Frondzie” nie kradziono jego tekstów. A któż by chciał się połaszczyć na teksty takiego gamonia? Bardzo się cieszę, że we „Frondzie” poznano się w końcu na prawdziwym obliczu tego jegomościa, który za parawanem udawanej pobożności, prowadził działania podważające Kościół od wewnątrz, agresywnie atakując różnych duchownych, w tym hierarchów i o. Krąpca oraz ludzi świeckich, m.in. jako prożydowski fanatyk „judeochrześcijanin” Terlikowski bezpardonowo atakował S. MichalkiewiczaG. Brauna i autora tego tekstu Warto przypomnieć, że tuż po mojej krytyce Romana Giertycha za jego wywiad dla „Gazety Wyborczej” w 2003 r. Terlikowski zaatakował mnie w niezwykle brutalny, wręcz brudny sposób na łamach pisemka LPR „Racja polska”, a potem w „Nowej Myśli Polskiej”. Dziwnym trafem od tego właśnie oszczerczego ataku zaczęło się wyraźnie nagłaśnianie Terlikowskiego w mediach. Mam nadzieję, że w końcu i sponsorzy „TV Republika” poznają się na tym przebiegłym faryzeuszu, który swoimi działaniami sekciarsko zawęża możliwości dotarcia „TW Republiki” do szerszych kręgów widzów. Radzę tym sponsorom, żeby dobrze się przyjrzeli całej przeszłości prezesa Terlikowskiego w interesie przyszłej dobrej opinii swej niezależnej stacji telewizyjnej.

Mirosław Kokoszkiewicz o „kameleonie” Terlikowskim

Dwie kolejne napaści prasowe Terlikowskiego na księdza Jacka Międlara wywołały bardzo ostrą ripostę jednego z czołowych publicystów „Warszawskiej Gazety” Mirosława Kokoszkiewicza. W „Warszawskiej Gazecie” z 2 września 2016 r. Kokoszkiewicz w tekście zatytułowanym „Kameleon Terlikowski” wypunktował wyjątkową łatwość zmieniania poglądów przez obecnego szefa „TV Republika”. Jak pisał Kokoszkiewicz: „Tomasz Terlikowski wziął się za krytykę oraz pouczanie ks. Jacka Międlara, o czym świadczy jego artykuł „Ks. Międlar na drodze do suspensy” w „Gazecie Polskiej”, w którym porównuje ks. Jacka do ks. Wojciecha Lemańskiego i Marcina Lutra. My porównamy Terlikowskiego do kameleona, który jak wiemy słynie nie tylko ze zdolności do zmiany ubarwienia, ale także z bardzo długiego i lepkiego języka, za pomocą którego poluje”. Swoje uwagi Kokoszkiewicz ilustrował przykładem bardzo radykalnej zmiany poglądów Terlikowskiego wobec o. Tadeusza Rydzyka. Obecnie Terlikowski pisze o o. Rydzyku przychylnie, a np. w 2006 r. zachęcał, by zakon redemptorystów „zrobił z nim porządek”, wysyłając gdzieś daleko od Polski (np. do Wenezueli). Kokoszkiewicz puentuje swój tekst stwierdzeniem: „Jak widzimy Terlikowski zmiennym jest i ostrzegamy, aby jego rad broń Boże nie brać sobie do serca. Redaktorze Terlikowski dobre rady można dawać dopiero wtedy, kiedy przestanie się dawać zły przykład. Śledząc pana publicystyczne wolty trudno zorientować się, jaki jest pana naturalny kolor i w którą stronę jutro, za tydzień lub za miesiąc wystrzeli pan swoim lepkim językiem”.

Warto dodać, że wbrew sugestiom Terlikowskiego twierdzącego, że ksiądz Jacek Międlar podąża drogą M. Lutra doszło do porozumienia między księdzem i jego zakonem. Na mocy tego porozumienia ksiądz Międlar może odprawiać Msze Święte, ale musi zrezygnować z udzielania wywiadów dla prasy.

Unia Europejska jako kontynuacja pomysłów z Trzeciej Rzeszy rodem

„Rzeczpospolita” z 19 sierpnia 2016 r przynosi godny polecenia tekst Pawła Łepkowskiego: „Europa zjednoczona pod swastyką”. Łepkowski pisze m.in.: „Opracowany w 1943 r. niemiecki dokument propagandowy „Podstawowe elementy planu dla nowej Europy” robi wrażenie, jakby został napisany na jednej ze współczesnych sesji Komisji Europejskiej. Utworzenie wspólnoty celnej, zniesienie granic wewnętrznych, wprowadzenie zasad równości społecznej i ujednoliconych warunków pracy, wspólnej polityki ubezpieczeń socjalnych i zdrowotnych czy w końcu najważniejsze: utworzenie europejskiej unii walutowej zarządzanej przez centralny bank Rzeszy – wszystkie te postulaty zostały zrealizowane ponad pół wieku później zgodnie z proroczą wizją Josepha Goebbelsa, który w 1943 r. stwierdził: „Jestem przekonany, że za pięćdziesiąt lat ludzie nie będą już myśleć w kategorii ojczyzn”.

Włosi mają dość wspólnej waluty

Jak wiadomo na swoistej unii walutowej w ramach UE i wprowadzeniu wspólnej waluty – euro skorzystały gospodarczo głównie Niemcy. Liczne inne kraje natomiast zostały uderzone przez skutki działania euro. Najbardziej wyrzekają z tego powodu Włosi,. gdzie już tylko 27 proc. ankietowanych ufa Unii Europejskiej. Warto przeczytać w tym kontekście bardzo interesującą korespondencję z Rzymu pióra Piotra Kowalczyka: Włosi chcą powrotu lira, „Do Rzeczy” 8 sierpnia 2016 r. Według Kowalczyka: „Kruchy włoski system bankowy po histerycznej reakcji giełd na Brexit znalazł się w najgłębszym kryzysie po wojnie, ekonomiści biją na alarm. Włosi już znaleźli winnych: wspólna waluta i Niemcy”.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/09/ludzie-z-czerwonych-dynastii.html

„Szeryf” Ziobro ich załatwi

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Zawsze wyjątkowo mocno ceniłem ministra Zbigniewa Ziobro i dlatego ogromnie cieszę się z tego, że właśnie on daje najlepszy przykład konsekwencji w rozprawianiu się z patologiami tak chorego dotąd wymiaru sprawiedliwości. Przypomnę tu, że przez kilka lat ciągle apelowałem w Radiu Maryja o pogodzenie się z ziobrystami i występowałem na rzecz unikania epitetów we wzajemnych polemikach, aby nie utrudniło to ostatecznego tak niezbędnego dogadania się przedwyborczego. Zdaję sobie sprawę, że moje wypowiedzi w Radiu Maryja na powyższy temat bardzo nie podobały się niektórym egoistycznym PiS-owcom. Choćby takim jak Adam Hofman, który starał się umacniać całą swą karierę głównie przez lizusostwo i agresywne ataki na Ziobro i ziobrystów jako rzekomych „zdrajców” Na szczęście Hofman już nie bryluje w PiS-ie, a Ziobro doskonale spełnia swą rolę jako minister PiS-owskiego rządu. Cieszę się, że jest to coraz bardziej doceniane w mediach. Nader wymowny pod tym względem jest najnowszy tekst w „Warszawskiej Gazecie” z 26 sierpnia „Brawo Ziobro”, sygnowany literkami ipw. Autor tekstu pisze m.in.: „Warto z uznaniem odnotować dwie bardzo ważne inicjatywy ministra Zbigniewa Ziobro. Pierwsza to wprowadzenie nowelizacji do ustawy o IPN, dzięki której za określenie typu: „polskie obozy koncentracyjne będzie groziła kara do trzech lat więzienia. Druga to wznowienie śledztwa w sprawie głośnego zabójstwa Jolanty Brzeskiej - kobiety, która walczyła z dziką reprywatyzacją w Warszawie i stała się jej ofiarą. Jej zwęglone zwłoki odnaleziono w marcu 2011 r. w Lesie Kabackim (…) Działalność mafii reprywatyzacyjnej nie byłaby możliwa bez co najmniej cichego przyzwolenia prezydent Warszawy, której rodzina sama weszła w posiadanie kradzionej kamienicy (podkr. – JRN). Deweloperzy i urzędnicy związani z urzędnikami ratusza, którzy przez lata brali udział w tym złodziejskim procederze, muszą trafić za kratki”. Pełna zgoda z tymi wnioskami. Stawiam tu jednak pytanie: a co powinno spotkać prezydent Warszawy, która po cichu przyzwalała na wszystko?

Uhonorować zamordowaną bojowniczkę o prawa lokatorów

Już w XIX wieku pisano o tym, że Polacy znakomici pod względem odwagi na polu bitwy, zawodzą, jeśli chodzi o odwagę cywilną na co dzień (vide teksty Cypriana Norwida). Dlatego tym mocniej należy docenić osoby walczące dziś w życiu cywilnym o Prawdę i Sprawiedliwość, tym bardziej jeśli zapłaciły za to życiem (casus Jolanty Brzeskiej). W związku z tym szczególnie polecam obszerny tekst Doroty Kowalskiej w najnowszej „Polska the Times” z 26-28 sierpnia 2016: „Jest szansa, że zabójcy Jolanty Brzeskiej zostaną wreszcie ukarani”. Tekst pokazuje zarówno bardzo rozległe działania Jolanty Brzeskiej przeciwko mafii reprywatyzacyjnej w Warszawie jak i metody jakimi próbowano zatuszować sprawę jej zabójstwa, dowodząc, że rzekomo popełniła samobójstwo, sama podpalając się w lesie. Ciesząc się z tego, że minister Ziobro ponownie podjął śledztwo w sprawie przyczyn jej śmierci, zastanawiam się, czy nie przydałoby się większe nagłośnienie sprawy tej cywilnej, nieustraszonej bohaterki. Choćby poprzez przyznanie jej pośmiertnie wysokiego odznaczenia za to, co robiła. Życia to jej nie zwróci, ale przynajmniej szerzej spopularyzuje jej częstokroć samotną walkę.

Koniec państwa komorników, nieuczciwych sędziów i prokuratorów

Za jedno z najważniejszych osiągnięć ministerium Z. Ziobry uważam wydanie zdecydowanej walki dotychczasowym nadużyciom prawa ze strony niestety bardzo licznych bezdusznych komorników. Wyrazem tego jest jeden z ostatnich wyroków skazujący bezwzględnego komornika z Działdowa na 30 miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności. Wojciech Kamiński z „Gazety Polskiej Codziennej” (nr z 4 sierpnia 2016) zatytułował tekst swój na ten temat „Koniec państwa komorników”. Można tylko przyklasnąć temu wyrokowi i prosić o dalsze, jeszcze wyższe wyroki. Choćby na tego komornika-łobuza, który bezkarnie zabrał na koszt rzekomego zadłużenia ciągnik nie tej osobie co trzeba. Musi się skończyć bezkarność komorników, których część od lat zmieniała się w rodzaj bezlitosnego gangu. Inną ważną częścią praktycznych działań Ministerstwa Sprawiedliwości pod „rządami” Ziobry jest uderzenie w jakże częste przejawy nieuczciwości sędziów i prokuratorów. Polecam w tym kontekście lekturę świetnego tekstu dr Leszka Pietrzaka:„Prawo Ziobry” („Warszawska Gazeta” z 12 sierpnia 2016 r. z wymownym podtytułem: „Wreszcie będzie bat na nieuczciwych sędziów i prokuratorów”. Autor akcentuje : „Minister Zbigniew Ziobro rozbija korporacyjna solidarność sędziów i prokuratorów. W ubiegłym tygodniu powstał specjalny wydział zajmujący się przestępcami z wymiaru sprawiedliwości”,

Leon Kieres powinien stanąć przed sądem za przestępstwo

W najnowszym numerze dodatku „Rzeczpospolitej” – Plus-Minus” z 27-28 sierpnia szczególnie polecam szkic Jakuba Kowalskiego o historii IPN-u: „Pancernik płynie nadal”. Jakub Kowalski pisze o prawdziwej bombie, jaka wybuchła za prezesury Leona Kieresa. Była nią sprawa Lecha Wałęsy. Kowalski pisze: „Dokumenty potwierdzające agenturalną przeszłość byłego prezydenta znalazł Janusz Marszalec z gdańskiego IPN, który wolał jednak odstąpić ryzykowne znalezisko Sławomirowi Cenckiewiczowi. Kieres jak tylko mógł zniechęcał historyka do zajęcia się tym tematem. Sam słyszał o ciemnej karcie z przeszłości byłego prezydenta, lecz zdecydował się przyznać mu status pokrzywdzonego. I uczynił to nawet nie w siedzibie IPN, lecz na gościnnym występie u samego Wałęsy, co – jak mówiono-stało się symbolem jego prezesury” (podkr. – JRN). Dość szczególny to był symbol – przypochlebienie się byłemu agentowi SB z równoczesnym złamaniem prawa, z popełnieniem jawnego przestępstwa. Przyjrzyjmy się bliżej tej sprawie, którą już teraz polecam uwadze ministra sprawiedliwości.

W 2005 r., w czasie kiedy w IPN analizowano wniosek Wałęsy, a sprawę statusu pokrzywdzonego uznawano za otwartą, Kieres złożył w Gdańsku zaskakującą publiczną deklarację: „Różni mali ludzie próbują zabłysnąć poprzez bezpodstawne ataki na prezydenta Wałęsę. Ja zawsze będę publicznie potwierdzał swoją wiarę w niego i walczył z tymi haniebnymi praktykami, które niektórzy stosują. Lech Wałęsa otrzyma z IPN status pokrzywdzonego – to moje przekonanie graniczące z pewnością”. Nieco później, zapytany o to, czy byłemu prezydentowi przyznany zostanie status pokrzywdzonego, Kieres wspomniał o przeszkodzie prawnej: „Oczywiście! Powiedziałem to już raz w lipcu. Teraz to podtrzymuję. A jeżeli za Lecha Wałęsę będzie trzeba iść do więzienia, to pójdę (podkr. – JRN). Ja jestem profesorem prawa; pewnie, że boję się prokuratora i więzienia, ale dla mnie jest to kwestia wartości” (cyt. za: Sławomir Cenckiewicz: Jak Wałęsa dostał status pokrzywdzonego, publikacja internetowa z 14 kwietnia 2009).

No, cóż, słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Na Kieresa czeka ciupa. Dobrze wiedział, że przyznał Wałęsie status pokrzywdzonego, łamiąc prawo, bo już w 2005 r. były znane fakty dowodzące, że Wałęsie taki status nie przysługuje. Przypomnijmy, że w 2009 roku szef Biura Edukacji Publicznej IPN dr hab. (dziś profesor) Jan Żaryn w czasie niebywale mocnych nacisków na IPN, wręcz groźby jego rozwiązania, został odwołany z funkcji za publiczną krytykę w TOK FM decyzji Kieresa o przyznaniu statusu poszkodowanego Wałęsie. J. Żaryn powiedział wówczas w TOK FM, iż uważa przyznanie statusu pokrzywdzonego Wałęsie przez rządzony wówczas jeszcze przez Leona Kieresa IPN za „wrzód na ciele Instytutu”. Jak stwierdził Żaryn: „Lech Wałęsa dostał ten status w sytuacji niewyjaśnionej, jeśli chodzi o życiorys. Mieliśmy dylemat, czy należy przeciąć tego typu wrzody, tkwiące w historii instytucji, czy udawać, że tych wrzodów nie ma” (podkr. – JRN).

Odkłamać niektóre nazwy ku czci postaci z dawniejszej historii

Dobrze, że wreszcie, choć z tak wielkim opóźnieniem, zabiera się w Polsce za dekomunizację ulic i pomników. Czy jednak przy okazji nie należałoby się zabrać za odkłamanie pozostałości fałszywych symboli z wcześniejszej historii? Szczególnie oburzają mnie pod tym względem dwie sprawy. Dlaczego w Warszawie toleruje się wciąż nazwę ulicy ku czci generała Józefa Zajączka? Przypomnijmy: generał ten walczył odważnie w obronie Konstytucji 3 Maja, w Powstaniu Kościuszkowskim i w armii Napoleona (stracił nogę przy przeprawie przez Berezynę). Niestety później ten sam człowiek straszliwie się ześwinił. Jako pierwszy namiestnik Królestwa Polskiego w latach 1815-1826 odegrał wyjątkowo nikczemną rolę, odznaczając się ogromną służalczością wobec wielkiego księcia Konstantego i Nowosilcowa. Z całą siłą pomagał im w prześladowaniu polskich patriotów. Włodzimierz Knap pisał o Zajączku w tekście: „Wzloty i upadki generała („Dziennik Polski” z 10 marca 2015): „Ileż wycierpiał gen. Zajączek z powodu nazwiska: „Zajączek herbu Świnka”. A im wyższych dochodził zaszczytów, tym mocniej kpiono, wyśmiewano się z niego, używając w tym celu owej zbitki słownej. Gdy był namiestnikiem, mówiono, że „z zajączka car zrobił królika”. Wyszydzany z tego powodu był zarówno przez elity, jak i tłum. Drwiono z niego na salonach, uniwersytetach, w karczmach, na jarmarkach (…) po Polsce krążył dwuwiersz: „Oto jest sternik nieszczęsnego kraju. Zajączek z ducha, świnka z obyczaju”. Jak długo Warszawa będzie honorować tego nikczemnego sługusa rosyjskich satrapów w nazwie ulicy?

Za inne nieporozumienie uważam to, co się dzieje w Lesznie, gdzie istnieje plac i szkoła Jana Amosa Komensky’ego, a także pomnik ku jego czci. Jak można honorować skrajnie niewdzięcznego zdrajcę Polski tylko dlatego, że kiedyś mieszkał w Lesznie! Wolter był najwybitniejszym intelektualistą europejskim w XVIII wieku, ale równocześnie zajadłym wrogiem i oszczercą Polski, i na szczęście nikt nie myśli o jakimkolwiek honorowaniu go w Polsce. Natomiast takie uhonorowanie Komensky’ego w Lesznie jest dla mnie przykładem ogromnie głupiego masochizmu narodowego. Przecież ten jegomość odpłacił się Polsce czarną niewdzięcznością za parę dziesięcioleci bezpiecznego schronienia w Lesznie (przebywał tam z przerwami od 1628 do 1655 roku). Nie znosząc katolicyzmu i marząc o „protestanckiej krucjacie” popierał z całej siły „potop” szwedzki na Polskę. W panegiryku do Karola Gustawa nazwał Polskę „trupem” (cadaver). Szczególnie mocno zaszkodził Polsce, zachęcając protestanckiego księcia Siedmiogrodu Jerzego II Rakoczego do niszczącego ataku na Polskę. Usilnie namawiał Szwedów i braci czeskich w Lesznie do rozpaczliwej obrony przeciw oddziałom polskim. W efekcie Leszno zdobyto i spalono, a Komensky stracił całe swoje mienie, w tym cenne rękopisy (tym dziwniejsze jest, że w Lesznie upamiętniono pomnikiem faktycznego sprawcę zniszczenia miasta). Sam Komensky musiał uciekać z Polski, bojąc się surowej kary za swą zdradę.

Skrajnie uogólnił swe ostatnie leszneńskie przeżycia, przedstawiając w wydanej w Niemczech broszurze „Lesnae exciidum” Polaków jako „zdrajców, warchołów, wściekłych psów”, którzy rzekomo wykłuwali oczy i wyrywali języki braciom czeskim w Lesznie. Opinia ta poszła w świat i była jednym z najgorszych przejawów XVII-wiecznego antypolonizmu w Europie. Przedstawienie przez Komensky’ego Polaków jako „ciemnych fanatyków” we wspomnianej broszurze było w jaskrawej sprzeczności z tym, co on sam wcześniej pisał o polskiej tolerancji w „Panegirycus Carolo Gustvo”: „Polska nigdy się nie zbroczyła krwią chrześcijańską z powodu różnicy w wierze i nie naśladowała w tej mierze cudzej gorliwości (…) Już od dawna obywatelom swoim rozróżnionym co do religii przykazała wzajemną tolerancję, umocnioną przez zaprzysiężone umowy” (cyt. za: Stanisław Kot: „Rzeczpospolita Polska w literaturze politycznej Zachodu”, Kraków 1919, s.120). Paweł Jasienica w swej prześwietnej „Rzeczpospolitej Obojga Narodów” bardzo ostro skomentował niewdzięczność Komensky’ego wobec Polski, pisząc: „Egocentryzm to ciężka choroba intelektualistów. Jedno przeżycie zabarwia na czarno obraz świata”.

Pobłażanie dla zdrajców w dawnej historii Polski

Z opisywanymi powyżej sprawami wiąże się niestety tradycyjnie już jedna z największych polskich wad narodowych w historii – niespotykane nigdzie indziej w świecie chorobliwe wręcz pobłażanie dla zdrajców. Zaczęło się od wielkodusznego darowania win współsprawcom szwedzkiego „potopu” Hieronimowi Radziejowskiemu, który ściągnął Szwedów na Polskę i księciu Bogusławowi Radziwiłłowi. Wszędzie poza Polską, od Francji i Hiszpanii po Węgry, tego typu niebezpieczni zdrajcy zostaliby odpowiednio potraktowani: powieszeni, wbici na pal, czy ugotowani we wrzątku. A u nas głupio litościwy król Jan Kazimierz z powrotem przywrócił ich do łask królewskich, oddał im majątki, etc. Słynny publicysta Julian Klaczko komentował to po stuleciach z goryczą, stwierdzając, że gdyby przykładnie ukarano wspomnianych zdrajców w czasie „potopu”, byłoby dużo mnie zdrajców w czasie Targowicy. Z kolei Sejm Czteroletni nie potrafił zdobyć się na skazanie na karę śmierci najpodlejszego podłych, głównego polskiego sprawcę pierwszego rozbioru Polski, Adama Ponińskiego. Po wielomiesięcznych debatach sejmowych skazano go zaledwie na banicję. Świeżo skazany natychmiast uczcił ten wyrok wielkim bankietem. W hucznym przyjęciu u zdrajcy i świeżego infamisa nie wstydziło się uczestniczyć ponad czterdzieści osób, wesoło balując przez trzy dni. W kraju z mocnymi zasadami obrony interesów narodowych, typu Anglii i Francji, natychmiast całą czterdziestkę balowników wrzucono by jakże słusznie do lochu. A tymczasem sam Poniński zwiał do Rosji, by dalej spiskować przeciw Polsce pod opieką carycy Katarzyny. W czasie Powstania Kościuszkowskiego doszło do zamieszek wśród warszawskiego ludu, który zniecierpliwiony miesiącami bezskutecznego czekania na procesy zdrajców, sam powiesił kilku z nich na ulicy, w tym dwóch biskupów. Nadmiernie litościwy, aż do absurdu, Tadeusz Kościuszko, kazał natychmiast stracić kilku uczestników zamieszek. Powiedział, że wolałby dwie bitwy przegrać, niż dopuścić do powtórzenia się tego typu zajść. Co więcej, aby na przyszłość zapobiec podobnym wyskokom tłumu, wzmocnił garnizon warszawski kilku tysiącami żołnierzy, poważnie osłabiając swoją armię. Jakże fatalnie zabrakło mu później tych żołnierzy pod Maciejowicami.

Jakże inaczej postępowali Węgrzy w ich historii. Książę siedmiogrodzki, a później król Stefan Batory po rozbiciu wymierzonego przeciw niemu rokoszu kazał natychmiast stracić aż 600 rokoszan. Gdy na Sejmie w Onod za powstania Franciszka II Rakoczego w 1707 roku przedstawiciele jednego z komitatów (województw) wystąpili za przerwaniem dalszych walk z Austriakami i jak najszybszym zawarciem z nimi pokoju natychmiast uznano to za zdradę Węgier i przedstawicieli komitatu rozsiekano na miejscu. Sam przywódca powstania książę Rakoczy, skądinąd głęboko wierzący katolik, w pełni uznał to rozstrzygnięcie, kazał przełamać pieczęć „zdradzieckiego komitatu” i go raz na zawsze zlikwidować. W Polsce natomiast niestety wraz z pobłażaniem dla zdrajców szedł opisywany przez Stanisława Mackiewicza (Cata) „kult poczciwego durnia”, pobłażanie dla przeciętniactwa, a nawet miernoty (vide tak eksponowany po 1989 r. kult nieudacznika Tadeusza Mazowieckiego, a później kult innego nieudacznika Jerzego Buzka).

Pobłażanie po 1989 r. dla PRL-owskich zdrajców i katów Polaków

Niestety po 1989 r. dalej trwał w najlepsze upiorny festiwal pobłażania dla najgorszych zdrajców i katów, począwszy od generałów – sprawców wojny wypowiedzianej Narodowi 13 grudnia 1981 r.: W. Jaruzelskiego i C. Kiszczaka po rozlicznych katów esbeckich i ubeckich. Jakże znamienny był tu przykład stalinowskiego sędziego Mieczysława Widaja, który skazał na śmierć w sfabrykowanych procesach „tylko” ok. 100 polskich patriotów – do jego śmierci kilka lat temu wypłacano mu wielką emeryturę na sumę 9300 zł. Zbrodniarzowi ze Świętochłowic Salomonowi Morelowi, mającemu na sumieniu zakatowanie 1600 niewinnych Polaków i Niemców wysyłano do śmierci do Izraela emeryturę 5500 zł.

Największemu zdrajcy gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu jeszcze w maju 2014 r zgotowano uroczysty państwowy pogrzeb. Co więcej, w warszawskiej Katedrze Polowej Wojska Polskiego, gdzie odbyła się msza święta w intencji zmarłego gen. Wojciecha Jaruzelskiego, uczestniczyli w niej Aleksander Kwaśniewski, Lech Wałęsa i Bronisław Komorowski, trzej byli prezydenci.

Wyrzucić komunistycznych zbrodniarzy z Powązek

Przez 27 lat od 1989 r, w tym ponad osiem miesięcy od dojścia do władzy rządu PiS, nic nie zrobiono dla usunięcia z cmentarza zasłużonych na Powązkach zaśmiecających je grobów największych komunistycznych zbrodniarzy i katów Polaków z arcypodłym sługusem Stalina Bolesławem Bierutem na czele. Obok niego uhonorowani tam są liczni inni komunistyczni zdrajcy, w tym, Julian Marchlewski, który szedł z bolszewicką armią na Warszawę w 1920 r. i współtworzył samozwańczy antypolski rząd komunistyczny w Białymstoku Okazały grób ma również stary agent NKWD generał Walter (Karol Świerczewski), który jako wiceminister obrony podpisywał wyroki śmierci na AK-owców. Wśród zasłużonych spoczywa również inny sowiecki agent, PRL-owski marszałek Michał Rola-Żymierski, wyrzucony przed wojną z wojska za korupcję, a po wojnie jako komunistyczny minister obrony narodowej splamiony podpisywaniem wyroków śmierci na przedwojennych oficerów i AK-owców. Spoczywa tam również wielu innych komunistycznych zbrodniarzy i notabli partyjnych A tuż obok katów leżą zwłoki ich ofiar, m.in. zamordowanego w styczniu 1948 r. „Anody” (Jana Rodowicza).

Są Polacy, którzy już dłużej nie mogą ścierpieć tych praktyk. Dwoje osób spośród nich 49-letnia Monika S. i 26-letni Janusz W. (działacze stowarzyszenia Łączka) namalowali na grobie stalinowskiego zbrodniarza Bieruta czerwoną gwiazdę i napisy „Kat” i „Bandyta”. Natychmiast zostali zatrzymani przez policję. Na szczęście minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zażądał natychmiastowego zwolnienia zatrzymanych. Oświadczył też, że zatrzymanie odbyło się bez wiedzy i udziału prokuratury i było „niezasadne”. Komentujący całą sprawę znany historyk zbrodni komunistycznych Tadeusz Płużański napisał w tekście: „Aresztowani za Bieruta” („Super Express” z 3 sierpnia 2016), iż należy: „Wynieść wszystkich komunistycznych niegodziwców nie tylko z Alei Zasłużonych, ale i całych Powązek Wojskowych. Najlepiej na cmentarz Armii Radzieckiej. Swój do swego. Może być dostojnie, przy dźwiękach Międzynarodówki” (podkr. – JRN). Przeważająca część wypowiedzi popiera usunięcie komunistycznych zbrodniarzy z Powązek. Komentują tak jak b. żołnierz AK i Powstaniec Warszawski Hanna Szczepanowska: „Mordercy profanują nasz cmentarz” („SuperExpress” z 6 sierpnia 2016). Są jednak i skrajni obrońcy zbrodniarzy komunistycznych typu dziennikarzyny z „Gazety Wyborczej” Wojciecha Czuchnowskiego, którzy gorąco protestują przeciw zamiarowi usunięcia komunistycznych katów z Powązek (vide tekst W. Czuchnowskiego: „Dekomunizacja na Powązkach”, „Gazeta Wyborcza” z 4 sierpnia 2016).

Podstawowy wniosek z ostatnich zdarzeń przy grobie Bieruta: nowy rząd i nowy Sejm muszą jak najszybciej przesądzić sprawę usunięcia z Powązek zaśmiecających je grobów zbrodniarzy, tak, aby w dzień Wszystkich Świętych i w Zaduszki można było spokojnie pójść na cmentarz już oczyszczony z kalających go niezasłużonych grobów PRL-owskich katów.

Przy okazji wspomnę, co w podobnej sprawie działo się na Węgrzech. Otóż musiano tam usunąć i gdzieś schować urnę z prochami największego węgierskiego zbrodniarza komunistycznego Mátyása Rákosiego, bo pomimo czuwających w pobliżu strażników ciągle ktoś ukradkiem docierał w nocy do urny i malował na niej bardzo obrzydliwe słowa na temat osławionego „Krwawego Macieja”. W 2007 roku doszło z kolei do skandalicznego wręcz incydentu przy grobie pacyfikatora Powstania Węgierskiego Jánosa Kádára. Nieznani sprawcy wypisali na grobie słowa niebywale obelżywe dla wieloletniego przywódcy węgierskiej partii komunistycznej. Nie zadowolili się tym, lecz profanując zwłoki, ukradli czaszkę i szkielet Kadara. Ani zwłok ani sprawców ich porwania nigdy nie odnaleziono. Oczywiście nikt nie może się godzić z tego typu profanacją grobu. Wspomniany przykład węgierski wskazuje jednak na to, że nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach, choćby na Węgrzech, sprawy komunistycznych pochówków w bardziej eksponowanych miejscach wywołują poważne problemy.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/08/szeryf-ziobro-ich-zaatwi.html

Jakie są kulisy sporów o telewizję?

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Od kilku tygodni toczy się coraz ostrzejszy spór, niepotrzebny i cieszący tylko naszych wrogów, między dwoma obozami rzeczników zmian w TV: tych popierających Jacka Kurskiego i tych, którzy popierają Krzysztofa Czabańskiego. Nie chcę tu wdawać się w istotę tego sporu, bo zamierzam niezadługo wydrukować moje paroczęściowe spojrzenie na problemy telewizji, studium, które od miesięcy przygotowuję. Odgraniczę się tu do kilku skrótowych stwierdzeń. Przede wszystkim uważam, że „źle reformowana” TVP zatraciła przez ostatnie pół roku szansę wsparcia ogólnokrajowej Dobrej Zmiany poprzez stanowcze dzień po dniu rozliczenie się z aferami i innymi patologiami PO, portrety ich najgorszych Sprawców, choćby osławionej Gronkiewicz-Waltz i jej podobnych. A ich szkodliwe działania można było przecież doskonale udokumentować i nagłośnić. Po drugie dalej prowadzono w TVP pod rozdaniem Kurskiego przedziwną politykę personalną, godzącą w interesy tej instytucji i generalnie Prawdy przez duże P. Dość przypomnieć, że w nowej „reformowanej” TVP przyznano bardzo wpływowe stanowisko Dyrektora Agencji Produkcji Telewizyjnej i Filmowej w TVP niejakiemu Wojciechowi Hoflikowi. Przypomnijmy, że tenże Hoflik za czasów PO pełnił m.in. znaczące funkcje Dyrektora Programu I TVP, a później pełnomocnika dyrektora Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, kierując działem Produkcji Filmowej i Rozwoju Projektów Filmowych. Na tych stanowiskach dużo więcej szkodził niż pomagał. To on w 2010 r. odwołał z funkcji wicedyrektor ds. publicystyki TVP1 autorkę programu „Misja Specjalna”, znaną z odwagi w podejmowaniu trudnych spraw dziennikarkę śledczą Anitę Gargas. To on piętrzył największe trudności w realizowaniu znakomitego filmu Jerzego Zalewskiego „Historia Roja”. To on jako pracownik PISF, podpisał się pod negatywną opinią na temat realizacji filmu pt. „Ulmowie – rok sprawiedliwych” w reżyserii Mariusza Pilisa. Dokument opowiadał o tragedii rodziny, która została zamordowana przez Niemców tylko dlatego, że pomagała Żydom. I to Hoflik – jak wiem – ze źródeł bardzo dobrze poinformowanych – był tym, który utrącił wyświetlenie w telewizji publicznej w dniu 10 lipca 2016 r. dawno zapowiadanego świetnego filmu małżeństwa Kujbidów z Kanady, pokazującego wreszcie prawdziwą rolę Niemców w jedwabieńskiej zbrodni. I takiego to jegomościa promował pan prezes Kurski na bardzo wpływowe stanowisko w jego podobno „reformowanej” telewizji. Doprawdy nie rozumiem dlaczego promowanie tak nieciekawej osoby jak Hoflik nie spotkało się z szerszą zdecydowaną reakcją nowych władz kulturalnych.

Dominacja „prawicy laickiej” w TVP, czy obrona bajecznych interesów

Jednych promują, drugich blokują. Nie rozumiem dlaczego „reformowana” TVP blokuje występy tak znakomitego pieśniarza i satyryka patriotycznego Andrzeja Rosiewicza (mówił mi o tych blokowaniach jeszcze dwa tygodnie temu na kiermaszu Wnet). Dlaczego „reformowana” TVP nie chce programów Wojciecha Cejrowskiego, tłumacząc się w głupawy sposób Jego rzekomo podeszłym wiekiem. Urodzony w 1964, a więc 52-letni Wojciech Cejrowski ma więcej energii i wigoru niż wszyscy bonzowie telewizyjni razem wzięci. I jeszcze jedne pytanie, dlaczego w „reformowanym” Radiu dalej utrzymuje się na zesłaniu po północy (programy od 24 w nocy w Trójce) tak znakomitego patriotycznego i antykomunistycznego dziennikarza jak Wojciech Reszczyński. Dodajmy, że zrobiono z nim coś, czego nie zrobiono nawet w czasach rządów SLD – zabrano mu programy w lecie.

Telewizja publiczna ma ciągle za małą oglądalność, a odsuwa się znane osoby, które mogłyby tę oglądalność zwiększyć. Gdzie tu sens i logika? Próbowałem wysondować na ten temat trzech moich przyjaciół, od wielu lat zatrudnionych w mediach elektronicznych: dwóch w TVP, a jednego w Radiu. Pierwszy mój rozmówca na wytłumaczenie blokady Rosiewicza, Cejrowskiego i Reszczyńskiego w mediach podał to, że dominuje w nich swego rodzaju prawica laicka. Nieprzypadkowo dużo mniej rozsądny od swego ojca i mało tolerancyjny Dawid Wildstein (wsławiony pijackim atakiem na narodowca Jerzego Wasiukiewicza) został szefem publicystyki w radiowej Trójce. Nie chodzi tu zresztą tylko o ludzi pochodzenia żydowskiego, a generalnie o fakt, że w TVP i w Radiu nagromadziło się zbyt wiele osób ze skrajnym przeczuleniem na rzekome niebezpieczeństwo fundamentalizmu katolickiego. I dlatego dla nich Rosiewicz podpadł, bo blokowany przez lata gdzie indziej, często występował w Telewizji Trwam i w Radiu Maryja, Reszczyński jest be, bo wykłada na uczelni o. T. Rydzyka w Toruniu, Cejrowski jest za bardzo chrześcijański w swych wypowiedziach. Drugi mój rozmówca tłumaczył blokadę Rosiewicza, Cejrowskiego i Reszczyńskiego po prostu tym, że są nazbyt niezależni w swych poglądach, a takich bonzowie telewizyjni bardzo, ale to bardzo, nie lubą.

Z kolei trzeci mój przyjaciel, mający szczególnie dobry wgląd w mechanizmy funkcjonowania telewizji publicznej, po wielu, wielu latach pracy w niej, i wnikliwych obserwacjach od wewnątrz wystąpił z najbardziej drastycznym i oskarżeniami. W telewizji od lat dominuje przede wszystkim walka o pieniądze, niewyobrażalne wręcz bajeczne pieniądze, a nie o żadne wizje czy misje. I dominujący w tej telewizji luminarze nie chcą mieć na miejscu osób, które mogłyby zbyt mocno – dzięki swej samodzielności – reagować na niesamowicie wiele rzeczy nieuczciwych, wystawianie fikcyjnych faktur na niewyobrażalnie dużą skalę, etc. Dość znamienna była niedawna rozmowa braci Karnowskich z prezesem Jackiem Kurskim: To był cios w TVP („w Sieci” z 8 sierpnia 2016 roku). Kurski zwierzał się w niej, mówiąc m.in. „Zatrudnienie około 300, może nawet 350 osób, nie ma uzasadnienia. Niektórzy biorą pieniądze za nic” (podkr. – JRN). Zapytany, czy nie może ich zwolnić, Kurski odpowiedział: „Nie mogę. Prawo mi pozwala na zwolnienie jedynie 1 proc. zatrudnionych miesięcznie, czyli 28 osób”. Jakaś niesamowita Wielka Niemożność. Pan Kurski zachowuje się jak jakieś nieudaczne słowiańskie Lelum Polelum, które nic nie może. Gdzie my jesteśmy? Dlaczego natychmiast nie można, nie czekając na inne zmiany, zmienić choć część działającego dotąd prawa i natychmiast usunąć na zbity pysk wszystkich 350 próżniaków i darmozjadów?!

Powołać Krzysztofa Skowrońskiego na nowego prezesa TVP

Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że istnieje tylko jedna szansa, żeby przerwać coraz bardziej zaostrzający się spór dwóch opcji: wokół J. Kurskiego i K. Czabańskiego przez powołanie kogoś trzeciego jako rozjemcy. I widzę osobę doskonale się nadającą do tego – Krzysztofa Skowrońskiego, dyrektora Radia Wnet i prezesa SDP. Swym doświadczeniem w mediach elektronicznych Skowroński bije na głowę Kurskiego. Przez trzy lata stał naczelne Trójki, a od siedmiu lat kieruje własnym radiem internetowym Wnet. Właśnie w dzisiejszym „Fakcie” (z 19 sierpnia) ukazał się krótki, ale bardzo ciekawy tekst, sygnowany przez „Radżę”: „Skowroński prezesem TVP?”. Autor tekstu stwierdził, że nazwisko Skowrońskiego „pojawiło się w PiS jako idealne do pogodzenia zwaśnionych stron” i dyskutuje się o nim na Nowogrodzkiej jako kandydacie na nowego prezesa TVP. „Radża” przytacza dowody niezależności K. Skowrońskiego, cytując jego własną wypowiedź z 2012 r., jako dowód, że: ‘”był i jest niezależny”: – Tak jak byłem wtedy, gdy odchodziłem z Radia Zet, nie godząc się na nowy sposób podejścia do programu, jak rezygnowałem z pracy w telewizji publicznej, gdy zmieniano warunki gry w czasie kampanii prezydenckiej w 2000 r., czy jak zdejmowano mój program z ramówki TVP, kiedy rządziło PiS”. Red. Skowroński ma dodatkową jakże ważną zaletę w porównaniu z Kurskim, nie ma brata jako zastępcy Michnika i nie ulega podszeptom Salonu. Przypomnę, że niedawno Kurski firmował usunięcie wspomnianego już bardzo odważnego filmu małżeństwa Kujbidów z Kanady, odsłaniającego jakże niewygodną dla michnikowców prawdę o Jedwabnem. Sam mam jak najlepsze wrażenia z kontaktów z red. Skowrońskim W końcu mnie tak „niepoprawnego politycznie” „wykorzystał” w kilku programach Radia Wnet, nie mówiąc o wydrukowaniu moich tekstów w „Kurierze Wnet”. Tak więc uważam, że kandydatura red. Skowrońskiego jest najlepszą szansą na szybkie wyleczenie TVP z jej patologii, choć może się to okazać niezwykle trudne. Nie wiem, czy dla wyciągnięcia telewizyjnej stajni Augiasza z jej umaczania w przekrętach finansowych, nie przydałoby się powołanie specjalnej Komisji Sejmowej, która by ją wreszcie rozliczyła do końca.

Prezes IPN J. Szarek przeciw antypolskim kłamstwom w sprawie Jedwabnego (1941 r.) i Kielc (1946 r.)

Jednym z kilku największych triumfów środowisk patriotycznych w okresie po utworzeniu rządu PIS jesienią 2015 r. jest niewątpliwie wybór dr. Jarosława Szarka na nowego prezesa IPN-u. W przeciwieństwie do poprzedniego szefa IPN-u Łukasza Kamińskiego popieranemu przez PO i popierającego relatywizm w nauce (dopuścił obecność hochsztaplera i polakożercy J. T. Grossa na jednej z konferencji w IPN-ie!) nowy prezes jest stanowczym przeciwnikiem „pedagogiki wstydu” i masochizmu narodowego. Już w okresie kandydowania na prezesa IPN-u dr Jarosław Szarek wykazał stanowczość w postawie na rzecz odkłamywania antypolskich oskarżeń w sprawie Jedwabnego, tak mocno upowszechnianych przedtem przez pierwszego prezesa IPN-u Leona Kieresa i b. prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego. Zapytywany na przesłuchaniu w Sejmie, przez posła PO Michała Szczerbę o to, kto dokładnie był wykonawcą zbrodni w Jedwabnem – Szarek powiedział, że „wykonawcami tej zbrodni byli Niemcy, którzy wykorzystali w tej machinie własnego terroru – pod przymusem – grupkę Polaków”. – I tutaj odpowiedzialność w pełni za tę zbrodnię pada na niemiecki totalitaryzm. Polskie Państwo Podziemne wszelkie przejawy kolaboracji z Niemcami, szmalcownictwa, karało śmiercią. Nie wykluczył też sprawy powrotu do ekshumacji w Jedwabnem. Przypomniał też, że ta obecność (socjologa Jana Tomasza Grossa) – była „gigantycznym błędem”. – Powiedział: „Nie ma zgody na udział w poważnych konferencjach naukowych takich ludzi jak pan Gross (…). Taka sytuacja nie może się powtórzyć”. Twarde stanowisko prezesa Szarka w sprawie „jedwabieńskiego kłamstwa” ściągnęło nań szereg ataków „Gazety Wyborczej” (por. m.in. tekst pseudoekspertki w sprawie Jedwabnego, starej kłamczuchy z „Wyborczej” Dominiki Wielowiejskiej: „PiS kręci w sprawie Jedwabnego”,”Gazeta Wyborcza” z 16 sierpnia 2016).

Od początku po objęciu prezesury IPN-u dr J. Szarek zdecydowanie krytykował fakt, że: „Po 1989 r. narzucono nam wizję wstydu, braku dokonań” (por. udzielony Piotrowi Zarembie wywiad pt. Chcę debaty o polskiej niepodległości, „W sieci” 8 sierpnia 2016). W wywiadzie udzielonym red. Piotrowi Litce z „Wprost” 21 sierpnia 2016 pt. „Depozyt pamięci”, prezes Szarek wystąpił za odkłamaniem zbrodni kieleckiej z 1946 r. Powiedział m.in.: „Według mnie, wiele wskazuje, że mogła to być prowokacja. Zwracam choćby uwagę na wielogodzinną bezczynność miejscowej bezpieki i wojska, a nawet zaangażowanie w ten mord niektórych mundurowych. Nie można też zapominać o obecności w Kielcach w tamtym czasie pułkownika Szpilewoja – sowieckiego doradcy kieleckiego urzędu bezpieczeństwa” (podkr. – JRN). Ponadto tragiczne wydarzenia w Kielcach, gdzie zginęło 40 osób skutecznie „przykryły” sfałszowane referendum z 30 czerwca 1946 r. Komunistom było to bardzo na rękę”. Na tle tego oświadczenia prezesa J. Szarka kolejny raz wraca postawione w jednym z moich poprzednich tekstów pytanie, kto z podwładnych pani premier Beaty Szydło „wpuścił ją w maliny”? Poprzez przygotowanie dla pani premier z okazji zbrodni kieleckiej listu odgrzewającego stare komunistyczne tezy o antysemickim pogromie w 1946 r. i nie wspominającego ani słowem o komunistycznej prowokacji. Doradzałbym z całego serca pani premier jak najszybsze pozbycie się takiego doradcy – nieudacznika i szkodnika!

Prezes J. Szarek wielokrotnie stanowczo wypowiadał się za jednoznacznym potępieniem ludobójstwa ukraińskiego na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. W wywiadzie udzielonym Wojciechowi Wybranowskiemu pt. „Płacimy za grzech zaniedbania” („Do Rzeczy” 16 sierpnia 2016) powiedział m.in.: „W sprawie ludobójstwa Polaków na kresach historycy mają tu wciąż do spełnienia olbrzymia rolę (…) Uważam, że gdyby Polska wyraźnie postawiła tę kwestię jeszcze na początku lat 90. w stosunkach z władzami ukraińskimi, być może nie mielibyśmy dziś z tym problemu, a sprawa byłaby rozwiązana. Niestety wtedy nie chciano tej sprawy w Polsce podjąć, próbowano zabetonować archiwa, wszystko pod pretekstem „nie rozdrapywania ran” i „budowy dobrych stosunków”. A po latach okazało się, że tej sprawy nie da się zamknąć, wyciszyć. Nie uciekniemy od prawdy historycznej i trudnych tematów. Niestety w sprawie zbrodni na Wołyniu i w Małopolsce popełniliśmy grzech zaniechania (podkr. – JRN) (…) Przyszedłem do IPN, by to zmienić. Chcę, żeby nie było tematów niewygodnych, tematów, których się z takich czy innych względów nie podejmuje”.

Jak dotąd najważniejszym posunięciem personalnym prezesa J. Szarka po objęciu kierownictwa IPN-u było zwolnienie z pracy w tej instytucji najbardziej kłamliwego „naukowca” IPN-u dr. Krzysztofa Persaka. Tenże Persak był najpierw zaufanym współpracownikiem czołowego szkodnika w IPN-ie, jego pierwszego prezesa Leona Kieresa i współautorem (wraz z innym kłamliwym „poprawnym politycznie” historykiem) niezwykle załganego dwutomowego wyboru dokumentów o Jedwabnem. Później Persak był konsultantem naukowym filmu „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego i wsparł swym nazwiskiem ten haniebny polakożerczy gniot. Persak, który jako dyrektor IPN-u był najbliższym współpracownikiem poprzedniego szefa IPN-u Łukasza Kamińskiego, został zwolniony przez prezesa J..Szarka od razu pierwszego dnia po objęciu przezeń oficjalnych obowiązków. Tylko pogratulować tej wprost symbolicznej decyzji rozstania się z notorycznym paranaukowym krętaczem, upowszechniającym „pedagogikę wstydu”! Przypomnijmy, że Persak i jego wspólnik w łgarstwie P, Machcewicz nie zamieścili w wyborze dokumentów o Jedwabnem niezwykle ważnego raportu profesora Andrzeja Koli w sprawie ekshumacji w Jedwabnem. „Gazeta Wyborcza” opłakiwała usunięcie Persaka z IPN-u w tekście Adama Leszczyńskiego: „Szarek wyrzuca Persaka i Jedwabne z IPN” („Gazeta Wyborcza” z 29 lipca 2016).

Wielkie brawa dla nowego prezesa IPN-u i życzenia dalszej tak wielkiej niezłomności w przywracaniu polskiej godności narodowej i prawdy o historii!

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/08/jakie-sa-kulisy-sporow-o-telewizje.html

Kto wpuścił w maliny Panią Premier? (O błędnej ocenie przyczyn zbrodni kieleckiej w 1946 r.)

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

4 lipca 2016 r. na łamach kieleckiego „Echa Dnia” ukazał się interesujący wywiad Tomasza Trepki z dr Ryszardem Śmietanką-Kruszelnickim z kieleckiego IPN. Śmietanka-Kruszelnicki faktycznie potwierdził moje zastrzeżenia z 2008 r. wobec raportu prokuratora K. Falkiewicza, umarzającego śledztwo w sprawie zbrodni kieleckiej. Jak stwierdził dr Śmietanka-Kruszelnicki: „Jeśli potraktujemy „Postanowienie” (o umorzeniu śledztwa – JRN) jako swego rodzaju opracowanie naukowe, to można bez większego problemu krytycznie ocenić część zawartych tam sformułowań. Możemy mieć sporo zastrzeżeń co do „warsztatu badawczego” autora „Postanowienia” i sądzę, że także o tym podyskutujemy w czasie debaty. W śledztwie pominięto, z niezrozumiałych dla mnie względów, niektóre fragmenty ważnych źródeł”.

Dwuznaczna postać prezydenta Kielc Wojciecha Lubawskiego

Warto tu dodać, że skrajny prożydowski i antypolski kłamca Bogdan Białek jest od lat bardzo mocno zaprzyjaźniony z prezydentem Kielc Wojciechem Lubawskim, jest nawet oficjalnie od lat jego doradcą. Prezydent Lubawski co roku uczestniczy w oficjalnych obchodach zbrodni kieleckiej i co roku faryzejsko bije się w piersi za rzekomą zbrodnię kielczan, zbrodnię, która była bezpieczniacką prowokacją, jak wykazał już w 1946 r. w tajnym raporcie kielecki biskup Czesław Kaczmarek i ówczesny ambasador amerykański w Polsce Artur Bliss Lane w wydanej w 1948 r. pamiętnikarskiej książce: „I saw Poland betrayed: An American ambassador reports to the American people” (w 1984 r. wydanej w podziemnym wydawnictwie „Krąg” pt. „Widziałem Polskę zdradzoną”). W 1982 r. gruntowną analizę sprawy zbrodni w Kielcach jako sowieckiej prowokacji, wyreżyserowanej przez majora NKWD M. A. Diomina, przedstawił były oficer Informacji Wojskowej pochodzenia żydowskiego Michał Chęciński w opublikowanej w Nowym Jorku książce „Poland: Communism-Nationalism-Antisemitism”. Dzielny prezydent Kielc pewno nigdy nie czytał tych publikacji, a może nawet nie wie o ich istnieniu. Warto dodać, że na specjalnej konferencji poświęconej sprawom polsko-żydowskim w dniu 9 maja 2016 r. w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach Lubawski siedział w panelu w dość szczególnym otoczeniu: Włodzimierza Cimoszewicza, Ewy Juńczyk-Ziomeckiej i o. dominikanina Tomasza Dostatniego. Było to rzeczywiście dobrane grono. Obok Lubawskiego i b. SLD-owskiego premiera W.Cimoszewicza siedziała b. konsul RP w Nowym Jorku E. Juńczyk-Ziomecka, znana z żydowskiego fanatyzmu i wielce gościnnego przyjmowania J. T. Grossa w swym konsulacie i równoczesnego zamykania drzwi konsulatu przed patriotycznymi historykami. Czwartym uczestnikiem panelu był dominikanin o. Tomasz Dostatni, znany z nagłaśniania Grossa, zajadły wróg Radia Maryja i wielki obrońca b. prezydenta RP Bronisława Komorowskiego.

Sam prezydent W. Lubawski jest postacią bardzo dwuznaczną. Teraz nie wiadomo czemu popierany przez kielecki PiS jeszcze w wyborach 2010 startował z poparciem postkomunistycznej SDPL i konkurując z kandydatem PiS. W czerwcu tego roku doszło do referendum w Kielcach na rzecz usunięcia W. Lubawskiego z funkcji prezydenta Kielc. Komitet Referendalny, złożony głównie z młodych ludzi, tłumaczył w tekście „Odwołajmy Lubawskiego”, iż: po 13 latach rządów Pana Prezydenta Lubawskiego, Kielce są:
- jednym z najsłabiej rozwijających się miast w Polsce,
- miastem w którym według statystyk zarabia się najmniej ze wszystkich miast wojewódzkich,
- miastem z najwyższym odsetkiem osób pracujących na czarno,
- miastem, które w ogóle nie przyciąga inwestorów,
- w końcu miastem, które kiedyś kojarzyło się z piękną zieloną krainą, a dziś jest betonową pustynią.

Co jednak najgorsze – Kielce są miastem, które utraciło nadzieję. Bo nadzieja to młodzi, a oni emigrują! 89% maturzystów twierdzi, że Kielce są miastem bez perspektyw i nie widzą tu swojej przyszłości, a 87%, że pracę załatwia się tu po znajomości. Na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego studiuje coraz mniej studentów. W 2005 roku studiowało ponad 30 tysięcy, a w 2014 już tylko 13 tysięcy. Polecam również szczegółowe wyliczenie „błędów i wypaczeń” Lubawskiego w tekście „13 grzechów głównych” kontra „13 lat sukcesów” prezydenta Kielc Wojciecha Lubawskiego (na portalu „Nasze Kielce”, on, śr., 20/01/2016). Lubawski, bojąc się obalenia go w referendum, usilnie zachęcał mieszkańców Kielc do jego bojkotu. Było to jawnie antyobywatelska i antydemokratyczna taktyka. Niestety taktyka ta, wspierana przez kielecki PiS, przyniosła efekt. Na głosowanie wybrało się dokładnie 27.786 kielczan ze 157.744 uprawnionych do głosowania. Dało to frekwencję 17,61 proc. By referendum było ważne do urn musiało jednak pójść minimum 39.371 osób, czyli blisko 25 proc. uprawnionych. Zdecydowana większość z tych, którzy oddali głos, była za odwołaniem prezydenta Lubawskiego – razem 26.982 osób. Tylko 596 kielczan poszło do lokali wyborczych, by poprzeć Lubawskiego.

Kto wpuścił w maliny Panią Premier?

Za błędne sformułowania listu premier B. Szydło i za jej niewiedzę o jakże szkodliwej roli B. Białka i kierowanego przez niego Stowarzyszenia im. Jana Karskiego, przypuszczalnie odpowiada kielecki PiS. Niestety po śmierci w Smoleńsku tak wybitnego przywódcy PiS w Świętokrzyskim jak Przemysław Gosiewski i po odejściu Beaty Kempy widać wyraźnie, że kielecki PiS nie ma dziś odpowiedniego lidera. Kielecki PiS zbłaźnił się poparciem dla tak fatalnego prezydenta Kielc jak Wojciech Lubawski, wspierając zbojkotowanie referendum w sprawie jego odwołania. Wspierając tegoż prezydenta wspiera z całym dobrodziejstwem inwentarza jego kłamliwego doradcę, antypolskiego oszczercę B. Białka. Przypuszczalnie właśnie to musiało zadecydować o dezinformacji, na temat Białka i generalnie zbrodni kieleckiej, jaką dostarczono pani Premier, nie mającej przecież jako etnografka z zawodu zbyt mocnych kontaktów z historią pierwszych lat powojennych w Polsce. Cała sprawa potwierdza jednak wysuwany przez mnie od miesięcy postulat, by prezes PiS Jarosław Kaczyński przeprowadził gruntowny audyt w PiS. Jak widać przydałoby się, gdyby ten audyt zaczęto od kieleckiego PiS.

Zbuntowany zawadiaka intelektualny Jerzy Kenig

Kielce niestety nie mogą się poszczycić liczniejszą grupą prawicowych humanistów, którzy stawaliby w obronie godności swego miasta, co roku obniżanej przez rocznicowe „występy” (z okazji tzw. „pogromu kieleckiego”) B. Białka i prezydenta W. Lubawskiego. Nie sprzyjał rozwojowi nonkonformistycznej myśli humanistycznej w Kielcach fakt, że główna wyższa uczelnia w Kielcach – Uniwersytet im. Jana Kochanowskiego (dawna WSP) jest od zarania opanowana przez lewaków. W sytuacji, gdy kielecki PiS wyraźnie trzyma z wyrachowanym włodarzem miasta W. Lubawskim, dotąd dosłownie na placach można by wyliczyć zdecydowanych przeciwników kieleckiego establishmentu. Dlatego swoistym przełomem w Kielcach było dojście 3 lipca br. do wielkiego paruset osobowego spotkania dyskusyjnego uderzającego w mistyfikacje o rzekomym pogromie kieleckim. Dumny jestem z tego, że uczestniczyłem w panelu tego spotkania wspólnie z Leszkiem Żebrowskim i Stanisławem Michalkiewiczem. Organizatorami spotkania byli działacze z ONR-u (cała nadzieja w młodych) i świetny działacz patriotyczny Jerzy Kenig. Współorganizator spotkania z 3 lipca 2016 r. Jerzy Koenig jest niezwykle kolorową postacią. Stanowi w jednej osobie nader ciekawe połączenie wolnorynkowca, przedsiębiorcy (prowadzi sklep internetowy Wolna Gospodarka na allegro.pl) z zawadiaką intelektualnym i świetnym erudytą. Mało jest dziś w Polsce osób do tego stopnia rozczytany w prawicowych publikacjach książkowych. Jest przewodniczącym kieleckiego Klubu Gazety Polskiej, a równocześnie wbrew linii niektórych bossów z tej gazety, atakujących przy każdej okazji narodowców, sam opowiada się za współpracą z narodowcami, co więcej nawet kandydował z listy Ruchu Narodowego w eurowyborach. Kenig jest pełnomocnikiem Ruchu Narodowego na województwo świętokrzyskie. Warto przypomnieć, że J. Kenig już w 2006 r. zorganizował w Kielcach pierwsze wielkie spotkanie obalające fałsze o rzekomym pogromie kieleckim z nonkonformistycznym prelegentem pisarzem i reportażystą Krzysztofem Kąkolewskim, autorem pierwszej świetnej książki o ubeckiej zbrodni w lipcu 1946 r.

Oszczercze ataki na najdzielniejszą kielczankę Małgosię Sołtysiak za jej przeciwstawianie się fałszom o pogromie

Od lat w zdecydowanej opozycji wobec rządzącego w Kielcach układu jest Małgosia Sołtysiak, bratanica słynnego „Barabasza” – dowódcy oddziału „Wybranieckich” pułkownika Armii Krajowej Mariana Sołtysiaka, była prezeska kieleckiego KiK-u, a obecnie wiceszefowa w skali krajowej Ruchu Społecznego im. Lecha Kaczyńskiego. M. Sołtysiak, zaangażowana katolicka działaczka społeczna, była inicjatorką powstania w Kielcach pomnika biskupa Czesława Kaczmarka i szefową komitetu budowy tego pomnika, odsłoniętego w 2012 r. Wielokrotnie przeciwstawiała się godzącym w dobre imię Kielc insynuacjom na temat rzekomego pogromu kieleckiego ze strony B. Białka i prezydenta W. Lubawskiego. Bardzo mocno zaangażowała się też w referendum z czerwca tego roku na rzecz odwołania prezydenta W. Lubawskiego z jego funkcji. Wywołało to oszczercze ataki Lubawskiego przeciw niej. Najgwałtowniejszy oszczerczy atak przeciw Sołtysiak sprowokowała jej zapowiedź wystąpienia na rzecz wznowienia śledztwa w sprawie zbrodni ubeckiej z lipca 1946 r. w Kielcach. Jak zapowiadała: – „Do końca sierpnia będzie przygotowany wniosek, a potem akcja zbierania podpisów nie tylko wśród mieszkańców Kielc, zaangażujemy także Polonię. Damy sobie 2-3 miesiące. Na pewno do końca roku do IPN złożymy ten wniosek – mówi w rozmowie z WP. Jak dodaje, obecnie trzech historyków przygotowuje analizę historyczną pogromu kieleckiego, która ma zostać dołączona do wniosku. – Liczę bardzo na pana prezesa dr. Jarosława Szarka. Myślę, że będzie stanowczy w odkłamywaniu naszej historii. Bo układnością można stracić honor, a niczego się nie zyska”.

Z brutalnym oszczerczym atakiem przeciw M. Sołtysiak z powodu zapowiedzianego wniosku wystąpił 26 lipca 2016 r. szerzej nieznany niejaki Piotr Gądek z „Gazety Wyborczej” na portalu Wirtualnej Polonii, cynicznie manipulując, by przeciwstawić jej wypowiedzi słowom premier B. Szydło i prezydenta A. Dudy. Równocześnie zaś całkowicie przemilczał wysuwane co najmniej od 20 lat coraz liczniejsze przekonywujące dowody kierowniczej roli NKWD i kieleckiej bezpieki w zorganizowaniu zbrodni kieleckiej w lipcu 1946 r. I co taka pisanina ma wspólnego z etyką dziennikarską?!

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/07/kto-wpusci-w-maliny-pania-premier-o.html

Premier Beata Szydło ostro krytykuje „rezygnację Europy z wartości, z kultury, religii”

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

W najnowszym numerze „W sieci” (z 25 lipca 2016 r.) szczególnie mocno polecam wywiad z premier Beata Szydło: „Czarne to czarne, białe to białe”, udzielony naczelnemu redaktorowi „W sieci” Jackowi Karnowskiemu i jego zastępcy Piotrowi Zarembie. Niewątpliwie jest to jedno z najciekawszych wystąpień Pani Premier w ostatnich kilku miesiącach. Szczególnie interesujące wydają się pierwsze akapity tego wywiadu, w których Pani Premier odpowiada na uwagi swych rozmówców z „W sieci” na temat słabości Unii Europejskiej, ujawnione w związku z Brexitem i atakami muzułmanów na kolejnych Europejczyków. Jak akcentuje premier Szydło: „Przestrogi, najbardziej czarne scenariusze się sprawdzają. Gdyby wzięto pod uwagę diagnozy Prawa i Sprawiedliwości, może byłoby inaczej. To gorzka satysfakcja. Niestety mam wrażenie, że europejskie elity są bezradne wobec zagrożeń. Niestety, od pewnego czasu obserwujemy to, że politycy europejscy nie wiedzą, co robić z zagrożeniami, poza gestami (podkr. – JRN). Gesty są ważne, solidarność jest istotna, ale przede wszystkim powinniśmy się skupić na wspólnych działaniach. To smutne, jednak nie widać pomysłów na realną walkę z terroryzmem. A trzeba sobie powiedzieć wprost: terroryzm, to wojna wypowiedziana cywilizacji europejskiej (…)

Generalnie Europa zbyt łatwo zrezygnowała ze swoich wartości, z kultury, religii. Krok po, kroku ulegała żądaniom tych, którzy nie chcą się integrować z cywilizacją europejską. Ustępowanie, poprawność polityczna, rezygnacja z choinki bożonarodzeniowej w imię nie drażnienia muzułmanów – to ośmieliło również terrorystów. Zaprosiliśmy do siebie gości, ale oni powinni akceptować nasze warunki. Trzeba się z politycznej poprawności wycofywać” (podkr. – JRN) (…). „Napływ do Polski ludzi z krajów Bliskiego Wschodu jest wykluczony (podkr. – JRN), bo ani my, ani Unia Europejska nie jest w stanie stworzyć systemu skutecznych zabezpieczeń, oddzielania uchodźców od terrorystów”. Bardzo się cieszę, że premier Beata Szydło znów dała wyraz swemu bezkompromisowemu stanowisku w imię prawdy i wartości. Kolejny raz wystąpiła z nader przekonywującą argumentacją w sporze z tym, co próbują nam podyktować prominenci z Unii Europejskiej. I chwała Jej za to.

Premierzy Grupy Wyszehradzkiej w Warszawie – przeciw narzucaniu przez instytucje europejskie swej woli parlamentom narodowym

Jednym z największych osiągnięć prezydenta A. Dudy i premier B. Szydło są ich skuteczne działania dla wzmocnienia spoistości Grupy Wyszehradzkiej. Grupa Wyszehradzka konsekwentnie opowiada się za zwiększeniem głosu małych i średnich państw w Unii Europejskiej, przeciw zdominowaniu ich przez najsilniejsze państwa UE i dyktatowi w sprawie narzucania kwot imigrantów. Zwiększają się szanse na poszerzenie w przyszłości składu Grupy Wyszehradzkiej. Istotny jest fakt, że w ostatnich miesiącach doszło do mocnego zbliżenia między Polską a Chorwacją. Obecna prezydent Chorwacji, skądinąd bardzo piękna kobieta, Kolinda Grabar Kitarovic już kilka miesięcy temu powiedziała, że chciałaby widzieć Polskę w roli lidera małych i średnich państw. Przypomnijmy, że premier Węgier Viktor Orbán już kilkakrotnie w okresie od 2009 r. opowiadał się za rolą Polski jako lidera w regionie Europy Środkowej. W ostatnim półroczu doszło do bardzo znaczącego zbliżenia Rumunii do Polski. Rumunia, głównie dzięki prezydentowi Klausowi Iohannisowi, przeprowadziła w ostatnim roku spóźnioną, ale faktyczną dekomunizację. Aresztowano tam za korupcję kilkuset prominentów komunistycznych, w tym kilkunastu ministrów, dwóch premierów i szefa sztabu generalnego (niestety radykalne zmiany w Rumunii są niemal całkowicie przemilczane w polskich mediach). Prezydent Rumuni zdecydowanie poparł Polskę w sporze z Komisją Europejską. Warto dodać, że wcześniej również prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves publicznie zaakcentował poparcie dla roli Polski jako lidera grupy mniejszych i średnich państw. naszego regionu.

Pod wyraźnym znakiem umocnienia związków Grupy Wyszehradzkiej przebiegało w lipcu br. warszawskie spotkanie premierów tej Grupy. Panowała na nim wyraźna zgodność we wszystkich dosłownie sprawach. Premier B. Szydło i tu wyróżniła się zdecydowaną stanowczością swych wystąpień na temat obecnej i przyszłej roli Unii Europejskiej. Stwierdziła m.in., iż wyzwania współczesności i bieżące wydarzenia pokazują „z dnia na dzień, że instytucjonalna Unia Europejska prowadzona w takim kształcie jak do tej pory nie spełnia oczekiwać Europejczyków”. Powiedziała również: „Wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że UE musi wrócić do swoich korzeni. Musi zacząć bardziej koncentrować się na sprawach obywateli, a mniej na sprawach instytucji” (podkr. – JRN). Jak mówiła: „Każda tzw. żółta kartka udzielona Komisji Europejskiej przez parlamenty narodowe powinna zostać dogłębnie przeanalizowana”. Jej zdaniem: „instytucje europejskie nie mogą być partnerami, którzy „bezkrytycznie narzucają swoją wolę” parlamentom narodowym i takimi, które nie szanują głosu parlamentów narodowych” (podkr. – JRN). Unia musi przyjąć reformy, które uczynią ją silniejszą, bardziej elastyczną, bliższą realnym potrzebom państw i obywateli”. (wszystkie cytaty za portalem „wPolityce.pl”).

W czasie dyskusji na spotkaniu premierów państw Grupy Wyszehradzkiej doszło m.in. do bardzo stanowczego wystąpienia premiera Węgier V. Orbána. Stwierdził on m.in.: „Uważam to dzisiejsze spotkanie za niezwykle cenne. Wiemy, że Słowacja, Polska, Czechy i Węgry, kiedy mówią o Europie, to mniej więcej myślą to samo. Rozumiem przez to nasze tradycje narodowe, chrześcijaństwo, wolę współdziałania i bezpieczeństwa oraz dążą do podniesienia obszarów okupowanych przez były Związek Sowiecki”. Krytykując politykę najwyższych gremiów UE, Orbán powiedział: „Straciliśmy Zjednoczone Królestwo, bo UE w ostatnich latach podjęła możliwie najgorsze decyzje w sprawie migracji. UE nie mówi, jaki jest cel takiej polityki migracyjnej ponieważ my uważamy, że naszym celem jest to, żeby tą migrację zatrzymać. Chcemy zapobiec temu, żeby ktoś bez kontroli mógł wejść na terytorium UE”. (wszystkie cytaty z wystąpienia V. Orbána za portalem Polityce.pl).

Falstart w sprawie ubeckiej zbrodni w Kielcach w lipcu 1946 r.

Niestety: „Nobody is Perfect” (nikt nie jest doskonały) jak smutno konkludował zakochany milioner w zakończeniu niezapomnianego filmu „Pół żartem, pół serio”. Premier Beata Szydło, która tak doskonale dawała i daje sobie radę z zagrożeniami, stwarzanymi prze luminarzy Unii Europejskiej, popełniła dość nieoczekiwany i dość fatalny błąd w polityce krajowej. Myślę tu o jej liście przesłanym do mieszkańców Kielc w dniu 4 lipca w związku z obchodami 70–lecia zbrodni ubeckiej w Kielcach, popełnionej w lipcu 1946 r. i zbyt długo omawianej jako rzekomy pogrom kielecki (poza artykułami w „Warszawskiej Gazecie” i „Niedzieli” i dwoma wystąpieniami na konferencjach w Warszawie i Kielcach nie miałem czasu na szersze zajęcie się tą sprawą ze względu na bardzo mocne zaangażowanie w walkę o odpowiednie uczczenie martyrologii Kresowian na Wołyniu i w Małopolsce wschodniej). Przypomnę parę faktów.

Obchody 70-lecia zbrodni na Żydach w Kielcach w lipcu tego rodu zyskały sobie szczególne nagłośnienie dzięki wystąpieniom Prezydenta RP A. Dudy i Pani Premier B. Szydło. Wygląda na to, że prezydent RP był dużo lepiej merytorycznie przygotowany do tych obchodów. Po raz pierwszy jako przedstawiciel najwyższych władz w tego typu obchodach w Kielcach zrobił wyraźną aluzję do komunistycznej prowokacji lipcu 1946 r., mówiąc, obok generalnego potępienia antysemityzmu: „Władze państwa: wojsko, milicja, UBP zachowały się tamtego dnia w zdumiewający, a często bestialski sposób. To wojsko i milicja pierwsze otwarły tutaj ogień i wiele ofiar, które zginęły, zginęło od kul. To wojsko i milicja zamiast pomóc i chronić polskich obywateli, naszych współobywateli, nie tylko nie zapewniły ochrony, ale jeszcze zaatakowały i pozostawiły sprawę i UB przez wiele godzin nie reagowało. Dopiero wieczorem przyszło z ochroną” (podkr. – JRN).

Niestety w liście skierowanym przez premier B. Szydło do kielczan zabrakło choćby cienia aluzji do NKWD-owskiej i bezpieczniackiej prowokacji, jaką była zbrodnia ubecka w Kielcach. Premier B. Szydło skoncentrowała się wyłącznie na potępieniu „antysemickiego” tłumu uczestników zajść w lipcu 1946 r., tak jak to robiono za czasów PRL-u, czy później w wypowiedziach postkomunistycznych polityków typu D. Rosatiego. Nie napisała ani słowa o złowieszczej roli UB i wojska, a także inspiratorskiej roli NKWD w przygotowaniu zbrodni kieleckiej. Nie napisała także o tym, że rzekomo przypadkowy tłum składał się głównie z paruset komunistycznych agitatorów (agentów) przysłanych tam z huty „Ludwinów” dla brutalnego zaostrzenia zajść. Wszystkie te fakty zostały przecież już dawno wyjaśnione, choćby w książkach K. Kąkolewskiego i ks. J. Śledzianowskiego, czy w blokowanych przez „nową cenzurę” III RP filmach A. Miłosza: „Pogrom” i „Henio”. W telewizjach blokowano również pokazanie filmu reżysera dokumentalnego i historyka Artura Janickiego „Pogrom kielecki – fałsze i prawda”. Film jednoznacznie odsłaniał komunistyczną inspirację rzekomego „pogromu” kieleckiego, mówił o celach tej prowokacji. 29 czerwca 2015 r. w internetowej telewizji wyświetlono kolejny film demaskujący kłamstwa o rzekomym pogromie kieleckim „Śladami prawdy”. Była to rozmowa Małgorzaty Sołtysiak z sędzią Andrzejem Jankowskim, który pewien czas prowadził śledztwo w sprawie tzw. pogromu, a w 2008 r. był jednym z 3 redaktorów IPN-owskiego wydawnictwa „Wokół pogromu kieleckiego”.

Sprawę zbrodni ubeckiej w Kielcach w 1946 r. podniosłem w moim kilku odcinkowym tekście „Kulisy zbrodni kieleckiej” drukowanym w drugim tomie IPN-owskiego wydawnictwa „Wokół pogromu kieleckiego” (Warszawa 1998, ss. 449-469). Już w tamtym tekście, wydanym w tomie redagowanym przez L. Bukowskiego, A. Jankowskiego i J. Żaryna bardzo ostro krytykowałem umorzenie śledztwa w sprawie zbrodni kieleckiej przez nierzetelnego prokuratora (z naboru L. Kieresa) – Krzysztofa Falkiewicza. I apelowałem o jak najszybsze wznowienie śledztwa w sprawie zbrodni kieleckiej (por. s. 469). W 2010 r. na tydzień przed Smoleńskiem dzięki pośrednictwu prof. J. Żaryna miałem możliwość około godzinnej rozmowy z ówczesnym znakomitym prezesem IPN-u prof. Januszem Kurtyką. Wtedy też wysunąłem postulat wznowienia śledztwa w sprawie zbrodni kieleckiej, a prof. Kurtyka odniósł się do mej propozycji z wyraźną życzliwością. Niestety zaraz potem doszło do śmierci prof. Kurtyki w Smoleńsku, a za jego następcy Łukasza Kaminskiego, protegowanego przez PO, nie można było nawet marzyć o realizacji tej propozycji. Ostatnio szerzej pisałem o kulisach zbrodni ubeckiej w Kielcach 1946 r. w tekście „Odkłamać pogrom kielecki” na łamach „Warszawskiej Gazety” z 1 lipca 2016 r.

Antoni Macierewicz o zbrodni kieleckiej 1946 r. jako robocie komunistów

Warto tu również przypomnieć, że szef MON w obecnym rządzie, historyk z zawodu, Antoni Macierewicz już 12 lutego 1996 r. w publikowanym w tygodniku „Głos” artykule „Odwołać Rosatiego” bardzo ostro zaatakował postkomunistycznego ministra spraw zagranicznych Dariusza Rosatiego za publiczne zaakcentowanie, że tzw. pogrom kielecki był „aktem antysemityzmu polskiego” i za słowa: „Wstydzimy się, że ludźmi, którzy popełnili te zbrodnie byli Polacy i prosimy o wybaczenie”. Macierewicz pisał m.in.: „Jest bezczelnym kłamstwem i potwarzą oskarżanie narodu polskiego o zbrodnię kielecką i to przez człowieka, który mieni się ministrem RP. Jakim prawem pan Rosati śmie twierdzić, że to Polacy byli mordercami Żydów w lipcu 1946 r. w Kielcach?” (…) „Rosati nie wymyślił swych oszczerstw. On po prostu powtarza wieloletnią propagandę komunistyczną mającą ukryć sprawców (…) Pierwszym twórcą tej polityczno-propagandowej koncepcji był Jakub Berman, człowiek numer dwa wśród komunistycznych okupantów w roku 1946 i partyjny nadzorca służb specjalnych” (wszystkie podkreślenia – JRN). W ocenie Macierewicza sprawcami zbrodni kieleckiej byli komuniści, pragnący odwrócić uwagę opinii publicznej od faktu sfałszowania przez nich referendum kilka dni przed rzekomym „pogromem”. Jak pisał dalej Macierewicz: „Odciągnięcie uwagi mediów od sfałszowania referendum, byłoby niemożliwe, gdyby nie wciągnięto do tego wpływowych ośrodków żydowskich. To zaś można było uzyskać tylko w jeden sposób – stwarzając wrażenie, że to Polacy są antysemitami i że to oni – utożsamiając Żydów z komunistami – zaczęli antyżydowskie pogromy”.

Skrajnie jednostronny, utrzymany w starym stylu opowieści o rzekomym „pogromie kieleckim” list Pani Premier do kielczan wywołał bardzo szybko wiele protestów i wyrazów rozczarowania w Internecie. Przytoczę tu jeden z najbardziej charakterystycznych wpisów w Internecie w portalu „wPolityce.pl” z 10 lipca 2016 r.: wPotylicy@wPotylicy „Naprawdę, to są słowa polskiego funkcjonariusza kierującego polskim rządem – czy ja aby dobrze widzę? Pani premier – może mi pani wierzyć lub nie, ale ŻADNE PANI ATUTY, wypracowywane z takim trudem, nie wystarczą na zrównoważenie NIEDOPUSZCZALNOŚCI kieleckiego wystąpienia. Ktoś panią BARDZO NIKCZEMNIE PODPUŚCIŁ i – teraz najgorsze – MY, NARÓD, WIEMY KTO (!!!) Proszę „ktosiowi” przekazać, że nie życzymy sobie marnowania pani wysiłków, a jak nie posłucha – to go ukarzemy, stosownie do grzechu”.

Bogdan Białek, kielecki poplecznik J. T. Grossa, służalczy wobec Żydów i szkalujący Polaków

Co gorsza, list Pani Premier trafił do możliwie najgorszego adresata w Kielcach – do niejakiego Bogdana Białka, reprezentującego najskrajniejszą ze skrajnych opcję prożydowska, zaprzyjaźnionego od lat z J. T. Grossem, którego osobiście nagłaśniał podczas zorganizowanego przez siebie spotkania w 2008 r. w Kielcach. Przypomnijmy, że Białek zakładał w Kielcach oddział „Gazety Wyborczej” i był początkowo naczelnym redaktorem kieleckiej redakcji „GW”. Wbrew niektórym sugestiom (m.in. tym razem bardzo niemądrych określeń zawsze cenionego przeze mnie red. Jana Pospieszalskiego), Białek nie jest żadnym rzecznikiem polsko-żydowskiego pojednania, a wciąż jątrzącym na szkodę Polaków wyrachowanym szkodnikiem. Białek jest typem nie posiadającego żadnych skrupułów donosiciela. Jak pisał na jego temat red. Stanisław Michalkiewicz: „Pan Bogdan Białek doniósł na mnie do toruńskiej prokuratury, jakobym „zaprzeczał holocaustowi” zgodnie z zasadą, że jak oskarżać, to oskarżać” (podkr. – JRN) (por. S. Michalkiewicz: Rzeczywistość otacza nas coraz ciaśniej, na portalu „Prawy.pl” z 13 października 2013).

Już 6 lipca 2015 Małgosia Sołtysiak pisała o Białku na portalu „wPolityce.pl”: „Prezes cytowanego Stowarzyszenia (J. Karskiego – J.R.N.) zapraszał do Kielc Jana Tomasza Grossa (…) Alinę Całą itd., itp., których przekaz sprowadza się do wykazania udziału Polaków w Holokauście, wręcz sprzyjaniu polityce Hitlera w sprawie eksterminacji Żydów. Są to poglądy niesprawiedliwe, krzywdzące, wykluczające możliwość rzetelnego dialogu, dążenia do prawdy o relacjach polsko-żydowskich i pojednania” (…) Pan Bogdan Białek (który zakładał w Kielcach oddział Gazety Wyborczej), za pośrednictwem swoich gości, oskarża kielczan o antysemityzm, znieważa pamięć Żołnierzy Wyklętych (słynna jest wypowiedź Jego gościa Marcina Zaremby z UW o bandytach z AK), których również pomawia o mordowanie Żydów z powodów etnicznych”. Komentując te uwagi pani Sołtysiak dodam, że zapraszana przez Białka Alina Cała jest swego rodzaju najskrajniejszą fanatyczką prożydowską, wciąż szkalującą Polskę i Polaków, przy równoczesnych sięgających niemal zera zdolnościach intelektualnych. Godzące w Polaków jako naród poglądy B. Białka dobrze ilustruje fragment jego tekstu z „Gazety Wyborczej” z 23-24 lipca 2016 r.: „Przestańmy na siebie wrzeszczeć”. Stwierdzał w nim, głosząc zasadę odpowiedzialności zbiorowej Polaków: „Zgadzam się z Janem Tomaszem Grossem, że zbrodnie takie jak w Kielcach czy w Jedwabnem obciążają „biografię zbiorową” wszystkich Polaków, także tych nie identyfikujących się z Kościołem” (podkr. – JRN). W przeciwieństwie do Białka ja, jako osoba, która straciła ojca wiosną 1945 r. w obozie na terenie Niemiec, w wieku zaledwie czterech i pół roku, nie życzę sobie, żeby niegodziwy antyPolak obciążał mnie zbiorową odpowiedzialnością za jakiekolwiek wydarzenia doby wojny. Uważam tego typu pomysły za absolutną durnotę i szkodnictwo!

Można tylko ubolewać, że nikt z doradców nie uprzedził Pani Premier B. Szydło, czym może grozić wykorzystanie tekstu jej listu przez tak niegodziwie nastawionego do Polaków jako narodu osobnika. Być może pani premier, nie znając dokładniej roli B. Białka, kierowała się głównie tym faktem, że jest on współprzewodniczącym Rady Chrześcijan i Żydów. Nie musiała wiedzieć, że od czasu rezygnacji ks. prof. Waldemara Chrostowskiego ze składu tej Rady pod naciskiem żydowskim udział chrześcijan w niej trudno uznać za reprezentatywny. Przypomnę, że w latach 1998-2006 polskim współprzewodniczącym tej Rady był obrzydliwy konfident, najszkodliwszy donosiciel w sutannie, agent SB przez 12 lat niejaki ks. Michał Czajkowski. Wspomniana Rada Chrześcijan i Żydów całkowicie się skompromitowała niedopuszczalną stronniczością w 2013 r., gdy jej współprzewodniczący Stanisław Krajewski, reprezentujący stronę żydowską, wydał oświadczenie w sprawie ks. Wojciecha Lemańskiego, od dawna zachowującego się w sposób krnąbrny i jątrzący wobec swego zwierzchnika ks. abp. Henryka Hosera. Oświadczenie Krajewskiego zachwalało rzekome zasługi ks. Lemańskiego dla dialogu katolicko-żydowskiego. Tego typu pochwały wobec księdza pieniacko przeciwstawiającego się ks. abp. H. Hoserowi zostały oprotestowane przez chrześcijańskiego współprzewodniczącego Rady o. Wiesława Dawidowskiego OSA oraz członka Zarządu Rady: Barbarę Sułek-Kowalską i członka Rady ks. Henryka Romanika. Cała trójka zrezygnowała z dalszego należenia do składu Rady. W takiej to sytuacji na współprzewodniczącego Rady ze strony chrześcijańskiej dobrano niezwykle służalczego wobec Żydów B. Białka.

5 maja 2016 r. Bogdan Białek gniewnie zaatakował rozwiązanie przez premier B. Szydło Rady ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej i Ksenofobii, której był członkiem. Stwierdził m.in.: „brak mi słów na takie działania (…) Rzecznik rządu Rafał Bochenek posługuje się niedorzecznymi argumentami i najzwyczajniej w świecie kłamie. (…) W przeciwieństwie do rozwiązanej Rady obecny rząd nie robi absolutnie nic, by przeciwdziałać wzrastającej fali nienawiści oraz przestępstw na tle rasowym. Czegoś takiego w Polsce dawno nie było (…)”.

Białek na obchodach 73-ej rocznicy tzw. pogromu w Kielcach

4 lipca 2016 r. Białek z ogromnym zadowoleniem przeczytał niesprawiedliwy dla kielczan list Pani Premier, tak wygodny z punktu widzenia jego poglądów jako „tropiciela polskiego antysemityzmu”. A zaraz potem aktor Jerzy Trela przeczytał obrzydliwy w swej wymowie wiersz – paszkwil poety Juliana Kornhausera „Wiersz o zabiciu doktora Kahane” (Kornhauser jest niestety teściem prezydenta Andrzeja Dudy, co nie przeszkodziło mu niedawno w skrytykowaniu polityki rządu PiS-u). W wierszu Kornhausera znalazła się m.in. zwrotka: „Zabiwszy, ulicami powlekli, bić Żydów krzyczeli, Polacy, kielczanie jako psy kłamacze”. Oszczerstwa w wierszu Kornhausera zaczęły się już od pierwszych 3 linijek tekstu: „A jacy to źli ludzie mieszczanie kielczanie, żeby pana swego, Seweryna Kahane, zabiliście, chłopi, kamieniami, sztachetami!” W rzeczywistości rabina Kahane nie zabili żadni mieszczanie i chłopi kamieniami i sztachetami. Został zastrzelony zaraz na początku zajść przez oficera komunistycznego wojska i był to jeden z elementów ówczesnej bezpieczniackiej prowokacji.

Na początku lipca 2016 r. Białek „popisał się” skrajnym wręcz wyeksponowaniem rzekomego zagrożenia „antysemickiego” i „faszystowskiego” w dzisiejszej Polsce. Jak czytamy w kieleckiej edycji „Gazety Wyborczej” z 4 lipca 2016 r. Białek „Zastanawiał się, czy w dzisiejszych czasach mogłoby dojść do podobnej zbrodni. Obawiam się, że tak. Zachodzę w głowę, kto inspiruje, kto prowokuje tych wspaniałych młodych Polaków, patriotów manifestujących przywiązanie do Kościoła i ojczyzny, do hajlowania, czyli wykonywania najbardziej plugawego gestu” (cyt. za: Angelina Kosiek: Pogrom, który stał się symbolem. Dziś przyjeżdża prezydent RP, lokalna kielecka edycja „Gazety Wyborczej” z 4 lipca 2016).

Szkoda, że Pani Premier nie czytała tekstów senatora prof. J. Żaryna

W ostatnich latach pojawiło się wiele tekstów prostujących PRL-owskie banialuki o zbrodni z lipca 1946 roku jako rzekomym „pogromie”. Szczególnie warto polecić w tym względzie teksty jednego z najwybitniejszych badaczy najnowszej historii polskim prof. Jana Żaryna, wybranego w 2015 r. jako senatora z listy PiS. Już 4 lipca 2011 r. na portalu „Fronda pl” ukazał się bardzo jednoznaczny wywiad z profesorem J. Żarynem pt. „Komuniści dążyli do tragedii”. Prof. Żaryn stwierdził w nim m.in.: „Analiza skutków tragicznego wydarzenia w Kielcach podpowiada historykom, że ani czas, ani miejsce tego wydarzenia nie były przypadkowe. Działo się to bowiem między referendum z 30 czerwca 1946 r., a ogłoszeniem jego sfałszowanych wyników. Ten pogrom, wzmocniony propagandową akcją oskarżania podziemia oraz Kościoła (szczególnie bpa Czesława Kaczmarka) o antysemityzm, miał skierować opinię Zachodu na inny tor myślenia. Komuniści chcieli pokazać, że tylko oni są gwarantami poszanowania interesów społeczności żydowskiej, że są jedynymi, którzy są w stanie zaprowadzić porządek w Polsce, ponieważ tutejsze społeczeństwo jest de facto pełne ksenofobów, antysemitów, ludzi zdeprawowanych II wojną światową oraz nazizmem. Ten przekaz dotarł m.in. do Żydów amerykańskich (…) Widoczna jest zadziwiająca bierność Władysława Sobczyńskiego – szefa ówczesnego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, który zachowywał się jakby pilnował, żeby doszło do tej zbrodni (…) W mojej ocenie to porozumienie NKWD i MBP w Kielcach stanowiło genezę mordu (podkr. – JRN). Świadczą o tym również relacje byłych komunistów. Wynika z nich, że oficerowie NKWD oraz wspomniany już Sobczyński byli zainteresowani sprowokowaniem tego tragicznego zajścia (…) Najbardziej logiczna hipoteza, mówi, że komuniści polscy fałszując referendum z 1946 roku chcieli znaleźć wydarzenie, które odciągnie uwagę rządów USA i Wielkiej Brytanii od pilnowania ustaleń jałtańskich. One kazały Związkowi Sowieckiemu i Anglosasom doprowadzić do jak najszybszego przeprowadzenia demokratycznych wyborów, w których Polacy wybraliby sobie władze. Komuniści wiedzieli, że mają w społeczeństwie kilka – kilkanaście procent poparcia. Reszta wspiera PSL i podziemie. W związku z koniecznością sfałszowania wyników referendum, istniała w oczach komunistów potrzeba odwrócenia uwagi. To zdaje się być najważniejszą przyczyną zorganizowania antyżydowskich wydarzeń” (por. www.fronda.pl/a/prof.-zaryn-komuniści-dazyli-do tragedii,13238 html 04.07.2911).

W niedawnym wywiadzie, udzielonym Krzysztofowi Różyckiemu z „Angory” w dniu 26 czerwca 2016 r. pod tytułem „Dzień świętego Ageusza” prof. Żaryn stwierdził, że ci historycy, do których on się zalicza „uważają, że od samego początku była to zaplanowana i zorganizowana prowokacja, która wymknęła się spod kontroli, a mordercami były osoby specjalnie wyselekcjonowane przez komunistów (…) Wystarczy spojrzeć na ówczesny plan Kielc, żeby zobaczyć w sąsiedztwie Plant, w odległości do jednego kilometra, znajdowały się siedziby różnych zbrojnych formacji – od milicji i wojska do UB. Ale nie było woli politycznej powstrzymania tego mordu (…) Prezydent Duda powinien 4 lipca osobiście oddać hołd ofiarom, ale przepraszać nie powinien. Mógłby to zrobić Aleksander Kwaśniewski, który wywodzi się z formacji odpowiedzialnej za ten mord (podkr. – JRN).

Profesor Jan Żaryn zwrócił również uwagę na zbyt rzadko poruszany inny problem związany ze skutkami zbrodniczych zajść kieleckich. Chodziło o skazanie na śmierć i wykonanie wyroków śmierci na niewinnych ludziach oskarżonych o udział w zbrodni kieleckiej. Jak powiedział prof. Żaryn: „Na ławie oskarżonych zasiedli między innymi: robotnik, harcerz, żołnierz, milicjant. Jednak dziś wiemy, że prawdopodobnie ci ludzie nie mieli z tym nic wspólnego i stali się ofiarami zbrodni sądowej”.

Szczególnie wymowny był wywiad prof. Żaryna, udzielony Michałowi Szukale z PAP-u w dniu 4 lipca 2016 r. na portalu historycznym „Dzieje.pl” pt. „Prof. Jan Żaryn: komuniści wykorzystali pogrom kielecki do ataku na podziemie i Kościół”. Jak stwierdził prof. Żaryn: „Pogrom kielecki stał się pretekstem lub wydarzeniem zaplanowanym przez komunistów, służącym temu, aby Anglosasi przestali interesować się sprawą polską. Przekaz dla opinii publicznej na całym świecie miał być jednoznaczny: Polacy nie zasługują na interwencję, ponieważ są narodem antysemitów mordujących Żydów, zdegenerowanym przez okupację niemiecką (…) Pytanie więc, czy było to wydarzenie zaplanowane i wykonane przez polskich i sowieckich komunistów, czy też istnieje w nim iskra autentycznego antysemityzmu polskiego, który wywołał i doprowadził do takiego strasznego finału (…).

Wiemy jednak na pewno, że ówczesne Kielce, szczególnie w ich śródmiejskiej części nasycone były instytucjami szeroko pojętego aparatu bezpieczeństwa i wojska; od milicji, poprzez Urząd Bezpieczeństwa kończąc na Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego i funkcjonariuszach NKWD. W promieniu 500 metrów od tych wydarzeń było tak wiele sił bezpieczeństwa, że nawet jeśli istniała wspomniana przeze mnie iskra samodzielności osób wywołujących pogrom, to można ją było zdusić w zarodku (podkr. – JRN). Nie tylko go nie zduszono, ale ze wszystkich znanych relacji, takich jak ta księdza Romana Zelka wynika jednoznacznie, że kordon wojska i funkcjonariuszy bezpieczeństwa otoczył Planty 7 tak, aby nie dopuścić mieszkańców Kielc do środka. Wśród nich byli kapłani pragnący zakończyć te straszne wydarzenia, dziejące się pod parasolem wojska.

Wiele wątpliwości wzbudza również postać Henia Błaszczyka i jego ojca, który – jak wiele na to wskazuje – został poinstruowany przez funkcjonariuszy UB, jak się zachowywać i co mówić na temat jego rzekomego uwięzienia w domu przy Planty 7, aby wykorzystać jego zeznania do stworzenia zaczynu tych wydarzeń. Wszystko, co wiemy na temat przebiegu dwóch faz zbrodni i zachowania sił bezpieczeństwa świadczy, że spontaniczności było tam najmniej. Było natomiast wiele wyreżyserowanych faktów. Np. pierwszy strzał i kolejne, które padły z wnętrza budynku. Czy oficer, który zginął, był wysłannikiem reżyserów pogromu? Rany kłute na ciele ofiar, po bagnetach? Skłania to do stwierdzenia, że pogrom kielecki był wywołany i czemuś służył. Przekazy historyczne są jednak rozbieżne, nie ma dokumentacji, która może znajdować się w Moskwie, mogącej nas przybliżyć do prawdy.

Dużo lepsza jest nasza baza źródłowa do mówienia o skutkach pogromu kieleckiego. Skutkiem było natychmiastowe uruchomienie przez komunistów lawiny propagandowego kłamstwa, służącego zdyskredytowaniu polskiego podziemia niepodległościowego i Kościoła katolickiego. Spowodowało to niechęć Zachodu do Polaków jako rzekomych antysemitów, którzy nie są zdolni do podtrzymania swojej chrześcijańskiej tożsamości lub wedle innej narracji tożsamość ta była przyczyną, fundamentem postaw antysemickich (…)”.

Warto dodać, że stanowisko prof. J. Żaryna w sprawie zbrodni kieleckiej jest podzielane przez licznych innych znanych historyków. Np. w dniu 26 lipca 2016 r. występujący w programie TV Info prof. Sławomir Cenckiewicz, nowy członek Kolegium IPN, zaakcentował iż zbrodnia kielecka została zorganizowana przez władze komunistyczne. Niejednokrotnie pisał i mówił o zbrodni kieleckiej z 1946 r. jako o zbrodni bezpieki jeden z najwybitniejszych polskich badaczy historii drugiej wojny światowej i pierwszych lat powojennych Leszek Żebrowski. 8 czerwca 2016 r. na portalu „Frondy” ukazał się tekst znanego historyka i publicysty Tadeusza M. Płużańskiego, jednoznacznie określający rzekomy pogrom kielecki, jako wydarzenie spreparowane przez Sowietów. Jak pisał Płużański: „Było to wydarzenie całkowicie spreparowane i wymyślone przez Sowietów. Inspiracja sowiecka jest tutaj całkowicie jasna. Na gruncie historycznym jest to udowodnione. Chodziło o to, aby uzasadnić trzymanie Polaków silną ręką. I to jest odpowiedź na to, czym był tzw. pogrom kielecki. Namawiałbym też, żeby mówić właśnie o „tak zwanym pogromie kieleckim”. Pogromy są spontaniczne, a wydarzenie kieleckie było inspirowane i ewidentnie wykorzystywane propagandowo. Mam nadzieję, że zostanie to odkłamane również na poziomie popularnym, bo niestety wielu Polaków nie zna tej historii i ciurkiem powtarzają oni wymysły propagandy, że powinniśmy bić się w piersi, bo zarówno pod okupacją niemiecką, jak i później, chodziło nam tylko o mordowanie Żydów” (por. T. M. Płużański: Oto prawda o Pogromie kieleckim. Został całkowicie spreparowany www.fronda.pl/…/oto-prawda-o-pogromie-kieleckim-zostal-calkowicie-spreparowany). Bardzo dziwne, że pani premier wcześniej nie przedstawiono tak wymownych ustaleń prof. J. Żaryna, czy T. M. Płużańskiego, a jak widać dostarczono Jej tylko dawne pseudo-ustalenia, a raczej zamącenia PRL-owskiej propagandy.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/07/premier-beata-szydo-ostro-krytykuje.html

Triumf Kresowiaków

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Sejm uchwalił uznanie 11 lipca za Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach.

Ogromnie odetchnąłem, bo mimo dobrych wieści z ostatnich dni do ostatniej niemal chwili bałem się zablokowania tak oczekiwanej uchwały Sejmu, potępiającej ukraińskie ludobójstwo na Polakach i ogłaszającej. 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach. Bardzo wielka presja społeczna, w tym, jak pokazałem w przedostatnim swym wpisie na blogu wystąpienia przeważającej części mediów za uhonorowaniem pamięci tak wielkiej ilości ofiar, przyniosły oczekiwane owoce. 22 lipca Sejm przyjął ogromną większością głosów (432 posłów) uchwałę w tej sprawie (10 osób wstrzymało się od głosu, nikt nie był przeciw). W uchwale ustanawiającej dzień 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP Sejm oddał hołd „wszystkim obywatelom II Rzeczpospolitej, bestialsko pomordowanym przez ukraińskich nacjonalistów”. W uchwale stwierdzano, iż: „(…) W wyniku popełnionego w latach 1943-1945 ludobójstwa zamordowanych zostało ponad sto tysięcy obywateli II Rzeczypospolitej, głównie chłopów. Ich dokładna liczba do dziś nie jest znana, a wielu z nich wciąż nie doczekało się godnego pochówku i upamiętnienia. Ofiary zbrodni popełnionych w latach 40. przez ukraińskich nacjonalistów do tej pory nie zostały w sposób należyty upamiętnione, a masowe mordy nie zostały nazwane – zgodnie z prawdą historyczną – mianem ludobójstwa (…) (wg „wpolityce.pl” z 22 lipca).

Wg „Niezależnej.pl” z 22 lipca od udziału w przegłosowaniu uchwały wstrzymało się siedem osób z Nowoczesnej i trzy z Platformy Obywatelskiej. Z Nowoczesnej wstrzymało się siedmiu posłów: Jerzy Meysztowicz, Ewa Lieder, Katarzyna Lubnauer, Monika Rosa, Krzysztof Mieszkowski, Joanna Scheuring-Wielgus, Adam Szłapka, a trzech z Platformy Obywatelskiej: Marian Zembala, Janusz Cichoń i Marcin Święcicki. To prawdziwa Lista Hańby!

Do ostatecznego sukcesu przyczyniły się wytrwałe działania licznych postaci od lat walczących o należyte upamiętnienie ponad 150 tysięcy polskich ofiar ludobójstwa ukraińskiego na czele z ks.T. Isakowiczem-Zaleskim, E. Siemaszko, S. Srokowskim, B. Grottem, L. Kulińską, B. Paziem, A. Kormanem, L. Popkiem, zmarłym rok temu płk. J. Niewińskim, M. Kowzanem, C. Partaczem, A. Zapałowskim i in. Ważne znaczenie miały również zdecydowane wystąpienia ostatnich tygodni na rzecz odpowiedniego uhonorowania pamięci ofiar ludobójstwa ukraińskiego ze strony senatora prof. J. Żaryna, ministra Z. Ziobry, posła M. Dworczyka, P. Kukiza i całej grupy posłów z jego ruchu, środowisk narodowych na czele z posłem R. Winnickim, J. Korwin-Mikkego, posłów PSL, licznych publicystów, m.in. M. Hałasia , R. A. Ziemkiewicza, W. Żyszkiewicza i in. Wygrała dawno nie spotykana wspaniała mobilizacja środowisk patriotycznych!

Pamiętajmy jednak również o jakże fatalnych hamulcowych, którzy robili, co mogli dla przeszkodzenia w należytym uhonorowaniu pamięci tak wielkiej rzeszy polskich ofiar ukraińskiego ludobójstwa.

Przy okazji dodam, że jednak potwierdziły się moje nadzieje, że ostatecznie PiS pójdzie z wolą Narodu w tej tak ważnej sprawie, wbrew niektórym sceptykom, którzy już byli skłonni tylko do tego, by bezwzględnie atakować PiS za zwlekanie w sprawie ludobójstwa i Dnia Pamięci, zamiast próbować przekonywać wpływowych PiS-owców do zajęcia kategorycznego stanowiska w tej sprawie. Nawet w dniu manifestacji Kresowiaków 7 lipca 2016 r. przed Sejmem słyszałem kilka jakże niepotrzebnych okrzyków „Hańba PiS-owi!”, i to pomimo faktu, że w manifestacji uczestniczyło paru senatorów, wybranych z listy PiS: J. Żaryn i R. Gaweł. Na prawicy powinniśmy stawiać dużo mocniej na dogadywanie się, zamiast zbyt pochopnych, przedwczesnych osądów. Przede wszystkim trzeba usilnie szukać sojuszników dla Dobrej Sprawy.

Rząd i kierownictwo PiS podjęły zdecydowanie najlepszą decyzję w sprawie ukraińskiego ludobójstwa wbrew wspomnianym maniakom liczenia się z „wrażliwością” ukraińską za wszelką cenę, podczas gdy Poroszenko i władze ukraińskie nie liczyły się ani trochę z polską wrażliwością. Gdyby znów zablokowano decyzję o potępieniu ludobójstwa, to sprawa ta dalej ślimaczyłaby się i byłaby wielką „nie zagojoną raną”. Jak to komentował znany politolog prof. Rafał Chwedoruk jeszcze 21 lipca 2016 r. w „SuperExpressie”: „Śmiertelnym zagrożeniem dla PiS jest sprawa związana z Ukrainą. Elektorat PiS jest bardzo sceptyczny względem ukraińskiego nacjonalizmu”. Przeforsowana przez PiS i Klub Kukiz 15 uchwała Sejmu w sprawie ukraińskiego ludobójstwa wydaje się, przynajmniej teraz, rozładowywać ten problem. Oby tylko nie popełniano w przyszłości jakichś groźnych błędów wobec Ukrainy, zwłaszcza w sytuacji, gdy do Kijowa posłano na ambasadora J. Piekło, faktycznie reprezentującego ukraińskie, a nie polskie interesy,

Należy zrobić wszystko, aby uchwała Sejmu w sprawie ukraińskiego ludobójstwa stała się pierwszym ważnym krokiem na drodze do realizowania nowej polskiej polityki wobec Ukrainy. Takiej polityki, która wspieranie Ukrainy będzie obowiązkowo wiązała z naciskami na rzecz odchodzenia ukraińskich rządców od wybielania ludobójców z UPA i OUN.

Czas na patriotyczny kontratak

Przypomnę tu, że 17 lipca pisałem – wbrew niektórym skrajnym sceptykom: „Oczekuję przy tym na potencjalnie szczególnie duży sukces – w naciskach na odpowiednie jak najszybsze należyte uczczenie ofiar ludobójczej rzezi na Wołyniu i w Małopolsce wschodniej”. No i stało się, a władzom PiS-u należy pogratulować podjętej wreszcie cennej decyzji. We wpisie z 17 lipca akcentowałem również, pisząc o potrzebie równoczesnego pełnego wyświetlenia prawdy o ludobójczej zbrodni w na Wołyniu, niemieckiej zbrodni w Jedwabnem w 1941 r. i ubeckiej zbrodni w Kielcach w 1946 r.: „działania w tych wszystkich trzech sprawach powinny być skoordynowane przez siły patriotyczne, które powinny przypuścić decydujący kontratak dla wyjaśnienia prawdy. W sprawie ukraińskiego ludobójstwa siły patriotyczne zatriumfowały. Teraz czas przyśpieszyć patriotyczny kontratak dla odsłonięcia prawdy o Jedwabnem i Kielcach. Tu mamy świetną zapowiedź zmiany dzięki wyborowi nowego szefa IPN-u.

Wybrany nowym prezesem IPN dr J. Szarek oskarża Niemców o Jedwabne

Kolejny wielki triumf sukces sił patriotycznych dzięki dobremu wyborowi ze strony PiS-u Sejm wybrał nowym prezesem IPN-u dr. Jarosława Szarka z krakowskiego IPN-u. Jest on postacią o jednoznacznym nonkonformistycznym charakterze. W czasie stanu wojennego uczestniczył w pomocy internowanym i więzionym, kolportował i drukował podziemną prasę. W 2011 r. dr Szarek obronił pracę doktorską pt. „Działalność Służby Bezpieczeństwa wobec młodzieży akademickiej Krakowa w latach 1970–1980”, przygotowaną pod kierunkiem profesora Ryszarda Terleckiego, obecnego wicemarszałka Sejmu z ramienia PiS (jednym z recenzentów jego pracy był najwybitniejszy dziś historyk polski prof. Andrzej Nowak). W latach 2009–2012 był członkiem rady programowej Radia Kraków (wraz z trzema innym członkami opuścił ją w proteście przeciwko nie przyznaniu miejsca na multipleksie dla TV Trwam). Od lat jest członkiem renomowanego krakowskiego dwumiesięcznika prawicowego „Arcana” i członkiem redakcji katolickiego tygodnika „Źródło”. Wg. komentarza Onet.pl z 21 lipca 2016 r.: „odnosząc się do poziomu edukacji historycznej w Polsce Szarek ocenił, że obecnie „znajdujemy się w stanie zapaści kulturowej”. – Młodzież nie zna elementarnych rzeczy. Mamy wąską elitę wśród młodego pokolenia i tam jest nadzieja. Tam są jednostki wybitne, ale 90 proc. nie zna elementarnych rzeczy. Do takich rzeczy doprowadziła polska szkoła – mówił. Przedstawiając szczegółowo swoją wizję funkcjonowania IPN Szarek opowiedział się m.in. za kontynuowaniem poszukiwań tajnych miejsc pochówku ofiar reżimu komunistycznego (pracami tymi w Instytucie kieruje prof. Krzysztof Szwagrzyk). Skrytykował w tej sprawie dotychczasowe kierownictwo IPN. Zaznaczył, że w tej sprawie Instytut musi wzmocnić swoje działania, by pamięć o polskich bohaterach stała się w Polsce powszechna”.

W odpowiedzi na zapytanie posła PO Michała Szczerby o to, kto dokładnie był wykonawcą zbrodni w Jedwabnem – Szarek powiedział, że „Wykonawcami tej zbrodni byli Niemcy, którzy wykorzystali w tej machinie własnego terroru – pod przymusem – grupkę Polaków. I tutaj odpowiedzialność w pełni za tę zbrodnię pada na niemiecki totalitaryzm. Polskie Państwo Podziemne wszelkie przejawy kolaboracji z Niemcami, szmalcownictwa, karało śmiercią (…)” (cyt. za: Dorota Kowalska: W IPN powoli nadchodzi czas wielkich zmian, „Polska the Times” z 22-24 lipca 2016). Dr Szarek ocenił też obecność Jana Tomasza Grossa (socjologa i historyka, prof. historii Uniwersytetu Princeton, który w książce „Sąsiedzi” z 2001 r. postawił tezę, że w mordowaniu Żydów w Jedwabnem uczestniczyli też Polacy – red.) na jednej z konferencji współorganizowanej przez IPN – była „gigantycznym błędem”. – Nie ma zgody na udział w poważnych konferencjach naukowych takich ludzi jak pan Gross (…). Taka sytuacja nie może się powtórzyć” (por. tamże). Wszystko wskazuje, że wybór na prezesa IPN-u odważnego historyka o tak jednoznacznych poglądach jak dr Jarosław Szarek przypuszczalnie zapewni IPN-owi godnego następcę tragicznie zmarłego nieodżałowanego prezesa prof. Janusza Kurtyki.

Warto dodać, że w momencie gdy podczas debaty sejmowej poseł M. Szczerba z PO zakwestionował kandydaturę J. Szarka w związku z jego stanowiskiem w sprawie Jedwabnego nader stanowczo wypowiedział się nie zrzeszony poseł narodowiec Robert Winnicki, mówiąc: „Skandalem jest czynienie zarzutu kandydatowi z tego, że uprawia polską politykę historyczną, a nie politykę na zamówienie RFN czy środowisk żydowskich. To, że IPN za niesławnych rządów Leona Kieresa powtarzał kłamstwa Jana Tomasza Grossa, nie oznacza, że tak ma być zawsze”.

Ataki „Wyborczej” na dr. J. Szarka

Jednoznaczne stanowisko dr. Szarka na rzecz odkłamania sprawy Jedwabnego spotkało się natychmiast z atakami „Gazety Wyborczej”. Szczególnie gwałtowny był atak Wojciecha Czuchnowskiego („wyróżnionego w styczniu 2015 r. tytułem „Hieny Roku”, później to „wyróżnienie” zawieszono). Czuchnowski, niedoszły filmoznawca (w pewnym momencie przerwał studia), wystąpił z pouczeniami wobec doświadczonego historyka dr. Szarka, gwałtownie go atakując w tekście: Kłamstwa przyszłego prezesa IPN („Gazeta Wyborcza” z 21 lipca 2016). Czuchnowski nie potrafił w swym ataku podać jakichkolwiek przekonywujących argumentów faktograficznych, za to tym chętniej sięgał do epitetów, pisząc m.in.: „Jarosława Szarka znam osobiście (…) Mimo różnic poglądów uważałem go za prawego człowieka. Wierzyłem, że taki pozostanie. Po jego wystąpieniu przed komisją widzę, że się myliłem”. Oto typowy jakże grubiański styl polemiki „Wyborczej”.

Prof. J. Żaryn o atakach „Wyborczej” na dr. Szarka

Ataki „Wyborczej” na dr. J. Szarka spotkały się z błyskawiczną ripostą znakomitego historyka senatora i prof. Jana Żaryna. Już na pierwsze ataki na dr. Szarka prof. Żaryn zareagował na portalu „Polityce.pl” (20 lipca 2016) tekstem „To manipulacja i brak wiedzy”. Stwierdził w nim m.in.: „Przypomnę, że ostatnio został wyprodukowany bardzo ciekawy film państwa Kujbidów, gdzie pojawia się świadek – wówczas bodaj 10-letnia dziewczynka, dziś starsza pani – która wstrząśnięta opowiada o tych wydarzeniach w Jedwabnem. Niemcy w jej opowieści od początku do końca są właśnie tymi wykonawcami i tymi, którzy pilnują, by wykonanie zostało dokończone w sposób tragiczny zresztą. Można to sobie przeczytać i obejrzeć. Mamy też zeznania, które udało się odnaleźć dzięki panu Arturowi Janickiemu. Mamy w końcu wyniki, które na dziś muszą nam wystarczyć, ekshumacji dokonanej przez wybitnych archeologów z prof. Kolą na czele. Te dotychczasowe możliwości interpretacyjne idą w kierunku jednoznacznym – pojawienie się śladów łusek znajdujących się w stodole i inne dowody, choćby fakt, że znaleziono pieniądze, monety czy biżuterię wśród ofiar tego mordu, świadczą o tym, że w gruncie rzeczy cały ten akt oskarżenia z końca lat 40., gdzie mowa jest o motywie rabunkowym, że nie było Niemców, tylko sami Polacy mieli wykonać tę zbrodnię, są dzisiaj niewiarygodne (podkr. – JRN). W związku z tym niewątpliwie na dzisiejszym etapie wiedzy na ten temat, wypowiedź pt. głównymi wykonawcami tej zbrodni byli Niemcy, choć nie umiemy do końca odpowiedzieć na pytanie jaki był udział Polaków, czy wynikał tylko z przymusu czy miał charakter pomocniczy, jest jak najbardziej uprawniona (…)”.

Dr Szarek krytycznie o transformacjach po 1989 r.

Bardzo ważną sprawą jest fakt, że nowy prezes IPN-u wyraża bardzo krytyczną ocenę przebiegu transformacji po 1989 r. Nader wymownie świadczył o tym wywiad dr. J. Szarka dla portalu „Polityce.pl” z 21 lipca 2016 (por. TYLKO U NAS. Pierwszy wywiad prezesa IPN. Dr Szarek: „Polska ma wyjątkową historię. My naprawdę mamy co pokazać”. Rozmawiał Marcin Wikło). Nowy prezes IPN-u powiedział tam m.in.: „Ktoś mnie ostatnio zagadnął w kwestii „Solidarności”. Usłyszałem, że zniszczyliśmy, my Polacy, mit „S”, bo zbrukaliśmy autorytety tego czasu. Ja odpowiedziałem, że te autorytety same się zniszczyły. Nie odnosi się to konkretnie tylko do dnia dzisiejszego, tylko do całego ostatniego ćwierćwiecza. Problem polega na tym, że III RP nie budowano na państwotwórczym fundamencie, opartym o wartości. Już w latach 90-tych słyszeliśmy często, że kwestie moralne nie mają znaczenia, że „pierwszy milion trzeba ukraść”. W tym momencie należy przywołać znów fenomen Żołnierzy Wyklętych. Młodzież szukała ideałów i nie znalazła ich w pokoleniu ludzi „Solidarności”. To dramat, bo stało się tak z powodu mniejszości, ale na tyle głośnej i znaczącej później w życiu publiczny która te ideały odrzuciła i poszła na skróty. Pokolenie Wyklętych pokazało wierność ponad wszystko, za swoje ideały zapłaciło życiem. A „zachowania się jak trzeba” potrzeba nam zawsze. Nie tylko nam, naszym następcom także”.

Dr Szarek ostro ocenił tez postać Lecha Wałęsy, mówiąc: „Lech Wałęsa uruchomił proces własnej autodestrukcji”. Jak pisała Dorota Kowalska w „Polska the Times” (op. cit.): „W osobie nowego prezesa IPN, mimo, że Wałęsa pozostaje symbolem Solidarności, to jego kilkuletnia współpraca ze Służba Bezpieczeństwa jest bezdyskusyjna. Szarek przypomniał, że Wałęsa nawet o własnych kolegach ze Stoczni Gdańskiej mówił, że są nikim. „Wy jesteście nikim, ja w ciągu jednego wykładu zarobię więcej niż wy przez całe życie” – cytował słowa Wałęsy Szarek, dodając, że są one podważeniem całego ideału Solidarności”.

Ks. biskup Stanisław Stefanek przeciw dotychczasowej fali kłamstw o Jedwabnem

Bardzo ważne znaczenie ma świeże opublikowanie książki ks. biskupa Stanisława Stefanka: „We wszystkim Chrystus” wraz z rozdziałem VI: „Prawda o Jedwabnem” (z Biskupem Stanisławem Stefankiem rozmawia Marzena Nykiel). Ks. biskup Stanisław Stefanek należał od początku do grupy hierarchów szczególnie zdecydowanie sprzeciwiających się polakożerczym kłamstwom J. T. Grossa (obok samego Prymasa J. Glempa, przewodniczącego Episkopatu J. Michalika, ks. biskupa K. Ryczana, ks. biskupa A. Małysiaka czy ks. biskupa E. Frankowskiego). I właśnie ks. biskup Stefanek pośród hierarchów chyba najwięcej zrobił dla obnażenia oszczerstw Grossa, za co spotkały go niewybredne ataki,. A oto, co stwierdził na ten temat w nowej książce (wg fragmentu wywiadu przeprowadzonego z nim przez Marzenę Nykiel, przedstawionego 20 lipca 2016 r. na portalu „w Polityce.pl” pt. Bp Stefanek: Nikt nie chciał dotknąć prawdy o Jedwabnem, bo ona przeczy programowi kłamstwa, który nazwałem „holocaust business”, wspominającego obchody rocznicy zbrodni w Jedwabnem w 2001 r.). „Wszystko, co wyprawiano wokół Jedwabnego na rocznicę, było jednym wielkim kłamstwem i do dziś pozostało wielką manipulacją. Jest to ubliżanie i ogromna krzywda wyrządzona tym męczennikom. Gdy to rozeznałem, gdy pojąłem, że ktoś próbuje zarówno mnie osobiście, jak i Kościół katolicki włączyć do tego kłamstwa i to tak daleko, że chcą nas uczynić jego autorami, ostrzegłem publicznie w homilii przed tym, co będzie się dziać. Ta homilia wywołała najwięcej ataków ze strony mediów świeckich (podkr. – JRN). A ja mam nagrania, wypowiedzi świadków, których obiecałem nie publikować, póki żyją ich autorzy, ze względu na bezpieczeństwo i potrzebę spokoju. Ja nie mogłem odezwać się w tej sprawie inaczej. Nie mogłem inaczej postąpić. Próbowano ze mnie potem zrobić agenta. Jak już nie wyszło Jedwabne, to miałem być współpracownikiem UB. Potem chodził za mną redaktor słynnej gazety, którą niektórzy nazywają polskojęzyczną. Całą rodzinę odwiedził. Wszystkie moje środowiska – i lubelskie, i poznańskie. Nie wiem, co się stało, że ten redaktor napisał potem potężny artykuł w „Gazecie Wyborczej”, który miał ostatecznie bardzo pozytywny wydźwięk. No, ale były inne momenty. Na przykład doniesiono do ABW, że mają tu miejsce jakieś potężne nadużycia finansowe. W którymś momencie zaczęto nawet wskazywać, kto jest moim synem. To osoba wtedy dosyć publicznie aktywna. Uważałem go wówczas za młodego Polaka, który może budować Polskę, kilka razy przyjąłem go w domu. Tyle wystarczyło, żeby pojawiła się opinia, że to pewnie mój syn. To jest właśnie ten rytualizm. Biskup siedzi na tronie, a jeżeli dopuści kogoś blisko, natychmiast rodzi się pytanie, dlaczego. Skoro to młody chłopak, to pewnie jego syn. Takich numerów było dużo. Biskupi traktują to jako normę. Mnie jest tylko żal tej całej zaprzepaszczonej sprawy z Jedwabnem”.

Niegodne zachowanie kilku duchownych, którzy bronili J. T. Grossa

Dumny jestem z tego, że tak niezłomny w swej religijnej posłudze i tak patriotyczny ks. biskup Stanisław Stefanek uświetnił swą obecnością, obok wicemarszałka Senatu Kazimierza Putry, uroczyste przyznanie mi honorowego obywatelstwa miasta Jedwabne w dniu 30 grudnia 2005 r. Jego obecność na tej uroczystości była dla mnie tym cenniejsza, że zdarzali się hierarchowie, którzy zachowali się wobec mnie niegodnie, mimo, że broniłem prawdy o Polsce i o Kościele katolickim wobec oszczerstw Grossa. Dość przypomnieć haniebne zachowanie się „TW Filozofa”, ks. abp. Józefa Życińskiego, który broniąc Grossa kilkanaście razy grubiańsko atakował mnie (m.in. w programie M. Olejnik, w konsulacie RP w Toronto, etc.). Czy innego hierarchę ks. arcybiskupa, teraz też kardynała Kazimierza Nycza, który złośliwie kilka lat temu zablokował w ostatniej chwili (na kilka godzin przed odbyciem) mój wykład w kościele przy ul. Dickensa w Warszawie. Zrobił tak pomimo tego, że wykład miał na celu obronę Kościoła katolickiego i Polski wobec oszczerstw Grossa. Ciekawe, czy ten hierarcha zdobędzie się kiedyś na przeproszenie mnie za ten swój wyczyn niegodny hierarchy i chrześcijanina?! Tym bardziej, że teraz coraz bardziej widać, choćby w świetle ostatniej wypowiedzi nowego prezesa IPN-u J. Szarka, że to ja miałem rację w sprawie polakożercy Grossa, a nie atakujący mnie paszkwilanci w stylu J. Życińskiego. Warto przypomnieć, że wśród atakujących mnie w obronie J. T. Grossa było paru innych niezbyt ciekawych duchownych, m.in. wypróbowany agent SB ks. M. Czajkowski, czy atakujący tak niegodnie ks. arcybiskupa Henryka Hosera ks. W. Lemański (atakował mnie na łamach niby katolickiej „Węzi”, atakował też ks. biskupa S. Stefanka). Nie mówiąc już o ks. Adamie Bonieckim, który na łamach redagowanego przezeń „Obłudnika Powszechnego” dopuścił atakowanie mnie i Radia Maryja przez jakiegoś krakowskiego ateusza, a równocześnie bronił i wciąż wybrania katolikożercę J. T. Grossa. Czas wreszcie powiedzieć całą prawdę o zachowaniu tych wszystkich duchownych, którzy wspierali hochsztaplera Grossa! Dodajmy do tego tak skompromitowaną postać Henryka Woźniakowskiego, prezesa parokrotnie publikującej wroga Kościoła katolickiego Grossa witryny wydawniczej „Znak”, która dawno już przestała mieć związek z prawdziwym katolicyzmem i polskością. Czy u tych wszystkich osób odezwie się kiedyś sumienie?

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/07/triumf-kresowiakow.html

Trzeba przeprowadzić kontratak patriotyczny

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Po dziesięcioleciach panowania „pedagogiki wstydu” wreszcie przyszła afirmacja polskiej godnościowej polityki historycznej wraz z prezydenturą A. Dudy i utworzeniem rządu B. Szydło. Wszyscy patrioci wiążą z tą polityką ogromne nadzieje, a jej skuteczność będzie oznaczała jeden z największych sukcesów PiS. Z tym większym ubolewaniem należy więc zwrócić uwaga na parę rys, jakie zaznaczyły się w tej polityce. Pierwszą wielką rysą było niezbyt fortunne zachowanie się przedstawicieli PiS-owskich władz w sprawie obchodów 70 rocznicy tzw. pogromu kieleckiego, a właściwie zbrodni ubeckiej w lipcu 1946. Prezydent A. Duda zachował się w tej sprawie w sposób bardziej wyważony, mówiąc zarówno o antysemityzmie, jak i o tym, że „Władze państwa: wojsko, milicja, UBP zachowały się tamtego dnia w zdumiewający, a często bestialski sposób. To wojsko i milicja pierwsze otwarły tutaj ogień i wiele ofiar, które zginęły, zginęło od kul. To wojsko i milicja zamiast pomóc i chronić polskich obywateli, naszych współobywateli, nie tylko nie zapewniły ochrony, ale jeszcze zaatakowały i pozostawiły sprawę i UB przez wiele godzin nie reagowało. Dopiero wieczorem przyszło z ochroną”. Stwarzało to okazję do refleksji nad istotą zbrodni kieleckiej, która jak okazało to wiele dowodów z ostatnich kilkunastu lat była faktycznie dziełem prowokacji NKWD i UB. Niestety dużo gorzej wyszło z listem premier B. Szydło, która korzystając z wyraźnie złych porad mówiła tylko o antysemityzmie tłumu, całkowicie pomijając sprawę tak zasadniczą – zbrodniczą organizacyjną i prowokacyjną role NKWD i UB w całej sprawie. W ten sposób nowy rząd stracił świetną okazję zademonstrowania, że zrywa z długoletnią PRL-owską polityką kłamstw o „pogromie kieleckim”. Można ubolewać też, że z okazji 75-lecia mordu w Jedwabnem ani prezydent, ani premier nie wskazali na potrzebę ponownego wznowienia śledztwa w tej sprawie, tak jednostronnie i z zafałszowany sposób, kierowanej przez ludzi czołowego szkodnika z IPN – jego prezesa L. Kieresa.

Szczególnie niepokojące okazało się nagłe zatrzymanie – pod wpływem przypuszczalnych nacisków z zewnątrz – już obiecanych działań PiS w sprawie publicznego potępienia ludobójstwa ukraińskiego Sejmie i ustanowienia w dniu 11 lipca „Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej II Rzeczpospolitej”. Wszystko na to wskazuje, że powinien być spotęgowany nacisk społeczny w celu należytego wyjaśnienia prawdy o zbrodniczej roli Niemców w Jedwabnem, ubeckiej prowokacji w Kielcach, a także przyśpieszenie działań dla należytego uczczenia pamięci 150 tysięcy Polaków bestialsko pomordowanych przez nacjonalistów ukraińskich w na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Myślę, że działania w tych wszystkich trzech sprawach powinny być skoordynowane przez siły patriotyczne, które powinny przypuścić decydujący kontratak dla wyjaśnienia prawdy. Oczekuję przy tym na potencjalnie szczególnie duży sukces – w naciskach na odpowiednie jak najszybsze należyte uczczenie ofiar ludobójczej rzezi na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Nadzieje moje w tej sprawie wspiera fakt, że w tym roku po dziesięcioleciach przemilczeń doszło do wyjątkowo dużej skali wystąpień w mediach i w toku manifestacji na rzecz odpowiedniego upamiętnienia martyrologii Polaków, spowodowanej przez ludobójców ukraińskich. Naród się budzi! Niżej pozwolę sobie na wyliczenie – z grubsza – osób, z różnych środowisk, które stanowczo opowiedziały się za takim upamiętnieniem.

Za uznaniem daty 11 lipca za Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej II Rzeczpospolitej

Wśród osób optujących za wprowadzeniem w dniu 11 lipca specjalnego święta – Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej II Rzeczpospolitej” znaleźli się m.in.: poseł PiS, przewodniczący Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej i przewodniczący sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą Michał Dworczyk, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro jako Prezes Zarządu Głównego Solidarnej Polski, wybrany senatorem z listy PiS prof. Jan Żaryn, wybrany senatorem z listy PiS Robert Gaweł i przeważająca część Senatu, około 60 senatorów, głównie członków PiS, która w swej rezolucji wezwała Sejm do poparcia uczczenia martyrologii Kresowiaków specjalnym świętem w dniu 11 lipca (przeciw było 20 senatorów, głównie z kręgów PO, a jeden z senatorów się wstrzymał od głosu). Wśród innych polityków, którzy poparli ideę uznania dnia 11 lipca za Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa znalazł się w komplecie klub Pawła Kukiza wraz z jego liderem i ze szczególnie dobitnie zabierającymi głos w tej sprawie takimi osobami jak posłowie: Marek Jakubiak, Tomasz Rzymowski, Wojciech Bakun, Józef Brynkus, Piotr Apel i posłanka Elżbieta Borowska. Sprawę uczczenia pomordowanych w dniu 11 lipca zdecydowanie popiera klub poselski PSL, m.in. dobitnie zabierający głos w tej sprawie poseł Piotr Zgorzelski. Podobne stanowisko zajął marszałek senior Sejmu Kornel Morawiecki. Projekt Dnia Pamięci cieszy się bardzo mocnym poparciem narodowców, w tym szczególnie zaangażowanego w tej sprawie posła Roberta Winnickiego. W manifestacji Kresowiaków w dniu 7 lipca uczestniczyło również dwóch wiceprzewodniczących partii Prawica Rzeczpospolitej: Marian Piłka i Krzysztof Kawęcki. Przeciw zamazywaniu rzezi wołyńskiej w celach politycznych wypowiedział się przywódca Partii Korwin – Janusz Korwin-Mikke. Z kręgów lewicowych warto wspomnieć o poparciu dla wspomnianej inicjatywy ze strony czołowego niegdyś reformatora partyjnego, b. wicemarszałka Sejmu Tadeusza Fiszbacha. Projekt ustanowienia 11 lipca Dniem Pamięci zdecydowanie popierają również: b. premier z ramienia SLD Leszek Miller i pierwszy polski kosmonauta Mirosław Hermaszewski, który cudem uratował życie w czasie rzezi wołyńskiej.

W debacie akcentującej znaczenie odpowiedniego uczczenia martyrologii Polaków na Kresach szczególnie wielką rolę odegrał ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Podobnie jak on w manifestacji Kresowiaków na rzecz Dnia Pamięci w dniu 7 lipca przed Sejmem uczestniczył również znany i zasłużony duchowny, niegdyś będący na liście śmierci SB ks. Stanisław Małkowski. Za uczczeniem Dnia Pamięci opowiada się też znany duchowny częstochowski ks. Andrzej Sobota. Wśród apelujących w specjalnym liście o udział w manifestacji 7 lipca znaleźli się m.in.: prof. dr hab. Bogumił Grott, prof. Leszek Jazownik, dr n. med. Krzysztof Kopociński, Mirosław Kowzan, dr Lucyna Kulińska, dr hab. Bogusław Paź, Ewa Siemaszko, Danuta Skalska, historyk, b. poseł na Sejm dr Andrzej Zapałowski, Tomasz A. Żak, Sulimir Żuk. Wielką rolę organizacyjną w działaniach dla odpowiedniego uczczenia ofiar ukraińskiego ludobójstwa odgrywa Witold Listowski, prezes Patriotycznego Związku Organizacji Kresowych i Kombatanckich.

Ze środowisk twórczych szczególnie mocno warto wymieć najznakomitszego pisarza i poetę kresowego Stanisława Srokowskiego, stałego autora wprost bezcennych felietonów w „Warszawskiej Gazecie”, pisarza i poetę Waldemara Żyszkiewicza, wieloletniego współpracownika „Tygodnika Solidarność” i reżysera Wojciecha Smarzowskiego, kręcącego tak oczekiwany film „Wołyń”.

Wśród naukowców szczególnie mocno eksponujących ludobójczy charakter rzezi wołyńskiej są oprócz prof. J. Żaryna, m.in. profesor Bogumił Grott, dr Lucyna Kulińska, Ewa Siemaszko, wiceprezes IPN-u Paweł Ukielski, dr hab. Bogusław Paź, prof. Tadeusz Marczak, prof. Włodzimierz Konarski.

Wśród publicystów szczególnie mocno eksponujących bestialstwo ludobójców ukraińskich można wyliczyć m.in.: Rafała M. Ziemkiewicza, red. Marcina Hałasia i red. Mirosława Kokoszkiewicza z „Warszawskiej Gazety”, red. Zbigniewa Lipińskiego z „Myśli Polskiej”, zastępcę naczelnego redaktora „w Sieci” Piotra Skwiecińskiego, red. Wojciecha Reszczyńskiego z „w Sieci”, red. Marka K. Koprowskiego z „Najwyższego Czasu”, redaktorów Stanisława Żurka, Lecha Makowieckiego i Roberta Wita Wyrostkiewicza z “Polski Niepodległej”, Krzysztofa Jóźwiaka z „Rzeczpospolitej”, Zenona Baranowskiego z „Naszego Dziennika”, Jakuba Augustyna Maciejewskiego z „Gazety Polskiej”, naczelnego redaktora lewicowego „Przeglądu” Jerzego Domańskiego (nie są to na pewno wszystkie postacie zabierające głos z potępieniem ukraińskiego ludobójstwa, tylko te, co dotąd zauważyłem).

Ze strony przeciwników eksponowania sprawy ukraińskiego ludobójstwa warto wymienić przygotowany w początkach lipca br. przez grupę czołowych lewaków i lemingów, w tym kilku b. prezydentów, list pozytywnie oceniający jak wiemy tak ułomny i nie satysfakcjonującym Polaków list kilkunastu osobistości ukraińskiej, w tym paru b. prezydentów. Pisano tam m.in.: „Raduje nas Wasz list, ze znamiennymi słowami „prosimy o wybaczenie”, w którym nie uchylacie się od odpowiedzialności za polskie krzywdy lat 40. ubiegłego stulecia. My również składamy hołd ofiarom bratobójczych konfliktów polsko-ukraińskich” (…) Prosimy o wybaczenie krzywd zadanych naszym braciom Ukraińcom polskimi rękoma”. Skrajną bzdurą było stwierdzenie w liście polskich polityków o „bratobójczych konfliktach polsko-ukraińskich” w odniesieniu do nikczemnych ciosów zadanych z jednej strony – ukraińskich ludobójców. Ks. T. Isakowicz-Zaleski słusznie wskazał na nonsens występującego w tym liście zestawienia ofiar rzezi na Polakach z ofiarami po stronie ukraińskiej, postawienia znaku równości między ludobójstwem na ludności polskiej a akcjami obronnymi.

Pod tak sformułowanym listem podpisali się (i jest to prawdziwa „lista hańby”) m.in.: Lech Wałęsa, Aleksander Kwaśniewski, Bronisław Komorowski. A także: Włodzimierz Cimoszewicz, Andrzej Olechowski, Radosław Sikorski, Paweł Kowal, Grzegorz Schetyna, Mateusz Kijowski, Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak, Janusz Onyszkiewicz, Adam Michnik, Jerzy Baczyński, Bogusław Chrabota, Tomasz Lis, Sławomir Sierakowski, o. Ludwik Wiśniewski, Andrzej Stasiuk i Danuta Kuroń.

Jak z tego widać P. Kowal już zupełnie „w piętkę goni”. Prawicowiec Kowal, czy raczej łże-prawicowiec Kowal podpisał się pod listem czołowych lewaków i lemingów. Trzeba też z przykrością powiedzieć, że PiS przez niepotrzebne kluczenie w Sejmie w ostatnich paru tygodniach mimo woli znalazł się w jednym szeregu z Kwaśniewskim, Komorowskim, Wałęsą, Cimoszewiczem, Schetyną, Kijowskim, Michnikiem, Bujakiem, Sierakowskim, Stasiukiem, znanym z oszczerczych wystąpień na temat Polski, pisarzem, który głosił, że Kaczyński „chciałby podpalić Polskę jak Neron”. A także z Borusewiczem, Borowskim i Klichem, którzy gardłowali w Senacie przeciw uchwale domagającej się ogłoszenia 11 lipca Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa. I z „Gazetą Wyborczą” oraz „Tygodnikiem Powszechnym”, które konsekwentnie dążą do relatywizowania sprawy rzezi wołyńskiej.

Mam nadzieję, że PiS naprawi te tak niepotrzebne kluczenia, sprzeczne z jego poprzednią polityką, i na sesji Sejmu w dniu 19 lipca naprawi swój poważny błąd z ostatnich paru tygodni. I jednoznacznie powróci na drogę stanowczego potępienia ukraińskich ludobójców zgodnie z wolą ogromnej części swego elektoratu. I zgodnie z duchem zapowiadanej przez siebie prawdziwej polityki historycznej, odwołującej się do prawdy o historii narodu i do jego godności. Ze szczególną przyjemnością cytuję w tym kontekście niżej trzy szczególnie znaczące wystąpienia z ostatnich dni prominentnych postaci PiS-u lub osób z nim związanych.

Przewodniczący Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej poseł M. Dworczyk za tym, by jedno święto „było poświęcone wyłącznie dramatowi wołyńskiemu”

Popularny patriotyczny tygodnik katolicki „Niedziela” zamieścił wywiad red. Wiesławy Lewandowskiej z posłem Michałem Dworczykiem „Spór o pamięć” (nr z 17 lipca 2016 r.), jednoznacznie wypowiadający się za spełnieniem oczekiwań Kresowian w sprawie ustanowienia 11 lipca Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa, dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na obywatelach II RP. Jednoznaczne stanowisko posła M. Dworczyka w tej sprawie ma tym większe znaczenie, iż jest on przewodniczącym Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej i przewodniczącym sejmowej Komisji Łączności z Polakami za Granicą. Na początku wywiadu red. W. Lewandowska powiedziała: „Mści się poprawność polityczna stosowana przez lata w relacjach polsko-ukraińskich – tak m.in. skomentował Pan protesty strony ukraińskiej w związku z kolejną polską próbą upamiętnienia ludobójstwa dokonanego na Polakach przez ukraińskie formacje nacjonalistyczne w czasie II wojny światowej. Uważa Pan, że najnowsza historia stosunków polsko-ukraińskich opiera się na nieszczerości, na rezygnacji z przypominania przykrej prawdy historycznej?

Odpowiadając na to pytanie, poseł Dworczak stwierdził m.in.: „Tak można by to dziś – po wymianie opinii na temat ludobójstwa dokonanego na Polakach przez ukraińskich ludobójców w czasie drugiej wojny światowej – opisać. To przykre, bo przecież Polska była pierwszym krajem, który uznał niepodległość Ukrainy. Kibicowaliśmy Ukrainie w ciągu dwudziestu kilku lat jej burzliwej historii, podziwialiśmy i wspieraliśmy dwa „,majdany”, które wyrażały demokratyczne aspiracje Ukraińców. Jednakże na naszych relacjach kładzie się wielkim cieniem sprawa mordów dokonanych na obywatelach II RP w latach 1939-1945, dla Polaków wciąż bolesna. Szkoda, że polskie elity w imię źle rozumianej poprawności politycznej i traktowania Ukrainy jak niedojrzałego dziecka, niezdolnego do szczerości i poważnej rozmowy, przez lata unikały poruszania tego trudnego tematu (podkr. – JRN). Nie próbowano dokonywać żadnych ocen rzezi wołyńskiej, nawet moralnych i etycznych… Tym bardziej nie robiono tego na Ukrainie (…) Polskie milczenie można traktować jako przyzwolenie na taki, a nie inny kierunek (…) dzisiejszy przełom w relacjach z Ukrainą nie dotyczy wybaczania lub przeprosin, lecz tego, jakie będą za kilka lat konsekwencje prowadzonej dziś przez Ukrainę polityki historycznej. Jeżeli w tej sprawie nic się nie zmieni wkrótce wyrośnie nowe pokolenie Ukraińców ze zmanipulowaną wiedzą historyczną, dla którego ludobójcy będą bohaterami (podkr. – JRN). Ci młodzi ludzie nie będą rozumieli, dlaczego Polacy nie mogą zaakceptować ich bohaterów i wciąż mają jakieś pretensje. Na gloryfikacji zła, na kłamstwie nie da się zbudować niczego trwałego, zwłaszcza partnerstwa i przyjaźni (podkr. – JRN). A zatem dwa największe państwa Europy Środkowej: Polska i Ukraina będą trwać w stanie permanentnej kłótni i żadne z osobna nie będzie traktowane podmiotowo przez wielkich sąsiadów ze Wschodu i z Zachodu (…) W tym roku PiS przygotował projekt uchwały, która niezmiennie jednoznacznie opisuje tę kwestię historyczną, zawiera też projekt święta – Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na obywatelach II RP (…). Ustosunkowując się do uwagi, iż wysuwany jest równocześnie projekt obchodu krzywd Polaków na Kresach, poniesionych w związku z sowiecka agresją w dniu 17 września 1939 r. i do zapytania „czy powinniśmy mieć co najmniej dwa kresowe święta”, poseł Dworczak odpowiedział: „Moim zdaniem dobrze by było, gdyby jedno przypominało cały dorobek Kresów, a drugie było poświęcone wyłącznie dramatowi wołyńskiemu” (podkr. – JRN).

Minister Z. Ziobro za ogłoszeniem 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa

Bardzo ważne znaczenie miało jednoznaczne wystąpienie ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry na rzecz ogłoszenia 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa, dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej II Rzeczpospolitej. W liście podpisanym przez Ziobro, nie jako ministra sprawiedliwości, lecz jako Prezesa Zarządu Głównego Solidarnej Polski zostały zaakcentowane słowa, że Polacy są winni pamięć ofiarom, a „nade wszystko prawdę”. „Na tej prawdzie chcemy budować przyszłość i jak najlepsze relacje z niepodległą Ukrainą. To jedyna droga do rzeczywistego pojednania, bo tylko prawda, nawet jeśli jest najboleśniejsza, wyzwala” . Ziobro dodał: „Ta masowa i straszna zbrodnia popełniona przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) przez dziesiątki lat nie została oficjalnie nazwana – zgodnie z prawdą historyczną – Ludobójstwem. Jesteśmy przekonani, że dzień 11 lipca zostanie Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej II Rzeczpospolitej” (por. Mocna deklaracja Zbigniewa Ziobro ws.Wołynia – Wprost.pl-Mocna-deklaracja-Zbigniewa-Ziobro).

Senator prof. Jan Żaryn: Nie wolno zamykać ust Kresowiakom

Na rzecz należytego uczenia pamięci Kresowiaków poprzez święto w dniu 11 lipca wielokrotnie występował publicznie jeden z najwybitniejszych współczesnych historyków polskich, wybrany na senatora RP z listy PiS profesor Jan Żaryn. To on był inicjatorem uchwały Senatu w sprawie ogłoszenia 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa, dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczpospolitej. Był również jednym z głównych mówców podczas zwołanej w tej sprawie manifestacji Kresowian przed Sejmem RP w dniu 7 lipca 2016 r. Szczególnie gorąco polecam znakomity wywiad Rafała Pazio z prof. Żarynem na temat ludobójstwa na Wołyniu, opublikowany w najnowszym numerze „Najwyższego Czasu” z 16 lipca 2016 r. W czasie tego wywiadu senator prof. Jan Żaryn powiedział m.in.: „(…) Należy zdecydowanie żądać przyznania od przywódców państwa ukraińskiego, niezależnie od tego, w jakim czasie, okresie i kondycji jest to państwo, że OUN, UPA i ideologia nacjonalizmu ukraińskiego, wychodząca z pogańskich doktryn przedwojennych, przyniosła skutek w postaci ludobójstwa. To przyznanie stanie się dla nas, Polaków, gwarancją rzeczywistych, a nie pozbawionych gwarancji bezpieczeństwa, relacji polsko-ukraińskich Taka jest jedna strona polskiego napięcia. Te stronę ja reprezentuję (…) Jak długo będziemy udawali, że istnieje dla Polaków do przyjęcia jakakolwiek inna polityka pamięci w państwie ukraińskim wobec UPA, OUN i pogańskiego nacjonalizmu ukraińskiego, opartego na doktrynie Donicowa, która była ściśle związana z „Mein Kampf”, przemyśleniami Adolfa Hitlera i nazizmu, też wychodzącego z pogańskiej tradycji? Nie wolno dawać stronie ukraińskiej przekazu relatywizującego, ponieważ taki przekaz był nadawany przez dwadzieścia parę lat i nie przyniósł pożądanego skutku. Ukraina wykorzystała ten czas co najwyżej do powiększania, w budowaniu nowoczesnego narodu, tej sfery pamięci, która dotyczy honorowania banderyzmu. Zatem z punktu widzenia naszych interesów narodowych jest to czas stracony (podkr. – JRN).

Prawdę mówiąc, równie złe jest to, jeżeli będzie nam zagrażał Wołyń i ludobójstwo w przyszłości, dokonane przez nowych banderowców, jak i najazd postsowietów na Polskę. Nie widzę specjalnej różnicy. Tu nie ma kompromisu w tym sensie, że strona polska nie może, nie chce i mam nadzieję, że nigdy nie będzie chciała doprowadzić do tego, żeby zamknąć usta Kresowiakom. Nie będzie tak, jak kiedyś PRL, próbował zamykać usta, dość skutecznie, przez dziesięciolecia, rodzinom katyńskim. To byłaby największa tragedia (podkr. – JRN) (…) Państwo Polskie albo się wpisze w tę wolę znacznej części narodu, albo będzie w oporze wobec tejże części narodu, która i tak obchodzi 11 lipca. Mam nadzieję, że formacja dziś rządząca - a sam do tej formacji też się przyznaję, chociaż nie jestem członkiem Prawa i Sprawiedliwości, ale jestem senatorem dzięki tejże formacji - zgodnie ze swoją tradycją i programem będzie wyczulona na to, żeby wspierać te naturalne oddolne potrzeby narodu. Wspierać, a nie tłumić i tłamsić – jak to było w przypadku formacji poprzedniej (wszystkie podkreślenia – JRN).

Odpowiadając na zastrzeżenia senatora Jana Rulewskiego z PO, który przestrzegał, że przez stanowczą ustawę Senatu jakoby stracimy w oczach Ukraińców, senator Żaryn stwierdził: „Jesteśmy bardzo często, jako Polacy wbijani w taki niewolniczy – jak to nazwałem podczas obrad Senatu – syndrom lęku, który wypływa ze stawiania bez przerwy pozornych barier, które mają rzekomo mieć jednoznaczny i dramatyczny wpływ na decyzje. Gdy jednak dokładnie się przyjrzeć, powodem takiego szantażu jest tylko i wyłącznie wywołanie lęku, bo racjonalnie żadnego dowodzenia nie można tutaj wyprowadzić”.

Senator Żaryn wypowiedział się również zdecydowanie z poparciem dla przygotowywanego do wyświetlenia filmu Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”, mimo przewidywanych wielu mocnych scen w tym filmie. Akcentował: „Znamy te tragiczne wydarzenia z rozrywaniem kobiet i dzieci, gwałtami, dotyczące specjalnego traktowania kapłanów rzymsko–katolickich, z wyrywaniem genitaliów, wkładaniem zardzewiałego drutu w odbyt. Gdy się to mówi, to już powstaje straszny obraz, to wszystko zostanie najprawdopodobniej pokazane. Nie wiem, czy my to zniesiemy, ale z drugiej strony trzeba znieść, aby zrozumieć traumę rodzin”.

Niezwykle mocno zabrzmiała pointa wywiadu senatora J. Żaryna na temat różnych odsłon nacjonalizmu ukraińskiego: „Odwoływanie się do terrorystów, wykładnia ideologiczna Doncowa i praktyka Stefana Bandery – to wątki tożsamościowe, które siłą rzeczy zostały wybrane jako wątki narodotwórcze. Z punktu widzenia polskiej racji stanu i bezpieczeństwa narodowego są nie do przyjęcia. Mam nadzieję, że nigdy nie będą do przyjęcia dla struktur europejskich i atlantyckich. Mam też nadzieję, że państwo ukraińskie odwołujące się do praktyk ludobójczych nie będzie przyjęte do rodziny państw europejskich oraz atlantyckich” (podkr. – JRN).

W kontekście tego wywiadu prof. Żaryna warto przypomnieć wydarzenia ze stycznia 2015 r. we Lwowie, gdzie odbyły się uroczyste obchody przy pomniku Stepana Bandery z okazji 106. rocznicy urodzin działacza, przewodniczącego prowydu OUN. W czasie obchodów burmistrz Lwowa Andrij Sadowyj powiedział: „Stepan Bandera – to nie obiecanki, nie hasła, nie przemówienia. To czyn i działanie. Warte tysiąca pustych dyskusji”. Burmistrz powiedział, że „lwowianie są wspólnotą, jeśli oni będą razem, nigdy nie zostaną pokonani i to będzie najlepszą kontynuacją dzieła Bandery”. Wieczorem zaś ponad stu młodych ludzi wzięło udział w marszu z pochodniami, Podczas akcji uczestnicy skandowali hasła: „Chwała nacji! Śmierć wrogom! „OUN UPA – uznanie państwowe”, „Bohaterowie nie umierają – umierają wrogowie”, „Bandera przyjdzie – zaprowadzi porządek”, „Smert Lachom”, Lachy za San”. A milicja ukraińska zachowywała się biernie i bezczynnie. Były szef Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Wałentyn Naływajczenko powiedział wprost: „SBU będzie korzystała z doświadczenia banderowskiego OUN – UPA (dane wg www.prawica.net445807.06 2016).

Czy kraj, w którym toleruje się tego typu wystąpienia może być członkiem struktur europejskich i atlantyckich? Zgadzam się z prof. J. Żarynem, że nie może. Dlatego musimy z całą siłą perswazji przekonywać władze ukraińskie, żeby odeszły ze swego zgubnego probanderowskiego kursu i w żadnym razie nie powinniśmy iść wobec nich na ustępstwa kosztem prawdy i Polski. Oby sesja Sejmu w dniu 19 lipca usunęła nie potrzebny chwilowy, mam nadzieję rozziew między stanowiskiem PiS, a stanowiskiem większości narodu. Oby sesja Sejmu w dniu 18 lipca stała się prawdziwym triumfem polskiego patriotyzmu dzięki wreszcie w pełni jednoznacznemu stanowisku PiS. Bez takiej decyzji sprawa rzezi wołyńskiej pozostanie „nie zagojoną raną”.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/07/trzeba-przeprowadzic-kontratak.html

Cała prawda o Jedwabnem

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

(Tekst mojego artykułu, który ukazał się w najnowszym numerze „Zakazanej historii” za lipiec 2016 r.)

Zbliżająca się 75. rocznica mordu w Jedwabnem staje się tym lepszą okazją do podsumowania dotychczasowych efektów badań tej zbrodni i ich nagłaśniania. Niestety ta ostatnia sprawa wygląda szczególnie fatalnie dla Polski. W świecie powszechnie zwyciężyła narracja Jana Tomasza Grossa, obciążająca Polaków za rzekome sprawstwo tej zbrodni. Co więcej, pomimo ustaleń bardzo połowicznej, przerwanej ekshumacji przeważająca część zagranicznych autorów podaje zafałszowaną przez Grossa ilość żydowskich ofiar w Jedwabnem, tj. 1600 osób, a nie 350-400, jak ustalono w czasie ekshumacji. Przykładowo podam, że nawet znany historyk francuski prof. Daniel Beauvois, doktor honoris causa Uniwersytetów Wrocławskiego, Warszawskiego i Jagiellońskiego podał w swej wydanej w 1995 r. „Histoire de Pologne” fałszywą liczbę 1600 osób w Jedwabnem. Co sprawiło, że za granicą zatriumfowała tak krzywdząca dla Polski fałszywa narracja J. T. Grossa?

Złożyło się na to kilka czynników. Pierwszym z nich była szkodliwa postawa pierwszego szefa IPN-u Leona Kieresa, który wspierał tezy Grossa. Drugim czynnikiem był fakt, że przez cztery lata rządów SLD i i osiem lat Platformy Obywatelskiej nie dbano o jakiekolwiek zasady polskiej polityki historycznej i jakąkolwiek obronę prawdy o historii Polski. Po trzecie, i to jest też bardzo ważny czynnik – w pierwszych latach po ogłoszeniu książki J. T. Grossa „Sąsiedzi” zbyt mało polskich historyków i publicystów wystąpiło z odważnym otwartym potępieniem wbrew „poprawności politycznej” tej jawnie oszczerczej, wręcz hochsztaplerskiej książki żydowskiego socjologa. Wśród tych, którzy otwarcie wystąpili przeciw kłamstwom Grossa przytoczę takie nazwiska jak prof. Tomasz Strzembosz, dr Piotr Gontarczyk, dr Leszek Żebrowski, profesor Marek Wierzbicki, dr Sławomir Radoń, prof. Krzysztof Kawalec, prof. Tomasz Szarota, dr Adam Cyra, prof. Ryszard Bender, dr a później profesor Bogdan Musiał. Wystąpiłem również ja w 2001 r. z pierwszą naukową książką demaskującą kłamstwa Grossa pt. „Sto kłamstw J. T. Grossa”. Z kręgów polonijnych zaś trzeba odnotować stanowczą krytykę kłamstw Grossa przez prof. Ivo C. Pogonowskiego, dr, a później prof. Marka Jana Chodakiewicza, prof. Johna Radziłowskiego i Ryszarda Tyndorfa. Było to jednak o wiele za mało, by przeciwstawić się ogromnej skoordynowanej wrzawie bardzo silnego lobby żydowskiego w Polsce, o którym szerzej jeszcze później wspomnę.

Zafałszowania wokół mordu w Jedwabnem

Od momentu opublikowania „Sąsiadów” Grossa w 2000 r. wiele kwestii w tej książce wydawało się całkowicie nieprawdopodobnych i wzbudziło natychmiastowe kontrowersje. Szczególnie nieprawdopodobna wydała się podana przez Grossa liczba 1600 Żydów, którzy mieli być spaleni w jednej stodole. Wątpiono, czy jakakolwiek stodoła mogła pomieścić taką ilość ofiar. Ekshumacja w Jedwabnem dowiodła później, że w rzeczywistości zginęło tam nie 1600 Żydów, lecz około 350-400. Od początku podważano twierdzenie Grossa, że zbrodnia została popełniona całkowicie przez Polaków, bez jakiegokolwiek aktywnego udziału Niemców w sytuacji, gdyż było to na terenie okupowanym przez Niemców. W czasie, gdy Polacy nie mogli wtedy w ogóle posiadać benzyny nonsensem stawała się teza Grossa, że to Polacy spalili benzyną Żydów, zapędzonych do stodoły. Od początku podejrzenia budziło odrzucanie przez Grossa polskich świadectw i niektórych dawniejszych świadectw żydowskich, które jednoznacznie wskazywały, że sprawcami mordu byli Niemcy. Podejrzenia wzbudzały przytaczane przez Grossa świadectwa jego trzech głównych świadków o dość szemranych rodowodach. Główny jego świadek Szmul Wassersztejn w momencie mordu w ogóle nie przebywał w Jedwabnem, lecz ukrywał się kilka kilometrów odległości od miasta. Inny świadek nigdy nie mieszkał w Jedwabnem. Trzeci świadek, jak się okazało, również nie był w 1941 roku w Jedwabnem, bo w 1940 r. został przez Sowietów schwytany na kradzieży patefonu i wywiezionym na Syberię. Szybko udowodniono również dziesiątki innych nieścisłości.Grossa.

Szczególnie znamienna była dość szczególna „metoda badawcza” J. T. Grossa, który mając do czynienia z dwoma sprzecznymi wersjami (nawet, gdy obie były autorstwa Żydów) bez wahania bezbłędnie wybierał wersję najbardziej niekorzystną dla Polaków. Starannie przemilczał przy tym fakt, że istnieje również całkowicie odmienna wersja tego samego wydarzenia. Oto jakże wymowny przykład. Na s. 12 polskiego wydania „Sasiadów” Gross bez jakiejkolwiek informacji o istnieniu innej wersji tego samego zdarzenia przytoczył historię w następujący sposób opisaną przez Szmula Wasersztajna, skądinąd znanego z jakże wielu nieścisłości i jawnych zmyśleń: „Tego samego dnia zaobserwowałem straszliwy obraz: Lubrzańska Chaja, 28 lat, i Binsztajna Basia, 26 lat, obie z niemowlętami na rękach, widząc, co się dzieje poszły nad sadzawkę, woląc raczej utopić się wraz z dziećmi, aniżeli wpaść w ręce bandytów. Wrzuciły one dzieci do wody i własnymi rękami utopiły, później skoczyła Binsztajn Baśka, która poszła na same dno, podczas gdy Lubrzańska Chaja męczyła się przez kilka godzin. Zebrani chuligani zrobili z tego widowisko, radzili jej, żeby się położyła twarzą do wody, a wtedy szybciej się utopi. Ta widząc, że dzieci już utonęły rzuciła się energiczniej do wody i tam znalazła śmierć?

Ta sama sprawa została opisana w całkowicie odmienny sposób przez autentycznego świadka wydarzeń w Jedwabnem – Rywkę Fogel: „Siostry, żona Abrahama Kubańskiego i żona Saula Binhsteina, których mężowie wyjechali z Rosjanami, po przeżyciu straszliwej kary z rąk Niemców, zdecydowały się położyć kres swoim życiom i życiom swoich dzieci. Wymieniły dzieci między sobą i razem wskoczyły do głębokiej wody. Stojący obok goje wyciągnęli je, lecz im udało się wskoczyć znowu i utonęły”. Jak widzimy – w pierwszej, jedynej podanej przez Grossa wersji (opisanej przez S. Wasersztajna) Polacy jakoby jeszcze okrutnie naigrawali się z kobiet pragnących popełnić samobójstwo. W drugiej wersji, całkowicie przemilczanej przez Grossa (R. Fogel), Polacy próbowali uchronić obie Żydówki przed śmiercią, wyratowali je z wody, na próżno jednak, ze względu na ich kolejne działania samobójcze. Nie dowiadujemy się, dlaczego Gross uznał akurat pierwszą wersję śmierci obu Żydówek za jedynie wiarygodną, ani dlaczego całkowicie przemilczał istnienie odmiennej wersji. Tym bardziej, że w dalszej części „Sąsiadów” (s. 66) sam Gross powołuje się na inną część relacji tejże Rywki Fogel, której opowieść przemilczał w przypadku śmierci obu Żydówek.

Prof. T. Strzembosz: „Profesor Gross jest od dawna skompromitowany”

Wielokrotnie bardzo ostro krytykował kłamstwa Grossa jeden z najwybitniejszych historyków polskich ostatnich dziesięcioleci prof. Tomasz Strzembosz. Bardzo wymowne pod tym względem były jego stwierdzenia w dniu 4 kwietnia 2001 r. w wywiadzie dla RMF 24:

Tomasz Strzembosz: Według mnie profesor Gross jest od dawna skompromitowany. Nie tylko jako historyk, ale też jako badacz.

RMF: Dlaczego?

Tomasz Strzembosz: Dlatego, że napisał książkę, w której nie zachował podstaw warsztatu naukowego i to mnie zupełnie wystarcza. Podam dwa przykłady: w rozdziale „Rabunek”, Gross podaje cztery relacje żydowskie, z tych dwie Eliasza Grondoskiego i Boruszczaka są relacjami skompromitowanymi na śledztwie. Eliasz Grondoski w tym czasie był w Związku Sowieckim, a Boruszczak nigdy nie był mieszkańcem Jedwabnego i on spokojnie to przytacza. Jemu to nie przeszkadza, chociaż w tych aktach jest to wyraźnie powiedziane. I ten Boruszczak i Grondoski wysuwali całe listy zbrodniarzy, tylko że ich tam nie było”.

Na koniec tego wywiadu prof. Strzembosz zaakcentował: „ My przepraszamy Żydów, przepraszał Wałęsa, przepraszał Bartoszewski i przepraszał profesor Kieres. Natomiast Żydzi nas nie przeprosili, a oni mają też winy wobec Polaków. Czy nie jest to dziwna sytuacja?”.

Z kolei w wywiadzie dla „Tygodnika Solidarność” z 3 sierpnia 2001 r. pt. „Nieuświadomiony antysemityzm”, prof. Strzembosz zapytywał: „Dlaczego to 60. okrągła rocznica spalenia w synagodze białostockiej 27 czerwca przez Niemców ok. 800 Żydów polskich, tak bliska czasowo 10 lipca, nie spotkała się z analogicznym uszanowaniem? Dlaczego tu także nie odmówiono modłów, nie położono kamyków? Czyżby Żydzi z Białegostoku byli mniej ważni lub mniej umęczeni? Nie pojmuję!!! Czy dlatego, że tutaj oprawcami byli niewątpliwie funkcjonariusze III Rzeszy?

Przeciw kłamstwom Grossa

Warto też przypomnieć bardzo stanowcze wystąpienie przeciw kłamstwom J. T. Grossa ze strony najwybitniejszego amerykańskiego badacza historii Polski – Richarda C. Lukasa, autora kilku bardzo ważnych książek na temat dziejów Polski, m. in. znakomitego „Zapomnianego holocaustu”. Lukas opublikował w maju 2001 roku bardzo ostrą krytykę antypolskich oszczerstw Grossa na łamach „The Polish American Journal”, stanowczo potępiając Grossa jako żydowskiego propagandystę, służącego swą książką pomocą w wymuszaniu ogromnych spłat przez Polaków na rzecz roszczeń materialnych Żydów. W swym artykule Lukas szczególnie ostro potępił Grossa za wybielanie zbrodniczej żydowskiej kolaboracji na Kresach Wschodnich w latach 1939-1941, pisząc wręcz o „żydowskiej zdradzie we wschodniej Polsce”.

Szczególnie istotne pod każdym względem było wystąpienie prof. Normana Finkelsteina z obszernym artykułem potępiającym antypolską wymowę książki J. T. Grossa na łamach „Rzeczpospolitej” z 20 czerwca pt. „Goldhagen dla początkujących”. Finkelstein ogromnie krytycznie ocenił „Sąsiadów” Grossa, zarzucając im, że „pełne są rażących (…) sprzeczności” i „sformułowań absurdalnych”. Finkelstein zarzucił Grossowi, że jego książka wyraźnie służy „Przedsiębiorstwu Holocaust”, to jest osobom i instytucjom, które wykorzystują dla celów politycznych i finansowych ludobójstwo dokonane na Żydach w czasie drugiej wojny światowej. Według Finkelsteina, „Sąsiedzi” Grossa „stali się kolejną bronią „Przedsiębiorstwa Holocaust” w wymuszaniu od Polski pieniędzy”. Jak pisał Finkelstein: „Przedsiębiorstwo Holocaust rości sobie pretensje do setek tysięcy parceli na polskiej ziemi, wartych dziesiątki miliardów dolarów. (…) Jest to próba wymuszenia skryta pod płaszczykiem żydowskiego cierpienia”. Komentując naciski Przedsiębiorstwa Holocaust na Polskę, prof. Finkelstein pisze, że wspiera ono „taktykę silnej pięści, by zmusić Polskę do uległości”. Według prof. Finkelsteina: „Tak naprawdę to mamy do czynienia z – mówiąc krótko – chuligaństwem Przedsiębiorstwa Holocaust”.

Rola Leona Kieresa

Niestety szkodliwą rolę w tuszowaniu prawdy o decydującej roli Niemców w Jedwabnem i w zrzucaniu winy za zbrodnię na Polaków odegrał pierwszy szef IPN-u Leon Kieres. Nie był on historykiem, ani nawet prawnikiem wyspecjalizowanym w tropieniu przestępstw. Był specjalistą od prawa gospodarczego, „wsławionym” głównie dość niefortunną, służalczą „socjalistyczną” książką „Zalecenia RWPG w sprawach koordynacji planów gospodarczych i ich realizacji w PRL” (Warszawa 1978). Przez dziesięciolecia była to jedyna samodzielna książka L. Kieresa, którą dawało się znaleźć w zbiorach Biblioteki Narodowej. Nota bene w Wikipedii – wbrew zwyczajom – w biogramie Kieresa nie ma w ogóle rubryki: książki.

W rozlicznych wypowiedziach jeszcze przez zakończeniem śledztwa Kieres, łamiąc wszelkie zasady, już przesądzał o winie Polaków. W publikowanym w „Rzeczpospolitej” z 3 lipca 2001 artykule „Poszukiwanie narodowej pamięci” Andrzej Grajewski (zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego”) pisał m.in. że: „Na prośbę MSZ profesor Kieres udał się do Stanów Zjednoczonych, gdzie prowadził rozmowy z różnymi środowiskami żydowskimi, m. in. w Holocaust Museum w Nowym Jorku. Wówczas przeprosił za udział Polaków w zbrodni w Jedwabnem. Powtarzał to przy okazji innych wystąpień. Podkreślał, że przeprosiny wyraża indywidualnie, jako Leon Kieres. Czy jednak od objęcia funkcji prezesa IPN profesor Kieres ma prawo składania deklaracji wyłącznie we własnym imieniu? W moim przekonaniu profesor Kieres w tych działaniach mieszał rolę moralnego autorytetu (…) z obowiązkami wynikającymi z pełnienia przez niego funkcji bardzo ważnego urzędnika państwowego. Od potrzebnych w tej sprawie aktów ekspiacji są Kościół – prezydent RP i premier, a nie prezes IPN”.

Głównym pomocnikiem Kieresa w forowaniu tez popierających Grossa i jednostronnie obciążających winą Polaków za zbrodnię w Jedwabnem był Paweł Machcewicz, współautor skrajnie zakłamanego opasłego dwutomowego „dzieła” o Jedwabnem „Wokół Jedwabnego” (wydanego w 2002 r. pod red. Machcewicza i Krzysztofa Persaka). Jak bardzo stronniczy był Machcewicz w promowaniu skrajnie prożydowskich wersji najlepiej świadczy jego niezwykle arogancka i paszkwilancka recenzja z książki Marka Chodakiewicza „Po zagładzie”, opublikowana 6 stycznia 2012 r. na portalu tak skompromitowanego swymi oszczerstwami wobec Polaków stowarzyszenia „Otwarta Rzeczpospolita”.

Przerwanie ekshumacji (4 czerwca 2001 r.)

Już pierwsze prace ekshumacyjne wystarczyły do obalenia podstawowych oszczerczych tez Grossa. Ekshumacja dowiodła, że w stodole zginęło 150-250 Żydów, a nie 1.600, jak twierdził z uporem Gross. Znaleziono prawie 100 łusek, co dowodziło strzelania do Żydów, próbujących uciec ze stodoły. W tym czasie broń palną mieli tylko Niemcy, wszak Polakom groziła śmierć nie tylko za posiadanie broni, ale nawet za posiadanie radioodbiorników. Jak wiadomo Gross twierdził, że to Polacy mordowali, a Niemcy tylko fotografowali. Fotografowali z broni palnej? Pierwsze wyniki ekshumacji uderzyły tak mocno w twierdzenia Grossa, że maksymalnie przeraziło to jego bezkrytycznych klakierów.

Prace ekshumacyjne przerwano 4 czerwca 2001 pod naciskiem żydowskich rabinów i premiera Jerzego Buzka, zawsze służalczego wobec środowisk żydowskich. Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, zawyrokował: „Szacunek dla kości naszych ofiar jest dla nas ważniejszy niż wiedza, kto zginął i jak, kto zabił i jak”. Decyzję o przerwaniu ekshumacji podjął ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. – „To, co działo się między 30 maja a 4 czerwca 2001 roku, było raczej parodią ekshumacji. Przeprowadzeniu rzetelnych prac sprzeciwili się bowiem rabini, argumentując, że wykopywanie zwłok jest sprzeczne z religią żydowską” – opowiadał później prof. Andrzej Kola, który miał je przeprowadzić”.

List otwarty wybitnych przedstawicieli Polonii amerykańskiej do IPN-u

10 lipca 2002 r. kilkudziesięciu wybitnych przedstawicieli Polonii amerykańskiej wystosowało do IPN-u list otwarty, krytykujący przerwanie ekshumacji, list przemilczany w przeważającej części mediów. Centralną częścią. listu było wskazanie na kluczowe braki w działaniach IPN-u w związku z Jedwabnem. Autorzy listu zarzucali m.in., iż: „Nie wystarczająco uwypuklono, że w Jedwabnem nie było ekshumacji, a jedynie częściowe badania miejsca zbrodni (…) Nie zastosowano tej samej miary do wiarogodności świadków zeznających o obecności Niemców, którą zastosowano do świadków zeznających, że Niemców nie było.. Odrzucono (…) zeznania świadków mówiące o obecności Niemców (…)”.

Wśród sygnatariuszy owego „Listu Otwartego”, na który Polonia nie doczekała się nigdy należytej odpowiedzi, były m.in. tak znaczące postacie polonijne jak: profesor, pisarz I. C. Pogonowski, prof. medycyny dr J. Moor-Jankowski, zasłużony działacz i autor polonijny R. Tyndorf, historyk prof. M. K. Dziewanowski, prof. historii J. Radziłowski, wdowa po S. Korbońskim, zasłużona działaczka polonijna Z. Korbońska, niezwykle zasłużona w zbieraniu danych o polskich Sprawiedliwych, którzy ratowali Żydów politolog A. Poraj-Wybranowska, radca prawny M. Szonert-BiniendaTadeusz Witkowski, słynny z późniejszej udanej lustracji TW ks. M. Czajkowskiego, prof. prawa M. Wagner, prof. historii M. J. Chodakiewicz.

W ciągu ponad 16 lat, jakie upłynęły od publikacji „Sąsiadów” Grossa udowodniono, że wiele jego stwierdzeń było ewidentnymi kłamstwami, a sam Gross nie był prawdziwym naukowcem, lecz hochsztaplerem. Niestety dla swych kłamstw Gross miał wsparcie potężnego lobby w Polsce, począwszy od prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który jeszcze przed zakończeniem śledztwa w Jedwabnem już 10 lipca 2001 r. pospieszył z samowolnymi przeprosinami Żydów za mord w Jedwabnym, faktycznie występując w imieniu polskiego narodu, choć nie miał do tego żadnego upoważnienia. Grossa wspierała i broniła cała chmara kłamliwych dziennikarzy na czele z „Gazetą Wyborczą”, „Tygodnikiem Powszechnym”, „TVN 24” (osławiona M. Olejnik) i in. Dochodziła do tego duża grupa kłamliwych historyków na czele z prof. Andrzejem Paczkowskim, prof. Andrzejem Friszkem, dr. Andrzejem Żbikowskim. Jako przewodniczący Rady IPN, a wcześniej – z rekomendacji PO – członek Kolegium IPN, prof. Paczkowski udostępnił Grossowi materiały dotyczące Jedwabnego z likwidowanej wówczas Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu, pośpiesznie zamykając je przed polskimi uczonymi. Grossa wspierało również wielu pseudoautorytetów w stylu Jacka Kuronia, A. Michnika czy Marka Edelmana, kłamliwych naukowców – ignorantów z innych dziedzin, np. socjolog dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego Paweł Śpiewak oraz cała rzesza różnych niechętnych Polsce celebrytów typu Agnieszki Arnold. W 2001 r. nakręciła ona film „Sąsiedzi”, kompletnie w duchu J. T. Grossa. Na tle ocen poważnych historyków, wzywających do jak najbardziej starannego zbadania całej sprawy mordu w Jedwabnem, tym bardziej szokują wystąpienia dyletantów, mentorsko pouczające wybitnych historyków, bo oni, dyletanci, wiedzą lepiej. Pod tym względem prawdziwe rekordy absurdu pobił drukowany w „Tygodniu Powszechnym” z 11 lutego 2001 r. tekst „Sprawa krwawego błota”, pióra znanego autora fantastyki naukowej, pisarza Stanisława Lema.

Podziały wśród duchowieństwa w sprawie Jedwabnego

Zdawałoby się, że antypolskie i antychrześcijańskie oszczerstwa J. T. Grossa spotkają się ze zdecydowanym potępieniem całego Episkopatu. Niestety tak nie było. Przez całe dziesięciolecia Kościół katolicki w Polsce był mocno podzielony. Obok dużej grupy patriotycznych hierarchów istniała wpływowa grupa hierarchów skrajnie filosemickich, dla których najważniejsza była sprawa dialogu z Żydami, za wszelka cenę. Na czele pierwszej grupy hierarchów stali Prymas Polski Józef Glemp i parokrotny przewodniczący Episkopatu abp Józef Michalik. Wielokrotnie występowali oni przeciw oszczerczym uogólnieniom J. T. Grossa wobec całego narodu polskiego, wzywali do uczciwego mówienia całej prawdy o roli narodu polskiego w czasie drugiej wojny światowej. Ze zdecydowaną obroną społeczności Jedwabnego przeciw oszczerstwom Grossa występowali m.in. ks. biskup Stanisław Stefanek, ks. biskup Albin Małysiak, ks. biskup Kazimierz Ryczan, ks. biskup Edward Frankowski, naczelny redaktor katolickiego tygodnika „Niedziela” ks. infułat Ireneusz Skubiś oraz słynny naukowiec – erudyta ks. profesor Waldemar Chrostowski.

Była jednak i druga, ponura strona medalu. W wyraźną obronę Grossa angażowało się szereg hierarchów. Przewodził im abp lubelski Józef Życiński. Z kolei ówczesny arcybiskup warszawski (dziś także kardynał) Kazimierz Nycz okazał maksimum złej woli, zakazując w kościele przy ul. Dickensa odbycia mego odczytu na temat działań Grossa przeciw Polsce i Kościołowi dosłownie na kilka godzin przed prelekcją. Ataki wobec przeciwników Grossa wielokrotnie wszczynał agent SB przez 25 lat ks. Michał Czajkowski. Szczególnie negatywną rolę poprzez swą popularyzację Grossa odgrywał „Obłudnik Powszechny”, kierowany przez ks. Adama Bonieckiego. Można by długo jeszcze wyliczać nazwiska duchownych, którzy splamili się poparciem dla Grossa i jego popularyzowaniem. By przypomnieć choćby dominikanina o. Tomasza Dostatniego (ostatnio „wsławił się” atakiem na prezydenta A. Dudę), czy osławionego księdza Wojciecha Lemańskiego, który zajadle zaatakował mnie w „Więzi” w obronie tez Grossa, jezuitę o. Stanisława Musiała.

„Półkownik” o Jedwabnem

W 2004 r. historyk i reżyser dokumentalista Artur Janicki nakręcił prawdziwie obiektywny film o Jedwabnem, który potem kilkanaście lat przeleżał się na półkach. Powodem zablokowania tego filmu był jego obiektywizm i obalanie kłamstw Grossa. Przypomnijmy, że w tym samym czasie zakłamany, oszczerczy antypolski film Agnieszki Arnold na temat Jedwabnego był kilkanaście razy pokazywany w różnych telewizjach, począwszy od telewizji publicznej. I jest to niewiarygodny skandal. Jedną z bohaterek filmu Janickiego była nieodżałowana polska patriotka żydowskiego pochodzenia Dora Kacnelson, swego rodzaju „Jankiel w spódnicy. Sama o sobie mówiła: „Jestem Żydówką Wielkiej Polski”. Przypomnijmy, co pisał o Kacnelson prof. Ryszard Bender w „Naszym Dzienniku” z 5 lipca 2013 r.: „Nikt ze środowisk żydowskich tak mocno i zdecydowanie nie demaskował kłamstw i fałszerstw Jana Tomasza Grossa dotyczących Jedwabnego, jak Dora Kacnelson. To nie konfabulator – stwierdzała – to wynajęty przez amerykańskich Żydów oszust”. W filmie Janickiego Kacnelson kolejny raz ogromnie ostro napiętnowała antypolskie oszczerstwa Grossa, mówiąc: „Jak zaczęliśmy czytać Grossa, to od razu było widać, że wszystko tam było nakłamane”. Kacnelson zarzuciła Grossowi, że propagując swoją książkę w różnych krajach świata stara się wciąż „wzniecać nienawiść do Polaków”. W filmie Janickiego jednoznacznie wskazano jak wielkim przełomem było znalezienie łusek po niemieckich nabojach przy stodole w Jedwabnem. Ten wyraźny dowód, że część Żydów zginęła od postrzałów obalał twierdzenia Grossa przeczące dominującemu udziałowi Niemców w jedwabieńskiej masakrze Żydów (w tym kontekście plasował reżyser Janicki niebywałe nasilone wówczas naciski Żydów na przerwanie dalszej ekshumacji. Wystarczyło by bowiem znaleźć jedno żydowskie ciało przestrzelone niemiecką kulą, by uznać, że całą masakrę zorganizowali Niemcy, którzy strzelali do Żydów próbujących uciec ze stodoły).

Na dodatek wg. Janickiego naciski żydowskie energicznie wspierał sam premier Jerzy Buzek, ostatecznie skutecznie skłaniając ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego do przedwczesnego przerwania ekshumacji. W kontekście tych nacisków żydowskich reżyser Janicki stwierdził, że nie należało im ulegać, lecz odwołać się do prawa polskiego. Przypomniał, że w różnych krajach wielokrotnie dla celów procesowych rozkopywano mogiły żydowskie.

Janicki demaskując oszukańcze manipulacje Grossa w sprawie Jedwabnego, nicował zeznania jego rzekomych świadków, którzy faktycznie nigdy nie widzieli masakry, a znali ją tylko ze słyszenia. Na dodatek dwóch głównych świadków Grossa było całkowicie niewiarygodnych. Jeden z nich w ogóle nie był w Jedwabnem, a drugi, choć wcześniej mieszkał w Jedwabnem już na rok przed masakrą był wywieziony na Sybir, bo ukradł patefon. Janicki ujawnił również skądinąd znaną z tomu „Wokół Jedwabnego” sprawę, że wśród żydowskich „świadków” byli członkowie grasującej kilka lat w Jedwabnem mafii żydowskiej, powiązanej z żydowskimi oficerami UB. Mafia ta wyłudziła dziesiątki kamienic (o tej mafii por. szerzej „Wokół Jedwabnego”, op. cit., t. 2, s. 379-381, 392-413, 422-424). Dwaj z powołanych przez sąd w 1947 r. świadków: Eliasz Grondowski i Abram Boruszczak siedzieli w więzieniu za fałszywe zeznania w interesie wspomnianej mafii w sprawach majątkowych wokół Jedwabnego. W filmie bardzo krytycznie oceniono zabierającego głos w sprawie Jedwabnego prof. Andrzeja Rzeplińskiego (w filmie bardzo krytycznie oceniono też „dokonania” przygotowujących dla Kieresa raport o Jedwabnem: prokuratora Radosława Ignatiewa oraz historyków Machcewicza i Persaka). W filmie napiętnowana została również rola prezydenta A. Kwaśniewskiego, który bez żadnego uzasadnienia dowodowego błyskawicznie pospieszył z bezprawnymi przeprosinami za Jedwabne w imieniu narodu polskiego.

Janicki obalił twierdzenie Grossa, że Polacy z Jedwabnego rzekomo mordowali Żydów w celach rabunkowych, ukazując znalezione przy ciałach setki złotych monet, biżuterię, zegarki etc. Posłużyło to rządcom telewizji za pretekst do zablokowania filmu Janickiego pod pozorem „antysemityzmu” jego twórcy, który pokazał takie bogactwo Żydów. Jednym z ciekawszych dowodów pokazanych w filmie było świadectwo Hipolita Pijanowskiego z Jedwabnego. Opowiadał on o rozmowie ze swym dawnym kolegą Niemcem, który chwalił się swym udziałem w wymordowaniu Żydów.

Szczególnie ważną część filmu stanowiła rozmowa z szefem ekipy archeologicznej, prowadzącej ekshumacje w Jedwabnem – prof. Andrzejem Kolą. Stwierdził on, iż znalezione tam łuski były wystrzelone po 1939 r. i były dowodem na to, że do żydowskich ofiar strzelano z broni ręcznej zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz stodoły. Znamienny był fakt, że raportu prof. Koli w ogóle nie zamieszczono w ogromnym przegadanym dwutomowym wydawnictwie IPN o Jedwabnem (1561 stron). Nazwiska prof. Koli nie ma w ogóle nawet w indeksie dwóch tomów tego „dzieła”. Reżyser Janicki mówił, że były naciski na prof. Kolę, aby w ogóle nie wystąpił w filmie. Znamienne było zachowanie Kieresa, który konsekwentnie unikał spotkania z autorem filmu. Film Janickiego spotkał się za to z bardzo wysoką oceną tak wybitnych historyków jak senator prof. Jan Żaryn czy dr Leszek Żebrowski.

Dowody niemieckiej zbrodni

5 stycznia 2008 jeden z najwybitniejszych badaczy historii Polski w drugiej wojnie światowej dr Leszek Żebrowski zamieścił w „Naszym Dzienniku” ważny tekst nt. sprawy Jedwabnego „Nowe kłamstwa Grossa”. Dr Żebrowski przytoczył tam wczesne relacje żydowskie, które zostały pominięte przez Grossa i które nie były wykorzystane w śledztwie IPN-u. Były tam m.in. relacje Michaela Maika, Rywki Kaiser i Hersza Cukiermana (Harolda Zissmana). Wszystkie te relacje wskazywały na dominującą rolę Niemców w zbrodni w Jedwabnem. Rzecz znamienna, że ani jedno z przytoczonych przez dr Żebrowskiego zeznań żydowskich (M. Maika, R. Kaizer, H. Zissmana), nie zostało przytoczone we wspomnianej już 1561-stronicowej książce P. Machcewicza i K. Persaka „Wokół Jedwabnego”.

Dr Żebrowski przytoczył również inne bardzo ważne potwierdzenie sprawczej i decydującej roli Niemców w mordzie jedwabieńskim – które tu należy przypomnieć. Zeznanie (z 1949 roku) wysokiego funkcjonariusza SS w Białymstoku Waldemara Macholla (szefa referatu IV A3). Jak pisał Żebrowski znany żydowski historyk Szymon Datner (dyrektor ŻIH-u) ocenił je niezwykle wysoko ocenił zeznanie Macholla, stwierdzając: „Dzięki wyjaśnieniom Macholla można było określić rolę “grup operacyjnych” w okresie administracji wojskowej (czerwiec – lipiec 1941) jako głównych wykonawców lub inicjatorów rzezi ludności żydowskiej w miejscowościach: Białystok, Radziłów, Jedwabne, Wąsosz i in.” (podkr. – JRN) (Sz. Datner, Niemiecki okupacyjny aparat bezpieczeństwa w okręgu białostockim (1941-1944) w świetle materiałów niemieckich [opracowania Waldemara Macholla], “Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce”, XV, Warszawa 1965).

Neostalinowiec Gross

W 2011 r. opublikowana została jedna z najostrzejszych pozakrajowych krytyk Grossa – tekst „Neostalinowska wersja historii”, pióra jednego z czołowych naukowców polonijnych Johna Radziłowskiego, profesor historii na University of Alaska Southeast. Prof. Radziłowski pisał m.in.: „Jan Tomasz Gross jest czołowym przedstawicielem historyków neostalinowskich na uczelniach północnoamerykańskich. Patriotyzm, wiarę katolicką i poświęcenie na rzecz narodu zrównują z kolaboracją z nazistami, a szczególnie z antysemityzmem. Związek Sowiecki to nie morderczy wróg, lecz „bratni wyzwoliciel”. Prof. John Radziłowski przedstawił przy tym główne cechy neostalinowskiej historiografii, której sztandarowym reprezentantem jest J. T. Gross, jej wrogość wobec polskości i Kościoła, czarny obraz Polski, inwektywy zamiast dyskusji. Radziłowski zwrócił również uwagi na zdeformowane metody badawcze Grossa, pisząc m.in.: „W „Sąsiadach” Gross powołuje się na zeznania rzekomych sprawców masakry w Jedwabnem, nie ujawniając, że uzyskano je w wyniku tortur. Czyni to świadomie i bez żadnych wyrzutów sumienia, opierając się na wielu takich niepotwierdzonych i nie poddanych szczegółowej analizie źródłach”.

Mówi świadek Stefan Boczkowski

13 grudnia 2013 r. nagłośniona została w Internecie relacja naocznego świadka zbrodni w Jedwabnem (12-letniego w 1941 r.) Stefana Boczkowskiego. Boczkowski opisywał zbrodniczą rolę Niemców z Einsatz Komando, począwszy od przymuszania Polaków, by wskazywali domy, gdzie mieszkali Żydzi. Boczkowski szacował liczbę Niemców na około sto osób. Według relacji Boczkowskiego Niemcy grozili Polakom, że w razie nieposłuszeństwa zostaną skierowani do sądu wojennego i natychmiast skazani na karę śmierci. Niemcy zmuszali też Polaków do pilnowania Żydów. Wbrew kłamstwom Grossa – jak relacjonował Boczkowski – liczni Polacy starali się ratować Żydów, zwłaszcza dzieci. Jak opowiadał Boczkowski Niemcy zmuszali Żydów do krzyczenia „Przez nas wojna!”, kazali śpiewać rosyjskie pieśni i nieść kawałki z rozbitego pomnika Lenina. Boczkowski słyszał wyraźne trzaski kul. Podkreślał, że przy stodole nie było nigdy żadnych działań wojennych, a więc znalezione łuski musiały być efektem niemieckiego strzelania do Żydów.

Jednym z ważniejszych wydarzeń w dyskusji o Jedwabnem w ostatnich latach było ogłoszenie w TV Niezależnej Polonii wstrząsającej relacji naocznego świadka wydarzeń Hieronimy Wilczewskiej (miała 8 lat w dniu masakry). Ojciec Wilczewskiej został zastrzelony przez Niemców jeszcze na miesiąc przed rzezią w Jedwabnem. Wilczewska żyje od lat w New Britain w stanie Connecticut w USA. Wilczewska opisywała jak gestapowiec żądał, aby się napatrzyła, co Niemcy robią z Żydami, bo jak skończą z Żydami, to zrobią to samo z Polakami. Wilczewska szczegółowo opisała widziane przez nią zapędzanie Żydów do stodoły, która później spalili. Jej przejmująca relacja stanowi centralną część filmu pary polonijnych działaczy Wacława i Elżbiety Kujbidów: „Jedwabne. Naoczni świadkowie – Spisane świadectwa – Pominięte fakty”. Film Kujbidów jednoznacznie oskarżał Niemców o zbrodnie w Jedwabnem w oparciu o świadectwa naocznych świadków, a zarazem piętnował świadome zakłamania w śledztwie IPN-u. Jak akcentowali Kujbidowie śledztwo to oparto na świadectwach ludzi, którzy nie urodzili się w Jedwabnem. Kujbidowie bardzo ostro krytykowali utajnienie raportu prof. A. Koli z ekshumacji w Jedwabnem i domagali się natychmiastowego odtajnienia wszystkich przemilczanych dotąd raportów i zeznań. Podczas debaty dla „Wnet” Elżbieta Kujbida powiedziała: „Musimy teraz przywrócić Polsce i Polkom dobre imię. Nie zgadzamy się na kłamstwo historyczne. Polacy muszą być silnym, dumnym narodem (…) Bronimy Polski, bronimy dobrego imienia Polaków i bardzo Was Państwo prosimy: róbcie to samo”!

W ciągu ostatnich kilku latach przybyło paru nowych autorów wypowiadających się w sprawie Jedwabnego. Najciekawsze spośród nich wydają się wystąpienia dr Ewy Kurek, która w przeszłości napisała wiele cennych prac z tematyki polsko-żydowskiej.

Jednym z ważniejszych najnowszych głosów w debacie o Jedwabnem była audycja o. Jacka Cydzika „Żydowskie kłamstwa i zmowa milczenia zdrajców Polski” w Telewizji Trwam 26 stycznia 2016 r. W audycji odtworzono m.in. wypowiedzi nieodżałowanego wielkiego Polaka z Polonii dr Jana Moora Jankowskiego z 29 lipca 2004 r. Dr Moor-Jankowski był przez 30 lat doktorem medycyny sądowej. Wspominał w audycji, że pracował niegdyś jako lekarz w Izraelu i był odznaczony tam orderem Trumpeldor przez premier Goldę Meir. Pracował również w żydowskich szpitalach w Nowym Jorku. Nawiązując do tych swoich doświadczeń wspomniał, że wszędzie tam dokonywano ekshumacji żydowskich zmarłych, gdy było to potrzebne z prawnego punktu widzenia. Uznawano bowiem, że jeśli ma się do czynienia ze sprawą kryminalną, to najważniejszą rzeczą jest właśnie ekshumacja. W tej sytuacji ostro Moor-Jankowski skrytykował przerwanie ekshumacji przez kieresowski IPN, mówiąc: „Nie postępowano według przepisów nowoczesnej nauki i zatuszowano, pogrzebano sprawę”. Dr Moor-Jankowski mówił, że na próżno próbował w tej sprawie telefonować do Kieresa i Kuleszy. Jaśnie – panowie dygnitarze (to mój komentarz) w ogóle nie odpowiadali na telefony słynnego lekarza polonijnego o międzynarodowej sławie. Zdaniem dr Moor-Jankowskiego „można mówić o niekompetencji, a nawet spisku” ze strony ówczesnego kierownictwa IPN-u. Moor-Jankowski wielokrotnie na próżno domagał się natychmiastowego wznowienia ekshumacji. W rozmowie ze mną mówił, że „nie ma połowicznej ekshumacji, tak jak nie połowicznej ciąży”.

W trakcie audycji w Telewizji Trwam cytowano również wypowiedzi innego wielkiego autorytetu polonijnego prof. Ivo C. Pogonowskiego, który bardzo ostro krytykował kłamstwa Grossa. Jednym z najciekawszych wątków audycji było przytoczenie licznych zeznań świadków nie uwzględnionych przez IPN, którzy mówili o mordzie w Jedwabnem jako wyłącznym „dziele” Niemców. Wśród tych świadków był również Żyd G. E., który stwierdził : „Matka moja Bluma Grondowska została spalona przez Niemców”.

Wznowić ekshumację w Jedwabnem

Cytowane wyżej liczne nowe relacje o Jedwabnem jakie zostały upublicznione w ciągu 13 lat, od czasu umorzenia śledztwa w tej sprawie przez IPN 30 czerwca 2003 r. prowadzą do następującego wniosku. Nowe ważne relacje powinny skłonić do jak najszybszego wznowienia śledztwa i zarazem do dokończenia tak pochopnie przerwanej ekshumacji. Myślę, że bardzo przydałby się apel polskich środowisk patriotycznych do władz polskich o jak najszybsze wznowienie tak niegodne przedwcześnie zamkniętego przez ekipę L. Kieresa śledztwa w sprawie Jedwabnego. A także o jak najszybsze doprowadzenia do wznowienia ekshumacji w Jedwabnem. Apeluję też do burmistrza i władz gminy Jedwabne o jak najmocniejsze poparcie ewentualnego apelu w powyższej sprawie,

Wznowienie ekshumacji w Jedwabnem i ostateczne rozbicie fałszów zatrutej narracji Grossa jawi się jako jedno z centralnych zadań polskiej polityki historycznej. Jest to niezbędne zarówno generalnie dla oczyszczenia obrazu Polski z fałszów jak i dla mieszkańców regionu Jedwabnego, których tak długo obrzucano generalizującymi obrzydliwymi pomówieniami. Zapłacili tak wysoką cenę za swój heroiczny opór wobec sowieckiej okupacji w latach 1939-1941 i w czasach utrwalania tzw. władzy ludowej w pierwszych latach powojennych.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/07/caa-prawda-o-jedwabnem.html

W imię prawdy o Jedwabnem (1941 r.) i Kielcach (1946 r.)

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

(Tekst publikowany w najnowszej „Niedzieli” (nr 28 z lipca 2016)

Zainaugurowana przez nowy rząd PiS-u i nowego prezydenta Andrzeja Dudę nowa polityka historyczna sprzyja ostatecznej likwidacji skutków dziesięcioleci upokarzania Polaków w ramach tzw. „pedagogiki wstydu”, którą niejednokrotnie piętnował prezes PiS-u Jarosław Kaczyński. Sprzyja to ponownemu wznowieniu przedwcześnie umorzonych z winy byłego fatalnego prezesa IPN-u Leona Kieresa śledztw w sprawie mordu w Jedwabnem w 10 lipca 1941 r. i rzekomego pogromu w Kielcach w 4 lipca 1946 r. Przypomnijmy tu, że właśnie „Niedziela” była, dzięki jej naczelnemu ks. infułatowi Ireneuszowi Skubisiowi, pierwszym medium prasowym, które stanowczo sprzeciwiło się tak nagłaśnianemu w przeważającej części „polskich” mediów zbiorowi antypolskich oszczerstw Jana Tomasza Grossa (por. cykl moich tekstów „Sto kłamstw J. T. Grossa”). Niestety, ówczesna jednostronnie i bez dowodów przesądzająca o winie Polaków polityka prezesa IPN-u L. Kieresa doprowadziła do przedwczesnego umorzenia śledztwa w sprawie zbrodni w Jedwabnem i fatalnego w skutkach przerwania ekshumacji w Jedwabnem. Tę ostatnią przerwano akurat wtedy, gdy znaleziono wyraźne dowody zbrojnej obecności Niemców przy stodole w Jedwabnem (blisko sto łusek po niemieckich nabojach. Na próżno protestowano przeciwko przerwaniu ekshumacji, m.in. w liście kilkudziesięciu osobistości polonijnych).

Nowe świadectwa o Jedwabnem

Stopniowo mnożyły się jednak dowody dominującej roli Niemców w mordzie w Jedwabnem i ich strzelania do Żydów próbujących uciec z podpalanej przez Niemców stodoły. Już w 2004 r. historyk i reżyser dokumentalista Artur Janicki nakręcił prawdziwie obiektywny film „Jedwabne”, który potem kilkanaście lat przeleżał się na półkach. Powodem zablokowania tego filmu był jego obiektywizm i obalanie kłamstw Grossa. Szczególnie ważną część filmu stanowiła rozmowa z szefem ekipy archeologicznej, prowadzącej ekshumacje w Jedwabnem – prof. Andrzejem Kolą. Stwierdził on, iż znalezione tam łuski były wystrzelone po 1939 r. i były dowodem na to, że do żydowskich ofiar strzelano z broni ręcznej zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz stodoły. Znamienny był fakt, że raportu prof. Koli w ogóle nie zamieszczono w ogromnym przegadanym dwutomowym wydawnictwie kieresowskiego IPN o Jedwabnem (1561 stron). Prof. Kola nazwał zresztą ekshumacje w Jedwabnem tylko „parodią ekshumacji” z powodu jej przedwczesnego przerwania.

5 stycznia 2008 jeden z najwybitniejszych badaczy historii Polski w drugiej wojnie światowej dr Leszek Żebrowski zamieścił w „Naszym Dzienniku” ważny tekst nt. sprawy Jedwabnego „Nowe kłamstwa Grossa”. Dr Żebrowski przytoczył tam wczesne relacje żydowskie, które zostały pominięte przez Grossa i które nie były wykorzystane w śledztwie IPN-u. Były tam m.in. relacje Michaela Maika, Rywki Kaiser i Hersza Cukiermana (Harolda Zissmana). Wszystkie te relacje wskazywały na dominującą rolę Niemców w zbrodni w Jedwabnem.

Jednym z ważniejszych wydarzeń w dyskusji o Jedwabnem w ostatnich latach było ogłoszenie w TV Niezależnej Polonii wstrząsającej relacji naocznego świadka wydarzeń Hieronimy Wilczewskiej (miała 8 lat w dniu masakry). Ojciec Wilczewskiej został zastrzelony przez Niemców jeszcze na miesiąc przed rzezią w Jedwabnem. Wilczewska żyje od lat w New Britain w stanie Connecticut w USA. Wilczewska opisywała jak gestapowiec żądał, aby się napatrzyła, co Niemcy robią z Żydami, bo jak skończą z Żydami, to zrobią to samo z Polakami. Wilczewska szczegółowo opisała widziane przez nią zapędzanie Żydów do stodoły, która później spalili. Jej przejmująca relacja stanowi centralną część filmu pary polonijnych działaczy: Wacława i Elżbiety Kujbidów. W maju tego roku w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich wyświetlono po raz pierwszy dokumentalny film Wacława i Elżbiety Kujbidów: ”Jedwabne. Naoczni świadkowie – Spisane Świadectwa – Pominięte fakty”. Debatę na temat tego filmu prowadził we „Wnet” naczelny dyrektor tej stacji Krzysztof Skowroński. Film Kujbidów jednoznacznie oskarżał Niemców o zbrodnie w Jedwabnem w oparciu o świadectwa naocznych świadków, a zarazem piętnował świadome zakłamania w śledztwie IPN-u.

O kolejnych ważnych nowych świadectwach powiedział w audycji „Warto rozmawiać” red. Jana Pospieszalskiego w dniu 28 czerwca br. zasłużony działacz opozycji anty-PRL-owskiej, a od niedawna nowy członek kolegium IPN Krzysztof Wyszkowski. Powiedział on o znalezionej w aktach Wojewódzkiej Żydowskiej Komisji z Białegostoku relacji Żydówki Finkelsztein, która pisała o słyszanych przez nią licznych strzałach niemieckich przy stodole w Jedwabnem. Wyszkowski wspomniał również o przemilczanym dotąd fakcie, że w czasie ekshumacji znaleziono ciało przestrzelone niemiecką kulą. Jak można było przemilczeć tak ważny fakt?!

27 czerwca br. w Białymstoku odbyła się uroczystość ku czci ok.1000 Żydów, którzy zostali spaleni przez Niemców na niecałe dwa tygodnie przez Jedwabnem 27 czerwca 1941 roku, co było faktem całkowicie przemilczanym przez J. T. Grossa i jego zwolenników. Przemawiający z tej okazji prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział „że wina Niemców za ten mord i inne zbrodnie w regionie Podlasia była „jasna i określona” i „trzeba o tym mówić””. I dodał – „Nie można jej przysłaniać różnego rodzaju operacjami typu tych, które były zorganizowane wokół Jedwabnego, gdzie przedstawiano zbrodnię, której się rzeczywiście dopuszczono, ale w sposób nie mający nic wspólnego z jej rzeczywistym przebiegiem, z faktami”.

Wszystkie te nowe świadectwa wskazują na to, że należy jak najszybciej doprowadzić do wznowienia śledztwa w sprawie mordu w Jedwabnem, tylko tym razem bez udziału takich szkodników jak L. Kieres, i do wznowienia zbyt pochopnie przerwanej ekshumacji.

Prawda o rzekomym pogromie w Kielcach

4 lipca 1946 r., w dzień po sfałszowaniu referendum przez komunistów, doszło w Kielcach do zorganizowanej przez NKWD i kielecką bezpiekę prowokacji, którą nagłośniono jako tzw. „pogrom kielecki”. W jej wyniku zginęło 37 Żydów i 3 Polaków. Celem prowokacji było odwrócenie uwagi Zachodu od sfałszowania referendum. Podobnego typu prowokacje były organizowane przez NKWD również na Węgrzech, w Słowacji i w Rumunii w pierwszych latach po 1945 r., zawsze dla przysłonięcia jakichś sowieckich łajdactw popełnionych wobec tych krajów. Pisała o tym szeroko już w 1991 r. czołowa historyk węgierska, obecnie dyrektor budapeszteńskiego „Muzeum Terroru” Maria Schmidt (por. szerzej uwagi w moim opracowaniu: „Kulisy zbrodni kieleckiej”, zamieszczonym w drugim tomie IPN-owskiego wydawnictwa „Wokół pogromu kieleckiego” (Warszawa 2008, s. 458). Od początku wiele wybitnych osób, tak jak ambasador USA w Warszawie Artur Bliss Lane, czy ks. biskup kielecki Czesław Kaczmarek, który przygotował tajny raport o zbrodni kieleckiej (za co m.in. go później więziono) jednoznacznie uznali, że zajścia kieleckie były wynikiem działań komunistycznej bezpieki.

Tym bardziej żałosnym był fakt, że komunistyczne kłamstwo o pogromie kieleckim publicznie odgrzewano i nagłaśniano nadal po 1989 r. Jeszcze w 1996 r. postkomunistyczny minister spraw zagranicznych Dariusz Rosati wystąpił ze skierowaną do Światowego Kongresu Żydów prośbą o przebaczenie za wydarzenia kieleckie 1946 r., oświadczając: „Jest nam wstyd za to, że Polacy dokonali tej zbrodni”. Przepraszał w imieniu narodu polskiego (!) zamiast PZPR, z którą był związany przez ćwierć wieku.

Na szczęście w 1996 r. wyszła pierwsza bardzo cenna książka Krzysztofa Kąkolewskiego „Umarły cmentarz”, gruntownie odkłamująca sprawę Kielc w 1946 r. i pokazująca tę zbrodnię zgodnie z faktami jako efekt nikczemnych działań sowieckich i polskiej bezpieki. W dwa lata później (w 1998 r.) mieszkający w Kielcach ksiądz profesor Jan Śledzianowski wydał książkę: „Pytania nad pogromem kieleckim”, podobnie jak Kąkolewski demaskującą fałsze o rzekomym pogromie kieleckim. Przez wiele lat blokowano wyświetlenie w którejkolwiek z telewizji nakręconego w 1996 r. filmu – dokumentu brata Czesława Miłosza - Andrzeja Miłosza „Henio”. Było to wyznanie chłopca, którego rzekome porwanie przez Żydów posłużyło bezpiece do sprowokowania zajść kieleckich. Chłopiec Henryk Błaszczyk przez 50 lat bał się wyznać prawdę, z obawy przed zamordowaniem przez ludzi z bezpieki. To, co powiedział było niesamowite. Okazało się, że jego własny ojciec był ubekiem i w towarzystwie innych zaprzyjaźnionych ubeków wspierali prowokację kielecką, a zastraszony Henio był ich narzędziem. Znamienne, że tak ważny, odsłaniający prawdę film pokazano dopiero w 18 lat po nakręceniu – w 2014 r. – w posiadającym bardzo małą oglądalność kanale „Historia”. Przez lata blokowano również wyświetlenie innego filmu dokumentalnego Andrzeja Miłosza z 1996 r., „Pogrom Kielce 4 lipca 1946 roku”. Pikanterii całej sprawie nadaje fakt, że autor filmów blokowanych przez „nową cenzurę” Andrzej Miłosz był wyróżniony tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” za ratowanie Żydów. W telewizjach blokowano również pokazanie filmu reżysera dokumentalnego i historyka Artura Janickiego „Pogrom kielecki – fałsze i prawda”. Film jednoznacznie odsłaniał komunistyczną inspirację rzekomego „pogromu” kieleckiego, mówił o celach tej prowokacji. 29 czerwca 2015 r. w internetowej telewizji wyświetlono kolejny film demaskujący kłamstwa o rzekomym pogromie kieleckim „Śladami prawdy”. Była to rozmowa Małgorzaty Sołtysiak z sędzią Andrzejem Jankowskim, który pewien czas prowadził śledztwo w sprawie tzw. pogromu, a w 2008 r. był jednym z 3 redaktorów IPN-owskiego wydawnictwa „Wokół pogromu kieleckiego”. Jankowski był do pewnego stopnia naocznym świadkiem zbrodniczych wydarzeń – w 1946 r. jako mały chłopiec przebywał przy basenie na który przychodzili żołnierze KBW. Wtedy usłyszał jak opowiadali, że na rozkaz rosyjskiego majora zabijali Żydów. Wyznania sędziego Janickiego były jednoznacznym oskarżeniem NKWD i kieleckiej bezpieki o doprowadzenie do tzw. pogromu. Wszystkie te nowe świadectwa skłaniają tym mocniej do wznowienia tak niegodnie umorzonego w 2004 r. za czasów dominacji L. Kieresa w IPN śledztwa w sprawie zbrodni kieleckiej. Postulowałem to już w 2008 r. we wspomnianym 2 tomie IPN-owskiego wydawnictwa „Wokół pogromu kieleckiego” (op. cit., s. 469) i w czasie mojej dłuższej rozmowy odbytej w obecności prof. Jana Żaryna z prezesem IPN-u Januszem Kurtyką zaledwie na tydzień przed jego śmiercią. Śmierć prezesa Kurtyki położyła na długo kres szansom na doprowadzenie do wznowienia takiego śledztwa. Tym bardziej warto podjąć je dziś.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/07/w-imie-prawdy-o-jedwabnem-1941-r-i.html

Odkłamać tzw. pogrom kielecki

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

(Tekst publikowany w „Warszawskiej Gazecie” w numerze z 1 lipca 2016 r.)

Dziesięciolecia panowania „pedagogiki wstydu” w czasach PRL-u i w III RP wyrządziły ogromne szkody w świadomości, utrwalając niezmierne połacie kłamstw w wiedzy o historii. Jednym z najgorszych i zarazem najszkodliwszych kłamstw jest wymyślony przez komunistów mit o „pogromie kieleckim”, jak dotąd dość powszechnie określa się prowokację NKWD i polskiej bezpieki z lipca 1946 r. Niewiele osób wie, że prowokacja ta była tylko jedną z licznych podobnych nikczemnych sowieckich przedsięwzięć w Europie Środkowej. Była jedną z licznych prowokacji służących odwracaniu uwagi Zachodu od świeżo podjętych sowieckich działań przeciwko krajom naszego regionu.

Przemilczane prowokacje sowieckie w krajach Europy Środkowej

Czołowa węgierska badaczka historii czasów powojennych profesor Maria Schmidt, dyrektor słynnego „Muzeum Terroru” w Budapeszcie już w 1991 r. ogłosiła dane pokazujące kulisy sowieckich prowokacji z rzekomymi pogromami Żydów na Węgrzech, w Polsce, Słowacji, czy w Rumunii. Wskazała ona, że wszędzie tam władze sowieckie uciekały się do bliźniaczo podobnych wręcz zbrodniczych metod świadomie organizowanych zajść antyżydowskich, dokładnie wyreżyserowanych według podobnego scenariusza jak w Kielcach. Bardo podobne było w nich zachowanie wojska i milicji oraz wyraźna rola sprawców o komunistycznej proweniencji, których nigdy za to nie ukarano. Bardzo podobne były też cele tych prowokacji. Podobnie jak zajścia w Kielcach, które miały odwrócić uwagę Zachodu od monstrualnie sfałszowanego referendum, tak zajścia na Węgrzech czy w Czechosłowacji (konkretnie na terenie Słowacji) miały odwracać uwagę Zachodu od przejawów skrajnego bezprawia i gwałtów, dokonywanych przez wojska sowieckie w ramach rozprawy z prozachodnią opozycją. Do sprowokowanych przez NKWD i krajową bezpiekę zajść antyżydowskich doszło m.in. na Słowacji (Velke Topolcany, Chinorany, Krasno nad Nidą, Nedanovce) i na Węgrzech (Ozd, Sajószentpéter, Kunmadarás, Miskolc). Zdaniem profesor Marii Schmidt ręka sowieckich tajnych służb kryła się za prowokowaną histerią wzniecaną wokół rzekomych mordów rytualnych na Słowacji w kwietniu 1946 r., na Węgrzech w maju 1946 r. i w Polsce w lipcu 1946 r.

Jak pisała prof. Schmidt: „sowieckie kierownictwo chciało się uwolnić od żydowskich warstw religijnych, burżuazyjnych i mieszczaństwa, które traktowali jako bazy „kapitalizmu”, pragnęło zaostrzyć problemy mocarstw zachodnich przyjmujących żydowskich uchodźców, a w szczególności Wielkiej Brytanii, zajmującej Palestynę. I wreszcie, przypisując pogromy manipulacjom prawicowej „reakcji”, chciano umocnić na wschodzie i zachodzie Europy obóz komunistów, członków partii sympatyków żydowskiego pochodzenia” (cyt. za: J. Pelle: A kunmadarási pogrom. Shylock Hunniában II (Pogrom w Kunmadáras. Shylock w Hunni II), „Magyar Nemzet” z 15 marca 1991 roku). Dodajmy do tego rzecz szczególnie ważną. Prowadzona na ogromną skalę nagonka medialna po rzekomych pogromach na dziki „antysemityzm” Polaków, Węgrów, czy Słowaków miała oddziaływać na Zachód w jeszcze jednym względzie. Miała na celu pokazanie Zachodowi jak bardzo potrzebne w Europie Środkowej są sowieckie wojska, aby utrzymać w ryzach „faszystowskie” i „antysemickie” narody tego regionu.

Kulisy i przebieg prowokacji kieleckiej

Sowieccy organizatorzy prowokacji kieleckiej świadomie wybrali właśnie Kielce na swe miejsce działania. W tym czasie Kielce było centrum regionu o bardzo dużym nasileniu partyzantki antykomunistycznej. Chodziło wiec o to, by właśnie takie miasto tym mocniej skompromitować w oczach szerszej opinii publicznej. Nieprzypadkowo też rzekomy „pogrom” w Kielcach zainscenizowano 4 lipca 1946 r., zaledwie w cztery dni po sfałszowaniu referendum przez władze komunistyczne w Polsce w dniu 30 czerwca 1946 r. Chodziło o to, by Zachód skupił się na sprawie „antysemickiego pogromu” i jak najszybciej zapomniał o sprawie referendum. Plan komunistyczny okazał się aż nadto skutecznym.

Zbrodnicze zajścia kieleckie zaczęły się 4 lipca 1946 roku. Tego dnia od rana w całym mieście zaczęto bardzo szeroko rozpowszechniać pogłoskę o rzekomym porwaniu przez Żydów w celu zamordowania 8-letniego chłopca Henryka Błaszczyka. Kilka osób udało się z milicjantami do budynku Wojewódzkiego Komitetu Żydowskiego przy ul. Planty 7, by domagać się rewizji domu w poszukiwaniu chłopca. W budynku tym zamieszkiwało wówczas wielu Żydów. Doszło do szarpaniny wewnątrz budynku, a wokół domu zaczęły się gromadzić grupy ludzi. Do budynku zaczęli wchodzić kolejni milicjanci, a potem grupy wojskowych i żołnierzy KBW. W niewyjaśnionych w pełni okolicznościach doszło do strzelaniny między żołnierzami i milicjantami a Żydami, a później do mordowania i rabunku Żydów. Do ataku na Żydów dołączały się zgromadzone wokół Domu Żydowskiego grupy cywilów. Ich agresywne wystąpienia wzmogły się po przybyciu około godz. 12:30 dużej grupy robotników Huty „Ludwinów”. Byli oni związani z partią komunistyczną – wielka część z nich była poprzednio prokomunistycznymi agitatorami w czasie referendum. W wydanej w 2006 r. w Warszawie książce IPN „Wokół pogromu kieleckiego” (tom 1) liczebność tej grupy oceniano na kilkaset osób.

W czasie krwawych zajść trwających aż 5 godzin – od godz. 10 rano do godz. 15 – zginęło trzydzieścioro siedmioro Żydów, dwóch polskich cywilów i jeden polski oficer. Razem ilość ofiar mordu w Kielcach ocenia się na 40 osób. Propaganda komunistyczna specjalnie wielokrotnie wyolbrzymiała wielkość zgromadzonego przed Domem Żydowskim tłumu, aby obciążyć go całą winą za masakrę. Np. w odezwie do ludności miasta Kielc i województwa z 11 lipca 1946 r., twierdzono jakoby Żydów zabijał tłum 20-tysięczny przy pomocy kamieni, kijów i kopania” (cyt. za: ks. J. Śledzianowski: ”Pytania nad pogromem kieleckim”, Kraków 1999, s. 99). W rzeczywistości na placu przed Plantami mogło zmieścić się tylko do 500 osób, a badający sprawę sędzia Andrzej Jankowski ocenił, że tłum na Plantach nigdy nie przekroczył 300 osób. Tak niewielki „tłum” mogła z łatwością rozproszyć niewielka nawet, ale uzbrojona jednostka wojska, milicji czy UB. A w Kielcach w tym czasie – ze względu na zagrożenie atakami partyzantki antykomunistycznej – stacjonowały stosunkowo duże liczebnie formacje wojska (ok. 215 żołnierzy), II Kompanii KBW, Informacji Wojskowej, pracowników UB i MO, szkoły milicyjnej. Do tego dochodził również stacjonujący w Kielcach garnizon sowiecki. Już sam ten fakt ogromnej zbrodniczej bezczynności stacjonujących w mieście dużych jednostek zbrojnych polskich i sowieckich musi prowadzić do jednoznacznych podejrzeń co do tożsamości sprawców rzekomego „pogromu”.

Liczni autorzy, począwszy od raportów ks. bp. Czesława Kaczmarka i ambasadora Stanów Zjednoczonych w Warszawie Artura Bliss Lane z 1946 roku już wtedy akcentowali, że większość Żydów poległa z rąk żołnierz i oficerów. W 1982 r. gruntowną analizę sprawy zbrodni w Kielcach przedstawił były oficer Informacji Wojskowej pochodzenia żydowskiego Michał Chęciński w opublikowanej w Nowym Jorku książce „Poland: Communism-Nationalism-Antisemitism”. Właśnie Chęciński po raz pierwszy zdemaskował sowieckiego majora NKWD Michaila Aleksandrowica Diomina jako głównego organizatora kieleckiej zbrodni. Współpracował z nim b. oficer NKWD w czasie wojny major UB Władysław Sobczyński (Spychaj). Przejściowo aresztowany po „pogromie” Sobczyński został szybko wypuszczony z więzienia, a potem doszedł aż do stopnia ambasadora PRL w Sofii. Wyjątkowo duże podejrzenia musi budzić fakt ujawniony przez Krzysztofa Kąkolewskiego w książce „Umarły cmentarz”, Warszawa 1996, s. 147, 153). Chodziło o to, że w budynku domu żydowskiego przy ul. Planty 7 były dwie klatki schodowe. W klatce schodowej nr 2 mieszkali w wyodrębnieni w swoistym getcie utworzonym przez komunistów Żydzi wierzący, kibucnicy szykujący się na wyjazd do Palestyny. Napastnicy wdzierali się wybiórczo tylko do klatki schodowej nr 2. Natomiast, jak podkreślał Kąkolewski (op.cit., s. 147): „Lepsza klatka, klatka nr 1, gdzie mieszkali funkcjonariusze UB, PPR i innych instytucji urzędowych lub powiązanych z władzami, pozostała nietknięta”.

Nadreprezentacja Żydów w kieleckich władzach

Zastanawiający jest fakt, że do inspirowanych przez NKWD i bezpiekę zajść antyżydowskich w Kielcach doszło pomimo bardzo wielkiej nadreprezentacji Żydów we władzach partii komunistycznej i bezpieki w tym mieście. Jak duże było nagromadzenie osób pochodzenia żydowskiego w kieleckim obszarze władzy, niech świadczą następujące dane personalne, które zaczerpnąłem z szeregu wiarygodnych naukowych pozycji omawiających zbrodnię kielecką. Żydami byli m.in. prezydent miasta Kielce Tadeusz Żarecki, szef WUBP Andrzej Kornecki (Dawid Kornhendler), sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PPR Józef Kalinowski, kierownik Wydziału Personalnego KW PZPR Julian Lewin, zastępca szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Albert Grynbaum, dowódca oddziału wojskowego wysłanego na pomoc Żydom na plantach major Kazimierz Konieczny, szef wydziału personalnego WUBP Marian (po wyjeździe z Polski występował jako Morris) Kwaśniewski (por. dokładne dane bibliograficzne podane w moim tekście „Kulisy zbrodni kieleckiej”, drukowanym w drugim tomie wydawnictwa IPN „Wokół pogromu kieleckiego”, Warszawa 2008, s.451). Dane te uzupełniłem informacjami o żydowskim pochodzeniu szefa Wydziału Specjalnego (kontrwywiadu) w Kielcach – Majewskiego i szefa Wydziału Politycznego i KW MO – Erlickiego, który później wyemigrował do Izraela (wg tekstu Jacka Żurka w 1 tomie „Wokół pogromu kieleckiego”, Warszawa 2006, s. 376). Z tego samego wydawnictwa (s. 271) dowiadujemy się z zeznań b. wojewody kieleckiego E. Wislicza-Iwańczyka o żydowskim pochodzeniu szefa wojskowej Prokuratury Rejonowej w Kielcach Kazimierza Golczewskiego i następcy Kalinowskiego na stanowisku sekretarza KW PZPR - Kozłowskiego (Szpryngera). Z kolei prof. Jan Żaryn w studium „Hierarchia kościoła katolickiego wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-1947″, w książce „Wokół pogromu…” (op. cit., t. 1, s. 85) przytacza fakt, że funkcjonariusze Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa publicznego wytykali, iż na stanowiskach kierowniczych w WUBP stoją Żydzi – wskazując jako przykłady (…) Korneckiego, Dmowskiego, naczelnika Wydziału Personalnego oraz naczelnika Wydziału Więziennictwa i Obozów – Blajchmana i innych”.

Wydane w latach 2006 r. i 2008 dwutomowe wydawnictwo „Wokół pogromu kieleckiego”, mimo bardzo dobrych autorów (drugi tom był pod redakcja L. Bukowskiego, sędziego A. Jankowskiego i J. Żaryna) nie wyjaśniło do końca sprawy. Zaciążyło na niej jednostronne i wręcz kłamliwe postanowienie o umorzeniu śledztwa wydane 21 października 2004 r. przez prokuratora Krzysztofa Falkiewicza z Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Krakowie. Miejmy nadzieję, że polityka historyczna nowego rządu stworzy możliwości dla tak potrzebnego wznowienia śledztwa o zbrodni kieleckiej w imię prawdy o polskiej historii.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/07/odkamac-tzw-pogrom-kielecki.html

„Newsweek” jęczy w strachu przed J. Kaczyńskim

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Zajadły wróg PiS-u, renegat z prawicy Cezary Michalski gorzko opłakuje sukces Brexitu. Jak pisze na łamach „Newsweek”-a z 27 czerwca br. w tekście „Prezes szykuje ofensywę”: „Katastrofa Brexitu rozwiązuje ręce prezesowi PiS. Europejskie instytucje i ośrodki polityczne mają teraz większe zmartwienie niż grożący Polsce autorytaryzm (…) Po Brexicie zarówno Bruksela jak i Berlin zajmą się ratowaniem z brexitowego pogorzeliska resztek kosztowności i mebli, które pozwoliłyby przetrwać i integrować się nie tyle nawet całej Unii, ile przynajmniej rdzeniowi UE, czyli strefie euro. Znienawidzony przez Kaczyńskiego gorset unijnej i zewnętrznej kontroli po Brexicie znów się rozluźnił (…) Brexit rozwiązał Jarosławowi Kaczyńskiemu ręce. Teraz każdy swój błąd, każde zaniechanie czy polityczne nadużycie może propagandowo zakryć widmem nadciągającej ogólnoeuropejskiej katastrofy. Zostajemy z nim w Polsce coraz bardziej sami, coraz bardziej przyciśnięci do muru. Nawet bez liberalnej opozycji – wystarczająco aktywnej, dogadanej, a rozumiejącej powagę sytuacji”.

Ostra krytyka stanu UE przez J. Kaczyńskiego

17 czerwca 2016 r. prezes PiS Jarosław Kaczyński udzielił wywiadu Michałowi Szułdrzyńskiemu z „Rzeczpospolitej” pt. „Musimy wyjść z inicjatywą zmian UE”. Jak stwierdził Kaczyński: „Polska musi wyjść z inicjatywą i przedstawić jasną drogę przemian. Bo trzeba sobie jasno zdać sprawę, że pewna wizja Unii, forsowana od traktatu lizbońskiego przegrała (…) Trzeba (…) osłabić nacisk biurokratyczny ze strony Brukseli. Przecież ta gigantyczna produkcja prawa to efekt biurokratycznego działania Unii Europejskiej. To dla wielu jest nie do wytrzymania, to ogranicza możliwości rozwoju, spowalnia inwestycje itd. Za pieniądze Unii funkcjonują dziś dziesiątki tysięcy urzędników europejskich (…) Część przepisów nie jest nawet zgodna ze zdrowym rozsądkiem”.

J. Kaczyński o eksploatacji Polski i potrzebie rozliczenia

Warto zwrócić uwagę na najnowszy wywiad prezesa PIS J. Kaczyńskiego, udzielony Piotrowi Semce z „Do Rzeczy” (nr z 27 czerwca br.) pt. „Wiem, że nie będzie łatwo”. Kaczyński, który w ostatnich miesiącach często mówił o eksploatowaniu Polski z zewnątrz, tym razem stwierdza bardzo konkretnie, o co mu chodzi, akcentując: „To, że z Polski wyprowadza się dziesiątki miliardów złotych bez opodatkowania i pod różnymi fałszywymi tytułami w rodzaju usług prawnych, konsultacji… Przenosi się całe przynoszące duże zyski interesy, np. obsługę kart kredytowych z filii Polski do centrali, która na tym zarabia. Takich zabiegów jest mnóstwo i kosztują nas one ogromne pieniądze, które można by opodatkować, gdyby były zyskiem. Wyzysk, wymuszanie niskich płac – to wszystko elementy eksploatowania Polski, na które tamta władza z chęcią się zgadzała i na co zgadza się zaangażowany w to establishment (podkr. – JRN).

Ogromnie cieszę się, że Jarosław Kaczyński tak mocno krytykuje od kilku miesięcy eksploatację Polski z zagranicy. Dziwie mnie tylko, że jakoś dziwnie wciąż milczą w tej sprawie kompetentni szefowie resortów gospodarczych. Nie dostrzegają tego, co Kaczyński?

W tym samym wywiadzie prezes PiS J. Kaczyński bardzo ostro zaakcentował potrzebę rozliczenia z tymi, którzy niszczyli Polskę. Powiedział m.in. o Tusku: „Nikt nie rozwalił Polski tak jak on. Wychodzi to w nowych odsłonach i będzie ich jeszcze wiele (…) Mam nadzieję, że poniesie odpowiedzialność za to, co zrobił (…) W polskiej historii zbyt łatwo wybaczano, zapominano i nie przynosiło to nam dobrych efektów. Tego, co się wydarzyło w ciągu ostatnich ośmiu lat, nie można zapomnieć. Mówię zarówno o wielu przestępstwach o charakterze gospodarczym, jak i niespodziewanej śmierci różnych ludzi, które to tajemnicze wypadki nigdy nie zostały wyjaśnione (…) Choćby Andrzeja Leppera, ale też wielu ludzi związanych ze Smoleńskiem”.

R. Petru jako „wioskowy głupek”

Świeżo wydany nowy tygodnik prawicowy „Polska bez cenzury” bez ogródek dokłada luminarzom lemingowej opozycji. W pierwszym numerze tego tygodnika spotykamy niezwykle ostry tekst na temat szefa „Nowoczesnej” Ryszarda Petru z jakże wymownym tytułem „Nowa klasa ciemniaków”. Autor tekstu Marcin Hałaś, skądinąd bardzo popularny publicysta „Warszawskiej Gazety”, pisze m.in.: „Niektóre wypowiedzi Ryszarda Petru pokazały, że jest on nie tyle „młody, wykształcony”, ale w średnim wieku i niedouczony. Z angielszczyzną ma problemy, a w kwestii erudycji kulturowej pozostaje wioskowym głupkiem… Wyglądał – co najmniej jak projekt na polskiego Kennedy’ego. Gdyby milczał – pozostałby mędrcem. Gdy zaś popatrzono mu w życiorys – okazało się, że to raczej bliska nam geograficznie „matrioszka”, w środku której siedzi… Leszek Balcerowicz. Petru to bowiem dawny teczkowy Balcerowicza (od noszenia teczki za ojcem polskiej transformacji), dawny działacz Unii Wolności (…) W kwestii erudycji kulturowej pozostaje wioskowym głupkiem („Jarosław Kaczyński przejechał się na Rubikoniu”). Kiedy palnął, że w Polsce obowiązuje wciąż Konstytucja 3 Maja – zaczęliśmy nawet tęsknić za wiedzą magistra Bronisława Komorowskiego (…) Przedstawiciele tych elit (…) – jak Maciej Stuhr gotowi są wygadywać, iż „Polacy pod Cedynią przywiązywali dzieci do tarcz”, a w czasie wojny mordowali Żydów. Patrząc na Petru i Stuhra, na wszystkie „myszki agresorki” z Nowoczesnej – można śmiało stwierdzić, że oto ciemniacy znów walczą o władzę (…) Petru (…) zostanie w pamięci jako bohater kartoflanych memów. Jak się jest ciemniakiem – lepiej w banku siedzieć, niż do polityki się pchać”.

Jan Olszewski: na tle R. Giertycha „Bolesław Piasecki był człowiekiem honoru”

B. premier Jan Olszewski snuje kolejny ciąg wspomnień politycznych na łamach dodatku do „Rzeczpospolitej” – „Plus-Minus” z 25-26 czerwca 2016 br.: „Prezydentura Kwaśniewskiego była mniej szkodliwa niż Wałęsy”. Jedno z ciekawszych spostrzeżeń Olszewskiego odnosi się do Romana Giertycha. Olszewski mówi w wywiadzie dla Elizy Olczyk m.in.: „Poznałem przy tej okazji pana Giertycha i powiem pani, że moim kolegom z punktu powiedziałem, żeby dali sobie spokój z LPR, bo w tej formacji nie mają przyszłości (…) Moja prognoza szybko się zresztą sprawdziła, bo w krótkim czasie wszyscy ludzie spoza kręgu Giertycha z tego klubu albo wyszli, albo zostali wyrzuceni. Roman Giertych to typ człowieka, który uważa, że jeśli coś jest w jego interesie, to jest to w interesie nie tylko Polski, ale i Pana Boga (podkr. – JRN). Znając działalność Bolesława Piaseckiego i Romana Giertycha, odnoszę wrażenie, że Piasecki był człowiekiem honoru”.

Kolejne głupawe kłamstwo L. Wałęsy

Warto zwrócić uwagę na kolejne kłamstwo Wałęsy, zdemaskowane przez pw w tekście „Łajdak „Bolek” znowu przyłapany na ohydnym kłamstwie” („Warszawska Gazeta”, 24 czerwca 2016). Autor tekstu pisze o Wałęsie „(…) W wywiadzie dla „Polska the Times” powiedział: „jak widzę, co się dzieje w Polsce, to myślę, że zostanę przymuszony do tego, żeby się jeszcze raz włączyć. To mi zresztą przepowiedział Ojciec Święty. Umierając, mówił: „Ty będziesz jeszcze potrzebny”. I zastanawiam się, jak Ojcu Świętemu znowu udało się trafić”. To prawda, że Wałęsa spotkał się z papieżem na miesiąc przed jego śmiercią, tylko, że papież nie mógł już wtedy nic powiedzieć, bo nie mógł już mówić. Przyznał to zresztą sam „Bolek” kilka lat temu w wypowiedzi dla PAP: „Był już bardzo słaby, nie mógł mówić, opowiadałem mu więc o Polsce, a papież tylko kiwał głową. Nie odkryjemy Ameryki, mówiąc, że Wałęsa jest zwykłym łajdakiem i patologicznym kłamcą”.

Jubileusz znakomitego karykaturzysty Andrzeja Krauzego

Dodatek do „Rzeczpospolitej” „Plus Minus” z 25-26 czerwca br. z uzasadnioną satysfakcją obchodzi jubileusz 15-lecia współpracy świetnego karykaturzysty Andrzeja Krauzego z „Rzeczpospolitą”. Przy okazji redakcja przypomina kilka jego znakomitych karykatur. Jedna z nich pokazuje mężczyznę z kozą, który wskazuje na pobliską parę dwóch mężczyzn biorących ze sobą ślub. Mężczyzna obiecuje kozie: „Jeszcze tylko ci panowie wezmą ślub, zaraz potem my!” Oczekuję na wściekły atak gejów na „Rzeczpospolitą” za mniemaną homofobię!

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/06/newsweek-jeczy-w-strachu-przed-j.html

W. Brytania zerwała z Unią

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Unia Europejska zapłaciła bardzo wysoką cenę za arogancką politykę M. Schulza, A. Merkel, J.-C. Junkersa i G. Verhofstadta, tracąc Anglię w swym składzie. Można się tylko dziwić jak czołowi idioci unijni nie rozumieli, że prowadzą do katastrofy UE swą antynarodową polityką, zwłaszcza próbami dyktatu w sprawie imigrantów, próbami ograniczania suwerenności państw europejskich i wrzaskiem „Więcej Europy”! Jakże głupie i chamskie były kolejne pouczania Polski w w ostatnich miesiącach, wspierane u nas przez równie głupią dywersyjną opozycję. Czy eurokraci wyciągną z tego jakieś mądrzejsze wnioski? Przypuszczam, że wątpię, jak pisywał kiedyś nieodżałowany Stefan Kisielewski (Kisiel).

Naczelny redaktor „SuperExpressu” o samobójczej polityce eurourzędasów

W dzisiejszym „SuperExpressie” (nr z 25 czerwca) szczególnie polecam świetny tekst naczelnego tego dziennika Sławomira Jastrzębowskiego: „Merkel, ale narobiłaś. A to przecież nie koniec”. Jastrzębowski pisze m.in.: „(…) Dlaczego Brytyjczycy uznali, że lepiej im będzie poza Unią? Z wielu powodów. Decydujący to katastrofalna, samobójcza, samowolna decyzja Angeli Merkel, która za całą Unię postanowiła, żeby Europę otworzyć na niekontrolowany napływ niebezpiecznych islamskich imigrantów. To przeważyło szalę niechęci. Wystarczyło popatrzeć na obrazki agresywnej dziczy we francuskim Calais atakującej tiry i przewoźników, aby zapałać niechęcią do szkodliwej polityki Niemiec. Wcześniejszym powodem było i jest wewnętrzne psucie się Unii, która stała się chorym rajem dla mnożących się eurourzędasów. Premier Wielkiej Brytanii David Cameron 4 lata temu gorzko szydził z płac unijnych urzędników: „Ponad dwustu pracowników Komisji Europejskiej zarabia więcej ode mnie”. Czy coś się zmieniło? Tak. Po kolejnych dwóch latach obliczono, że więcej od Camerona zarabia już około 10 tysięcy urzedników Unii! (podkr. – JRN). Do dziś wystarczy na pięć lat zostać europosłem i nic nie robić, żeby ustawić się finansowo na całe życie. Wizerunek Unii kompromitowały wszystkie te „głupie głupoty”, którymi zajmowały się urzędasy: ile ma być wody w spłuczce w toalecie, czy marchewka jest owocem, czy warzywem, czy ślimak to ryba śródlądowa etc.” (…)”. Jedna z nowych karykatur w Internecie pokazuje rysunek ślimaka, podpisany: „Ślimaki w Wielkiej Brytanii są w szoku, przestały być rybami”.

Oderwać Unię od urzędników!

W tymże numerze „SuperExpressu” tekst wieloletniego korespondenta w Brukseli Marka Orzechowskiego: „Ostatni dzwonek dla Europy”. Autor gromi rozmiary unijnej biurokracji, pisząc m.in.: „(…) Nie może być dalej tak jak obecnie (…) Stan frustracji, poczucie oderwania od rzeczywistości, przekonanie, że w morzu regulacji topi się piękna idea wspólnotowego życia – nie jest bowiem tylko udziałem Anglików, obecny jest także wśród innych narodów. Ale jakkolwiek bolesny Brexit stwarza pierwszą od lat okazję, aby uderzyć się w piersi, zdać rachunek sumienia, odbyć pokutę i Unię naprawić – zbliżyć ja do nas i oderwać od urzędników (…) Unia Europejska nie jest niepokalanie poczęta, więc ma swoje grzechy i wady – tyle, że rozrastająca się z roku na rok biurokracja próbowała je ciągle przykryć kolejnymi regulacjami. My chcemy żyć w Unii, ale trzeba pamiętać, że Unia powinna być w domu, blisko nas, ponieważ żyjemy w swoich państwach, a nie na brukselskim Olimpie”.

Wyrzucić do kosza większość regulacji w UE

W najnowszej „Polska the Times” (nr z 24-25 czerwca 2016 ) czytamy bardzo ostrą krytykę stanu UE ze strony dwóch ekonomistów: Piotra Przedwojskiego i Błażeja Bogdanowicza, zarządzających funduszami Caspar TFI. W tekście zatytułowanym „Problemem Unii jest ona sama, jej niebywałą ślamazarność” ekonomista P. Przedwojski stwierdza m.in.: „Problemem Unii nie są Brytyjczycy, problemem jest sama Unia i niebywała ślamazarność. Bruksela jako jeden podmiot nie potrafi nawet zawrzeć umów handlowych ze swoimi największymi partnerami, czyli Stanami Zjednoczonymi, Chinami oraz Rosją. Ta protekcjonistyczna unia celna po prostu nie działa. Od kilku lat Unia nie notuje właściwie wzrostu gospodarczego per capita, jest obszarem wysokiego bezrobocia i niskich inwestycji. Coś trzeba zmienić. Być może wyrzucić do kosza większość regulacji, które dławią gospodarkę (podkr. – JRN)”. Z kolei ekonomista B. Bogdziewicz akcentuje: „(…) Elity europejskie żyją w iluzji, uważając, że są w posiadaniu jakiejś nadprzyrodzonej mądrości predestynującej ich do podejmowania wszystkich najważniejszych decyzji, którym z jakichś niewiadomych powodów sprzeciwiają się obywatele… Więc ten plebs trzeba zmusić do milczenia i pokornej zgody na „rządy mędrców”. Elity europejskie zdają się mówić, że Unia świetnie by funkcjonowała, gdyby nie krnąbrni obywatele. Tymczasem od dawna widać, że niektóre projekty europejskie, na przykład strefa euro, nie działa”. Z kolei Przedwojski komentuje: „Z Londynu usłyszeliśmy bardzo głośny dzwonek ostrzegawczy. Co więcej dobiega on również z innych państw, w tym z unijnego jadra, czyli z Francji, gdzie według najnowszych badań PEW Research jest jeszcze więcej eurosceptyków niż w Wielkiej Brytanii”.

J. Kaczyński na rzecz zreformowania Unii

W „Gazecie Wyborczej” z 25-26 czerwca na uwagę zasługuje artykuł Agaty Kordzińskiej: „Kaczyński: Zreformujmy Unię”. O dziwo jest to tekst dość spokojny i stonowany, bez typowych dla organu Michnika wyzwisk i epitetów przeciw PiS-owi. Kordzińska pisze: „Według lidera PiS potrzebny jest nowy traktat europejski”. Należy dokonać reformy Unii Europejskiej, to będzie pozytywna odpowiedź na Brexit i może stać się ofertą dla Wielkiej Brytanii – mówił wczoraj Jarosław Kaczyński, komentując decyzję Brytyjczyków (…) Kaczyński chce doprecyzować przepisy Unii, by „rzeczywiście działała w oparciu o prawo, a nie na zasadzie arbitralnej, co często się zdarza” i czego Polska stała się dzisiaj „przedmiotem i ofiarą”. Podział kompetencji między Unią a państwami narodowymi musi być dokładnie sprecyzowany, bo zasada pomocniczości nie jest przestrzegana, zwłaszcza w stosunku do państw narodowych. – Trzeba przyjąć nowy, bardziej konsensualny sposób podejmowania decyzji (….) (Kaczyński – JRN) skrytykował zwołane na sobotę przez niemieckiego ministra spraw zagranicznych Waltera Steinmeiera spotkanie szefów dyplomacji sześciu krajów założycielskich Wspólnoty. – To może prowadzić do tego, że grupa państw stworzy różnego rodzaju bariery, np. gospodarcze, a skutki będą zupełnie oczywiste. Inne państwa nie będą mogły tego zaakceptować. Polska nie będzie mogła tego zaakceptować – uznał”.

Kordzińska ciekawie zreferowała poglądy Pawła Kukiza w sprawie UE, pisząc: „Unię Europejska skrytykował wczoraj też Paweł Kukiz. – W obecnej sytuacji cała wierchuszka pasożytniczej kasty powinna podać się do dymisji: pan Juncker, pan Tusk, pan Martin Schulz – mówił. Jego zdaniem „Brytyjczycy stanowili przeciwwagę dla centralistycznych zapędów Berlina, które po Brexicie się nasiliły”. Dlatego „Polska powinna nasilić współpracę w ramach Grupy Wyszehradzkiej i rozważyć jej rozszerzenie o Rumunię i Chorwację” (podkr. – JRN).

Bardzo bliskie są mi wyrażone powyżej bardzo radykalne poglądy Pawła Kukiza w stosunku do UE, a zwłaszcza w sprawie natychmiastowego wyrzucenia pasożytniczej wierchuszki UE.

Nigel Farage: „Unia Europejska umiera”.

W tejże „Gazecie Wyborczej” z 25-26 czerwca 2016 r. interesujący komentarz Katarzyny Wężyk: „Facet jak pędzący pociąg” na temat poglądów przywódcy antyunijnych oponentów w W. Brytanii Nigela Farage’a. Ten facet nigdy nie patyczkował się w swojej ostrej, a czasem nawet brutalnej krytyce prominentów UE i ich polityki. Na wstępie tekstu K. Wężyk przypomniała bardzo ostrą filipikę N. Farage’a na temat poprzedniego (przed D.Tuskiem) przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya: „Powiedziano nam, że gdy będziemy mieli przewodniczącego, zobaczymy wielką postać o światowej renomie. Człowieka, który mógłby być politycznym przywódcą 500 milionów ludzi. Cóż, obawiam się, że dostaliśmy pana. Nie chcę być niegrzeczny. Ale naprawdę ma pan charyzmę mokrej ścierki (podkr. – JRN) i i wygląd urzędnika bankowego niższego szczebla. Kim pan jest? Nigdy o panu nie słyszałem. Żaden Europejczyk o panu nie słyszał. Chciałbym wiec pana zapytać, kto na pana głosował? (…) Przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy (…), do którego skierowana jest ta tyrada, siedzi z kwaśną miną i kiwa głową. – Wydaje się, że pan nienawidzi samej idei państwa narodowego. Może dlatego, że jest pan z Belgii, która praktycznie nie jest państwem. Nie ma pan żadnej legitymacji do wykonywania tej pracy. Mam mocne podstawy uważać, że mówię w imieniu większości Brytyjczyków. Nie znamy pana, nie chcemy pana, i im szybciej odejdzie pan na zieloną trawkę, tym lepiej! (podkr. – JRN). Na koniec tekstu K. Wężyk pisze, że „Neil Farage zażądał stworzenia „rządu brexitowego”. – To zwycięstwo ludzi, dobrych ludzi, przyzwoitych ludzi. Odnieśliśmy je bez walki, bez jednego strzału. Odważyliśmy się marzyc, że nadchodzi świt niepodległego narodu – komentował na gorąco wynik referendum. – Unia Europejska się rozpada, Unia Europejska umiera. Mam nadzieję, że wyciągnęliśmy pierwszą cegłę z tego muru, mam nadzieje, że to pierwszy krok do Europy suwerennych państw” (podkr. – JRN).

Nie da się ukryć, że filipika Farage’a świetnie nadałaby się również do oceny obecnego „króla Europy” – jak pyszni się jego gąskowata żona – D.Tuska. A swoją drogą coś chyba się zmienia w „Wyborczej” pod wrażeniem galopującego spadku jej czytelników i takich ciosów jak wyjście W. Brytanii z UE. Po latach dominacji anty-PiS-owskiej i antynarodowej nienawiści w organie A. Michnika wreszcie można znaleźć teksty, z których coś można cytować. A może supercenzor Michnik z jakichś powodów złagodził swoją cenzurę w gazecie. Tak trzymać panie Michnik! Więcej takich cytatów z równie ciekawych postaci jak Nigel Farage! Byle tylko skądinąd niebrzydka reporterka p. red. Wężyk po moim tekście. natychmiast nie została uznana za „wtykę” z prawicy i wyrzucona z „Wyborczej”.

A. Gargas: „Eurozdrajcy”

W przeciwieństwie do starej kłamczuchy Doroty Kani, red. Anita Gargas z „Gazety Polskiej” była zarazem dużo bardziej rozsądna i prawdziwie odważna w swych nonkonformistycznych poglądach. Tym chętniej polecam jej najnowszy felieton w „Gazecie Polskiej Codziennie” (nr z 25-26 czerwca 2016 r.) pt. ”Eurozdrajcy”. Red. Gargas pisze m.in.: „Zastał Polskę murowaną, zostawił „ch…, d…ę i kamieni kupę. Teraz powtarza ten numer w UE” – napisał ktoś o Donaldzie Tusku. Ale błędne są opinie, że Tusk, Juncker, Timmermans – naczelni rozwalacze Unii Europejskiej (podkr. – JRN) – po Brexicie „przejrzą na oczy”. To byłoby możliwe, gdyby problem tkwił tylko w zaślepieniu eurokratów. Tymczasem chodzi o coś znacznie poważniejszego: korupcję polityczną. W Brukseli od dawna widać wszelkie jej odmiany. Większość urzędników poświęci interesy narodowe za własne bajońskie wynagrodzenie i codzienną porcję umownych ośmiorniczek na koszt europodatnika. Donald Tusk bronił najbardziej absurdalnych lewackich pomysłów za 100 tys. zł pensji, za posadę dla Bieńkowskiej (ciekawe, skąd wynikało tak wielkie przywiązanie Tuska do tej dość niemądrej dziuni. Pamiętacie to jej „Sorry, taki mamy klimat”… – JRN) i za to, że ktoś go poklepie po plecach (…)”.

T. Sakiewicz, nagle bardzo radykalny

W tejże „Gazecie Polskiej Codziennie” z 25-26 czerwca 2016 zaskakujący w nagłym radykalizmie krótki tekst Tomasza Sakiewicza. W końcówce tego tekstu Sakiewicz pisze: „Bycie w Unii Europejskiej jest w tej chwili jeszcze dla Polski opłacalne. Warunki naszego pobytu w tym rozpadającym się superpaństwie jednak się pogarszają i na pewno nie jest tak, że musimy słuchać każdego skacowanego lobbysty Niemiec. Jeżeli Unia Europejska nie zmądrzeje, to my też wyrzucimy ją z Polski” (podkr. – JRN). Ho, ho. A to ci sarmacka odzywka! Po takich słowach niektórzy będą niesłusznie zaliczać Sakiewicza nawet do „nacjonalistów”. I pewnie gromko zaprotestuje jego podwładny, stary tropiciel „narodowców” niejaki Piotr Lisiewicz!

Brońmy prawdy o ludobójstwie popełnionym na Polakach na Wołyniu!

Po prostu uwielbiam publicystykę najświetniejszego pisarza Stanisława Srokowskiego w „Warszawskiej Gazecie” i byłem skrajnie oburzony, gdy jakiś grubiański i niedouczony profesor KUL-u, bez większego dorobku, potraktował go obcesowo na Przystanku Niepodległość w Kłodzkiem (jeszcze powrócę do tej niezbyt miłej sprawy w imię tego, by organizatorzy nie zapraszali na przyszłość tego nadętego bubka z KUL-u do prowadzenia jakiegokolwiek panelu)! W najnowszej „Warszawskiej Gazecie” z 24-30 czerwca jest kolejny wspaniały felieton Stanisława Srokowskiego: „Stańmy 7 lipca przed Sejmem i krzyczmy: Chcemy prawdy!” Srokowski pisze m.in.: ”Zestawmy fakty i wyciągnijmy wnioski. Dzieci ukraińskie, idące po raz pierwszy do szkoły, dostaną do ręki elementarz, z którego dowiedzą się o wielkim bohaterze Ukrainy Banderze (…) Bandera znajdzie się już u maluchów w plecaku. A potem pójdzie dalej, do następnych klas, szkół, uniwersytetów i będzie zatruwał umysły. W Stanisławowie, o czym już wspominałem, licealiści śpiewają piosenkę, której pierwsze słowa brzmią: „Ja banderowiec, ja banderówka”. Ci licealiści mają po szesnaście, siedemnaście lat. I już się im wmawia, że są banderowcami. I oni będą rozsiewać ziarna nienawiści, tak jak Bandera. Przerażające! (…) W placówkach kulturalnych, w kinach wyświetla się dziesiątki banderowskich filmów. W setkach miast buduje się pomniki Bandery, Szuchewycza, Kłaczkiwskiego i Dywizji SS Galizien, największych morderców Polaków. Parlament ukraiński uchwalił ustawę o uznaniu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów za strukturę bohaterską. I o Banderze nie pozwala źle mówić. Gdy ktoś powie, że Badera to zbrodniarz, idzie za kratki. Wystarczy? A my? Co my Polacy, robimy? Czy odkłamujemy tę załganą rzeczywistość? Czy polskie władze reagują na stawianie na Ukrainie pomników nazistom? Nie! Skądże! Polski rząd wysyła na Ukrainę miliardy złotych, które zapewne idą na takie podręczniki, jak te o Banderze i na takie piosenki jak te o banderowcu i banderówce (…) Kto personalnie odpowie za to, co się stanie za rok, dwa, pięć albo dziesięć lat, kiedy zaczną się znowu mordy, bo i tego nie można wykluczyć (…) Od lat polskie środowiska kresowe nie mogą się doprosić, by polski Sejm ustanowił 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa OUN i UPA na Kresach. Na początku czerwca br. kresowe środowiska naukowe i kulturalne zwróciły się do polskich władz z apelem o – właśnie – ustanowienie 11 lipca świętem dla Kresowian i innych obywateli dobrej woli, którzy chcieliby tego dnia symbolicznie czcić pamięć pomordowanych przez Ukraińców na Kresach Polaków. List podpisały i wsparły setki sygnatariuszy (…) Ponieważ autorzy apelu nie otrzymali od władz odpowiedzi, środowiska kresowe organizują 7 lipca 2016 r. o godz.13:00 wielki wiec pod Sejmem, na który zapraszają wszystkich polskich patriotów, młodzież, całe rodziny, by zademonstrować z flagami i transparentami jedność z sygnatariuszami apelu i Kresowianami w walce o prawdę i sprawiedliwość”.

Dodajmy do tych świetnych uwag Srokowskiego, że obok wysyłania miliardów złotych na Ukrainę, posłano tam pokornego sługę ideologów ukraińskich Jana Piekło na ambasadora w Kijowie! Podpisuję się obu rękoma pod tekstem tego tak znakomitego felietonu S. Srokowskiego!

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/06/w-brytania-zerwaa-z-unia.html

Brawo PiS!

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Wczoraj na tym blogu omawiałem kilka nowych ciekawych tekstów o stosunkach, polsko-ukraińskich. Bardzo mocno chwaliłem wywiad z wielokrotnie nagradzanym kompozytorem muzyki współczesnej i jazzowej, wybitnym skrzypkiem Krzesimirem Dębskim, który ledwo uszedł spod krwawych noży banderowców w czasie jednej z organizowanych przez nich rzezi (zginęli z ich rąk jego dziadkowie). Krzesimir Dębski upominał się rzetelne upamiętnienie zbrodni ludobójczej na Polakach i piętnował ostatni faryzejski apel 13 osobistości ukraińskich do Polaków. Omawiałem również publikowany także we „Wprost” niebywale krętacki tekst Agnieszki Romaszewskiej-Guzy, skądinąd zasłużonej dziennikarki. Równocześnie zaś bardzo ostro skrytykowałem kolejny szkodliwy z punktu widzenia interesów Polski tekst b. posła Pawła Kowala. We wspomnianym tekście Kowal wzywał nas do „cierpliwości” wobec Ukraińców (pomimo, że tyle razy ją nadużyli przez swą chwalbę ludobójców z UPA ) i chwalił głupawy faryzejski list 13 osobistości ukraińskich, podobnie jak to zrobiła „Gazeta Wyborcza”. I pomyśleć, że ten szkodnik Kowal należał kiedyś do bardziej znaczących postaci PiS-u!

Z tym większą satysfakcją reaguję więc na najnowszy list ponad 200 parlamentarzystów PiS-u, stanowiący prawdziwie ostrą odpowiedź na poprzedni faryzejski list ukraińskich osobistości politycznych do Polaków. List parlamentarzystów PiS-u jest pierwszą tak kategoryczną wypowiedzią parlamentarzystów PiS z nowego składu Sejmu przeciwko wybielaniu zbrodni ukraińskiego ludobójstwa na Polakach. Szeroko omawia wspomniany tekst Wiktor Ferfecki w tekście: „Jak nie nazywać Wołynia” („Rzeczpospolita” 21 czerwca 2016 r.), pisząc m.in.: „Problem w tym, że inspiratorzy rzezi uchodzą obecnie na Ukrainie za bohaterów. Główne ulice w Kijowie zostaną najprawdopodobniej nazwane imionami Stepana Bandery i Romana Szuchewycza (to tak jakby główne ulice Berlina zostały nazwane ku czci Hitlera, Geringa i Goebbelsa. W połowie czerwca wicepremier Ukrainy Iwanna Kłymopus-Cyngadze powiedziała „Rzeczpospolitej”, że Suchewycz jest dla niej bohaterem, bo „zrobił bardzo dużo dla budowania ukraińskiego państwa” (I taka bezmyślna kretynka, wielbiąca krwawego ludobójczego kata Polaków jest wicepremierem Ukrainy, której tak wiele pomagamy! MSZ powinien natychmiast wezwać rząd Ukrainy do przeprosin za tak obraźliwe dla nas słowa wicepremier Ukrainy – JRN).

Red. Ferfecki pisał dalej: „Odpowiedź parlamentarzystów zaprezentował w poniedziałek w Kijowie jej współautor Michał Dworczak, poseł PiS i przewodniczący Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej. Pismo zaczyna się od słów: „Drodzy ukraińscy Przyjaciele”. Parlamentarzyści piszą, że w Polsce „nie upamiętnia się ludzi, którzy mają na rękach krew ludności cywilnej”, a Polaków boli taki „wybór pamięci historycznej”. „Nie możemy zaakceptować nazywania zaplanowanej i zrealizowanej w okrutny sposób akcji przeciw ludności cywilnej mianem polsko-ukraińskiej wojny” – piszą parlamentarzyści PiS… (podkr. – JRN). Brawo PiS!

Red. Ferfecki komentował: „Na początku czerwca pisaliśmy w „Rzeczpospolitej”, że choć oficjalnie PiS nazywa zbrodnie ludobójstwem, opinie wewnątrz partii są podzielone. Za przeciwników nazwania rzezi w tak jednoznaczny sposób uchodzą wpływowi (na nieszczęście PiS – JRN) doradcy PiS, m.in. Przemysław Żurawski vel Grajewski, współpracownik szefa MSZ Witolda Waszczykowskiego oraz Jan Piekło mianowany ambasadorem na Ukrainie”. Pisałem już wcześniej na blogu jak szkodliwa jest ta nominacja.

Tym cenniejszy jest więc fakt, że w PiS wyraźnie zwyciężyła idea jednoznacznego powiedzenia prawdy o ludobójstwie ukraińskim. Red. Ferfecki kończy swój tekst stwierdzeniem: „Prezes Kaczyński co prawda nie podpisał się pod ostrym listem do Ukraińców, ale zaakceptował jego treść – zauważa jeden z posłów”. W „Rzeczpospolitej” przytoczono również komentarz ks. Tadeusza Isakowicza–Zaleskiego - „Jestem pozytywnie zaskoczony – mówi ks.Tadeusz Isakowicz-Zaleski, jeden z liderów środowiska Kresowian”. Oby PiS poszedł konsekwentnie drogą wytyczoną przez stanowczy i mądry list parlamentarzystów PiS do Ukraińców! A wtedy z pewnością uzyska jeszcze większe poparcie narodu dla swych działań!

Ksiądz Jan Rosłan gromi współczesnego faryzeusza ks. Adama Bonieckiego

Z opóźnieniem dotarłem do jakże znakomicie przemyślanego tekstu ks. Jana Rosłana, b. naczelnego redaktora „Posłańca Warmińskiego” gromiącego kolejny skrajny wybryk naczelnego redaktora „Obłudnika Powszechnego” („Tygodnika Powszechnego”) ks. Adama Bonieckiego. Przypomnijmy tu, że w lutym 2016 r. ks. Adam Boniecki stanowczo wystąpił przeciwko odebraniu przyznanego przez Kwaśniewskiego wysokiego odznaczenia dla najgorszego polakożercy świata Jana Tomasza Grossa (por. komentarz na portalu PCh24.pl Polonia Christiana z 16 lutego 2016 r.): „Bronił Nergala, a teraz Grossa. Niebezpieczne związki księdza Bonieckiego”. Pisano tam m.in: „Krąg osób, za którymi ujmuje się publicznie ksiądz Boniecki może wprawić w osłupienie. Do lidera satanistycznej grupy muzycznej Behemota – Nergala – dołączył autor antypolskich opracowań Jan Tomasz Gross”. Wielokrotnie pisałem o tym, jak mocno redakcja „Obłudnika Powszechnego” była i jest na bakier z elementarnym przesłaniem Kościoła i jeszcze mocniej z patriotyzmem i polskością. (por. np. moją książkę „Obłudnik Powszechny”, Warszawa 2006, s. 44-70). Tym mocniej się cieszę, że kolejny wybryk naczelnego głównego pisma katolewicy – ks. Adama Bonieckiego spotkał się ze zdecydowana ripostą ze strony duchownego ks. Jana Rosłana, b. naczelnego redaktora „Posłańca Warmińskiego”. Zacytuję tu fragmenty z jego znakomitego tekstu: „Jaki order dla Grossa?, publikowanego w Regionalnym Portalu Olsztyna „Debata” 22 marca 2016 r.:

„(…) „W sukurs „Gazecie Wyborczej” poszedł od razu „Tygodnik Powszechny”, który zamieścił aż na siedmiu stronach artykuł Michała Okońskiego zatytułowany „Polski kłopot z Grossem”. Okładkę pisma zdobi oczywiście twarz Grossa, a we wstępniaku ks. Adam Boniecki dał tytuł swemu tekstowi: „Nie odbierajcie mu tego odznaczenia”. Ks. Boniecki wykazuje się przedziwną logiką: mało jest ważne, czy Gross kłamie czy nie (bo przecież prawda się nie liczy) (podkr. – JRN) trzeba patrzeć na intencje człowieka, a te przecież u Grossa są na pewno szlachetne. Czołowy przedstawiciel tzw. Kościoła otwartego jest gotów zanegować nawet potrzebę poszukiwania i dochodzenia do prawdy, aby tylko bronić swoich ideologicznych towarzyszy. Ks. Boniecki napisał: „Zabolało nas nie to, że Gross powiedział (słusznie czy niesłusznie) o liczbach, lecz że znów przypomniał o polskich winach czasu wojny i po wojnie”. I dalej: „Jeśli „spór o liczby” miał w sobie coś z absurdu to pomysł odebrania profesorowi Uniwersytetu Princeton polskiego odznaczenia jest ponury”. Zdumiewa u księdza redaktora relatywizowanie prawdy. Prawda nie ma znaczenia. Każde kłamstwo oskarżające naród polski mamy przyjąć z pokorą, bo życiorys Grossa jest tak skomplikowany, że może on uprawiać naukowe hochsztaplerstwo i należy go za to honorować (…) „Tygodnik Powszechny” wyznacza nowy kierunek dyskusji o J. T. Grossie. Nie wolno polemizować z jego stwierdzeniami, bo przecież prawda nie jest ważna, liczby i fakty są nieistotne, pisze ks. Boniecki, a redaktor tygodnika uważa, że jedyne o czym można dyskutować, to o wielkości zasług Grossa i o wyborze orderu, który ma zawisnąć na jego piersi. (…) W dyskusji, czy odebrać order Grossowi, „Tygodnik Powszechny” odwrócił kota ogonem i chce dyskutować wyłącznie o zasługach Grossa dla Polski, bo według redakcji, on rozsławia imię Polski na świecie. Ja uważam, że Gross jest jednym z elementów „dzielenia” się przez Niemców odpowiedzialnością za Holocaust i w tej roli pomagają mu takie redakcje, jak „Gazeta Wyborcza”, „Tygodnik Powszechny” czy wydawnictwo „Znak” (…)” (podkr. – JRN).

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/06/brawo-pis.html

Nie wolno przebaczać wybielaczom rzezi wołyńskiej

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Wszystkim czytelnikom tego blogu ogromnie polecam wspaniały wywiad Katarzyny Skrzydłowskiej-Kalukin o ciężkich zaszłościach polsko-ukraińskich z wielokrotnie nagradzanym kompozytorem muzyki współczesnej i jazzowej, wybitnym skrzypkiem Krzesimirem Dębskim. Wywiad zatytułowany: „To cud, że jestem na świecie” ukazał się w najnowszym numerze „Wprost” z 20 czerwca 2016 r. Należałoby go wpisać do sztambucha wszystkim upartym wybielaczom rzezi na Wołyniu i w Małopolsce wschodniej na 150 tysiącach Polaków w czasie wojny. Oto szczególnie istotne fragmenty tego wywiadu: K. Skrzydłowska-Kalukin: „Przebacza Pan?” – Krzesimir Dębski: Jak można przebaczyć, jeżeli ktoś prosi o to w nieszczery i pokrętny sposób?

K. Skrzydłowska-Kalukin: „Ukraińscy duchowni, politycy i intelektualiści ogłosili apel do Polaków, w którym proszą o przebaczenie za popełnione zbrodnie i krzywdy, przywołując tragedię Wołynia. Podpisali się pod nim między innymi dwaj byli prezydenci. Co w tym jest nieszczerego i pokrętnego? – K. Dębski: „Niektórzy doszukują się tu analogii do listu biskupów polskich do niemieckich z 1966 r. Nie ma analogii, to jest zupełnie inna historia. Na końcu tej deklaracji Ukraińcy zaznaczają, że będą czcić swoich bohaterów i oczekują, że nie będziemy ich za to krytykować. Formułują to oczywiście w dyplomatycznym języku i piszą: „Polska myśl winna w pełni uznać samodzielność ukraińskiej tradycji narodowej jako sprawiedliwej i godnej szacunku walki o własną państwowość i niepodległość” - K. Skrzydłowska-Kalukin: „A cóż w tym złego? -K. Dębski: „A to, że ich walka o własną państwowość oznaczała rzeź, jaką Ukraińska Powstańcza Armia wykonała na ludności polskiej. To było ludobójstwo, metodyczne oczyszczenie terenów Wołynia i Galicji Wschodniej z narodowości polskiej. Na Wołyniu zginęli moi dziadkowie, rodzice ledwo przeżyli. To cud, że jestem na świecie. Dlatego nie przebaczam tym, którzy z oprawców robią bohaterów (podkr. – JRN). Od dawna różne ukraińskie środowiska mówią o wspólnym wybaczeniu, a tak naprawdę negują fakt rzezi. Zbrodniarzy z UPA nazywa się bohaterami, stawia się im pomniki, dzień powstania UPA jest na Ukrainie świętem narodowym. A kiedy mówi się o Wołyniu, nie mówi się o zbrodni,. Tylko o bratobójczych walkach miedzy Polakami a Ukraińcami (…) nie było tam mowy o równej walce. Na Wołyniu było tylko 15 proc. Polaków (…) tezy o bratobójczych walkach są nieprawdziwe. Prawda jest taka, że w wyniku mordów organizowanych przez UPA na Wołyniu przestała istnieć polska grupa narodowościowa, a wcześniej UPA brała udział w likwidacji Żydów (…)

11 lipca 1943 r. to dzień nazwany później krwawą niedzielą na Wołyniu. Tego dnia nacjonaliści z UPA napadli na 99 polskich miejscowości, część ataków przeprowadzili na kościoły (…) Świadkowie opisali to, co się działo 11 lipca i później, w następnych miesiącach. Opisują, jak zabijano dzieci, wrzucając je do studni, albo rozłupując ich głowy siekierami. Jak palono ludzi żywcem w stodołach, zakłuwano na śmierć widłami, podrzynano gardła mężczyznom (…)

Ja nie chcę żadnych przeprosin. Chcę, żeby fakty nie były fałszowane. Żeby w ukraińskich podręcznikach było napisane, co robiła UPA na tamtejszych terenach. Niech Ukraińcy poznają pisma Bandery. I dowiedzą się, że to była nacjonalistyczna organizacja wzorowana na niemieckich nazistach. W Niemczech była NSDAP, a na Ukrainie OUN, organizacja nacjonalistów ukraińskich, która miała zbrojne ramię UPA, a to z kolei dzieliło się na banderowców i melnykowców, jak SS i SA. I że była polityczna wola oczyszczenia terytorium ukraińskiego ze wszystkich obcych, głównie Polaków i Żydów. I że z tego powodu nastąpiła rzeź (…)„

Krzesimir Dębski wystąpił za tym, by wreszcie przerwano tak niechlubną zasłonę milczenia, którą przez wiele dziesięcioleci przykrywano ukraińskie ludobójcze mordy na Polakach, stwierdzając m.in.: „(…) Nigdy nie można było mówić o tym, co się wydarzyło na Wołyniu. W PRL był to temat zakazany, bo Wołyń leżał wtedy na terenie Związku Radzieckiego, a o ZSRR można było przecież mówić tylko dobrze. Kiedy nadeszła wolność znowu nie wolno było mówić w imię budowania dobrych relacji z budującą swoją państwowość Ukrainą. Później nadal nie wolno było w imię polskiej racji stanu. Teraz mówi się, że temat zbrodni UPA, jest wodą na młyn propagandy rosyjskiej. W naszym kraju jest też duża grupa ukrainofilów, którzy nie przyjmują do wiadomości tego, że taki romantyczny naród jak Ukraińcy mógłby robić coś złego. Przecież oni tak pięknie śpiewają! (…) Jeśli Ukraińcy czuja się Europejczykami, muszą spełniać normy europejskie, czyli nie fałszować historii i nie traktować nacjonalistów jak bohaterów (…) Nie wyważone są nieustanne próby tłumienia świadomości Ukraińców, którzy nie wiedzą o skali zbrodni nacjonalistów. To jest zakłamanie, a nie budowanie czytelnej ukraińskiej tożsamej na prawdzie (…) Uważam, że 11 lipca powinien być dniem pamięci o ludobójstwie na Wołyniu. Taka pojedyncza data przemawia do ludzi – tego dnia można wspominać, budować pamięć i świadomość (podkr. – JRN) (…) Czołowe polskie gazety słusznie wspominają masakrę w Srebrenicy, która także zaczęła się 11 lipca, pogrom w Jedwabnem 10 lipca, a o Wołyniu w rocznicę krwawej niedzieli zazwyczaj milczą (…)”.

W innym artykule o sprawach stosunków polsko-ukraińskich na łamach tego samego numeru „Wprost” z 20 czerwca 2016 r. red. Eliza Olczyk (w tekście „Rzeź i polityka”) zacytowała m.in. opinię posła PiS Michała Dworczyka w związku z listem 13 osobistości ukraińskich z początku czerwca br. Jak pisała E. Olczyk: „Według Dworczyka, który jest przewodniczącym polsko-ukraińskiej grupy bilateralnej, ten list jest wyrazem zaniepokojenia Ukraińców inicjatywami polskimi związanymi z rocznica rzezi wołyńskiej. – Problem polega na tym, że Ukraina prowadzi dzisiaj określoną politykę historyczną, która – co stwierdzam z przykrością – polega na budowaniu tożsamości narodowej na historii UPA – mówi poseł PiS. My jako polscy politycy musimy zwracać uwagę na konsekwencje takich działań. Jeżeli gloryfikowane są osoby odpowiedzialne za ludobójstwo, to za kilka lat może się okazać, że pokolenie młodych Ukraińców w ogóle nie będzie rozumiało, czego chcą Polacy w związku z tym Wołyniem. A to przełoży się na nieporozumienie we wzajemnych relacjach (podkr. – JRN). Według Dworczyka już zderzyliśmy się z tym problemem, bo z powodu poprawności politycznej część naszych elit przez lata nie wspominała o Wołyniu i duża część elity ukraińskiej nie bardzo rozumie, dlaczego akurat teraz o tym mówimy. – Na to nakłada się narracja ukraińskiego IPN, że w 1941 r. na Wołyniu toczyła się wojna polsko-ukraińska i po obu stronach były ofiary, my na taką symetrię nie możemy się zgodzić, bo to jest niezgodne z prawdą historyczną – mówi Dworczyk (przypominam, że na czele ukraińskiego IPN stoi wielbiciel Bandery i zajadły wróg Polski Wołodymuyr Wiatrowicz - JRN). Poseł PiS zwraca też uwagę na niebezpieczeństwa związane z najnowszymi pomysłami, które się pojawiają na Ukrainie, np. karania za kwestionowanie bohaterstwa bojowników UPA. A to może zablokować badania historyczne nad tamtymi wydarzeniami. – Nie możemy stać z założonymi rekami i udawać, że nic się dzieje”.

Agnieszka Romaszewska-Guzy kręci

Ceniłem Agnieszkę Romaszewską-Guzy za wiele jej tekstów i zawsze pamiętałem o jej zasługach w dawnej anty-PRL-owskiej opozycji. Z dużą przykrością jednak czytałem jej najnowszy wywiad o sprawach polsko-ukraińskich pt. „Wołyń to nasz kościotrup w szafie”, udzielony Elizie Olczyk i Joannie Miziołek w najnowszym „Wprost” (nr z 20 czerwca 2016). Nie podobał mi się jej sprzeciw wobec ustanowienia święta w rocznicę rzezi wołyńskiej i różne uszczypliwości wobec organizacji kresowych. Trzeba być dużo bardziej jednoznacznym w tej tak ważnej dla Polaków sprawie. A swoją drogą to już druga rzecz, która nie podoba mi się w zachowaniach red. Romaszewskiej- Guzy w ostatnich tygodniach. Z miesiąc temu zdumiała i zasmuciła mnie wieść, że owa redaktorka krytykowała tak potrzebne usunięcie Jerzego Sosnowskiego z funkcji szefa publicystyki „Trójki”. Przypomnijmy, że Sosnowski, były dziennikarz „Gazety Wyborczej” „wsławił się” atakami na środowiska patriotyczne i chrześcijańskie. Jako szef publicystyki „Trójki” był faktycznie reprezentantem „nowej cenzury” i doprowadził do usunięcia m.in. red. Wojciecha Reszczyńskiego i Tomasza Sakiewicza. Nie rozumiem jak redaktor A. Romaszewska-Guzy mogła występować w obronie tak bardzo nieciekawej postaci?!

A skrajny wybielacz działań Ukrainy Paweł Kowal znów nas zachęca do siedzenia cicho

Paweł Kowal dał już w przeszłości bardzo wiele dowodów na skrajne wybielanie Ukrainy i swoją troskę o to, żebyśmy zanadto nie przypominali sobie o ludobójstwie popełnionym na Polakach na Wołyniu. A potem gorzko uskarża się już w tytule swego wywiadu, udzielonego Anicie Czupryn („Polska the Times” z 20 czerwca 2016 r.): ”Są tacy, którzy widząc mnie w TV, mówią „banderowiec”. A ja z kolei ubolewam, że taki nieudacznik i szkodnik polityczny jak Paweł Kowal jest o wiele za często pokazywany w różnych telewizjach. We wspomnianym wywiadzie dla Anity Czupryn Kowal krytykuje kresowiaków za to, że „zasłaniają się pamięcią ofiar Wołynia” (!!!) Co więcej wzywa Polskę, by wykazywała „strategiczną cierpliwość” wobec Ukrainy. Przecież to jest chore. Ileż razy wykazywaliśmy tę „cierpliwość” wobec gloryfikacji ludobójców S. Bandery i R. Suchewicza przez W. Juszczenkę. A teraz mamy to samo robić wobec gloryfikacji UPA przez cynicznego oligarchę P. Poroszenkę.

Jacek Kurski znów dał plamę

Z ogromną satysfakcją intelektualną czytałem w najnowszej „Do Rzeczy” (nr z 20 czerwca) długi wywiad z Andrzejem Rosiewiczem. Od wielu lat śledziłem ze współczuciem perypetie i blokady, jakie uderzały w tak znakomitego nonkonformistycznego piosenkarza. Oby ten wywiad, przeprowadzony przez Błażeja Torańskiego, zatytułowany „Cierpię” stał się impulsem do przełamania izolacji tak wspaniałego twórcy także nowej „reformowanej” przez Jacka Kurskiego telewizji. Czytelnikom mego blogu szczególnie polecam końcowy fragment wywiadu z Rosiewiczem. Prowadzący wywiad B. Torański skomentował: „Nie ma urzędowej cenzury, ale jest pan na indeksie. Nie można pana słuchać ani w radiu ani w telewizji. Co najwyżej w Telewizji Trwam i Radiu Maryja”. W odpowiedzi Rosiewicz stwierdził, z wyraźną goryczą: „Przez ostatnie osiem lat władza wycięła mnie z mediów. Śpiewałem „Pytasz mnie”, piękną piosenkę o Polsce, która wzruszała miliony Polaków na całym świecie. Nasza kochana misyjna telewizja publiczna nie była nią w ogóle zainteresowana. Tylko Telewizja Trwam. To świadczy o tym jak „patriotyczna” była poprzednia ekipa rządowa.

W PRL było tak, że trochę mnie ukarano, ale dawano mi żyć. Teraz skazany jestem na śmierć medialną. Żeby mnie choć zaproszono na benefis w Opolu. Mam fajną piosenkę: „Opole, Ole!” Ale nie! Zewsząd słyszę, że to jest skandal. Mój kolega wysłał do Jacka Kurskiego, który rządzi Telewizją Polską, sms, pisząc, że proszę o kontakt. Nie oddzwonił (podkr. – JRN). Zatelefonowałem do wiceministra kultury, Jarosława Sellina. Przyjemny, kulturalny, myślę sobie: „Może dotrę do właściwego człowieka”. Przedstawiłem się, a sekretarka: „Ale pan minister ma umówione spotkania na najbliższe dwa tygodnie”. Proszę pani, na mojej lewej klapie wisi medal Gloria Artis, zasłużony dla kultury. Nie powinno to ułatwić?” Ona: „Proszę zostawić numer telefonu”. Nie oddzwoniła. Ja, który żyję duchem II Rzeczpospolitej, wartościami: „Bóg, honor, ojczyzna i kultura”, cierpię”.

Mniejsza z Sellinem, ale zlekceważenie Rosiewicza przez Kurskiego zdenerwowało mnie absolutnie. Bo to już nie pierwszy przykład takiego idiotycznego zadufania nowych rządców telewizji, bardzo fatalnego z punktu widzenia widzów. Przypomnę, że nowa „reformowana” (?) przez Kurskiego telewizja wcześniej odrzuciła możliwość dania programu Wojciechowi Cejrowskiemu i Maxowi Kolonce. Byli traktowani jak „trędowaci” za rządów PO i dalej traktuje się ich w ten sam sposób. Może nie trzeba się temu wszystkiemu dziwić, bo, jak wszystkie wróble ćwierkają, Kurski już dawno po cichu dogadał się z warszawskim Salonem i liczy na to, że za wstrzemięźliwość wobec tak „niepokornych” postaci jak Rosiewicz tym mocniej będą go hołubić za kolejnego politycznego rozdania. Bo jak inaczej wytłumaczyć zachowanie Jacka Kurskiego wobec Andrzeja Rosiewicza, pychą, kabotynizmem? Może wiceminister kultury Krzysztof Czabański pokaże szybkie odpowiednie działanie w sprawie Rosiewicza, tak dziwnie traktowanego „per noga” w IV Rzeczypospolitej! A przy okazji upomnę się o red. Wojtka Reszczyńskiego, wyraźnie niedocenionego przez nowe szefostwo Radia (sam Wojtek niestety jest zupełnie nie przebojowy w sprawach osobistej kariery, nad czym mocno ubolewam). Zapytam szefów Radia jak długo trzymać będą tak świetnego radiowca (założyciela Radia Wa-Wa, kierującego nim przez 15 lat) na zesłaniu z audycją po północy (tak, tak, od 24-ej!). Cóż Wojtek nie umie się upomnieć, a wysokie stołki w Radiu zajmują ostatnio coraz liczniejsi publicyści prasowi, bez żadnej wprawy w publicystyce radiowej. Czy to wszystko jest normalne?

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/06/nie-wolno-przebaczac-wybielaczom-rzezi.html

Mocny powrót do idei IV Rzeczpospolitej

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Z wielką satysfakcją usłyszałem słowa prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego znów wyrażającego ideę IV Rzeczpospolitej, którą jakoś dziwnie przemilczano przez pierwsze półrocze rządu PiS-u. Idea IV Rzeczpospolitej wszystkim kojarzy się z planem gruntownych, przełomowych zmian. Dobrze więc, że znów wzięto ją na sztandar PiS-u. Przypomnijmy, że prezes PiS J. Kaczyński, przemawiając na Kongresie Impact’16 w Krakowie w dniu 15 czerwca 2016 r. powiedział m.in.: „IV Rzeczypospolita, którą dzisiaj budujemy, to państwo suwerenne wobec innych państw, ale także podmiotów gospodarczych. W polskim interesie będziemy podejmować decyzje sami. Ten warunek jest dzisiaj w trakcie spełnienia”. Że PiS robi bardzo dobrze wracając do idei IV RP najlepiej świadczy histeryczny atak znanego leminga łże-profesora P. Śpiewaka na tę idee w tekście „Idea IV RP to bajki pozbawione konkretów” („SuperExpress” z 18-19 czerwca 2016).

Wzrasta popularność PiS, dołują lemingi z opozycji

W najnowszej „Warszawskiej Gazecie” z 17-23 czerwca 2016 r. z wielką przyjemnością czytałem informacje zawarte w tekście Azy: „PiS pogrąża opozycję”. Wg autorki „Warszawskiej”: „Lewackie kręgi po raz kolejny są w szoku. Najnowszy sondaż wyborczy, przeprowadzony przez TNS Polska, wskazuje na gigantyczną przewagę Prawa i Sprawiedliwości nad innymi ugrupowaniami. Według niego na PiS zagłosowałoby 40 proc. ankietowanych, podczas gdy na Platformę Obywatelską zaledwie 17 proc. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja Nowoczesnej, którą skłonne jest poprzeć zaledwie 7 proc. badanych”. Równie budujące są informacje w zamieszczonej obok tego tekstu w Warszawskiej informacji ipw w tekście „Prezydent w górę, Trybunał w dół’. Z tekstu dowiadujemy się, że znowu wzrosło poparcie dla prezydenta Andrzeja Dudy i obecnie wynosi 55 proc. Za to wyraźnie pogorszyły się oceny Trybunału Konstytucyjnego, w ciągu miesiąca spadając o 6 proc. – do zaledwie 29 proc. Dziwne, że o tego typu wynikach sondaży jakoś bardzo rzadko informuje telewizja publiczna spod znaku Jacka Kurskiego, a powinna podawać dane najnowszego sondażu przynajmniej raz na godzinę. Tak jak to robiono poprzednio w telewizji publicznej, natychmiast reklamując sondaże korzystne dla Platformy Obywatelskiej. Dziwię się też, że telewizja publiczna nie postarała się o bardzo mocne nagłośnienie tak ważnej sprawy zdecydowanego sprzeciwu prezydenta Rumunii wobec jakichkolwiek sankcji wobec Polski.

Przy okazji nowych sondaży, tak przychylnych dla PiS, nasuwa się kolejna refleksja. Jak się okazało nic nie pomogły lamenty lemingów i lewaków na rzekome zagrożenia demokracji w Polsce, wspierane przez naciski faryzeuszy z komisji Europejskiej, począwszy od „kapo” M. Schulza. Nie ma co się przejmować tymi wszystkimi lamentami i wrzaskami KOD-owiczy. Trzeba zachować zimną krew tak jak premier Viktor Orbán w obliczu 6-letnich nagonek na Węgry. I iść za mądrą poradą Marszałka Józefa Piłsudskiego z 1920 r.: „Wy, Królewiacy, macie śmieszna naturę. Kiedy jadących drogą napadnie pies natarczywym i hałaśliwym ujadaniem, bierze was zaraz ochota, aby wyskoczyć z pojazdu, stanąć na czworakach i zacząć mu się odszczekiwać. My, w Wileńszczyźnie, pozwalamy psu szczekać, bo taka już jego psia natura, ale nie przerywamy przez jego psie szczekanie podróży i bez wojny z psami spokojnie jedziemy do naszego celu. Wam, zdaje się, na przeszczekaniu psa, na wygraniu wojny z byle parszywym szczeniakiem bardziej zależy niż na szybkim dojechaniu do celu podróży” (por. J. R. Nowak: „Myśli o Polsce i Polakach”, Katowice 1994, s. 194).

Szokujący tekst o papieżu Franciszku w ‘Warszawskiej Gazecie”

Po bardzo krytycznym tekście o nuncjuszu Migliore, oskarżonym o związki masońskie „Warszawska Gazeta” szokuje kolejnym tekstem, tym razem o papieżu Franciszku. Jego autorem jest znowu ks. Jarosław Gluziński, który w „Warszawskiej Gazecie” z 10-16 czerwca 2016 pisze już w tytule o abdykacji Franciszka. Według ks. Gluzińkiego papież Franciszek jakoby już podpisał abdykację, która ma nastąpić pod koniec października lub w listopadzie. Szokujący jest przedstawiony przez ks.Gluzińskiego negatywny bilans rządów papieża Franciszka w Watykanie: „Po dwóch latach od wyboru „efekt Franciszka” prysł niczym napompowana bańka mydlana. Do pieca dołożył Antonio Socci, który dowodzi, że wybór Bergolio na papieża był nielegalny (por. książka „Non e Francisco”) (…) Statystyki nie kłamią. Liczba wiernych na środowych audiencjach spadła w ciągu dwóch lat o niemal 68 proc. Podobnie na modlitwach „Anioł Pański” i innych spotkaniach. Odpływ wiernych od Franciszka jest widoczny gołym okiem.

Ks. Gluziński stawia bardzo poważne zarzuty w sprawach religijnych, pisząc m.in.: „Franciszkowa koncepcja dialogu międzyreligijnego nijak się ma do tej objawionej w Słowie Bożym. Papieski dialog nie opiera się na głoszeniu nawrócenia i budowaniu koegzystencji społecznej, ale na próbie zrównania ze sobą wszystkich religii. W tych poczynaniach radykalnie faworyzuje on islam i religię mojżeszową. Nie sposób wymienić wszystkich sygnałów wskazujących, że zależy mu na połączeniu islamskiej sekty z wiarą w Jezusa Chrystusa. Przypomnę jedynie kilka z nich. W skandalicznym wywiadzie dla francuskiej gazety „La Croix” przyrównał apostołów do… terrorystów z ISIS. Nie sposób nie wspomnieć o całowaniu Koranu czy muzułmańskich stóp podczas wielkoczwartkowych uroczystości, które dało imamom jasną informacje, jakoby chrześcijaństwo sprawowało poddańczą rolę wobec islamu. Franciszek ma krzepę, by uklęknąć przed muzułmanką i ucałować jej stopy, nie mając już siły, by uklęknąć w kościele przed żywym Jezusem obecnym w Najświętszym Sakramencie. Czy Chrystus całował fałszywe księgi lub stopy pogan podczas Ostatniej Wieczerzy? Papież Franciszek przeszedł samego siebie podczas uroczystości wręczenia nagrody im. Karola Wielkiego, gdy u boku Martina Schulza zasugerował, że Europa winna odrodzić się w… islamie. Nie w pogłębionej wierze w Chrystusa. Nie w renesansie sakramentalnego życia, ale w islamie! Podobnie zachowuje się w kwestii żydowskiej. Nieodwzajemnione służalcze pocałunki rąk rabinów są jedynie tego symbolem (…)”. (Odnośnie pojawienia się papieża Franciszka u boku M. Schulza warto przypomnieć, że ten brutalny antychrześcijański polityk niedawno odmówił wydzielenia jednego pomieszczenia parlamentu Europejskiego na kaplicę dla chrześcijan. Niespełna dwa lata temu w trakcie kampanii wyborczej do europarlamentu Schulz opowiedział się za usunięciem krzyża, a także innych symboli religijnych z miejsc publicznych. Wszystkie dane podaję za tekstem europosła Mirosława Piotrowskiego: Modlitwa i medytacja, „Niedziela” 6 marca 2016 – JRN).

W dalszym ciągu artykułu ks. J. Gluziński pisze: „Papież Franciszek stał się ulubieńcem mediów, co niestety nie ma realnego przełożenia na skuteczną ewangelizację, nawrócenia, liczbę wiernych w kościele czy powrót do życia sakramentalnego. Franciszek ma czas na spotkania z Salmą Hayek i przedstawicielami amerykańskich organizacji homoseksualnych, nie odnajduje go równocześnie na spotkanie ze stającą w obronie życia nienarodzonych Mary Wagner. „Stać go było na list do muzułmanów z okazji rozpoczęcia Ramadanu z życzeniami, by okres ten przy nosił im obfite owoce, ale nie stanął ani razu w obronie Asi Bibi, skazanej na śmierć za wierność Chrystusowi” – komentuje sprawę publicysta Grzegorz Górny.

Zwrócony w kierunku Mekki pokornie modlił się w meczecie (w 2014 r.), zapominając o przelewających krew chrześcijańskich wspólnotach, których świątynie już dawno leżą w gruzach. Czy tak postępuje pasterz swoich owiec? Czy pasterz powinien budować swój PR kosztem wiernych będących w niebezpieczeństwie? (…) Papież przeszedł samego siebie w wywiadzie dla francuskiego periodyku, gdzie Europejkom zasugerował, by współżyły z islamskimi imigrantami i w ten sposób zniwelowały ujemny przyrost naturalny. Takich apeli było o wiele więcej. Biorąc pod uwagę, jak wielka liczba doradców otoczony jest papież, należy wykluczyć jakąkolwiek naiwność. Niemożliwe, że Franciszek nie wie o aktach terrorystycznych, czy gwałtach na kobietach, jakich dopuszczają się islamscy fundamentaliści. Niemożliwe, że nie zna doktryny koranicznej, zezwalającej na morderstwo innowiercy, czym trudzą się liczni salafici”.

Artykuł ks. Gluzińskiego jest zilustrowany zdjęciem jak papież Franciszek pokornie całuje rękę rabinowi, bez odwzajemnienia ze strony żydowskiej. Czy dialog między religijny powinien się tak daleko posuwać? Czy wyznawcy innych wiar nie przyjmą takich gestów jako wyraz totalnego samoupokorzenia ze strony najwyższego przedstawiciela wiary chrześcijańskiej? Podobnie jak szokujące całowanie stóp muzułmańskich w kilka dni po zamachu w Paryżu. Warto tu przypomnieć, co pisał na ten temat naczelny redaktor „Frondy” Grzegorz Górny na portalu „wpolityce.pl” 28 grudnia 2016 r.: „W świecie islamu od ponad dwóch lat prawdziwą furorę robi zdjęcie Franciszka zrobione w Wielki Czwartek 2013 roku. Przypomnijmy: w jednym z rzymskich więzień Franciszek obmył wówczas nogi dwunastu młodocianym więźniom. Fotografia, która elektryzuje wyznawców Allaha, ukazuje biskupa Rzymu klękającego przed muzułmanką i całującego jej stopy”.

Niezależnie od tego, jakie intencje miał Franciszek, w świecie islamu ten gest został odebrany jednoznacznie – jako akt słabości, kapitulacji, oddania pokłonu i poddaństwa. Żaden imam nigdy nie uklęknie przed chrześcijaninem, a tym bardziej przed katolicką kobietą. Jest to bowiem znak uznania zwierzchności nad sobą. Taki gest ze strony najważniejszego przywódcy chrześcijańskiego na świecie jest odczytywany przez rzesze muzułmanów jako wyraz poddania się islamowi nie tylko papieża, ale całego katolicyzmu reprezentowanego w jego osobie. Dla nich dodatkowym argumentem przemawiającym za absolutną kapitulacją chrześcijaństwa przed religią Mahometa jest fakt, że papież ukląkł przed kobietą, która – zgodnie z prawem muzułmańskim – stoi antropologicznie na niższym poziomie niż mężczyzna”.

Tekst ks. Gluzińskiego o papieżu Franciszku zawiera bardzo poważne zarzuty, wymagające bardzo znaczącej i odpowiedzialnej dyskusji. W interesie wszystkich wiernych należy czekać na odpowiednie wystąpienia w tej sprawie ze strony najwybitniejszych koryfeuszy katolickiej myśli społecznej i teologów. Takie sprawy muszą być wyjaśnione w czasie otwartej i szczerej dyskusji, aby rozważyć coraz silniej narastające wątpliwości (po artykułach naczelnego redaktora „Do Rzeczy” Pawła Lisickiego: m.in. ”Kiedy Kościół rezygnuje z misji”, „Do Rzeczy” z 14 grudnia 2015 r. i „Ponad sprzecznością”, 21 marca 2016 r., tekście naczelnego redaktora „Frondy” Grzegorza Górnego z 26 lutego 2016 na portalu „wpolityce.pl”, pt. „Franciszek stawia włoską aborcjonistkę na równi z założycielami wspólnoty europejskiej” i in.). Przypomnijmy tu, że w styczniu 2016 r. grupa amerykańskich intelektualistów, zatroskanych o Kościół katolicki wystosowała „List otwarty do papieża Franciszka” z gorącą prośbą, aby „zmienił kurs swojego pontyfikatu dla dobra Kościoła i dobra dusz” lub zrezygnował z urzędu. Był to nie pierwszy apel tego typu. Wśród sygnatariuszy „Listu otwartego” byli m.in. Christopher Ferrara, prawnik i założyciel American Catholic Lawyers Association, John Vennari, redaktor naczelny „The Family Catholic News”, Mihael Matt, redaktor naczelny „The Remnant”, były sędzia Sądu Najwyższego stanu New Jersey, katolicki aktywista pro-life Andrew P. Napolitano i ponad dziesięciu innych profesorów, publicystów i działaczy katolickich (wg biuletynu „Patriotyczny Ruch Polski” z 1 lutego 2016, Nowy Jork). Należy przypuścić, że papież Franciszek w nadmiernym stopniu ulega wpływowi niebywałej panegirycznej wrzawy, jaka spotyka go za jego wystąpienia ze strony międzynarodowego lewactwa. By przytoczyć choćby jakże znamienny apel Adama Szostkiewicza w „Gazecie Wyborczej” z 30-31 stycznia 2016 r.: „Kościele polski, idź za Franciszkiem”.

Chamstwo Agnieszki Holland

Znana z polakożerczych głupot i tropienia rzekomego polskiego antysemityzmu reżyser Agnieszka Holland popisała się tym razem niebywałym chamstwem wobec prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. W internetowym programie Tomasza Lisa powiedziała o 67-letnim prezesie PiS, że „jest nieszczęśliwym starszym panem i biologia go załatwi” (cyt. za: „wSieci” z 13 czerwca 2016). Przypomnijmy więc, że to babsko ma już 68 lat!

Prof. M. A. Cichocki: „Unia Europejska znajduje się na skraju przepaści”

Profesor Collegium Civitas Marek A. Cichocki należy do najwybitniejszych polskich znawców problematyki europejskiej. Podczas szczytu Unii Europejskiej w Brukseli w dniach 21–22 czerwca 2007 był głównym negocjatorem ze strony polskiej (tzw. szerpą). Tym godniejsze uwagi są więc jego najnowsze spostrzeżenia co do obecnego kryzysu wewnętrznego w Unii Europejskiej, przedstawione w tekście: Strach i bezradność europejskich decydentów („Rzeczpospolita” z 13 czerwca 2016). Jak pisze M. A. Cichocki: „Coraz więcej ludzi odrzuca europejski projekt elit i chyba po raz pierwszy w historii integracji większość obywateli państw całej Unii uważa, że nie przynosi on żadnych korzyści. Gdyby Unia nie znajdowała się na skraju przepaści, za zabawny można byłoby uznać fakt, że najbardziej swoje członkostwo w UE cenią sobie dzisiaj Polacy i Węgrzy, a więc ci, którzy zostali obsadzeni w roli czarnych owiec integracji (podkr. – JRN). W kontekście nadchodzącego Brexitu ciekawe jest również to, że to we Francji, założycielskim państwie Unii jest znacznie więcej dzisiaj zwolenników jej opuszczenia niż nad Tamizą. Jeżeli polityczni decydenci w UE nie odzyskają zaufania i wsparcia obywateli, Unia będzie po kawałku się rozpadać. Na razie trudno jest o optymizm. Tymi, którzy powinni wziąć odpowiedzialność, kieruje raczej strach, o to, co będzie i bezradność”.

Germanofilka Wolff-Powęska oskarża PiS o faszyzację Polski

W „Gazecie Wyborczej” z 18 na 19 czerwca 2016 czytam jeden z najobrzydliwszych tekstów ostatnich tygodni – artykuł skrajnej germanofilki Anny Wolff- Powęskiej: „W Polsce, czyli nigdzie. Tego chcemy?” Autorka jest czołową germanofilką w Polsce. Kierując Instytutem Zachodnim w Poznaniu w latach 1990-2004 doprowadziła do ogromnego osłabienia tej instytucji tak zasłużonej dla obrony prawdy o Polsce w stosunkach polsko-niemieckich oraz do zafałszowywania jej działań w duchu proniemieckim. Skrajna kłamczucha – kiedyś „wsławiła się” tekstem przedstawiającym Niemcy jako wzór tolerancji przez parę tysięcy lat! Włos się jeży na głowie od czytania takich głupot. Przypomnijmy, że dawne Niemcy „wyróżniły się” niebywałą bezwzględnością przy podbijaniu Słowian, później zaś okrutnymi morderczymi prześladowaniami Żydów, a wreszcie długotrwałymi zajadłymi wojnami religijnymi. Czyżby ta łże-profesor była aż takim nieukiem, że nic o tym nie wiedziała?

Najnowszy artykuł Wolff-Powęskiej to niebywale głupawy atak na rząd PiS, prezesa PiS J. Kaczyńskiego i prezydenta A. Dudę za ich stanowisko wobec Niemiec. Wolff-Powęska posuwa się do stwierdzenia: „Nie ulega wątpliwości, że wiele idei i działań rządzących dzisiaj w Polsce ma znamiona pełzającej faszyzacji”. Szczególnie haniebne jest dokonane przez Wolff-Powęską manipulacyjne porównawcze zestawienie słów prezydenta A. Dudy i czołowego nazisty H. Geringa. Powęska pisze: „Słowa prezydenta Andrzeja Dudy: „My mamy prawo sami decydować o tym, co jest dla nas dobre, a to, co jest dla nas złe, kto jest dla nas gościem, a kto jest dla nas wrogiem” odebrałam jako groźne przyznanie jednej partii przywileju podziału między dobrem i złem, swoim i obcym. Słowa Geringa: „O tym, kto jest Żydem decyduję ja”, które znalazły finał w komorach gazowych, pokazują jak niebezpieczne jest postawienie się ponad prawem i żądza nieograniczonego władania narodem. Obecność działaczy ONR z flagami w katedrze białostockiej nasuwa porównanie z obecnością oddziałów szturmowych SS, które wraz ze swymi insygniami szturmowały w latach 30. niemieckie kościoły (…)

Ekipa rządząca dziś w Polsce przygotowuje (…) wielką ekspansję w kierunku historii narodowej, wypełniając naszą witrynę narodową gadżetami historycznymi bez żadnej refleksji, jaki będzie międzynarodowy popyt na tę ofertę. Kościoły niemieckie od dziesięcioleci stawiają na ekumeniczną i międzynarodową edukację – zwierzchnicy polskiego Kościoła katolickiego są głusi na głos papieża Franciszka w tej materii.(I znów to odwołanie się polonofobki Wolff do papieża Franciszka)!

Szkoda, że w Polsce nie wprowadzono wzorem Węgier V. Orbána bardzo wysokich grzywien za oszczerstwa. Wolff-Powęska kwalifikowałaby się do jak najszybszego ukarania taką karą! Ciekawe, czy Reduta Dobrego Imienia zabierze głos w sprawie tak haniebnego wystąpienia Wolff-Powęskiej? Czy tej pani nie należałoby odebrać Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski, przyznanego jej przez A. Kwaśniewskiego?

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/06/mocny-powrot-do-idei-iv-rzeczpospolitej.html

Myśli głupie i najgłupsze tzw. autorytetów (I)

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Zacznę od trzech zdecydowanie najgłupszych myśli, wypowiedzianych przez „Bufetową” – Hannę Gronkiewicz-Waltz, myśli wyraźnie nie do przebicia w swej absurdalności.

- W miesięczniku „Słowo wśród Nas” ojców Marianów H. Gronkiewicz-Waltz powiedziała, że prezesurę NBP przyjęła za namową Ducha Świętego (wg bardzo panegirycznego skądinąd artykułu A. Kublik i I. Szpali: Prezydent w Duchu Świętym, „Gazeta Wyborcza” z 8-9 listopada 2014.), lubiłem cytować powyższy tekst niektórym zaprzyjaźnionym duchownym z komentarzem: „Widzicie przewielebni, żaden z hierarchów, ani nawet Święty Jan Paweł II nie doczekał się namowy Ducha Świętego. A Waltzowej to się udało!”
- W 1995 r., gdy kandydowała na prezydenta, po spotkaniu w Skoczowej, gdzie pielgrzymował Jan Paweł II, Gronkiewicz-Waltz relacjonuje współpracownikom: „Patrzyłam na usta Jego Świątobliwości i zobaczyłam, że układają się w słowa: Hanno zostaniesz prezydentem” (cyt. za tekstem L. Zalewskiej: „Duch Święty wciąż czuwa nad panią Hanią”, „Dziennik.pl” 8-9 grudnia 2007). Źle odczytała jednak myśl zastygłą na ustach Jana Pawłą II, bo dostała tylko 2,7 procenta głosów i prezydentem nie została.
- Inna „złota myśl” Waltzowej z czasów kampanii prezydenckiej 1995 r. głosiła: „Gdy zostanę prezydentem RP, będę matką i ojcem dla Narodu”. Nie lubiący Waltzowej minister Grzegorz Kołodko natychmiast czujnie zauważył: „Wtedy to już chciałbym być pełną sierotą!”

Bronisław Geremek w artykule: „Polski układ nadziei”, „Tygodnik Powszechny” z 17 czerwca 1990 r.: „Szansą budowy gospodarki rynkowej jest ruina gospodarki Europy Środkowej” (podkr. – JRN). No i zrujnowali.

Skrajna lewaczka Janina Paradowska, publicystka „Polityki” i „SuperStacji”: „Za co należy przede wszystkim chwalić rząd Leszka Millera? Za konsekwentny brak realizacji obietnic wyborczych”.

- Adam Michnik posunął swe tropienie polskiego nacjonalizmu i ksenofobii do najwyższych granic absurdu w artykule „Wściekłość i wstyd” w „Gazecie Wyborczej” z 3-4 grudnia 1994 r. Pisał tam o sytuacji w Polsce w październiku 1956 r. m.in.: „Wiecowy nacjonalizm żądał Polski dla Polaków”. Domagał się usunięcia z aparatu władzy i z kraju „obcych”: Rosjan, Żydów i wszystkich pozostałych innoplemieńców. Do tych nastrojów – konserwatywnych i agresywnych – odwoływała się konserwatywna część partii komunistycznej”. Zapytajmy więc, cóż było złego w wiecowych żądaniach usunięcia z aparatu władzy narzuconych tam przedtem Rosjan? Czy rzeczywiście wyrazem polskiego „nacjonalizmu” i ”ksenofobii” było żądanie usunięcia narzuconego nam przez Stalina na ministra obrony narodowej „polskiego” marszałka Konstantego Rokossowskiego, a także rozlicznych rosyjskich generałów z polskiej armii, plus sowieckich doradców z bezpieki i informacji wojskowej? Niżej chyba nie można było upaść od autora tak głupawych stwierdzeń!

- Adam Michnik w artykule na łamach „Gazety Wyborczej” z 31 grudnia 1992 r. wystąpił z dość szczególną propozycją cywilizacyjną, pisząc; „Zwycięski Bill Clinton, który w młodości palił trawkę”, nie chciał walczyć w Wietnamie i ponoć nawet miał pozamałżeńska kochankę, będzie – być może – i dla nas propozycją jakiegoś innego wariantu amerykańskiego mitu, jakiejś innej, bardziej nowoczesnej propozycji cywilizacyjnej”. Oto propozycje „cywilizacyjne” na miarę „nowoczesnego” wychowawcy – Michnika: palenie „trawki”, niechęć do walczenia w narodowej armii i niewierność małżeńska. Ciekawe, czy właśnie te propozycje zapewniły Michnikowi doktorat honoris causa na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie?

- Jacek Kuroń wielce uradował Ukraińców swym przedziwnym wyznaniem: „Ja Polak ze Lwowa dumny jestem z tego, że Lwów jest ukraińskim miastem” (por. ukraińska gazeta „Wysokyj Zamok” z 5 lipca 1992). Dla mnie ta „duma” Kuronia coś za bardzo przypominała wyznanie B. Bieruta w czasie rozmów przedstawicieli PKWN z przywódcami państw alianckich w dniu 13 października 1944 r.: „Przybyliśmy tu, by zażądać w imieniu Polski, żeby Lwów należał do Rosji. Taka jest wola narodu polskiego”.
- Typowym przykładem „elegancji” języka Kuronia była jego odzywka na Krajówce „Solidarności” w 1989 r.: „My mamy szansę i albo to zrobimy, albo (…) albo się zesr…” (cyt. za: A. Michnik, J. Tischner, J. Żakowski; „Między Panem a Plebanem”, Kraków 1995, ss. 528-529).

- Minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski, zapytany o sprawę cen polskiej wołowiny w handlu, odpowiedział z całą dezynwolturą, że „sprawa wołowiny to problem rzeźnika, nie ministra”. Francuski minister Jacques Chaban-Delmas skomentował tę absurdalną wypowiedź Skubiszewskiego słowami „A ja będę rzeźnikiem!”. Minister Skubiszewski jak widać nie zrozumiał, że w dzisiejszym świecie, aby być ministrem spraw zagranicznych nie wystarczy postępowanie jak w czasie kongresu Wiedeńskiego w 1815 r.: bankietowanie i podpisywanie traktatów. Bo dzisiejszy minister spraw zagranicznych nie musi wnikać głęboko w sprawy gospodarcze, ale powinien wiedzieć o tak podstawowych dla polskich interesów sprawach jak właśnie cena wołowiny. Nowoczesny minister spraw zagranicznych musi troszczyć się bowiem również o stwarzanie korzystnych uwarunkowań dla gospodarki.
- Andrzej Wajda w 2010 r.: „Kiedy wreszcie z pomocą naszych przyjaciół odbierzemy TVP nie będzie litości dla partyjnych prawicowych dziennikarzy. Wystrzelamy jak psy” (cyt. za T. R. Kałwa: Andrzej Wajda i groźby karalne, czyli jak to z autorytetami bywa, „Warszawska Gazeta” 11 czerwca 2010).
- Jadwiga Staniszkis, zapytana, czy nominacja Ireneusza Sekuły na szefa GUC jest przejawem technokratycznej tendencji, odpowiedziała: „Tak, niezależnie od tego, że bardzo cenię Ireneusza Sekułę, uważam, że będzie on dążył w tym właśnie kierunku”.
- Kinga Dunin o sobie: „Jestem starą feministką z nieogolonymi nogami, która nienawidzi mężczyzn i już dawno poświęciła swoje kobiece powołanie dla złudzenia kariery. I jak będę umierała, nikt mi nawet szklanki herbaty nie poda” (cyt. za „Przegląd” z 12 czerwca 2005).
- Prof. Magdalena Środa, minister w rządzie Belki, powiedziała na międzynarodowej konferencji w Sztokholmie: „Korzenie przemocy wobec kobiet tkwią w silnym wpływie Kościoła katolickiego na życie publiczne”.
- Abp Józef Życiński, a wcześniej m.in. TW Filozof: „Nasz Dziennik ma tyle samo wspólnego z katolicyzmem, co Trybuna Ludu miała z klasą robotniczą”.

Marek Belka jako premier RP stwierdził, że „Opozycja jest cztery razy głupsza od najgłupszego rządu”.
- Prof. Maria Szyszkowska: „Nic bardziej nie zniewala niż rodzina”.
- Prof. Maria Szyszkowska: „Jak długo pozostaniemy na gruncie haseł prorodzinnych, będziemy znajdować się na poziomie zwierzęcym, nie człowieczym”.
- Prof. Maria Szyszkowska: „patriotyzm to bardzo brzydkie słowo, zakłada nienawiść do innych narodów”.
- Pisarz, przez dziesięciolecia agent SB, od 1989 r. przez parę lat senator OKP i wielki autorytet moralny „Gazety Wyborczej” Andrzej Szczypiorski: „Polacy są współodpowiedzialni za mordowanie Żydów w czasie drugiej wojny światowej” (niemieckie czasopismo „Das Parlament” z 7 maja 1993).
- Adam Strzembosz jako prezes Sądu Najwyższego przeciwstawił się weryfikacji sędziów, mówiąc : „Sędziowie sami się zweryfikują”. Nie doszło do ani jednej samorzutnej weryfikacji.
Socjolog prof. Janusz Czapiński o źle głosujących młodych Polakach: „Módlmy, by oni jak najszybciej wyemigrowali, dzięki czemu uchronimy porządek” (cyt. za tekstem P. Lisiewicza: Michnikowcy i gówniarze, „Gazeta Polska Codziennie”, 21 grudnia 2015).

Julia Pitera w marcu 2016 r. po zamachu terrorystów, w którym zginęły 32 osoby, a ponad 200 zostało rannych: „Nie panikujmy, zamachy to nic nowego”.

Jadwiga Staniszkis w 2001 r.: „Uważam, że w tej konfiguracji koalicja Platformy z SLD byłaby optymalna” (cyt. za wywiad M. Subotic z J.Staniszkis: Ciężka praca dzień i noc, „Rzeczpospolita” 17 listopada 2001).

Jadwiga Staniszkis powiedziała w 2007 r.: „Dla mnie głównym gwarantem demokracji jest TVN 24” (cyt. za tygodnikiem „Przegląd” z 29 lipca 2007).

Lech Wałęsa; luty 2016: „Bezpieka zachowuje się bardziej lojalnie niż moi koledzy”.

Lech Wałęsa: Luty 2016: „60 proc. esbeków to przyzwoici ludzie i patrioci”.

Bp Tadeusz Pieronek: Grzech pierworodny polega na upolitycznieniu episkopatu (…) Większość jest zadymiona PiS-em, „Rzeczpospolita”, 1 września 2010.

Bp T. Pieronek, odpowiadając na pytanie, czy Jarosław Kaczyński umyślnie podgrzewa podziały w narodzie, stwierdził : „Nie sądzę, żeby chodziło o to. Panu Kaczyńskiemu chodzi o zdobycie władzy i żeby wygrać za wszelką cenę, a to oznacza iść po trupach” (por. onet.pl, 24 kwietnia 2011).

Bp T. Pieronek: „Ruch społeczny wokół Radia Maryja przypomina sektę skupioną wokół guru. To swoista emanacja lepperyzmu w Kościele. Polega to na ignorowaniu prawnego porządku. Samoobrona blokuje drogi i sejmową mównicę, zaś Radio Maryja tupie na Episkopat” (por. „Gazeta Wyborcza”, 30 sierpnia 2002).

Bp T. Pieronek, komentując reakcję Anny Walentynowicz na opublikowanie teczki przez Lecha Wałęsę, stwierdził: „To mówienie obcym językiem. Walentynowicz występuje w roli ostatniego Mohikanina cywilizacji nienawiści”.
Ks. Józef Tischner: „Dla mnie Urban jest o key” (w wywiadzie dla „Trybuny Opolskiej” z 13 listopada 1996).
Ks. Józef Tischner: „Jeśli chodzi o proces dekomunizacji, to zależy mi już tylko na jednym, żeby było wiadomo, że ja byłem przeciw” (w wywiadzie dla postkomunistycznego ”Wprost”).

Ks. Józef Tischner w rozmowie z księdzem Grzegorzem Rysiem: „Wiesz Grzegorz, mnie Kościół w ogóle nie interesuje. Kościół poradzi sobie sam, także i beze mnie. Mnie interesują ci, którzy są „poza” Kościołem, albo gdzieś na jego obrzeżach. Tacy „Michniki”, „Kuronie” i im podobni” (cyt, za monografią ks. Tischnera pióra W. Bonowicza: ”Tischner”, Kraków 2001, s.452).
Ks. Józef Tischner: ”Nie wiecie, gdzie jesteście? Dialog w Kościele to dialog du.. z kijem”.

Lech Wałęsa, mówiąc o roli prezydenta w polskim parlamencie, stwierdził: „Powinna być lewa noga i prawa noga. A ja będę pośrodku”.
Julia Pitera tak kiedyś skwitowała skargi policjantów na brak pieniędzy m.in. na benzynę do radiowozów: „Patrole piesze są lepsze niż samochodowe”.

Hanna Gronkiewicz-Waltz, usprawiedliwiając korki powstałe na skutek objazdu, stwierdziła: „Ten objazd jest dzisiaj bardzo chwalony, bo jest z widokiem, czego nie będzie, jak otworzymy tunel”.
Bronisław Komorowski tak przypomniał w Moskwie o naszej okupacji Kremla w 1612 r.: „Zawsze mamy gdzieś w zanadrzu polską pamięć, że 400 lat temu w trochę innym charakterze, żołnierze polscy maszerowali po Placu Czerwonym”. Było to tak, jakby Angela Merkel z nostalgią wspominała na Westerplatte szczęśliwy czas 1 września 1939 roku.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/06/mysli-gupie-i-najgupsze-tzw-autorytetow.html

Antyprawicowy nuncjusz odchodzi

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Duża radość w „Warszawskiej Gazecie” i generalnie w co rozumniejszych środowiskach katolickich. Parę tygodni temu w „Warszawskiej” zaatakowano bardzo ostro nuncjusza w Warszawie Celestino Migliore jako masona i oto nuncjusz został odwołany z Warszawy i skierowany do Rosji. Tym mocniej za to łka „Gazeta Wyborcza” z 31 maja 2016 r. Zajadła przeciwniczka Radia Maryja i tradycyjnego Kościoła katolickiego Katarzyna Wiśniewska pisze w ogromnym zasmuceniu w tekście: „Nuncjusz niewygodny?”: „(…) Udało mi się dowiedzieć, że konserwatywna część Episkopatu (czyli większość) jest z odwołania raczej zadowolona (…) Prawicowym biskupom abp Migliore naraził się w 2014 r. kiedy po jego interwencji kilku hierarchów, m.in. bp. Ignacy Dec, zostało stanowczo poproszonych o wycofanie się z komitetu honorowego Marszu w Obronie Demokracji i Wolności Mediów organizowanego przez PiS. Z kolei w prawicowych portalach można poczytać, że zakazy nałożone na ks. Międlara to sprawka nuncjusza abp Migliorego”. I nieoficjalnie wiem, że prawda; nuncjusz faktycznie naciskał na księży misjonarzy, by uciszyły (podkr. – JRN) księdza udzielającego się na marszach narodowców”. Już ta informacja wystarcza, by cieszyć się z odwołania nuncjusza – specjalisty od uciszania patriotycznych księży!

Wiśniewska w dalszej części swego komentarza tak żałosnej wiadomości dla „Wyborczej” pisze: „Odejście z Polski abpa Migliorego to duża strata dla Kościoła otwartego, krytycznego wobec prawicy i mediów O. Rydzyka – ocenia jeden z biskupów. Także poprzednik abpa Migliorego na stanowisku nuncjusza abp. Józef Kowalczyk (…) był otwarty na różne środowiska, nie tylko katolików, jednocześnie sprzeciwiał się zaangażowaniu Kościoła w politykę. Abp. Kowalczyk często dystansował się wobec Radia Maryja. To on w imieniu watykańskiego sekretariatu stanu prosił prowincjała redemptorystów i Episkopat, żeby zajęli się „uciążliwą sprawą Radia Maryja z pełną uwagą i stanowczością”. Można więc powiedzieć, że Polska do tej pory miała szczęście do nuncjuszy. Wkrótce się okaże, czy dobra passa będzie trwała”. A ja mam nadzieję, że wreszcie ta zła passa minie raz na zawsze!

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/06/antyprawicowy-nuncjusz-odchodzi.html

O tym jak dominikanin o. Mieczysław A. Krąpiec sprowokował George’a Sorosa do pośpiesznej rejterady

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Podróże kształcą. Przekonałem się o tym kolejny raz parę miesięcy temu podczas dyskusji na Śląsku po kolejnym moim wykładzie o Węgrzech. Jednym z dyskutantów był pracownik naukowy Marek Rawecki, który w latach dziewięćdziesiątych wiele razy organizował mi spotkania w duszpasterstwie ojców redemptorystów w Gliwicach. Pan Marek był w swoim czasie bardzo zaprzyjaźniony ze słynnym dominikaninem, kilkakrotnym rektorem KUL-u o. Mieczysławem Albertem Krąpcem. Przytoczył nam pyszną opowieść o. Krąpca o jego spotkaniu ze sławetnym żydowskim miliarderem i spekulantem z USA George Sorosem. Było to w 1989 r., gdy Soros starał się podkupić kilka wyższych uczelni, w tym uczelni katolickich. W tym właśnie celu przybył na KUL i podczas spotkania z rektorem o. Krąpcem zaoferował bardzo dużą sumę na rozwój tej uczelni. – „Świetnie, bardzo cieszymy się z tak wielkodusznej oferty – powiedział o. Krąpiec. – Ale co my mamy za to zrobić? – zapytał. – „Są trzy moje warunki” – powiedział Soros. Po 1) zależy mi na nagłośnieniu całej sprawy. – Nie będzie problemu, odpowiedział o. Krąpiec. Po 2) muszę uzyskać wpływ na kadry KUL-u , a po 3.) Muszę uzyskać wpływ na program KUL-u. – „Takich warunków w żadnym razie nie możemy spełnić” – odpowiedział o. Krąpiec. W tej sytuacji Soros energicznie pomaszerował ku drzwiom, gdzie jednak zatrzymał go tubalny głos ojca rektora M. Krąpca: „Panie Georgie, ja mam dla Pana dużo ciekawszą propozycję”. Zaciekawiony Soros cofnął się ode drzwi i przystanął przy o. Krąpcu. Rektor dominikanin wyjawił mu zaś swą ostateczną propozycję, mówiąc: „Panie George, jeśli Pan przyzna KUL-owi proponowaną tak dużą kwotę pieniędzy na rozwój uczelni my się Panu odpłacimy w najlepszy możliwie sposób z naszej strony. Obiecuję, że do końca Pana życia będziemy odprawiać codziennie jedną Mszę Świętą w Pana intencji. Na takie dictum zaskoczony i podirytowany Soros szybko odwrócił się i pośpiesznie pobiegł do drzwi jak diabeł w wierszu Adama Mickiewicza „Pani Twardowska”.

Tzw. elity europejskie pod obstrzałem krytyki

Coraz wyraźniej widać marność pseudoelit, rządzących Unią Europejską, „elit”, które swą samowolą i prostactwem (vide choćby nieuk „kapo” Martin Schulz) prowadzą do postępującego rozkładu UE. Oto dwa kolejne ważne teksty oskarżycielskie na temat. Świetnie znająca świat zachodni, przez wiele lat korespondentka w Niemczech, Krystyna Grzybowska daje nader plastyczny obraz degradacji „elit” europejskich w tekście „Międzynarodowy wirus atakuje”, „w Sieci” 23 maja 2016, pisząc m.in.: „Elity UE uzurpują sobie prawo do narzucania rządom krajowym i ich parlamentom nakazów i zakazów godzących w niezawisłość narodów i łamiących prawa demokratyczne pod pretekstem obowiązku przestrzegania „wartości europejskich”. To slogany wyssane z brudnego palca poprawności politycznej, w rzeczywistości zmierzające do przekształcenia Unii Europejskiej w imperium na wzór Związku Sowieckiego (podkr. – JRN). Ten styl uprawiania polityki elit jest nie tylko nadużyciem, jest samobójstwem na raty naszej wspólnoty (…) Okazuje się, że nie da się zintegrować 28 państw w folwark zwierzęcy, w którym wszystkie zwierzęta myślą tak samo, chrumkają tak samo i spożywają jednakową paszę. Dlatego, że to Europejczycy z dziada pradziada, wychowani na wartościach chrześcijańskich i tradycjach oraz obyczajach narodowych (…) Nie dało się tych różnic wytrzebić w obozie komunistycznym, nie da się tym bardziej w cywilizowanym świecie. Ludzie się budzą, trochę późno, ale lepiej późno niż wcale. System rządów eurokratów brukselskich wymaga reform skierowanych na potrzeby społeczne i narodowe, na poprawę bytu najuboższych warstw i usprawnienie wymiaru sprawiedliwości, który służy bogatym i pomiata biednymi. Czy to możliwe w systemie, który rządzi się machinacjami finansjery przygotowującej się do przejęcia władzy nad światem nie tylko materialnym, lecz i politycznym. Tak działa słynny miliarder i spekulant giełdowy George Soros, którego celem jest ustanowienie ładu światowego pod hasłem „No Borders”- bez granic. Ta ideologia przyświeca również Brukseli, czego dowodem zaproszenie przez Angelę Merkel imigrantów ze świata muzułmańskiego i próba ich kwotowego rozmieszczenia w krajach UE. Ma być kolorowo: wymieszanie się ras i kultur, po prostu kocioł, w którym ugotuje się tożsamość europejska, a ci, którzy przetrwają, przybysze z innego świata, będą materiałem na rasę panującą nad światem. Najpierw powstanie kalifat europejski, potem amerykański i na końcu światowy”. I dodajmy do tych uwag red. Grzybowskiej – to będzie ostateczny zmierzch chrześcijaństwa w Europie. Dziwne tylko, że tej groźby jakoś zupełnie nie widzą niektórzy polscy hierarchowie, w przeciwieństwie do episkopatu węgierskiego czy czeskiego.

Eurokomisarz negujący chrześcijańskość Unii Europejskiej

O czym się marzy niektórym decydentom Unii Europejskiej wymownie świadczy niedawna bardzo „otwarta” wypowiedź eurokomisarza Piotra Moscovici. Ten rumuński Żyd, były trockista, a później socjalista francuski jest europejskim komisarzem ds. ekonomicznych i finansowych. 8 maja br. „zabłysnął” kategorycznym stwierdzeniem, że Europa nie jest chrześcijańska, a on nie wierzy w jej chrześcijańskie korzenie. Dla komisarza Moscovici chrześcijańskie korzenie Europy okazują się nie kwestią historycznych faktów, a tylko „wiary” (por. B. Dobosz: Wartości wg eurokomisarza, „Najwyższy Czas”, 21 maja 2016).

M. Cichocki: „Europejskie elity pragną znów zakneblować obywateli”

Marek Cichocki jest wybitnym polskim filozofem i politologiem, doktorem habilitowanym nauk humanistycznych i historykiem idei politycznych, profesorem Collegium Civitas i specjalistą od spraw europejskich. Od 2007 r. był doradcą społecznym prezydenta Lecha Kaczyńskiego ds. traktatu konstytucyjnego i przyszłości UE. Podczas szczytu Unii Europejskiej w Brukseli w dniach 21–22 czerwca 2007 był głównym negocjatorem ze strony polskiej (tzw. szerpą). Od 2004 jest dyrektorem programowym w Centrum Europejskim Natolin i redaktorem naczelnym pisma „Nowa Europa. Przegląd Natoliński”. Tym ciekawsze są jego aktualne bardzo szczere i ostre opinie na temat sytuacji w Unii Europejskiej. Świeżo wypowiedział je w wywiadzie pt. „Elity europejskie szukają kozła ofiarnego” na łamach „Plus-Minus” z 26- 28 maja 2016 r. udzielonym Robertowi Mazurkowi. Jak zaakcentował Cichocki: „Właśnie teraz Europa staje się projektem obywateli. I co robią elity? Reagują alergicznie! Elity są zgorszone, że Europejczycy mówią własnym głosem. Mało tego, robią wszystko, by obywateli znów zakneblować, uciszyć, żeby nie daj Boże nie dorwali się do polityki, do głosu na dłużej (podkr. – JRN) (…) Następuje moment prawdy i demokratycznej weryfikacji obietnic składanych przez lata. A ponieważ elity za żadną cenę nie chcą się tej weryfikacji poddać, rośnie wściekłość i rozczarowanie obywateli…) Elity europejskie (…) strasznie nabroiły, teraz mamy z tym mnóstwo problemów i nie bardzo wiadomo, jak je rozwiązać. Oczywiście owe elity bardzo nie chcą zostać ze swych błędów rozliczone i dlatego gorączkowo szukają kozła ofiarnego. Im dłużej będziemy trwać w konflikcie Unia-Polska, tym większe niebezpieczeństwo, że to my zostaniemy w tej roli obsadzeni: (…) Raz wskazani palcem będziemy wskazywani przy każdej okazji. Wszystko przez strach europejskich elit przed odpowiedzialnością i jej chęć utrzymania za wszelką cenę status quo”.

Cichocki podpowiada, jakie powinno być nasze wyjście w konflikcie z UE, mówiąc: „Chodzi raczej o to, by odwołać się do wspólnych zasad traktatowych Unii Europejskiej. To byłoby sposobem wyjścia z defensywy (…) To, co robi Komisja Europejska wobec Polski, wcale nie jest oczywiste i prawnie czyste. Ba, o tym wszyscy wiedzą! Dysponujemy analizami prawnymi z Unii Europejskiej wskazującymi, że procedura, która posługuje się Komisja Europejska jest jej wewnętrzną procedurą, nie zapisaną w żadnych traktatach. Więc moglibyśmy wejść z Komisją w bardziej przejrzysty i wygodniejszy spór, zadając na przykład Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej pytanie, na ile, uprawnione przez traktaty są działania Komisji wobec nas”. Odnosząc się do pytania R. Mazurka, czy Timmermans może nas w ogóle pouczać, Cichocki radzi, by „podeprzeć się, zadając to pytanie istniejącymi analizami prawnymi autorstwa prawników Unii Europejskiej, które przemawiają na naszą korzyść. To by zdecydowanie umocniło naszą pozycję (…) W interesie Polski leży wpisanie naszego sporu w konflikty, które się toczą między państwami członkowskimi a Brukselą. Kryzys migracyjny czy finansowy zniszczyły dotychczasową architekturę instytucjonalną w Unii, czyli tłumacząc to na polski… dziś nikt nie wie, kto za co odpowiada i co powinien robić. Każdy, w tym Komisja Europejska uważa, że jest najważniejszy i próbuje się rozpychać. A przecież nie jest tak, że wszystkie państwa unijne są zadowolone. Większość wcale nie chce, by Komisja Europejska przyjeżdżała do nich w roli nauczyciela i sprawdzała im tornistry i odrabianie prac domowych” (podkr. – JRN). Mazurek pyta: „Mamy więc szukać sojuszników wśród innych pouczanych?” – „Ależ oczywiście” – odpowiada Cichocki.

Propozycje M. Cichockiego wydają się być bardzo przekonywujące. Nasuwa się tylko jedno pytanie, dlaczego strona polska ich nie realizuje? A swoją drogą jakże na tle przemyśleń tak znakomitego znawcy spraw europejskich jak Marek Cichocki wyglądają skundleni przedstawiciele PO, Nowoczesnej i KOD-u zabiegający o ingerencję UE w sprawy polskie?!

Gigantyczne koszty utrzymania imigrantów w Niemczech

Bezmyślna, arcyszkodliwa polityka Willkommen Angeli Merkel pociąga za sobą coraz bardziej przerażające koszty dla Niemiec, tak „uszczęśliwionych” działaniami kanclerzowej. Ostatnio tygodnik „Der Spiegel” ujawnił w oparciu o raport federalnego ministerstwa finansów, że centralny budżet Niemiec będzie musiał w ciągu najbliższych czterech lat przeznaczyć prawie 94 mld. euro na przyjęcie i integrację imigrantów (wg. A. Kłos: Gigantyczne koszty utrzymania uchodźców, „Gazeta Polska Codziennie” z 16 maja 2016). Wielu z imigrantów prowokuje swym zachowaniem coraz bardziej nienawistny stosunek do nich dużej części Niemców. Dość powiedzieć, że tylko od początku tego roku w Niemczech doszło do 45 przypadków podpaleń ośrodków dla imigrantów. Równocześnie zaś doszło do ponad tysiąca ataków na obiekty związane z imigrantami (wg A. Kłos: op. cit.). Coraz większą niechęć budzi też polityka i osoba Angeli Merkel. Tydzień temu policja odkryła przed drzwiami biura A. Merkel w nadbałtyckiej miejscowości Stralsund w jej okręgu wyborczym w Meklemburgii świńską głowę z obraźliwym napisem.

Nowoczesna wciąż się kompromituje

Omawiane już przeze mnie w poprzednim wpisie na blogu głupawe pouczenia prezydenta Niemiec Joachima Gaucka pod adresem Polaków spotkały się tym razem z bardzo ostrą krytyką przedstawiciela PSL Piotra Zgorzelskiego w programie TVP Info „Woronicza 17” 29 maja 2016, i trzeba mu pogratulować za rzeczowość wypowiedzi. Tym bardziej skandaliczną na tym tle okazała się wypowiedź przedstawiciela Nowoczesnej Pawła Rabieja, który dosłownie szedł w zaparte, broniąc absurdalnych stwierdzeń prezydenta Gaucka. Równocześnie zaś – ku oburzeniu większości obecnych w studio Rabiej oszczerczo atakował społeczeństwo polskie za rzekomą nietolerancję wobec obcych. Mam nadzieję, że jego wygłup dobrze zapamiętają wyborcy. Kolejny raz okazało się, jak bardzo Nowoczesna rozmija się z polskością, a męscy posłowie z tej partii dorównują agresywnością kilku prawdziwe wściekłym babom z tego klubu poselskiego.

Idiotka – „męczenniczka” z KOD-u

Łukasz Warzecha znakomicie wykpił przerażającą w swym idiotyzmie wypowiedź zwolenniczki KOD-u na Facebooku: „jestem gorszego sortu. Wkrótce wybudują dla mnie getto. Nie będę mogła jeździć tymi tramwajami co lepszy sort. Nie będę mogła jeść tego co oni. Będę musiała nosić specjalną opaskę z racji wiary. Będą mnie bić, znieważać, pluć (…) Już mam pakować manatki, by oddać mieszkanie Rydzykowi? Z kolei niezastąpiony pan Ryszard zobaczył już w Polsce wysłane przez PiS na ulicę czołgi”. Jak komentował dalej Warzecha „Te dwa obrazki – lęki sympatyczki KOD oraz majaczenia pana Ryszarda – pokazują nam, na czym polega największy dramat opozycji i jej najtwardszych zwolenników oraz perfidia rządzących. Otóż opozycja czeka wciąż na prześladowania, a tymczasem prześladowań nie ma. Czy mogą sobie państwo wyobrazić frustrację, ból upokorzenie kogoś, kto koniecznie chce zostać męczennikiem, a tu nikt go nie chce męczyć? Koszmar” (por. Ł. Warzecha: Męczennicy, których nikt nie chce męczyć, „Super Express” 27 maja 2016).

Mam jednak pewien żal do red. Warzechy. Dlaczego nie podał nazwiska niedoszłej „męczennicy” z KOD-u – przecież zwariowaną osobę o tak koszmarnych wizjach trzeba jak najszybciej skierować do psychiatryka, aby nie zaszkodziła sobie, a może także i innym!

Dziwne kolejne fatalne przejęzyczenie papieża Franciszka

Na blogu fronda.pl z 22 maja 2016 r. czytamy o kolejnym dość szokującym przejęzyczeniu papieża Franciszka. Podczas, rozmowy z francuskim dziennikiem katolickim „La croix” papieża Franciszka zapytano, czy uważa za uzasadnioną obawę o przyjmowanie imigrantów. Odpowiadając papież przyrównał Państwo Islamskie do Jezusa i jego uczniów. Papież Franciszek powiedział dosłownie: „Nie sądzę, aby istniała obawa wobec islamu jako takiego, ale wobec ISIS i jego chęci podboju, która częściowo jest zaczerpnięta z islamu. Prawdą jest, że idea podboju tkwi w duszy islamu. Jednakże w ten sam sposób można interpretować cel Ewangelii św. Mateusza, gdzie Jezus wysyła swoich uczniów do wszystkich narodów, jeśli mówimy o samej idei podboju”. Papież dodał: „W obliczu islamskiego terroryzmu, lepiej byłoby zadać sobie pytanie o sposób, w jaki zachodni model demokracji był eksportowany do krajów takich jak Irak, gdzie już wcześniej był silny rząd, albo Libii, gdzie istnieje struktura plemienna. Nie możemy się rozwijać, nie biorąc tych kultur pod uwagę. Jak powiedział pewien Libijczyk niedawno – Kiedyś mieliśmy jednego Kaddafiego, teraz mamy pięćdziesięciu”
(http://www.fronda.pl/a/kolejne-fatalne-przejezyczenia-franciszka%2C72025.html)

Rumuńska lekarka apeluje: papież i kapłani muszą przestać flirtować z lewicowymi ideologiami

Mnożą się kontrowersje wokół działań i wypowiedzi papieża Franciszka. Ostatnio duży rezonans zyskała sobie nagłośniona na portalu pch24, związanym z Polonią Christianą wypowiedź znanej rumuńskiej lekarki dr Anci Cernei w prelekcji na międzynarodowej konferencji w Rzymie, poświęconej życiu i rodzinie. Dr Cernea jest szefową Rumuńskiego Stowarzyszenia Lekarzy Katolickich, była świecką audytorką ostatniego synodu biskupów. Stwierdziła wręcz: „Zamiast prowadzić wiernych katolików w walce przeciw siłom zła, które próbują podważyć chrześcijańską cywilizację, Kościół katolicki pod kierownictwem Franciszka schlebia wątpliwym ideologiom, przeciwstawiającym się życiu, rodzinie, dobru społeczeństwa i ostatecznie Ewangelii Jezusa Chrystusa”. Rumunka wezwała uczestników konferencji do żarliwej modlitwy za kapłanów, by powrócili do swojego pierwotnego obowiązku ratowania dusz poprzez ewangelizację, skłaniającą do nawrócenia.

- „Jesteśmy zaniepokojeni spychaniem Kościoła w kierunku ziemskiego ideowo-zmąconego aktywizmu, który zachęca do agresywnych działań pewne „postępowe grupy”, mające doskonały plan, w jaki sposób zbudować idealny świat” – alarmowała dr Cernea podczas prelekcji, wygłoszonej 6 maja w Hotelu Columbus w Rzymie. Lekarka, która wychowała się w komunistycznej Rumunii, skrytykowała język używany przez papieża w encyklikach Evangelii Gaudium i Laudato Si, sugerując, że brzmi on jakby „pochodził bardziej z podręczników ideologicznych inspirowanych przez komunizm, a nie z Ewangelii Jezusa”. – Terminy takie jak: „integracja”, „wykluczenie”, „marginalizacja”, „nierówności” i „zrównoważony rozwój” są częste – zauważyła. Wyraziła obawę, że Kościół pod kierunkiem Franciszka jest wykorzystywany przez potężne organizacje, pragnące realizować program ideologiczny sprzeczny z duchem Ewangelii. – „Zamiast głoszenia prawdziwego Boga poganom i nawracania ich, przywódcy katoliccy są wykorzystywani przez pogan do walki z prawdziwym Bogiem” – stwierdziła. Dr Cernea odniosła się do skandalicznego widowiska o rzekomo dokonujących się zmianach klimatycznych, które odbyło się na Placu św. Piotra w grudniu ub. roku w uroczystość Niepokalanego Poczęcia, z okazji otwarcia Roku Miłosierdzia. Zasugerowała nawet, że „szczególnie agresywnie” Kościół jest „infiltrowany” pod rządami obecnego papieża. Prelegentka ubolewała, że Kościół pod rządami Franciszka prowadzi dialog z przywódcami ruchu marksistowskiego i organizuje szereg skandalicznych „eventów” w Watykanie. – „Teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, kluczowy jest powrót Kościoła do Jego podstawowej misji zbawienia dusz”– dodała. Rumunka dodała, że przywódcy Kościoła używają „dziwnego, politycznie poprawnego, skażonego ideologicznie języka, który prowadzi wielu katolików na manowce i przyczynia się do wielu porażek w wojnie kulturowej.” Język ten sprawia, że wierni nie są w stanie prawidłowo zidentyfikować źródła ataków przeciwko życiu i rodzinie, i przez to nie potrafią z nimi skutecznie walczyć. Katolicy także coraz częściej z tego powodu angażują się w lewicowe programy. To sprawia, że jest praktycznie niemożliwe, aby politycy katoliccy wspierali wolny rynek, by sprzeciwiali się muzułmańskiej imigracji, byli sceptyczni wobec rzekomych zmian klimatycznych, a także roli ONZ. – „Dla wiecznego zbawienia milionów dusz, Kościół powinien być liderem w walce z ideologiami – zwłaszcza z marksizmem kulturowym – zarówno w swoim nauczaniu publicznym, jak i podczas spowiedzi” – tłumaczyła (wszystkie tak cenne informacje i cytaty za:

http://www.pch24.pl/mocne-przemowienie-rumunskiej-lekarki–papiez-i-kaplani-musza-przestac-flirtowac-z-lewicowymi-ideologiami,43362,i.html

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/o-tym-jak-dominikanin-o-mieczysaw.html

Nowy dowód zależności L. Wałęsy od komunistów w czasie jego prezydentury

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Szokujące fakty o zachowaniu Lecha Wałęsy ujawnia jego niegdysiejszy protegowany, b. poseł do Sejmu Marek Markiewicz, mianowany dzięki Wałęsie pierwszym przewodniczącym KRRIT. W wywiadzie udzielonym dodatkowi do „Rzeczpospolitej” – „Plus-Minus” z 28-29 maja 2016 M. Markiewicz podaje informacje wyraźnie obciążające Wałęsę, pokazując jego decyzję o rozwiązaniu Sejmu w 1993 r. jako krok ratujący Jaruzelskiego i Kiszczaka przed postawieniem przed Trybunałem Stanu. Jak stwierdził Markiewicz: „Pracowałem też w komisji badającej skutki stanu wojennego (…) Przesłuchiwaliśmy generała Czesława Kiszczaka u niego w domu. Zabrało nam około dziesięciu dni do zamknięcia tej sprawy i przedstawienia Sejmowi raportu z naszych prac, gdy Lech Wałęsa rozwiązał Sejm. A szkoda, bo sytuacja byłaby inna (…) Nasza komisja chciała zaproponować Sejmowi postawienie Jaruzelskiego i Kiszczaka przed Trybunałem Stanu za wprowadzenie stanu wojennego. Lech Wałęsa o tym wiedział. Sam mu o tym mówiłem, a wcześniej jego ministrowi Andrzejowi Drzycimskiemu (…)” (por. wywiad E. Olczyk z M. Markiewiczem: Miałem ochotę kopnąć Wałęsę, „Plus-Minus” z 28-29 maja 2016). Czyż sprawa ta nie jest jaskrawym dowodem na to, że Wałęsa zajadle chronił Jaruzelskiego i Kiszczaka, bo bał się ujawnienia przez Kiszczaka papierów na swój temat? Co powiedzą na to zajadli obrońcy Wałęsy typu łże-profesora Andrzeja Friszke?

A. Rzepliński fetowany w ambasadzie RP u R. Schnepfa w Waszyngtonie

Wg Niezaleznej.pl z 21 maja najskrajniejszy wróg nowego polskiego rządu prezes TK A. Rzepliński był jednym z gości honorowych na przyjęciu urządzonym w rezydencji ambasadora R. Schnepfa z okazji uroczystości święta 3 maja. Miesiąc temu tenże Schnepf paradował na Miami w towarzystwie L. Wałęsy i M. Wachowskiego.

Pisarz S. Srokowski: „Agent ukraińskich wpływów ambasadorem w Kijowie”

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski tak skomentował decyzję o nominacji Jana Piekło: „Taka decyzja ws. ambasadora na Ukrainie to przysłowiowy miód na serce dla nacjonalistów ukraińskich. A zarazem kolejne upokorzenie dla rodzin Polaków, Żydów i obywateli polskich innej narodowości, pomordowanych przez ludobójczą Ukraińską Powstańczą Armię” (podkr. – JRN) (cyt. za S. Srokowski: Agent ukraińskich wpływów ambasadorem w Kijowie. Zgroza, „Warszawska Gazeta” 27 maja 2016). Z kolei słynny pisarz z Kresów Stanisław Srokowski pisząc o krytycznym tekście ks. Isakiewicza-Zaleskiego o nominacji J. Piekło, stwierdził: „Jak na mój gust, to i tak zbyt łagodna ocena. Bo ktoś, kto w wywiadzie dla „Dziennika Polskiego” z 21 kwietnia 2015 r. tak skomentował sprawę przyjęcia przez Ukrainę ustawy gloryfikującej OUN-UPA: „Nie widzę nic złego… Zdarzył się wtedy epizod bratobójczej walki między Ukraińcami a Polakami…to po prostu intelektualny oszust i człowiek złej woli. Jak można twierdzić, że gloryfikacja OUN i UPA, to nic złego? Gloryfikacja najokrutniejszych zbrodni wobec polskiego narodu! Pochwała przerażających rzezi to dla przyszłego ambasadora nic złego?! Gloryfikacja mordowania Polaków siekierami, widłami i piłami to nic złego? Obcinanie kobietom piersi to nic złego? Przybijanie dzieciom języków gwoździami do stołów to nic złego? Tak może twierdzić tylko człowiek bez sumienia i wielki łajdak. A ten epizod „bratobójczej walki”? To nie tylko kłamstwo i niegodziwość, to po prostu pogarda dla pamięci milionów Kresowian (…) No i ten „epizod”?! Jak można w żywe oczy pleść takie brednie?! Ten „epizod”, czyli wymordowanie 200 tys. Polaków, trwał osiem koszmarnych lat strachu od września 1939 r. do końca 1947 r.” (por. S. Srokowski: op.cit.).

Nominacja ta może spowodować niestety odwrócenie się od PiS-u części Kresowian, którzy tak wiele nadziei wiązali z nową polityką historyczną PiS-u, z przywracaniem prawdy o bolesnych i przemilczanych kartach naszej historii.

Kresowiacy krytykują

Na portalu Kresy.pl zamieszczono bardzo ostrą krytykę nominacji J. Pieklo na ambasadora w Kijowie pt. „Zobacz, kogo PiS zrobił ambasadorem w Kijowie”. Autor tekstu pisał m.in.: „Poglądy Jana Piekło niczym nie różnią się od poglądów ukraińskich – ostra krytyka polskiej pamięci o ludobójstwie na Wołyniu i wybielanie OUN-UPA. Czyje więc interesy będzie on reprezentował w Kijowie? (…) W kwietniu 2013 roku w komentarzu dla ukraińskiej agencji UNIAN tak oto komentował plany uczczenia w Sejmie rocznicy „Krwawej Niedzieli”: „Spodziewam się, że tego razu [PSL] także pozostanie w mniejszości i sformułowanie o UPA jako o organizacji „zbrodniczej” nie przejdzie przez polski parlament”. Dalej przytaczane są jego słowa, że uchwalenie podobnej uchwały „wywołałoby konflikt” z mieszkańcami zachodniej Ukrainy, dla których UPA i Stepan Bandera to bohaterowie” (…) W artykule „Radia Swoboda” zrelacjonowano jego opinię odnośnie filmu Wojciecha Smarzowskiego: „Jan Piekło uważa, że tworzenie takiego filmu jest nie na czasie, bo nie sprzyja pojednaniu dwóch narodów. Podkreśla, że film na temat Wołynia powinien być wspólną pracą polskich i ukraińskich grup twórczych”. Następnie przytoczono wypowiedź Piekło: „To bardzo zły moment dla takiego filmu, bo część polskiego społeczeństwa jest manipulowana. W Polsce jest taki ksiądz Isakowicz-Zaleski, który kieruje się stanowiskiem rosyjskim, mówi tylko: Wołyń, Wołyń”. To nie jedyny atak Jana Piekło na ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Podobne argumenty powtórzył w wypowiedzi zacytowanej w „Nowej Europie Wschodniej”: „Nie ma wątpliwości, że działalność księdza Zaleskiego jest na rękę rosyjskiej propagandzie, że szkodzi stosunkom polsko-ukraińskim, a przez to samej Polsce”. I dalej: „Epatuje rzezią wołyńską i żąda jej rozliczenia, zapominając, że Ukraińcy mają teraz ważniejsze sprawy na głowie niż ciągłe przepraszanie księdza Zaleskiego za zbrodnie UPA” (por. www.kresy.pl › Publicystyka › Analizy 21.05.2016). Z kolei na portalu Parezja.pl w dniu 22 maja 2016 już w tytule akcentowano: „Skandaliczna decyzja PiS-u. Jan Piekło ambasadorem na Ukrainie”.

Bronisław Wildstein w obronie polskiej historii

Bardzo polecam wywiad Piotra Zaremby z Bronisławem Wildsteinem pt. „Wygrywamy z Michnikiem”, zamieszczony we „w Sieci” z 9 maja 2016. Wildstein występuje tam stanowczo przeciwko zafałszowywaniu i ośmieszaniu polskiej historii przez niektórych publicystów, stwierdzając m.in.: „Jeszcze w „Do Rzeczy” polemizowałem z Piotrem Zychowiczem czy Rafałem Ziemkiewiczem (…) Ziemkiewicz przedstawia polską historię jako ciąg absurdów. Wymyślanie sobie historii alternatywnej służyć może zabawie, natomiast nie można się zgodzić z przebijającą z tych zabaw myślą, że relacje między narodami nie podlegają ocenom moralnym. Trudno to skądinąd pogodzić z katolicyzmem, a dla mnie to lustro pedagogiki wstydu „Gazety Wyborczej”. Skoro nasze dzieje to ciąg głupot, to trzeba wymyślać nową historię i odrzucać to, co mamy (podkr. – JRN). Choć zamysł jest dalekosiężny, znów swoista inżynieria społeczna, wykuwanie nowego narodu”.

Arabska stacja telewizyjna Al-Jazeera atakuje Polskę

Arabska telewizja z siedzibą w Katarze – Al-Jazeera wyemitowała skrajnie wrogi wobec Polski i Polaków dokument filmowy „Poles Apart”. Polskę oskarżają tam jako rzekomy kraj rasistów, który z powodu ksenofobicznych uprzedzeń nie chce przyjąć do siebie imigrantów. Jest to przejaw bezczelnej hipokryzji, gdy zważymy, że bardzo bogaty Katar, podobnie jak Arabia Saudyjska jest szczelnie zamknięty dla napływu imigrantów z bratnich krajów arabskich. Według autorów filmu Polacy sprzyjają poglądom skrajnie nacjonalistycznym na wzór hitlerowskiej III Rzeszy. Arabski „dokument’ filmowy zaczyna się od zdjęć z demonstracji antyimigranckiej we Wrocławiu, skomentowanych słowami: „To był mrożący spektakl, przypominający nazistowskie Niemcy, gdy tłum nacjonalistów krzyczał „Bóg, Honor i Ojczyzna””. Autorzy filmu sugerują, że wielu Polaków najchętniej umieściłaby imigrantów w obozie w Auschwitz i na nowo rozpaliliby piece krematoryjne. Przez wiele lat mocno współczułem Arabom tak mocno pokiereszowanym przez Izrael i ograbionym z ojczystych ziem. Przyznam jednak, że moja sympatia do Arabów mocno stopniała po informacji o tak obrzydliwych antypolskich oszczerstwach, zawartych w katarskim filmie. Gorąco apeluję do mojego starego znajomego Palestyńczyka Omara Farisa z Krakowa, aby zabrał głos w tej sprawie i napiętnował Arabów szkalujących Polskę! Przez takie filmy Arabowie stracą resztę przyjaciół w Polsce. Antypolski film powiązano z niechętnymi komentarzami na temat wyborczego zwycięstwa PiS, które nazwano partią nacjonalistyczną.

Szokującym jest fakt, że w tak skrajnie polakożerczym filmie w najbardziej wpływowej arabskiej telewizji wypowiedział się również osławiony „Bolek” Lech Wałęsa. Jakże przydałoby się sporządzeni pełnego bilansu szkód wyrządzonych Polsce przez Wałęsę na forum międzynarodowym po 1989 r. począwszy od tak głupiego, nieodpowiedzialnego i niegodziwego zarazem przeproszenia Żydów na początku lat 90-tych podczas wizyty oficjalnej w Izraelu. Posłużyło to niektórym wrogim nam Izraelczykom do tym donośniejszego rozwijania tezy o odpowiedzialności Polaków za Holocaust (Informacje o filmie w Al-Jazeera podaję za: http.//WWW.pch24.pl.mobile? Informacje? Informacja/id./43 480).

Schwytanie izraelskiego pułkownika walczącego wśród islamistów

Kilkakrotnie już czytałem po angielsku, a ostatnio także po polsku, szokujące informacje o schwytaniu przez irackie rządowe siły zbrojne pułkownika armii izraelskiej Yusi Shahaka w czasie operacji wojskowych przeciw islamistom, prowadzonych w prowincji Salah ad-Din. Izraelski pułkownik był członkiem brygady Golani – elitarnego związku taktycznego piechoty zmechanizowanej Sil Obronnych Izraela (IDF). Miał złożyć „szokujące zeznania” (wg biuletynu Patriotycznego Ruchu Polskiego”), wydawanego w Nowym Jorku, nr 384 z 1 maja 2016). Schwytanie pułkownika Yusi Shahaka walczącego po stronie islamistów posłużyło jak dotąd już do wielu spekulacji. Przede wszystkim całą sprawę tłumaczy się jako dowód, że Izrael jest zainteresowany militarnymi postępami państwa islamskiego, bo widzi w nich doskonały instrument do podzielenia na trwałe państw arabskich. Co już nastąpiło.

Pseudosztuka „nowoczesna”

Mnożą się przejawy bezczelnego blefowania z rzekomymi eksperymentami „sztuki nowoczesnej”. Jednym z nich był kiedyś przeprowadzony w warszawskiej Zachęcie wielki seans publicznego obierania ziemniaków, proklamowany jako przejaw sztuki. Nowym „eksperymentem” tego typu stało się publiczne zmywanie podłogi przez dość szczególną artystkę Aleksandrę Polisiewicz. Odsyłam tu do świetnego tekstu Łukasza Warzechy we „w Sieci”, który stwierdził: „Jakiś czas temu pisałem tutaj o Aleksandrze Polisiewicz, „artystce” nowoczesnej, która w galerii w Bielsku Białej w ramach wydarzenia „artystycznego” zmywała podłogę. Zresztą, jak wskazywali komentujący, robiła to mocno nie fachowo, tak że musiała po niej zapewne poprawiać jakaś profesjonalistka. Z tym, że za znacznie mniejsze pieniądze, bo na artystycznym zmywaniu podłogi można zarobić dużo więcej niż na zwykłym. Wiemy to, bo pani „artystka” objawiła się ostatnio w Koszalinie, gdzie za artystyczne umycie podłogi zainkasowała, bagatela, 1,2 tys. zł z pieniędzy podatnika (por. Ł. Warzecha: „Artystyczne’ zmywanie podłogi, „w Sieci” z 16 maja 2016). Nie mogę się nadziwić rozmiarom głupoty kierownictw galerii w Bielsku Białym i w Koszalinie, które zapłaciły za pokazy tego typu „artystki”. Myślę, że czas najwyższy, by zapobiec dalszej epidemii „artystycznego” zmywania podłóg poprzez szybkie zmiany personalne – usunięcie niedojdów kierujących obu wspomnianymi galeriami. Na pocieszenie dodam, że moda na głupawe eksperymenty nie ogranicza się do Polski. Ostatnio usłyszałem w telewizji o „eksperymencie” artystycznym w Japonii. Jakiś Japończyk zdjął okulary i położył na podłodze obok ścian z eksponatami. Natychmiast zaczęły się gromadzić grupki oglądające ten oryginalny „eksponat”.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/nowy-dowod-zaleznosci-l-waesy-od.html

W obronie prawdy o Polsce

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Niemiecki prezydent mentorsko poucza Polaków

Parę dni temu mieliśmy kolejny przejaw niedopuszczalnego wtrącania się w sprawy Polski, tym razem ze strony prezydenta Niemiec Joachima Gaucka. Podczas Dni Katolików w Lipsku prezydent Gauck powiedział: Polacy – podobnie jak mieszkańcy byłej NRD – potrzebują więcej czasu, aby nauczyć się żyć z obcymi, dlatego nie potrafią okazywać im miłosierdzia. Polacy potrafią być niesłychanie miłosierni, nie odkryli jednak – jak dotąd – tej zasady, że miłosierdzie nie obowiązuje tylko i wyłącznie w stosunku do naszych”. I dodał, że z tego właśnie powodu „politycy w Polsce, którzy odwołują się do dawnej narodowej tożsamości, są obecnie w nieco lepszej sytuacji niż politycy proeuropejscy, nastawieni bardziej liberalnie” (za: http://www.fronda.pl/a/niemiecki-prezydent-poucza-polakow-stosunku-doobcych,72301.html).

Prezydent Joachim Gauck ma ogromne zasługi dla Niemiec, bo przeprowadził tam lustrację w sposób doskonały. Teraz jednak niepotrzebnie miesza się w sprawy Polski i wypowiada bzdury. Przez stulecia jego kraj – Niemcy był najbardziej nietolerancyjnym krajem, m.in. okrutnie prześladując Żydów, a potem wywołując straszne wojny. W tym samym czasie Polska była najbardziej tolerancyjnym krajem świata i najbardziej otwartym na wszelkiego rodzaju uchodźców. Przyznał to nawet zajadły niemiecki XIX-wieczny wróg Polski, twórca potęgi militarnej Prus – feldmarszałek Helmut von Moltke, pisząc, iż: „Starodawni Polacy odznaczali się wielką tolerancją (…) Przez długi przeciąg czasu przewyższała Polska wszystkie inne kraje Europy swoją tolerancją (podkr. – JRN). Pierwsi Żydzi, którzy tu osiedli, byli wygnańcami z Czech i Niemiec. W roku 1096 schronili się do Polski, gdzie wówczas daleko większa tolerancja panowała niż we wszystkich innych państwach Europy(…)” (cyt. za: H. von Moltke: „O Polsce”, tł. G. Karpeles, Lipsk 1885, s.12, 14, 30; por. szerzej: J. R. Nowak: „Co Polska dała światu”, 3 wyd., Warszawa 2015, s. 20-30).

Najlepszy komentarz do wystąpienia prezydenta J. Gaucka dała znakomita dziennikarka „w Sieci” Krystyna Grzybowska, pisząc m.in. „Nie będę sięgać głębiej w historię stosunków polsko-niemieckich, bo od tego miłosierdzia barbarzyńców niemieckich na naszym terytorium, w obozach koncentracyjnych zginęły miliony obywateli, głównie żydowskich podludzi, zamęczonych w akcie miłosierdzia w komorach gazowych. Należy być miłosiernym i takimi wspomnieniami nie zakłócać przyjaznych i dobrosąsiedzkich stosunków. I jeszcze jedno, gdyby nie ruch Solidarności nie byłoby Urzędu Gaucka, a Gauck nie zostałby prezydentem najpotężniejszego państwa w Europie. Jak ten czas leci i jak to się ludzie zmieniają. Niezmienna jest wyższość moralna Niemców nad Polakami i resztą obywateli gorszej Europy, pouczanie niedorozwiniętych gospodarczo krajów jaką politykę powinny prowadzić, żeby zadowolić dążenie Niemiec do panowania nad kontynentem (podkr. – JRN). Ci ze wschodu powinni być miłosierni dla gospodarczej ekspansji sąsiada z zachodu, a także dla muzułmanów, bo choć są z obcej kultury i cywilizacji, powinni być przyjmowani z otwartymi rękami. W akcie wdzięczności, bo po raz pierwszy od paru wieków Niemcy nie zamierzają na nas napaść. Oni pragną pokojowo zamienić nas w niewolników swojej wyższości, już to czynią. I postawić pod naszą wspólną historią grubą kreskę” (cyt. za: Gruba kreska Joachima Gaucka: Niezmienna jest wyższość moralna Niemców nad Polakami i resztą obywateli gorszej Europy, „w Polityce.pl” z 27 maja 2016). Przy okazji warto zwrócić uwagę, że w Polsce znalazło schronienie najpierw kilkadziesiąt tysięcy Czeczeńców, a w ostatnich paru latach blisko dwa miliony uchodźców z ogarniętej wojną Ukrainy.

Jak długo wrogowie Polski będą pisać naszą historię?!

W najnowszym numerze „Warszawskiej Gazety” (nr z 27 maja-2 czerwca) szczególnie polecam artykuł znakomitego publicysty patriotycznego Mirosława Kokoszkiewicza: „Wrogowie Polski piszą naszą historię”. Kokoszkiewicz pisze: „Bezczelność Niemców i niestety wielu środowisk żydowskich w zakłamywaniu historii jest trudna do pojęcia dla każdego w miarę normalnego i przyzwoitego człowieka. Oto dzieci oraz wnuki oprawców i ich ofiar mówią dzisiaj jednym głosem, że Polacy chcą się przedstawić „w lepszym świetle”. Jednocześnie cynicznie przemilczają, że my również byliśmy narodem przeznaczonym przez Niemców do zagłady. Kiedy sami pojmiemy i damy głośno do zrozumienia innym, że to my Polacy, jesteśmy u siebie gospodarzami i to my decydujemy, kto jest dla nas wzorem i bohaterem?” Według Kokoszkiewicza: „Otwarte 17 marca br. we wsi Markowej Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów, choć powstało o wiele lat za późno, to i tak wywołało gwałtowne ataki ze strony Niemców, wspieranych przez część środowisk żydowskich. Mówienie – jak to uczynił prezydent Duda w dzień otwarcia placówki – o setkach tysięcy Polaków, którzy pomogli Żydom, może wzbudzić w Jerozolimie podejrzenie o wykorzystanie owego tragicznego, ale i nietypowego przypadku rodziny Ulmów (podkr. – JRN) do przedstawienia w lepszym świetle zachowania Polaków w czasie Holocaustu” – mogliśmy przeczytać w niemieckim dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (…) Komentująca tekst z FAZ stacja Deutsche Welle dodała: „Dyrektorka przyznającego ten tytuł (Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – JRN) Instytutu Yad Cashem Irena Steinfeldt zaznacza bowiem, że choć liczba Polaków w porównaniu z innymi krajami jest najwyższa, to jednak w obliczu trzech milionów polsko-żydowskich ofiar jest raczej niska”.

Komentując te słowa I. Steinfeldt red. Kokoszkiewicz pisze: „Nikt nie wspomina, że przytłaczającej większości żydowskich ofiar nie udało się uratować, gdyż kompletnie nie zasymilowani z naszym narodem nie znali nawet polskiego języka. Tych ludzi nie można było wtopić w polski tłum, zaopatrując w sfałszowane metryki, świadectwa chrztu i kenkarty. Mimo to, Polaków, którzy oddali życie, ratując Żydów, liczy się w tysiące, a liczbę tych, którzy im pomagali, szacuje nawet na ponad milion. Według spadkobierców niemieckich katów i środowisk żydowskich to o wiele za mało (…) Wypada przypomnieć Niemcom i Żydom, ile to mieszkańców dzisiejszej Europy Zachodniej, okupowanej w latach. ostatniej wojny przez III Rzeszę, oddało życie za Żydów (…) Jakże szybko z pamięci historycznej wymazano fakt, że Francuzi, Belgowie czy Holendrzy, którym żadna zagłada nigdy nie groziła, sami gorliwie organizowali transporty Żydów do obozów śmierci, zaskakując swoim zaangażowaniem nawet niemieckich zbrodniarzy? (…)

Głupota kolejnych polskich rządów czy wręcz dokonana z premedytacją zdrada pamięci o naszych bohaterskich przodkach poraża. Z jaką bowiem sytuacją mieliśmy do czynienia, zanim kilka tygodni temu otwarto Muzeum w Markowej? Oto liczni odwiedzający Kraków turyści, w tym niemieccy i żydowscy mogli zwiedzać tamtejsze muzeum Fabryki Emalii Oscara Schindlera i dowiadywać się, że najważniejszym, historycznym już, bohaterem ratującym Żydów w okupowanej Polsce był ten niemiecki przedsiębiorca. Dlaczego niemieckie szmatławce, wspierane przez środowiska żydowskie, nie pisały przy okazji otwarcia muzeum Schindlera o celowym nagłaśnianiu zupełnie „nietypowego przypadku”? Dlaczego Irena Steinfeldt z Yad Vashem nie zaprotestowała, mówiąc, że nie godzi się, aby w państwie setek tysięcy bezimiennych bohaterów, z narażeniem życia niosących pomoc Żydom, honorować akurat Niemca? (podkr. – JRN) (…) Dlaczego podobnego muzeum nie wybudowano najpierw Polakowi, Henrykowi Sławikowi, który ocalił życie co najmniej 5 tys. Żydów, czyli wielokrotnie większej liczbie niż Schindler? Dlaczego swojego muzeum i pomnika nie ma ksiądz Marceli Godlewski, który uratował 3 tys. Żydów z warszawskiego getta?

Mocno brzmią końcowe stwierdzenia pełnego pasji artykułu Mirosława Kokoszkiewicza: „Czy jest gdzieś drugi taki kraj, który zamiast sławić własnych bohaterów, szuka ich na siłę wśród przedstawicieli narodu okupantów, zbrodniarzy i ludobójców ? Czy jest drugie takie państwo, które prowadzi politykę historyczną, budując najpierw Muzeum Historii Żydów Polskich, podczas gdy godnej siedziby nie ma do dziś Muzeum Historii Polski? (…) Czy kiedyś zmądrzejemy na tyle, aby idąc do wyborów, przynajmniej przez kilka najbliższych kadencji stawiać konsekwentnie na polskich patriotów, a nie na wysługujących się zagranicznym mocodawcom politycznych kelnerów? Aby jakoś nadrobić stracony po 1989 r. czas, opcja prawicowo-patriotyczna powinna utrzymać się u władzy przynajmniej przez dwie najbliższe dekady. Być może tyle wystarczy, aby Polacy powrócili do dawnej dumy i moralnej siły, które nie pozwolą na meblowanie naszego domu przez coraz bardziej bezczelne i i butne antypolskie środowiska. Muzeum „Sprawiedliwych” powinno stanąć w Warszawie wiele lat temu, zanim w Krakowie uhonorowano zaprzyjaźnionego ze zbrodniarzami z SS niemieckiego fabrykanta, któremu Steven Spielberg poświęcił znany na całym świecie film „Lista Schindlera”. „Historię swoją piszcie sami, bo inaczej napiszą ją za was inni i źle” – mówił Józef Piłsudski (…)”.

Mit o szlachetności Oscara Schindlera

Przy okazji tekstu M. Kokoszkiewicza sprostuję urobiony u nas fałszywy mit o wyjątkowej szlachetności i dobroczynności „zbawcy Żydów” Oscara Schindlera. Mit ten pryska natychmiast przy lekturze wydanej w 1985 r. w Krakowie w Wydawnictwie Literackim książki wybitnego świadka wydarzeń w getcie krakowskim, dyrektora szpitala zakaźnego w tym getcie Aleksandra Bibersteina „Zagłada Żydów w Krakowie”. Jak bardzo zafałszowany był obraz dany w filmie Spielberga można się przekonać porównując relację Bibersteina z jedną z centralnych scen filmu Spielberga „Lista Schindlera”, ukazującą typowanie nazwisk kolejnych Żydów na listę do uratowania. W filmie Spielberga słuchaliśmy wyciskającej łzy rozmowy między Schindlerem a wspaniałym, szlachetnym Żydem Szternem, jak dopisują do listy nazwiska kolejnych żydowskich kobiet i dzieci, aby uratować im życie. Niestety ta jakże wzruszająca scena filmowa była typowym fałszem, czymś, co zwykło się określać słowami „pic i fotomontaż”. Istniała owszem „lista Schindlera” i istniał wielce szlachetny Żyd Sztern. Tyle tylko, że słynną „listę” Schindler ustalał nie ze szlachetnym Żydem Szternem, a z najgorszym miejscowym żydowskim łapownikiem policjantem Marcelim Goldbergiem, i ustalał nie z nieprzebranej dobroci serca, a za złoto i kosztowności. Jak pisał o tym Aleksander Biberstein w książce „Zagłada Żydów w Krakowie” (op.cit., s. 143): „Ponieważ Schindler cieszył się wśród Żydów opinią człowieka porządnego, napływ kandydatów na wyjazd do Brünnlitz był wielki, o wiele większy niż możliwości zatrudnienia. Przydział do tej placówki zależał do biura pracy w obozie, gdzie urzędował odeman (policjant żydowski – JRN) Marcel Goldberg. Porozumiał się on z Niemcem, kierownikiem tego biura, no i z Schindlerem przy pomocy wysokich łapówek, zwykle w obcej walucie i w kosztownościach ustalił listy mających wyjechać do Brünnlitz. Dorobili się oni w ten sposób bardzo znacznego majątku, który prawdopodobnie udało się im uratować. Goldberg przeżył wojnę i zdołał się ukryć pod zmienionym nazwiskiem w nieznanym miejscu” (podkr. – JRN). W innym miejscu swej książki (s.149) A. Biberstein pisał: „Odeman Marcel Goldberg, kierownik Arbeitseinsatzu w Płaszowie, umieścił na tej liście wielu Żydów w zamian za ogromne łapówki, oczywiście w porozumieniu i w interesie Schindlera” (podkr. – JRN). A w Polsce uhonorowano przede wszystkim pazernego Schindlera, który wielce skorzystał na swej „dobroczynności” wobec Żydów, i umieszczono muzeum w jego krakowskiej fabryce. Natomiast Henryk Sławik, który został zamordowany przez Niemców za uratowanie pięciu tysięcy Żydów, był przez dziesięciolecia zapomniany, i jak dotąd nie ma żadnego muzeum upamiętniającego jego poświęcenie (por. szerzej J. R. Nowak: „Żydzi przeciw Żydom”, Warszawa 2012, cz. 2, s. 129-130).

Przy okazji warto dodać, że słynny reżyser Steven Spielberg, który nakręcił „Listę Schindlera” był skrajnie antypolski. W wywiadzie udzielonym w Filadelfii 12 grudnia 1993 r. powiedział: „Polacy prześladowali Żydów na długo przed dojściem Hitlera do władzy”. Sam film został oparty na skrajnie antypolskiej książce australijskiego pisarza Keneally’ego, w której przedstawia się Polaków w ponury, jednowymiarowy sposób, a roi się od „dobrych” Niemców: pułkownika Lange (s. 270-271), porucznika standartenführera SS (s. 120, 123) i in. (por. szerzej: J. R. Nowak: „Żydzi przeciw Żydom”, Warszawa 2012, część I, s. 67-68).

Cenny pomysł: utworzyć Ministerstwo Polaków za granicą

Wybitny krakowski naukowiec (badacz tematyki polonijnej) socjolog dr Mirosław Boruta jest od dawna wizytówką bardzo ciekawego portalu „Kraków Niezależny”. Na łamach najnowszego numeru krakowskiego miesięcznika WPIS (nr 5 z 17 maja 2016) dr Boruta wystąpił z godną poparcia inicjatywą: utworzenia Ministerstwa Polaków za Granicą. Na początku wskazał na dane – obok 37 mln Polaków żyjących w Kraju aż 22 mln Polaków żyje za granicą – liczba nader wymowna. Boruta pisze o tych 22 milionach Polaków rozproszonych w świecie: „to jest nasz narodowy skarb, narodowy „świat, który nie może zaginąć”. Akcentując zadania i możliwości działania wśród Polaków za granicą Boruta wytycza następującą wstępną listę działań:

- „pomoc w zachowaniu polskich kodów kulturowych wśród żyjących, przyznających się do polskości, poprzez deklarację narodowościową w spisach ludności innych krajów;
- pomoc w postaci polskich szkół, podręczników, filmów, pomoc księżom szerzącym polskość poprzez kościoły, parafie i punkty katechetyczne, tutaj chodzi także o pomoc prawną w uzyskaniu statusu mniejszości narodowej w krajach, gdzie Polacy takowego nie maja – najbardziej jaskrawy przykładem dyskryminacji tego typu są oczywiście Niemcy, gdzie żyje ok. 2 mln. Polaków;
- pomoc w zachowaniu polskich pamiątek narodowych, budynków, miejsc pamięci, pomników, cmentarzy;
- dla tych ,którzy chcą zamieszkać w Polsce, wszechstronna pomoc w repatriacji i aklimatyzacji w Kraju. Dotychczasowe doświadczenia w tym względzie są niestety bardzo przygnębiające”.

Apelując o wzmożenie repatriacji Polaków ze Wschodu dr Boruta apeluje: „W ogólnoeuropejskim sporze o imigrantów – uchodźców konieczna jest np. propozycja, aby polski Kościół ogłosił, że każda parafia przyjmie przynajmniej jedną polską rodzinę z Kazachstanu albo z Ukrainy. (podkr. – JRN). Taki apel to byłby ważny głos. Przy czym weterani walk o wolność Polski, tak w Kraju ( w granicach sprzed 1939 roku), jak i na obczyźnie, weterani walk o wolność Waszą i Naszą powinni mieć tutaj absolutne pierwszeństwo”.

Zdaniem dr. Boruty niezbędne jest jak najszybsze podniesienie rangi problemu Polaków za granicą na szczeblu instytucjonalnym – na wzór państw, które już utworzyły w tym celu specjalne ministerstwa, m.in. Armenii, Gruzji, Izraela, Indii i Serbii. Boruta ubolewa, że jak dotąd działania wobec Polaków i osób polskiego pochodzenia za granicą są nazbyt rozproszone – na około 18 podmiotów o różnych kompetencjach. Dlatego apeluje, aby scalić, skoordynować te wysiłki –poprzez utworzenie Ministerstwa Polaków za Granicą. Akcentuje: „to się tym 22 milionom ludzi należy! To się im od Polski, od ich Ojczyzny naprawdę należy (podkr. – JRN). Według dr. Boruty koszty prowadzenia takiego nowego ministerstwa można by sfinansować poprzez redukcję w całej masie urzędów z administracji rozbudowanej do monstrualnych rozmiarów za poprzednich rządów. Dr Boruta proponuje również kilka rozwiązań szczegółowych. Proponuje, aby w każdej polskiej placówce dyplomatycznej, ambasadzie czy konsulacie utworzono Zespół ds. Polaków za Granicą, działający pod kierunkiem wyspecjalizowanego konsula albo przynajmniej urząd attaché. Placówki o randze zespołów i ataszatów gromadzić będą dokumentację historyczną jak i dokumentację dotyczącą wydarzeń aktualnych, a przede wszystkim położą nacisk na powszechnie dostępną naukę języka polskiego jako wartości centralnej dla kultury polskiej. Będą także mobilizować Polaków i ich potomków za granicą do współpracy gospodarczej, naukowej i kulturalnej z Krajem. Myślę, że ten postulat dr. Boruty jest szczególnie ważny, bo w Polsce – w odróżnieniu od Węgier, Czech czy Litwy – w bardzo małym stopniu wykorzystano możliwość przyciągnięcia wybitnych fachowców z diaspory do współpracy z Krajem.

Na koniec swego tekstu dr Boruta apeluje: „Szczególną troską nowe ministerstw powinno objąć skupiska polskie w pobliżu granic Rzeczypospolitej. Polacy na Białorusi, w Czechach, na Litwie, Łotwie, w Niemczech, Rosji, na Słowacji i Ukrainie to priorytet dla wysiłków każdego polityka polskiego w utrzymywaniu ich więzi z Polską oraz polską kulturą i językiem. Są to bardzo często osoby, których przywiązanie do polskości i religii, patriotyzm i zaangażowanie na rzecz polskości przetrwały najcięższe próby”.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/w-obronie-prawdy-o-polsce.html

Skończyć z przemilczaniem ludobójstwa UPA na Polakach

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Trudno zrozumieć fakt, że w 27 lat po „wybiciu się na niepodległość” ciągle nie odsłonięto pełnej prawdy o bestialskich zbrodniach popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich na ok.150 tysiącach Polaków na Wołyniu i Małopolsce wschodniej. Dominacji posłów Platformy w poprzednim Sejmie „zawdzięczamy”, że nie przegłosowano tam nawet w pełni prawdziwej rezolucji o ludobójstwie. A równocześnie wciąż znosimy skrajne wybielanie zbrodniarzy z UPA na Ukrainie przy braku odpowiednio ostrego potępienia tego przez stronę polską. Na tym tle tym bardziej trzeba docenić wydrukowany w najnowszym numerze „Do Rzeczy” (z 23 maja 2016) świetny syntetyczny wywiad red. Macieja Pieczyńskiego z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim pt. „Banderowcy siedzą cicho, ale wciąż są groźni”. Bardzo ważne jest umieszczone zaraz na początku wywiadu sprostowanie jakże częstej manipulacji próbującej równać rzeź wołyńską z wysiedleniami w ramach akcji „Wisła”. Red. M. Pieczyński zadaje pytanie księdzu T. Isakowiczowi-Zaleskiemu: „W rozmowie z liderem jednego z zespołów rockowych z zachodniej Ukrainy poruszyłem temat rzezi wołyńskiej. Muzyk padł nagle na kolana i przeprosił za zbrodnie UPA. Po chwili chwycił mnie za rękę i zażądał, bym klękał i przepraszał za akcję „Wisła”. To jest dobra droga do pojednania?”. Zamienna jest jednoznaczna odpowiedź ks. Isakowicza-Zaleskiego na to pytanie: „Nie można stawiać znaku równości między ludobójstwem dokonanym przez zbrodniarzy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii oraz SS-Galizien i ukraińskich organizacji kolaboranckich a akcją „Wisła”, którą przeprowadził polski rząd komunistyczny, gdyż było to przymusowe przesiedlenie, nie mordowanie. Poza tym rządu komunistycznego nikt w Polsce nie gloryfikuje, a na Ukrainie kult OUN-UPA jest oficjalnie wprowadzony w życie przez uchwałę parlamentu w Kijowie”.

Ks. Isakowicz wspomina w wywiadzie o bezskuteczności prowadzenia dialogu na temat Wołynia ze środowiskami ukraińskimi, np. ze Związkiem Ukraińców w Polsce. „Z drugiej strony nie ma takiej woli (dialogu z Polakami – JRN). Parę lat temu w TVP Historia w czasie dyskusji zapytałem szefa Związku Ukraińców w Polsce, pana Piotra Tymę, czy to co działo się na Wołyniu w 1943 r. było ludobójstwem, czy nie. Odpowiedział, że nie. Również inni działacze zaprzeczają prawdzie, a nawet piszą skargi na tych, którzy mówią prawdę. To ma być dialog? Podobne stanowisko ma były poseł Mirosław Czech (…) To, co mnie najbardziej dziwi, to to, że rząd polski takiej organizacji przyznaje ogromne dotacje z kieszeni polskiego podatnika. Czy organizacje niemieckie, które zaprzeczałyby Holokaustowi Żydów lub zbrodniom SS, otrzymywałyby dotacje od rządu polskiego, niemieckiego lub izraelskiego? Oczywiście, że nie (podkr. – JRN). Związek Ukraińców w Polsce musi się w końcu zdecydować, czy po wypowiedziach jego przewodniczącego i innych działaczy chce być dalej organizacją społeczno-kulturalną, czy polityczną, usprawiedliwiającą ukraińskich ludobójców”.

To, o czym mówi ks. Isakowicz Zaleski w swym wywiadzie, wskazuje, że w przypadku stosunku władz polskich do niektórych organizacji ukraińskich mamy do czynienia z kolejnym przejawem jakże częstego u nas masochizmu narodowego. Płacimy osobom odpowiedzialnym za pomniejszanie prawdy o ludobójstwie na Polakach. Czy nowy rząd patriotyczny p. Beaty Szydło nie powinien przeanalizować w związku z tym rozmiarów dotacji np. dla Związku Ukraińców w Polsce?

Ks. Isakowicz-Zaleski szczegółowo rozważa, co należy zrobić, aby doprowadzić na Ukrainie do uznania sprawy Wołynia za ludobójstwo. Stwierdza: „Najpierw trzeba zrobić kroki we własnym kraju. Pierwszym z nich powinno być przełamanie strachu przed powiedzeniem prawdy o ludobójstwie przez Sejm RP. Ustawa z okazji dnia 11 lipca będzie testem (…) Drugi krok – Ministerstwo Edukacji powinno wprowadzić odpowiednie lekcje o kulturze i tradycji Kresów Wschodnich do programu szkolnego. Z kolei Ministerstwo Kultury powinno dofinansować film Wojciecha Smarzewskiego „Wołyń”, bo to, że trzeba aż zbiórki społecznej na ten cel świadczy bardzo źle o obecnie rządzących.

Równocześnie trzeba w relacjach polsko-ukraińskich stawiać sprawy jasno: „Chcecie naszych pieniędzy i naszego sprzętu wojskowego, to powinniście pozwolić pozbierać kości pomordowanych Polaków, urządzić im chrześcijańskie pogrzeby i postawić krzyże na ich masowych mogiłach. Nie możecie też gloryfikować ludobójców, a zwłaszcza karać (jak to mówi wspomniana uchwała z 9 kwietnia ubiegłego roku) osób, w tym obywateli polskich, za mówienie prawdy o zbrodniach UPA. Powinniście także tak wspierać Polaków na Ukrainie, jak Polska wspiera mieszkających u siebie Ukraińców”. Bez tego wszystkiego obecna polityka wschodnia, która jest bardziej podlizywaniem się niż owocną dyplomacją, nie ma sensu” (podkr. – JRN).

Niepotrzebne podlizywania się w polityce wobec Ukrainy

Ks. Isakowicz-Zaleski przytacza jaskrawe dowody tego niczym nieuzasadnionego podlizywania na przykładach dwóch czołowych polityków ukraińskich bezkrytycznie idealizowanych w Polsce, stwierdzając: „Prezydent Juszczenko tak się odwdzięczył za pomoc, że w 2007 r. bohaterem narodowym Ukrainy ustanowił Romana Suchewycza, dowódcę UPA i kata Kresowian, a w 2010 r. Stefana Banderę. Rozpoczął też proces gloryfikacji ludobójców z UPA. Podobnie postępuje Piotr Poroszenko”. Dodajmy do tych uwag księdza T. Isakowicza-Zaleskiego sprawę szczególnie skandalicznej, wręcz haniebnej, decyzji uhonorowania Juszczenki doktoratem honorowym KUL-u w lipcu 2009 r. Decyzje tę podjęto z inicjatywy niesławnej pamięci „TW Filozofa” – abp. Józefa Życińskiego wbrew protestom rodzin pomordowanych na Kresach. Jak wspominał ks. T. Isakowicz-Zaleski: „śp. Józef Życiński był głuchy na nasze prośby”. W czasie uroczystości nadania na KUL-u tytułu Juszczence ks. Isakowicz-Zaleski skandował: „Hańba Wiktorowi Juszczence!”.

Pytany przez red. M. Pieczyńskiego, jakie miejsce sprawa Wołynia powinna mieć w relacjach polsko-ukraińskich, ks. Isakowicz-Zaleski odpowiedział: „Takie jak KL Auschwitz i inne zbrodnie nazistowskie w relacjach polsko-niemieckich. Tyle tylko, że Niemcy odcięli się od ideologii narodowego socjalizmu i nie zaprzeczają ludobójstwu. Na Ukrainie jest odwrotnie. Kult zbrodniarzy z OUN-UPA jest oficjalnie wspierany przez rząd i prezydenta Poroszenkę. Równocześnie nadal nie ma upamiętnienia ofiar, ani ich godnego pochówku. To tak jak nie zagojona rana, która ciągle będzie się otwierać (…) Wiara, że przez przemilczanie i zamiatanie pod dywan da się cokolwiek osiągnąć w relacjach z narodami, z którymi mamy wspólnie tworzyć Europę, jest tak samo szkodliwa jak kult zbrodniarzy.

Działania Balcerowicza w sterowaniu gospodarka Ukrainy mogą się odbić wielką czkawką dla Polski!

Ks. Isakowicz-Zaleski ustosunkował się też do decyzji powierzenia Leszkowi Balcerowiczowi stanowiska głównego doradcy gospodarczego w rządzie Wołodymyra Hrojsmana. Dodam tu, że są tacy w Polsce, którzy się nawet cieszą z tego, że Balcerowicz w rządzie ukraińskim zniszczy do reszty gospodarkę Ukrainy, głoszą, że będzie to swoisty „odwet za Wołyń”. Nie zdają sobie sprawy z tego, że może być również inny jakże fatalny dla Polski efekt działań Balcerowicza w rządzie Ukrainy, efekt, o którym tak mówił ks. Isakowicz-Zaleski: „Nie chcę być Kasandrą, ale wystarczy, że Leszek Balcerowicz doradzi premierowi Wołodymyrowi Hrojsmanowi, aby wprowadzić drakońskie zmiany gospodarcze, rozwalając rolnictwo i przemysł ciężki, tak jak to się stało w Polsce, a nastroje antypolskie i antysemickie wybuchną na nowo (…) Moja znajoma Ukrainka, mocno zaangażowana w Majdan, na mój e-mail o Balcerowiczu odpowiedziała krótko: „Polskie pany wróciły do Lwowa i Kijowa” (cyt. za wywiadem M. Pieczyńskiego z T. Isakowiczem-Zaleskim: Banderowcy siedzą cicho, ale wciąż są groźni, „Do Rzeczy” z 23 maja 2016).

Kolejne przejawy agresywnego nacjonalizmu ukraińskiego

Marcin Hałaś pisał w Warszawskiej Gazecie o najnowszym przejawie ukraińskich roszczeń nacjonalistycznych wobec Polski: „Jak doniósł portal Kresy.pl – występowi ukraińskiej reprezentantki na konkurs Eurowizji towarzyszyła mapa „Wielkiej Ukrainy”. W materiale prezentującym uczestników tegorocznej fundacji zaprezentowano m.in.. fragment piosenki Jamali, reprezentantki Ukrainy w tegorocznym konkursie Eurowizji (…) Przy każdym z uczestników wyświetlono kontury kraju, który reprezentują w barwach narodowych w przypadku Ukrainy kontury tego kraju wyglądały zupełnie inaczej niż przebiegają obecne granice tego kraju. Jak widać część Polski południowo-wschodniej, m.in. Przemyśl i Chełm, oznaczono jako część Ukrainy. Podobnie postąpiono ze znaczną częścią Polski wschodniej, w tym ziemi lubelskiej” (wg. M. Hałaś: Kroniki tygodniowe: ziarna i plewy, „Warszawska Gazeta” z 13 maja 2016). Z kolei z wywiadu Grzegorza Górnego z posłem mniejszości węgierskiej w parlamencie ukraińskim László Brenzowicsem „w Sieci” z 9 maja 2016 r. dowiedziałem się, że 13 marca 2016 organizacja nacjonalistów ukraińskich zorganizowała w Użhorodzie demonstrację, na której wznoszono hasła „Madziarów na noże”. Dodajmy do tego konsekwentną skrajnie antypolską działalność szefa ukraińskiego IPN-u Wołodymyra Wiatrowicza, zajadłego wielbiciela S. Bandery.

Wszystkie te informacje potwierdzają trafność ostrzeżeń ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego – na temat ukraińskich nacjonalistów w wywiadzie udzielonym red. Maciejowi Pieczyńskiemu. Do sugestii ks. Isakowicza-Zaleskiego w sprawie tego, co należy robić dla odpowiedniego spopularyzowania wiedzy o ludobójstwie na polakach na Wołyniu dodałbym jeszcze jedna sprawę. Patriotyczne media powinny maksymalnie upowszechniać modę na zwiedzanie przez młodzież polskich Kresów od Lwowa, Kamieńca, Krzemieńca i Zbaraża po Wilno i Grodno. Powinno się stworzyć swego rodzaju duchowy „przymus”, że każdy Polak powinien był choć raz w życiu na Kresach. Nawiązuję tu do bardzo modnego na Węgrzech od dziesięcioleci zwyczaju jeżdżenia młodych Węgrów na swoje dawne kresy, od Siedmiogrodu po Górne Węgry (tj. tereny w Słowacji, od Koszyc po Bratysławę) oraz na Wojwodinę w Serbii. Parę lat temu pewien znaczący węgierski dyplomata opowiadał mi jak węgierskie MSZ proponowało polskiemu MSZ-owi współdziałanie w sprawach mniejszości narodowych, ze względu na to, że oba nasze kraje mają swoje duże mniejszości narodowe poza granicami państwa. Polski MSZ spod znaku R. Sikorskiego w ogóle nie podjął tematu. Warto to zmienić za nowego rządu.

Skutki „internacjonalistyczno-kosmopolitycznej” polityki dawnej opozycji laickiej

W sprawie stosunków z Ukraińcami bardzo mocno płacimy, podobnie jak w relacjach z innymi sąsiednimi nacjami, za skutki głupawej „internacjonalistyczno-kosmopolitycznej” polityki tzw. opozycji laickiej. Pisałem o tym szeroko w książce „Zagrożenia dla Polski i polskości” (Warszawa 1998, t.2, s. 292-319). To jej przedstawiciele, z Adamem Michnikiem na czele, przez lata stwarzali wizję Polaków jako narodu pełnego win wobec sąsiadów, który powinien tym korniej słuchać rad, czy nawet rozkazów z zewnątrz, przekazywanych za pośrednictwem współczesnych jurgieltników. Zaczęło się to od „nowatorsko” wytykającego Polakom winy wobec Niemców eseju Jana Józefa Lipskiego „Dwie ojczyzny” z 1979 roku. Potem przyszło coraz częstsze, wręcz nagminne, bicie się w piersi w imieniu Polski za winy wobec innych nacji ze strony niektórych „internacjonalistów” z opozycji z Michnikiem i Bujakiem na czele. Warto przypomnieć tu opinię publicysty katolickiego „Ładu” Adama Wertyńskiego na temat podejścia naszych „Europejczyków”, wciąż inicjujących kolejne przepraszania innych nacji: „We wszystkich spornych kwestiach polsko-obcych Adam Michnik sumituje się za Polaków, bierze stronę obcych, nie waży spraw obiektywnie, polskie dobro jest zawsze czemuś podporządkowane. W tym czasie nawet jego zagraniczni rozmówcy, z pełnymi ustami przyjaźni, mają na uwadze interesy swego kraju (co jest ich obowiązkiem) Michnik tego obowiązku nie spełnia” (por. A. Wertyński: Jakobinizm, „Ład” z 16 lutego 1992 roku).

Skrajnie krzywdząca Polaków jednostronność dominowała przez całe dziesięciolecia po 1989 roku w obrazie stosunków polsko–ukraińskich, prezentowanym na łamach najbardziej wpływowych „czerwonych” i „różowych” mediów. Przyznał to nawet autor „Gazety Wyborczej” Maciej Stasiński w tekście z kwietnia 1997 r. W jego ocenie „poprawna politycznie” publicystyka „Rzeczpospolitej”, „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego” czy „Polityki” starała się „łagodzić określenia dotyczące Ukraińców oraz odpowiednio wzmacniać określenia pod adresem Polaków. W myśl cennej skądinąd zasady „zacznijmy od bicia się we własnej piersi”, nazywa się tu „zbrodnią” akcję „Wisła”, natomiast zbrodnie UPA opisuje się eufemistycznie jako polskie „krzywdy” (por. M. Stasiński: Jak Polak z Ukraińcem, „Gazeta Wyborcza” 22 kwietnia 1997). Czytelników tego blogu odsyłam do wspomnianej już tu mojej książki „Zagrożenia…, op.cit., s. 303-317), gdzie wyliczam różne przykłady kłamliwej jednostronności wpływowych mediów na niekorzyść Polaków. Jak bardzo stronniczy i jednostronni byli czołowi przedstawiciele lewicy laickiej niech świadczy wypowiedź Jacka Kuronia. Będąc na Ukrainie popisał się on dość szczególnym antynarodowym oświadczeniem: „Ja Polak ze Lwowa dumny jestem z tego, że Lwów jest ukraińskim miastem” (ukraińskie pismo „Wysokyj Zamok” z 5 lipca 1992). Słowa Kuronia do złudzenia przypominały wypowiedź sławetnego PRL-owskiego targowiczanina Bolesława Bieruta, który w rozmowie z przedstawicielami wielkich mocarstw 13 października 1944 r. powiedział: „Przybyliśmy tu, by zażądać w imieniu Polski, żeby Lwów należał do Rosji. Taka jest wola narodu polskiego” (por. J. R. Nowak: „Myśli o Polsce i Polakach”, Katowice 1994, s.247).

Lobby ukraińskie w Polsce

Odsłanianiu prawdy o zbrodniach popełnionych na Polakach nie służy siła lobby proukraińskiego w Polsce, szczególnie wpływowego na niektórych uczelniach i w życiu politycznym. Dość przypomnieć, że do niedawna (do wyborów w 2015 r.) funkcję przewodniczącego sejmowej komisji ds. mniejszości narodowych sprawował zajadły nacjonalista ukraiński Miron Sycz. Jego ojciec był zbrodniarzem ukraińskim, skazanym w Polsce w 1947 r. za swe zbrodnie na karę śmierci, później zmienioną na 15 lat więzienia. Poseł Mieczysław Golba z „Solidarnej Polski” przypomniał, że ojciec M. Sycza należał do sotni, która spaliła całą polską wieś Wiązownicę. Sam Miron Sycz starał się jak mógł blokować obchody ku czci Rzezi Wołyńskiej. Do najbardziej wpływowych polityków Unii Wolności należał Mirosław Czech, sekretarz generalny tej partii w latach 1997-2001. Wielokrotnie próbował zrównywać zbrodnie ukraińskie z działaniami polskimi, by tak zminimalizować ukraińskie zbrodnie, co ostro krytykował w czerwcu 2013 r. profesor Antoni Dudek. Równie stronniczy w sprawach polsko-ukraińskich był opisany już przez ks. T. Isakowicza-Zaleskiego prezes Związku Ukraińców w Polsce Piotr Tyma. Do najbardziej wpływowych działaczy lobby ukraińskiego Polsce należy para Berdychowskich Bogumiła i Zygmunt. Bogumiła Berdychowska, sekretarz Forum Polsko-Ukraińskiego była inicjatorką zbierania podpisów pod apelem do Rady Miasta Warszawy w sprawie niedopuszczenia do budowy pomnika pamięci ofiar ludobójstwa ukraińskich nacjonalistów z UPA i OUN w Warszawie. Jej mąż Zygmunt jest radnym z ramienia PO.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/skonczyc-z-przemilczaniem-ludobojstwa.html

Stanowcza postawa J. Kaczyńskiego wobec europejskich „elit”

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Najnowsza „Gazeta Polska”. przynosi kolejny ważny wywiad prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego w sprawach krajowych i międzynarodowych. Warto szczególnie zaakcentować fragment wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego, poświęcony tzw. „elitom europejskim”: „Elity europejskie nie są w stanie pogodzić się z demokratycznym wyborem Polaków. Nie odpowiada im ten wybór, bo nie jest zgodny z ich interesami. To oczywiste. My z kolei zostaliśmy upoważnieni przez wyborców do obrony interesów Polski. Nie do podlizywania się komukolwiek, załatwiania czyichś interesów, tylko do stania na straży interesów naszego kraju. Z tej drogi nie cofniemy się ani o krok” (z wywiadu J. Kaczyńskiego udzielonego K. Gójskiej-Hejke i T.Sakiewiczowi pt. Nie cofniemy się ani o krok, „Gazeta Polska” z 25 maja 2016).

M. Pawlicki piętnuje pogróżki pyszałków z Brukseli

Ogromnie cenię redaktora Macieja Pawlickiego jako publicystę o znakomitej werwie polemicznej, m.in. najsłynniejszego, obok posła Janusza Szewczaka, pogromcę banksterów. Ubolewam, że nie powierzono właśnie jemu zreformowania telewizji publicznej. Na pewno zrobiłby to bez porównania lepiej niż Jacek Kurski. Ten ostatni niestety od lat jest w jednej osobie cwaniaczkiem, graczem i politykierem, bez szerszej perspektywy widzenia. Zbyt długo już pozoruje zmiany, a faktycznie gra na czas, aby jak najdłużej utrzymać się u sterów telewizji (miał ją zreformować w ciągu pół roku, a jak na razie efekty są dość mizerne). Być może przez te zbyt powolne zmiany Kurski zabezpiecza sobie tyły na drugie rozdanie w przyszłości. Powracam jednak do postaci M. Pawlickiego, bo właśnie napisał jeden z najlepszych swych tekstów życia – miażdżącą krytykę luminarzy Unii Europejskiej (por. M. Pawlicki: Porwanie Europy, „w Sieci” z 16 maja 2016). Jest to programowy tekst, niezwykle mocno zasługujący na polecenie jak najszerszej rzeszy czytelników. Już w podtytule Pawlicki zaakcentował: „Kuriozalny pomysł, by kraje UE płaciły drakońskie kary za każdego „nieprzyjętego” imigranta, to przejaw pychy. Tej, która kroczy przed upadkiem. Merkel czy Unii?”.

Niebywale interesujące są rozważane przez Pawlickiego trzy przypuszczalne przyczyny, dla których „mędrcy” z UE zdecydowali się na narzucenie bezmyślnych drakońskich kar na oporne kraje Unii. Pierwsza zakłada: „panowie Junkers, Schulz, Timmermans, Verhofstadt oraz inni brukselscy geniusze są kretynami i zupełnie nie wiedzą co czynią”. Pawlicki w końcu wyklucza jednak tę ewentualność, stwierdzając, że wspomniani „geniusze” kretynami nie są i wiedzą, co czynią. Druga możliwość sugeruje, iż wspomniani geniusze są „agentami Putina i robią wszystko, by Unię Europejską rozwalić. Skompromitować w oczach własnych obywateli, radykalnie przeciwstawić europejskim interesom, skłócić, osłabić, pchnąć po równi pochyłej, na której dole są już tylko zgliszcza”. I tę możliwość Pawlicki wyklucza. Za najbardziej prawdopodobną uznaje możliwość trzecią: panowie z Brukseli „doszli do takiego poziomu pychy, że porzucają już wszystkie pozory”.

Jak dogorywa Unia

Warto zadedykować rozważania Pawlickiego niektórym prominentnym postaciom z PiS-u, które wciąż mają zbyt wiele złudzeń co do obecnego stanu Unii. Szczególnie należy im zalecić mini-recenzję Pawlickiego o celach, jakimi faktycznie kierowali się decydenci UE w ostatnich latach: „Dwa potężne mechanizmy rządziły polityka Unii ostatnich lat. Pierwszy to budowanie politycznej dominacji Niemiec i realizowanie niemieckich gospodarczych interesów. Mechanizm drugi to lewacko-liberalny obłęd cywilizacyjny, by zmienić Europę i Europejczyków na nową modłę, całkowicie zmarginalizować chrześcijaństwo, a normalną rodzinę i państwa narodowe uznać za wstydliwe relikty opresyjnej przeszłości” (podkr. – JRN). Europejskie elity polityczne zupełnie otwarcie realizują ów cel drugi, także zachodnie partie nazywające się chrześcijańskimi demokratami. Ale cel pierwszy był raczej wstydliwy, raczej utajony i tylko nasz Zdrapek bił Niemcom hołdy, błagając ich o kuratelę. Oba te rządzące Europą mechanizmy sprzęgnięto w ostatnich kilkunastu miesiącach w jeden marszowy krok. Frau Kanzlerin (w porozumieniu z Putinem?) – wykorzystując tragedię uchodźców z Syrii i Iraku – zaprosiła do Europy ogromną falę islamskich imigrantów, bez żadnej kontroli. Po raz kolejny pokazała, kto tu rządzi. Ale sprawy wymknęły się z jej łapek, żywioł islamski okazał się zbyt silny dla wyleniałych niemieckich grenzschutzów. Niemcy wydają nam więc dziś polecenie, że mamy się ich gośćmi zająć, bo inaczej zabiorą nam (…) Nie ma więc już pozorów, gacie opadły, widać co widać. Dlatego Merkel i jej brukselscy funkcjonariusze przestali się cackać z europejskim ludkiem, już mu nie perswadują, nie zabiegają o taką fajowską atmosferę. Minął czas uprawiania marketingu, nadszedł czas wydawania poleceń. Ordnung muss sein (…) Pokorne beczenie odezwało się z kilku stron, ale to już nie jest dotychczasowy chór potakiwaczy. Betonowanie niemieckiej dominacji sprzężone z liberalno-lewackim eksperymentem cywilizacyjnym zacięło się. W samych Niemczech, nawet w samej niemieckiej partii rządzącej pojawił się realny opór wobec metod kanclerzyny z NRD (…)”.

Pawlickiego projekt na ratowanie Unii

Tym ciekawszy na tle powyższych refleksji jest wysunięty przez Pawlickiego pod koniec tekstu projekt ratowania Unii. Zdaniem autora: „Merkel i jej unijne przydupasy zapędzili się w matnię – i strzelając z bata – zaganiają również nas. Trzeba stanowczo podziękować im za tę ofertę i mieć odwagę przejąć stery w Unii. Najpierw ideowe, potem formalne. Polska i Węgry, prezydent Duda i premier Orban powinni stanąć na czele odnowy Unii Europejskiej (podkr. – JRN). Być może od razu z kilkoma innymi przywódcami unijnych trzeźwych państw powinni wspólnie nakreślić plan uzdrowienia Unii. Bardzo konkretny i bardzo realny. Plan powrotu do idei Schumana i de Gasperiego, odrzucenia antydemokratycznej alienacji biurokratów, przywrócenia demokratycznych procesów decyzyjnych, budowania realnej niezależności od zewnętrznych, nieprzewidywalnych reżimów, odrzucenie kagańca politycznej poprawności i terroru lewackich eksperymentów obyczajowych, odrzucenia zagrażającej realną katastrofą biurokracji (…) Wiele już razy ocalaliśmy Europę przed najazdem barbarii. Tym razem mamy tylko uporządkować nasz dom, bo Europa to my. Drużyna Kaczyńskiego powinna zacząć, wraz z innymi wolnymi narodami, realne przygotowanie do odzyskania Unii i Europy dla Europejczyków”.

Maciej Pawlicki ma po stokroć rację. W czasie, gdy tak skompromitował się nasz karbowy – A. Merkel, gdy bardzo osłabł jej główny wspólnik F. Hollande, teraz jest jedyny w swoim rodzaju moment, aby Europa Środkowa wspólnym wysiłkiem „wybiła się na niepodległość” od sił dotąd dominujących w Europie. I prowadzących ją na manowce. Powrócę do tej sprawy szerzej w następnym wpisie na blogu.

Apeluję o odznaczenie Viktora Orbána Oderem Orła Białego

W ostatnich miesiącach Viktor Orbán kilkakrotnie oświadczał publicznie, że nie zgodzi się na żadne sankcje UE wobec Polski. I to jego wsparcie ma dla nas nie małe znaczenie psychologiczne. Jest dziś największym przyjacielem Polski wśród wszystkich przywódców krajów świata, a jego polonofilizm trwa już od dziesięcioleci. Przypomnijmy, że Orbán nawet swą magisterkę pisał z polskiej tematyki – z historii „Solidarności”. Już w 2009 r. w wywiadzie dla naczelnego redaktora „Frondy” Grzegorza Górnego powiedział: „Kiedy w lewicowej prasie węgierskiej czytam krytykę pod adresem Polski, że ma aspirację, by na nowo stać się regionalną potęgą Europy Środkowej, to wtedy głośno mówię do siebie: No wreszcie”. Opinię tego typu Orbán powtórzył kilkakrotnie w ostatnich latach. Jego węgierskie reformy są zaś dziś dla nas najlepszym doskonałym wzorcem. Orbán zasłużył się również zarówno dla Polski jak i dla wszystkich innych krajów Europy jako pierwszy obrońca naszego kontynentu przed zalewem muzułmańskich imigrantów, tak popieranym przez Merkel et consortes.

Co najważniejsze zaś Orbán od lat jest najbardziej stanowczym obrońcą małych i średnich państw przed dominacją wielkich państw europejskich oraz „starszych i mądrzejszych” z USA. Kolejny raz twardo, jednoznacznie i pięknie wyraził to w przemówieniu w dniu 15 marca 2016 r. z okazji węgierskiego święta narodowego. Stwierdził wówczas, że w 168 lat po historycznych wydarzeniach „Wiosny Ludów” „nasza wspólna ojczyzna Europa nie jest wolna, ponieważ dziś nie wolno w Europie wypowiadać prawdy – prawdy o tym, że inwazja nielegalnych imigrantów przynosi za sobą przestępczość i terroryzm i że nie jest to przypadkowe, bo zmasowany desant „uchodźców” stanowi zaplanowaną, ukierunkowaną akcję”. Zdaniem Orbána Unia Europejska mocno stara się o to, „w jaki sposób jak najszybciej sprowadzić tu i osiedlić między nami obcych”. Zaznaczył jednak, że na szczęście europejskie narody zaczynają się powoli budzić, i stanowczo zaakcentował: „Nie pozwolimy, by inni mówili, kogo mamy wpuścić do naszego domu i do naszej ojczyzny (…) Nadszedł czas, byśmy uderzyli na alarm (…) zbierali sojuszników (podkr. – JRN) (…) Apelujemy o jedność do wszystkich obywateli Węgier bez względu na przynależność partyjną oraz do wszystkich narodów europejskich”. Osobno zwracając się do Polaków, premier Orbán podkreślił: „Tak jak podczas naszej tysiącletniej wspólnej historii, również teraz stoimy przy waszym boku w walce, którą toczycie o wolność i niezależność waszej ojczyzny (…) Wraz z wami mówimy Brukseli: więcej szacunku dla Polaków” (podkr. – JRN) (wszystkie cytaty za: http://portal.pl/?p=24773). Przyznanie V. Orbánowi Orderu Orła Białego właśnie teraz stałoby się swoistym symbolem solidarności krajów Europy Środkowej w ich walce o niezależność wobec dyrygentów UE.

Prymas Czech krytykuje Merkel

Bardzo nie lubię judeochrześcijanina Tomasza Terlikowskiego, z jego niebywałym „parciem na szkło” (vide występ w programie Kuby Wojewódzkiego około półtora roku temu i wypicie z tym żałosnym antypolskim skandalistą bruderszaftu, co prawda wodą mineralną). Mam zresztą zadawniony problem z Terlikowskim z 2004 r. Przypomnę tu, że w 2004 r jako pierwszy poznałem się na Romanie Giertychu po jego wywiadzie w „Gazecie Wyborczej” pt. ”Jestem Europejczykiem” i ostro skrytykowałem go w Radiu Maryja. Posypała się na mnie za to cała garść obrzydliwych inwektyw. Najbrutalniejszy był dokonany wyraźnie w obronie Giertycha oszczerczy atak Terlikowskiego na mnie w maleńkim piśmie LPR „Racji Polskiej”, za który nigdy mnie nie przeprosił, choć w międzyczasie Giertych całkowicie odsłonił swe oblicze. Mimo tego, co myślę o Terlikowskim, zdecydowałem się zacytować za jego tekstem nader ciekawe, a nie przedstawione gdzie indziej, uwagi prymasa Czech Dominika Duki o A. Merkel i imigrantach. Według Terlikowskiego prymas Czech powiedział w wywiadzie w „Lidowych Nowinach”: „Lęk przed imigracją nie wynika przede wszystkim z islamofobii czy szowinizmu, lecz jest naturalną reakcją na to, że w ubiegłym roku dzika polityka imigracyjna (podkr. – JRN) doprowadziła do pewnych zagrożeń i problemów”. Prymas Czech dodał również, otwarcie atakując Angelę Merkel: „Unia Europejska upomina Polskę za reformy polityczne, choć nie należy to do jej kompetencji, ale to przecież deklaracja pani Merkel naruszyła wiele podstawowych zasad Unii Europejskiej, kwestię bezpieczeństwa, Schengen” (podkr. – JRN). W ocenie prymasa Czech D. Duki ani Czechy, ani Europa nie są w stanie „przyjąć wszystkich” imigrantów. Spowodowałoby to bowiem humanitarną i ekologiczno-gospodarczą katastrofę (wszystkie cytaty za: T.Terlikowski: Taki ekumenizm lubię, dodatek do „Rzeczpospolitej” „Plus-Minus” z 14-15 maja 2016).

Imigranci gwałcą i molestują

W Niemczech doszło do kolejnej serii napaści seksualnych – podczas ulicznego Festiwalu Kultur w Berlinie. Miały tam miejsce wyjątkowo bezkulturne wybryki mężczyzn z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Ich ofiarami padło 8 kobiet w wieku od 16 do 48 lat. Kobiety zeznawały na policji, że były molestowane i okradzione przez całe grupy mężczyzn. Policja zatrzymała kilkunastu podejrzanych mężczyzn z krajów Afryki Północnej, a także urodzonych w Niemczech mężczyzn pochodzenia tureckiego i libańskiego. Z kolei we Frankfurcie nad Odrą – jak poinformowała policja – 28-letni imigrant z Kenii dokonał gwałtu na 24–letniej Polce (wszystkie informacje za tekstem ak: Imigranci wciąż molestują Niemki, „Gazeta Polska Codziennie”, 20 maja 2016).

Wzrasta niechęć do islamu w Niemczech

Według największego niemieckiego dziennika „Bild” w Niemczech szybko wzrasta niechęć do muzułmanów. Tylko w okresie od stycznia do kwietnia 2016 r. ilość osób wspierających obecność islamu w życiu publicznym spadła z 37 proc. do 22 proc. Coraz silniejszy jest krytycyzm tzw. polityki multi-kulti, prowadzonej przez Angelę Merkel (wg tekstu: Niemcy mają dość islamu, „Wprost” z 9 maja 2016). Przy okazji warto przypomnieć wyniki sondażu przeprowadzonego na Węgrzech w związku z planowanym na jesień referendum w sprawie imigrantów. 87 proc. tych, którzy na pewno poszliby na referendum, jest przeciwnych kwotowej dystrybucji migrantów, a popiera ją zaledwie 11 proc. Tylko 2 proc. nie ma zdania w tej sprawie (wg wPolityce).

Zdemaskowanie fałszu zdjęcia imigrantów, nagrodzonego Nagrodą Pulitzera

Węgierski fotoreporter László Balogh, związany z Reutersem, dopuścił się obrzydliwej manipulacji. Nagłośnił swoje zdjęcie pokazujące jak to 3 września 2015 r. węgierscy policjanci rzekomo pastwili się nad rzuconą na kolejowe tory rodziną syryjskich imigrantów. Syryjczyk zasłaniał własnym ciałem kobietę tulącą niemowlę. Wbrew manipulacji fotoreportera prawda wyglądała zupełnie inaczej. Imigrant syryjski, choć mu nic nie zagrażało, specjalnie na użytek kamer (pewno była to zaplanowana ustawka) chwycił kobietę z dzieckiem i rzucił się z nimi na tory. Kobieta zawołała o pomoc. Nadbiegli węgierscy policjanci, odsunęli mężczyznę i zakuli w kajdanki. Pomogli wstać rzuconej na tory kobiecie z dzieckiem, a ta im podziękowała. Antywęgierska manipulacja została natychmiast zdemaskowana dzięki obecności na miejscu kilkudziesięciu reporterów TV z różnych krajów. Mimo tego reporterowi – manipulatorowi przyznano Nagrodę Pulitzera za zdjęcie ukazujące rzekomy dramat imigranckiej rodziny syryjskiej, maltretowanej przez „nieludzkich” węgierskich policjantów. Red. Piotr Kowalczuk w korespondencji z Rzymu ostro skomentował nagrodzenie przez jury Uniwersytetu Columbia świadomego i ordynarnego fałszu, pisząc: „Zideologizowanym dyktatorom poprawności politycznej udało się rozmagnesować moralną busolę. Prawda przekazu – medialnego, historycznego czy artystycznego – przestała być istotna. Za fałsz, byle w słusznej sprawie, już nie ganią, tylko przypinają ordery. Prestiżowe nagrody służą promowaniu jedynie słusznych poglądów. Idee przyświecające kapitule Nagrody Leninowskiej jednak nie umarły” (por. P. Kowalczuk: Pulitzer za poprawny fałsz, „Do Rzeczy” z 2 maja 2016).

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/stanowcza-postawa-j-kaczynskiego-wobec.html

Premier B. Szydło daje wzór jak rozmawiać z szantażystami z Unii Europejskiej

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Po ośmiu latach skundlenia w polityce zagranicznej premier Beata Szydło pokazuje twardą postawę godną węgierskiego premiera Viktora Orbána. I robi to wbrew agresywnej, dywersyjnej i głupawej części opozycji.

Wielkie brawa dla Pani Premier Beaty Szydło!

Wbrew wymierzonym w Premier B. Szydło spekulacjom, podważającym jej kompetencje (m.in. ze strony zdziecinniałej socjolog J. Staniszkis), nasza premier znów pokazała dziś znakomitą klasę. Dzisiejszy dzień w Sejmie to był dzień Beaty Szydło, która wystąpiła w obronie suwerenności Polski przeciw naciskom Komisji Europejskiej i szczującym za granicą przeciw nam politykom z nowej Targowicy. Przypomnę tu kilka zdań z wielkiego przemówienia B. Szydło: „Dzisiaj to nie Polska ma kłopot z reputacją i autorytetem, ale Komisja Europejska!” (podkr. – JRN). „Polski rząd nigdy nie będzie ulegał ultimatum!”… „Nie macie suwerenności w sercach!” (słowa Premier, skierowane do gardłujących posłów z opozycji). Nic dziwnego, że zarówno za otwierające wystąpienie, jak i za dwa wystąpienia polemiczne premier Szydło zyskała ogromne oklaski i kilkakrotną owację na stojąco. Pani Premier, tak trzymać! Przypomnijmy, że premier Węgier Victor Orbán zdecydowanie wygrał z atakującą go przez kilka lat sforą z Komisji Europejskiej tylko dzięki temu, że cały czas zachowywał zimną krew i wolę walki w imię węgierskiego patriotyzmu. Jedynym efektem nagonki UE na Węgry stało się to, że zarówno premier Orbán jak i przeważająca część Węgrów stali się dużo bardziej sceptyczni w stosunku do Unii Europejskiej. Premier V. Orbán, który jeszcze w 2010 r. gorąco zachwalał wejście Węgier do Unii Europejskiej, już w 2012 r. porównał ingerencję UE w sprawy Węgier do czasów sowieckiej dominacji, mówiąc: „Znamy lepiej niż dobrze ten rodzaj nieproszonej bratniej pomocy, nawet kiedy teraz nosi ona dobrze skrojony garnitur, a nie mundur wojskowy z pagonami!” (podkr. – JRN). Tak samo będzie w Polsce, jeśli Komisja Europejska nie popuści ze swej nachalności!

Polska młodzież coraz gorzej ocenia UE

Już teraz widać bardzo znaczący spadek poparcia dla UE wśród młodzieży. W grupie wiekowej 18-29 lat aż 30,3 proc. zdecydowanie źle ocenia nasz pobyt w UE, a 26,5 proc chce zdecydowanego wyjścia ze Wspólnoty (dane z wywiadu L. Budzińskiego z prof. K. Kikiem w „Polska the Times” z 20-21 V 2016). Lewicowy profesor Kazimierz Kik, komentując wyniki sondażu o UE wśród młodzieży, powiedział: „Młodzież nie odczuwa pozytywów naszego bycia w Unii Europejskiej. Sytuacja osób poniżej 30 lat pogorszyła się od wejścia do Wspólnoty. Mamy umowy śmieciowe, mamy emigrację. Polska III Rzeczypospolitej nie stworzyła perspektywy dla ludzi młodych. Odwrotnie, stworzyła im piekło na ziemi” (podkr. – JRN). Młodzi intuicyjnie wyczuwają, że mechanizmy funkcjonujące związane z maksymalizacją zysków, konkurowania kosztami i ceną w UE, są dla nich zagrożeniem. Oni nie tylko nie cieszą się osiągnięciami Polski w UE, ale byliby gotowi wyjść z Unii” (por. tamże).

Panowie z PiS! Kiedyż wreszcie wyrzucicie G. Schetynę z kierownictwa sejmowej komisji spraw zagranicznych

Już 3 maja 2016 r. upominałem się o jak najszybsze zabranie Grzegorzowi Schetynie przewodnictwa sejmowej komisji spraw zagranicznych. Nie zasługuje na nie ze względu na swe uparte skomlenie o zagraniczną ingerencję przeciw Polsce i hasło „totalnej opozycji”. Od tego czasu nadal nic nie zrobiono dla usunięcia takiego szkodnika jak Schetyna z szefowania nader ważną komisją sejmową. Dlaczego PiS jest taki powolny? Czas wreszcie przejść do twardej decyzji. Tym bardziej, że sprowokował ją sam Schetyna, po chamsku, jak „damski bokser” atakując premier B. Szydło w czasie dzisiejszej debaty sejmowej. Panowie z PiS, gdzie wasza „godność starej daty”? Jak długo będziecie tolerować na czele tak ważnej komisji polityka zdradziecko namawiającego do ingerencji przeciw Polsce?

„Warszawska Gazeta” proponuje: D. Tuska zamknąć we Wronkach!

Kolejne echo już krytykowanej przez mnie parę razy na tym blogu strasznie niefortunnej i nonsensownej propozycji europosła Ryszarda Czarneckiego, sugerującego, żeby PiS poparł D. Tuska na kolejną kadencję jako szefa Rady Europy. Bardzo ostro piętnuje tę propozycję jeden z najlepszych publicystów „Warszawskiej Gazety” Marcin Hałaś w artykule pod bardzo wymownym tytułem: „Dlaczego PiS popiera Tuska. Jego miejsce jest we Wronkach, a nie w Brukseli” („Warszawska Gazeta” z 20-27 maja 2016). Autor wyszydza głoszoną przez Czarneckiego zasadę, że „PiS zawsze popiera Polaków na każde stanowisko w organizacjach międzynarodowych”. Jak pisze red. Marcin Hałaś: „Cóż, lepiej by było, aby PiS nie kierował się źle rozumianym solidaryzmem narodowym, lecz wartościami i zasadami właśnie. A to oznacza, że należy popierać kandydatów, kierując się kryterium ich kompetencji i uczciwości, a nie tylko dlatego, że są „swoi” – w sensie obywatelstwa. Bo w myśl „świętej zasady ogłoszonej przez Czarneckiego, trzeba by –gdyby tylko ktoś zgłosił takie kandydatury – popierać Bogdana Klicha na sekretarza generalnego NATO, Jerzego Millera na szefa europejskiej Konferencji Lotnictwa Cywilnego, a Mariusza T. – pedofila i mordercę, znanego jako „szatan z Piotrkowa” – na dyrektora międzynarodowego ośrodka kolonijnego dla małoletnich chłopców. Świeżo przedstawiony audyt 8-letnich rządów Platformy Obywatelskiej nie pozostawia wątpliwości, że odpowiedzialność polityczną za wszystkie działania złe, szkodliwe i niegodziwe ponosi właśnie Donald Tusk. A nawet znacznie więcej – za wiele spraw ponosi także osobistą, bezpośrednią odpowiedzialność, wszak przez siedem lat był prezesem Rady Ministrów, a kolejny rok rządziła jego protegowana i zastępczyni premier- marionetka Ewa Kopacz.

- „Miejsce Tuska nie jest w Brukseli, a we Wronkach (podkr. – JRN) – podsumował w krótkich żołnierskich słowach mój znajomy. Otóż to – jeżeli treści przedstawione w audycie znajdą przełożenie na doniesienia i mocny materiał dowodowy, to Tuska należałoby postawić bynajmniej nie przed Trybunałem Stanu, ale przed sądem karnym. Za zdradę stanu mógłby być sądzony równolegle” (podkr. – JRN).

Pod koniec tekstu red. M. Hałaś ostrzega przed prawdziwie zgubnymi rezultatami ewentualnej realizacji propozycji europosła R. Czarneckiego w sprawie poparcia Tuska przez PiS, stwierdzając: „Poparcie, przez polski rząd Donalda Tuska na drugą kadencje na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej może mieć jeden fatalny skutek – pozbawi Polaków elementarnego poczucia sprawiedliwości i porządku świata, w którym występek i łajdactwo powinny być ukarane, a cnota nagrodzona (podkr.- JRN) (…) Jeżeli teraz dla politycznego wyrachowania i kunktatorstwa PiS zrezygnuje z symbolicznego gestu odbudowy społecznego poczucia sprawiedliwości, będzie to rzecz fatalna. Nie tylko dla „żelaznego” elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, ale dla całej uczciwej części społeczeństwa, w której odczuciu polityczny łajdak nie powinien nadal pławić się w luksusach, zbijając bąki (podkr. – JRN) (…) Zatem Donek – z Brukseli wracaj do Wronek”.

Wzrost poparcia dla PiS-u w sondażach. PiS wygrywa dziś w każdym województwie.

Nie pomogły wrzaski KOD-ów. Według najnowszego sondażu „Polska The Times” z 20 maja 2016 r. poparcie dla PiS wzrosło z w stosunku do poprzedniego sondażu z 34,5 do 37,1 proc. Co więcej – według nowego sondażu PiS wygrywa zdecydowanie we wszystkich województwach, nawet w pomorskim, zachodnio-pomorskim i lubuskiem. Szczególnie mocno spadli „ludowcy” z PSL-u – z 4,2 proc. w lutym do 3,9 proc. Dodajmy, że ludowcy wyraźnie dogorywają. Według tekstu Włodzimierza Knapa w najnowszej „Polska the Times”: „Ludowcy i jego prezes mają minimalne pole manewru – ocenia dr Grzegorz Nieć, historyk i znawca ruchu ludowego z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie”. Partia systematycznie słabnie i traci na znaczeniu. Klub jest maleńki, perspektywy marne. Sytuację ludowców pogarsza fakt, fakt, że z jednej strony ich najgroźniejszym przeciwnikiem jest PiS, które odebrało PSL znaczącą część elektoratu, zwłaszcza na wsi. Z drugiej PO i Nowoczesna to nie są naturalni sojusznicy PSL. A ponadto, co ma kluczowe znaczenie, PiS skutecznie dyskredytuje PSL na ważnych dla nich polach. Obecna władza poszerza wpływy w kołach gospodyń wiejskich i ochotniczych strażach pożarnych, bez których ludowcom ciężko będzie sobie poradzić – twierdzi dr Nieć. Uważa, że przyłączenie się PSL do koalicji z PiS to jedna z możliwych strategii przetrwania” (por. W. Knap: Ludowcy walczą o życie. PiS chce od PSL przejąć koła gospodyń domowych i OSP, „Polska the Times” 20-21 maja 2016). Tyle, że prezes PSL – Władysław Kosiniak-Kamysz w dzisiejszej debacie sejmowej zaryzykował niemądry, wręcz samobójczy, atak na premier B. Szydło, który może się okazać bardzo kosztownym dla jego małej partii.

Kto zaproponował skrajnego germanofila Piotra Burasa do Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie Andrzeju Dudzie?

W publikowanym na tym blogu 18 października 2015 tekście pt.: Czy PiS nie jest zbyt miękki? szerzej omawiałem skład Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie A. Dudzie. Obok wyliczenia licznych dobrych i bardzo dobrych postaci włączonych do tej Rady skrytykowałem kilka bardzo wyraźnych niewypałów na czele z b. postkomunistycznym ministrem spraw zagranicznych A. D. Rotfeldem. Pisałem m.in.: „Wielkim nieporozumieniem w składzie Rady wydaje się postać skrajnego germanofila Piotra Burasa, b. publicysty „Gazety Wyborczej” i dyrektora utworzonego w 2011 r. przy Fundacji Batorego Warszawskiego Biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych. I cóż się okazało ? Buras sam zrezygnował już w grudniu 2015 r. z członkostwa Rady przy Dudzie na znak protestu wobec PiS i prezydenta A. Dudy z powodu jego polityki w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. A w ostatnich miesiącach Buras mnoży krytyki zagranicznej polityki rządu PiS. Oskarża PiS o „odrzucenie przywództwa niemieckiego” w UE, sceptycyzm wobec integracji europejskiej i wręcz nacjonalizm (vide choćby najnowszy artykuł Burasa w „Gazecie Wyborczej” z 17 maja 2016). A ja zapytam się ludzi z kancelarii prezydenta A. Dudy, jak się nazywał ten nieszczęsny gamoń, którzy zaproponował wprowadzenie Piotra Burasa, ewidentnego przeciwnika politycznego nowych władz i skrajnego germanofila do Narodowej Rady Rozwoju? Warto byłoby przynajmniej pozbawić go premii za tak niemądrą sugestię!

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/premier-b-szydo-daje-wzor-jak-rozmawiac.html

Ciągle nie dość mocno bronimy Polski!

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Fakty z ostatnich dni dowodzą, że pomimo wyraźnego zerwania przez rząd Beaty Szydło z polityką kundlizmu w sprawach zagranicznych, stosowaną przez upadły rząd PO, ciągle mamy jeszcze sporo do zrobienia w sferze prawdziwie stanowczej obrony spraw polskich.

Bezmyślny nieuk Bill Clinton karci Polskę i Węgry

Były prezydent Bill Clinton zapamiętany jest u nas w Polsce głównie z tego, że paląc trawę jakoby się „nie zaciągał” i z tak zwanej „afery rozporkowej” w Gabinecie Owalnym Białego Domu z Monicą Lewinsky. W tym roku w świetnym dolnośląskim wydawnictwie „Wektory” wyszedł pierwszy tom ksiązki Victora Thorna: „Hillary i Bill Clintonowie” pt. ”Seks”, zawierający miażdżącą wręcz ilość dokumentacji na temat zdegenerowania i rozwydrzenia seksualnego obojga Clintonów- warto przejrzeć tę lekturę. Od lat wiadomo, że Clinton pomimo bujnego rozkwitu hormonów seksualnych nie cieszy się zbytnią inteligencją. Co więcej, jest on absolutnym ignorantem i nieukiem w sprawach Europy Środkowej. Zaznaczyło się to m.in. we wrześniu 2014 r., gdy Clinton publicznie wystąpił z atakiem na premiera Węgier V. Orbána, nazywając go „maniakiem pieniędzy i władzy”. Była to odpowiedź Clintona na aresztowanie na Węgrzech grupy pracowników amerykańsko-holenderskiej firmy Bunge pod zarzutem manipulacji z płatnościami VAT. Odpowiedź ta była tym bardziej groteskowa, że para Clintonów sama od dawna „słynie” z mało przejrzystych, a nawet wręcz złodziejskich interesów.

Kilka dni temu B. Clinton grubiańsko zaatakował Polskę i Węgry, stwierdzając: „Polska i Węgry – dwa kraje, które nie byłyby wolne bez wieloletniego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w Zimną Wojnę uznały, że jest za dużo kłopotów z tą demokracją i chcą przywództwa jak Putin: „Dajcie mi autorytarnego przywódcę i trzymajcie z dala cudzoziemców. Nie brzmi to znajomo?”.

W odpowiedzi na słowa Clintona premier Beata Szydło: powiedziała, że były prezydent USA „powinien nas przeprosić, dlatego, iż tego typu stwierdzenia są nie tylko że nieuprawnione, ale po prostu krzywdzące”. Z kolei prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński, ostro komentując słowa Clintona, powiedział : „Jeśli ktoś twierdzi, że dzisiaj w Polsce nie ma demokracji, to znaczy, że jest w stanie, który by trzeba zbadać metodami medycznymi?” Ostro zareagowały na słowa Clintona władze Kongresu Polonii Amerykańskiej, w osobnym oświadczeniu stwierdzając: „Komentarze czynione przez prezydenta Clintona są rażąco niewłaściwe oraz obraźliwe nie tylko w stosunku do Polaków, ale też osób polskiego pochodzenia na całym świecie”. W oświadczeniu podkreślone zostało także poparcie dla rządu Polski. Polonia ma także rozważać możliwość wycofania poparcia dla Hilary Clinton w związku ze słowami jej męża. Węgierski minister spraw zagranicznych Péter Szijjartó, uznał słowa Clintona za obraźliwe dla Węgier, akcentując: „Nikt, nawet Bill Clinton, nie może sobie pozwolić na obrażanie Węgrów! Panu Clintonowi może nie podobać się decyzja węgierskiego narodu, ale nie może być to wystarczający powód, by były prezydent obrażał nas w taki sposób”. Minister oświadczył także, że niedopuszczalne jest umniejszanie poświęceń Węgrów w walkach na rzecz niepodległości.

W kontekście wypowiedzi ministra Szijjartó warto przypomnieć, że Węgrzy dotąd są oburzeni na to, że Stany Zjednoczone nie zrobiły w listopadzie 1956 r. nic, nawet na płaszczyźnie dyplomatycznej dla zapobieżenia okrutnej pacyfikacji wspaniałego Powstania Węgierskiego przez Sowietów. Słyszałem nawet, że dyplomaci amerykańscy dali po cichu Rosjanom do zrozumienia, że mogą bez przeszkód interweniować na Węgrzech. Dodać do tego należy straszny cynizm rządów Francji i W. Brytanii, które 30 października 1956 r. przypuściły atak na Suez, odwracając uwagę świata od Węgier i dając rządowi sowieckiemu tym dogodniejszy pretekst do ataku na Węgry. Szczególnie bezczelna była część wypowiedzi Clintona, przypominająca o tym, że Polska i Węgry nie byłyby wolne bez zaangażowania Stanów Zjednoczonych. Czy trzeba przypominać jak złowieszczą rolę odegrał prezydent USA F. D. Roosevelt zawierzając swemu ukochanemu „wujkowi Joe” (Stalinowi) i oddając w Jałcie w lutym 1945 r. kraje Europy Środkowej na zniewolenie Sowietom. Przypomnijmy tu gorzkie słowa piosenki Jacka Kaczmarskiego: „I potakuje mu Kaleka, Niezłomny demokracji stróż: Stalin, to ktoś na miarę wieku, Oto mąż stanu, oto wódz!” (J. Kaczmarski tak pisał o pozbawionym władzy w nogach Franklinie Roosevelcie w wierszu pod wszystko mówiącym tytułem „Jałta”).

Przypomnijmy również, że Roosevelt już wcześniej straszliwie zawinił wobec regionu Europy Środkowej, odrzucając w 1943 r. namowy Churchilla o potrzebie skierowania inwazji aliantów na kraje bałkańskie, co uratowałoby Węgry, a może nawet i Polskę od zagarnięcia przez Sowiety. Roosevelt poparł fatalne w skutkach dla nas żądania Sowietów, by zachodni alianci zaatakowali siły niemieckie we Francji i we Włoszech. Przypomnijmy tu również, jak bardzo Polacy zapłacili gospodarczo za wsparcie kolejnych interwencji amerykańskich w Iraku (utraciliśmy liczące się na parę miliardów dolarów inwestycje budowlane w Iraku).

Wicepremier Mateusz Morawiecki skomentował w związku z antypolską wypowiedzią Clintona sytuację w USA, stwierdzając, że wyborcy tam „maja wybór między dżuma a cholerą” (między Clinton a Trumpem). Nie jestem wielbicielem Trumpa, ale wydaje mi się, że każda osoba będzie lepszym dla Polaków kandydatem na prezydenta USA niż od lat skrajnie zaangażowana w popieranie żydowskich roszczeń Hillary Clinton. Jeśli mąż kandydatki na prezydenta USA już teraz odnosi się tak negatywnie do Polski, lekceważąc miliony polskich wyborców, to można sobie wyobrazić jak Clintonowie będą traktować Polskę po ewentualnym zwycięstwie wyborczym Hillary. W przeciwieństwie do Murzynów i Latynosów, którzy jednoznacznie głosowali ostatnio na Demokratów, Polonia amerykańska niepotrzebnie rozbijała swe głosy, w części głosując na Demokratów, a w części na Republikanów. Chodzi o bardzo znaczący elektorat. Polonia amerykańska liczy około 16 milionów osób polskiego pochodzenia, z tego około 9 milionów dalej mówi po polsku. Apelowałbym do amerykańskiej Polonii, aby w obecnej sytuacji gremialnie i jednolicie zagłosowała przeciw nieprzyjaznej nam Hillary Clinton.

Warto dodać, że według Niezależnej.pl były prezydent Francji Nicolas Sarkozy stanął w rozmowie z „Le Monde” w obronie rządów Polski i Węgier. Podkreślił, że w państwach tych demokracja działa sprawnie mimo pięćdziesięciu lat komunizmu. Sarkozy stwierdził m. in.: „Nie można powiedzieć, że na Węgrzech nie ma demokracji. To zaprzeczenie francuskich elit, zawsze chcących pouczać cały świat. W Polsce widziałem już u władzy braci Kaczyńskich. Szanowali oni europejskie zasady i oddali władzę po przegranych wyborach. Po pięćdziesięciu latach komunistycznego jarzma Polska i Węgry to sprawnie działające demokracje. Muszą zmierzyć się z ogromnym problemem, jakim jest bardzo znacząca presja migracyjna”. Duże znaczenie ma fakt, że Nicolas Sarkozy będzie prawdopodobnie kandydatem republikańskiej centroprawicy w wyborach prezydenckich w 2017 r.

Słowa Sarkozy’ego wywołały polemikę obecnego prezydenta Francji Francois Hollanda. Powiedział on: „Widzę, że były prezydent Republiki myśli, że to, co dzieje się na Węgrzech i w Polsce, jest cudowne. Cóż… ja nie chcę takiego społeczeństwa”. No cóż, Francuzi zaś wyraźnie nie chcą jako prezydenta sługusa Merkel Hollanda. Według sondaży poniósłby on niechybną porażkę, gdyby trafił w drugiej turze na Sarkozy’ego. Myślę, że milionowa Polonia we Francji wyciągnie odpowiednie wnioski z powyższej kontrowersji w sprawie Polski i Węgier między Sarkozym i Hollandem i mogąc wybierać gremialnie zagłosuje na Sarkozy’ego.

Haniebna polakożercza manifestacja grupy ok. 200 Żydów w Nowym Jorku

Według informacji Włodka Kulińskiego w „Wirtualnej Polonii” z 6 maja 2016 r. przed konsulatem RP w Nowym Jorku zgromadziło się ok.150-200 osób, głównie uczniów żydowskich, oskarżając Polskę o współudział w holocauście. Na tablicach trzymanych przez młodych ludzi widniały napisy: „3 miliony Żydów zamordowanych w Polsce”, „Nie zapomnimy!”. Protestujący wznosili okrzyki:„Polska spłynęła krwią”. Podczas swoich wypowiedzi zebrani podkreślali, że mają prawo do wolności słowa i krytykowali władze Polski za próby „pisania historii na nowo”. Powołując się przede wszystkim na publikacje Jana Tomasza Grossa twierdzili, że Polska dąży do „zanegowania udziału Polaków w Shoah” (wszystkie informacje za W. Kulińskim z „Wirtualnej Polonii). Dodajmy, że Anna Arciszewska z „Nowego Dziennika” w reportażu zamieszczonym w sieci przytacza wypowiedzi młodych Żydów, którzy bezkrytycznie i bez zastanowienia powtarzają tezy Grossa, powołując się na jego naukowy autorytet. Widać tam również jak polakożerczy rabin Friedman prezentuje książkę Grossa pt. „Sąsiedzi”. Rabin Zev Friedman, organizator protestu, w swym przemówieniu stwierdził, że to Polacy odpowiadają za istnienie i funkcjonowanie „polskich obozów śmierci”, ponieważ „Polacy się na to godzili”. Jesteście odpowiedzialni za Holokaust, bo pozwoliliście, by na terenie waszego kraju powstało najwięcej obozów śmierci (…) Izraelscy politycy mówią, że antysemityzm wysysacie z mlekiem matki” – mówił Friedman.

Wiadomo o co chodzi organizatorom polakożerczej manifestacji w Nowym Jorku i innych tego typu przedsięwzięć. Chodzi o naciski na rzecz wymuszenia na Polsce bezprawnych roszczeń na sumę ok. 65 miliardów dolarów, roszczeń, które tak gruntownie zdemaskował i potępił nasz wielki żydowski przyjaciel profesor Norman Finkelstein. Wydaje się, że najwyższy czas, by przejść do zdecydowanej kontrofensywy przeciw żydowskim roszczeniowcom – szantażystom. Proponuję podjęcie w najbliższych miesiącach czterech istotnych posunięć w tej sprawie przez stronę polską:

po pierwsze – polski Sejm i Senat powinny podjąć uchwały zdecydowanie wykluczające roszczenia żydowskie wobec Polski jako całkowicie bezprawne,

po drugie – powinno się zaprosić czołowego obrońcę Polski wobec szantażystów żydowskich znakomitego żydowskiego profesora Normana Finkelsteina na zbiorową sesję obu izb naszego parlamentu, by wyrazić mu podziękowanie za wieloletnią obronę Polski przed naciskami żydowskich szantażystów. Tak się złożyło, że żaden z polskich polityków nie zrobił tak wiele dla przeciwstawienia się bezprawnym roszczeniom wobec Polski jak ten nasz żydowski przyjaciel.

po trzecie – zgodnie z wcześniejszą propozycją prof. N. Finkelsteina, zamieszczoną w jego książce „Przedsiębiorstwo Holocaust” władze nasze powinny zebrać kilkadziesiąt osób żydowskiego pochodzenia lub na wpół Żydów i skłonić ich do publicznego wystąpienia przeciwko żydowskim roszczeniom wobec Polski. Proponuję w tym kontekście m.in. zwrócenie się do następujących osób za granicą: do prof. N Finkelsteina, żyjących w Izraelu: Stanisława Aronsona (b. podporucznika AK) i Benjamina Anolika. W Polsce natomiast proponowałbym zwrócenie się o akces pod wspomnianym oświadczeniem do takich osób jak: publicysta Matthew Tyrmand, profesor Tomasz Szarota syn Rafała Marcelego Blütha, publicysta Antoni Zambrowski, lekarz Adam Sandauer, architekt Czesław Bielecki, Ryszard PraszkierJakub Szadaj, b. działacz opozycyjny i więzień PRL-u, założyciel Żydowskiego Związku Wyznaniowego.

po czwarte – należałoby jak najszybciej wydać w głównych językach zachodnich obszerny książkowy wybór przychylnych świadectw o pomocy polskiej dla Żydów w czasie wojny. Dawny wybór, dokonany przez W. Bartoszewskiego w książce „Ten jest z Ojczyzny mojej” jest już bardzo przestarzały. Sam czytałem co najmniej 50 książek żydowskich autorów ostatnich 20. lat, zawierających życzliwe świadectwa o Polakach, a nieznanych nawet w Polsce.

Dlaczego prezydent RP milczy w sprawie odebrania orderu najbardziej szkodliwemu polakożercy świata?

Ciągle jeszcze bardzo dużo nadziei wiążemy z prezydentem Andrzejem Dudą, który tak mocno podkreśla znaczenie polityki historycznej i tak często prawdziwie od serca, mówi o potrzebie umacniania patriotyzmu i związków z Polakami z zagranicą. Tym bardziej nie zrozumiałe na tym tle jest tak długie, blisko półroczne już zwlekanie prezydenta RP z odpowiedzią na wniosek Reduty Dobrego Imienia o odebranie wysokiego odznaczenia polskiego najskrajniejszemu polakożercy świata, zajadłemu wrogowi Polski i Polaków – Janowi Tomaszowi Grossowi. Przecież jest to wniosek szczególnie uzasadniony w świetle krzywd, jakie Gross uczynił Polsce i Polakom.

Dodajmy, że sprawa odebrania Grossowi orderu, to tylko czubek góry lodowej. Należałoby przystąpić do maksymalnego remanentu w sprawie przyznanych dotąd polskich odznaczeń, wśród których jest nawet order dla skrajnego wroga chrześcijaństwa i państw narodowych George’a Sorosa. Zacznę od wyliczenia niesłusznie przyznanych Orderów Orła Białego, które powinny być odebrane ich obecnym niegodnym właścicielom. Myślę tu o takich osobach jak: odznaczeni Orderem Orła Białego przez L. Wałęsę: S. Stomma, J. Turowicz, B. Skarga, T. Mazowiecki, odznaczeni przez A. Kwaśniewskiego: W. Reczek, S. Lem, J. Kuroń, K. Modzelewski, M. Edelman, B. Wierzbiański, K. Skubiszewski, J. Kułakowski, B. Geremek, J. Kłoczowski, W. Chrzanowski i L. Balcerowicz, odznaczeni przez B. Komorowskiego: J. K. Bielecki, A. Hall, A. Michnik, H. Samsonowicz, A. Wielowieyski, T. Gocłowski, J. Regulski, J. Buzek,  A. Strzembosz, W. Findeisen, A. Wajda, W. Szymborska. Z cudzoziemców zaś proponowałbym odebranie orderów Orła Białego odznaczonym przez Kwaśniewskiego: B. Osadczukowi – nacjonaliście ukraińskiemu, stypendyście w hitlerowskim Berlinie w czasie wojny i G. Schröderowi oraz odznaczonym przez Komorowskiego: A. Holland i P. Poroszence.

Proponowałbym za to przyznanie (pośmiertne) Orła Białego: najwybitniejszemu chyba polskiemu ekonomiście powojennemu prof. S. Kurowskiemu, historykom – profesorom: Feliksowi Konecznemu, Władysławowi Konopczyńskiemu i Oskarowi Haleckiemu, socjolog kultury prof. A. Pawełczyńskiej, autorowi siedmiu książek potępiających zbrodnie UPA i opisujących polską martyrologię znakomitemu badaczowi ukraińskiemu W. Poliszczukowi. Z osób żyjących proponowałbym przyznanie Orderu Orła Białego znakomitemu polonijnemu obrońcy prawdy o Polsce prof. I. Pogonowskiemu i i amerykańskiemu historykowi, walczącemu o prawdę o Polsce prof. R. C. Lukasowi.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/ciagle-nie-dosc-mocno-bronimy-polski.html

Spór wokół ks. J. Międlara

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Na tym blogu parokrotnie pisałem już o kazaniach młodego charyzmatycznego księdza Jacka Międlara i o jego ostrzeżeniach przed groźbą zmasowanego napływu muzułmanów do Europy. Pisałem również o sankcjach, jakie nakładano na księdza J. Międlara z powodu ostrości jego kazań. Ostatnio takie sankcje nałożono na niego w Białymstoku, głównie ze względu na środowisko ONR-u, do którego wygłaszał swe kazanie. Sankcje te wywołują jednak wielkie kontrowersje.

„Na szczęście jest jeszcze Duch Święty”

„Najwyższy Czas” z 7 maja br. poświęca sporo uwagi coraz głośniejszej już sprawie nałożonego ostatnio zakazu wystąpień publicznych wobec księdza Jacka Międlara. Zabiera w tej kwestii głos sam redaktor naczelny „Najwyższego Czasu” Tomasz Sommer w otwierającym numer artykule wstępnym: „Przypadek księdza Międlara”. T. Sommer pisze m.in.: „Przeczytałem sobie dość dokładnie słynne białostockie kazanie ks. Jacka Międlara i nie mogę wyjść ze zdumienia, dlaczego Kościół postanowił go zakneblować, skoro nie powiedział nic kontrowersyjnego (…) Oczywiście rozumiem, że chodzi o coś zupełnie innego. Lewackie media, takie jak nasza ulubiona „GW” czy „Na Temat” uderzyły w stół i nożyce się odezwały. To drugie medium, finansowane przez lata przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (sic!) określiło nawet księdza Międlara mianem „kapłana nienawiści”, choć – jak łatwo sprawdzić w inkryminowanym kazaniu – niczego, co by nasuwało takie określenie, nie było. Pytam więc, kiedy wreszcie Kościół wyjdzie spod tej nieustannej presji lewactwa, zrozumie, że w tym przypadku nie ma mowy o żadnym drugim policzku, a uleganie tym ludziom prowadzi do zguby i zgorszenia (…) W ogóle mam wrażenie, że Kościół wszedł otwarcie w falę lekkiego zamętu, bo rzeczywiście skoro – jak napisał mi jeden z czytelników – „papież całuje w rękę żyda, a w nogę muzułmankę, to strach pomyśleć, co będzie dalej”. Na szczęście jest jeszcze Duch Święty”.

Ks. S. Małkowski w obronie ks. J. Międlara

Ze stanowczą obroną księdza Jacka Międlara wystąpił jeden z najsłynniejszych polskich duchownych, ksiądz Stanisław Małkowski, głośna postać z czasów PRL-owskiej opozycji. We wspomnianym „Najwyższym Czasie” z 7-14 maja 2016 r. zamieszczony został wywiad Tomasza Sommera i Rafała Pazio z ks. Małkowskim, zatytułowany: „Ksiądz Międlar „musi wytrwać”". Jest to wywiad tak interesujący, że zasługuje na szersze zacytowanie. Autorzy wywiadu z „NCz” zapytują: „Jak Ksiądz ocenia sytuację księdza Jacka Międlara, określanego kapłanem od nienawiści, kapłanem radykałem? Nagonka po kazaniu w Białymstoku okazała się zadziwiająco skuteczna. Ksiądz dostał całkowity zakaz wystąpień publicznych, a nie powiedział nic kontrowersyjnego”.
Ks. S. M.: „Zastanawiam się, czy gdyby czołówka KOD-u zwróciła się do władzy kościelnej o kapelana, kapelana dostała i wygłosiłby on jedno czy drugie płomienne wystąpienie na temat demokracji, to czy spotkałaby go jakaś kara kościelna? Sądzę, że nie”.
NCz: „Ksiądz Jacek Międlar ma być teraz kapelanem w placówce opiekuńczej. Ma tam siedzieć i milczeć„.
Ks. S. M.: „Takie sytuacje w Kościele zdarzały się i nadal się zdarzają. Sam święty ojciec Pio cierpiał wieloletnie kary kościelne, zakaz spowiadania, odprawiania Mszy Świętej, podejrzewano go o różne niecne sprawy. Kiedy zapach fiołków wydzielał się z jego ran, podejrzewano, że ma takie wielbicielki, które dają mu perfumy, a on się nimi skrapia. Są bardzo liczne precedensy podobnych sytuacji. Święty Jan od Krzyża, kiedy chciał zreformować karmelitów (i w końcu zreformował) dostał się do więzienia kościelnego, gdzie był bardzo surowo traktowany. Gdyby nie postawa Świętej Teresy od Jezusa, która pomogła mu uciec z więzienia, być może tam by dokończył swoje życie. To doświadczenie nie przeszkodziło mu w wypełnieniu zadania do końca i pozostawieniu po sobie wspaniałych pism mistycznych” (…)
NCz: „Z jednej strony Ksiądz mówi, że program związany z intronizacją, program monarchiczny tkwi w istocie Kościoła, a z drugiej strony widzieliśmy, że papież Franciszek całuje Żydów po rękach w Instytucie Jad Vashem”.
Ks. S. M.: „Klęka także przed muzułmanką, a ma kłopoty z klękaniem przed Najświętszym Sakramentem”.
NCz: „W Jad Vashem były to osoby, które przeżyły Holocaust. Papież całował je w ręce. Jaki to właściwie ma sens?
Ks. S. M.: „Papież chce być chyba postępowy i wszystkim się podobać”.
NCz: „Innych papież też będzie całował? W świecie muzułmańskim film z Jad Vashem jest pokazywany trochę w takim duchu, że papież się poddał”.
Ks. S. M.: „Tak to można zrozumieć”
NCz: „Dlaczego?
Ks. S. M.: „W dziejach były takie sytuacje, że przez pewien czas nie wiadomo było, kto jest papieżem”.
NCz: „Nawet wtedy papież nie rezygnował z resztek majestatu”.
Ks. S. M.: „Franciszek pewnie uznał, że ta rezygnacja z – jak Pan powiedział – resztek majestatu, podoba się wielu ludziom (…)
NCz: „Ksiądz sam od dziesiątków lat ma problemy z hierarchią. Jaka jest obecnie Księdza sytuacja?
Ks. S. M.: „Mam formalnie w dalszym ciągu przydział w parafii na Wólce w Warszawie, Podlegam księdzu arcybiskupowi kardynałowi Nyczowi i proboszczowi na Wólce. Mam coraz mniej wyznaczanych pogrzebów. W związku z tym moje wynagrodzenie jest niewystarczające, żeby przeżyć, nie mówiąc o innych wydatkach. W miarę możliwości szukam jakichś źródeł finansowania siebie i domu (…) Ksiądz Jacek Międlak dosyć wcześnie spotkał się z sankcjami. Ufam, że w duchu męstwa, odwagi, charakteru i wiary, z konieczności poddając się sankcjom, wytrwa. Jeżeli sprawa jest Boża, zawsze idzie przez krzyż”.
NCz: „Ksiądz Kazimierz Sowa wpłacił pieniądze na Platformę Obywatelską i nie było żadnych konsekwencji”.
Ks. S. M.: „O ile wiem, żadne kary i represje go nie spotkały, ani ograniczenia działalności ze strony przełożonych. Uderza to dość selektywne podejście przełożonych do kapłanów”.
Przypomnijmy, że sam ksiądz Małkowski, który udzielił tak odważnego wywiadu, dla wielu wiernych jest wręcz postacią kultową.

Wybitny dominikanin o. A. Potocki w obronie ks. Jacka Międlara

Ksiądz Stanisław Małkowski nie jest wcale odosobniony wśród duchownych w swej tak stanowczej obronie księdza Jacka Międlara. Najnowsza „Warszawska Gazeta” z 13 maja zamieściła obszerny tekst Rafała Korolca: „Wybitny dominikanin w obronie ks. Jacka Międlara”. Czytamy tam m.in.: „Ojciec Andrzej Potocki, dominikanin o wielkim dorobku naukowym, profesor socjologii, zakonnik, ostro skrytykował nie kryjących lewicowych poglądów dwóch współbraci – prowincjała o. Pawła Kozackiego oraz o. Pawła Gużyńskiego, który księdza Międlara oskarżał o to, że jest „obłąkany”. W 2014 r. określił ich działania jako sianie zamętu wśród wiernych i postępowanie „po ludzku”, a nie „po Bożemu”. Publicznie, podczas kazania, w kierunku samego Kozackiego nie bał się tubalnie wykrzyczeć: „idź precz, szatanie”. Ojciec Potocki, podobnie jak wielokrotnie ks. Międlar, uważa, że lewicowe działania wśród duchownych, jak Kozackiego, Gużyńskiego, Wiśniewskiego czy Kramera, wychodzą z głupoty lub złej woli (….) Autor listu (o. Potocki – JRN) dostrzegł zaangażowanie redaktora Jana Pospieszalskiego, który wielokrotnie stawał w obronie prawdy i księdza Międlara, bezustannie doświadczającego niesprawiedliwości ze strony przełożonych kościelnych hierarchów. Warto zaznaczyć, że Pospieszalski wyemitował już dwa programy telewizyjne w obronie młodego kapłana oraz opublikował wiele tekstów na łamach różnych periodyków. Redaktor Pospieszalski w kontekście białostockiego kazania przywołał Śluby Jasnogórskie Prymasa Tysiąclecia, do których odniósł się dominikanin.:- „Mimo, że nasze czasy z 1956 r. trudno porównywać, naprawy kraju nie da się zrealizować bez powszechnego zaangażowania. Wobec ogromu problemów potrzebny nam taki program i taki entuzjazm. Potrzebny taki ojciec duchowny, który będzie miał odwagę karcić, ganić i pouczać. Czy katolicy w ojczyźnie słyszą dziś takie słowa z ambon w polskich kościołach?” (podkr. – JRN) (…) Puenta jest następująca – „Ks. Jacek Międlar wie, na czym mu zależy. Zależy mu na Chrystusie, zależy mu na Ojczyźnie. Czy wolno mu to brać za złe?”

Odpowiadając na pytanie dominikanina o. Andrzeja Potockiego, czy katolicy w Ojczyźnie słyszą takie słowa z ambon w polskich kościołach, odpowiedziałbym, że słyszą choć niezbyt często. Przypomniałbym w tym kontekście choćby jakże ostrą wypowiedź ks. abp. Józefa Michalika o „nowej Targowicy” i wspaniały list ks. biskupa Wiesława Mehringa do Martina Schulza, traktujący go niemal jak kundla, który szczeka na Polskę. Z mojego węgierskiego ogródka przypomnę jednak, że sytuacja ta bardzo różni się od sytuacji na Węgrzech, gdzie Kościół katolicki jest bardzo upolityczniony i jednoznacznie występuje po stronie rządzącej partii Fidesz i premiera Viktora Orbána. Tam nie ma podziału na dwa kościoły: łagiewnicki i toruński i nie ma żadnych Życińskich, Gocłowskich, Pieronków! Z dużą zazdrością przeglądałem dziesiątki płomiennych kazań węgierskich hierarchów, bardzo ostro piętnujących nagonkę zachodnich polityków i bankierów na węgierskie reformy. Zaznaczmy rzecz dość znamienną – nasi korespondenci z Budapesztu konsekwentnie przemilczali te wystąpienia, kazania i listy węgierskich purpuratów. Pewno z obawy, żeby nie zaraziły one polskich hierarchów podobnym upolitycznieniem i śmiałością w występowaniu przeciw siłom antypatriotycznym. Przytoczę tu choć jeden fragment z jakże mocnego i długiego listu arcybiskupa Veszprém Gyuli Márfiego z 27 lutego 2012 r. List węgierskiego hierarchy niezwykle ostro atakował antywęgierskich oszczerców z Zachodu, na czele z bankierami z Wall Street, osławionym spekulantem George Sorosem i Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Arcybiskup Márfi pisał m.in.: „Victor Orbán ma problemy w pierwszym rzędzie nie z Unią Europejska, lecz z międzynarodowym wielkim kapitałem, którego właściciele tkwią na Wall Street w Nowym Jorku i których po prostu zwiemy „Ameryką”. To nazwanie jest oczywiście błędne: dolar i jego panowie i słudzy nie maja ojczyzny, ani narodowości. To są obywatele kosmosu, kosmopolici w najgorszym znaczeniu tego słowa, którzy marzą o zagarnięciu całego świata” (podkr. – JRN) (por. szerzej: J. R. Nowak: „Węgierska droga do zwycięstwa”, Warszawa 2015, t. 2, s.159-160).

Wyobrażam sobie, jaki nienawistny wrzask wywołałoby wypowiedzenie podobnych słów przez któregoś z polskich hierarchów. „To nacjonalizm, antysemityzm” natychmiast zawyto by w „Gazecie Wyborczej” czy w TVN. Węgierscy hierarchowie nie wahają się jednak mówić odważne prawdy o wrogach swego kraju. Oby jak najszybciej nastąpiło to również w Polsce! Najwyższy czas powrócić do przesłania, odwagi i siły ekspresji Prymasa Tysiąclecia.

Tuż obok tekstu R. Korolca o ks. Międlarze w „Warszawskiej Gazecie” opublikowano niezwykle ostry atak na nuncjusza apostolskiego w Polsce pt. „Nuncjusz spod bandery masonerii”. Ze względu na ostrość zawartych tam oskarżeń wydaje się wręcz konieczna jak najszybsza polemiczna odpowiedź samego nuncjusza lub jego przedstawiciela na ten tekst, w myśl zasady „audiatur et altera pars”.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/spor-wokoks.html