Tag Archives: Krzysztof Pasierbiewicz

80. Miesięcznica Smoleńska w Krakowie

krakowniezaleznymkInformacja własna

O godz. 16:30 w Archikatedrze Wawelskiej odprawiona została Msza Święta w intencji śp. Lecha i Marii Kaczyńskich oraz Wszystkich Ofiar Tragedii Smoleńskiej, poprzedzona – o godz. 16:10 – spotkaniem modlitewnym przy sarkofagu śp. Pary Prezydenckiej.

20161210zg1Modlitwę wiernych poprowadził ojciec Józef Kachel OMF a na sarkofagu śp. Pary Prezydenckiej (fot. p. Zbigniew Galicki), a później przy Krzyżu u stóp Wawelu, kwiaty złożyli: w imieniu Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Krakowie – pp. dr Janusz Opiła, dr Krzysztof Pasierbiewicz i Andrzej Ossowski, w imieniu Forum Młodych Prawa i Sprawiedliwości – pp. Monika Klimkiewicz, Jakub Kolano i Dawid Liszka, w imieniu Krakowskiego Klubu Gazety Polskiej im. Janusza Kurtyki – pp. Renata Groyecka i Wiesław Kozub, w imieniu Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” Regionu Małopolska – pp. Bożena Musiał, Waleria Tumanik-Banasik, Józef Krzysztoforski, Jacek Smagowicz i Zbigniew Węclewicz oraz w imieniu Stowarzyszenia im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Krakowie – pp. Maria Krakowska i dr Mirosław Boruta.

Relację filmową z pochodu i spotkania przy Krzyżu zrealizował p. Stefan Budziaszek a autorem obszernego fotoreportażu jest p. Zbigniew Galicki:
https://www.youtube.com/watch?v=alRaOfRedLw
https://plus.google.com/u/0/photos/111832975820267415038/albums/6362650696149479985?authkey=COrBiuOdgty1Lg&cfem=1

(Od Redakcji): I jeszcze Apel Klubów Gazety Polskiej:

klubygazetypolskiejlogoRozpoczął się bardzo ważny okres wyjaśniania smoleńskiej tragedii. Kolejne ekshumacje potwierdzają, że podawane nam przez lata oficjalne ustalenia były prymitywnym kłamstwem. Rodziny ofiar z przerażeniem dowiadują się o zamianie ciał ale też i o barbarzyństwie z jakim potraktowano zmarłych. Jednocześnie w wielu mediach i ośrodkach politycznych związanych z tymi, którzy dopuścili się haniebnych zaniedbań, po raz kolejny rozpętała się nagonka przeciwko prowadzącym śledztwo. Trwa kampania zastraszania wszystkich, którzy chcą poznać prawdę. Dzieje się to wszystko w czasie, kiedy siły związane z dawnym systemem komunistycznym próbują doprowadzić do destabilizacji życia politycznego w Polsce. Odzywają się groźby jawnego łamania prawa i użycia przemocy. Byli oficerowie SB i funkcjonariusze komunistycznych wojskowych służb, ZOMO i innych zbrodniczych organizacji wzywają do przewrócenia demokratycznego porządku w dniu 13 grudnia. Szczególnie oburza wykorzystanie przez nich tej daty, która powinna być dniem pamięci o Solidarności i ofiarach stanu wojennego. Jest ważne by Polacy potrafili obronić odzyskaną niepodległość. Jest ważne by masowym udziałem w pokojowej manifestacji 13 grudnia w Warszawie pokazać naszą determinację w obronie podstawowych wartości. Wesprzyjmy działania Związku Osób Represjonowanych ze Szczecina, którzy nie chcą dopuścić do sterroryzowania Warszawy przez ubeków i ich popleczników. Stawmy się w stolicy od godziny 16 i pokażmy naszą solidarność. O godzinie 18 pod pomnikiem Witosa oddamy hołd ofiarom stanu wojennego. Nie pozwólmy się zastraszyć i odebrać prawa do pamięci.

Spotkanie z p. Krzysztofem Pasierbiewiczem

elzbietaiwaclawkujbidowieElżbieta i Wacław Kujbidowie

Krzysztof Pasierbiewicz. Jak sam o sobie pisze: bloger (Echo24), emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta niezależny, autor, tenisista, narciarz, człowiek wolny.

Dr Krzysztof Pasierbiewicz oprócz tego, że jest – naszym zdaniem – jednym z najwybitniejszych polskich blogerów, jest również postacią niezwykłą. Sylwetką o charakterze wyjętym jakby żywcem spomiędzy kart dawnych, epickich dzieł naszych klasyków. Bóg, honor, ojczyzna, prawda, rzetelność, szlachetność, odwaga, bezkompromisowość – te wyświechtane już dzisiaj niejednokrotnie i niestety niemodne wartości są dla Krzysztofa Pasierbiewicza codziennością. Światem w którym żyje na co dzień. Inaczej po prostu nie umie. Nie potrafi. Taki już po prostu jest. Aby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać kilka jego artykułów. Notek – jak sam skromnie określa swoją jakże zaangażowaną a czasem i kontrowersyjną publicystykę. Gdybym go miał określić jednym zdaniem to powiedziałbym po prostu, że jest facetem, na którym zawsze można polegać.

Niezwykle i całkowicie oddany Polsce Krzysztof jest oprócz tego Krakusem, zakochanym bez reszty w swoim rodzinnym mieście. To śmieszne, ale nie znaliśmy się przedtem, chociaż – zanim znaleźliśmy się w Kanadzie – mieszkaliśmy w podwawelskim grodzie wiele lat tylko kilka przecznic od siebie. Dopiero niebezpieczny zakręt nad jakim zawisła przez ostatnie dekady nasza ojczyzna spowodował, że zaczęliśmy poznawać – również i w naszym rodzinnym Krakowie – takich, wykutych ze spiżu ludzi jak Krzysztof. I właśnie poznawanie takich ludzi to jest ta najcenniejsza, nie dająca się z niczym porównać nagroda za moją i żony Elżbiety pracę z kamerą w naszej TV Niezależna Polonia.

Z przedstawionego tutaj krótkiego spotkania z Krzysztofem Pasierbiewiczem dowiecie się Państwo również o książkach które napisał: zdobywająca właśnie wielką popularność w sieci “Magia namiętności” oraz unikalna “Epopeja Helskiej Balangi – Grupa”. I chociaż pewnie wszyscy to doskonale wiedzą, dla porządku podajemy też adresy blogów na których znaleźć można artykuły blogera Echo24: http://naszeblogi.pl/blog/176 i http://salonowcy.salon24.pl.


• http://www.tvniezaleznapolonia.org/spotkanie-z-krzysztofem-pasierbiewiczem

(Od Redakcji): Serdecznie dziękujemy pp. Elżbiecie i Wacławowi Kujbidom z Telewizji Niezależna Polonia w Ottawie za umożliwienie publikacji filmu.

Michał Pasierbiewicz. Nieznany Bohater II wojny światowej

waclawkujbidafotoWacław Kujbida*

TV Niezależna Polonia jako pierwsza telewizja przedstawia portrety nieznanych bohaterów II wojny światowej. Przed kilku laty, przy okazji zbierania przez dziennikarza Mariana Kwiatkowskiego materiałów do jubileuszowego albumu o elektrowni Siersza Wodna, dotarł on do nieznanych dotychczas dokumentów o bohaterskich akcjach żołnierzy Armii Krajowej polegających na wieloletniej, zorganizowanej pomocy w dostarczaniu więźniom niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz na terenach okupowanych przez Niemców Polski głównie lekarstw ale też i środków opatrunkowych i żywności. W czasie okupacji niemieckiej, w samej elektrowni Siersza Wodna i okolicach obozu działały zorganizowane, konspiracyjne formacje placówki Armii Krajowej w Trzebini która wchodziła w skład obwodu AK w Chrzanowie. Były to tzw. Piątki Akowskie. TV Niezależna Polonia przedstawia relację Krzysztofa Pasierbiewicza, syna dowódcy oddziału Armii Krajowej którym był inżynier Michał Pasierbiewicz, pseudonim konspiracyjny Paweł. Pod dowództwem tego oficera Armii Krajowej tzw. Piątka AK systematycznie i do końca wojny, z narażaniem życia, pomagała w ten sposób przeżyć wielu więźniom obozu, głównie żydowskiego pochodzenia. Warto wymienić tutaj nazwiska owych bohaterskich żołnierzy: Stanisław Banda, Tadeusz Łagan, Franciszek Pająk, Michał Pasierbiewicz, Aleksander Rzepa, Wojciech Zieliński i Józef Żyli. Wewnątrz obozu żołnierzem który współpracował w tej konspiracyjnej akcji był więzień, elektryk pracujący w środku obozu – Adam Waxmann który niestety zginął w parku pszczyńskim, w ostatnich dniach ewakuacji obozu.

mpasierbiewicz2Wspomniany poprzednio Adam Waxmann z wewnątrz obozu dostarczał za pośrednictwem konspiracyjnej jednostki Michała Pasierbiewicza, za każdym razem, szczegółowe zapotrzebowania na leki jakie były niezbędnie potrzebne więźniom i w jakiej ilości. Owa piątka AK pod dowództwem Michała Pasierbiewicza nie tylko pomogła przeżyć prawdopodobnie setkom jeżeli nie tysiącom więźniów, ale też dostarczała dowództwu Polskiego Państwa Podziemnego i Polskiej Armii Podziemnej szczegółowe raporty o liczebności obsadzie i uzbrojeniu obozu Auschwitz oraz dostarczała informacje i tajne dokumentacje ze znajdującej się niedaleko, w tzw. podobozie Rajsko, fabryki części do niemieckich samolotów, gdzie również pracowali więźniowie. Żołnierze tamtejszych oddziałów Armii Krajowej wraz z pracownikami elektrowni Siersza Wodna pomagali również w przerzutach przez granicę ściganym przez niemieckie Gestapo uciekinierom oraz jeńcom alianckim, którym udało się wydostać z niemieckich rąk. W tym celu uruchomili oni na tamtejszych terenach produkcję podrobionych okupacyjnych legitymacji pracowniczych, tzw. Arbeitausweis. Najwyższą cenę swojego życia zapłacili za to między innymi Zbigniew Winiarczyk i Kazimierz Marciński, wytropieni i straceni następnie przez niemieckie Gestapo. Zasługą też zarówno załogi elektrowni Siersza Wodna jak i organizacji AK było to, że wycofujący się Niemcy nie zdołali wysadzić w powietrze, zaminowanej już elektrowni. Okupacyjny generalny dyrektor elektrowni, Austriak, przekazał Polakom w ostatniej chwili plany zniszczenia elektrowni dzięki czemu nie tylko zdołali oni temu zapobiec, ale uchronili tym samym od zalania wiele znajdujących się w okolicach kopalń. Swoistym, tragicznym chichotem historii są powojenne losy tych bohaterów, którzy sami ginąc lub narażając bez wahania swoje życie, uratowali prawdopodobnie tysiące istnień ludzkich. W zdecydowanej większości pochodzenia żydowskiego. Kiedy po wojnie okazało się, że inż. Michał Pasierbiewicz był oficerem Armii Krajowej, on i jego rodzina, w swoistą „nagrodę” za odwagę w czasie wojny, poddani zostali komunistycznemu terrorowi śledztw, przeszukań i wielogodzinnych przesłuchań. Po jednym z takich brutalnych przesłuchań w Urzędzie Bezpieczeństwa Michał Pasierbiewicz zmarł na atak serca, pozostawiając wdowę z dwójką małych dzieci. Ubowcy którzy prowadzili owo „śledztwo” i przesłuchania i doprowadzili w końcu wojennego bohatera do śmierci, byli – jak wtedy wielu z nich – pochodzenia żydowskiego. Wielu z tych innych, często bezimiennych rycerzy Polskiego Państwa Podziemnego i Polskiej Armii Podziemnej również już dzisiaj nie żyje.

mpasierbiewicz3W ten sposób – cynicznie mówiąc – los oszczędził im lektury książek Grossa czy profesora Grabowskiego z Ottawy z których mogliby się dowiedzieć jakimi to właściwie antysemitami są Polacy i jakie to polowania na swoich współbraci pochodzenia żydowskiego urządzali w czasie niemieckiej okupacji Polski. Oszczędzono im także seansów filmów typu Pokłosie czy Ida. I chwała Panu za to. Cześć tym bohaterom!

Więcej na: http://www.tvniezaleznapolonia.org

* Autor jest właścicielem stacji TV Niezależna Polonia w Ottawie, stolicy Kanady.


• http://www.tvniezaleznapolonia.org/michal-pasierbiewicz-nieznany-bohater-ii-wojny-swiatowej

Nadzwyczajne spotkanie Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Lecha Kaczyńskiego w Krakowie

krakowniezaleznymkInformacja własna

27 maja 2015 roku w biurze p. dr. Andrzeja Dudy, posła do Parlamentu Europejskiego a przy tym Prezydenta Elekta Rzeczypospolitej Polskiej, miało miejsce nadzwyczajne spotkanie Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Lecha Kaczyńskiego w Krakowie.

akokrakowGłównym Gościem – choć przecież i także Gospodarzem ;-) był wiceprezes naszej organizacji, prof. dr hab. inż. Jan Tadeusz Duda, ojciec Prezydenta. W gronie członków krakowskiego AKO i współpracujących z nami dyrektorów krakowskich szkół mieliśmy niebywałą okazję pogratulować Profesorowi i życzyć jak najlepiej Jemu oraz prezydentowi Andrzejowi Dudzie i Polsce.

Jak napisał na swoim blogu dr Krzysztof Pasierbiewicz, cytując profesora Jana Tadeusza Dudę:

20150527ako1„Ja, jako ojciec mogłem mu obiecać tylko modlitwę i otuchę. Powtarzałem mu także, iż miliony się na niego modlą w całej Polsce. To go trzymało, dodawało mu sił i wzbudzało nadzieję, że wygra tę bitwę o Polskę. I on w to uwierzył tak mocno, że zaufajcie mi, iż te jego niezliczone przemówienia nie były wcześniej przygotowywane. On to mówił z siebie, z serca, do ludzi. To co mówił płynęło z niego. My z żoną powierzyliśmy go Opatrzności (tu głos się panu profesorowi załamał). Wychowywaliśmy go w pogardzie dla radykalizmu i hołdzie dla narodowych wartości, mądrości, pokory i umiejętności odróżniania dobra od zła. To, co się wydarzyło dopiero dziś do nas dociera. Ale jest w nas zarówno radość, jak świadomość, że to dopiero początek. Wierzę, że to było zstąpienie Ducha Świętego. Musimy ludziom o tym mówić. Podobnie było w roku 1989…” (fot. p. Mirosław Boruta).

Wywiady z uczestnikami spotkania, dla Radia Maryja, przygotował p. prof dr hab. inż. Janusz Kawecki, a zdjęcia p. dr Mirosław Boruta. Zapraszamy do ich wysłuchania i obejrzenia:
http://www.radiomaryja.pl/multimedia/glos-z-krakowa-322
https://picasaweb.google.com/103511753291993799832/27Maja2015mb

Ignoranci (???) z tytułami profesora

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz
(nauczyciel akademicki)

Od kilku miesięcy wszystkie media mówią otwarcie o zapaści sondażowej Platformy Obywatelskiej. Powiem więcej, nawet trio Paradowska – Żakowski – Wołek przyznaje zgodnym chórem, że partia Donalda Tuska dołuje sondażowo w trendzie ustalonym i, że to już koniec Platformy (sam słyszałem w radio TOK FM).

Słowem każdy w miarę rozgarnięty Polak widzi ewidentną katastrofę partii rządzącej.

Z drugiej strony, wszystkie ośrodki badania opinii publicznej od miesięcy sygnalizują blisko dziesięciopunktową przewagę PIS-u nad Platformą, utrzymującą się również z w trendzie ustalonym.

Aż tu raptem, fiku miku na patyku i jak Filip z konopi wyskakuje sondaż Centrum Badania Opinii Społecznej CBOS:

PO 25%; PIS 23%

I tutaj zaczyna się poważny problem. Bowiem, o ile politycy mogą w pewnym sensie grać sondażami dotyczącymi preferencji politycznych Polaków, to naukowcom czegoś takiego robić żadną miarą nie wolno, bowiem obowiązuję ich przestrzeganie zadad kodeksu rzetelności badań naukowych.

Wynik sondażu CBOS jest tak drastycznieodmienny od wyników podawanych przez kilkanaście pozostałych ośrodków badania opinii społecznej, że statystycznie rzecz biorąc nie może być wiarygodny.

Przekładając to rzetelność badań naukowych, albo mamy do czynienia z błędem sztuki, albo z zafałszowaniem prawdy naukowej – to jest chyba bezsporne.

Nie mniej jednak moim zdaniem w każdym z tych dwu przypadków, autorzy opublikowanych badań dyskwalifikują się jako naukowcy.

Nasuwa się więc pytanie dlaczego tak się dzieje?

cbosogoA może dlatego, że CBOS jest fundacją nadzorowaną przez premiera, której działalność jest finansowana z budżetu państwa w ramach środków przeznaczonych na Kancelarię Prezesa Rady Ministrów??? W Internecie wyszukałem, że w ustawie budżetowej na rok 2013 zapisano na ten cel 3,3 miliona złotych – niemała sumka, nieprawdaż?

Poszukałem więc w Internecie, kto wchodzi w skład rady fundacji CBOS. I co ja widzę? Cała plejada naukowców, a jakże by inaczej z tytułami profesora. Warto przytoczyć skład osobowy tej Rady:

Dyrektor naczelny:
Prof. Renata Suchocka UAM – socjolog

Członkowie rady:
Prof. Henryk Domański – AN – socjolog
Prof. Jarosław Górniak – UJ – socjolog
Prof. Krzysztof Koseła – UW – socjolog
Prof. Anna Kubiak – UL – socjolog
Prof. Bogdan Mach – PAN – socjolog i politolog
Prof. Radosław Markowski – SWPS – socjolog
Prof. Krzysztof Zagórski – ALK – nauki społeczne

A więc ośmiu profesorów sygnowało, należy przypuszczać, że nie bezinteresownie wynik sondażu, z którego śmieje się cała Polska, czyli de facto, mówiąc brzydko, wygłupiło się na oczach obywateli naszego państwa. To, że się ośmieszyli to jeszcze pół biedy. Sęk w tym, że sprzeniewierzono się zasadom etosu profesora i kodeksu etyki pracownika naukowego. 

To, że się sami ośmieszyli to już ich sprawa. Ale sprawą ogólno społeczną jest, że „uczeni”, którym nadano najwyższy tytuł naukowy zrobili pośmiewisko z całej nauki polskiej, a to już nie jest do śmiechu bynajmniej.

Więc na koniec chciałbym uprzejmie zapytać profesorów z Komisji ds. etyki w nauce Polskiej Akademii Nauk jak oceniają pracę profesorów tworzących Radę Fundacji CBOS w rzeczonym temacie, ma się rozumieć pod względem etycznym.

Szczególnie, że w preambule opracowanego przez Komisję ds. styki w nauce PAN „Kodeksu Etyki Pracownika Naukowego” (Załącznik do uchwały Nr 10/2012 Zgromadzenia Ogólnego PAN, z dnia 13 grudnia 2012) czytamy, cytuję:

„Wartości etyczne, standardy rzetelności naukowej oraz dobre praktyki w nauce uwydatniają etyczną i społeczną odpowiedzialność naukowców. Podkreślając społeczno-etyczny kontekst badań oraz problemy dotyczące rzetelności w nauce, należy rozróżnić ich dwie kategorie: te, które odnoszą się do samej nauki i jej rzetelności oraz te, które wynikają ze związków nauki ze społeczeństwem. Nie ma, rzecz jasna, idealnej granicy podziału między tymi kategoriami. Pytania etyczne pojawiają się wtedy, gdy naukę rozpatruje się właśnie w szerszym, społecznym kontekście. Naukowcy muszą być bowiem świadomi swej szczególnej odpowiedzialności względem społeczeństwa i dobra ogółu ludzkości…”, koniec cytatu.

Dla porządku podaję skład osobowy Komisji ds. etyki w nauce Polskiej Akademii Nauk:

Przewodniczący:
Prof. Andrzej Zoll

Członkowie:
Prof. Osman Achmatowicz
Prof. Andrzej Białynicki-Birula
Prof. Andrzej Górski, czł. rzecz. PAN
Prof. Janusz Limon, czł. rzecz. PAN
Prof. Tadeusz Luty
Prof. Piotr Węgleński, czł, rzecz. PAN
Prof. Franciszek Ziejka

Bardzo jestem ciekaw, czy będzie jakiś odzew na moją prośbę ze strony Komisji ds. etyki w nauce PAN oraz Rady Fundacji CBOS.

Z wielkim zainteresowaniem przeczytam również komentarze Internautów na temat poruszonej w notce sprawy.

Post Scriptum

Choć przeszedłem niedawno na uczelnianą emeryturę, moje notki podpisuję imieniem i nazwiskiem z dopiskiem „nauczyciel akademicki” do czego upoważnia mnie wypowiedź Jego Magnificencji Rektora mojej Alma Matris Akademii Górniczo – Hutniczej w Krakowie pana profesora Antoniego Tajdusia, który żegnając się z odchodzącymi naukowcami powiedział, cytuję z pamięci: „To, że ustępujecie Państwo miejsca młodszym wcale nie oznacza, że przestajecie być nauczycielami akademickimi. Powiem więcej, mam nadzieję, że będziecie Państwo nadal czynnie uczestniczyć w sprawach związanych z naszym środowiskiem i dbać o dobre imię polskiej nauki”, koniec cytatu.

[Od Redakcji: w skład rady CBOS wchodzą także:

1) Jolanta Gruszka - przedstawicielka Sejmu RP, dyrektor generalny kierujący Gabinetem Marszałka Sejmu Ewy Kopacz. Zarabia miesięcznie 12,8 tys. zł. Wcześniej pracowała na podobnym stanowisku, ale w ministerstwie zdrowia. Dyr. Gruszka jest też radną w Warszawie – dodatkowo ma więc co miesiąc 2,5 tys. zł. W sumie zarabia więc więcej niż minister!
Za: http://www.fakt.pl/Jak-zyja-i-pracuja-urzednicy-Przywileje-urzednikow-Nagrody-dla-urzednikow-Nagrody-dla-urzednikow-,artykuly,207494,1.html;

2) prof. dr hab. Jacek Kurczewski - przedstawiciel Senatu RP, socjolog, stale współpracuje z Fundacją im. Stefana Batorego, członek polskiego Komitetu Helsińskiego. Autor kodeksu etycznego służby cywilnej. Członek Collegium Invisibile (za Wikipedią);

3) Paweł Lisiewicz - przedstawiciel Prezydenta RP, politolog, był związany z Unią Wolności, kandydował z ramienia tej partii bezskutecznie do Parlamentu Europejskiego (2004), działał następnie w Partii Demokratycznej – demokraci.pl, bez powodzenia ubiegał się o mandat poselski w wyborach w 2005, w 2010 B. Komorowski powierzył mu funkcję dyrektora Gabinetu Prezydenta RP, z dniem 5 września 2013 powołany na stanowisko szefa Gabinetu Prezydenta RP (w randzie ministra w Kancelarii Prezydenta RP) (za Wikipedią)].

Dziejowa szansa Jarosława Kaczyńskiego

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz
(nauczyciel akademicki)

PIS obronił podkarpacki przyczółek w imponującym stylu, a tym samym przybliżył koniec zabójczych dla Polski rządów Tuska i jego Platformy.

Właśnie na oczach milionów Polek i Polaków mit niezastąpionej Platformy prysł jak bańka mydlana. Właśnie przed chwilą Jarosław Gowin odszedł od Tuska. Za nim pójdą zapewne inni.

Jednocześnie życie odkłamało wtłaczany Polakom do głowy ostatnimi laty stereotyp myślowy, że PIS to partia obciachowa, której należy się wstydzić i bać jak diabeł wody święconej.

jaroslawkaczynskiW tym miejscu panu prezesowi Kaczyńskiemu należą się solenne gratulacje. Gratulacje, ale też podziękowania za gigantyczną pracę, jaką w ostatnich miesiącach wykonał dla Polski. 

Chciałbym dzisiaj zobaczyć miny gwiazdorów krakowskiego „salonu”, którzy, po tym jak napisałem w notce pt. „NIEZNISZCZALNY”, że: – „choć Kaczyńskiego można nie lubić, to nikt nie zaprzeczy, że to polityczny geniusz stworzony do roli przywódczej” -  rozpętali w Krakowie brudną kampanię przyprawiania mi gęby psychicznie chorego. Chciałbym posłuchać, co mają dziś do powiedzenia opluwający mnie ostatnimi laty „intelektualiści”, „etycy”, „profesorowie”, „biznesmeni” i „artyści”, którzy powodowani jakąś wynaturzoną nienawiścią nie zawahali się zniżyć do tak podłych czynów jedynie za to, że chciałem dobrze dla mojej Ojczyzny.

Ale nie mnie jednego to dotyczy, że tylko wspomnę jak sponiewierano Leszka Długosza po tym, gdy zgłosił swoją kandydaturę do Senatu z list PIS-u. Jak go zlinczowano  na łamach Gazety Wyborczej, co o nim wygadywali piwniczni artyści spod Baranów, jak krakowscy krytycy, z dnia na dzień, ze sławnego śpiewającego poety zrobili z niego „wierszokletę, który nut czytać nie umie”, jak zakwestionowano jego artystyczny dorobek wystawiając na ostracyzm i zmowę milczenia, jak zamknięto przed nim sale koncertowe… długo by można wymieniać.

Nie było dziś w kawiarnianych ogródkach na krakowskim Rynku ortodoksyjnych wielbicieli Platformy.

Czyżby się wstydzili przyzwoitym ludziom na oczy pokazać?

I tylko jestem ciekaw, czy im przyjdzie kiedykolwiek do głowy by przeprosić Polskę? Co teraz myślą? Czy w ogóle myślą??? 

Pytacie, czy mam satysfakcję? Nie, odpowiadam, bo nie ma nad kim triumfować. Odpuszczam to blotką trefl.

Bo przecież to tylko powiewające zawsze z wiatrem chorągiewki, słowem ni pies ni wydra, albo jak kto woli  zdegenerowany twór bez czci, wiary i rodowodu. Takie wielkie NIC, które ostatnimi laty kaleczyło bezmyślnie zakorzenioną w staropolskiej tradycji tożsamość Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa. Oczywiście mam na myśli prominentów, a nie szeregowców Platformy.

Blady strach padł na nich, co to będzie, gdy PIS powróci do władzy. A taki strach cementuje i zmusza do zwierania szeregów.

I właśnie dlatego uważam, że gdyby wzorem biskupów polskich, którzy w roku 1965 ogłosili list w sprawie pojednania polsko niemieckiego, Jarosław Kaczyński właśnie teraz wzniósł się ponad boleść za śledztwo smoleńskie i ogłosił publicznie, najlepiej z Jasnej Góry, że „wybacza i prosi o wybaczenie”, intuicja mi podpowiada, że Prawo i Sprawiedliwość wygrałoby wybory z przewagą, co najmniej  sześćdziesięcioprocentową.

Patrz również:
NIEZNISZCZALNY
http://www.krakowniezalezny.pl/niezniszczalny
Nabrani przez redaktora
http://www.krakowniezalezny.pl/nabrani-przez-redaktora

Jeszcze jedna „dobra rada” dla prezesa Kaczyńskiego

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

(nauczyciel akademicki)

Zdaniem polityków Prawa i Sprawiedliwości mamy dziś sytuację, w której żaden poważny problem nie jest rozwiązywany, sytuację która domaga się zmiany, a Polsce potrzebny jest rząd techniczny złożony z odpowiednio dobranych ekspertów.

Z mojej strony pełna zgoda, bo nieudaczny rząd Donalda Tuska z każdym dniem coraz głębiej pogrąża Polskę.

Mam tylko jedną uwagę.

Otóż moim zdaniem wśród tych „ekspertów” powinno być jak najmniej profesorów, którzy nadają się do wszystkiego tylko nie do rządzenia państwem.

korektorempoekranieNaprawdę coś wiem na ten temat. Bowiem z mojego doświadczenia prawie 40 letniej pracy wśród „uczonych” wynika, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć, moment nominacji profesorskiej drastycznie zmienia mentalność nominowanego, który z człowieka bardziej lub mniej normalnego przepoczwarza się raptem w osobnika totalnie zakręconego i w znakomitej większości przypadków zajętego bez reszty tym co uznaje często błędnie za zgłębianie wiedzy. W efekcie taki delikwent, w zaciszu swojego oderwanego od świata gabinetu naukowego bezpowrotnie traci zdolność racjonalnego postrzegania rzeczywistości.

A dowodem słuszności tej tezy niech będzie jakże często wyrażana w telewizji i na łamach Gazety Wyborczej dziecięca ufność rzeczonych profesorów w zapewnienia Jacka Rostowskiego, że Polskę ominie kryzys, a także infantylnie ślepa wiara w cuda, jakie obiecywał Premier. Przysłowiową „kropkę nad i” stawia święta wiara gros polskich profesorów w dobrą wolę Rosji w sprawie wyjaśnienia śledztwa smoleńskiego.

Zauważyłem też, że większość nominowanych bezpośrednio po wizycie w Belwederze zaczyna gadać do siebie hołdując zasadzie, że „oni zawsze wiedzą lepiej” i nie da się z nimi dyskutować.

Zakładam również, że pan profesor Gliński jest przysłowiowym wyjątkiem potwierdzającym powyższą regułę.

Post Scriptum

Ktoś może mi zarzucić, że przesadzam, bo jest przecież wielu mądrych i przyzwoitych profesorów, innych of tych, którzy bezkrytycznie służą władzy.

Więc proszę mi pokazać choć jednego szeregowego profesora pracującego na polskiej uczelni, oprócz nielicznych wyjątków zrzeszonych w Akademickich Klubach Obywatelskich (AKO), który publicznie zareagował na to co wyprawiali jego koleżanki i koledzy: Środa, Kuźniar, Markowski, Krzemiński, Czapiński, Śpiewak, Nałęcz… et consortes, choćby w czasie prac Komisji Hazardowej lub w trakcie śledztwa smoleńskiego w wykonaniu tandemu Miller – Anodina.

Patrz również: „Święte krowy wypasione na żakowskiej bryndzy” – http://www.krakowniezalezny.pl/swiete-krowy-wypasione-na-zakowskiej-bryndzy

Święte krowy wypasione na żakowskiej bryndzy

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

(nauczyciel akademicki z długim stażem)

Media anonsują, że od nowego roku akademickiego polskie uczelnie zamierzają zwiększyć opłaty studenckie, niektóre nawet o kilkaset procent.

Już słyszę pokrętne zawodzenie ministerialnych płaczków pod batutą Barbary Kudryckiej, że naukę polską prześladuje gospodarczy kryzys, że dopadł nas niż demograficzny, że państwo nie ma funduszy na naukę i uczelnie muszą wreszcie zacząć same zarabiać na siebie…

Już widzę czcigodnych członków Rad Wydziału i Senatorów uczelnianych jak o dziwo biorą się do roboty i ślęczą nad opracowaniem nowych zasad pobierania opłat za usługi edukacyjne, wystukując jednym palcem na komputerowej klawiaturze coraz to „mądrzejsze” uczelniane okólniki, zarządzenia, uchwały i regulaminy.

Otóż chciałbym przypomnieć ich magnificencjom rektorom, dziekanom i dozgonnym panom profesorom o naczelnej zasadzie szkolnictwa wyższego, że uczelnie mają służyć przede wszystkim studentom, a nie akademickiej biomasie, o czym znakomita większość obrosłych mchem sławy uczelnianych tuzów zdaje się na śmierć zapominać.

No tak. Uczelnie nie mają pieniędzy więc trzeba kogoś oskubać. Oczywiście, nasze kadry naukowo-dydaktyczne to od wielu dekad nietykalne święte krowy. A więc kogo najłatwiej wydutkać??? No właśnie! Bezbronnych i nie mających nic do gadania studentów.

Myślę więc, że już czas najwyższy żeby złamać tabu i powiedzieć na głos, iż gros ludzi zajmujących się nauką na naszych uczelniach wykonuje swoją „pracę” kompletnie na darmo, gdyż brak im wyobraźni by spostrzec, że się do tej roboty krótko mówiąc nie nadają.

W czasie mojej blisko 40-letniej pracy na uczelni po wielokroć byłem świadkiem, jak tacy delikwenci silą się na „robienie nauki” grzęznąc w coraz to mniej istotnych szczegółach uznawszy, jakże błędnie, to, co robią, za zgłębianie wiedzy. I zaryzykuję tezę, że śmiertelnym grzechem polskiego szkolnictwa wyższego jest właśnie pozorowanie działań naukowych, a także wstręt kadry dydaktycznej do pracy ze studentami, którzy są dla niej wyłącznie zawadą w nieustannej pogoni za kasą. Oczywiście są chlubne wyjątki, lecz jedynie potwierdzające regułę.

Jutro mnie wbiją na pal, lecz cóż, ktoś w końcu musi się odważyć i uchylić rąbka tajemnicy, na jakiej zasadzie się kręci ta zakłamana karuzela.

Otóż trzeba sprawiedliwie przyznać, że prawie na każdej polskiej uczelni jest kilka katedr na prawdziwie europejskim bądź nawet światowym poziomie zarządzanych przez rzeczywiście mądrych ludzi. To dzięki nim nauka polska wciąż istnieje. Niestety te lokomotywy stanowią znakomitą mniejszość uczelnianych sił naukowych ciągnąc wagony pełne nieudacznych darmozjadów.

Jak to możliwe?

Otóż od wielu dekad naszymi uczelniami rządzą akademickie miernoty z tytułami profesora, w znacznej mierze docenci marcowi o komuszym rodowodzie oraz ich przefarbowani na różowo wychowankowie. Ludzie ci opletli polskie szkoły wyższe pajęczyną, którą na własny użytek nazywam „interaktywną mafią pseudonaukową”. I nic tu nie pomogła „Solidarność”, bo wtenczas, gdy jedni walczyli o uczciwą Polskę narażając życie i karierę, cwani docenci marcowi, obecnie trzęsący uczelniami profesorowie, w zaciszu swoich gabinetów „naukowych” tworzyli na sępa obłudne pryncypia Trzeciej Rzeczypospolitej.

korektorempoekranieTen para-feudalny system uprawomocniony jeszcze za komuny z powodzeniem prosperuje do dnia dzisiejszego dzięki prostej zasadzie. Zbiera się kilku takich utytułowanych dekowników i zakłada jakieś opłacane z budżetu uczelni ciało naukowe. Na uczelniach aż się roi od przeróżnych „naukowych” stowarzyszeń, komitetów, komisji, asocjacji, rad… i tak dalej. Beneficjenci tych „szacownych” gremiów produkują co roku tysiące artykułów „naukowych” na poziomie pism kolorowych dla lemingów, których szeregi, nota bene, wielokrotnie sami tworzą (fot. nuder.pl). Po czym te „dziejowe” prace wzajemnie sobie recenzują, hołdując zasadzie, że opinia jest tym lepsza, im mniej zrozumiałym językiem napisana.  Następnie ten kakofoniczny bełkot publikują w przez siebie nadzorowanych wydawnictwach, bo żadna szanująca się witryna by takich bredni do druku nie dopuściła. A potem w formularzu ocen pracowniczych piszą: „autor kilkuset publikacji naukowych”. A jakie są te publikacje już nikogo nie obchodzi.

I o zgrozo, te rozbisurmanione stowarzyszenia wzajemnego zachwytu nad samymi sobą przyznają sobie nawzajem nagrody, medale i granty, nierzadko na sumy milionowe, bo zwykle posiadają swoich popleczników  w odpowiednich komisjach w Warszawie. A wszystko, jakże by inaczej – z budżetu uczelni, na koszt podatnika. I nie będzie w tym zbytniej przesady jak powiem, że gros polskiej literatury „naukowej” nadaje się wyłącznie na przemiał, a efektem są ostatnie miejsca czwartej setki w europejskich rankingach, na jakich się plasują najbardziej „renomowane” nadwiślańskie szkoły.

Najgorszym jest jednak, że to właśnie ci „uczeni” piastują nadal większość stanowisk decyzyjnych na naszych uczelniach spychając rozmyślnie na margines niwy naukowej rzeczywiście zdolnych uczonych, szczególnie tych młodych, nie daj Boże z kręgosłupem. Obowiązuje szeptana zasada: „im zdolniejszy i młodszy, tym dalej należy go trzymać od władz uczelnianych”. O nepotyzmie i klanach rodzinnych nawet nie wspominam.

Innym, niemniej ważkim problemem jest powszechna prawidłowość, że zaledwie znikoma część profesorów odchodzi z uczelni po wejściu w wiek emerytalny. Niestety, wciąż większość spetryfikowanych „uczonych” trzyma się pazurami nieprzebranych fuch uczelnianych nie wiadomo jakim cudem załatwianych, zachowując intratne członkostwo w niezliczonych radach naukowych. A w tajemnicy wam zdradzę, że, sic! – wcale nie rzadko ci mędrcy przychodzą na uczelnię zaledwie kilka razy w roku jedynie po to, żeby sobie za darmo zatelefonować do znajomych. I tak z roku na rok przybywa na naszych uczelniach dożywotnich profesorów, którym coraz większą trudność sprawia wciśnięcie guzika od windy.

Słowem żyć nie umierać. Praca lżejsza od snu.

Bo na polskich uczelniach od lat nic się nie zmieniło i akademicy starszej generacji dzień w dzień drepczą na uczelnię tą samą ścieżyną,  a świat bezlitośnie ucieka do przodu. A, sic! – kartki ich wykładowych konspektów są pożółkłe ze starości, a jedynym, co ich rzeczywiście rajcuje to spotkania towarzyskie odbywane we w tym głównie celu budowanych salach konferencyjnych przy okazji niezliczonych obron prac magisterskich, doktorskich i habilitacyjnych, a także obrzędowych imienin, urodzin i jubileuszy, gdzie można coś na sępa przekąsić i miło pogadać. I choć w to trudno uwierzyć, takich imprez wciąż zdarza się na uczelniach więcej niż dni w kalendarzu, a znam rekordzistów, którzy takich jubli potrafią obskoczyć kilkanaście dziennie. Bo nauka nie ucieknie przecież, a uczelnie nadal pozostaną nietykalnymi oazami.

Reasumując ośmielę się stwierdzić, że „praca” znakomitej większości utytułowanych nestorów nauki polskiej niezmiennie od lat przypomina błogą wegetację wiecznie zadowolonych z siebie niedźwiadków koala. Z tą jednak różnicą,  że gatunek owych sympatycznych misiów zanika, a populacja rzeczonych nestorów pleni się w tempie, o jakim filozofom się nie śniło, z wyjątkiem współczesnych.

Więc niech mi nikt nie pitoli, że samofinansujące się szkoły wyższe nie mają innego wyjścia niż łatanie dziur budżetowych pieniędzmi wyciągniętymi z kieszeni nierzadko oszczędzających na jedzeniu studentów.

A może byście łaskawie zaczęli oszczędzać od siebie??? Mości panowie akademicka elita!!!

Na koniec słowo do żakowskiej braci.

Kochani! Nie dajcie się robić w konia i walczcie o swoje. Macie studenckie organizacje, które w myśl konstytucji posiadają takie same prawa, co uczelniane jednostki administracyjno naukowe, o ile nie większe. A jak będzie trzeba weźcie przykład z młodziaków, którzy protestując przeciw ACTA, z uśmiechem na ustach, ale konsekwentnie i nieustępliwie, rzucili samego Tuska na kolana.

„Młodości! Ty nad poziomy wylatuj!…”.

Pamiętajcie i o tym!!!

Pan Bóg jednak nie zapomniał o Polsce!

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

Chyba jeszcze do nas jeszcze nie dotarło, co się wydarzyło!

Dzisiaj papież Franciszek podczas kończących się XXVIII Światowych Dni Młodzieży w Rio de Janeiro ogłosił, że Dni Młodzieży w 2016 r. odbędą się w Krakowie!.

herbkrakowaNie na darmo na Wawelu rozhuśtano dziś Dzwon Zygmunta. 

Bowiem trzydzieści cztery lata temu polski Papież Jan Paweł II słowami: „Wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja, Jan Paweł II, papież. Wołam z całej głębi tego Tysiąclecia, wołam w przeddzień Święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze Ziemi!… Tej Ziemi!” ośmielił Polaków do walki o wolność. 

I Bóg go wysłuchał, komuna upadła, ale jak się okazało nie do końca. 

Bo do okrągłego stołu dosiadło się czterech uczniów Sartre’a: harcerz rozdający za darmo zupę Kuroń, gensek honorowy Geremek, katolik postępowy Mazowiecki i przebiegły nad-redaktor Michnik, którzy tak zamieszali ludziom w głowach, iż nad Wisłą przejęli władzę różowi, nazywani także post-komuną. A żeby się naród nie zorientował, jak go oszukano, po upadku komuny różowi rozdzielili swoje role. Jedni utworzyli pseudo-prawicowe hufce UD – UW – PO, drudzy natomiast sformowali „lewicowe” szwadrony SLD – PSL – RP.

Ta zarażona komuną zgrana szajka rozgrabiła Polskę i zdeptała polityczny obyczaj. W dążeniu do partyjnej hegemonii wyzbyła się poczucia wstydu. Nastało prawo dżungli. Kto silniejszy, ten lepszy. Wszystkie chwyty dozwolone. Do cna zdemoralizowano ludzi. Kulturę wysoką zastąpiono jarmarczną subkulturą disco polo… długo by można wymieniać. Słowem zniweczono wielkie dzieło odnowy moralno etycznej Polaków zainicjowane przez Jana Pawła II.

I tak już zostało do dnia dzisiejszego. 

Dlatego też od jakiegoś czasu pisałem, że Polskę należy powierzyć w ręce ludzi młodych (40+), którzy już nie są zainfekowani nie tylko komuną, ale czasem po okrągłym stole, kiedy to różowi doktrynerzy wyprali doszczętnie mózgi starszym pokoleniom i skłócili je na amen, wpędziwszy kraj w hamującą postęp wojnę Polaków z Polakami. 

I chyba mnie Pan Bóg wysłuchał, bo dzisiejszy dzień uważam za historycznie ważny dla Polski.

Bowiem serce mi mówi, że w roku 2016 w Krakowie skromny papież Franciszek wraz z młodymi Polakami dokończą dzieła Karola Wojtyły i Polska wreszcie się stanie zdrowym państwiem wspartym na wielowiekowym dziedzictwie kulturowym najjaśniejszej Rzeczpospolitej. 

Post Scriptum

Kątem oka widzę w TVN24 jak premier Tusk uciekając wzrokiem przed okiem kamery bez obciachu demonstruje swoją „radość” z powodu ogłoszenia Krakowa gospodarzem Światowych Dni Młodzieży w roku 2016.

Panie Premierze! Nie daję Panu przyzwolenia na zawłaszczenie na Pański rachunek tego wydarzenia. I informuję Pana, że póki mi sił starczy zrobię wszystko by się Panu nie udała ta pokrętna sztuczka. Dał mi Pan bowiem ku temu aż nadto powodów. Proszę tedy nie silić się na wyzwanie, któremu Pan nie jest w stanie sprostać. Sondaże wskazują, że znakomita większość Polaków już Panu nie ufa, co pozwala mi wierzyć, iż moje stanowisko nie jest odosobnione.

Krakowianie: Krzysztof Pasierbiewicz

Świat nigdy i nigdzie nie tolerował próżni ani pustki. To samo zdarzyło się więc w momencie totalnej deprecjacji zawodu dziennikarza we współczesnej III RP.

Oprócz będącej ciągle w mniejszości grupie prawdziwych dziennikarzy, tych którzy wciąż zasługują na to, aby utożsamiać ich z tym zaszczytnym mianem, żałosna większość współczesnych imitatorów tego zawodu prostytuuje się, mówiąc wprost, wysługując się bez jakichkolwiek już zahamowań będącym u władzy, współczesnym pseudoelitom, pseudoautorytetom w imię swojej, pożałowania zresztą godnej, pseudokariery, dla utrzymania swojego legowiska pod salonowymi stołami różowo-czerwonej władzy i pilnie dbając o to, by nie przekroczyć obszaru własnoręcznie przez siebie, wyrzezanych samocenzurą klatkach pogiętej do granic absurdu, poprawności politycznej.

W tym momencie pojawiła się profesja społecznego dziennikarza który przejął pałeczkę wykonywania tego zawodu od tych, którzy po prostu już nie potrafią tego zawodu wykonywać. Pojawił się dziennikarz sieci internetowej. Bloger.

Ten, który nie tylko nie czerpie ze swojego pisania apanaży, ale wręcz przeciwnie, płaci niejednokrotnie słoną cenę swojej zawodowej kariery, zamknięciem sobie widoków na towarzyski i społeczny awans czy też poddany jest, za swoją publicystykę prawdy,  zmowie ostracyzmu i izolacji.
TV Niezależna Polonia przeprowadziła rozmowę z jednym z takich blogerów.

Dr inż. Krzysztof Pasierbiewicz, wieloletni pracownik naukowo-dydaktyczny na Wydziale Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Autor książek i publikacji. Za niepokorną postawę wobec reżimu komuny kilkadziesiąt razy skazywany przez Kolegia Orzekające. Od kilku lat bloger Niezależnego Forum Publicystów Salon24 oraz portalu internetowego Nasze Blogi portalu Niezależnej.pl. Człowiek bezgranicznie wolny. Kochający życie wagant, narciarz i tenisista. Wiecej na: http://www.tvniezaleznapolonia.org


http://www.youtube.com/watch?v=1iwN_nIgTzc

„Dom wschodzącego słońca”

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

Dziś rano, w dniu 64 rocznicy urodzin patrona naszego Klubu pana prezydenta profesora Lecha Kaczyńskiego miałem zaszczyt wraz z Przyjaciółmi z Akademickiego Klubu Obywatelskiego (AKO) w Krakowie złożyć wiązankę kwiatów w Krypcie Prezydenckiej na Wawelu. 
 
wzgorzewawelskieWracałem do domu piechotą. Był przepiękny, słoneczny poranek (fot. Wzgórze Wawelskie widziane z kopca Kościuszki, wikipedia, autor Arkadiusz Frankowicz). Z wawelskiego wzgórza rozpościerał się widok na meandrującą w dole Wisłę, a na horyzoncie majaczyły kopce Piłsudskiego i Kościuszki. Zaś na pierwszym planie wybijały się wieże Panteonu Narodowego na Skałce i Kościoła im. św. Stanisława Kostki na Dębnikach, gdzie szedłem do pierwszej komunii, a kilka lat później bierzmował mnie kardynał Wojtyła.
 
Przeszedłem się Traktem Królewskim mijając po drodze monumentalne budowle i świątynie znaczące milowe słupy naszej wielowiekowej historii. Na krakowskim rynku Sukiennice już kąpały się w słońcu, Kościół Mariacki odpoczywał jeszcze w cieniu, a opodal pomnika Mickiewicza, krakowskie kwiaciarki tkały już swe bajecznie kolorowe arrasy. Ulicą św. Anny, gdzie 16 kwietnia 2010 w czasie Mszy za ofiary tragedii smoleńskiej w Kolegiacie Studenckiej modliły się nieprzebrane tłumy młodych ludzi, dotarłem na urzekające wiosenną zielenią Planty.
 
Jako, że upał się wzmagał przycupnąłem na chwilę na ławce opodal dostojnego gmachu Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego.
 
W uszach wciąż miałem słowa o. Józefa Kochela, który dziś przy sarkofagu Pary Prezydenckiej zameldował prezydentowi profesorowi Lechowi, że zaczynają już pękać szwy apatycznego snu po Smoleńsku, a coraz więcej Polaków zaczyna się budzić z letargu. Że dzisiejsza Polska to jeden wielki „dom wschodzącego słońca”.
 
Bo już widać, z każdym dniem wyraźniej, że ludzie zrozumieli, jak łatwo dali się uśpić, że przezwyciężyli w końcu strach przed terrorem poprawności politycznej i przypomnieli sobie żarliwą modlitwę Konrada z Wyzwolenia.
 
Pomódlmy się tedy razem z nimi: 
 
O Boże!…
Daj nam poczucie siły
i Polskę daj nam żywą,
by słowa się spełniły
nad ziemią tą szczęśliwą.
Jest tyle sił w narodzie,
jest tyle mnogo ludzi,
niechże w nie duch twój wstąpi
i śpiące niech pobudzi. 
             
Post Scriptum
sarkofagkardynalaDziś po południu, w Sanktuarium bł. Jana Pawła II, w czasie celebrowanej przez bpa Jana Szkodonia Mszy Świętej w intencji śp. Pary Prezydenckiej, wszystkich poległych w katastrofie smoleńskiej oraz śp. Jadwigi Kaczyńskiej, wiązanka kwiatów od krakowskiego Akademickiego Klubu Obywatelskiego (AKO) spoczęła także u stóp znajdującego się w tej Świątyni sarkofagu zmarłego niedawno kardynała Stanisława Nagiego, który do ostatnich dni czynnie wspierał Polaków w walce ze złem, które od kilku lat niszczy wolną Polskę.
 
W tym miejscu, w imieniu moich koleżanek i kolegów z AKO pragnę serdecznie podziękować chórowi Cecyliańskiemu za uświetnienie tej podniosłej uroczystości, a także krakowskim kwiaciarzom, dzięki którym ten kościelny obrządek miał stosowną do jego wagi oprawę.

Zachodzi peruwiańskie słonko za las kalinowy!

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

Motyw muzyczny: http://www.youtube.com/watch?v=dMoXy1gHd1A

Zaniepokojony brakiem wyobraźni sympatyków Platformy Obywatelskiej, już w sierpniu 2011, w żartobliwej notce pt. „Sekret sukcesu Platformy” pisałem między innymi, cytuję:
 
„Gdy nadeszła „epoka zielonej wyspy” proces ogólno narodowego skretynienia dramatycznie przyśpieszył i w warunkach skondensowanego zidiocenia, choć wydaje się to niemożliwe, lemingi poczęły ewoluować do tyłu, czyli od formy mózgu resztkowego do formy całkowicie odmóżdżonej.
 
Stymulatorami tej inwolucji były obciachowe seriale, gale i festiwale o ambicjach elitarnych, które gagami na poziomie żłobka wprowadzały salonowe towarzystwo wzajemnego zachwytu nad samymi sobą w stan niebezpiecznie bliski krytycznej bariery debilnego absolutu. Nie gorszym przykładem uwstecznionej ewolucji umysłowej było uwielbiane przez salonowe elity „Szkło kontaktowe”, nazywane pieszczotliwie „szkiełkiem”, oparte na nigdy się lemingowi nie nudzącej formule „PIS be! – PO cacy!”. 
 
Jednakże czynnikiem przesądzającym o kompletnym odmóżdżeniu wielbiących Platformę była ich dziecięca ufność w zapewnienia Jacka Rostowskiego, że Polskę ominie kryzys, a także infantylnie ślepa wiara w cuda, jakie obiecywał Premier. Przysłowiową „kropkę nad i” postawiła ufność w dobrą wolę Rosji w sprawie wyjaśnienia śledztwa smoleńskiego…”, koniec cytatu.
 
W komentarzach do tej notki przeważały opinie, że Polacy to głupi naród.
 
Ja jednakże starałem się tym komentatorom tłumaczyć, że Polacy wcale nie są głupi, tylko niektórzy rodacy oszołomieni odzyskaną wolnością i wejściem Polski do Europy dali się podpuścić pijarowcom Tuska. Że zbyt długo byliśmy ubogim, zniewolonym krajem, więc po upadku komuny niektórym trochę zaszumiało w głowach. Więc musieli się nacieszyć tymi wszystkimi galeriami handlowymi, salonami samochodowymi, plazmowymi telewizorami, tabletami, tańcami na lodzie… Ale nigdy nie straciłem nadziei, że jak już się znudzą tym wszystkim, co można mieć tylko za pieniądze, a szczególnie, gdy im fiskus zajrzy do kieszeni, przypomną sobie o prawdziwych wartościach i rzeczywistym dziedzictwie Rzeczypospolitej.
 
No i przypomnieli sobie!
 
W dzisiejszym sondażu, w którym Polakom zadano pytanie komu nie ufają, Donald Tusk wyprzedził Jarosława Kaczyńskiego.

Zachodzi peruwiańskie słoneczko za las kalinowy.
 
Wreszcie źle rządzona Polska odetchnie i stanie na nogi.

„Errare humanum est” – list do zwaśnionych Polaków

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

Pisałem już o tym przed rokiem, ale narastająca dynamika zdarzeń wymaga powtórki w formie zaktualizowanej.

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że moja wypowiedź jest kierowana do szeregowych członków i sympatyków Platformy Obywatelskiej, którzy zaczynają rozumieć, że się krótko mówiąc dali „zrobić w konia”, ale wciąż jeszcze nie chcą tej myśli do siebie dopuścić.

Wczorajszy sondaż pokazuje bezsprzecznie, że Premier Tusk i jego ekipa nie radzą sobie z rządzeniem Państwem. Platforma znalazła się w głębokim kryzysie. Potwierdzają to ostatnie wypowiedzi Grzegorza Schetyny, Jarosława Gowina, a nawet Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, nie mówiąc już o skrajnie krytycznych ocenach lewicy.
 
Nasuwa się więc pytanie jakim cudem Platforma Obywatelska mogła się tak długo utrzymać przy władzy???
 
Otóż moim zdaniem sekret „sukcesu” Platformy leżał w utwierdzeniu jej popleczników w poczuciu społecznego awansu. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby to poczucie nie przerodziło się, a dokładniej mówiąc nie zostało podstępnie przekute przez ideologów III RP w świadomość przynależności do uprzywilejowanej grupy społecznej.
 
Po upadku komuny, wydawało się przez moment, że Polacy się zjednoczą. Niestety, proces ten storpedował skutecznie „kochający Polskę inaczej” nad-redaktor, który wtedy dysponował potężnym opiniotwórczym orężem lewackiej  gazety, a „nowa inteligencja” została perfidnie „wykorzystana”, trzeba przyznać sprytnie, do podzielenia Polaków.
 
Mechanizm był identyczny jak w okresie powojennym, czyli chodziło o utwierdzenie pewnej grupy ludzi w poczuciu społecznego awansu.
 
O ile jednak sztuczka z „awansem społecznym” w latach powojennych polegała na utwierdzeniu prostych i nie wykształconych ludzi w przekonaniu, że przynależą do lepszej od reszty społeczeństwa awangardy władzy ludowej, to trik z „awansem społecznym” po upadku komuny polegał na utwierdzeniu ich wnuków w poczuciu, iż przynależą do grupy światlejszych i bardziej od reszty społeczeństwa postępowych ELIT III RP. W pierwszym przypadku wykorzystano ciemnotę i niedouczenie, w drugim zaś, grzech pychy i psychologicznie zrozumiałe parcie do kariery ludzi wykształconych w pierwszym, bądź drugim pokoleniu.
 
Bezsprzecznie sprytny redaktor wspomnianej Gazety doskonale znał magiczną moc utwierdzenia „świeżo upieczonego inteligenta” w przekonaniu o przynależności do elity. Pan redaktor wiedział, że jak tym ludziom powie, że tworzą crême de la crême III Rzeczpospolitej, to oni nie dość, że w to głęboko uwierzą, to jeszcze, co jest w pewnym sensie ludzkie, będą owego „awansu” bezkrytycznie bronić. Więcej, że w obawie przed utratą pozycji wyróżniającej ich ponad „gorszą” i mniej uprzywilejowaną resztę społeczeństwa, ludzie ci zrobią praktycznie wszystko, co im każe zrobić „Gazeta Wyborcza”, byle tylko utrzymać status przynależności do „kasty beneficjentów” aktualnej władzy.
 
I tu moim zdaniem leżała tajemnica irracjonalnie wysokich notowań jeszcze do niedawna zdawało się niezastąpionej Platformy popieranej w znakomitej większości przez obywateli, których sprytnie postraszono, że ewentualny upadek Platformy Obywatelskiej grozi weryfikacją elit.
 
W tym miejscu – co bardzo ważne! – pragnę stanowczo zaznaczyć, że tych ludzi nie wolno, broń Boże, społecznie dyskryminować. Jest to grupa niekwestionowanej inteligencji. I nie ma żadnego znaczenia, skąd kto pochodzi. Liczy się człowiek i wartości jakie reprezentuje.
 
Natomiast tym, których rodzice nie uodpornili na post-komunistyczną propagandę trzeba uświadomić, że ktoś im sprytnie zawrócił w głowach. Że dali się podstępnie nabrać bawiącemu się Polską nad-redaktorowi poczytnej gazety, który ich utwierdził w błędnym przekonaniu, iż są grupą ludzi bardziej wartościowych od bezrozumnej reszty społeczeństwa.
 
Tu chciałbym nadmienić, że jak uczy historia, podziały na „lepszych” od „gorszych” zawsze się kończyły tragicznie. Aż strach przytaczać przykłady.
 
Paradoksalnie, drugą szansą na pojednanie Polsków była tragedia smoleńska. Zdawało się, że Polacy odłożyli swary na bok i wreszcie się zjednoczyli w żalu i żałobie. Niestety przy cichej aprobacie premiera Tuska, wynaturzone szwadrony bezideowych prowokatorów Palikota skłóciły ze sobą modlących się ludzi. A to niepowetowana szkoda, bo wtedy przed Pałacem Prezydenckim modlili się razem wszyscy Polacy, od prawa, przez środek, do lewa.     
 
Ktoś teraz spyta, czy można naprawić te błędy?
 
Otóż moim zdaniem, nadrzędnie w tym momencie ważną rolą polskich publicystów jest wytłumaczenie opowiadającym się do tej pory za Platformą inteligentom Trzeciej Rzeczpospolitej, że choć bardzo solidnie wykształceni i obyci, stanowią jednakże grupę inteligencji szeregowej, której daleko do „elit”.
 
Więcej, trzeba tych ludzi przekonać, że uczciwe zrzeczenie się nienależnego im statusu przynależności do wymyślonej przez Gazetę Wyborczą „elity elit” to nie żadna klęska czy społeczna degradacja, ale wręcz przeciwnie, powrót na sprawiedliwie należny im szczebel w hierarchii społecznej. Że to nie żaden obciach, jak im pokrętnie wmawiano.
 
Trzeba im wyjaśnić, że jeśli zrezygnują z nienależnego im przecież statusu, staną się bardziej autentyczni, a co za tym idzie bardziej wiarygodni. Że nie będą już musieli trwać w obłudnym zakłamaniu.
 
I co najważniejsze, będzie im wtedy łatwiej się porozumieć z resztą społeczeństwa. Że staną się znowu częścią narodowej wspólnoty.
 
Myślę że tędy wiedzie droga do pojednania Polaków.
 
Bo to nieprawda, jak niektórzy „prawicowcy” błędnie zakładają, że w szeregach Platformy są sami źli. Jest tam gros ludzi przyzwoitych. Problem w tym, że niewiele mogą zdziałać wobec doktrynerskiej ideologii i bezwzględnego despotyzmu premiera Tuska. Ci ludzie, mówię o szeregowcach Platformy, nie chcą źle dla Polski, a jedynie dali się „podprowadzić” tym, którzy chcieli podzielić Polaków celem łatwiejszego utrzymania władzy. 
 
Jednakże, druga strona, myślę o szeregowcach PIS też zrobiła wiele błędów, lecz trzeba to po ludzku zrozumieć, bo rządy Donalda Tuska doprowadziły do tego, że polscy patrioci zaczęli się czuć we własnej ojczyźnie, jak pierwsi chrześcijanie pośród pogan. Dlatego nie należy się dziwić, że próbując się bronić przed upokorzeniem, zachowywali się czasem w sposób charakterystyczny dla istot osaczonych.
 
Lecz „Errare humanum est”. Każdy człowiek może się pomylić. Ważne by wyciągnął właściwe wnioski.
 
A więc, co dalej z Polską???
 
Jaki jest koń każdy widzi… I nie ma, co dalej ukrywać, że obecny stan państwa wcześniej, czy później doprowadzi do gospodarczej katastrofy, a w konsekwencji całkowitego rozkładu polskiej państwowości…
 
Proszę Państwa! Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i w końcu odkłamać mit o niezastąpionej Platformie. Następnie należy w sposób demokratyczny odsunąć tę nieudaczną partię od władzy, nim będzie za późno… W obecnych realiach geopolitycznych i realnym zagrożeniu polskiej państwowości innej drogi nie ma.
 
No i sprawa najważniejsza. Dalsze skakanie sobie do gardeł nic nie da. Żeby sprawy polskie ruszyły do przodu trzeba skończyć wojnę polsko polską. Lecz do tego jest potrzebna wola polityczna ogółu polskiego społeczeństwa.
 
Prawo i Sprawiedliwość najprawdopodobniej wygra zbliżające się wybory, może nawet przed terminem. Ale jeśli PIS ma rządzić z pożytkiem dla Polski potrzebna jest zupełnie nowa jakość. Więc myślę, że Jarosław Kaczyński, jeśli chce uniknąć powielenia błędów poprzedników powinien po wygranych wyborach zdobyć się na niełatwy dla niego gest wspaniałomyślności i idąc za przykładem podpisanego w roku 1965 przez Karola Wojtyłę i Stefana Wyszyńskiego listu biskupów polskich do niemieckich wezwać zwaśnionych Polaków by sobie wzajemnie powiedzieli: „przebaczamy i prosimy o wybaczenie”.
 
Oczywiście winnych trzeba będzie sprawiedliwie osądzić, ale bez cienia odwetu. A następnie spróbować coś od nowa zbudować wspólnymi siłami dla dobra wszystkich Polaków.
 
Żeby już nigdy w Polsce nie było wyklętych, upokorzonych i w siebie wpełzniętych ludzi wykluczonych.
 
Post Scriptum
Po przeanalizowaniu nadesłanych komentarzy widzę, że zostałem źle zrozumiany przez niektórych internautów.

Dlatego pragnę wyraźnie podkreślić, że pisząc o „wybaczaniu” miałem na myśli odstąpienie od chęci odwetu szeregowców PIS na szeregowcach Platformy. A to w celu zakończenia wojny polsko polskiej, co moim zdaniem jest warunkiem sine qua non by sprawy polskie ruszyły do przodu. 
 
Nie oznacza to jednak, że mamy zapomnieć o tych wszystkich draństwach jakich się dopuścili prominenci Platformy Obywatelskiej. Dlatego, jak pisałem w notce „Nie dajmy się znów zrobić w konia” uważam, że nie wolno nam zapomnieć o tym, co prominentni działacze Platformy zrobili z Rzeczpospolitą w czasie siedmioletnich rządów szczególnie, że znam naszą chrześcijańską skłonność do irracjonalnego przebaczania, a także inklinację Polaków do politycznej amnezji.

Dlatego uważam, że nigdy nam nie wolno zapomnieć ich śmiertelnego grzechu zaniechania reform w imię utrzymania wysokości słupków sondażowych, skoku na emerytury, niedotrzymania przyrzeczonych obietnic, organizacyjnej niemoty, nieudaczności Rządu Tuska i bezkarnego mamienia obywateli rzekomo odporną na kryzys „zieloną wyspą wiekuistej szczęśliwości”, co skutkuje karygodnym zadłużeniem Państwa i groźbą finansowej zapaści.

Nie wolno nam zapomnieć jak rechotali przy kawiarnianych stolikach, gdy Palikot obrażał śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na oczach milionów Polaków, co wyprawiali z Instytutem Pamięci Narodowej i profesorem Kurtyką, jak z premedytacją rozdzielili delegacje udające się do Katynia, jak losy śledztwa smoleńskiego bez zmrużenie oka oddali w obce ręce, jak demoralizowali młodych podjudzając by lżyli pod krzyżem uczciwych ludzi, jak perfidnie prowokowali udręczonego Jarosława Kaczyńskiego szkalując jego nie żyjącego brata, jak ogarnięci wynaturzoną nienawiścią do opozycji wykrzykiwali o bydle i dorzynaniu watah…
 
Trzeba będzie ludziom konsekwentnie przypominać, co prominenci Platformy zrobili z finansami Państwa, z infrastrukturą, rolnictwem, szkolnictwem, kulturą, polityką zagraniczną, ich haniebny serwilizm wobec rządu rosyjskiego po raporcie Anodiny, że do dnia dzisiejszego nie sprowadzili do kraju szczątków tupolewa i oryginałów czarnych skrzynek, trzeba będzie mieć w pamięci jak drwili z niektórych członków rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, jak miesiącami mataczyli i mamili Polaków przesuwając w nieskończoność termin raportu Millera, jak próbowali podstępnie obejść konstytucję by nie bacząc na interes Państwa zwiększyć korzystną dla siebie frekwencję wyborczą, jak usiłowali wprowadzić chyłkiem dwudniowe wybory, jak chcieli zdusić w Polsce wolność słowa próbując bezprawnie zakazać wyborczych plakatów, bilbordów i spotów, jak poniżali polskich patriotów, vide pokazowy proces pana Rymkiewicza… bez końca można by wymieniać.
 
Dlatego apeluję do rozsądnych Polaków. Nie dajmy się dalej robić w trąbę! Mówmy o tych wszystkich bezeceństwach, draństwach, świństwach, przekrętach łajdactwach, nikczemności i niemocie Platformy odważnie i otwarcie w domu, w pracy, na imieninach u cioci, w kawiarni, na działce, na plaży, w górach, wszędzie. Szczególnie teraz przed wyborami, żeby się platformerskim siewcom nowego porządku nie udał ponownie trik z ogłupieniem ludzi. Żebyśmy się wreszcie zdołali wyzwolić spod sterowanego z Czerskiej pręgierza poprawności politycznej i wyzbyli strachu przed ostracyzmem salonu, którym zastąpiono niegdysiejszą cenzurę.
 
Trzeba o tym wszystkim pamiętać i sprawiedliwie osądzić winnych, ale  bez chęci odwetu.

Panie Prezesie! Kochajmy ich, bo nie wiedzą, co czynią!

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

Motto: Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego 
 
Gdy przed dwoma laty zacząłem działalność blogerską, nastawioną na konsekwentną krytykę poczynań rządu Donalda Tuska i jego Platformy, krakowski salon zareagował graniczącym z furią ostracyzmem, a sztabowcy krakowskich „elit” grupujących tych „lepszych” od „gorszych”, rozpoczęli nienawistną i szeroko zakrojoną akcję przyprawiania mi określonego rodzaju gęby.
 
Moje nazwisko zostało wymazane z listy salonowych zaproszeń, a w tak zwanym „dobrym towarzystwie” zaczęto rozpuszczać wieści, że Pasierbiewicz oszalał i powinien się leczyć psychiatrycznie, bo wypisuje na blogach jakieś horrendalne brednie jako zausznik Jarosława Kaczyńskiego. Zaczęto mnie kreować na jątrzącego, niebezpiecznego społecznie oszołoma siejącego nienawiść.
 
I tak, z dnia na dzień okrzyknięto mnie wrednym pisowcem (choć przez całe życie jestem bezpartyjny), i raptem z naukowca stałem się niewydarzonym tępakiem, z duszy towarzystwa namolnym nudziarzem, z autora poczytnych książek prawicowym grafomanem, niepoprawnym politycznie dewiantem i tak dalej…   
 
Dzisiaj media ogłosiły katastrofę sondażową Platformy Obywatelskiej.
 
I cóż ja słyszę w radiu TOK-FM.
 
Zawsze gotowe do usług sztabowe trio w składzie Żakowski-Lis-Wołek, które przez siedem lat wynosiło na ołtarze generalissimusa Tuska i wszechwiedzącą Platformę harmonijnie brzmiącym chórem stwierdza, cytuję, co zapamiętałem:
 
Że premier nigdy nie miał sprecyzowanej wizji państwa.
Że rząd Donalda Tuska „de facto” nic nie zrobił dla kraju.
Że od samego początku w działaniach premiera i jego rządu nie było logiki.
Że rząd Donalda Tuska od zawsze lekceważył obywateli.
Że premier Tusk nie dotrzymał żadnej z obietnic wyborczych.
Że Platforma Obywatelska zatraciła tożsamość.
Że na tuskobus Polscy już się nie nabiorą.
Że premier się pogubił, że jest wycofany, zmęczony i niezdolny do rządzenia państwem.
Że rząd Donalda Tuska wszedł w dla niego zabójczą „fazę śmieszności”…
 
A więc nadszedł czas bym mógł się odegrać na opluwających mnie przy byle okazji, jak życie pokazuje miernych intelektualnie „salonowcach” podwawelskiego Krakówka. I ze wstydem przyznaję, że w pierwszym odruchu chciałem wziąć odwet i korzystając z nadarzającej się właśnie sposobności zacząć bezlitoście obnażać publicznie ich podłość i małość.
 
Ale na niedawnej krakowskiej konferencji Akademickiego Klubu Obywatelskiego (AKO) spotkałem księdza doktora pułkownika Wiesława Bożejewicza, który jako kapelan wojskowy dostąpił zaszczytu spowiadania Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wygłoszony przez niego referat utwierdził mnie w przekonaniu, że to dzielny człowiek, waleczny kapłan, piękny rozum i nieprzeciętny intelekt. W przerwie konferencyjnej odbyłem z nim krótką rozmowę, w czasie której opowiedziałem mu o zawstydzających postawach prominentów lokalnego salonu III RP jednocześnie zadając pytanie, co zrobiłby na moim miejscu.
 
Po krótkim namyśle ksiądz doktor pułkownik odpowiedział, cytuję z pamięci: „może to pana zaszokuje, ale w imię naszego wspólnego polskiego interesu, nie ustając w walce ze złem, które czynią, powinien ich pan pokochać, odkładając chęć odwetu na bok”.
 
Długo myślałem nad słowami księdza pułkownika, i choć nie będzie to dla mnie łatwe myślę, że w imię zakończenia wojny polsko polskiej zrobię jak mądry i wspaniałomyślny kasiądz pułkownik radził.

II Konferencja AKO w Krakowie – dr inż. Krzysztof Pasierbiewicz

stefanbudziaszekStefan Budziaszek

„Sanacja moralno-etyczna środowiska akademickiego warunkiem sine qua non dla powodzenia reformy szkolnictwa wyższego”, to tytuł referatu wygłoszonego przez dr. inż.  Krzysztofa Pasierbiewicza z Akademii Górniczo Hutniczej, podczas odbywającej się 13 maja 2013 roku w Krakowie, II Konferencji Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Krakowie.


http://www.youtube.com/watch?v=7aXbax964Vo

Polski profesor gardzi polskim profesorem!

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

Ludzie!!! Co się stało z etosem akademickim ??? !!!
 
Przed chwilą w tefałenie ogłoszono wyniki kilkuletnich badań naukowych profesora Janusza Czapińskiego, które wskazują, że w 2015r. PIS może wygrać wybory ze znaczną przewagą.
 
I cóż ja widzę? Poproszony o komentarz poseł partii rządzącej profesor Stefan Niesiołowski na oczach milionów telewidzów, z nieopisaną furią i nienawiścią w oczach poniża profesora Czapińskiego za to, że ujawnił prawdę naukową.
 
To już nie są żarty proszę Państwa!!!
 
Bo to jest ewidentny przejaw krańcowej degeneracji etosu akademickiego w wykonaniu posła Niesiołowskiego, któremu ktoś kiedyś nadał tytuł profesora.
 
Na litość boską! Polski profesor upokarza bezkarnie innego polskiego profesora na oczach obywateli, studentów i uczniów.
 
Mam nadzieję, że tym razem środowisko akademickie zareaguje.
 
W przeciwnym razie będzie to oznaczać, że daje na takie zachowania nieme przyzwolenie. A to już świadczyłoby bezspornie o kompletnej demoralizacji środowiska akademickiego, które jest przecież powołane do tego by świecić przykładem.

Ranking polskich uczelni, czyli pic na wodę fotomontaż!

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

Właśnie w mediach ogłoszono z wielką pompą wyniki Rankingu Szkół Wyższych 2013 przygotowanego przez magazyn„Perspektywy” i gazetę „Rzeczpospolita”.

Podobnie, jak to było rok temu, w rankingu polskich uczelni na 1. miejscu znalazł się Uniwersytet Jagielloński. 2. miejsce zajął Uniwersytet Warszawski.

Oczywiście media mainstreamowe serwują tę wiadomość w zakłamanym kontekście rzekomego wzrostu poziomu kształcenia Polaków, czytaj w wyniku mądrych rządów premiera i jego Platformy. 

Nie podano jednak, a szkoda, na którym miejscu plasuje się ta najlepsza polska uczelnia w rankingach europejskich i światowych. Dyskretnie przemilczano, że liderka polskiego konkursu w Rankingu Szanghajskim zamyka Uwaga! – czwartą setkę uczelni światowych!!! 

Czemu tak się dzieje? Już wyjaśniam. 

W moich czasach, misją szkoły wyższej była instytucja profesora, który wychowywał grono swoich uczniów i przygotowywał ich do zawodu ucząc twórczego i samodzielnego myślenia. 

Teraz, kiedy przyszło nowe, a szczególnie od czasu objęcia swej funkcji przez panią minister Kudrycką wszystkim zaczynają rządzić wyłącznie wskaźniki, algorytmy i sondaże. 

Zaś w algorytmie, od którego zależy ile pieniędzy dostanie uczelnia jedną ze zmiennych wejściowych jest „ilość studentów”. W tej sytuacji, co można „po ludzku” zrozumieć, uczelnie chcąc zgarnąć jak najwięcej kasy zwiększają ilość studentów kilka, a w skrajnych przypadkach kilkanaście razy, ale Uwaga! – przy praktycznie niezmienionym ilościowo stanie osobowym kadry dydaktycznej. 

Nie muszę chyba tłumaczyć jak się to przekłada na poziom kształcenia Polaków, który się obniża w tempie katastrofalnym!!! Przeładowane grupy studenckie, programy klecone na kolanie, udziwnione nowe kierunki, przeciążone pensum dydaktyczne, ogłupiające testy dla kretynów, pogoń za grantami kosztem dydaktyki, żenujący poziom studiów zaocznych, a dopiero na szarym końcu, jeśli w ogóle – interes studentów. Słowem nasze uczelnie stały się pod rządami Tuska fabrykami produkującymi masowo w systemie taśmowym kadry absolwentów delikatnie mówiąc niedouczonych, albo jak kto woli rzesze przyszłych potencjalnych bezrobotnych. 

Tu pragną zauważyć, że proces degradacji jakości kształcenia ma dużą bezwładność, a efekty obecnej, skrajnie nieodpowiedzialnej polityki edukacyjnej rządu Donalda Tuska dadzą o sobie znać dopiero za kilka lub kilkanaście lat, kiedy absolwenci polskich szkół wyższych staną sie, na całe dekady, źle wykwalifikowaną, tanią siłą roboczą pracującą na zmywakach w krajach rzeczywiście cywilizowanych. 

Ale co tam przyszłość i los kraju. Ważne, że przed wyborami premier Tusk i jego Platforma mogą się chwalić wskaźnikami informującymi o tym, że Polska jest przodującym w świecie krajem jak chodzi o ilość osób studiujących. O tym jak studiujących ani słowa – tylko pokrętnie obliczane i mamiące ludzi wskaźniki, wskaźniki, wskaźniki. 

I gdyby nie to, że mi nie wypada, powiedziałbym Państwu gdzie sobie obecna władza może te wszystkie wskaźniki schować.

Dziesięć grzechów partii Jarosława Kaczyńskiego

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

MEMENTO                    
Karol Wojtyła i Stefan Wyszyński stawiali na młodych:
http://www.youtube.com/watch?v=he0Bt00_RLA&feature=related
A młodzi Polacy w proteście przeciw ACTA powalili Tuska na kolana:
http://www.youtube.com/watch?v=HryVACsb64c&NR=1&feature=endscreen 
  
Trzeba przyznać, że propagandzistom Platformy udało się przyprawić Prawu i Sprawiedliwości gębę „partii niereformowalnych moherów”, którzy nie nadążają za trendami współczesnej Europy”.
 
Ale należy też stwierdzić, że to przyprawienie gęby nie było wcale takie trudne, gdyż prezes, prominenci, a także szeregowcy PIS wielokrotnie „sami szli pod lufę” polujących na okazję pijarowców Tuska.
 
Socjotechnicy Platformy z zimną krwią wykorzystywali emocjonalne zachowania „pisowców” broniących się desperacko przed krytyką mediów,  którzy w odruchu samoobronnym demonstrowali zbyt przesadnie swoje narodowo-chrześcijańskie ideały. Broniąc swoich racji popadali często w manierę nadmiernej afektacji w wyrażaniu uczuć patriotycznych, a po tragedii smoleńskiej, która im zabrała prezydenta i praktycznie całą partyjną elitę, ogarnięci rozpaczą, w dyskursie politycznym  przejaskrawiali wątki martyrologiczne.
 
Jednakże te zachowania należy tłumaczyć bezustannym stresem ludzi, którzy poddani niesprawiedliwej krytyce, szykanom i ostracyzmowi mieli prawo do robienia błędów. A pijarowcom Tuska było już łatwo  te błędy przekuć w zakłamany stereotyp, że współczesna polska prawica to ludzie smutni, zgorzkniali, anachroniczni i nieatrakcyjni.
 
Należy też zrozumieć błędy Jarosława Kaczyńskiego, na którego spadła dodatkowo straszliwa seria osobistych nieszczęść tak okrutnych, że aż trudno uwierzyć, że to wszystko uniósł.  
 
Wierzę jednak, że niedawne odejście matki Jarosława Kaczyńskiego kończy tę czarną serię, a pan prezes, jak już wielokrotnie dowiódł, i tym razem się podniesie. Dlatego uważam, że Jarosław Kaczyński powinien teraz odpocząć, wrócić do sił, i przygotować swoją partię do następnych wyborów. Lecz moim zdaniem warunkiem sine qua non żeby te wybory wygrać jest pozyskanie sympatii ludzi młodych i bardzo młodych, co z kolei będzie możliwe tylko wtedy, gdy pan prezes zreformuje odpowiednio swoją partię.
 
Myślę, że oprócz odmłodzenia kadr, o czym często ostatnio pisałem, pan prezes musi zmienić wizerunek partii, a dokładniej sprawić by Prawo i Sprawiedliwość pozbyło się ciążącego na nim odium partii „obciachowej i nienowoczesnej”.  
 
Bo, czy się to komuś podoba, czy nie, wchodząc do Unii Europejskiej staliśmy się częścią spłaszczonej kulturowo cywilizacji zbanalizowanych procedur, gadżetów, mód i obligatoryjnych trendów. I nie ma się, co łudzić – partia, która się nie wpisze w te nowe realia będzie postrzegana jako brzydkie kaczątko. Powiem więcej, taka partia nie ma szans na wygranie wyborów.
 
Dlatego chciałbym poddać pod rozwagę prominentów, szeregowców i sympatyków Prawa i Sprawiedliwości dziesięć następujących zaleceń: 
 
Po pierwsze – bądź poważny, ale nie „śmiertelnie”
Odkąd zająłem się blogowaniem zacząłem bywać na spotkaniach organizowanych przez krakowskie środowisko prawicowe. Prawie za każdym razem rzucało się w oczy, że zarówno prowadzący te spotkania, jak ich uczestnicy byli przez cały czas „śmiertelnie poważni”.
 
Charakterystyczne było również, że uczestnikami tych spotkań byli prawie wyłącznie seniorzy. A dlaczego? Bo „śmiertelna” powaga tych zebrań skutecznie odstraszała młodych, którzy ten „wzniosły” nastrój odbierają jako ponuractwo i zalatujące kombatanctwem zgromadzenie „nie czujących bluesa zgredów”.
 
I pora powiedzieć na głos, że tego rodzaju sesje sprowadzają się zwykle do poprawiających samopoczucie dyskusji przekonanych z przekonanymi, de facto niewiele wnosząc do spraw ważnych dla kraju.
 
A później relacje z tych spotkań opisywane w zniechęcającym ludzi młodych bogoojczyźnianym stylu ukazują się w żałobnie czarnobiałej prasie prawicowej. To samo dotyczy większości prawicowych portali internetowych odstręczających swą monotematycznością i amatorszczyzną.       
 
Po drugie – szanuj własną tożsamość, lecz nie zasklepiaj się w kręgu „samych swoich”
Bardzo często komentatorzy mojego blogu piszą do mnie z wyrzutem: „jak pan może oglądać Szkło Kontaktowe?”, albo „porządny człowiek nigdy nie słucha Radia TOK FM”, albo „jak pan mógł na promocje swoich książek wpuszczać celebrytów salonu III RP?” – i tak dalej.  
 
Otóż uważam, że zasklepianie się wyłącznie w sferze jednej opcji politycznej wyjaławia zdolność racjonalnego postrzegania rzeczywistości i zabija polityczny instynkt samozachowawczy. Bo jeśli się chce być poważnym partnerem w dyskursie politycznym musi się na bieżąco śledzić poczynania tych, z którymi walczymy.
 
Często też sympatycy PIS wytykali mi, że utrzymuję znajomości z „platformersami” i bywam w miejscach, gdzie oni bywają. Przykro mi to mówić, ale takie połajanki uważam za wyraz politycznego protekcjonalizmu, gdyż działanie na rzecz, pisanie dla i spotykanie się z ludźmi wyłącznie „naszej” opcji politycznej wyjaławia polityczną wyobraźnię.  
 
A ostentacyjne strojenie fochów i wyizolowywanie się z kontaktów ze stroną przeciwną skutkuje oddaniem konkurentom politycznym całego pola, co w efekcie prowadzi do tego, iż „ortodoksyjni” pisowcy są uważani za zapatrzoną w siebie mniejszość i egzotyczne towarzystwo wzajemnego zachwytu nad samymi sobą.      
 
Po trzecie – bądź zawsze elegancki, nawet jeśli cię to mierzi albo śmieszy
Pamiętacie zapewne jak w Szkle Kontaktowym dziesiątki, jeśli nie setki razy pokazano na zbliżeniu niezawiązaną sznurówkę w bucie Jarosława Kaczyńskiego. Myślę, że nie ma lepszego przykładu na to, jak ważne obecnie w świecie polityki stały się: wygląd zewnętrzny i prezencja. Dlatego, jeśli politycy PIS chcą być skuteczni i przypodobać się ludziom młodym, muszą się temu wymogowi podporządkować.
 
A jeśli nie potrafią tego zrobić sami, powinni skorzystać z porad specjalistów. Oczywiście nie za darmo. Dotyczy to zarówno pań, jak i panów. To już nie te czasy kiedy były w modzie wyciągnięte swetry z opornikiem. Ale nie wystarczy pójść do sklepu. I naprawdę nic strasznego się nie stanie jak „pisowiec” poradzi się wizażysty i od czasu do czasu odwiedzi dobrego fryzjera.
 
I nie ma rady. Chcąc coś znaczyć w polityce trzeba się modnie ubierać i wiedzieć, co do czego się w tym sezonie nosi i na jaki węzeł należy wiązać krawat, apaszkę bądź szalik. A złośliwe naigrawanie się z tych, którzy się szykownie ubierają, co się niestety ludziom Kaczyńskiego częsta zdarza, jest po prostu „ prowincjonalnie obciachowe”. Trzeba się nauczyć nosić elegancko, ale nie szpaniarsko, na luzie, ale nie luzacko. Bo jeśli polityk ma źle skrojony garnitur lub niemodne dżinsy, młodzi to natychmiast zauważą i to właśnie zapamiętają, miast tego, co delikwent miał do powiedzenia. 
 
Po czwarte – bądź skromny, ale nie „fałszywie”
O ile godną pochwały jest wyznawana przez partię Jarosława Kaczyńskiego zasada wtórności świata materialnego w stosunku do idei, to jednak przesadnie sztywne trzymanie się tej reguły przynosi partii więcej szkód niż korzyści.
 
Dlatego uważam, że niezmiernie ważne dla prestiżu partii są: klimat, wystrój i estetyka biur poselskich i siedzib partyjnych PIS. Ja byłem tylko w dwu takich miejscach, z których jedno mieści się w Krakowie, a drugie na Nowogrodzkiej w Warszawie i w obu przypadkach dziwnie nieswojo się czułem. Dlaczego? Bo zawsze mnie zrażała bylejakość i brak dbałości o estetykę pomieszczeń biurowych.
 
Nie twierdzę, że prominenci PIS powinni urzędować w gabinetach ozdobionych biedermeierami i chińską porcelaną, co się nota bene często się zdarza prominentom Platformy, to jednak muszę powiedzieć, że siedziby PIS, które odwiedziłem sprawiły na mnie zniechęcające wrażenie.
 
Inną sprawą jest problem szanowania ludzi. Wciąż pamiętam, jak przed ostatnimi wyborami, w najgorsze czerwcowe upały, w czasie umówionej rozmowy z ważnym prominentem PIS na Nowogrodzkiej w Warszawie, choć wiedziano, że musiałem dojechać z Krakowa, nikt mnie nie zapytał, czy bym się nie napił wody. Takie obyczaje nie przyciągną ludzi.        
 
Po piąte – nie wstydź się korzystać z pomocy fachowców
Często się słyszy, że znowu pan prezes bądź któryś z posłów Prawa i Sprawiedliwości dał się sprowokować pijarowcom Platformy. Ktoś powie, że przecież ci ludzie są tak zaszczuci przez media prorządowe i nie ma się co dziwić, iż czasem popełniają błędy.
 
Otóż jest się czemu dziwić i wciąż nie mogę zrozumieć dlaczego PIS nie chce skorzystać z pomocy fachowców, którzy by ich odpowiednio przeszkolili jak unikać wpadek. Bo obecna polityka to bezpardonowa walka, w której liczy się każde potknięcie. I naiwne są chełpliwe wypowiedzi prominentów PIS, że sobie ze wszystkim poradzą sami i nie potrzebują konsultantów bądź doradców.
 
Skoro Justyna Kowalczyk i Adam Małysz mogą korzystać bez wstydu z porad psychologów, to niby dlaczego z takich samych usług nie mieliby skorzystać zadziorny Jarosław Kaczyński, wkurzający Adam Hofman, pyskata Krystyna Pawłowicz, monotematyczny Mariusz Błaszczak, czy senna Beata Szydło??? Tak. Tak. Nie ma się czego wstydzić, ludzie są tylko ludźmi. Nie każdy polityk potrafi sobie sam poradzić z kutymi na cztery kopyta dziennikarzami. Dlatego trzeba wygrzebać fundusze i zatrudnić zawodowców. A zaręczam, że taka inwestycja się zwróci z nawiązką. 
 
Po szóste – pamiętaj, że amator nigdy nie wygra z zawodowcem
Od niepamiętnych czasów gram zapalczywie w tenisa, ale amatorsko. W Krakowie jest pewien starej daty tenisowy trener, niegdyś znany zawodnik, słowem zawodowiec. Obecnie już grubo po siedemdziesiątce. Czasem zgadza się zagrać ze mną seta. I choć już nie może serwować zza głowy i biegać do siatki, nigdy mi się nie udało z nim wygrać ani jednego gema.
 
Bo w tenisie, boksie, piłce nożnej, a także w polityce, jeszcze nigdy amator nie ograł zawodowca. A  prawda jest taka, że w „Solidarności” jedni walczyli o wolną Polskę, a drudzy o to, żeby się w tej wolnej Polsce ustawić. Niestety czas pokazał, że ci pierwsi byli „amatorami”, którzy poszli za Jarosławem Kaczyńskim, zaś ci drudzy okazali się „zawodowcami”, którzy po okrągłym stole wespół z komuchami szkolonymi w Moskwie zawłaszczyli Polskę.
 
Dlatego uważam, że ludzie Prawa i Sprawiedliwości nie powinni się unosić fałszywą ambicją i częściej korzystać z porad specjalistów od socjotechniki i politologii. Struktury partyjne PIS trzeba odpowiednio przeszkolić. Bo samymi ideami, choćby nie wiem jak szczytnymi, jeszcze nikt nie wygrał. Szczególnie obecnie, kiedy władza zdeptała polityczny obyczaj. W dążeniu do partyjnej hegemonii nie ma już poczucia wstydu. Nastało prawo dżungli. Kto silniejszy, ten lepszy. Cham chama chamem pogania. Złodziej na złodzieju jedzie. 
 
Po siódme – bądź patriotą „progresywnym”
Nigdy się nie zgodzę z tezą, że hasło BÓG HONOR OJCZYZNA stało się anachroniczne, gdyż uważam, że dzięki wierności tej dewizie Polska przetrzymała najtragiczniejsze historyczne zawieruchy. To jest bezsporne.
 
Ale przyszły takie czasy, że rolę niegdysiejszych armii przejęły instytucje finansowe. Nie trzeba już wojen militarnych by rozłożyć na łopatki jakieś państwo. Wystarczy wirtualna zmowa kilku większych banków.
 
I niestety prawda jest taka, w obecnej rzeczywistości geopolitycznej samą wiarą w Boga, samym unoszeniem się honorem i samą miłością ojczyzny z nikim nie wygramy.
 
Dlatego uważam, że ludzie Jarosława Kaczyńskiego powinni zmodyfikować pojęcie „patriotyzmu”. A mówiąc konkretnie, powinni patriotyzm traktować, nie jak dotąd, wyłącznie w kategoriach walki zbrojnej w obronie ukochanej ojczyzny, lecz także, a może nawet głównie, w kategoriach obrony suwerenności ekonomicznej naszego państwa. Chodzi mi o zmodernizowany patriotyzm, który musi być kompatybilnyz polityką finansową Europy i Świata. Skoro przystąpiliśmy do Unii Europejskiej musimy spełnić ten wymóg.
 
Jednakże obawiam się, że starszemu pokoleniu będzie trudno się przestawić na nowe myślenie. Oscar Wilde zawsze mówił, że „przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka” i wiedział, co mówi. Dlatego ostatnio coraz częściej piszę, że Jarosław Kaczyński musi rozpocząć wymianę prominentów starszej generacji na rozumiejących współczesny świat młodychludzi.   
  
Po ósme – dostrzegaj tych, którzy ci sprzyjają
Jak PIS przegrał ostatnie wybory dostałem dziesiątki komentarzy z całej Polski od rozżalonych sympatyków partii Jarosława Kaczyńskiego, którzy się skarżyli, że chcieli się zgłosić na komisarzy w lokalach wyborczych, ale biura poselskie były wiecznie zamknięte, a posłowie ich permanentnie unikali.
 
To jeden z wielu sygnałów, że praca niektórych działaczy PIS ogranicza się do łagodzenia nastojów elektoratu i utwierdzania go w niekoniecznie zgodnym z prawdą przekonaniu, że w partii wszystko działa jak należy i w następnych wyborach trzeba ponownie zagłosować na nich.
 
Czasem, celem upozorowania „reform”, robi się roszady między działaczami, bacząc jednak pilnie by do nowych władz lokalnych bądź parlamentarnych broń Boże się nie dostali jacyś nowi ludzie, a szczególnie młodsi, zdolniejsi i pracowitsi niż oni.

Oczywiście w Prawie i Sprawiedliwości jest multum wartościowych i nad wyraz pracowitych ludzi, ale oni sami nie uciągną, jeśli partia nie pozbędzie się działaczy hamulcowych.

Dlatego uważam, że Jarosław Kaczyński musi zrobić „rewolucję” w partii, którą niestety musi przeprowadzić sam, bo jak mawia pani profesor Staniszkis: „prezes jest otoczony miernotami”. Musi zaryzykować. I wierzę, że mu się uda. Bo jest nieprzeciętnie utalentowanym politykiem i pamiętamy z jakich opresji wychodził. Trzeba ratować PIS, bo jest Polsce potrzebny, ale w innej niż dotychczas formie. 
 
Po dziewiąte – bądź opanowanym katolikiem
Ludzie Jarosława Kaczyńskiego biorący udział w marszach protestacyjnych, rocznicach i miesięcznicach mają uzasadnione powody żeby się buntować. W pełni zrozumiałe jest również, że zdesperowani ludzie szukają ratunku w Bogu.   
 
Ale partia prezesa Kaczyńskiego winna się wystrzegać ludzi demonstrujących swe uczucia religijne w sposób nadmiernie emocjonalny. Bo o ile jak najbardziej zrozumiałe były zachowania obrońców krzyża pod Pałacem Prezydenckim, to podobne reakcje w dwa lata po katastrofie smoleńskiej są wodą na młyn dla propagandzistów Tuska, Palikota i Kalisza, co przynosi PISowi po stokroć więcej szkód niż korzyści.
 
Wyrafinowani lewacy zadbali o to, by potencjalny wyborca zapomniał kto sikał na znicze, a zapamiętał tych, co z różańcem w ręku bili się z żulią Palikota.  
 
No i niestety ludzie Prawa i Sprawiedliwości muszą sami się prowadzić, bo nie ma już kardynałów  Wyszyńskiego, Wojtyły i Glempa, a następców niestety nie widać. 
 
Po dziesiąte – naucz się przyznawać do błędów i jak ognia unikaj języka, jakiego w czasie minionym używali bałwochwalcy niejakiego Soso Dżugaszwili. 
Nie ulega wątpliwości, że służby obecnej władzy przyczyniły się do katastrofy smoleńskiej choćby tym, że doprowadzono do rozdzielenia wizyt premiera i prezydenta, a ostatnio odsłania się coraz więcej faktów dopuszczających możliwość zamachu.
 
Ale trzeba powiedzieć otwarcie, że takie praktyki nie byłyby możliwe, gdyby nie śmiertelny grzech Prawa i Sprawiedliwości, jakim było nieukaranie we właściwym czasie żadnego ze szkolonych w Moskwie funkcjonariuszy WSI w trakcie weryfikacji tej wrogiej Polsce agentury, która dzięki temu mogła się odrodzić.
 
Bo w czasie swoich rządów Prawo i Sprawiedliwość miało prezydenta, premiera, szefa IPN, prezesa NBP oraz dwie komisje weryfikacyjne. I choć były wszystkie potrzebne ku temu narzędzia, nie przeprowadzono wtedy najważniejszej reformy sankcjonującej odejście od ustaleń okrągłego stołu i dekomunizację polskiego państwa. A argumentacja, że nie było wykładni prawnej, by ujawnić i ukarać agentów WSI nie jest w stanie się obronić.
 
Ale ludzie są tylko ludźmi i wszyscy popełniamy błędy. Dlatego myślę, że gdyby obecnie Jarosław Kaczyński dokonał czegoś w rodzaju „aktu skruchy” za grzech zaniechania reform dekomunizacyjnych, zamknąłby usta zakompleksionemu Tuskowi, który go przedstawia opinii publicznej jako zakłamanego zatwardzialca. Powiem więcej. Moim zdaniem, takim gestem Jarosław Kaczyński odzyskałby zaufanie Polaków nabranych przez redaktora Gazety Wyborczej i doktrynerów osi Ordynacka – Czerska. 
 
I na koniec. Ostatnio coraz częściej ortodoksyjni sympatycy Jarosława Kaczyńskiego piszą na moim blogu komentarze w niepokojącym stylu, przytaczam pierwszy z brzegu przykład: 
 
Zastanawiam się czemu Pańska krytyka PIS ma służyć. PIS jest jedyną partią, która ma jasne i oczywiste dla patriotów założenia, A Kaczyński mówi jasnym i prostym dla każdego tekstem. Chce Polski silnej i suwerennej. Kto występuje przeciwko niemu sam się określa wogiem Polski. Kaczyński nie musi się z nikim dogadywać, bo albo się jest z nim, albo przeciwko Polsce. Dotychczas obserwowałam Pana felietony, teraz mam pewne zastrzeżenia, odnośnie pana zamiarów…„, koniec cytatu.

Otóż uważam, że tego typu język płynący z określonego rodzaju mentalności, miast przyciągać do PIS potencjalnych wyborców, skutecznie ich do partii Jarosława Kaczyńskiego zniechęca.

Post Scriptum: Jakiś nadąsany Internauta wytknął mi w komentarzu, że się czepiam, a te dziesięć grzechów Prawa i Sprawiedliwości to tylko „nieistotne detale o charakterze kosmetycznym”. Otóż pragnę zauważyć, że dzięki dbałości o te właśnie „detale” rząd Donalda Tuska przez ponad 5 lat utrzymuje się przy władzy, choć już chyba nikt nie wierzy, że potrafi rządzić.

Krzysztofa Pasierbiewicza „Magia namiętności”

stefanbudziaszekStefan Budziaszek

27 września 2012 roku gościem Księgarni Gazety Polskiej w Krakowie był znany bloger, felietonista i nauczyciel akademicki dr inż. Krzysztof Pasierbiewicz.

Opowiadał o swojej najnowszej książce „Magia namiętności”.


http://www.youtube.com/watch?v=pGLupWCSgBQ

NIEZNISZCZALNY

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz
(bezpartyjny nauczyciel akademicki)

Jarosław Kaczyński ogłosił konkretny program ratunkowy dla Polski.
 
Mnożą się komentarze. Jedni są za, inni przeciw.  
 
niezniszczalnyAle jedno jest bezsporne. Życie właśnie pokazało, że Polsce jest potrzebny konsekwentny i silny rząd. I co by nie mówić o Jarosławie Kaczyńskim (fot. salonowcy.salon24.pl), to od dawna na polskiej scenie politycznej nie było tak wytrwałego i odpornego na ciosy fightera walczącego o los Polski. 
 
Bo ileż to razy cynicy z Gazety Wyborczej bili Jarosława Kaczyńskiego niżej pasa, a sędziowie udawali, że tego nie widzą. Zaś sprzedajni fotoreporterzy zrobili mu tysiące szpetnych fotek.
 
Ileż nieczystych ciosów musiał przyjąć Prezes.
 
Na korpus – od brutalnie faulujących dziennikarskich hien: Olejnik, Kolendy-Zaleskiej, Lisa, Żakowskiego, Wołka, Szostkiewicza, Kuczyńskiego i nieustannie go punktujących jadowitą kpiną „satyryków” Szkła Kontaktowego.
 
Ile bolesnych ciosów dostał na wątrobę – od sprzedajnych lizusów z tytułami profesora: Kuźniara, Markowskiego, Krzemińskiego, Czapińskiego, Śpiewaka, Nałęcza et consortes, którzy go przedstawiali ludziom, jako ludojada pożerającego na śniadanie niemowlęta..
 
Ileż trafień na szczękę zaliczył – od politycznych rzezimieszków: Palikota, Nowaka, Sikorskiego, Grupińskiego, Olszewskiego…
 
No i ta straszliwa seria brudnych ciosów, jaką dostał w splot słoneczny od tandemu do mokrej roboty Miller – Anodina. 
 
Bili bezlitośnie. A gdy się tylko zachwiał, z loży różowego salonu rozlegało się zdziczałe wycie: Złam mu szczenę!!! Wal go w potylicę!!! Wybij zęby!!! No bij!!! Zabij!!! Dorżnij!!! A że ludzi nietrudno podpuścić, rozpalona widownia wyła razem z nimi.
 
A, gdy prezes schodził po walce do szatni, pluli na niego w przejściu obłąkany z nienawiści Niesioł i toksyczna Janka, a internetowe stado warchlaków z chlewni zakochanej w Tusku emisariuszki spod Wawelu wylewało mu na głowę hektolitry pomyj i fekaliów.  
 
Nazajutrz Gazeta Wyborcza wybijała tłustą czcionką nagłówki: „Już nigdy nie wróci na deski”. „Kaczyński na zawsze skończony”. 
  
A ten znienawidzony przez post-komunistów „kurdupel z wiecznie rozwiązaną sznurówką” odradzał się za każdym razem jak Feniks z popiołów. Odnowiony, rześki, gotowy do walki o Polskę. 
 
Jak to możliwe??? Głowią się ci, co go zdawało się mieli na widelcu, którzy już tyle razy witali się z gąską, a gdy na Polskę spadła tragedia smoleńska zacierali ręce, że tym razem już się nie podniesie.

Otóż odpowiedź jest prosta.
 
Choć rozumiem, że można Kaczyńskiego nie lubić, to niesposób zaprzeczyć, że pan Prezes, przy wszystkich jego wadach, posiada ów nadprzyrodzony polityczny instynkt, który go czyni niezniszczalnym mężem stanu urodzonym do roli przywódczej.
 
I właśnie, dlatego w mediach głównego nurtu znów powiało grozą i psy się rozwyły. 
 
No, ale żarty się skończyły. Pryska mit o niezastąpionej Platformie. Donald Tusk nie radzi sobie z rządzeniem. Zielona wyspa zabarwiła się na purpurowo, zwalnia gospodarka, rośnie bezrobocie, ludzie wykształceni uciekają z kraju, nauczycieli wyrzuca się z pracy, korupcja stała się normą, afera taśmowa pokazała, że Polską rządzi nepotyczna klika. Zaś afera Amber Gold ostatecznie dowiodła, że polskie państwo pod rządami Tuska doprowadzono do kompletnej rozsypki, a jego struktury, od których zależy los ludzi, przestały działać. Rząd zaciągnął praktycznie niespłacalne długi i nie ma, co dalej ukrywać, że właśnie się rozpoczyna proces ekonomicznego uzależnienia Polski od obcego kapitału, czyli rodzaj ekonomicznej aneksji.
 
Sprawy zaszły tak daleko, że zabójcze dla Polski rządy renegatów Platformy należy zastąpić innym, lepszym rządem. I to nieprawda, że PIS w przypadku wygranej nie będzie miał zdolności koalicyjnej.   
 
W obecnej rzeczywistości geopolitycznej i realnym zagrożeniu polskiej państwowości innej drogi nie ma.

Sekret sukcesu Platformy

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

Wielu się zastanawia, w czym leży sekret sukcesu Platformy. Napisałem więc stosowną rozprawkę semi-naukową:

Wstęp

Niniejsza rozprawka popularnonaukowa poświęcona jest zagadnieniu ewolucji intelektualnej Polaków w egzotycznym okresie historii współczesnej nazwanym pochopnie Trzecią Rzeczypospolitą.

Pierwsze badania naukowe w tej materii przeprowadził Seaman (2010), który swoje prace zwieńczył dziejowym traktatem pt. „Leming polski. Krótka charakterystyka gatunku” (http://seaman.salon24.pl/159934,leming-polski-krotka-charakterystyka-gatunku).

W tym wiekopomnym dziele Seaman wprowadził do nauki odkryty przez siebie gatunek „leminga polskiego”, charakteryzując go jako niebezpiecznie zapóźnioną w rozwoju grupę osobniczą z rodzaju homo polonicus, której do życia wystarcza, że „raz w miesiącu zjada sobie suszi, uczęszcza do SPA, pryska się masumi, a w domu ma plazmę”.

Początek procesu degradacji intelektu polskiego Seaman datuje na pierwszą połowę lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to nad Wisłą rozpoczął się tak zwany „okres transformacji” (nie mylić z reformacją).

Za wyznacznik czasowy rozpoczęcia się tego procesu Seaman przyjmuje tak zwane „audiotele”, czyli telewizyjny konkurs o formule – pytanie i trzy możliwe odpowiedzi (przykładowo: Czy Bolesław Chrobry był królem: 1. Polski; 2. Mozambiku; 3. Korei Południowej).

W swoim osławionym traktacie Seaman podaje także charakterystykę gatunku leminga polskiego, który według niego „żywi się „nie informacją, lecz gotowym komentarzem autorytetu telewizyjnego potrafiącego wypowiedzieć trzy złożone zdania z rzędu bez zagubienia wątku…”.

Kolejną cechą tego osobliwego gatunku jest według Seaman’a „kompletna dezynwoltura wobec jakiegokolwiek problemu bądź kwestii, gdyż opinia leminga jest formułowana przez zestawy gładkomówiące, które ma do dyspozycji w telewizorze…”.

Seaman akcentuje również, że leming polski „żyje wyłącznie w stadzie, tylko ze stadem się liczy i jeśli się zmienia, to wraz ze stadem, a naczelną w jego życiu domeną jest zasada nie odstawiania ani trochę ponad szereg i przed szereg…”.

Reasumując, obserwacje Seamana prowadzą do zdawałoby się oczywistego wniosku, że leming polski osiągnął nieprzekraczalnie niski poziom intelektualnego upośledzenia, poniżej którego jest już tylko czarna dziura. I tu Seaman się pomylił.

Dyskusja

W oparciu o wyniki obserwacji własnych muszę zakwestionować postawioną przez Seamana tezę o rzekomo nieprzekraczalnym poziomie zgłupienia społeczności bytującej w dorzeczu Wisły.

Bowiem Seaman pisze o jeszcze stosunkowo łagodnie przebiegającym procesie degradacji polskich mózgów, który się rozpoczął w ostatnim dziesięcioleciu ubiegłego wieku, uznając telewizję za jedyną przyczynę tego stanu rzeczy.

Natomiast z moich badań, które prowadziłem w pierwszej dekadzie nowego stulecia, wynika bezspornie, iż wbrew temu, co zakładał Seaman, proces odmóżdżenia gatunku leminga polskiego postępował nadal, by w okresie nazywanym „erą zielonej wyspy” osiągnąć wręcz zawrotne tempo o nie notowanym dotąd przez naukę przyśpieszeniu.

Stąd wniosek, że w okresie III RP proces skretynienia populacji bytującej nad Wisłą przebiegał dwuetapowo, a teoria Seamana wymaga weryfikacji i uzupełnienia.

Chodzi o to, że Seaman przeoczył kluczowo ważny czynnik patologicznej uległości leminga polskiego wobec generowanego przez Salon ciśnienia mutacyjnego, które zwykłem nazywać rygorem poprawności politycznej. Powiem więcej. Przyjmując za oczywistą oczywistość wszystko, co dyktował salon, leming polski uwolnił się od potrzeby ćwiczenia organu odpowiedzialnego za myślenie, który choć w stanie szczątkowym, to jednak posiadał.

A jak powszechnie wiadomo, mózg w stanie bezczynności zanika. Ponadto paleontolodzy dowiedli, że organizmy o krytycznie małej masie mózgu w stosunku do ciężaru ciała, wcześniej bądź później musiały wyginąć.

Należałoby się tedy spodziewać, że w warunkach gwałtownie przyśpieszonego odmóżdżenia populacji nadwiślańskiej w „okresie zielonej wyspy”, podobny los spotka leminga polskiego.
Otóż nie tylko, że nic takiego się nie stało, to wręcz odwrotnie, leming polski poczuł się wyjątkowo dobrze w tym niszowym środowisku raptownie rozkwitłego debilizmu.

Wyjątek stanowił jedynie krótkotrwały okres sodomy i gomory zwany Czwartą Rzeczypospolitą, w którym to czasie, gatunek ten był poważnie zagrożony, jeśli nie totalnym wyginięciem, to solidnym przetrzebieniem. W tym katastroficznym dla niego okresie leming polski okropnie się znerwicował, przeraźliwie wychudł, zmarniał i utracił rezon, lecz o dziwo przetrwał.

Jak już wspominałem, po upadku IV RP nadeszła „epoka zielonej wyspy”, a proces ogólno narodowego skretynienia dramatycznie przyśpieszył, a te niezwykłe warunki ekstremalnie skondensowanego zidiocenia, choć wydaje się to niemożliwe, doprowadziły do tego, iż gatunek leminga polskiego znalazł sobie nad Wisłą ekologiczną niszę, gdzie mógł z powodzeniem ewoluować do tyłu, czyli od formy mózgu resztkowego do formy całkowicie odmóżdżonej.

A błędne założenie Seamana, iż w naturze nie było już miejsca dla gatunków jeszcze bardziej prymitywnych od leminga należy usprawiedliwić, gdyż logicznie myślącemu uczonemu trudno było sobie coś takiego wyobrazić.

Pierwszymi dowodami tego, że Seaman się mylił były coraz bardziej kretyńskie seriale, gale i festiwale o ambicjach rozrywkowych, które gagami na poziomie żłobka dla dzieci specjalnej troski wprowadzały jamochłony nadwiślańskie w podobny transowi zachwyt. Nie gorszym przykładem uwstecznionej ewolucji umysłowej może być uwielbiane przez salonowe elity „Szkło kontaktowe”, nazywane pieszczotliwie „szkiełkiem”, oparte na nigdy się jamochłonowi nie nudzącej formule „PIS be! – PO cacy!”. Tezę intelektualnej cofki potwierdzają także zdawało się niegdyś inteligentni „satyrycy”, obecnie jawni współpracownicy „Szkła kontaktowego”, w skrócie JW-SK.

Jednakże dowodem przesądzającym o kompletnym odmóżdżeniu jamochłonów nadwiślańskich była ich dziecięca ufność w zapewnienia Jacka Rostowskiego, że Polskę ominie kryzys, a także infantylnie ślepa wiara w cuda, jakie obiecywał Premier. Przysłowiową „kropkę nad i” postawiła ufność w dobrą wolę Rosji w sprawie wyjaśnienia śledztwa smoleńskiego.

Przepraszam za nieskromność, lecz moje odkrycie nieznanego dotąd nauce zjawiska „ewolucji uwstecznionej” ośmielam się nieskromnie nazwać „epokowym”, gdyż bezspornie przeczy teorii Karola Darwina, która zakładała, że w historii dziejów Ziemi organizmy żywe ewoluowały zawsze w trendzie rozwojowym.

Wnioski

1. Rozpoczęty w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku proces skretynienia populacji nadwiślańskiej nie tylko nigdy się nie skończył, ale z powodzeniem się pogłębiał, żeby już nowym stuleciu, szczególnie w okresie nazwanym przemiennie „epoką orlików”, „erą kultu salonu” bądź „erą zielonej wyspy”, zbliżyć się niebezpiecznie do granic debilnego absolutu.

2. Powstały wraz z początkiem okresu polskiej transformacji kurzo-mózgi gatunek z rodziny homo polonicus zwany „lemingiem polskim” (Seaman, 2010) nie tylko nie wyginął, ale wraz z postępującym skretynieniem środowiska miał się coraz lepiej, by się ostatecznie przemienić w kompletnie bezmózgą mutację „nadwiślańskich jamochłonów”.

3. Ten typ ewolucji stoi w ewidentnej sprzeczności z teorią rozwoju osobniczego gatunków Karola Darwina. Bowiem, o ile Darwin zakładał, że od zarania dziejów Ziemi, ewolucja organizmów żywych szła w kierunku rozwojowym, to w drugiej połowie okresu Trzeciej Rzeczypospolitej nastąpiło niewytłumaczalne dla nauki odwrócenie tego trendu.

4. Ponieważ użyta w tekście nazwa Homo Polonicus może implikować uogólniającą, a fałszywą tezę, że lemingi to tylko Polacy, utwierdzając niesłusznie Rodaków w zgubnym dla narodu kompleksie ich mniejszej wartości w stosunku do lepszych „europejczyków, chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że termin rodzajowy Homo Polonicus można śmiało stosować przemiennie z terminem Homo Europaeus.

5. Najbardziej zadziwiające i dotąd niewyjaśnione przez naukę jest jednak, iż pomimo genetycznego dryfu w kierunku form osobniczych coraz bardziej bezrozumnych, życie w rejonie Wisły toczy się w najlepsze.

A jednak Kaczyński! Pierwsze liczenie Tuska!

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

Jak podaje Rzeczpospolita, w ostatnich badaniach ulicznych PiS wyprzedziło PO. Badania przeprowadzano na grupie około dwóch tysięcy osób co dwa tygodnie. Trend wygląda na ustalony.

A więc jednak Kaczyński!!! Cała Polska patrzy na pierwsze liczenie Tuska.

jaroslawkaczynskiA ileż to razy na politycznym ringu rzeźnicy z Gazety Wyborczej bili Jarosława Kaczyńskiego (fot. Wikipedia) poniżej pasa, a sędziowie udawali, że tego nie widzą. Ileż nieczystych ciosów musiał przyjąć Prezes. Na korpus – od brutalnie faulujących dziennikarskich hien tefałenu: Olejnik, Kolendy-Zaleskiej, Lisa, Żakowskiego, Wołka, Szostkiewicza i nieustannie go punktujących jadowitą kpiną „satyryków” Szkła Kontaktowego. Ile okrutnych ciosów dostał na wątrobę – od zaprzedanych doktrynerów Platformy (komu?) doktrynerów z tytułami profesora: Markowskiego, Krzemińskiego, Czapińskiego, Śpiewaka, Nałęcza et consortes. Ileż trafień na szczękę odebrał – od politycznych rzezimieszków: Palikota, Nowaka, Sikorskiego – i podobnych im drabów. No i ta straszliwa seria brudnych ciosów jaką dostał w splot słoneczny – od tandemu do mokrej roboty Miller – Anodina.

Bili bezlitośnie, jak w bęben. A gdy się tylko zachwiał, z loży różowego salonu rozlegało się zdziczałe wycie: Złam mu szczenę!!! Wal go w potylicę!!! Skop mu tyłek!!! Wybij zęby!!! No bij!!! Zabij!!! Dorżnij!!! A że ludzi nietrudno podpuścić, rozpalona widownia wyła razem z nimi. A, gdy prezes schodził po walce do szatni, pluli na niego w przejściu obłąkany Niesioł i toksyczna Janka.

Nazajutrz Gazeta Wyborcza wybijała tłustą czcionką tytuły: „Ostateczny koniec mistrza”, „Już nigdy nie wróci na deski”. „Kaczyński na zawsze skończony”.

A ten znienawidzony przez post-komunistów „kurdupel z rozwiązaną sznurówką” za każdym razem się odradzał jak Feniks z popiołów. Odnowiony, rześki, gotowy do walki o Polskę.

Jak to możliwe? Zadają sobie pytanie ci, co go tyle razy mieli na widelcu, którzy już tyle razy witali się z gąską, którzy, gdy na Polskę spadła tragedia smoleńska zacierali ręce pewni, że tym razem już się nie podniesie.

Otóż odpowiedź jest prosta. Choć można Kaczyńskiego nie lubić, to nikt nie zaprzeczy, że pan Prezes, przy wszystkich jego wadach, posiada nadprzyrodzony polityczny instynkt, który go czyni niezniszczalnym mężem stanu urodzonym do roli przywódczej.

Wstydliwy rodowód popleczników Platformy – list do szeregowców PO

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

Coraz więcej osób zadaje sobie pytanie dlaczego, mimo serii kompromitujących wpadek, wciąż spora liczba potencjalnych wyborców zamierza głosować na partię, która nie potrafi rządzić. Otóż odpowiedź jest prosta. Ze strachu. Przed Kaczyńskim!!! – dopowiadacie Państwo chórem.

I tu się Państwo mylicie!!! Bo oni głosują za Tuskiem nie tyle ze strachu przed samym Kaczyńskim, co z obawy przed ujawnieniem PRAWDY, którą może zdemaskować prawica! A mówiąc dokładniej głosują tak ogarnięci lękiem, że narodowcy, jeśli przejmą władzę, zdemaskują ich prawdziwy rodowód. Rodowód zakłamywany od wielu pokoleń. 

Bo oni się boją jak ognia, by nie wyszło na jaw, że ich pradziadowie byli analfabetami, złodziejami, bandziorami spod ciemnej gwiazdy, wyzutymi z ludzkich uczuć oprawcami, którzy z zimną krwią mordowali każdego, kto się przeciwstawił ogarniającej Polskę pandemii komuny. Chodzi o to by się nikt nie dowiedział, iż władza Platformy oparta jest na kultywowanej z pokolenia na pokolenie ideologii przemocy, kłamstwa, fałszu i obłudy. 

Poza tym poplecznicy platformy doskonale wiedzą, że ich partia właśnie przekroczyła granicę bezkarności i jeśli utraci władzę, zostanie rozliczona za te wszystkie draństwa, na jakie naraziła Polskę. Dlatego zagłosują choćby na samego diabła, byleby tylko ukryć tę wstydliwą prawdę.

Uwaga! To co napisałem wyżej nie odnosi się do przyzwoitych ludzi, którzy stali się sympatykami Platformy przez przypadek, gdyż dali się nabrać na te wszystkie brednie, jakie obiecywał Premier. Bo tacy też są w partii Tuska, lecz na szczęście ostatnio, co widać w sondażach, poszli po rozum do głowy.

Proszę mi teraz pozwolić, że przypomnę jak to było. Pieta polska rozpoczęła się w Jałcie, kiedy w wyniku zdradzieckich ustaleń Wielkiej Koalicji, okupację hitlerowską Polski zastąpiono aneksją sowiecką. W efekcie, nasze społeczeństwo zostało po wojnie podzielone na hołdującą polskiej tradycji mniejszościową frakcję patriotyczno-narodową oraz większościowy i bezideowy trzon komuszo-ubecki, zaprzedany bez reszty rodzącej się pro-sowieckiej władzy.

W tym układzie, w czasach stalinowskich (lata 40/50) władza w Polsce przeszła w ręce analfabetów przerzucanych masowo z zacofanej wsi do miasta celem wyniszczenia resztek inteligencji o korzeniach przedwojennych. Tym samym rozpoczęto trwający de facto do dnia dzisiejszego proces sowietyzacji Polski realizowany metodą konsekwentnej demoralizacji polskiego społeczeństwa. Brano głównie niepiśmiennych wykolejeńców, bandziorów i degeneratów, bo prawdziwi chłopi mielili swoją godność, która wykluczała przejście na stronę czerwonych.

Uwaga! W tym miejscu chciałbym podkreślić, że w żadnym razie nie zamierzam deprecjonować en mass ludzi pochodzących ze wsi. Wieś polska, także w tamtym czasie, wydała wielu wspaniałych Polaków. Byli to jednak synowie starych chłopskich rodów walczących o polskość pod hasłem BÓG HONOR OJCZYZNA wyhaftowanym na swoich sztandarach. Niestety ta wierna Polsce część społeczności wiejskiej stanowiła jedynie znikomy procent masy chłopskiej, która, nie ma, co ukrywać, zdemoralizowana okupacją hitlerowską, bez skrupułów przeszła na współpracę z czerwonymi.

W miastach pobudowano dla tego motłochu bloki, które się motłochowi zdały pałacami. Potem umożliwiono motłochowi ukończenie szkoły podstawowej, co ten uznał za awans społeczny. Z czasem, ta z grubsza okrzesana w hotelach robotniczych hałastra o mózgach przeżartych bimbrem i syfilisem przepoczwarzyła się w coś w rodzaju „przyzakładowych wierchuszek”. To wtedy powstała rządząca ówczesną Polską klasa renegatów bez określonego rodowodu i moralnego kręgosłupa nazwana „władzą ludową”. Jednocześnie czerwona propaganda tłukła tej gawiedzi do głowy, że swój awans zawdzięcza dbającej o jej interesy pro-sowieckiej władzy, co się zakodowało w mózgach tych wykolejeńców w formie bezwolnego oddania i ślepej wdzięczności dla komuny.

To ci właśnie ludzie stanowili wierny Stalinowi pierwszy rzut Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. To ich mianowano trzęsącymi krajem sekretarzami, ministrami podległego Moskwie rządu, rektorami wyższych uczelni, dyrektorami przedsiębiorstw, komendantami milicji i współpracownikami Urzędu Bezpieczeństwa. To oni mordowali w nierównej walce „żołnierzy wyklętych” poddając ich przed śmiercią straszliwym prześladowaniom i torturom. To oni wydawali wyroki śmierci na akowców dopilnowując by je wykonano.

W następnym pokoleniu nazywanym okresem gomułkowskim (lata 60-te), dzieci zdegenerowanej komuszej wierchuszki zrobiły już maturę, co dało zaczyn tak zwanej „nowej inteligencji”, drastycznie odmiennej kulturowo od inteligencji przedwojennej. Tu skłaniałbym się ku zastąpieniu terminu „nowa inteligencja” określeniem „klasa ludzi wykształconych w pierwszym pokoleniu” charakteryzujących się atawistycznym parciem do kariery bez żadnych hamulców natury moralno etycznej, a także wypływającą z kompleksów nienawiścią do ludzi kultury wysokiej.

W epoce Gierka (lata 70-te) „nowa inteligencja” dzięki komuszym układom pokończyła studia i objęła praktycznie wszystkie kluczowe stanowiska w Państwie. W ten sposób powstała kasta „komuszej arystokracji” wyraźnie uprzywilejowanej w stosunku do pauperyzowanej reszty społeczeństwa, która odmawiała kolaboracji z komuną. Już wtedy można było zauważyć oznaki buty intelektualnie nowobogackich arogantów, których Ludwik Dorn wyjątkowo trafnie nazwał „klasą wykształciuchów”. To wtedy powstały komusze koterie, które nieprzychylnych komunie zepchnęły na margines egzystencji. To wtedy ukonstytuowała się doktryna, że lewactwo to cnota i sposób na życie.

W kolejnym pokoleniu „Solidarności i Okrągłego Stołu” (lata 80/90), skażeni genetycznie sentymentem dla komuny wnukowie służalców Stalina stworzyli podwaliny Trzeciej RP. To spośród nich formowano szeregi Zmotoryzowanych Oddziałów Milicji Obywatelskiej (ZOMO), to nimi obsadzano struktury WSI i służb specjalnych, spośród nich werbowano tajnych współpracowników SB, to oni poparli wprowadzenie stanu wojennego ogłaszając generała Jaruzelskiego mężem stanu. To oni po „upadku komuny” zablokowali lustrację. To spośród nich wyrósł Adam Michnik, który wziął na siebie kontynuację procesu demoralizacji i niszczenia tożsamości narodowej Polaków przy pomocy Gazety Wyborczej, by się ostatecznie przy pomocy Geremka, Kuronia i Mazowieckiego dogadać z komunistami przy okrągłym stole. To wtedy postała zabójcza dla Polski oś Czerska – Ordynacka. To wtedy Adam Michnik wespół z Cimoszewiczem przekonali Polaków by wybrali Prezydentem Aleksandra Kwaśniewskiego stawiając tym samym post-komunistów u władzy de facto do dnia dzisiejszego.

To wtedy Polska znów pękła na pół, rozpadając się na „lewacko” post-komunistyczną i „prawicowo” patriotyczno-solidarnościową.    Aż nadeszły nasze czasy (pokolenie lat 2000/2010) naznaczone przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej pod rządami SLD, krótkim okresem rządów braci Kaczyńskich zwanym Czwartą RP, a w ostatnim pięcioleciu zdominowane przez rządy Platformy Obywatelskiej pod wodzą Donalda Tuska, namazanego przez post-komunistów na „wiecznego premiera”.

Po czasie wyszło na jaw (OFE, refundacja leków, ACTA, sport, autostrady, kolejnictwo, reforma emerytalna…), że mamy rząd, który nie potrafi rządzić.

A mimo to Platforma Obywatelska nadal prowadzi w sondażach. Dlaczego? Bo, jak już wspomniałem, ma za sobą głosujący wbrew logice post-komuszy elektorat, który jak diabeł święconej wody boi się każdej nowej władzy, która mogła by zdemaskować ich rzeczywiste korzenie.

Ale nawet ich trzeba było jakoś przekonać do coraz bardziej nieudolnych poczynań Platformy. I znowu do akcji wkroczył rezydujący przy ulicy Czerskiej redaktor gazety nie bez powodu nazwanej Wyborczą. Sprytny guru mentalnie nowobogackich snobów „różowego salonu III RP” doskonale znał odbierającą rozum moc utwierdzenia „wykształciucha” w przekonaniu o przynależności do „ELITY”. Pan redaktor wiedział, że jak takiemu powie, że należy do crême de la crême III RP, to on nie dość, że w to głęboko uwierzy, to jeszcze będzie owego wyróżnienia bezkrytycznie bronił do upadu. Więcej, że taki delikwent zrobi dosłownie wszystko, byle się świat nie dowiedział, co sobą reprezentuje naprawdę.

Jednocześnie doktrynerzy Platformy rozpętali gigantyczną nagonkę na opozycję prawicową, a Gazeta Wyborcza wyprodukowała tysiące artykułów mających przekonać Polaków, że: prawicowiec to oszołom; historia to zbytek; narodowa tożsamość to antysemityzm; polska tradycja to ksenofobia; honor to przeżytek; moralność to frajerstwo; wiara to ciemnogród; rodzina to anachronizm… i tak dalej. 

W efekcie, choć gospodarczo poszliśmy do przodu, w post-komuszej Polsce nastąpiła dramatyczna cofka kulturowa, a „intelekt” modelowych popleczników Tuska niewiele się już różni od opisanego w „Malowanym Ptaku” Kosińskiego.

A obłuda wyzutej z wrażliwości Platformy sięgnęła niedawno przysłowiowych szczytów, kiedy ta załgana partia bez cienia skrupułów przywłaszczyła sobie chwałę za usankcjonowanie „Narodowego Dnia Żołnierzy Wyklętych”. Czy można sobie wyobrazić podlejszą obłudę niż wylewanie krokodylich łez nad losem żołnierzy zamordowanych przez przodków tych, którzy te łzy ronią??? Toż to już nie chichot historii, ale historyczna paranoja!!! I tylko patrzeć, jak potomkowie oprawców zaczną stawiać pomniki wymordowanym przez ich dziadów ofiarom.

Wielu przyzwoitych ludzi zadaje sobie pytanie, czy ludziom Platformy nie wstyd, że gnębiąc opozycję prawicową zdeptali polityczny obyczaj. Że w dążeniu do partyjnej hegemonii sięgają do przestępczych metod. Że wprowadzili w Polsce prawo dżungli. Że kto silniejszy, ten lepszy. Że cham chama chamem pogania. Że znowu wpędzono Polskę w monstrualne długi. Że śledztwo smoleńskie bez zmrużenia oka oddano sowietom. Że Polaków protestujących pod stocznią nazwano wyjącym bydłem. Że bezczeszczono modlących się ludzi. Że usunięto wszystkich niewygodnych, choć byli genialnymi fachowcami… długo można by wymieniać. 

Więc pytam. A czegoż można się było spodziewać po prawnukach renegatów stalinowskiej władzy??? Czegoż można było oczekiwać po potomkach popleczników Bieruta, Gomułki, Gierka, Moczara, Jaroszewicza, Rakowskiego, Jaruzelskiego, Urbana, Michnika, na Donaldzie Tusku kończąc??? Co ci ludzie mogli wynieść z domu prócz prostactwa i służalczości wobec Moskwy? Poza wrodzoną żyłką do cwaniactwa, złodziejstwa, opilstwa i nieróbstwa??? Siła genów jest ogromna!!! Wciąż rządzą nami osobnicy wyzuci z wrażliwości i poczucia przyzwoitości. Ja znam tę kategorię ludzi, gdyż pamiętam, jakimi metodami zaszczuto na śmierć mojego ojca w latach pięćdziesiątych. A potem obserwowałem jak dzieci, wnuki i prawnuki tych oprawców przekazywały sobie z pokolenia na pokolenie co lukratywniejsze stanowiska w Państwie. 

Ale wróćmy, jeszcze do czasów powojennych. Otóż prawie wcale nie mówi się o tym, że wtedy, obok Żołnierzy Wyklętych, którzy stanęli do walki z komuną pod bronią, do walki z czerwoną zarazą stanęli także Polacy, których orężem zamiast karabinów była ich uczciwość i postawa życiowa wyrosła z tradycji tysiącletniej Rzeczpospolitej. Mam na myśli tych, których w czasach stalinowskich nazywano „zaplutymi karłami reakcji”, za Gierka „wichrzycielami”, po okrągłym stole „oszołomami”, „nieudacznikami” i „ksenofobami”, kończąc na tych, których już w naszych czasach premier Tusk nazwał pogardliwie „moherowymi beretami”, czytaj ludźmi gorszej kategorii. 

Chodzi mi o szeroko pojętą prawicę, albo, jak kto woli kilka milionów przyzwoitych ludzi, którzy nie dali się zgnoić komunie, ludzi mających poczucie godności, którzy poświęcili kariery i zbytki w służbie Polsce. Tych, którzy do dnia dzisiejszego nie ustali w walce z pogrobowcami komuny. Tych bezimiennych, skromnych, cichych bohaterów, których walka z czerwonym łajdactwem polegała na tym, że nigdy nie wstąpili do PZPR, za żadną cenę nie dali się zwerbować bezpiece, nie dali się kupić za talon na meblościankę, nie zdradzili ideałów Solidarności, a potem, w imię wartości wyniesionych z domu, jak od zarazy stronili od zawłaszczających Polskę różowych siewców nowego porządku. 

Długo się zastanawiałem, jakimi słowy można by uhonorować i wyrazić wdzięczność dla tych wspaniałych Polaków i pięknych umysłów.Pisałem, kreśliłem, odkładałem zmięte kartki i próbowałem od nowa. Ale wciąż czegoś brakowało, wciąż było za mało.Aż mi Pan Bóg podsunął refren ballady Reinharda Mey’a: 

Błogosławieni ci Nadłamani, ale Nieugięci
Poplątani, w siebie wpełznięci,
Ci Odrzuceni, Przygnębieni, Przygarbieni.
Do ściany Przyciśnięci.
Błogosławieni ci Szaleni.  

Moim zdaniem słowa tego pięciowiersza wiernie oddają stan ducha milionów uczciwych Polaków, którzy nie bacząc na szykany, krzywdy i ostracyzm ze strony post-komuszych rządów nie ustali w walce z czerwoną pandemią do dnia dzisiejszego. 

Błogosławieni ci Nadłamani, ale Nieugięci

W czasach stalinowskich nadłamywano ich terrorem władzy ludowej i Urzędu Bezpieczeństwa, za Gierka próbowano skruszyć skazywaniem na pauperyzację, w czasie Solidarności, a później stanu wojennego zastraszano ich oddziałami ZOMO i ścieżkami zdrowia, w czasie okrągłego stołu kuszono konfiturami za przejście na stronę różowych, a za rządów Tuska dyskryminowano ich szantażem poprawności politycznej.   Lecz mimo to ci odważni ludzie byli nieugięci, choć już w „wolnej” Polsce przychodzi im za to płacić statusem obywateli drugiej kategorii. I to nie są, jak się błędnie sądzi, tylko ludzie Kaczyńskiego i Ziobry, których ogarnięta paniką Platforma chce wyłączyć z polityki stawiając przed Trybunałem Stanu. To jest wielomilionowe, prawicowe, patriotyczno-solidarnościowe skrzydło polskiego społeczeństwa, które w imię wartości wyniesionych z domu nigdy się zbratało z czerwonymi.  

Poplątani, w siebie wpełznięci

Tak. Ale czyż można się temu dziwić? Przecież tylko ucieczka w siebie mogła być ratunkiem dla kochających Polskę uczciwych i wrażliwych ludzi, gdy patrzyli na to wszystko, co się działo z Polską. 
Bo choć kraj wypiękniał, choć żyje się lepiej i wygodniej, choć sklepy są pełne i za pieniądze można dostać wszystko, coś się stało złego z naszą polską duszą. Polska krwawi, mimo, że jest wolna. Dlaczego? Bo wciąż kilka milionów Polaków czuje się pod rządami Tuska intruzami we własnej Ojczyźnie. 

A jak patrzę na te wszystkie świństwa, które od pięciu lat wyrządza Polsce obóz władzy, coraz częściej myślę, że chyba nawet za komuny nie było aż tak źle. Tę samą opinię coraz częściej słyszę od moich znajomych. 

Gorzkie to stwierdzenie, ale trzeba sprawiedliwie przyznać, że czerwoni przynajmniej stwarzali pozory, że liczą się z ludźmi. Natomiast arogancja, bezczelność i buta Platformy sprawiają, iż coraz częściej dochodzę do wniosku, iż ta partia w pomiataniu ludźmi i oszukiwaniu społeczeństwa posuwa się znacznie dalej, niż niegdyś Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. A tylko patrzeć jak do nich dołączy Alibaba Palikot i jego czterdziestu zdegenerowanych rozbójników. 

Przygnębieni, przygarbieni, do ściany Przyciśnięci

A jacy mogą być wrażliwi i prawi ludzie wobec otaczającego ich zewsząd prostactwa, draństwa, chamstwa, bezguścia i coraz powszechniejszego odmóżdżenia??? Bo modelowy zwolennik Platformy to przebrany w szaty kultury wysokiej euro-burak, albo lepiej jamochłon, któremu do życia wystarcza otwór gębowo-odbytowy, karta kredytowa, plazmowy telewizor na ścianie i świadomość, że jest „lepszy” od „gorszej” reszty. To tacy jak on nie zdejmują nogi z gazu, gdy na zebrę wchodzi matka z dzieckiem, a na „wytwornych” rautach salonu III RP łokciami się przepycha do żarcia, jakby po raz pierwszy w życiu widział szynkę. Tylko tyle Polska odziedziczyła w spadku po komuszo-ubeckich antenatach kasty, która dziś pomiata uczciwymi Polakami!!! 

Czastuszki (Bierut), pieśni o Stalinie (Gomułka) – Festiwal Piosenki Radzieckiej (Gierek) – subkultura disco polo (Kwaśniewski) i zagnieżdżone w wielkich miastach napływowe „towarzystwo” wzajemnego zachwytu nad samymi sobą, vide: blog RRK i „Drugie śniadanie mistrzów” (Tusk et consortes). Oto „kulturowy” dorobek post-komuszych „elit”. 

I choć nie ma już wojsk sowieckich w Polsce, choć mamy już, przynajmniej na papierze wolność i demokrację, to komuna w Polsce nie do końca upadła.   W efekcie ludzie znów boją się politykować na głos w kawiarni, w pracy, ba, nawet przy rodzinnym stole. Boją się, bo wiedzą, że jedno krytyczne zdanie o Tusku i jego Platformie grozi ostracyzmem, towarzyską banicją, odsunięciem od konfitur, z wyrzuceniem z pracy włącznie. 

W czasach stalinowskich ludzie bali się słuchać Radia Wolna Europa. A dzisiaj ich prawnuki lękają się przyznać w pracy, że czytają prasę prawicową, żeby ich mianowany przez Platformę szef nie pozbawił premii. Gorzej! Mediom niepokornym wobec rządu zabiera się prawo do emisji. Więc pytam. Gdzie ta wolność??? Gdzie ta demokracja??? A potem rządzący się dziwią, że ludzie wciąż śpiewają: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie!”. 

Znowu powróciła konspiracja. Do dzisiaj pamiętam jak w latach pięćdziesiątych mama przysłaniała okna i obijała ściany kilimami, bo ubecy byli wszędzie, jak w czasie Solidarności z duszą na ramieniu nosiłem ulotki, jak w stanie wojennym robiłem po kryjomu paczki dla internowanych. A dzisiaj? Gdy mowa o polityce, w kawiarniach ludzie znowu przyciszają głos i przysłaniają dłonią usta podając sobie pod stołem odbite na ksero wycinki z prasy politycznie niepoprawnej. Nie o taką Polskę walczyli uczciwi Polacy! Nie o taką! 

Błogosławieni, ci Szaleni

Ostatnio coraz częściej się słyszy opinię, że odkąd Tusk przejął władzę, skończyła się Polska. Że już wszystko przepadło, bo piarowcom Platformy udało się wszczepić w polskie mózgi przeświadczenie, iż na platformerskie rządy nie ma siły, a ci, którzy nadal walczą o prawdziwie wolną Polskę to ludzie szaleni. 

Otóż, nie dajmy się zwieść tym komuszym podszeptom. Bo gdyby tak na to patrzeć, to trzeba by uznać, że powstańcy warszawscy byli nieodpowiedzialnymi wariatami, co nam nota bene przez całe dekady próbowali wmówić komuniści. A jednak mamy Muzeum Powstania Warszawskiego zbudowane jako symbol bohaterstwa i mądrości powstańców, którzy stanęli do walki o Polskę zdawało się w beznadziejnych i nie wartych ofiar okolicznościach. 

Podobnie było, kiedy się rodziła Solidarność. Czerwona propaganda też wmawiała wtedy ludziom, że strajkujący Polacy to nieodpowiedzialni szaleńcy, którzy się porywają z motyką na słońce, bo Moskwa nigdy nie da zgody na upadek komunizmu w Polsce. I co? „Niemożliwe” po raz wtóry stało się możliwym. 

I podobnie jest teraz. Po raz trzeci wyniszczająca Polskę post-komusza szajka tłucze Polakom do głowy, że tylko Platforma może nam dać szczęście, a ci, którzy są odmiennego zdania to oszołomy i szaleńcy. 

I znowu, właśnie ci „błogosławieni szaleńcy” są ostatnią nadzieją na prawdziwie wolną Polskę. Bo tylko oni, z pomocą mądrej części społeczeństwa, mogą nas wyzwolić z post-komuszych szponów. 
I trzeba to zrobić niezwłocznie! Nim będzie za późno! 

Czy pamiętacie jeszcze słowa refrenu hymnu Polski Podziemnej??? Nie? Więc przypominam: 

Do broni! Jezus Maryja! Do broni!!! 

Bo Palikot obrasta w piórka, za węgłem Ordynackiej już się czai do skoku odchudzony Kwaśniewski, a na Czerskiej, Michnik od rana do nocy główkuje nad nową receptą na uległą wobec Moskwy Polskę.

Nabrani przez redaktora

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

Dedykowane opiniotwórczemu grajdołowi intelektualistów z pewnej elitarnej plaży w Juracie

Dwudziestego pierwszego grudnia 2010, w Kubie Dziennikarza „Pod Gruszką” w Krakowie, miałem zaszczyt uczestniczyć w nad wyraz interesującym spotkaniu z panem profesorem Andrzejem Nowakiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
 
Jednym z tematów spotkania był problem wytłumaczenia genezy postępującej zapaści standardów polskiego dziennikarstwa, a pośrednio próba wytłumaczenia zjawiska irracjonalnie wysokich notowań Platformy Obywatelskiej w świetle nieudacznych poczynań Rządu Donalda Tuska. Dyskutowano także o bezrozumnie bezkrytycznej postawie „dziennikarzy nowej generacji” wobec tych zjawisk, łącznie z przyzwoleniem na degradację i brutalizację życia publicznego.
Profesor Andrzej Nowak zarysował szereg niezwykle interesujących z naukowego punktu widzenia tez związanych z wyjaśnieniem przyczyn tego stanu rzeczy.
 
Chciałbym dodać również kilka swoich uwag do tej dyskusji, w oparciu o moje nie tyle naukowe, co życiowe doświadczenia, głównie z krakowskiego podwórka.
Otóż wydaje mi się, że jedną z najważniejszych, o ile nie najważniejszą przyczyną wspomnianego stanu rzeczy jest zabieg socjotechniczny, który na swój prywatny użytek zwykłem nazywać „awansem społecznym bis”.
Jak starsi pamiętają, a młodsi niestety już nie, gdyż nie mieli się skąd o tym dowiedzieć, w latach powojennych (lata 40/50) komuniści dokonali bardzo sprytnej socjologicznej sztuczki. Z zacofanej i zabiedzonej prowincji przerzucono wtedy do miast rzesze prostych i nie wykształconych ludzi. Brano głównie tych „nijakich”, gdyż prawdziwy chłop ziemi nie chciał opuścić.
W miastach, zazwyczaj w pobliżu zakładów przemysłowych, pobudowano dla nich nowe dzielnice, a w nich bloki z wielkiej płyty, które im się zdały pałacami. Potem im umożliwiono zrobienie zaocznej matury, co oni uznali za awans społeczny. Ci właśnie ludzie, z grubsza okrzesani w hotelach robotniczych i temu podobnych ośrodkach krzewienia kultury masowej, przepoczwarzyli się z czasem w coś w rodzaju „przyzakładowych wierchuszek”. Słowem ni pies, ni wydra, albo, jak kto woli zdegenerowany twór bez rodowodu. Jednocześnie komunistyczna propaganda przypominała im bezustannie, że swój awans zawdzięczają dbającej o ich interesy władzy ludowej, co się w ich świadomości zakodowało na trwałe w formie ślepej wdzięczności dla komuny. To ci właśnie ludzie stanowili służący wiernie stalinowskiemu reżimowi pierwszy rzut zasilający szeregi PZPR, milicji i urzędu bezpieczeństwa.
 
W następnym pokoleniu (lata 60/70), ich dzieci pokończyły już częściowo studia tworząc grupę „nowej inteligencji”, drastycznie odmiennej kulturowo od ideałów inteligencji „starej” wywodzącej się z czasów przedwojennych. Tu skłaniałbym się ku zastąpieniu terminu „nowa inteligencja” określeniem „klasa ludzi wykształconych w pierwszym pokoleniu”. Ta grupa społeczna od inteligencji „starej” różniła się głównie tym, iż nie wyniosła z domu praktycznie żadnych głębszych wartości. I choć nieźle wykształcona zawodowo, nie miała, świadomości, bądź jej nie dopuszczała, iż jest genetycznie skażona piętnem służalczej wdzięczności wobec komunistów, którzy umożliwili ich ojcom społeczny awans. Myślę, że to ci właśnie ludzie poparli, a jeszcze żyjący nadal popierają wprowadzenie stanu wojennego traktując generała Wojciecha Jaruzelskiego jako męża stanu. I w pewnym sensie nie można ich za to winić, gdyż tak ich po prostu wychowano.
 
Po upadku komuny wydawało się przez moment, że nastąpi odrodzenie prawdziwych polskich elit. Otóż nic bardziej złudnego, gdyż proces ten skutecznie storpedowali zbałamuceni przez pewnego redaktora wnukowie tych, których w latach 40/50 przesiedlono do miast.
W tym przypadku, ten genetycznie służalczy, tym razem wobec post-komuny, materiał ludzki został wykorzystany, trzeba przyznać genialnie, przez owego redaktora poczytnej Gazety. Mechanizm był identyczny jak w okresie powojennym, czyli utwierdzenie ludzi w poczuciu społecznego awansu.
Mechanizm psychologiczny tej chytrej sztuczki jest następujący.
Otóż, jeśli garbatemu powiedzieć, że się prosto trzyma, to, choć wie, że tak nie jest, chętnie w to uwierzy. Jeśli szarej myszce ktoś powie, że wygląda jak hollywoodzka gwiazda też się nie oprze pokusie uwierzenia w tę oczywistą nieprawdę. Podobnych przykładów można mnożyć wiele.
 
O ile sztuczka z „awansem społecznym prim” (tata 40/50) polegała na utwierdzeniu prostych i nie wykształconych ludzi w przekonaniu, że przynależą do lepszej od reszty społeczeństwa awangardy władzy ludowej, to trik z „awansem społecznym bis” (po upadku komuny) polegał na utwierdzeniu ich już z grubsza okrzesanych i lepiej wykształconych wnuków w poczuciu, iż przynależą do grupy światlejszych i bardziej od reszty społeczeństwa postępowych ELIT. W pierwszym przypadku wykorzystano ciemnotę i niedouczenie, w drugim próżność, pychę i kompleksy ludzi, których na swój prywatny użytek nazywam „intelektualnie nowobogackimi”.
 
Bezsprzecznie genialny redaktor wspomnianej Gazety doskonale znał odbierającą rozum magiczną moc utwierdzenia „nowobogackiego inteligenta” w przekonaniu o przynależności do krajowej elity. Pan redaktor wiedział, że jak takiemu powie, że przynależy do crême de la crême III Rzeczypospolitej, to on nie dość, że w to głęboko uwierzy, to jeszcze będzie owego społecznego awansu (bis) bezkrytycznie bronił do ostatniej kropli krwi. Więcej, w obawie przed utratą nowego statusu wyróżniającego go ponad resztę „ciemnego” społeczeństwa, taki delikwent zrobi dosłownie wszystko, byle się świat nie dowiedział, co sobą reprezentuje naprawdę. I tu moim zdaniem leży tajemnica irracjonalnie wysokich notowań obecnie rządzącej partii, popieranej w znakomitej większości przez takich właśnie ludzi. Popierających bezkrytycznie, w obawie, że ewentualny upadek tej partii grozi weryfikacją elit, co dla nich oznaczałoby możliwość utraty ich awansu społecznego (bis).
 
Tu jednak pragnę dobitnie zaznaczyć, że tych ludzi nie należy, broń Boże, społecznie dyskryminować. Jest to grupa niekwestionowanej inteligencji. Trzeba im tylko uświadomić, jak im zawrócono w głowach. Że dali się nabrać wspomnianemu redaktorowi, iż przynależą do grupy społecznej, która jest bardziej światła, więc de facto lepsza niż reszta „obciachowej ciemnoty”.
 
Tu ważną rolą dziennikarzy jest wytłumaczenie im, że choć w większości przypadków kulturalni i całkiem nieźle wykształceni, stanowią jednakże grupę inteligencji p r z e c i ę t n e j, której daleko do krajowych elit. Więcej, trzeba ich przekonać, że utrata bądź wyrzeczenie się ich nieuprawnionego statusu (przynależności do elity) to nie żadna klęska, ale wręcz przeciwnie, powrót na sprawiedliwie im przynależny szczebel w hierarchii społecznej. Że jeśli się z tym pogodzą, staną się bardziej autentyczni, a co za tym idzie bardziej wiarygodni. Że nie będą się już musieli już bać o utratę nienależnego statusu. Że nie będą już musieli brnąć w zakłamanie. No i co najważniejsze, będzie im wtedy łatwiej się porozumieć z resztą społeczeństwa, że staną się znowu częścią narodowej wspólnoty. Może to właśnie tędy wiedzie droga do pojednania Polaków?
 
Dlatego uczciwi dziennikarze powinni obecnie zrobić ruch wyprzedzający i stanąć na głowie by obnażyć kompleksy, zakłamanie, płytkość ideową i pretensjonalność „elit” III RP. Jeśli się tego uda dokonać, stojąca na glinianych nogach doktryna Donalda Tuska i jego kolegów z boiska piłkarskiego rozpadnie się jak domek z kart, co powinno otworzyć drogę do pojednania Polaków.
Rodzi się, więc pytanie, jak to zrobić?
Myślę, że desperackie próby zaprzeczania kłamliwemu stereotypowi, że „PIS to obciach” są drogą do nikąd. Ludziom tak zamieszano w głowach, że każda próba zmiany gęby przyprawionej PISowi jest obecnie zdana na niepowodzenie, a wszelkie kroki w tym kierunku działają na korzyść partii rządzącej.
 
Uważam, że naczelnym obecnie zadaniem uczciwych dziennikarzy, zarówno tych z prawej, jak i z lewej strony jest d e m a s k o w a n i e, wszystkimi możliwymi sposobami, r z e c z y w i s t e j jakości post-komunistycznych elit III RP.
Trzeba bezlitośnie obnażać ich prawdziwy rodowód, mierny poziom, zakłamanie, miałkość ideową i bezpardonową hipokryzję. Bezlitośnie i konsekwentnie demaskować, ale, co bardzo ważne, bez agresji, starając się unikać nadmiernego patosu i nut martyrologicznych, co bardzo drażni i zniechęca młodych.
 
Wiem, że to trudna i „niebezpieczna” gra, czego najlepszym przykładem może być Waldemar Łysiak, który kilkanaście lat temu odważył się zdemaskować kulisy różowego salonu. W efekcie nazwisko jednego z najbardziej poczytnych współczesnych polskich pisarzy zostało dosłownie wymazane z mediów.
 
Przekonałem się również o tym na własnej skórze. W roku 1995, na drugi dzień po wyborze Aleksandra Kwaśniewskiego na Prezydenta, kiedy rankiem ogłoszono oficjalne wyniki, w odruchu desperacji napisałem coś w rodzaju listu otwartego, który wręczyłem wybranym znajomym z krakowskich kręgów biznesowych, artystycznych i naukowych.
Oto jego tekst:
 
W dniu zwycięstwa „Olka” pragnę pogratulować bezspornego sukcesu wszystkim zwolennikom grubej kreski, którzy pozostawili postkomunistów u władzy de facto na kilka pokoleń.
Gratuluję również elitom naszej partii inteligenckiej, która przez kilka lat wmawiała Polakom, że to już nie ci sami komuniści. Największe gratulacje należą się jednak panu Adamowi Michnikowi i jego gazecie za to, że nawołując razem z panem Cimoszewiczem do pojednania przekonali ludzi do głosowania na postkomunistów.
To nie naród należy winić za to, co się stało z polską 19-go listopada 1995
 
Krzysztof Pasierbiewicz                                                                             Kraków, 20 listopada 1995
 
Reakcją na ten list był graniczący z furią ostracyzm krakowskiego salonu wpływu, a także dystans ze strony przyjaciół bojących się salonowi narazić.
W efekcie, o ile przez całe lata dostawałem rokrocznie kilkadziesiąt zaproszeń do różnych krakowskich salonów, po moim liście zaproszenia prawie się urwały, z wyjątkiem kilku najbliższych przyjaciół, którzy mnie wciąż zapraszają okupując to jednak stresem i widocznym w ich oczach strachem bym przypadkiem nie wystrzelił z czymś politycznie niepoprawnym.
Nie było to miłe doświadczenie, ale pozwoliło mi się przekonać naocznie, że tak zwany „salon” to rodzaj „loży” ze świetnie zorganizowanymi nieformalnymi strukturami, której orężem jest zmowa milczenia i tak zwane przyprawianie gęby.
Bo kiedy dziesięć lat później mój list opatrzony tytułem „Nabrani przez redaktora” przedrukował „Newsweek” (Nr 20/2005) okrzyczano mnie natychmiast lokalnym „PISowcem”, choć nawet nie wiedziałem, gdzie ta partia ma swoją siedzibę w Krakowie.
Już wtedy jakakolwiek krytyka pod adresem obozu wywodzącego się z pnia Unii Demokratycznej kończyła się okrzyknięciem krytykującego PISiorem, oszołomem, ciemniakiem, a ostatnio obciachowym szaleńcem.
 
W efekcie doszło do sytuacji iście kuriozalnych.
Podam dość zabawny przykład.
Otóż od czasu, kiedy swoje poglądy ogłosiłem publicznie, jedna z moich przyjaciółek zaczęła wydawać imieniny w dwu turach. Przyczyną był szantaż krakowskich salonowców polegający na tym, że jeśli ktoś się odważył zaprosić osobę „politycznie niepoprawną” zostawał z automatu usunięty z towarzystwa. Ponieważ mojej wieloletniej przyjaciółce w żaden sposób nie wypadało mnie nie zaprosić, zaczęła urządzać imieniny dwuetapowo. Salonowców zapraszała w pierwszej, a mnie w drugiej turze, na którą dopraszała ludzi spoza „towarzystwa”.
Najsmutniejsze jest jednak to, że robiła to ze strachu przed zemstą salonu, narażając na szwank wieloletnią przyjaźń.
 
A wmawia się ludziom, że to Kaczyńscy podzielili Polaków.
Nic bardziej pokrętnie kłamliwego. Dlatego rzetelni dziennikarze powinni uparcie przypominać, że Polaków podzielił już w roku 1995 wspomniany redaktor wpływowej Gazety wraz z pewnym miłośnikiem białowieskich żubrów. To wtedy Polska pękła na pół, rozpadając się na „lewacko” post-komunistyczną i „prawicowo” patriotyczno-solidarnościową, a resztki prawdziwej inteligencji udały się na emigrację wewnętrzną, na której pozostają do dzisiaj.
I tu mam kolejny apel do dziennikarzy myślących z autentyczną troską o Polsce.
Trzeba koniecznie uaktywnić stojącą świadomie z boku sceny politycznej awangardę inteligencji wywodzącej się z tradycji przedwojennych. To wielki potencjał intelektualny. Muszą to jednak zrobić dziennikarze, bo politycy dowiedli, że tego nie potrafią.
 
Ale jak? – zapytacie. Podpowiadam. Uczmy się od wspomnianego redaktora wszechwiedzącej niegdyś gazety.
I tu zwracam się do rzetelnych dziennikarzy, niekoniecznie prawicowych. Trzeba pisać PRAWDĘ! Pisać! Pisać! I jeszcze raz, pisać! Do znudzenia. Świetny wzór przytoczył w Klubie Dziennikarza Pod Gruszką pan profesor Nowak, który przypomniał setki artykułów w sprawie Jedwabnego zamieszczonych na łamach Gazety Wyborczej w ciągu zaledwie kilku miesięcy.
A więc piszcie śmiało, dziesiątki, setki artykułów nawet, gdy tak zwane „oświecone” gremia będą was regularnie opluwać, niszczyć i wyszydzać. Piszcie prawdę! Odważnie! Nie bacząc, że inteligencja z awansu zrobi wszystko by zabić naruszających podstawy jej egzystencji posłańców złej nowiny. Więcej, uczcie młodych kolegów cywilnej odwagi oraz odporności na niesprawiedliwą krytykę i wredną intrygę.
 
Wielu komentatorów zastanawia się nad genezą szerzącej się w Polsce plagi nienawiści, przybierającej często formy wręcz wynaturzone. „Oświecone” media konsekwentnie oskarżają o ten stan rzeczy Jarosława Kaczyńskiego wmawiając Polakom, że to on jest powodem wszelkiego zła. A prawda jest taka, że to nie Jarosław Kaczyński sieje nienawiść, lecz ci, którzy się panicznie boją, że zostaną przez niego zdemaskowani. Bowiem zdają sobie sprawę, że ten człowiek jest na tyle zdolny i odważny, iż może tego dokonać. Stąd ich patologicznie nienawistna agresja. Moim zdaniem ten sam rodzaj strachu zrodził ideę grubej kreski, wywołał zaciekły opór przeciwko lustracji, a obecnie stymuluje coraz to bardziej pokrętne próby usunięcia Jarosława Kaczyńskiego ze sceny politycznej.
 
Co zatem robić?
Trzeba niezbyt chlubnym wzorem „Szkła kontaktowego” zacząć wykpiwać mentorstwo panów Wajdów, obleśność panów Kutz’ów, nienawistne zaplucie panów Bartoszewskich, antypisowskie fobie panów Niesiołowskich, chamstwo, pretensjonalne stroje i fryzury panów Palikotów, żałosne anegdoty panów Żelichowskich i tak dalej. Bo to oni sieją ową wynaturzoną nienawiść, którą kolaboranckie media przypisują obozowi Jarosława Kaczyńskiego i samemu Prezesowi.
 
Pójdźmy dalej.
Trzeba koniecznie odkłamać wylansowany ostatnimi laty stereotyp myślowy, że „lewactwo to cnota, a patriotyzm to obciach”. Uważam to za jedno z najważniejszych obecnie wyzwań dla uczciwych dziennikarzy. I należy zapomnieć o dumnej zasadzie nie zniżania się do poziomu przeciwnika, bo w ten sposób zostawiamy drugiej stronie monopol na bezkarność i jedynie słuszną rację. Samą dumą nigdy się nie wygra.
Trzeba uaktywnić błyskotliwych dziennikarzy i dowcipnych satyryków, a także pisarzy. Odpowiednio wycelowana drwina daje częstokroć więcej niż długie, poważne wywody, szczególnie teraz, gdy młodzież prawie nic nie czyta.
Trzeba odkłamać zakodowane podstępnie w mózgach wielu Polaków (oszołomionych upadkiem komuny i wchodzeniem do Europy) toksyczne slogany, że: patriota to oszołom; historia to zbytek; duma narodowa to antysemityzm; tradycja to ksenofobia; honor to przeżytek; sprawiedliwość to naiwniactwo; moralność to frajerstwo; wiara to ciemniactwo; normy etyczne to atak na wolności demokratyczne; skromność to nieudaczność; kombinowanie to sposób na życie; uczciwość to frajerstwo; rodzina to anachronizm; „PIS to obciach; Jarosław Kaczyński to chodząca nienawiść i tak dalej.
Trzeba mówić i pisać ze zdecydowaną pewnością siebie i poczuciem racji, ale nie wyższości. Jak ognia unikać tonu mentorskiego, stronić od tonów smutnych i śmiertelnie poważnych. Używać częściej języka młodzieżowego, również tego, który nas drażni. Trudno. Taki jest wymóg chwili. Szkody naprawimy później. Należy unikać smutku i pesymizmu, bo to sprawia wrażenie cierpiętnicze, co młodzi biorą za słabość. Wiem to z obserwacji swoich studentów.
I trzeba Pisać! I to nie pięć, dziesięć czy piętnaście artykułów, ale sto lub więcej rocznie. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Trzeba wypracować jasny i przejrzysty program naprawy Rzeczypospolitej, coś na modłę narodowej dezynsekcji.
A jest, o czym pisać, bo spustoszenia są ogromne. A jak braknie dziennikarzy niech piszą obywatele, mamy przecież wielu uzdolnionych ludzi.
W przypadku dziennikarzy i komentatorów „prawicowo-solidarnościowych” pokazujących się na wizji trzeba się dostosować do najnowszej mody, bo w przeciwnym razie przeciętny telewidz odruchowo przestaje słuchać nawet najsłuszniejszych racji. Dotyczy to również politycznych liderów. Niestety takie czasy. Nawet w imię najwznioślejszych ideałów nie przeskoczymy ogólnie lansowanych trendów. Choćby były naszym zdaniem śmieszne.
 
Trzeba za wszelką cenę przywrócić Polakom umiejętność samodzielnego myślenia. Przykro mi o tym mówić, ale nawet w środowisku akademickim, w którym spędziłem kilkadziesiąt lat, wciąż jeszcze gros moich koleżanek i kolegów, nie wyłączając kadry profesorskiej, do godziny jedenastej przed południem nie ma własnego zdania. Dlaczego? Bo około dziesiątej kupują w uczelnianych kioskach Gazetę Wyborczą. Dopiero po przełknięciu, bez konieczności przeżuwania, gotowej papki informującej o obowiązujących w „eleganckim towarzystwie” trendach, powtarzają bezrozumnie podsunięte im sprytnie opinie i komentarze. Tak, nie bójmy się tego powiedzieć, że sprytnie sterowana bezmyślność zagościła na dobre również na naszych uczelniach.
 
Innym zagadnieniem jest zjawisko, które zwykłem nazywać „terrorem poprawności politycznej”. Ludzie znów zaczynają się bać głośnego artykułowania myśli, które mogłyby zostać uznane za „niepoprawne politycznie”. Podam tylko jeden przykład.
W czasie ostatnich wyborów parlamentarnych, kiedy wychodziłem z uczelni portier mnie zagadnął, na kogo będę głosował. Kiedy odpowiedziałem, że na PIS wyraźnie ucieszony przyciągnął mnie do siebie i powiedział szeptem, cytuję: „już pięciu profesorów mi mówiło, że będą głosować na PIS, ale prosili o dyskrecję”. Myślę, że komentarz jest tutaj zbyteczny. Najsmutniejsze jest jednak to, że ci profesorowie zrobili to ze strachu. I to nie przed utratą pracy, czy jakimiś drastycznymi represjami. Oni to zrobili pod presją „terroru poprawności politycznej”, w obawie, że mogą zostać usunięci poza nawias tak zwanego „dobrego towarzystwa”.
 
Kolejnym zadaniem dziennikarzy jest, zatem odważne i systematyczne uświadamianie Polakom, że jesteśmy już od paru dobrych lat krajem formalnie demokratycznym, w którym prawo nie zabrania głośnego mówienia o swoich przekonaniach. Uważam, że większość rodaków nadal sobie tego nie uświadamia. Komuna zrobiła swoje, a ostatnie pięć lat przywróciło do życia najgorsze praktyki tamtego okresu. Trzeba, więc ludziom tłumaczyć, że swobodne wyrażanie myśli nie jest już przestępstwem. Trzeba ludziom przypominać, że już wolno głośno mówić. Więcej. Że czasem warto się nawet trochę narazić w imię dobrej sprawy. Charakterystycznym jest, że większość Rodaków wciąż, gdy rozmowa schodzi na tematy polityczne przysłania bojaźliwie dłonią usta i mamrocze pod nosem ledwie słyszalnym szeptem. Trzeba ludziom przywrócić odwagę swobodnego wyrażania myśli. Więcej, trzeba gremiom naukowym, oraz innym kształtującym opinię publiczną odważnie wytykać ich zachowawcze postawy. Tłumaczyć, że takie zachowania nie przynoszą chwały, a w wielu przypadkach są po prostu hańbiące.
 
Osobnym zagadnieniem jest, jak ja to nazywam „pandemia różowej subkultury”. Jednym z przykładów niech będzie seria cyklicznych „wykładów” byłej pierwszej damy w Telewizji TVN Style, mających za zadanie nauczanie Polaków kindersztuby i światowych manier.
Jako człowiek leciwy, doskonale pamiętam pewien reportaż telewizyjny pokazujący panią Jolę jeszcze z okresu studenckiego, w którym to czasie nie przypominała bynajmniej Księżniczki Monako. Potem był pamiętny okres „disco polo” i myślę, że komentarz jest tutaj zbyteczny. Ale niedawno pani Jolanta raptem sobie przypomniała o arystokratycznych korzeniach, nabrała dworskich manier i w jakiś cudowny sposób odzyskała śpiewny kresowy akcent.
I nie byłoby w tym nawet nic złego, gdyby nie to, że pani Jolanta staje się wzorcem do naśladowania. A to jest już zjawiskiem niekoniecznie pożądanym. Bo zasmucającym jest nie tyle groteskowa metamorfoza pani Jolanty, co fakt, że na te triki rodem z Ordynackiej nabiera się coraz więcej osób, które przez lata miałem za inteligentne. Bo, wynikiem tego rodzaju „nauk” jest między innymi to, że na „ekskluzywnych” salonach panowie zaczynają dyskutować wyłącznie o tym ile gwiazdek miał hotel na wyspach, skąd właśnie wrócili, czy ile garów mają silniki ich audic i beemek, a panie swój status wartościują ilością kafelków Versace w łazience.
 
No i mamy kolejne zadanie dla dziennikarzy. Mając na uwadze dbałość o jakość standardów, powinni niestrudzenie wykpiwać tego rodzaju sztuczki przebrane w szaty „kultury wysokiej”, bądź „europejskości”. Elegancko, dowcipnie, z taktem i umiarem, ale konsekwentnie wykpiwać! Snobizm graniczący ze śmiesznością i patologiczne szpaniarstwo owego towarzystwa wzajemnego zachwytu nad samymi sobą, ów opiniotwórczy grajdoł „nowobogackich intelektualistów”, tę wylęgarnię salonowej plotki, którą się karmią kolorowe pisma.
 
Bo takie samosiejki trzeba konsekwentnie plewić nim do reszty zachwaszczą naszą narodową kulturę. Mam tu na myśli coraz liczniejsze rzeszeokazowych postaci naszych „nowych czasów”, czyli mówiąc jaśniej nadętych chłopków roztropków z cygarami w zębach, poprzebieranych w garnitury od Armaniego,którzy aromatu Cohibynie odróżniają od swądu kiszonego ogórka, a w durnej pogoni za Nową Europą wystarcza im jedna książka rocznie – katalog turystyczny z Biura Neckermann’a.
 
Trzeba chronić naszą narodową tkankę przed degeneracją kreowaną sprytnie przez „Szkło kontaktowe” i temu podobne fabryki tandetnej satyry opartej na sprzedajnym fałszu.
Trzeba bezlitośnie wykpiwać owych„postępowców”, którzy odkąd przyszło „nowe” mizdrzą się bezrozumnie do niego w chocholim tańcu z przyjezdnymi, gubiąc bezpowrotnie narodową tożsamość.
 
Trzeba też chronić tożsamość lokalną. Ostatnio z zaniepokojeniem stwierdziłem, że w jury przyznającym jedną z najważniejszych nagród miasta Krakowa nie zasiadał ani jeden Krakowianin. Nie wolno się oczywiście zamykać na świat, czy też kogokolwiek dyskryminować, ale też nie można oddawać całego pola nie zawsze hołdującym miejscowym tradycjom elementom napływowym.
 
Mimo tych wszystkich zagrożeń, na koniec chcę jednak powiedzieć coś optymistycznego.
 
Ma rację pan profesor Andrzej Nowak pisząc we wstępie do książki „Od Polski do post-polityki”, że, cytuję: „martwi się o to, co się stało z demokracją, z Rzeczypospolitą, z Europą Wschodnią, z Europą. Co dzieje się z rzeczywistością w magmie płynącego z posłusznych (komu?) mediów przekazu „pi-ar”…, że następuje narastające poczucie rozpadu wspólnoty, którą stworzyły poprzednie pokolenia Polaków…, że należy rozważyć możliwość końca naszej historii”…
 
Panie Profesorze! Ma pan po stokroć rację! Trzeba bić w dzwony i trąbić na alarm! Ale nie wolno nam się ani na moment załamać czy zwątpić. Wręcz przeciwnie, po tym, co się stało z Polską w ciągu ostatnich pięciu lat, każdy porządny obywatel, w miarę swoich możliwości, powinien teraz coś dać od siebie, w obronie naszego wielowiekowego dorobku.
 
Za długo byliśmy ubogim, zniewolonym krajem.
Po upadku komuny ludziom trochę zaszumiało w głowach. Muszą się nacieszyć tymi wszystkimi galeriami, salonami samochodowymi, plazmowymi telewizorami, Plusami, Erami, Internetem, tańcami na lodzie…
 
Ale jak już się znudzą tym wszystkim, co można mieć tylko za pieniądze, przypomną sobie o prawdziwych wartościach i rzeczywistym dziedzictwie Rzeczypospolitej.

Pisane w Krakowie, pod koniec feralnego roku 2010