Przeskocz do treści

Marek Morawski

Od lat nie słyszę niczego dobrego o księdzu Rydzyku. Istny Belzebub. Z kimś się nie zgadzał, komuś powiedział coś niemiłego. Kontrowersyjny. Dzisiaj to każdy trochę lepszy od przeciętnego jest określany w ten sposób. Dorobiono mu okropną twarz. Ale nie jemu pierwszemu. Właściwie i tym laickim, i tym wierzącym, i każdej innej maści. Jedno jest jednak niepodważalne i nie da się tego ukryć: Wystarczy, że jakość człowieka sprawdzimy nie według tego, co mówią nieprzychylni, wrogowie, albo i służalcy, ale czyny. Po czynach ich poznacie!

Tak. Ten człowiek jest gospodarczo i finansowo niezwykle skuteczny. Potrafi zgromadzić fundusze. Przede wszystkich ma to, co jest niezbędne dla menadżerów dużego formatu czyli wizję zamierzeń, które chce zrealizować. I skutecznie realizuje te zamysły. Przecież nie tylko swoimi rękami i swą głową. Potrafi dobrać zespoły ludzi, stawiać zadania, realizować plany i rozliczać z wykonania.

To co Ojciec Rydzyk realizuje jest potrzebne, jest nowoczesne, jest estetyczne, ładne, przyjazne człowiekowi. Służy człowiekowi. Ekologiczne. Jest wykonane! Słyszę tylko, że są tacy, co rzucają mu kłody pod nogi. Może nie podoba się jego profesjonalizm w zarządzaniu? A może rzeczywisty talent? Prawda. Jest czego zazdrościć. To jest polski Lee Iacocca, niewątpliwie. Szkoda, by taki talent nie został w pełni wykorzystany.

Przyjemnie byłoby wiedzieć, że ktoś potrafi rozwiązać trudne problemy naszego kraju. Czynem, a nie gadulstwem. Nie przeszkadzałoby mi, że byłby to ksiądz. Zresztą ktokolwiek tak dobry, jak Ojciec Rydzyk.

Po czynach ich poznacie, powtarzam. To się liczy, a nie złotouste bajania.

Chyba nadszedł czas, by sienkiewiczowskim „Ojczyzna w potrzebie” przywołać tych najlepszych na służbę. Ci, co wiszą przy władzy długie lata chyba już się wypalili. Nie mają nic do zaproponowania. Nie są już poza serwilizmem potrzebni.

Ktoś podkłada pod nasz kraj ładunek wybuchowy już od dawna. Mimo wysiłków speców od zakłamywania widać to po tym, co się dzieje, nie po słowach. Nie mnie wyszukiwać dywersantów. Mam nadzieję, że jeszcze są właściwe polskie służby ku temu.

Honorem było wysadzić się Wołodyjowskiemu i Ketlingowi w Krzemieńcu Podolskim w obronie swego honoru i granic Polski.

Szykowany wybuch tym razem nie jest w interesie Polski i Polaków. Ten ładunek podkładany przez obcych i dla obcych należy rozbroić.

Marek Morawski

Coraz częściej Polska jawi mi się jako opróżniana szafa. Chyba nigdy nie była zbyt zasobna, ale nie było tak źle. Nawet w czasie zaborów wspólny majątek narodowy wzrastał tak samo jak i indywidualny Polaków. Zresztą wówczas uważano, że kraj jest bogaty bogactwem obywateli, a nie tym, co obywatel nakradnie z wspólnego. Działalność gospodarcza była owocna. Zabory były stratą polityczną, lecz gospodarczo był to okres istotnego rozwoju ekonomicznego.

Ostatnimi czasy rozwój kraju nie wygląda dobrze. Właściwie wygląda źle, chociaż na okrągło powtarza się, iż jesteśmy jedyni, którym wiedzie się tak dobrze. Zielona wyspa. Poziom faktycznej inflacji, ogromny spadek wartości polskiej waluty, ciągle rosnący deficyt budżetu, zabór obywatelskich funduszy emerytalnych, praktyczna likwidacja refundacji leków, wzrost obciążeń podatkowych, podwyżki energii, nakręcanie spirali inflacyjnej, podwyższanie wieku emerytalnego, wyprzedawanie majątku narodowego za śmieszne ceny świadczą o jednoznacznej złej kondycji gospodarczej i finansowej państwa lub innych celach, których się nie ujawnia. Można postawić kilka tez:
- żyjemy ponad stan czyli państwo jest za drogie, administracja państwowa jest zbyt wielka,
- państwo jest nieudolnie rządzone,
- rozwój ekonomiczny kraju nie jest celem rządu sprawującego władzę.
Jacek Rostowski uspokaja wszystkich, którzy boją się podwyższenia wieku emerytalnego. Według Ministra na zmianie przepisów wszyscy skorzystają. – Mam nadzieję, że nie tak jak na ograniczeniu refundacji i podwyżce cen leków.
Jak przewiduje Pan Minister już w roku 2020 problemem będzie nie znajdowanie miejsc pracy, ale rąk do pracy. Za osiem lat będzie 2 mln mniej ludzi zdolnych do pracy, w co można uwierzyć. Nie będzie problemu ze znalezieniem pracy – zapewniał. Teza ta jest głoszona już od wielu lat przez polityków o określonych zapatrywaniach na Polskę, polityków, dla których nie istnieje polska racja stanu, lecz jakaś inna, partyjna, prywatna, trudno powiedzieć, bo polskość jest dla nich zła, historia Polski też, patriotyzm to wiocha. Dlaczego wiocha? Czyżby uważali, że dzisiaj tylko mieszkańcy wsi są patriotami? Fakt. Chłopi musieli bronić ojcowizny. Żywią i bronią było hasłem, co nie odbiegało od prawdy.
Mam wrażenie, że programy szkolne w okresie stalinizmu były bardziej polskie, prorozwojowe, uczące na wyższym poziomie niż te ostatnimi laty. Komu zatem dzisiaj one mają służyć? Dla czyjego dobra mają pracować? Rozwiązywanie testów choćby w najkrótszym czasie nie jest wiedzą, nie czyni wynalazcy, odkrywcy, mędrca, a nawet przeciętnego inżyniera, nauczyciela, ekonomisty.
Na powyższe pytania koniecznie trzeba sobie i innym odpowiedzieć niezależnie od wieku i wykształcenia!!!
Od miesiąca nie mogę się nadziwić temu, co słyszę w mediach od rana do wieczora. Śmierć półrocznej Madzi i sensacja wokół jej matki. Toż to nie ta kobieta tragicznie dotknięta ma zaburzenia, ale to państwo jest chore, jego dziennikarze, reporterzy, politycy. Państwo niemal 40 milionowe w środkowej Europie, w UE. Są ogromne problemy bytowe 40 milionów ludzi, którym z dnia na dzień odmawia się wywiązania z umowy zdrowotnego ubezpieczenia, podnosi sto i dwieście razy opłaty za leki, często równe emeryturze czy rencie. Chce się podwyższyć wiek emerytalny obniżając poziom opieki zdrowotnej, miast go podnosząc, by ci starsi ludzie mieli jeszcze siłę pracować. Nie uwzględnia się kompletnie sytuacji rodzinnych, w których babcia i/lub dziadek pełnią istotną funkcję w opiece i wychowywaniu wnuków, a dzieci pracujących rodziców.
W UE uprawia się od lat propagandę przez przemilczanie czegoś lub zagadywanie bez pokrycia. Tworzy się wirtualną rzeczywistość. Gdy nie mówi się o czymś, zatem tego nie ma, jeżeli w żaden sposób nie możemy stwierdzić, że nie ma wystarczająco żłobków i przedszkoli, więc kiedy się przez tydzień powtórzy, że opieka nad maluchami jest zapewniona, to tak ma być. Tak jednak nie jest. Dzisiaj opieka jest, bo są dziadkowie, mogą się dzieciakami zaopiekować. Za dziesięć, dwadzieścia lat, bez lekarstw, bez dostępnych lekarzy, z karkołomnie i nieprzyzwoicie drogo zorganizowaną służbą zdrowia, z koszmarnie dużą ilością urzędników przejadających nasze pieniądze (podatki i pieniądze z ubezpieczeń zdrowotnych) to wielu z tych dziadków już nie będzie żyło. I o to chyba chodzi. To chyba  nazywa się eutanazją.
W tym momencie zrozumiałem, dlaczego nas ma być mniej. Pokolenia wojenne, powojenne miały siłę fizyczną, prokreacyjną, a teraz nie będą jej miały. Biorąc pod uwagę działania systemowe, uchwalane przepisy, trudności, kłody rzucane pod nogi zwykłym ludziom pracującym i zarabiającym marnie na tę rzeszę ludzi, wynagradzanych obficie z naszych podatków (Średnio brutto wynagrodzenie biurokraty to prawie 5 tys. złotych miesięcznie, przy średnim wynagrodzeniu brutto pracującego ok. 3200-3300zł/miesiąc).
Mówi się, rząd tak twierdzi, że opieka zdrowotna zbyt wiele kosztuje. Nie uwierzę w to, dopóki wiarygodne osoby czy instytucje nie przedstawia kilku danych porównawczo: dla służby zdrowia i dla NFZ. Ilu ludzi pracuje, ile to kosztuje. Być może potem trzeba będzie zwolnić albo lekarzy i dać pieniądze urzędnikom lub odwrotnie.
Po wojnie było nas ok. 23 miliony. Doszliśmy niemal do 40 milionów. Teraz ktoś chce stworzyć warunki takie, aby ludność się wykruszyła „sama”. Posłowie Sejmu uchwalają zmiany przepisów na przykład Kodeksu Handlowego, by nie trzeba było płacić podatków przez przynajmniej niektórych. Posłowie dbają o te bidule, no może tego jednego, specjalnego, którzy nie ma za co żyć, a wraz z nim ci, co nie będą się teraz mieli za co leczyć. Okropne. Teraz ci umrą – bez lekarstw nie ma się co dziwić, a biedni multimiliarderzy nie będą mieli wyrzutów sumienia. Raz na rok zorganizują wigilię dla potrzebujących i niepotrzebujących. Wspaniałe odbarczenie, nieprawdaż?
Stworzono warunki do penetracji naszego kraju przez obcych, wywożenia zysków opodatkowanych i nieopodatkowanych. Szacuje się, że jest to roczna kwota ok. 100 mld złotych, w połowie opodatkowana. Komu uczyniono dobrze i dlaczego? Odpowiedzi szukał odsądzony od czci i wiary Andrzej Lepper. Wyśmiewano się z niego, przyszywano krzywy wizerunek, ale nie pozwolono powiedzieć i wskazać winnego, a raczej winnych tego trwającego całe lata procederu, a może nie tylko tego.
Są problemy. My, społeczeństwo tego kraju, chciałbym móc powiedzieć Naród tego kraju, ci co czują się rzeczywiście Polakami, powinniśmy porozmawiać ze sobą, z Rządem, z posłami, polskim parlamentem, bo jest o czym dla nas wszystkich, młodych i starych, rządzących i rzadzonych. To jest nasze życie, pewnie trudniejsze w milionach przypadków, niż tych uprzywilejowanych, choć nie wiadomo czy słusznie.
Jest nad czym dyskutować, zastanawiać się, by dokonać prawidłowego wyboru, a nie jeszcze bardziej pogrążyć ten kraj i jego Naród.
Zagaduje się niewinnym dzieckiem, Madzią i jej biedną matką problemy Polski, zagęszcza atmosferę. Ukazuje stereotyp procesu dochodzeniowego, czyli przyjęcie pewnej tezy i pomijanie wszelkich innych. Tak prowadzono dochodzenia w przeszłości. Ktoś wskazuje politycznie odpowiadającą tezę i żadna kłopotliwa prawda nie jest ważna. Od razu przypomina się inne dochodzenie, od samego początku nie ujmujące wszelkich wątków. Brak profesjonalizmu, a tworzenie rzeczywistości wirtualnej, wydumanej. Tak ma być!
Tragedia Madzi spowodowała zaklajstrowanie mediów na miesiąc. Ludzie zostali podburzeni, wyrok wydano dwukrotnie – najpierw powieszono w wykreowanej opinii publicznej jakiegoś porywacza, a potem matkę, z której bez dowodu uczyniono dzieciobójczynię. Żadna teza nie została udowodniona. Tłumy przyszły na pogrzeb i o to chodziło majsterkowiczom od propagandy. Bez tego przyszliby bliscy, może jeszcze kilka innych osób. Był mróz. Ale może coś się będzie działo. Będzie za darmo spektakl – prawda spece od manipulacji, od wirtualnej Polski? Tęgie mózgi dochodzenia wymyśliły mataczenie i wsadziły tę przerażoną sytuacją młodą kobietę do więzienia. Czyż nie ma w tym kraju ludzi, którzy choć trochę potrafią myśleć? To jest żenada. W tym czasie odbył się pogrzeb Madzi. Gdyby w tym kraju obowiązywała najprostsza etyka, to kolejne służby nie kompromitowałyby się. Nie musiałyby wymagać nawet myślenia, tylko posłuszeństwo przełożonym i może w końcu etyce.
Kolejna wydmuchana bajka to wyższe wykształcenie młodych. Setki tysięcy. Dużo, tylko tyle, że jest to wirtualna wiedza. Tej wiedzy młodzi nie posiadają. Nawet nie ma jej w programach nauczania na jakimkolwiek poziomie. Nie cytaty, nie pisaty, nie myślący. Nikt takiego geniusza nie zechce zatrudnić. Firmy zagraniczne sprowadzają fachowców z swoich macierzystych krajów, by obsadzić kierownicze stanowiska.
Można by rozpocząć wyliczankę. Kiedy ściśniemy nic nie zostaje materialnego, tylko zmanipulowana informacja. Wirtualna rzeczywistość, chciejstwo co najwyżej.
Dla kogo kształci się tych ludzi? Dla wirtualnych firm, których już nie ma, bo albo je sprzedano za mniej niż wnoszone przez nie podatki, albo w perfidny sposób zniszczono zarówno materialnie, jak i personalnie na przykład stocznie. W Unii Europejskiej nierównych praw nie musiały tego uczynić najmocniejsze kraje jak Francja czy Niemcy.
Jeszcze mamy jakieś realne pieniądze, zdaje się ok. 38 mld $. Zamysł jest, by zamienić je na wirtualne, będące tylko zapisem księgowym. Fundusze emerytalne już są tyle warte, co ten ślad pióra na papierze. Ci, co bawią się manipulowaniem informacją otrzymują realne, duże pieniądze. Można za nie kupić nawet te drogie franki szwajcarskie, też realne, bo na ich straży stoi cała Szwajcaria od mieszkańców, poprzez ich rząd i bankierów. Tam nie lubią wirtualnych obrazków.
Równocześnie pokazuje się studiującym, że ich studia nie są nawet funta kłaków warte. Ministrem zostaje fryzjer, a Ministrem Sportu kobieta, owszem ładna, ale która chyba nigdy nie była na jakimkolwiek meczu. Czy Minister Sportu musi chodzić na mecze? Nie. Stwierdzenie jednak, że mecz dwóch konkretnych drużyn mógłby zastąpić mecz dwóch dowolnych drużyn świadczy o czymś innym. Tym gorzej.
Minister Finansów przedstawia budżet, o którym mówi się że jest wirtualny i proponuje rozwój kraju przez zmniejszenie ludności. Tak, prawda. Są to wyrwane „z kontekstu” informacje.
Takich wirtualnych obrazów można jeszcze wiele przywoływać, ale stałoby się to nudne.
Idą kolejne święta. Mamy jajeczko, ale ono jest coś za lekkie. Wydmuchane. Tak samo wydmuchane jak rozwój tego kraju. Sprzedano niemal wszystkie wędki, pozostali wędkarze. Informacje przedmuchano do wielkiego balona i wygląda, że również z nas robi się balona, a mówiąc dosadniej zostaliśmy jak Polska wydmuchani. Pozostała tylko wydmuszka.
Rośnie tylko zadłużenie już prawie bilion złotych. To niestety nie jest wydmuszka tylko realne pieniądze do zwrócenia, nie licząc odsetek.

Marek Morawski

Być może. To już 3. miesiąc zimy kalendarzowej za pasem. Wygląda jednak, ze nadchodzi przedwiośnie. W Polsce jest 6 pór roku. Po przedwiośniu będzie wiosna, a jesień dzieli się na złotą jesień i szarugę jesienną. Jeśli jeszcze przypomnimy sobie, że pogoda w Polsce zawsze zależała od tego jak powieje od wschodu – klimat kontynentalny i zachodu – klimat morski, to zrozumiała staje się trudna przewidywalność pogody w długim okresie czasu. To jednak wiemy i z zapisów meteorologicznych i z własnego doświadczenia nie tylko ludzi wiekowych, ale i w sile wieku, a nawet młodszych. Tymczasem kolejny raz nie tylko słychać było lamenty z grodu Kraka, ale i z całej Polski, że ta przecież ostra, ale nadzwyczaj krótka zima wyczerpała fundusze na odśnieżanie, odladzanie, walkę ze skutkami zimy.

Doprawdy, słyszę ciągle taki sam lament jakby kilkadziesiąt lat temu został nagrany na płytę, z przeznaczaniem do odtwarzania, dopóki nie pojawi się w Polsce klimat jak w jurajskim parku. Prezydenci, burmistrzowie, wójtowie i inni wodzowie przeróżnej maści, ci co kochają swoje żony, a także cudze i panny, a nawet ci, co kochają inaczej, wykształceni i bez wykształcenia lub tacy, którym wykształcenie wyleciało z głów, albo nigdy tam nie dotarło nie wiedzą jak przewidzieć budżet na ten cel. Dla dosłownie wszystkich jest to problem nie do pokonania tak trudny, że jawi się jak zadanie na 150. spartakiadę rozgarniętych lub też nie. Nie można przewidzieć finansów w żaden sposób na tak wodnisty temat. W końcu to ciągle woda. Nie ma się co dziwić. Z wody mimo stałego bicia, piany się nie ubije.
Może ktoś ma pomysł, jak zaplanować środki na ten wodnisty cel? Warto podpowiedzieć, bowiem nawet tak niezwykle liczne rady miejskie jak w Polsce są bezradne jak dzieci. Jakież to budujące! Tak trafnie wybieramy, a zadłużenie państwa rośnie, prawda?
Ponoć szuka się pieniędzy, tylko nie wiem czy akurat marnotrawionych.
Do kolejnej zimy.

tomaszkorneckiTomasz Kornecki

W najnowszym „Uważam Rze” głównym bohaterem jest Lech Wałęsa. Kilka tygodni temu ukazał się na naszym portalu wywiad z Pawłem Zyzakiem, badaczem osoby legendarnego przywódcy „Solidarności”. Sprawa byłego prezydenta ma wymiar nie tylko ogólnopolski, ale i krakowski. Paweł Zyzak – obecnie doktorant w UAM – pisał swoją pracę magisterską dotyczącą byłego szefa związku w UJ. „Arcana” z kolei, to krakowskie wydawnictwo, dzięki któremu praca o Wałęsie ujrzała światło dzienne.

Jak na historyka przystało Paweł Zyzak opisał byłego prezydenta bez wybielania, ale i bez atakowania. Atak przypuścił sam Wałęsa w swoim dość „wyjątkowym” stylu, wyśmiewając się z nazwiska autora książki i nie tylko. Zastanawiam się jak takie zachowanie koresponduje z Matką Boską noszoną w klapie?

sprawawalesypowracaSprawa Wałęsy wraca w „Uważam Rze”. Na stronie tytułowej pytanie „Czy w Kancelarii Sejmu ukryto zaginione dokumenty z teczki TW „Bolka””. Wewnątrz numeru artykuł Cezarego Gmyza na temat donosów „Bolka”.

O sprawie Wałęsy pisze też Sławomir Cenckiewicz. Warto przeczytać wywiad z Krzysztofem Wyszkowskim przeprowadzony przez braci Karnowskich.

A na końcu coś na temat małżeństwa byłego szefa „Solidarności” widzianego oczyma jego żony.

O sprawie Lecha Wałęsy pisze też „Nasz Dziennik”.

Anna Maria Kowalska

Nierzadko zdarza się, że wypowiedzi Jana Pawła II – zwłaszcza te, które pamiętamy z czasów pielgrzymek do Polski – bywają wypaczanie, przekręcane, albo dostosowywane do wymogów „politycznej poprawności” medialnej. Często umieszcza się je także jako „ostatnią deskę ratunku” w rozmaitych artykułach, licząc na zaistnienie tych ostatnich w szerszych kręgach opiniotwórczych.

Z reguły zatem słowa Ojca Świętego – wyrwane z pierwotnego kontekstu i w ten sposób użyte – spełniają tylko rolę instrumentalną, ważną doraźnie, tu i teraz. Rolę, której spełniać nie powinny. Bywa, że legitymizują czyjeś przesłanie, mimo że przesłaniu do nauczania papieskiego daleko.

W jaki sposób się przed tym bronić? Jak rozpoznać tego typu działania, skutkujące falsyfikacją myśli Jana Pawła II?

Na pewno nie należy się zabiegami mediów przerażać. Naturalną „odtrutką” na tego typu wykorzystanie papieskiej spuścizny powinien być powrót do źródeł. Zacznijmy od lektury przemówień papieskich z czasów pierwszej pielgrzymki do Polski. Powrót do pierwotnego znaczenia słów Jana Pawła II uodporni nas na skutki ich nadużycia w niepożądanych i nieuprawnionych sytuacjach.

Anna Maria Kowalska

Zbliża się kolejna rocznica śmierci Papieża Jana Pawła II. Wszyscy pamiętamy czas Jego odchodzenia do wieczności. Tymczasem w mediach, ich głównym nurcie –  o nauczaniu papieskim – coraz ciszej. Jest tak, jakbyśmy się bali powrotu do wszystkich wielkich tematów, które nam zadał, tylokrotnie odwiedzając naszą Ojczyznę.

Z czego wynika choćby uporczywie powtarzane przekonanie o zmierzchu idei „Pokolenia JPII”? Wszak dopiero teraz, w świetle niedawnej beatyfikacji i oczekiwanej kanonizacji winniśmy rozwijać tę inicjatywę. Nie jako pewien mit, legendę, opowiadaną młodszym – ale jako podjęty Czyn –  i słowo, ofiarowane innym.

O Ojcu Świętym napisano już wiele wspaniałych książek. Postawiono Mu multum pomników. Zbudowano centra Jego Imienia w Krakowie i w Warszawie. Zorganizowano „Kwietny Bieg”. To nader cenne inicjatywy. Odnosi się jednak wrażenie, że tak realizacja idei „Solidarności”, jak przyjęcie w pełni natchnionych słów z Placu Zwycięstwa o „odnowie oblicza Ziemi, tej Ziemi” są wciąż aktualnym zadaniem i postulatem dla nas – krakowian, i dla nas – rodaków. Obyśmy nie stracili jedynej okazji, jaką stwarza aktualny czas. Oby udało nam się każdego dnia budować Cywilizację Miłości, opartą na Prawdzie – tak, jak On tego pragnął – także tu, w Krakowie Niezależnym, medium, które wspólnie, wraz z wiernymi Czytelnikami tworzymy.

Anna Maria Kowalska

To prawda gorzka,
Zarazem słodka:
Szkolą się wszyscy!
Od noworodka.
Szkoli się syndyk
Upadłościowy,
Szkolą szpitale,
Szkolą się szkoły…

Szkolić profesor
Także się musi,
Choć wolność myśli
Zdradziecko kusi.
Radzi – nieradzi
Obsiedli stoły,
Po wielu latach.
Orły. Sokoły.
„Porzućcie przeto,
Wszelką nadzieję”!
Gdyż wiatr histerii
W tę stronę wieje,
A wiatr histerii
To jest busola!
Nasza nadzieja,
I mocy wola!
Siedzą ściśnięci,
Chłop obok chłopa,
Wtem głos technika:
Nie ma laptopa!
Nie ma laptopa – nie ma szkolenia!
Sorry, techniczne to uchybienia,
Ale pan trener nie powie z głowy…
Ten PR dzisiaj jest całkiem nowy,

Nie rozebralim jeszcze znaczenia…
Miał być E – learning… cóż, do widzenia.

Morał jest prosty:

Doczekać wiosny.
Potem przyoblec
Uśmiech radosny,

A gdy zawieje wiatr, to jak w dym
Wiać, byle dalej, byle nie z nim…

tomaszkorneckiTomasz Kornecki

Specjalnie dla portalu Kraków Niezależny i Radia Wnet Paweł Zyzak, historyk, absolwent UJ, doktorant w UAM w Poznaniu, autor książek „Lech Wałęsa – idea i historia” oraz  „Gorszy niż faszysta”, były pracownik IPN. Rozmawia Tomasz Kornecki.

Witaj Pawle. Przyjechałeś do Krakowa prosto z gór. Jaka pogoda na Podbeskidziu? Cieplej niż w Królewskim Grodzie?

Porównywalnie, chociaż w Krakowie bardziej wieje.

Przed nami książka a na jej okładce zdjęcie Pawła Zyzaka. To Twoje najnowsze dzieło zatytułowane: Gorszy niż faszysta”. „Gazeta Wyborcza” napisała, że jest ono o Pawle Zyzaku. Czyżby kierowała Tobą megalomania?

20120207pz1Być może dziennikarze „Gazety Wyborczej” oglądali tylko okładkę książki. Człowiek, który napisał recenzję w „Wyborczej” – redaktor Ogórek zajrzał jednak do środka gdzie odnalazł swoją osobę  i spreparował felieton, w którym „zamieszał” określeniami ważnymi z punktu widzenia historyka: „monografia” i „autobiografia”.

Ogórek stwierdził, że popełniłem jedno i drugie. A książka jest monografią i opisem sprawy, która toczyła się wokół Lecha Wałęsy i bynajmniej nie ograniczyłem się tylko do swojej osoby. W „Gorszym niż faszysta” znajdą Państwo odniesienie do takich spraw jak sprawa Gontarczyka, Cenckiewicza, Kurtyki i sprawa samego Wałęsy, który związał się w 2009 roku z formacją „Libertas” i z dnia na dzień stał się wrogiem mediów publicznych i ośrodków władzy.

„Gorszy niż faszysta” to opis sytuacji w Polsce po ukazaniu się Twojej pierwszej książki?

20120207pz2Tak to opis tego, co działo się po publikacji książki o Lechu Wałęsie i opis „poziomu zerowego”, po tym, jak ukazała się w księgarniach. To była przyczyna do ataku na IPN, „Arcana”, profesora Andrzeja Nowaka. Moja najnowsza książka to także notatki z kwietnia 2009 roku, kiedy dzień po dniu zaskakiwano nas informacjami na temat publikacji i mojej osoby. Sprawie nadano wymiar przestępczy. Książka jest także opisem innych wątków, które wypływały ze „sprawy Zyzaka”.

Jakie plany ma Paweł Zyzak?

Zamierzam skończyć doktorat – obecnie jestem na II roku studiów doktoranckich w UAM. W „międzyczasie” chciałbym popełnić dwie publikacje naukowe. „Gorszy niż faszysta” to zapis pewnego fragmentu dziejów. Niewygodny dla niektórych, ale tylko zapis.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również i pozdrawiam czytelników portalu Kraków Niezależny.

Anna Maria Kowalska

„Nie wiadomo człeku ranie, co mu się wieczorem stanie”. To stare przysłowie, przypominane w „Bajarzu polskim” jak ulał pasuje do naszych nadmiernie rozplotkowanych czasów. Ledwo na portalu pojawi się nowy artykuł – a już anonimowi „komentatorzy” rzucają się do ataku, żeby autora rozdeptać, zjeść w kaszy, albo usadowić na tronie. Bardzo chwiejnym zresztą. I nie byłoby w tym nic dziwnego (takie czasy, taka epoka), gdyby nie pewne zdarzenie, które miało miejsce wczoraj, a którym koniecznie chciałam się z Państwem podzielić.

Na jednym z dużych portali krakowskich pojawił się ciekawy i kontrowersyjny tekst. Czytałam go z przyjemnością. Napisany bardzo sprawnie, z silnym ładunkiem emocjonalnym jako „naddatkiem”. A potem się zaczęło. Kanonada komentarzy. Następujące po sobie naprzemiennie i „szybkostrzelnie” pochwała z naganą, mówiąc wprost – ostra „szermierka” słowna. Rozwój dyskusji zdawał się postępować wartko – aż nagle w momencie ustał, jak nożem uciął. Coś mi się w tym nie podobało. Nie podobało mi się do tego stopnia, że przyjrzałam się temu zjawisku bliżej. I już wkrótce wyszło na jaw, że mimo zmiany tonu komentarza z pozytywnego na negatywny – styl pisarski komentującego pozostaje niezmienny! Co więcej, gdy zerknęłam na nick – także i on tendencji do jakichkolwiek modyfikacji nie wykazywał.

Powiem Państwu, że bardzo się ucieszyłam. Doczekaliśmy się w sieci klonowania komentatorów – obojnaków! Mamy wreszcie nowy, wspaniały świat! Dwa w jednym, wash&go!

Ale potem zeszłam na ziemię. Kiedyś trzeba zmądrzeć. W końcu nie od dziś mówi się, że nadmierne przesiadywanie w sieci powoduje skutki uboczne i generuje rozmaite awarie. Dlaczego zatem nie mogłoby wywołać – choćby maleńkiego – rozdwojenia jaźni?  A anonimowym komentatorom na portalach na przyszłość – od całego zespołu Niezależnego Krakowa – przesyłamy życzenia: więcej finezji, Panie i Panowie! Więcej finezji!

Marek Morawski

Draństwo nie zna granic ni kordonów. Nie wiedziałem tylko, że może być masowe. Okazuje się, że jak najbardziej, przy czym dranie udają niewiniątka. Wszyscy. Jakby nagle znaleźli się w innej rzeczywistości. Zielone ludziki. Myślą, że ludzie też ich nie widzą.
Oczywiście chodzi o problem leków refundowanych. Kto wydrze 1 miliard złotych? Firmy farmaceutyczne, aptekarze, rząd – wiedzą pacjenci? Może jeszcze uda się naliczyć kary farmaceutom, może lekarzom. Zazwyczaj w przeszłości chodziło o to, by kraj „rósł w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”. Ale to już było.

Od lat w Polsce ogranicza się stosowanie nowoczesnych leków. Równocześnie sprzedano niektóre polskie zakłady farmaceutyczne „POLFY”, przemysłu niezwykle dochodowego gdziekolwiek by nie funkcjonował na świecie. Zamiast mieć własne dochody rok po roku sprzedaje się przysłowiową wędkę.
Polski rynek leków, państwa liczącego niemal 40 milionów ludzi to jest niezwykła gratka dla firm zagranicznych. Takiego rynku się nie odpuszcza. Zakup leków na nasz rynek i dopuszczanie ich do obrotu zależy nie od tak wielu urzędników państwowych. Taki rynek wart jest miliardy, nie miliony euro. A więc nie bez przyczyny przez całą Polskę poczynając od Sejmu, poprzez ministerstwa, szpitale, lekarzy etc. przewijają się całe tabuny lobbystów. Proste tłumaczenie – lobbyści to tacy ludzie, którzy mają na celu uzyskanie lepszych warunków biznesowych niż inni, bez uzasadniania lepszej jakości swojego produktu, a często wręcz przeciwnie, muszą wcisnąć „kit”. Chciałbym się dowiedzieć od konstytucjonalistów, czy lobbowanie nie jest sprzeczne z Konstytucją skoro nie stworzono do jego weryfikacji odpowiedniej formuły? Wiadomo przecież, że lobbyści nie przychodzą z pustymi rękami. Bardziej są podobni do Dziadka Mroza, bo przecież nie do Świętego. Po polsku pewnie trzeba by użyć terminu „łapówkarze”. Nie ma chyba innego polskiego określenia. Jeżeli to się inaczej nazywa, to proszę o podpowiedź.
Polska Konstytucja określa, że wszyscy są równi wobec prawa, obowiązuje zasada sprawiedliwości społecznej i szereg innych. Jak się zatem ma taki lobbing w relacji do Konstytucji? Zastanawiam się czy czasami nie chodzi o to, by niektórym firmom stworzyć lepsze, wylobbowane warunki niż innym – nie za darmo oczywiście? Dlaczego ceny lekarstw w Polsce mają być wyższe niż w Niemczech, Francji, Holandii itd.? Mało tego. Okazało się, że lekarstwa dopuszczone do obrotu w krajach Unii Europejskiej muszą być przebadane w Polsce przed ich dopuszczeniem na rynek polski. Czy znaczy to, że w eurolandzie, aby lekarstwo mogło być stosowane we wszystkich unijnych krajach to musi być poddane testowaniu 27 razy, bo tyle jest krajów w UE? Cóż zatem jest to za dziwoląg, komu służy. Należałoby się przyjrzeć kto dostaje pieniądze za te badania? Unia Europejska miała być organizacją gospodarczą przynoszącą korzyści jej członkom. Okazuje się, że mniej chodzi o gospodarkę, a bardziej o euro land i różne w nim grupy wpływu. Nie ma się co dziwić zatem, że euro popłynęło. Liczyły się cele polityczne, a nie gospodarcze.
Jestem przekonany, że gdyby nie wieloletni lobbing, to dzisiaj nie byłoby kwestii jakichkolwiek list leków refundowanych, a leki te kosztowałyby budżet właśnie o ten drobny miliard mniej. Pacjentów też.
Najwyższa pora zlikwidować lobbing. Nie tylko dotyczący leków. Wydaje mi się, że wystarczy do tego celu tylko Konstytucja i zdrowy rynek. W wypadku ministerstwa, które jest kupującym i przedstawicielem narodu niech ma obowiązek sprawdzić co kupuje i postarać się kupić jak najkorzystniej według własnego interesu, czyli narodowego. Albo jest równość, albo jej nie ma. Bo w jakim celu są takie zapisy w Konstytucji?

Marek Morawski

Cokolwiek chciałbym dobrego napisać, to nie mogę. Nie ma ani jednego pozytywu. Spróbuję wypunktować te aspekty, które widoczne są mnie, pacjentowi jak wielu w tym kraju, bez przywilejów, nie korzystającemu ze specjalnych oddziałów dla uprzywilejowanych, na dodatek dotkniętemu niezwykle rzadką chorobą, nieuleczalną. Ciężką i trudną. Dlatego ustalenia prawne w moim przypadku mają istotną wagę. Nie mogę powiedzieć, że to „pikuś”. Każdy aspekt ma znaczenie.

Ustawa Refundacyjna jest niezgodna z Konstytucją Art. 32 pkt 1. Stawia chorych w nierównej sytuacji. Nie może być tak, że jedni chorzy mają ten sam lek refundowany, a inni nie mają tylko dlatego, że w jednym przypadku choroba nazywa się „alfa”, a w drugim „beta”. Lek jest dokładnie taki sam. Jego działanie chociaż w różnych chorobach jest takie samo. Przykład: Cyklosporyna lek o działaniu immunosupresyjnym stosowany w wielu chorobach. Nie może być dowolnie zastąpiony innym, bo może taka zmiana skutkować zejściem śmiertelnym.

Z powyższego wynika i nie tylko, że przepisy tej Ustawy tworzyli biurokraci, a nie lekarze. Człowiek chory to nie jest martwy przedmiot, przynajmniej jeszcze nie, a tak potraktowano pacjentów. Dobrane lekarstwa nie można z dnia na dzień zmienić, ale to wiedzą lekarze, a nie urzędnicy. Dobór lekarstw w moim przypadku trwał 3 lata.

Ustawa Refundacyjna dotyczy trzech obszarów:

a) medycznego:

Lista leków odbiera możliwość refundacji wielu ludziom. To jest kwestia życia. STUKROTNE podniesienie opłaty, a bywa i więcej, za lek to nie jest bagatelka. Rodzina pomoże! Szanowny Nierządzie. Tak nawet nie wolno pomyśleć. Można podnieść opłatę ryczałtową do 5 zł, 6 zł. To można wytrzymać. Przy dochodach, emeryturach 800 zł, opłata 600 zł za lek wymuszona na osobie ubezpieczonej w trakcie choroby przez pozbawienie refundacji jest niemoralna. Nie umiem tego inaczej określić. Zresztą nawet przy średnich dochodach to narusza budżet domowy. To jest miarą jak jesteśmy upodleni, jak bardzo nieekwiwalentne są nasze wynagrodzenia i dochody przy permanentnym podnoszeniu cen, podatków i innych opłat. Mydli się nam oczy, że kredyty w frankach szwajcarskich rosną z winy Szwajcarów, gdy tymczasem ciągle obniża się wartość złotówki w Polsce. Tego nie czynią Szwajcarzy.

b) socjalnego:

Wyszczególnia leki, które ze względów socjalnych winny być dofinansowane z budżetu państwa. Zresztą refundacja nie jest żadną łaską, bowiem kolosalna większość ludzi jest ubezpieczona nie dobrowolnymi ubezpieczeniami tylko przymusowymi. Opłacanie ubezpieczenia jest równoznaczne z zawarciem umowy cywilno-prawnej, acz przymusowej.

Rolą państwa jest, jak rozwiązać opiekę medyczną dla bezrobotnych i nieubezpieczonych. Z tego powodu nie mogą doznawać uszczerbku ubezpieczeni, którzy nie powinni być z jakiegokolwiek powodu dyskryminowani. Jest ubezpieczony, nie mówiąc, że chory przewlekle, to powinien być objęty świadczeniami jak każdy inny chory. Tego wymaga Konstytucja. Można dyskutować nad chorymi z własnej winy (alkoholizm, samookaleczenie, uszczerbek na zdrowiu w wyniku udziału w rozboju i wiele innych.)

c) organizacyjnego:

Ustawa określa jakieś bzdurne wymagania, pozamerytoryczne w kwestii wystawiania recept. Narusza to nie tylko godność lekarzy, podważa ich uprawnienia wynikające z otrzymania dyplomu ukończenia studiów, ale i zdrowy rozsądek oraz zasady ekonomii działania. Nakłada na miliony pacjentów obowiązek wielokrotnych peregrynacji od lekarza do lekarza jedynie w celu otrzymania recept, które do tej pory mógł wystawić każdy lekarz.

Ogromna ilość lekarstw związana jest zawsze z jakąś specjalnością. Starsi ludzie nie są jak samochody, które wyjechały co dopiero z fabryki. Dolegliwości jest wiele różnego rodzaju. Serce, prostata, nerki i inne nazbierane w ciągu życia, choćby rak. Większość chorób jest niewyleczalna, długotrwała, wymagająca utrzymania organizmu w ryzach. Potrzebny jest lek na ogół permanentnie. Potrzebna jest recepta. Po co bez przerwy chodzić do specjalisty, jeśli z prostatą ma kłopoty większość mężczyzn w pewnym wieku. Co się złego stanie, jeżeli receptę wypisze „przy okazji” lekarz u którego akurat się jest? W efekcie zmusza się już udręczonych pacjentów do wydeptywania kolejnych, wydłużonych biurokratycznymi przepisami ścieżek. Znowu rejestracja, lekarz rodzinny, rejestracja do specjalisty, wypisanie recepty i za miesiąc znowu podobnie. Kilkanaście  wizyt w ciągu roku. Po co? Ile to kosztuje? Nie wystarczy kilka wizyt? Każdy kolejny specjalista to znów kilkanaście wizyt.

Spartowie rozwiązywali to prościej. Zamiast kosztownych, permanentnych wizyt u lekarzy wskazywali drogę na Skałę Tarpejską. Było uczciwiej, ale wcale nie okrutniej. Dzisiejsze uregulowania są bezduszne, okrutne i niezwykle kosztowne. Wszystko pod pozorem zmniejszania czyli de facto zwiększania kosztów.

Powstała sytuacja jak w ruchu miejskim. Pewne skrzyżowania były kompletnie nieprzejezdne. Ktoś wpadł w końcu przytomnie na pomysł, by wyłączyć światła „deregulacji” ruch. Wyłączono i korki zniknęły z dnia na dzień. Myślę, że pora, aby i w lecznictwie zwyciężyła logika i ekonomia. Wyłączyć światła deregulacji służby niezdrowia. Niech w końcu ujawni się służba zdrowia.

Ustawa wprowadza dezorganizację służby zdrowia. W pogoni za pieniędzmi, „oszustem-pacjentem” przecież ubezpieczonym wprowadza się procedury, aparat kontrolny, zatrudnia wiele urzędników, które będą kosztowały więcej niż wypisanych kilka recept przez lekarza jednej, a nie 5 specjalności. Specjalista w medycynie nie jest hydraulikiem –specjalistą, tylko lekarzem – specjalistą. Został mu wydany dyplom do wykonywania zawodu lekarza. Potem zrobił specjalizację, co nie oznacza, że stracił uprawnienia lekarza. Być może, że urzędnicy posługują się innym językiem. Biurokraci – dezorganizatorzy służby zdrowia pozwólcie chorym realizować najkrótszą drogę leczenia. To nie jest tak, jak to biurokratom się wydaje, że starsze kobiety chodzą z nudów do lekarza. Jeżeli tak się zdarzy, to jest to margines. Zresztą być może gdyby nie poszła do tego lekarza, to wylądowałaby u psychologa czy psychiatry. Czy Pani Minister lub Pan Minister-pediatra słyszał o takiej możliwości?

Problem z lekami refundowanymi powstał dlatego, że za wszelka cenę chce się zrealizować politykę stosowaną w tym kraju od 60 lat nazywaną „Dać, aby nie dać”. Chodzi o to, by okazać dobroć obywatelom – przecież my, dobrzy rządzący, refundujemy – a w rzeczywistości ograniczyć już nabyte uprawnienia i to nie z innego tytułu tylko umowy ubezpieczeniowej, zdrowotnej będącej umową cywilno–prawną. O ile wiem, nie zmienia się warunków umowy jednostronnie „w biegu” w cywilizowanym świecie, tyle że nie wiadomo czy jeszcze należymy do tego świata. Podobnie w trakcie umowy nie podnosi się ceny STUKROTNIE zarówno w biznesie jak i tym bardziej sprawach socjalnych. Przynależność do UE to niekoniecznie świat cywilizowany, jeżeli sygnatariusze nie przestrzegali nawet własnych ustaleń z Maastricht. Wynik: kryzys finansowy.

Najwyższa pora skończyć z dezorganizacją służby zdrowia. Przyjąć najprostsze rozwiązania i najskuteczniejsze w lecznictwie. Przestać polować na czarnego luda. Nieuczciwych lekarzy wystawiających lewe recepty skutecznie eliminować, ale nie utrudniać życia ludziom chorym. Tylko z tego względu, że zdarzają się lekarze nieuczciwi, nie można dyskryminować 38 milionów ludzi. Nieuczciwych trzeba złapać, odebrać nawet uprawnienia lekarskie, ale nie mogą to być procedury powszechne i horrendalnie drogie. Nie tędy droga. Trzeba walczyć o moralność, humanitaryzm, ludzkie oblicze, wyższe wartości. ale nie wsadzać całego narodu do jakiegoś łagru tylko dlatego, że znajdzie się jakiś łajdak. TO JEST CHORE!!!

Recepta może być wypisana na kartce wyrwanej z zeszytu szkolnego, musi zawierać tylko potrzebne dane i podpis lekarza. PODPIS. To jest to, co identyfikuje lekarza, a nie pieczątka. Tak właśnie jest w cywilizowanym świecie. Lekarstwo to ratowanie życia, kartka o długości x mm tego nie czyni, tylko pośmiewisko. Lekarstwo ma zaordynować lekarz podpisany po zleceniem jego wydania aptece czyli receptą. To jest istotą. Reszta jest zbędną biurokracją do niczego niepotrzebną. Pora by pozbawić tych zbędnych kosztów budżet państwa.

Trudno wyobrazić sobie, jak ci, co powinni doskonalić organizację lecznictwa, generują krociowe koszty. Sprawa jest prosta, znana od wielu lat. Im więcej urzędników, tym ich więcej musi uzasadnić swoje istnienie na stanowisku. Każdy zatem wymyśla jakąś głupotę. Zatrudnia się kolejnych urzędników, wprowadza procedury, które tylko zabierają lekarzom i pacjentom czas, zatrudnia coraz więcej personelu pomocniczego, piętrzą się stosy papieru nikomu do niczego niepotrzebne. Aby to wykonać zatrudnia się kolejnych urzędników, chorych ubywa, bo nie mają siły pokonać przeszkód, nie chodzą do lekarza, nie stać ich na zakup lekarstw, na które im odebrano prawo do refundacji. Nie wiem, czy nie bardziej poprawny jest termin skradziono uprawnienia do refundacji.

Następuje systemowa, systematyczna EUTANAZJA LUDNOŚCI. Teraz zrozumiałe stają się wypowiedzi wielu polityków, że za 15 lat będzie nas o miliony mniej. Nie mam absolutnie wątpliwości. Między innymi SŁUŻBA NIEZDROWIA tego dokona.

Wcześniej czy później, dla 40 milionów Polaków, czy dla 25 milionów pozostałych przy życiu reforma będzie musiała być przeprowadzona. Problem tkwi w moralnej odnowie środowiska lekarskiego i moralnej odnowie rządzących. W UCZCIWOŚCI SZEROKO POJĘTEJ!!!

Obie strony muszą chcieć rozwiązać ten problem uczciwie. Wyeliminować, a przynajmniej ograniczyć te wszystkie obskurne, obrzydliwe praktyki opisane wyżej. Żadna jednak nie chce. Psim swędem tego nie można zrobić. Trzeba dać godne wynagrodzenia, ale i stawiać wymagania. I wymagać. Zasady muszą być proste i przejrzyste. Równe dla wszystkich, co nie znaczy, że każdy ma mieć tyle samo. Równość wynagrodzeń, to tani egalitaryzm, o który walczą miernoty.

Postawienie twardych zasad i ich wymaganie może sprawić, że mimo wyższych płac, koszty opieki zdrowotnej społeczeństwa wcale nie będą wyższe.

Jolanta Łaszczyk

Jan Pospieszalski, polski dziennikarz telewizyjny – znowu niepokorny. Jeszcze niedawno wyrzucany z TVP i wybroniony przez setki tysięcy listów od widzów pojechał na wywiad do polityka najwścieklej aktualnie atakowanego przez urząd brukselski. Pojechał, aby przybliżyć Polakom to, o czym nie dowiedzieli się z programów informacyjnych ustawionych na nadawanie „na falach Brukseli”. Czym naraził się premier Orban urzędnikom UE, dążącym do stworzenia jednego mega rządu dla państw europejskich?

victororbanPremier Węgier Victor Orban (fot. Wikipedia) broni zmian w prawie przeprowadzonych przez jego rząd. Wspiera go zdecydowana większość narodu. Komisja Europejska i Parlament Europejski rozpoczęły procedurę prawną wobec Węgier o złamanie unijnego prawa, uzasadniając decyzję obroną  niezależności banku centralnego i ochroną danych osobowych. Zdaniem Orbana, został on zaatakowany bo naruszył wielkie interesy gospodarcze i politykę z nimi związaną.

Jak to jest z panem, pyta dziennikarz, bo odnoszę wrażenie jakby „wielki nauczyciel” karcił niesfornego ucznia, tak pana traktuje Bruksela. A może jest tak, że uczeń przerósł nauczyciela?

Premier Orban odpowiada: chciałbym być bezstronny ale sądzę, że starym demokracjom wydaje się, iż mają prawo karcić i pouczać kraje, które były pod sowiecką dyktaturą i że to oni wiedzą więcej i lepiej co to jest demokracja – wiedzą lepiej niż Węgrzy, Polacy i inne narody Europy Środkowo Wschodniej. A my wiemy co to jest demokracja. Dla nas jest ona ważna jak powietrze bo jej długo nie mieliśmy, ale stare demokracje nie chcą wiedzieć jak to jest dla nas ważne. Oczywiście są wyjątki w tych krajach, są politycy którzy tę kwestie rozumieją, ale często odczuwamy brak zrozumienia i arogancję z tamtej strony.

W odpowiedzi na atak Komisji Europejskiej zaproponowałem rozmowy o konkretach, w czym naruszyliśmy prawo unijne w stosunku do banku centralnego, rady polityki pieniężnej i ochrony danych osobowych w sądownictwie. Kwestie prawne trzeba i należy rozwiązać, od tego się nie uchylam, ale nie zgadzam się z opinią, że w naszym kraju nie ma demokracji. Tu chodzi o coś zupełnie innego, że Komisja Europejska nie zgadza się aby urzędnicy instytucji unijnych przysięgali na węgierską konstytucję, w tym możemy się dogadać.

Przecież chodzi o węgierski bank centralny i radę polityki pieniężnej – zauważa dziennikarz i konstytucja też jest węgierska, to o co chodzi?

Tak, dokładnie chodzi o węgierskie instytucje, funkcjonujące przez 20 lat od obalenia sowieckiego reżimu i nikt tego dotychczas nie kwestionował, że przysięga na konstytucję węgierską. Większość Węgrów wie, że chodzi tu o coś zupełnie innego o to, że chcieliśmy za szybko i za głęboko zmienić nasz kraj, przyjmując w ciągu ostatniej kadencji 365 ustaw, w tym nową konstytucję [nie zmienianą po rządach sowieckich, przyp. Red. WSWO] i 10 ustaw około konstytucyjnych. W tym czasie przewodniczyliśmy prezydencji unijnej i to tempo wywołało histerię, bo zmiany w naszym kraju naruszyły wielkie interesy gospodarcze i ideologiczne międzynarodowej lewicy.

Wasza konstytucja odnosi się do praw narodu, rodziny, odwołuje się do starego porządku europejskiego i jego wartości. Mówi, że związek małżeński to kobieta i mężczyzna, że życie ludzkie chronione jest od poczęcia, w preambule konstytucji znalazły się słowa: „Boże błogosław Węgry” i nazwa państwa to Węgry, a nie republika Węgier – przytacza Pospieszalski.

Sądzę, że są dwa najważniejsze powody ataku na nas: jeden moralny, chodzi o wartości bez chrześcijaństwa, drugi to kwestie gospodarcze wielkich europejskich korporacji, które naruszyliśmy. Postępujmy w imię dobra naszego narodu, bo jeśli chodzi o wartości chrześcijańskie to nasz kraj bez nich by nie przetrwał i Polacy wiedzą to najlepiej. Mamy takie poglądy jakie ma wielu Polaków, Niemców czy Francuzów i nie jesteśmy w tym odosobnieni. Nasza konstytucja mówi, że wartością jest szacunek do narodu i własnego kraju, że wartością jest rodzina, więc parom homoseksualnym nie pozwolimy na takie same prawa jak rodzinie, na adopcję dzieci na przykład. I to są europejskie poglądy wyznawane w wielu europejskich krajach i nie można twierdzić, że jest to jakaś odosobniona wersja węgierska. Tylko, że my te wartości zapisaliśmy w konstytucji, poprzedzając jej wprowadzenie szeroką debatą publiczną – wysłaniem 8 mln listów do obywateli i 80% opowiedziało się za jej wprowadzeniem.

Drugi powód ataku na naszą konstytucję to wściekłość wielkich międzynarodowych korporacji gospodarczych, banków zachodnich i to jest głównym powodem, że ta konstytucja się nie podoba. Zastałem kraj w bardzo trudnej sytuacji z 10 milionami Węgrów zadłużonych w obcych walutach i poprzedni rząd nic z tym nie zrobił. Ludzie mieli do spłacenia kilkakrotność tego co wzięli kiedy frank był tani, a zamrożenie forinta uratowało milion rodzin przed bankructwem. Takie działania są obowiązkiem premiera rządu, nie mogę odnieść tych działań do Polski, bo nie wiem co w Polsce jest możliwe a co nie. Wiem natomiast, że ja mam na Węgrzech poparcie 2/3 społeczeństwa i to daje możliwość działania dla ich dobra. Z tego względu nasza konstytucja nie jest egoistyczna tylko społeczna i opowiada się za równowagą miedzy dobrem publicznym a społecznym.

W ostatnich 20 latach na świecie upowszechniła się niebezpieczna myśl, że ludzie będą szczęśliwi kiedy o wszystkich obszarach życia będzie decydował wolny rynek. Zupełnie się z tym nie zgadzam, co potwierdza skala obecnego kryzysu. Kryzys ekonomiczny, głównie banków to suma kryzysów moralnych Zachodu, ich upadek. Jestem przekonany, że społeczeństwa mogą funkcjonować inaczej – solidarnie, odpowiedzialnie z poczuciem przynależności do wspólnego interesu, wspólnoty i tak jest skonstruowana konstytucja węgierska.

Kiedy naród w 2/3 % udzielił mi poparcia rozpocząłem bitwę z bankami w formie negocjacji i kompromis doprowadził, że banki pokryły straty w 2/3 % a rząd węgierski w 1/3 %, choć realne straty państwa węgierskiego wynoszą dużo więcej. Mimo, że doszło do kompromisu przedstawicielstwa tych banków wciąż krzyczą, że na Węgrzech dzieje się źle i trudno im się dziwić. Mnie jednak chodzi przede wszystkim o interes mojego narodu, choć kosztem tego jest ta cała nagonka, w konsekwencji utrata zaufania narodowych banków – szczególnie austriackich.

Kiedy zaczynałem rządzić na Węgrzech pracowało 3 mln 800 tys. ludzi a podatki płaciło i utrzymywało nasz kraj 2 mln 600 tys. więc musieliśmy podjąć wielkie reformy strukturalne a do tego trzeba czasu i zrozumienia.

Oprócz banków opodatkowałem wielkie zagraniczne korporacje jednorazowym 3 letnim podatkiem kryzysowym, ale dotyczy to również dużych firm węgierskich. Większość to jednak wielki kapitał zewnętrzny: wielko powierzchniowy handel – hipermarkety, duże sieci telefonii komórkowej, sieci energetyczne. Oni nie będą już musieli płacić tego podatku od stycznia 2013 r. To są koszty zwalczenia kryzysu i grożącej zapaści państwa i musiałem je podjąć. Te korporacje, które u nas działają, a nie chciały wziąć udziału w reformowaniu państwa poskarżyły się do Brukseli i rozpoczęły przeciw nam atak medialny.

W Strasburgu polski deputowany Jacek Kurski nazwał tę medialną nagonkę na rząd węgierski brutalnym atakiem kapitału finansowego i premier Orban określił to wystąpienie dokładnym opisem rzeczywistości.

Mnie chodzi o to, aby kraj mógł się rozwijać i nie przejmuję się oszczerstwami o wprowadzaniu obozów pracy dla tych co nie chcą pracować. My im dajemy pracę a nie zasiłki bez końca, dlatego ruszyły prace publiczne i systemy zapewniające pracę dla 1 mln pracowników słabiej wykształconych. To system zwalczania bezrobocia, a nie obozy pracy. Studentom oferujemy 2% kredyty, aby mogli spokojnie studiować, a rodzinom wielodzietnym znaczące ulgi podatkowe. W tym roku ruszył program „Praca Sart”, umożliwiający powrót do pracy osobom, które ją utraciły.

To znaczy, że przyjął pan ostrzeżenia Margaret Thatcher kiedy podczas spotkania w Londynie mówiła o ostrożności wobec międzynarodowego funduszu walutowego – przypomina dziennikarz.

Reformy które wprowadziliśmy skutkują w dużej mierze tym, że radzimy sobie sami, ale to nie znaczy, że nie rozmawiamy z MFW, bo potrzebne jest nam bezpieczeństwo finansowe, aby w razie potrzeby mieć porozumienia i móc pożyczać.

Mimo ataku medialnego na nasze reformy wielu polityków wspiera Węgry, wspierają też zwykli obywatele, w Polsce w widoczny sposób opozycja i zwykli Polacy, za co serdecznie dziękuję. Polski premier także oficjalnie użył słów o histerii medialnej przeciwko Węgrom i zaoferował ewentualną pomoc polityczną.

Na pytanie Pospieszalskiego czy węgierski rząd zwróci się do Donalda Tuska o pomoc w razie potrzeby, Viktor Orban odpowiedział, że jeśli będzie konieczność takiej pomocy oczywiście zwrócimy się do Polaków jak do przyjaciół i zakończył – życzymy Bożego Błogosławieństwa dla każdego obywatela Polski.

Anna Maria Kowalska

Ekspansja nowych mediów doprowadziła do nadmiernego „rozdyskutowania” społeczeństwa polskiego. Czy to dobrze, czy źle? Ano, jak to zazwyczaj bywa: i dobrze, i źle. Dobrze, bo ludzie zaczynają zabierać głos w swoich sprawach. Powoli kończy się czas „zniechęconych”. Źle, bo dyskusje nie znają żadnych ograniczeń. Szczególnie chętnie prowokuje się te w sprawach dogmatów i aksjomatów.

Zatem – którędy droga? Drogę powinny wyznaczać nam, w myśl Encykliki Jana Pawła II: „Fides et ratio” dwa skrzydła – wiary – i rozumu. W sprawach wiary: trwajmy przy chrześcijaństwie jako jednym z zasadniczych fundamentów kultury: polskiej i europejskiej. Kierując się rozumem – rozeznawajmy zarazem w sumieniu, co jest dobre, a co złe. Nie ufajmy zbyt pochopnie.

prawoisprawiedliwoscKlub Radnych Prawa i Sprawiedliwości Rady Miasta Krakowa pragnie zaznaczyć, że w przedstawionym przez Pana Prezydenta projekcie budżetu Miasta Krakowa na rok 2012 znajdują się propozycje które zdaniem naszego Klubu nie służą mieszkańcom i dobru Krakowa .

Do głównych zagrożeń projektu należy:

1. Zadłużenie miasta.

Przed nami jest apogeum kryzysu finansowego i dlatego uważamy, że należy iść w kierunku zmniejszenia zadłużenia miasta oraz szukania oszczędności w innych miejscach niż w kieszeniach mieszkańców Krakowa.

2. Polityka mieszkaniowa miasta

Pomimo zaangażowania się krakowskich radnych w sprawę realizacji programu mieszkalnictwa którego przykładem jest „okrągły stół mieszkaniowy” Prezydent nie traktuje pozyskiwanie mieszkań jako główne zadanie miasta. Uważamy, że jest to jedno z głównych i podstawowych obowiązków samorządu. W Krakowie liczba oczekujących na mieszkania osiąga 3 tys., a Gmina Kraków pozyskuje rocznie ok. 300 mieszkań, czyli niecałe 10%.

 Przy takiej polityce duża liczba osób znajdzie się na ulicach Krakowa jako bezdomni.

3. Realizacja planów zagospodarowania przestrzennego i studium dla Krakowa.

Nie uporządkowanie tej sprawy prowadzi do sytuacji anarchii w przestrzeni krakowskiej i zahamowanie właściwego rozwoju miasta.

4. Rozwiązanie paraliżu komunikacyjnego w Krakowie.

Sprawę narastającego paraliżu komunikacyjnego w Krakowie czyli tzw. „zakorkowania miasta” uważamy za podstawową sprawę do rozwiązania. Uważamy, że powinna się odbyć debata na nadzwyczajnej sesji Rady Miasta Krakowa, na której Prezydent przedstawi projekt konstruktywnego planu rozwiązania jednego z największych obecnie problemów Krakowa. Już teraz stawiam tę sprawę jak wniosek naszego Klubu.

5. Inwestycje w oświacie

Twierdzenie, że oświata i edukacja są priorytetem przy jednoczesnym działaniu w kierunku pozbycia się szkół samorządowych i Młodzieżowych Domów Kultury poprzez próby ich likwidacji uważamy za działania szkodliwe.

6. Kultura, promocja Krakowa

Po analizie budżetu miasta Krakowa dotyczącym kultury nasuwa się pytanie, czy miasto Kraków zamierza utrzymać nazwę „Kulturalnej Stolicy Polski”. Obniżenie środków finansowych głównie na tzw. „małą kulturę” jest działaniem złym i w dłuższej perspektywie szkodliwym dla Krakowa i jej mieszkańców. Zdecydowanie sprzeciwiamy się KaBeeFizacji rodzimej kultury.

7. Wyprzedaż majątku.

Jesteśmy za szeroko pojętym uwłaszczeniem mieszkańców Krakowa, np. sprzedażą mieszkań z bonifikatą. Jesteśmy przeciwni wyprzedaży majątku miasta, a przede wszystkim pozbywaniu się udziału w spółkach miejskich, np. Klubu Sportowego „Cracovia”.

Klub Radnych Prawa i Sprawiedliwości zrezygnował z poprawek do projektu budżetu ponieważ uważamy, że to Prezydent odpowiada za budżet 2012 r. Ponadto  wypracowany przez nadzwyczajną Komisję ds. reformy finansów miasta (w której pracowali przedstawiciele wszystkich kubów RMK) materiał obniżający o połowę tzw. „dziurę budżetową” w myśl wcześniejszych ustaleń nie uzyskał poparcia członków Klubu Platformy Obywatelskiej.

W tej sprawie przedstawiciele naszego Klubu Radnych Prawa i Sprawiedliwości złożyli votum separatum.

Obecnie Kub Platformy Obywatelskiej wprowadza poprawki na kwotę około 70 mln. złotych,  co daje Prezydentowi Krakowa możliwość zrzucenia odpowiedzialności za tegoroczny budżet na RMK. Taki sposób postępowania, w sytuacji kiedy nie znamy jeszcze wielkości subwencji jakie otrzyma Kraków z budżetu państwa, uważamy za szkodliwy dla Krakowa i jego mieszkańców.

Nie wyrażamy zgody, żeby koszty obecnego zadłużenia Krakowa w największym stopniu ponosili  mieszkańcy Krakowa.

Mając powyższe na uwadze oświadczam, że Klub Radnych PiS Rady Miasta Krakowa nie poprze przedstawionego projektu Budżetu Miasta Krakowa na rok 2012.

Bolesław Kosior
Przewodniczący
Klubu Radnych Prawa i Sprawiedliwości RMK

Marek Morawski

Pytam się: Czy Kraków wart jest kanału ulgi?

Pierwotna koncepcja budowy kanału ulgi powstała jeszcze za cesarza Franciszka Józefa. Minęło już 100 lat, a rajcy i włodarze ciągle tak myślą intensywnie, że żar, który wydobywa się z ich głów, mógłby służyć w weekendy na podpałkę grilla. I nadal nic. Chyba tylko powódź mogłaby ten żar ugasić. Mogłaby, gdyby nie to, że już 24 godziny po przejściu fali kulminacyjnej, żar wznieca się na nowo. Woda opada. Ziemia wysycha. Pozostają łzy tych, co stracili dobytek. Oni płacą za nierządne rządy włodarzy. Zresztą jak zawsze za grzechy włodarzy, kunktatorstwo, brak wyobraźni, brak odwagi, brak umiejętności, kumoterstwo, nepotyzm płaci społeczeństwo. Za to, że sobie takich, a nie innych wybrało.

Cóż oznacza kanał ulgi dla Krakowa? Nic innego tylko drugie koryto dla wód Wisły. Przed zabytkowym Krakowem Wisła będzie się rozdwajała i z powrotem scalała, gdy minie Stare Miasto (koryto Wilgi). Trzeba twardo powiedzieć: Kanał ulgi nie jest dla nowego Krakowa, tylko dla historycznego Krakowa. Jakiekolwiek głosy, że zmieniły się warunki, zamienił się Kraków i jest to inne miasto nie dotyczy substancji zabytkowej miasta w obrębie nie tylko Plant, ale i obwodnicy wytyczanej Alejami, Plantami Dietla, a nawet jeszcze dalej sięgając poza klasztor Norbertanek na Salwatorze.

Jaka woda może zagrozić miastu? Stuletnia? Dwustuletnia? Jakie to ma znaczenie? A niechby tysiącletnia!

Kto z szacownych hydrologów, statystyków, innych profesjonalistów zagwarantuje, że taka powódź nie zdarzy się za rok? To jest probabilistyka. Wiadomo, że musi się zdarzyć raz na jakiś czas, ale nie wiadomo kiedy. Stary Kraków natomiast musi być zabezpieczany rok po roku. Jeżeli kanał ulgi przyniesie ulgę wynoszącą np. 100 cm, to znaczy, że summa summarum przez Kraków będzie mogło przejść o ponad 100 cm wyższa woda niż uprzednio. To  nie jest  tak mało. Chodzi przecież o stany bliskie katastrofie. Woda pod Mostem Dębnickim o 1 metr niższa nie zagrozi temu mostowi. Jeżeli to za mało, to może zacząć pogłębiać Wisłę, jak to niegdyś robiono. Może to dałoby drugi metr. Wtedy może kanał ulgi mógłby być głębszy, a to może byłoby już 2,5 metra. A to jest już potężne dodatkowe zabezpieczenie.

Postawmy jednak inne pytanie? Co by się stało, gdyby wezbrane wody Wisły zniosły Most Dębnicki razem z tymi obciążającymi ciężarówkami? Co się stanie wówczas z wałami? Zostaną zmiecione nie tylko pod Wawelem. Most w Wiśle spiętrzy wody. Wawel przetrwa. Ile będzie kosztowało odetkanie Wisły, wydobycie ruin mostu z koryta rzeki, postawienie nowego mostu, odbudowa zabytkowych domów, odnowa bardzo wielu, właściwie wszystkich zabytkowych kamienic. Co z magazynami i ich zawartością, lokalami, które znajdują się w piwnicach? Co się stanie z budynkami, które są podpiwniczone trzema kondygnacjami, a może czasem więcej. Do podziemi Krakowa wleje się woda. Podziemi nawet nie w pełni udokumentowanych. Starej sieci kanałów liczącej pewnie kilka wieków. To byłaby dopiero katastrofa. Właściwie zagłada miasta. Z pewnością okazałoby się wówczas, że 1,2 mld przeznaczone na kanał ulgi to pikuś. Ile kosztowałoby zawalenie się właściwie całego starego Krakowa? Nie byłoby do odbudowania. Za jakie pieniądze? Zabytkiem właściwie jest każda kamienica. A zabytki sakralne, niesakralne, publiczne, uniwersyteckie, handlowe.

Dlaczego zawsze zakłada się protekcję u Pana Boga? Mało tego. Czynią to najczęściej ateiści. Może się tak zdarzyć, że Bóg będzie patrzył akurat na Chiny, a nie na włodarzy Krakowa, rajców zapatrzonych w samych siebie. Trudna decyzja? Trudna, ale kto chce być wybieranym, to jakieś obowiązki po wyborach musi ponosić. Do nich należy podejmowanie decyzji,

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że Kraków to nie tylko kanał ulgi. To zaledwie część problemów. Akurat ochrona tego, co najcenniejsze. Ochrona tego, za co cały świat podziwia nasze miasto. To to, na czym Kraków zarabia i to sporo. Nie jest jednak zasługą współczesnych tylko przeszłych pokoleń. Nie spaskudźmy tego, nie spaskudźcie tego decydenci, czego Wam historia nigdy by nie zapomniała. Jak pochodnie w Rzymie Neronowi.

Panie Premierze! To nie tylko jest problem rajców krakowskich. Kraków jest dziedzictwem narodowym. Myślę, że pan też powinien poczuwać się do odpowiedzialności za starą stolicę Polski. Może jeszcze inaczej. Kraków jest dziedzictwem światowym. Dziedzictwem wielu europejskich mistrzów, polskich, włoskich, niemieckich też. Nie można czekać aż zdarzenia potoczą się zgodnie z prawem wielkich liczb. Niech mądre decyzje wyprzedzą statystyczny przypadek.

agnieszkaszmerekAgnieszka Szmerek

Dnia 13 grudnia będziemy obchodzić 30-lecie wprowadzenia stanu wojennego. Władze lokalne i różne instytucje w całej Polsce przygotowują z tej okazji różne uroczystości, spotkania, wykłady, wystawy, ale tak naprawdę zabraknie jednego… WINNEGO.

Po ponad 20 latach jakie minęły od obalenia komunizmu nadal nie udało się osądzić odpowiedzialnych za zbrodnie dokonywane na Polakach w tamtym czasie. Sztandarowa postać tamtych wydarzeń, osoba bezpośrednio odpowiedzialna za wprowadzenie stanu wojennego na terytorium całej PRL gen. Wojciech Jaruzelski prawdopodobnie uniknie odpowiedzialności. Ostatnio ulubioną wymówką zwalniająca obecnie wymiar sprawiedliwości od osądzenia Generała jest stan jego zdrowia. Może i jego stan zdrowia jest ciężki, ale czy dlatego mamy zapomnieć kim był. Wygląda na to ze obecnie rządzący choć chętnie przyznają się do swoich solidarnościowych korzeni już nie są tak chętni by walczyć o sprawiedliwość. Ostanie wydarzenia mogą sugerować jakby wręcz podejmowano próby wybielania postaci Jaruzelskiego. Dotyczy to nie tylko kwestii stanu wojennego, ale w ogóle wydarzeń z czasów PRL za którymi stał Generał. Wciągu ostaniach miesięcy Jaruzelski nagle stał się wybitnym specjalistą ds. stosunków polsko-rosyjskich i specem od bezpieczeństwa. Jest nawet zapraszany przez Prezydenta na obrady Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Przyjaźni z Jaruzelskim nie wstydzi się także legenda Solidarności Lech Wałęsa. W mediach jeśli już nawiązuje się do przeszłości Generała to mówi się o tym jaką miał ciężka młodość i jak jego rodzina była prześladowana przez władze ZSRR kreując Generała niemal na męczennika komunizmu. Wmawia się również, że był pierwszym demokratycznie wybranym Prezydentem III RP zupełnie jakby zapominając ze jego wybór na prezydenta był właściwie wymuszony przez okoliczności polityczne panujące w czasie obrad Okrągłego Stołu. Nikt bowiem nie miał wówczas wątpliwości, że na prezydenta ma być desygnowany właśnie ówczesny Przewodniczący Rady Państwa. Nie słyszy się również by media bądź rządzący wspominały, iż gen. Wojciech Jaruzelski został wybrany przez Zgromadzenie Narodowe a nie w wolnych demokratycznych wyborach. Kilka miesięcy temu mieliśmy wielką premierę kinową „Czarny Czwartek” opowiadająca historię rzezi dokonanej w grudniu 1970 na stoczniowcach. Film bardzo przejmujący i pewnie w dużej mierze oddający rzeczywistość szkoda tylko ze zapomniano w nim kto wydawał rozkazy wojsku, gdyż właśnie to gen. Wojciech Jaruzelski był wówczas Ministrem Obrony Narodowej. Lech Wałęsa broni dziś Generała w procesie dotyczącym wydarzeń grudniowych mówiąc:Generał miał wtedy mało do powiedzenia. Wówczas rządził sekretarz partii.

Choć dziś Polacy nie mogą doczekać się sprawiedliwości to kiedyś dowiemy się dlaczego Generał nie może być osądzony! Historia z pewnością go rozliczy. Obecnie pozostaje nam tylko pamięć i modlitwa za tych, którzy za wolna Polskę oddawali życie i poświęcali bezpieczeństwo swoje i swoich rodzin. Dnia 13 grudnia złóżmy hołd wszystkim prawdziwym bohaterom tamtych czasów, także tym nieznanym z ekranów telewizji, publikacji i opowieści.

Zachęcam więc do wzięcia udziału w Marszu Niepodległości i Solidarności organizowanym z inicjatywy Prawa i Sprawiedliwości. Odbędzie się on w Warszawie 13 grudnia br. o godzinie 18.00. Marsz wyruszy spod pomnika Wincentego Witosa na pl. Trzech Krzyży. W ten sposób nie tylko upamiętnimy bohaterów stanu wojennego, ale także zaprotestujemy przeciwko proniemieckiej polityce zagranicznej ministra Radosława Sikorskiego.

agnieszkaszmerekAgnieszka Szmerek

Już na kilka dni, 13 grudnia będziemy obchodzić 30 rocznice wprowadzenia przez władze komunistyczne stanu wojennego w Polsce.  Uchwałę Rady Państwa w tej sprawie podpisał gen. Wojciech Jaruzelski dnia 12 grudnia. Powołał także niekonstytucyjny organ WRON, który miał mu umożliwić przejęcie pełnej władzy i kontroli nad sytuacją w Kraju. W efekcie tych decyzji zamknięto przejścia graniczne, odcięto linię telefoniczne (po kilku tygodniach stopniowo przywracano łączność, ale rozmowy były na podsłuchu). W dalszym etapie ocenzurowano media i korespondencję. Od pierwszych dni rozpoczęła się również brutalna pacyfikacja opozycji, co moim zdaniem było głównym celem wprowadzenia stanu wojennego.

Stan wojenny wedle mojej i niektórych historyków opinii był właściwie zamachem stanu dokonany w celu utrzymania władzy w rękach PZPR. Wskazywać na to mogą nie tylko skrupulatnie opracowane wcześniej plany jego przeprowadzenia w tym dotyczące m.in. aresztowań działaczy opozycyjnych, ale choćby badania opinii publicznej przeprowadzone w tamtym czasie przez OBOP. Według nich w czerwcu 1981 zaufanie do rządu deklarowało zaledwie 24% respondentów, a  zaledwie 6% z nich aprobowało działania KC PZPR. Dla odmiany działalność NSZZ „Solidarność” pozytywnie oceniało aż 62% Polaków. Władza obawiała się spadku poparcia i wzrastającego niezadowolenia społecznego, które przejawiało się m.in. w rosnącej na sile i znaczeniu „Solidarności”.

Początek tamtych wydarzeń wyglądał podobnie w całej Polsce. W Krakowie pierwsze tygodnie to likwidacja prasy – zamiast trzech („Gazety Krakowskiej”, „Dziennika Polskiego” i „Echa Krakowa”) ukazywał się jedynie jeden dziennik o złożonym z powyższych tytule, w którym pracowali dziennikarze poprawni politycznie. Nazywany był przez społeczność miasta „Gadziecho”. Podobnie dobrano redakcję miesięcznika ZLP „Pismo” natomiast dwutygodnik „Student” zlikwidowano. Zawieszono wykłady na Uczelniach, które przywrócono co prawda w lutym 1982 r. jednak przy bardzo zaostrzonym regulaminie. Kładziono duży nacisk na sprawdzanie obecności, podwojono czas zajęć, a wykłady stały się obowiązkowe. Najbardziej uciążliwymi skutkami była oczywiście godzina milicyjna i liczne aresztowania opozycji, dokonujące się przy użyciu siły. Tylko w ciągu dwóch pierwszych miesięcy w Krakowie internowano ponad. 200 osób.

Decyzje i postępowanie władz spotkały się oczywiście z oporem społecznym. Większość Senatów  i Rad Wydziału krakowskich uczelni potępiła stan wojenny. Rozpoczęły się też protesty robotnicze, zastrajkowało wiele zakładów pracy w tym m.in. MPK. Robotnicy byli tez wspierani przez studentów. Strajk na UJ zakończył się jeszcze 12 grudnia ale nadal w protestach uczestniczyli studenci AGH. Trwał tez rozpoczęty 12 grudnia strajk „Solidarności”. Jedną z najbardziej  dramatycznych był pacyfikacja Huty im. Lenina, gdzie ponad 2000 funkcjonariuszy ZOMO wspomaganych przez wojsko. Wytoczono przeciwko robotnikom nawet czołgi. Po tych wydarzeniach i po wieściach o wydarzeniach w kopalni Wujek  Krakowianie podjęli masową demonstrację na Rynku Głównym. Miało to miejsce 17 grudnia po Mszy św. w kościele Mariackim. ZOMO obok pałek użyło tez armatek wodnych nie zważając na 12 stopniowy mróz. Podobne demonstrację powtarzały się wielokrotnie tak na Rynku krakowskim jak i potem w Nowej Hucie i pociągnęły za sobą także ofiary śmiertelne.

Stan wojenny choć zawieszony 31 grudnia 1982 r. to ostatecznie zniesiony został dopiero 22 lipca 1983 roku. Pociągnął za sobą ogromne ilości ofiar. Tysiące ludzi doznało trwałych uszczerbków na zdrowiu a wielu straciło życie. Choć dziś nadal brak jest winnych a wyroki sądowe nie zapadają to trzeba mieć nadzieję, ze nie ujdą sprawiedliwości. Naszym obowiązkiem jest też pamięć -  przede wszystkim w modlitwie za tych co zginęli, ale też i ku przestrodze byśmy mając w przed oczyma tamte wydarzenia zrobili wszystko co możliwe by się nie powtórzyły.

prawoisprawiedliwoscSzanowni Państwo,

w naszej dzielnicy na Komitet Wyborczy Prawa i Sprawiedliwości w wyborach do Sejmu 9 października 2011 roku oddano 6782 głosy, w tym na lidera listy – p. Andrzeja Dudę 4424 głosy.
Kandydatka do Senatu, p. Zuzanna Kurtyka zebrała w naszych komisjach obwodowych 8033 głosy.

W Ich imieniu, a także w imieniu Komitetu Dzielnicowego Prawa i Sprawiedliwości, za Państwa wkład pracy i ogromny wysiłek włożony w dzieło budowania wolnej Polski serdecznie dziękuję,

Mirosław Boruta

SSzanowni Państwo,

serdecznie dziękuję tym z Państwa, którzy w ostatnią niedzielę (28 sierpnia 2011 roku) dopomogli nam w zebraniu kilkuset podpisów pod kandydaturami p. Zuzanny Kurtyki do Senatu oraz dwudziestki ósemki naszych Kandydatów do Sejmu.

Mirosław Boruta

Pod spodem linka do kilku  pamiątkowych zdjęć:
https://picasaweb.google.com/103511753291993799832/28Sierpnia2011

elzbietamorawiecElżbieta Morawiec

Od początku rządów ekipy PO, której głównym narzędziem jest „polityka miłości” namnożyło się zagadkowych samobójstw, głównie przez powieszenie. A także dziwnych zabójstw. Ostatnio ofiarą samobójstwa padł Andrzej Lepper, szef „Samoobrony”. Przed nim powiesili się (w monitorowanych celach) dwaj gangsterzy ze sprawy Olewnika, zginął strażnik więzienny, w przeddzień Bożego Narodzenia 2009 powiesił się na … sznurze odkurzacza dyrektor kancelarii Tuska, Grzegorz Michniewicz, w roku 2010 zamordowany został wybitny ekspert lotniczy, Edward Wróbel. Podobno przez syna, którego prędziutko skazano na pobyt w … psychiatryku. Syn, bowiem był nie tylko mordercą , ale i ciężkim psychopatą – poćwiartował ciało ojca i wrzucił je do stawu. Jak na polskie standardy – wykrycie sprawcy i wyrok odbyły się błyskawicznie.

Śmierć Andrzeja Leppera obfituje jednak w okoliczności, których w poprzednich samobójstwach nie było. Lepper poprzedniego dnia umawiał się na spotkanie w swoim warszawskim biurze z bliskim współpracownikiem, Maksymiukiem, aby, jak się wyraził, przekazać mu informacje na temat spotkania z jakimś tajemniczym gościem. Prosił, aby Maksymiuk przyszedł po 11. Maksymiuk przyszedł po 11, przyszła też pono dziennikarka z TVN, umówiona na wywiad, ale Andrzeja Leppera w pokoju nie znaleźli, telefony także nie odpowiadały. O 16.20 ciało teścia, powieszonego w łazience odnalazł zięć. Policja zjawiła się … już o 17!!! Doprawdy, zdumiewający pośpiech, 40 minut, aby dotrzeć w centrum Warszawy do miejsca tragedii czy zbrodni, popełnionej na znanym polityku. Śledczy zjawili się, podobnie „już” o 22 i pracowali do 3. A że był piątek, pan prokurator, nomen omen Ślepokura, uznał, że sekcję zwłok należy odłożyć do poniedziałku. Ale jeszcze przed sekcją wydał komunikat, że nie ma śladów udziału osób trzecich, że było to samobójstwo – najpewniej na tle „kłopotów finansowych”. Tu, w przeciwieństwie do podjęcia podstawowych działań śledczych – tempo błyskawicy. Zdumiewająco podobne do tempa, w jakim po tragedii smoleńskiej miarodajne czynniki i miarodajne media ogłosiły wszem i wobec  – „zawinili piloci”.

I byłoby wszystko cacy – propaganda ruszyła pełna parą – Żakowscy, Śpiewaki – też od razu wszystko wiedzieli, gdyby nie redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, Tomasz Sakiewicz. Sam się zgłosił do prokuratury i oświadczył, że jest w posiadaniu rozmowy nagranej z Andrzejem Lepperem jesienią, w której ten ujawnił mu nazwisko osoby, odpowiedzialnej za przeciek w aferze gruntowej. I że lęka się o własne życie. Zobowiązał jednak Sakiewicza do zachowania absolutnej tajemnicy. W niedzielę,7. główne media – TVP, TVPInfo, program I PR milczały na ten temat, chociaż informacja wisiała juz w Internecie, podało ją także Radio RMF FM. Nadal trwała bajka o „motywach finansowych” samobójstwa. News, który powinien być informacją dnia – został zamilczany. W poniedziałek już się milczeć nie dało, przeto coś tam przez zaciśnięte zęby w TVP1 wyduszono, snując równocześnie bogate hipotezy na temat domniemanego samobójstwa.

Charakter świadomych zaniechań jest w tej sprawie tyleż ponury co zastanawiający. I też łudząco przypomina Smoleńsk. Orzeczenie – natychmiastowe, ale policja, która się nie śpieszy, śledczym – też nie pilno, prokurator – działa na dwu prędkościach. Gdybym była marszałkiem Niesiołowskim doradziłabym panu Ślepokurze, aby zmienił zawód, skoro nie zna jego podstawowych arkanów. Średnio inteligentny nastolatek wie dziś przecież, że jeśli użyto wobec kogoś substancji obezwładniającej(np. „pigułki gwałtu” czy pavulonu), to jej śladów może nie być w organizmie ofiary już po kilkunastu godzinach, cóż dopiero po trzech dobach. Ale Stefanem Niesiołowskim nie jestem, przeto tylko opisuję fakty. Suponuję takoż, że gdyby Jacek Żakowski był dziennikarzem „Washington Post” za Nixona – Nixon suchą stopą przeszedłby przez Watergate, sławiony jeszcze jako obrońca demokracji.

W sprawie Andrzeja Leppera jest także zastanawiająca analogia ze sprawą Grzegorza Michniewicza. W wieczór przed swoją samobójczą śmiercią Michniewicz robił plany, umawiał się, że dojedzie do żony na Wybrzeże nazajutrz. D o p i e r o po spacerze z psem, na którym bez wątpienia k o g o ś spotkał, przyjaciel z Londynu, rozmawiający z nim przez telefon stwierdził głębokie przygnębienie. K o g o spotkał na spacerze Michniewicz? Co spowodowało gwałtowną zmianę nastroju – nie wiadomo. Bo nikt się jakoś nie starał, aby było wiadomo.

Andrzej Lepper też miał plany na feralny piątek: spotkanie z Maksymiukiem, wywiad z dziennikarką. Kto te plany tak dramatycznie odmienił i z jakiego powodu? – Jaki samobójca układa plany na jutro? – to są pytania, które normalnemu człowiekowi narzucają się same. Ale nie prokuratorowi Ślepokurze.

Na koniec trochę psychologii. Nigdy nie byłam zwolenniczką Leppera, nie czas jednak dziś analizować jego sylwetkę polityczną. Ale jako człowiek – bez wątpienia nie był typem samobójcy, był twardym facetem, który potrafił znieść wielkie życiowe klęski, walczył o życie ciężko chorego syna. W dodatku, jak twierdzą bliscy mu ludzie, był głęboko wierzącym katolikiem.

Są i inne dziwne fakty w sprawie tego samobójstwa. Na zapleczu budynku, w którym pracował szef Samoobrony wzniesione były rusztowania od parteru po dach. Pomieszczenia szefa Samoobrony miały klimatyzację, okien tam nie otwierano. W dniu dramatu – wszystkie trzy okna były otwarte. Czas zgonu Andrzeja Leppera ustalono na godziny między 8.30 a 12. Ale dziwnym trafem zastopowany obraz telewizyjny zatrzymał się na audycji z 13.15 z Donaldem Tuskiem. Śmierć nastąpiła później niż ustalono czy też może duch Andrzeja Leppera zatrzymał przekaz telewizyjny? A może „inni szatani byli przy tym czynni”?

Ktokolwiek odwiedził czy też miał odwiedzić Andrzeja Leppera nie był na pewno sąsiadem z jego WSI. Wedle Sakiewicza wzmiankowany w rozmowie z Lepperem autor przecieku był osobą publicznie znaną. Pytanie z czego ów dżentelmen był znany nie należy do ostatnich, jakie powinna postawić prokuratura.

Na szczęście niezwykle szybkiemu w orzekaniu prokuratorowi Ślepokurze przyjdzie teraz w sukurs, na wniosek posłów PiS, monitoring prokuratora generalnego. Bo na ekipie rządzącej ta śmierć nie zrobiła większego wrażenia. Donald Tusk tak był zajęty urodą nowo otwartego stadionu gdańskiego, że zdołał tylko wyrazić krótko i po męsku – wyrazy smutku. Żadnych zaleceń co do śledztwa – a przecież zginął były wicepremier.

Zagończycy PO już ruszyli do kampanii z mantrą znana od dawna: PiS „gra” śmiercią Leppera przed wyborami. Braliśmy to już po wielekroć. I cóż to za argument! Zginął człowiek, jest rzeczą normalną w każdym normalnym kraju, że należy zadbać o rzetelne dochodzenie. W normalnym kraju, ale nie tu, gdzie monopol na, rzeczywiście brudną, „grę” śmiercią ma towarzysz Kalisz.

Dziwne rzeczy dzieją się za ulepioną z rajskich widoków teraźniejszości fasadą „Polski w budowie”, „zielonej wyspy”. Coraz bardziej to, co za fasadą przypomina dzieje innej szczęśliwej wyspy, Sycylii i jej wszechmocnych właścicieli spod znaku Cosa Nostra i Toto Riiny.

Autorka jest krytykiem teatralnym i literackim, publicystką, członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

krzysztofpasierbiewiczKrzysztof Pasierbiewicz

Dedykowane opiniotwórczemu grajdołowi intelektualistów z pewnej elitarnej plaży w Juracie

Dwudziestego pierwszego grudnia 2010, w Kubie Dziennikarza „Pod Gruszką” w Krakowie, miałem zaszczyt uczestniczyć w nad wyraz interesującym spotkaniu z panem profesorem Andrzejem Nowakiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
 
Jednym z tematów spotkania był problem wytłumaczenia genezy postępującej zapaści standardów polskiego dziennikarstwa, a pośrednio próba wytłumaczenia zjawiska irracjonalnie wysokich notowań Platformy Obywatelskiej w świetle nieudacznych poczynań Rządu Donalda Tuska. Dyskutowano także o bezrozumnie bezkrytycznej postawie „dziennikarzy nowej generacji” wobec tych zjawisk, łącznie z przyzwoleniem na degradację i brutalizację życia publicznego.
Profesor Andrzej Nowak zarysował szereg niezwykle interesujących z naukowego punktu widzenia tez związanych z wyjaśnieniem przyczyn tego stanu rzeczy.
 
Chciałbym dodać również kilka swoich uwag do tej dyskusji, w oparciu o moje nie tyle naukowe, co życiowe doświadczenia, głównie z krakowskiego podwórka.
Otóż wydaje mi się, że jedną z najważniejszych, o ile nie najważniejszą przyczyną wspomnianego stanu rzeczy jest zabieg socjotechniczny, który na swój prywatny użytek zwykłem nazywać „awansem społecznym bis”.
Jak starsi pamiętają, a młodsi niestety już nie, gdyż nie mieli się skąd o tym dowiedzieć, w latach powojennych (lata 40/50) komuniści dokonali bardzo sprytnej socjologicznej sztuczki. Z zacofanej i zabiedzonej prowincji przerzucono wtedy do miast rzesze prostych i nie wykształconych ludzi. Brano głównie tych „nijakich”, gdyż prawdziwy chłop ziemi nie chciał opuścić.
W miastach, zazwyczaj w pobliżu zakładów przemysłowych, pobudowano dla nich nowe dzielnice, a w nich bloki z wielkiej płyty, które im się zdały pałacami. Potem im umożliwiono zrobienie zaocznej matury, co oni uznali za awans społeczny. Ci właśnie ludzie, z grubsza okrzesani w hotelach robotniczych i temu podobnych ośrodkach krzewienia kultury masowej, przepoczwarzyli się z czasem w coś w rodzaju „przyzakładowych wierchuszek”. Słowem ni pies, ni wydra, albo, jak kto woli zdegenerowany twór bez rodowodu. Jednocześnie komunistyczna propaganda przypominała im bezustannie, że swój awans zawdzięczają dbającej o ich interesy władzy ludowej, co się w ich świadomości zakodowało na trwałe w formie ślepej wdzięczności dla komuny. To ci właśnie ludzie stanowili służący wiernie stalinowskiemu reżimowi pierwszy rzut zasilający szeregi PZPR, milicji i urzędu bezpieczeństwa.
 
W następnym pokoleniu (lata 60/70), ich dzieci pokończyły już częściowo studia tworząc grupę „nowej inteligencji”, drastycznie odmiennej kulturowo od ideałów inteligencji „starej” wywodzącej się z czasów przedwojennych. Tu skłaniałbym się ku zastąpieniu terminu „nowa inteligencja” określeniem „klasa ludzi wykształconych w pierwszym pokoleniu”. Ta grupa społeczna od inteligencji „starej” różniła się głównie tym, iż nie wyniosła z domu praktycznie żadnych głębszych wartości. I choć nieźle wykształcona zawodowo, nie miała, świadomości, bądź jej nie dopuszczała, iż jest genetycznie skażona piętnem służalczej wdzięczności wobec komunistów, którzy umożliwili ich ojcom społeczny awans. Myślę, że to ci właśnie ludzie poparli, a jeszcze żyjący nadal popierają wprowadzenie stanu wojennego traktując generała Wojciecha Jaruzelskiego jako męża stanu. I w pewnym sensie nie można ich za to winić, gdyż tak ich po prostu wychowano.
 
Po upadku komuny wydawało się przez moment, że nastąpi odrodzenie prawdziwych polskich elit. Otóż nic bardziej złudnego, gdyż proces ten skutecznie storpedowali zbałamuceni przez pewnego redaktora wnukowie tych, których w latach 40/50 przesiedlono do miast.
W tym przypadku, ten genetycznie służalczy, tym razem wobec post-komuny, materiał ludzki został wykorzystany, trzeba przyznać genialnie, przez owego redaktora poczytnej Gazety. Mechanizm był identyczny jak w okresie powojennym, czyli utwierdzenie ludzi w poczuciu społecznego awansu.
Mechanizm psychologiczny tej chytrej sztuczki jest następujący.
Otóż, jeśli garbatemu powiedzieć, że się prosto trzyma, to, choć wie, że tak nie jest, chętnie w to uwierzy. Jeśli szarej myszce ktoś powie, że wygląda jak hollywoodzka gwiazda też się nie oprze pokusie uwierzenia w tę oczywistą nieprawdę. Podobnych przykładów można mnożyć wiele.
 
O ile sztuczka z „awansem społecznym prim” (tata 40/50) polegała na utwierdzeniu prostych i nie wykształconych ludzi w przekonaniu, że przynależą do lepszej od reszty społeczeństwa awangardy władzy ludowej, to trik z „awansem społecznym bis” (po upadku komuny) polegał na utwierdzeniu ich już z grubsza okrzesanych i lepiej wykształconych wnuków w poczuciu, iż przynależą do grupy światlejszych i bardziej od reszty społeczeństwa postępowych ELIT. W pierwszym przypadku wykorzystano ciemnotę i niedouczenie, w drugim próżność, pychę i kompleksy ludzi, których na swój prywatny użytek nazywam „intelektualnie nowobogackimi”.
 
Bezsprzecznie genialny redaktor wspomnianej Gazety doskonale znał odbierającą rozum magiczną moc utwierdzenia „nowobogackiego inteligenta” w przekonaniu o przynależności do krajowej elity. Pan redaktor wiedział, że jak takiemu powie, że przynależy do crême de la crême III Rzeczypospolitej, to on nie dość, że w to głęboko uwierzy, to jeszcze będzie owego społecznego awansu (bis) bezkrytycznie bronił do ostatniej kropli krwi. Więcej, w obawie przed utratą nowego statusu wyróżniającego go ponad resztę „ciemnego” społeczeństwa, taki delikwent zrobi dosłownie wszystko, byle się świat nie dowiedział, co sobą reprezentuje naprawdę. I tu moim zdaniem leży tajemnica irracjonalnie wysokich notowań obecnie rządzącej partii, popieranej w znakomitej większości przez takich właśnie ludzi. Popierających bezkrytycznie, w obawie, że ewentualny upadek tej partii grozi weryfikacją elit, co dla nich oznaczałoby możliwość utraty ich awansu społecznego (bis).
 
Tu jednak pragnę dobitnie zaznaczyć, że tych ludzi nie należy, broń Boże, społecznie dyskryminować. Jest to grupa niekwestionowanej inteligencji. Trzeba im tylko uświadomić, jak im zawrócono w głowach. Że dali się nabrać wspomnianemu redaktorowi, iż przynależą do grupy społecznej, która jest bardziej światła, więc de facto lepsza niż reszta „obciachowej ciemnoty”.
 
Tu ważną rolą dziennikarzy jest wytłumaczenie im, że choć w większości przypadków kulturalni i całkiem nieźle wykształceni, stanowią jednakże grupę inteligencji p r z e c i ę t n e j, której daleko do krajowych elit. Więcej, trzeba ich przekonać, że utrata bądź wyrzeczenie się ich nieuprawnionego statusu (przynależności do elity) to nie żadna klęska, ale wręcz przeciwnie, powrót na sprawiedliwie im przynależny szczebel w hierarchii społecznej. Że jeśli się z tym pogodzą, staną się bardziej autentyczni, a co za tym idzie bardziej wiarygodni. Że nie będą się już musieli już bać o utratę nienależnego statusu. Że nie będą już musieli brnąć w zakłamanie. No i co najważniejsze, będzie im wtedy łatwiej się porozumieć z resztą społeczeństwa, że staną się znowu częścią narodowej wspólnoty. Może to właśnie tędy wiedzie droga do pojednania Polaków?
 
Dlatego uczciwi dziennikarze powinni obecnie zrobić ruch wyprzedzający i stanąć na głowie by obnażyć kompleksy, zakłamanie, płytkość ideową i pretensjonalność "elit" III RP. Jeśli się tego uda dokonać, stojąca na glinianych nogach doktryna Donalda Tuska i jego kolegów z boiska piłkarskiego rozpadnie się jak domek z kart, co powinno otworzyć drogę do pojednania Polaków.
Rodzi się, więc pytanie, jak to zrobić?
Myślę, że desperackie próby zaprzeczania kłamliwemu stereotypowi, że „PIS to obciach” są drogą do nikąd. Ludziom tak zamieszano w głowach, że każda próba zmiany gęby przyprawionej PISowi jest obecnie zdana na niepowodzenie, a wszelkie kroki w tym kierunku działają na korzyść partii rządzącej.
 
Uważam, że naczelnym obecnie zadaniem uczciwych dziennikarzy, zarówno tych z prawej, jak i z lewej strony jest d e m a s k o w a n i e, wszystkimi możliwymi sposobami, r z e c z y w i s t e j jakości post-komunistycznych elit III RP.
Trzeba bezlitośnie obnażać ich prawdziwy rodowód, mierny poziom, zakłamanie, miałkość ideową i bezpardonową hipokryzję. Bezlitośnie i konsekwentnie demaskować, ale, co bardzo ważne, bez agresji, starając się unikać nadmiernego patosu i nut martyrologicznych, co bardzo drażni i zniechęca młodych.
 
Wiem, że to trudna i „niebezpieczna” gra, czego najlepszym przykładem może być Waldemar Łysiak, który kilkanaście lat temu odważył się zdemaskować kulisy różowego salonu. W efekcie nazwisko jednego z najbardziej poczytnych współczesnych polskich pisarzy zostało dosłownie wymazane z mediów.
 
Przekonałem się również o tym na własnej skórze. W roku 1995, na drugi dzień po wyborze Aleksandra Kwaśniewskiego na Prezydenta, kiedy rankiem ogłoszono oficjalne wyniki, w odruchu desperacji napisałem coś w rodzaju listu otwartego, który wręczyłem wybranym znajomym z krakowskich kręgów biznesowych, artystycznych i naukowych.
Oto jego tekst:
 
W dniu zwycięstwa „Olka” pragnę pogratulować bezspornego sukcesu wszystkim zwolennikom grubej kreski, którzy pozostawili postkomunistów u władzy de facto na kilka pokoleń.
Gratuluję również elitom naszej partii inteligenckiej, która przez kilka lat wmawiała Polakom, że to już nie ci sami komuniści. Największe gratulacje należą się jednak panu Adamowi Michnikowi i jego gazecie za to, że nawołując razem z panem Cimoszewiczem do pojednania przekonali ludzi do głosowania na postkomunistów.
To nie naród należy winić za to, co się stało z polską 19-go listopada 1995
 
Krzysztof Pasierbiewicz                                                                             Kraków, 20 listopada 1995
 
Reakcją na ten list był graniczący z furią ostracyzm krakowskiego salonu wpływu, a także dystans ze strony przyjaciół bojących się salonowi narazić.
W efekcie, o ile przez całe lata dostawałem rokrocznie kilkadziesiąt zaproszeń do różnych krakowskich salonów, po moim liście zaproszenia prawie się urwały, z wyjątkiem kilku najbliższych przyjaciół, którzy mnie wciąż zapraszają okupując to jednak stresem i widocznym w ich oczach strachem bym przypadkiem nie wystrzelił z czymś politycznie niepoprawnym.
Nie było to miłe doświadczenie, ale pozwoliło mi się przekonać naocznie, że tak zwany „salon” to rodzaj „loży” ze świetnie zorganizowanymi nieformalnymi strukturami, której orężem jest zmowa milczenia i tak zwane przyprawianie gęby.
Bo kiedy dziesięć lat później mój list opatrzony tytułem „Nabrani przez redaktora” przedrukował „Newsweek” (Nr 20/2005) okrzyczano mnie natychmiast lokalnym „PISowcem”, choć nawet nie wiedziałem, gdzie ta partia ma swoją siedzibę w Krakowie.
Już wtedy jakakolwiek krytyka pod adresem obozu wywodzącego się z pnia Unii Demokratycznej kończyła się okrzyknięciem krytykującego PISiorem, oszołomem, ciemniakiem, a ostatnio obciachowym szaleńcem.
 
W efekcie doszło do sytuacji iście kuriozalnych.
Podam dość zabawny przykład.
Otóż od czasu, kiedy swoje poglądy ogłosiłem publicznie, jedna z moich przyjaciółek zaczęła wydawać imieniny w dwu turach. Przyczyną był szantaż krakowskich salonowców polegający na tym, że jeśli ktoś się odważył zaprosić osobę „politycznie niepoprawną” zostawał z automatu usunięty z towarzystwa. Ponieważ mojej wieloletniej przyjaciółce w żaden sposób nie wypadało mnie nie zaprosić, zaczęła urządzać imieniny dwuetapowo. Salonowców zapraszała w pierwszej, a mnie w drugiej turze, na którą dopraszała ludzi spoza „towarzystwa”.
Najsmutniejsze jest jednak to, że robiła to ze strachu przed zemstą salonu, narażając na szwank wieloletnią przyjaźń.
 
A wmawia się ludziom, że to Kaczyńscy podzielili Polaków.
Nic bardziej pokrętnie kłamliwego. Dlatego rzetelni dziennikarze powinni uparcie przypominać, że Polaków podzielił już w roku 1995 wspomniany redaktor wpływowej Gazety wraz z pewnym miłośnikiem białowieskich żubrów. To wtedy Polska pękła na pół, rozpadając się na „lewacko” post-komunistyczną i „prawicowo” patriotyczno-solidarnościową, a resztki prawdziwej inteligencji udały się na emigrację wewnętrzną, na której pozostają do dzisiaj.
I tu mam kolejny apel do dziennikarzy myślących z autentyczną troską o Polsce.
Trzeba koniecznie uaktywnić stojącą świadomie z boku sceny politycznej awangardę inteligencji wywodzącej się z tradycji przedwojennych. To wielki potencjał intelektualny. Muszą to jednak zrobić dziennikarze, bo politycy dowiedli, że tego nie potrafią.
 
Ale jak? – zapytacie. Podpowiadam. Uczmy się od wspomnianego redaktora wszechwiedzącej niegdyś gazety.
I tu zwracam się do rzetelnych dziennikarzy, niekoniecznie prawicowych. Trzeba pisać PRAWDĘ! Pisać! Pisać! I jeszcze raz, pisać! Do znudzenia. Świetny wzór przytoczył w Klubie Dziennikarza Pod Gruszką pan profesor Nowak, który przypomniał setki artykułów w sprawie Jedwabnego zamieszczonych na łamach Gazety Wyborczej w ciągu zaledwie kilku miesięcy.
A więc piszcie śmiało, dziesiątki, setki artykułów nawet, gdy tak zwane „oświecone” gremia będą was regularnie opluwać, niszczyć i wyszydzać. Piszcie prawdę! Odważnie! Nie bacząc, że inteligencja z awansu zrobi wszystko by zabić naruszających podstawy jej egzystencji posłańców złej nowiny. Więcej, uczcie młodych kolegów cywilnej odwagi oraz odporności na niesprawiedliwą krytykę i wredną intrygę.
 
Wielu komentatorów zastanawia się nad genezą szerzącej się w Polsce plagi nienawiści, przybierającej często formy wręcz wynaturzone. „Oświecone” media konsekwentnie oskarżają o ten stan rzeczy Jarosława Kaczyńskiego wmawiając Polakom, że to on jest powodem wszelkiego zła. A prawda jest taka, że to nie Jarosław Kaczyński sieje nienawiść, lecz ci, którzy się panicznie boją, że zostaną przez niego zdemaskowani. Bowiem zdają sobie sprawę, że ten człowiek jest na tyle zdolny i odważny, iż może tego dokonać. Stąd ich patologicznie nienawistna agresja. Moim zdaniem ten sam rodzaj strachu zrodził ideę grubej kreski, wywołał zaciekły opór przeciwko lustracji, a obecnie stymuluje coraz to bardziej pokrętne próby usunięcia Jarosława Kaczyńskiego ze sceny politycznej.
 
Co zatem robić?
Trzeba niezbyt chlubnym wzorem „Szkła kontaktowego” zacząć wykpiwać mentorstwo panów Wajdów, obleśność panów Kutz’ów, nienawistne zaplucie panów Bartoszewskich, antypisowskie fobie panów Niesiołowskich, chamstwo, pretensjonalne stroje i fryzury panów Palikotów, żałosne anegdoty panów Żelichowskich i tak dalej. Bo to oni sieją ową wynaturzoną nienawiść, którą kolaboranckie media przypisują obozowi Jarosława Kaczyńskiego i samemu Prezesowi.
 
Pójdźmy dalej.
Trzeba koniecznie odkłamać wylansowany ostatnimi laty stereotyp myślowy, że „lewactwo to cnota, a patriotyzm to obciach”. Uważam to za jedno z najważniejszych obecnie wyzwań dla uczciwych dziennikarzy. I należy zapomnieć o dumnej zasadzie nie zniżania się do poziomu przeciwnika, bo w ten sposób zostawiamy drugiej stronie monopol na bezkarność i jedynie słuszną rację. Samą dumą nigdy się nie wygra.
Trzeba uaktywnić błyskotliwych dziennikarzy i dowcipnych satyryków, a także pisarzy. Odpowiednio wycelowana drwina daje częstokroć więcej niż długie, poważne wywody, szczególnie teraz, gdy młodzież prawie nic nie czyta.
Trzeba odkłamać zakodowane podstępnie w mózgach wielu Polaków (oszołomionych upadkiem komuny i wchodzeniem do Europy) toksyczne slogany, że: patriota to oszołom; historia to zbytek; duma narodowa to antysemityzm; tradycja to ksenofobia; honor to przeżytek; sprawiedliwość to naiwniactwo; moralność to frajerstwo; wiara to ciemniactwo; normy etyczne to atak na wolności demokratyczne; skromność to nieudaczność; kombinowanie to sposób na życie; uczciwość to frajerstwo; rodzina to anachronizm; „PIS to obciach; Jarosław Kaczyński to chodząca nienawiść i tak dalej.
Trzeba mówić i pisać ze zdecydowaną pewnością siebie i poczuciem racji, ale nie wyższości. Jak ognia unikać tonu mentorskiego, stronić od tonów smutnych i śmiertelnie poważnych. Używać częściej języka młodzieżowego, również tego, który nas drażni. Trudno. Taki jest wymóg chwili. Szkody naprawimy później. Należy unikać smutku i pesymizmu, bo to sprawia wrażenie cierpiętnicze, co młodzi biorą za słabość. Wiem to z obserwacji swoich studentów.
I trzeba Pisać! I to nie pięć, dziesięć czy piętnaście artykułów, ale sto lub więcej rocznie. Dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Trzeba wypracować jasny i przejrzysty program naprawy Rzeczypospolitej, coś na modłę narodowej dezynsekcji.
A jest, o czym pisać, bo spustoszenia są ogromne. A jak braknie dziennikarzy niech piszą obywatele, mamy przecież wielu uzdolnionych ludzi.
W przypadku dziennikarzy i komentatorów „prawicowo-solidarnościowych” pokazujących się na wizji trzeba się dostosować do najnowszej mody, bo w przeciwnym razie przeciętny telewidz odruchowo przestaje słuchać nawet najsłuszniejszych racji. Dotyczy to również politycznych liderów. Niestety takie czasy. Nawet w imię najwznioślejszych ideałów nie przeskoczymy ogólnie lansowanych trendów. Choćby były naszym zdaniem śmieszne.
 
Trzeba za wszelką cenę przywrócić Polakom umiejętność samodzielnego myślenia. Przykro mi o tym mówić, ale nawet w środowisku akademickim, w którym spędziłem kilkadziesiąt lat, wciąż jeszcze gros moich koleżanek i kolegów, nie wyłączając kadry profesorskiej, do godziny jedenastej przed południem nie ma własnego zdania. Dlaczego? Bo około dziesiątej kupują w uczelnianych kioskach Gazetę Wyborczą. Dopiero po przełknięciu, bez konieczności przeżuwania, gotowej papki informującej o obowiązujących w „eleganckim towarzystwie” trendach, powtarzają bezrozumnie podsunięte im sprytnie opinie i komentarze. Tak, nie bójmy się tego powiedzieć, że sprytnie sterowana bezmyślność zagościła na dobre również na naszych uczelniach.
 
Innym zagadnieniem jest zjawisko, które zwykłem nazywać „terrorem poprawności politycznej”. Ludzie znów zaczynają się bać głośnego artykułowania myśli, które mogłyby zostać uznane za „niepoprawne politycznie”. Podam tylko jeden przykład.
W czasie ostatnich wyborów parlamentarnych, kiedy wychodziłem z uczelni portier mnie zagadnął, na kogo będę głosował. Kiedy odpowiedziałem, że na PIS wyraźnie ucieszony przyciągnął mnie do siebie i powiedział szeptem, cytuję: „już pięciu profesorów mi mówiło, że będą głosować na PIS, ale prosili o dyskrecję”. Myślę, że komentarz jest tutaj zbyteczny. Najsmutniejsze jest jednak to, że ci profesorowie zrobili to ze strachu. I to nie przed utratą pracy, czy jakimiś drastycznymi represjami. Oni to zrobili pod presją „terroru poprawności politycznej”, w obawie, że mogą zostać usunięci poza nawias tak zwanego „dobrego towarzystwa”.
 
Kolejnym zadaniem dziennikarzy jest, zatem odważne i systematyczne uświadamianie Polakom, że jesteśmy już od paru dobrych lat krajem formalnie demokratycznym, w którym prawo nie zabrania głośnego mówienia o swoich przekonaniach. Uważam, że większość rodaków nadal sobie tego nie uświadamia. Komuna zrobiła swoje, a ostatnie pięć lat przywróciło do życia najgorsze praktyki tamtego okresu. Trzeba, więc ludziom tłumaczyć, że swobodne wyrażanie myśli nie jest już przestępstwem. Trzeba ludziom przypominać, że już wolno głośno mówić. Więcej. Że czasem warto się nawet trochę narazić w imię dobrej sprawy. Charakterystycznym jest, że większość Rodaków wciąż, gdy rozmowa schodzi na tematy polityczne przysłania bojaźliwie dłonią usta i mamrocze pod nosem ledwie słyszalnym szeptem. Trzeba ludziom przywrócić odwagę swobodnego wyrażania myśli. Więcej, trzeba gremiom naukowym, oraz innym kształtującym opinię publiczną odważnie wytykać ich zachowawcze postawy. Tłumaczyć, że takie zachowania nie przynoszą chwały, a w wielu przypadkach są po prostu hańbiące.
 
Osobnym zagadnieniem jest, jak ja to nazywam „pandemia różowej subkultury”. Jednym z przykładów niech będzie seria cyklicznych „wykładów” byłej pierwszej damy w Telewizji TVN Style, mających za zadanie nauczanie Polaków kindersztuby i światowych manier.
Jako człowiek leciwy, doskonale pamiętam pewien reportaż telewizyjny pokazujący panią Jolę jeszcze z okresu studenckiego, w którym to czasie nie przypominała bynajmniej Księżniczki Monako. Potem był pamiętny okres „disco polo” i myślę, że komentarz jest tutaj zbyteczny. Ale niedawno pani Jolanta raptem sobie przypomniała o arystokratycznych korzeniach, nabrała dworskich manier i w jakiś cudowny sposób odzyskała śpiewny kresowy akcent.
I nie byłoby w tym nawet nic złego, gdyby nie to, że pani Jolanta staje się wzorcem do naśladowania. A to jest już zjawiskiem niekoniecznie pożądanym. Bo zasmucającym jest nie tyle groteskowa metamorfoza pani Jolanty, co fakt, że na te triki rodem z Ordynackiej nabiera się coraz więcej osób, które przez lata miałem za inteligentne. Bo, wynikiem tego rodzaju „nauk” jest między innymi to, że na „ekskluzywnych” salonach panowie zaczynają dyskutować wyłącznie o tym ile gwiazdek miał hotel na wyspach, skąd właśnie wrócili, czy ile garów mają silniki ich audic i beemek, a panie swój status wartościują ilością kafelków Versace w łazience.
 
No i mamy kolejne zadanie dla dziennikarzy. Mając na uwadze dbałość o jakość standardów, powinni niestrudzenie wykpiwać tego rodzaju sztuczki przebrane w szaty „kultury wysokiej”, bądź „europejskości”. Elegancko, dowcipnie, z taktem i umiarem, ale konsekwentnie wykpiwać! Snobizm graniczący ze śmiesznością i patologiczne szpaniarstwo owego towarzystwa wzajemnego zachwytu nad samymi sobą, ów opiniotwórczy grajdoł „nowobogackich intelektualistów”, tę wylęgarnię salonowej plotki, którą się karmią kolorowe pisma.
 
Bo takie samosiejki trzeba konsekwentnie plewić nim do reszty zachwaszczą naszą narodową kulturę. Mam tu na myśli coraz liczniejsze rzeszeokazowych postaci naszych „nowych czasów”, czyli mówiąc jaśniej nadętych chłopków roztropków z cygarami w zębach, poprzebieranych w garnitury od Armaniego,którzy aromatu Cohibynie odróżniają od swądu kiszonego ogórka, a w durnej pogoni za Nową Europą wystarcza im jedna książka rocznie – katalog turystyczny z Biura Neckermann’a.
 
Trzeba chronić naszą narodową tkankę przed degeneracją kreowaną sprytnie przez „Szkło kontaktowe” i temu podobne fabryki tandetnej satyry opartej na sprzedajnym fałszu.
Trzeba bezlitośnie wykpiwać owych„postępowców”, którzy odkąd przyszło „nowe” mizdrzą się bezrozumnie do niego w chocholim tańcu z przyjezdnymi, gubiąc bezpowrotnie narodową tożsamość.
 
Trzeba też chronić tożsamość lokalną. Ostatnio z zaniepokojeniem stwierdziłem, że w jury przyznającym jedną z najważniejszych nagród miasta Krakowa nie zasiadał ani jeden Krakowianin. Nie wolno się oczywiście zamykać na świat, czy też kogokolwiek dyskryminować, ale też nie można oddawać całego pola nie zawsze hołdującym miejscowym tradycjom elementom napływowym.
 
Mimo tych wszystkich zagrożeń, na koniec chcę jednak powiedzieć coś optymistycznego.
 
Ma rację pan profesor Andrzej Nowak pisząc we wstępie do książki „Od Polski do post-polityki”, że, cytuję: „martwi się o to, co się stało z demokracją, z Rzeczypospolitą, z Europą Wschodnią, z Europą. Co dzieje się z rzeczywistością w magmie płynącego z posłusznych (komu?) mediów przekazu „pi-ar”..., że następuje narastające poczucie rozpadu wspólnoty, którą stworzyły poprzednie pokolenia Polaków..., że należy rozważyć możliwość końca naszej historii”...
 
Panie Profesorze! Ma pan po stokroć rację! Trzeba bić w dzwony i trąbić na alarm! Ale nie wolno nam się ani na moment załamać czy zwątpić. Wręcz przeciwnie, po tym, co się stało z Polską w ciągu ostatnich pięciu lat, każdy porządny obywatel, w miarę swoich możliwości, powinien teraz coś dać od siebie, w obronie naszego wielowiekowego dorobku.
 
Za długo byliśmy ubogim, zniewolonym krajem.
Po upadku komuny ludziom trochę zaszumiało w głowach. Muszą się nacieszyć tymi wszystkimi galeriami, salonami samochodowymi, plazmowymi telewizorami, Plusami, Erami, Internetem, tańcami na lodzie...
 
Ale jak już się znudzą tym wszystkim, co można mieć tylko za pieniądze, przypomną sobie o prawdziwych wartościach i rzeczywistym dziedzictwie Rzeczypospolitej.

Pisane w Krakowie, pod koniec feralnego roku 2010

stefankaszaStefan Kasza

Ksiądz Józef Joniec. Zginął 10 kwietnia 2010 roku w drodze na uroczystości katyńskie. Uroczystosci pogrzebowe Ojca Józefa Jońca, pijara odbyły się 20 kwietnia 2010 roku. Materiały użyte w tym filmie niechaj będą dla Niego podziękowaniem.


https://www.youtube.com/watch?v=ww8BdieS91o