Przeskocz do treści

miroslawborutapisMirosław Boruta

16 X 1978 kardynał z Krakowa, Karol Wojtyła został wybrany papieżem i przyjął imię Jana Pawła II. Właśnie dlatego jesteśmy wciąż Polakami...

Problem niemieckiej kolonizacji medialnej Polski na przykładzie koncernu z Passau. Wciąż ważny i do rozwiązania:
https://www.krakowniezalezny.pl/niemiecki-koncern-wydawniczy-z-passau-a-media-w-polsce

W pierwszej rundzie wyborów - z wynikiem 5,8% w skali kraju - Akcja Wyborcza Polaków na Litwie zdobyła 7 mandatów, 1 więcej niż w 2012 roku.

J. Kaczyński: Nie traktujcie Wałęsy serio, to ofiara nowoczesnych czasów, wielki deficyt intelektualny, wady charakteru, straszna przeszłość.

Jan Nowak

Passau (Pasawa) – miasto trzech rzek na pograniczu Austrii i Niemiec, przez miejscowych określane mianem bawarskiej Wenecji (jako pierwszy tak Passau miał nazwać, okupujący ją Napoleon I Bonaparte). Na górujących nad miastem przeciwległych wzgórzach, od północy wznosi się zamek Veste Oberhaus, zaś na wzgórzu południowym klasztor i sanktuarium Mariahilf, gdzie obecnie posługę duchową sprawują częstochowscy Paulini. W zamku będącym do początku XIX wieku rezydencją biskupów, przez pewien czas podległą Austrii, biskupem był Piast, książę Władysław, syn Henryka Pobożnego (por. A. Nowak, Dzieje Polski 1202-1340, t. 2, Kraków 2015, s. 152). Z najwyższej z wież zamkowych można obserwować Ortsspitze – miejsce, w którym łączy się Dunaj, Inn i Ilz – każda z rzek na inny kolor zabarwia już szerzej rozlewający się Dunaj. Poniżej przy starym zabytkowym Ratuszu w Glasmuseum można znaleźć poloniki – kryształowe puchary króla Stanisława Leszczyńskiego, pięknie ozdobione w herby rodowe władcy i Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

W Passau znajdujemy nie tylko te skromne poloniki. W tej 55-tysięcznej miejscowości mieści się siedziba koncernu medialnego Verlagsgruppe Passau, która oprócz gazety codziennej Passaer Neuer Presse (założonej przez dra Hansa Kapfingera po II wojnie światowej, na podstawie licencji uzyskanej od Amerykanów), intensywnie działająca na rynku prasowym w Czechach i w Polsce, będąc właścicielem prasy regionalnej i tzw. kolorowej. Verlagsgrupe Passau obok Bauer-Verlag i Ringer Axel Springer, skupia w swoim rękach według różnych szacunków od 80% do 92% tytułów polskiej prasy. Jak do tego doszło?

Pierwsze wydanie Passaer Neuer Presse (PNP) ukazało się 5 lutego 1946 w nakładzie ok. 105 tys. egzemplarzy. Hans Kapfinger – represjonowany po dojściu Adolfa Hitlera do władzy – był idealnym kandydatem, który za pośrednictwem swojego dziennika mógł wesprzeć i promować amerykańską denazyfikację. Ideał słuszny, ale przeprowadzony przez filozofujących ideologów ze Szkoły Frankfurckiej (Frankfurter Schule) wprowadził w - i tak już nadwątlony idealizmem i narodowym socjalizmem - duchowy krwiobieg niemieckiej kultury: neomarksizm i nową lewicę. W ten sposób media z Passau - stały się ich tubą propagandową, wysuwając się na czele innych lewicujących niemieckich tytułów prasowych. W 1985 roku, w którym zmarł Kapfinger, PNP było już liderem na niemieckim rynku, posiadającym nowoczesne drukarnie, otrzymujące zamówienia na druk nie tylko z Niemiec, ale również Austrii.

Trzy lata później (w 1988) nowy szef PNP Franz Xaver Hirtreiter opracował strategię ekspansji gazety na Wschód (Europę Środkowowschodnią), co umożliwiły przemiany polityczno-społeczne w tej części Europy. Na początku PNP przejęła znaczną część prasy czeskiej, zakładając wydawnictwo Vltava Labe Presse (z czeskiego rynku koncern zaczął się wycofywać w 2015 roku). W 1991 PNP weszła na rynek austriacki, przejmując diecezjalne wydawnictwo w Linzu oraz udziały w Oberösterreichische Rundschau. Niepowodzeniem zakończyły się próby przejęcia rynku włoskiego (1998-2001) i słowackiego (od 1999-2009), gdzie na tym ostatnim oferowano zarówno prasę w języku słowackim, jak i węgierskim. Najbardziej interesujące – z naszego punktu widzenia - jest chyba przejęcie polskich mediów i, niestety, na tym gruncie bawarski wydawca może poszczycić się znaczącym sukcesem.

W 1994 roku PNP wykupiło od francuskiego koncernu Hersant-Gruppe, wycofującego się z polskiego rynku prasowego kilka regionalnych tytułów. Następnie, korzystając również z zaprzyjaźnionych, szwajcarskich i niemieckich koncernów prasowych, wydawca z Passau wykupił zdecydowaną większość prasy regionalnej, głównie na terenach należących do 1945 r. do III Rzeszy Niemieckiej. Czy można mówić tu o przypadku, kiedy grupy rewizjonistów niemieckich i tzw. „wypędzonych”, coraz częściej i głośniej mówią o powrocie tych ziem do Niemiec? Oczywiście, bawarski koncern przejął również tytułu na „rdzennie” polskich terenach, np. w Krakowie, Lublinie, Warszawie. W 2000 roku został powołany holding Verlagsgruppe Passau (VGP), którym od 2004 zarządzał dr Axel Diekmann, a następnie jego córka – Simone Tucci-Diekmann (od 2009). Rodzina Dieckmann skoncentrowała się na umocnieniu swoich wpływów głównie w Polsce, która stała się perłą bawarskiego koncernu– niczym kolonialne Indie w koronie Brytyjskiej.

verlagsgruppepassaumapaNa korytarzu przy hali, w której odbywają się cykliczne spotkania z gośćmi koncernu i jego czytelnikami, również w ramach Menschen in Europa, w głównej siedzibie Verlagsgruppe Passau w Pasawie przy ul. Medien Strasse 5, została zamieszczona mapa z mediami należącymi do tej firmy (zob. fotografia obok).

Obecnie VGP składa się z PNP-Gruppe i Polska Presse-Gruppe. Na PNP Gruppe składa się Passaer Neuer Presse GmbH, w skład której wchodzą: Neue Presse Zitungsvettriebs-GmbH, Donau-Isar-Bayerwald-Presse-GmbH, Donau-Wald-Presse-GmbH, Oberbayern-Presse-GmbH, Rottaler-Presse-GmbH, Alle Tage Verlags-GmbH, Neue Presse Unternehmensservice GmbH, Oberland-Presse-GmbH, Neue Presse Post GmbH, Neue Presse Multimedia GmbH, Passauer Neuer Media GmbH, Passauer Neue Presse Druck GmbH, Chiemgau Werbung und Vertrieb GmbH, Chiemgau Post GmbH, BGL-Medien GmbH. Koncern ma również udział spółce Funkhaus Passau GmbH, będącej właścicielem stacji radiowych: Unser Radio i Radio Galaxy oraz Unser Radio Deggendorf Programmanbieter Verwaltung – GmbH & Co. KG.

Jak widać, koncern z Passau stanowi potężne imperium medialne w południowej Bawarii, dysponujące nie tylko prasą i drukarniami, ale również pocztą i radiem. Ponadto wydaje on dwa bezpłatne dzienniki w sobotę i niedzielę dostarczane do skrzynek pocztowych odbiorców: Passaer Neuer Presse Kurier i Am Sonntag.

Polska Presse z siedzibą w Warszawie (jej szefową jest Dorota Staniek) wydaje dzienniki, prasę regionalną, motoryzacyjną, tzw. kolorową oraz portale internetowe. Są to następujące tytuły swoim zasięgiem obejmujące niemal całą Polskę: Dziennik Polski, Dziennik Bałtycki, Gazeta Wrocławska, Gazeta Krakowska, Dziennik Zachodni, Co gdzie, Głos Wielkopolski, Ale gratka.pl. Darmowe ogłoszenia drobne, Dom gratka.pl; Express ilustrowany; Motto gratka.pl, Polska The Time, Tele magazyn, Praca gratka.pl, Dziennik Łódzki, Motofakty.pl. Wszystko o samochodzie, Moto salon, Nasza historia, Ekstraklasa.net, Natablicy.pl, Nasze miasto, Autogiełda Wielkopolska, Wiadomości 24. Pl, Gratka.pl, E-budownictwo.pl, Polski Kurier, Langloo.com, Express ilustrowany. TV pilot, Kurier Lubelski Moto Express, Moto Jarmark, Jarmark oraz media regionalne: Nasze Miasto (w wydaniach dla Warszawy, Katowic, Trójmiasta, Wrocławia, Krakowa, Poznania, Łodzi, Bielsko-Białej i Leszna), Teraz Białystok (w mutacji dla: Gorzowa, Kielc, Koszalina, Opola, Radomia, Rzeszowa, Słupska, Torunia oraz Moje Miasto (wydawane w: Lublinie, Szczecinie, Zielonej Górze), Dziennik Wschodni, Echo Dnia, Gazeta Codzienna Nowiny, Gazeta Lubuska, Gazeta Pomorska, Gazeta Współczesna, Kurier Poranny, Nowa Trybuna Opolska, Tygodnik Ostrołęcki oraz Głos – Dziennik Pomorza w trzech lokalnych wydaniach: koszalińskim, pomorskim i szczecińskim.

VGP osiąga ponad 4,9 miliona jednorazowego nakładu, ma ponad 9 milionów czytelników. Koncern co roku odnotowuje wzrost swojego dochodu: w 2012 zarobił 251,3 milionów Euro, rok później: 262,1 mln Euro, zaś w 2014: 293,7 mln Euro. Ile z tych sum – przecież w znacznej części osiągniętych ze sprzedaży prasy polskim czytelnikom – pozostaje w kraju? Zasila np. polskie szkoły lub domy dziecka?

W rozmowie z pewnym Niemcem, dumnym z potęgi koncernu (ma do tego prawo), zapytałem, czy to, że media w Polsce należą do niemieckiego właściciela, nie przekłada się to na ich obiektywizm, na kształtowanie obustronnych relacji i wzajemnego sąsiedzkiego postrzegania? Otrzymałem odpowiedź, że nie! Należące do PNP media w Polsce mają miejscowe redakcje, które w doborze materiałów i polityki wydawniczej są niezależne od niemieckiej matki – przekonywał mnie mój rozmówca! Czy faktycznie tak jest? Czy w takich redakcjach opublikowano by tekst, który poddawałby krytyce (pomijam kwestię, czy byłby zasadny, czy nie) np. politykę emigracyjną kanclerz Merkel? Wówczas mój rozmówca, uznał, że musi być zachowana kontrola (faktycznie PNP jest orędownikiem migracyjnej polityki kanclerz Merkel). Z czym mamy więc do czynienia? Czy tylko z relatywizmem poznawczym i moralnym promowanym przez nową lewicę? A może walką o „rząd dusz” i drenaż ekonomiczny nadwiślańskiej kolonii? Nasuwa się więcej, bynajmniej nie retorycznych pytań:

Czy media te nie kształtują podstaw społecznych w Polsce? Czy faktycznie nie są tubą propagandową dla ich niemieckich właścicieli? Czy mogą pozwolić sobie na niezależność oraz na bezstronne i obiektywne przekazywanie prawdy, np. w sprawie obecnej polityki emigracyjnej w RFN, jej następstw i konsekwencji, również w niemieckim społeczeństwie? Podobno kapitał nie zna granic i narodowości. Czy jednak w przypadku konfliktu interesów (nawet nie tych militarnych), można zagwarantować bezstronność i obiektywizm polskojęzycznym mediom? Czy jest on możliwy w dobie stanowczej polityki rozgrywających w UE, czyli głównie Niemiec? A nawet agresywnej polityki historycznej naszych nie tylko Zachodnich sąsiadów? Czy przejęcie i zarządzanie mediami w Polsce oprócz ekonomicznego wymiaru, nie jest przede wszystkim „piątą kolumną” niemieckiego propagandowego zabezpieczenia? Pozwala to na kreowanie pedagogiki wstydu i antypolskich mitów (np. o rzekomych „polskich” nazistach (Nazi) lub rzekomych „polskich” obozach koncentracyjnych, rzekomym „polskim „antysemityzmie), przy równoczesnym wybielaniu faktycznych sprawców ludobójstwa, czyli Niemców. Oczywiście, media mogą zabezpieczać nie tylko politykę historyczną, ale również interesy ekonomiczne, lobbując na rzecz niemieckich koncernów i firm.

Niemcy chętnie powtarzający znane stereotypy o Polakach, ich gospodarce, często mają jednak świadomość, że Polacy są pracownikami dobrze wykwalifikowanymi, zdyscyplinowanymi i pracowitymi. Wykorzystując stosunkowo wysokie bezrobocie w Polsce, mają możliwość pozyskania tańszego pracownika niż za Odrą. Geograficzne położenie Polski pozwala na szybki i dogodny transport produkowanych podzespołów, które następnie w większości z powrotem trafiają do Polski jako produkt finalny. Czy jesteśmy niemiecką kolonią? Rezerwuarem taniej siły roboczej i rynkiem zbytu, często towarów, które na Zachodzie nie znajdują już nabywców, lub musiałyby zostać znacznie przecenione, nawet poniżej kosztów produkcji? Czy omawiane media nie stają na straży tego status quo? Czy zatem nie jest konieczna ich repolonizacja? Czy powinna one zupełnie zniknąć z polskiego rynku? Wybór należy do Czytelników, ale również do decydentów, których obowiązkiem jest troska o to, co stanowi wyznacznik życia społecznego, kulturowego i ekonomicznego. Bez własnych i powszechnych mediów nie będziemy mogli podjąć obiektywnej i twórczej debaty o tym, co jest najważniejsze oraz podjąć ważnych zmian i reform.

Józef Goebbels – doktor filozofii – jako jeden z pierwszych, obok Lenina, dostrzegł moc propagandy i negatywnego oddziaływania mediów. Dysponując tylko prasą i radiem oraz dopiero co rozwijającym się kinem, potrafił przekonać wielu swoich rodaków do aktywnego poparcia Hitlera. Mawiał, że kłamstwo, powtórzone wielokrotnie, staje się prawdą. Można rozgrywać ludzi i nastawiać ich przeciwko sobie. Taki proces nie jest tylko historią z pierwszej połowy XX wieku.

Dzieje się on również na naszych oczach, gdy wmawia się Polakom, że rządy PIS-u są dla nich zagrożeniem, a przeprowadzane przez rząd reformy, nie prowadzą do sanacji spauperyzowanego kraju. Niemieckie media i ich polskojęzyczne odpowiedniki w kraju nie mogą sobie podarować, że Polska wyrywa się z programu ucywilizowania Europy według programu nowej lewicy (ostatnio proces ten zarysował Bronisław Wildstein w swoim artykule Cywilizowanie polskich Irokezów, „wSieci” 25 kwietnia – 1 maja 2016, s. 60-62). W tym to „cywilizowanym” świecie tradycja, patriotyzm i wiara katolicka, stanowią anachronizmy, które należy jak najszybciej odrzucić. W ten sposób Polska staje się ponownie przedmurzem walki o łacińską (a nie – europejską) cywilizację. Cywilizacja łacińska – doprecyzujmy – wyrosła z greckiej filozofii, rzymskiego prawa i chrześcijańskiej religii (zasadniczo rzymsko-katolickiej) i stanowi jej twórczą kontynuację.

Podczas niemieckiej okupacji prasę wydawaną przez Niemców i kolaborantów określano mianem: „gadzinowej”, używając jej głównie do pakowania śledzi. Dziś, jeżeli Polacy przestaliby ją kupować, Niemcy, ponosząc straty, szybko wycofaliby się polskiego rynku. Nie dajmy się rozgrywać przez „obcych”, działających zgodnie ze starą rzymską regułą: „dziel i rządź”. Pamiętajmy, że ten, kto ustala znaczenie słów, ich interpretację, ten naprawdę rządzi! Koncern VGP został wyparty ze Słowacji i Włoch, ograniczono jego wpływy również w Czechach. Czas na repolonizację mediów w Polsce.

W imię polskiego patriotyzmu czas rozpocząć skuteczny, masowy, powszechny bojkot niemieckich mediów dla Polaków!

stefanbudziaszekStefan Budziaszek

17 września 2016 roku, w 77. rocznicę napaści Niemiec i Rosji na Polskę, przedstawiciele Stowarzyszenia Narodowa Skawina oraz Małopolscy Patrioci zorganizowali pikietę przed krakowskimi konsulatami Republiki Federalnej Niemiec i Federacji Rosyjskiej:
https://www.youtube.com/watch?v=Mm_a3TxQSuQ

krakowniezaleznymkInformacja własna

Muzeum Historyczne Miasta Krakowa (Filia Ulica Pomorska, ul. Pomorska 2) zaprosiło Krakowian i Gości naszego Miasta na dwudniowe obchody Dni Pamięci Polaków - Ofiar Niemców.

20160909ar1Uroczystości rozpoczęły się od Mszy Świętej w kościele Św. Szczepana (przy ul. Sienkiewicza 19), następnie odbył się Apel Pamięci ku czci Polskich Ofiar Niemców z udziałem żołnierzy Wojska Polskiego (ul. Pomorska 2), start gry miejskiej „Krajewski” poświęconej obozowi narodowemu w czasie okupacji niemieckiej, konferencja naukowa "Obóz narodowy w czasie II wojny światowej – między prawdą a mitem" w sali edukacyjnej przy ul. Pomorskiej 2, a na zakończenie, na pl. Inwalidów, zainaugurowano wystawę plenerową pt. "Krakowscy narodowcy 1939–1945". Wystawa poświęcona jest członkom obozu narodowego działającym w czasie II wojny światowej w Krakowie.

Pełny program uroczystości i konferencji Dni Pamięci znajdą Państwo tutaj: http://www.mhk.pl/aktualnosci/dni-pamieci.

(Od Redakcji): Zapraszamy Państwa jeszcze do obejrzenia zdjęć z 9 i 10 września: https://goo.gl/photos/Wk5qFzJh4TCE6Pe1A / https://goo.gl/photos/RZh3Ctxi77zvTqZQ9. Autorką obu fotoreportaży jest p. Alicja Rostocka, dziękujemy 😉

rdilogo18 lipca 2016 roku przed Sądem Rejonowym w Krakowie rozpoczął się proces przeciwko niemieckiej telewizji ZDF i wytwórni filmowej UFA Fiction w sprawie o naruszenie dóbr osobistych żołnierzy Armii Krajowej z powództwa kpt. Zbigniewa Radłowskiego i Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.

Pełnomocnikami Żołnierzy AK są mec. Monika Brzozowska i mec. Jerzy Pasieka, którzy od 3 lat pracują pro bono nad tą sprawą. Pozew przeciwko ZDF został złożony 3 lata temu Reduta monitoruje proces, aktywnie organizuje akcję informacyjną, a także wzięła na siebie koszty związane z przejazdami i noclegami AK-owców w Krakowie. Proces toczy się w Krakowie ze względu na miejsce zamieszkania kpt. Radłowskiego.

Pierwszego dnia miały miejsce ustalenia proceduralne. Dużym sukcesem jest fakt, że sąd uznał, że jest właściwy do rozpoznawania sprawy, czego nie chcieli pełnomocnicy pozwanych - chcieli oni, aby sprawa toczyła się przed sądem w Niemczech. Sąd dopuścił świadków - ze strony AK jest to prof. Bogdan Musiał, który był konsultantem filmu, ale gdy zobaczył jaka jest jego wymowa i że Niemcy nie biorą pod uwagę jego wskazówek protestował i wycofał się.

ZDF zgłosiła jako dowody w sprawie publikacje prawdopodobnie mówiące o tym, że Armia Krajowa miała się dopuszczać mordów na Żydach. Sąd jeszcze nie zdecydował czy dowody w postaci publikacji dopuści.

prawdaoniemcachBardzo istotnym postanowieniem sądu jest dopuszczenie przesłuchania świadków z Niemiec za pośrednictwem wideokonferencji, czego absolutnie nie chciała strona ZDF. Chcieli oni, żeby świadkowie z Niemiec przesłuchiwani byli za pomocą sądu niemieckiego, bez udziału sądu z Polski. Doświadczenie uczy, że w takich wypadkach polscy pełnomocnicy mieli uniemożliwiane zadawanie pytań. W sytuacji dopuszczenia wideokonferencji proces też będzie się toczył dużo szybciej (il. Plakat prawdy o Niemcach, fot. p. Mirosław Boruta).

Po tych ustaleniach sąd przesłuchał powoda - kpt. Zbigniewa Radłowskiego, który opowiedział w jaki sposób walczył (był żołnierzem AK, był na Szucha i Pawiaku, potem w Auschwitz, zwolniony dzięki wstawiennictwu rodziny Wedlów, potem ukrywał Żydów, w Powstaniu walczył na Mokotowie. Po wojnie skazany na 12 lat więzienia przez komunistów)

Sąd zadawał pytania kpt. Radłowskiemu o to, czy AK była organizacją antysemicką, czy mogło się zdarzyć że żołnierze AK grabili zwłoki zabitych Niemców. Były to pytania do protokołu, aby odpowiedzi stanowiły dowód w sprawie.

davNastępnie wyświetlono pierwszy odcinek filmu "Unsere Mütter, unsere Väter" i sąd zakończył posiedzenie. Następne posiedzenie poświęcone będzie przesłuchaniu świadków z Niemiec, a termin podany będzie po uzgodnieniu ze stroną niemiecką spraw technicznych związanych z wideokonferencją. Obejrzane będą też dalsze odcinki serialu.

Sędzia prowadzi sprawę stanowczo, sprawnie, bez uprzedzeń.

Podsumowanie:

1. Sukces w postaci uznania przez sąd, że jest właściwy do rozpatrywania sprawy.
2. Sukces w postaci dopuszczenia przesłuchania podczas wideokonferencji.
3. Zanosi się na to, że strona przeciwna będzie się bronić oskarżając AK o zbrodnie na Żydach.

Sukces jest owocem usilnej i wytrwałej pracy mecenasów Moniki Brzozowskiej i Jerzego Pasieki, a także mec. Lecha Obary, który prowadził sprawy związane z "polskimi obozami". Wszystko to razem dało efekt w postaci wykładni prawa, którą uznają sądy. Reduta będzie dalej organizować pracę nad tą sprawą i następnymi, które są już w toku, a niebawem usłyszą Państwo o nich, gdy złożymy pozwy. I będziemy się bardzo dokładnie przyglądać jakiej argumentacji używa ZDF w tej sprawie.

Maciej Świrski

Za: Biuletyn Reduty Dobrego Imienia. Polskiej Ligi przeciw Zniesławieniom.

krakowniezaleznymkInformacja własna

W Londynie wymalowano nieprzyjazny napis, media opowiadały o tym trzy dni. W Niemczech palone są dziesiątki polskich samochodów:
http://linkis.com/berliner-kurier.de/6OtfJ

Ale kto ma o tym napisać? Wychodzące po polsku gazety będące własnością niemieckich koncernów? Więcej informacji w notce "Kto wydaje gazety dla Polaków?":
https://www.krakowniezalezny.pl/kto-wydaje-gazety-dla-polakow

alicjarostockaAlicja Rostocka

27 maja 1944 roku, okupujący nasze miasto Niemcy, zamordowali publicznie czterdziestu Polaków, więźniów przywiezionych z ul. Montelupich. Miejsce pamięci przy skrzyżowaniu ul. Botanicznej 12 i ul. Lubicz 27/29 upamiętniają tablice i płyta ku czci Polskich Ofiar niemieckiej zbrodni.

niemieckazbrodniablW uroczystości z udziałem m.in. rodzin pomordowanych, kombatantów, młodzieży szkolnej i Stowarzyszenia Szarych Szeregów uczestniczyli także pp. Roman Heil, syn zamordowanego przez Niemców Edwarda Heila, komendanta Krakowskiej Chorągwi Szarych Szeregów, pseudonim „Jerzy” oraz komendant Władysław Zawiślak.

W tym roku szczególną oprawę uroczystości zapewniła młodzież z Przemyśla, a dalszy ciąg wspomnień odbył się w Muzeum Armii Krajowej. Można było tam zobaczyć m.in. pamiątki dokumentujące działalność Stanisława Szczerby pseudonim "Linus" - harcerza i żołnierza Armii Krajowej, najprawdopodobniej zabito go właśnie wtedy.

I jeszcze linka do 45 zdjęć:
https://picasaweb.google.com/103511753291993799832/6289599750571127521

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Niemiecki prezydent mentorsko poucza Polaków

Parę dni temu mieliśmy kolejny przejaw niedopuszczalnego wtrącania się w sprawy Polski, tym razem ze strony prezydenta Niemiec Joachima Gaucka. Podczas Dni Katolików w Lipsku prezydent Gauck powiedział: Polacy - podobnie jak mieszkańcy byłej NRD - potrzebują więcej czasu, aby nauczyć się żyć z obcymi, dlatego nie potrafią okazywać im miłosierdzia. Polacy potrafią być niesłychanie miłosierni, nie odkryli jednak - jak dotąd - tej zasady, że miłosierdzie nie obowiązuje tylko i wyłącznie w stosunku do naszych”. I dodał, że z tego właśnie powodu „politycy w Polsce, którzy odwołują się do dawnej narodowej tożsamości, są obecnie w nieco lepszej sytuacji niż politycy proeuropejscy, nastawieni bardziej liberalnie” (za: http://www.fronda.pl/a/niemiecki-prezydent-poucza-polakow-stosunku-doobcych,72301.html).

Prezydent Joachim Gauck ma ogromne zasługi dla Niemiec, bo przeprowadził tam lustrację w sposób doskonały. Teraz jednak niepotrzebnie miesza się w sprawy Polski i wypowiada bzdury. Przez stulecia jego kraj - Niemcy był najbardziej nietolerancyjnym krajem, m.in. okrutnie prześladując Żydów, a potem wywołując straszne wojny. W tym samym czasie Polska była najbardziej tolerancyjnym krajem świata i najbardziej otwartym na wszelkiego rodzaju uchodźców. Przyznał to nawet zajadły niemiecki XIX-wieczny wróg Polski, twórca potęgi militarnej Prus - feldmarszałek Helmut von Moltke, pisząc, iż: „Starodawni Polacy odznaczali się wielką tolerancją (…) Przez długi przeciąg czasu przewyższała Polska wszystkie inne kraje Europy swoją tolerancją (podkr. - JRN). Pierwsi Żydzi, którzy tu osiedli, byli wygnańcami z Czech i Niemiec. W roku 1096 schronili się do Polski, gdzie wówczas daleko większa tolerancja panowała niż we wszystkich innych państwach Europy(…)” (cyt. za: H. von Moltke: „O Polsce”, tł. G. Karpeles, Lipsk 1885, s.12, 14, 30; por. szerzej: J. R. Nowak: „Co Polska dała światu”, 3 wyd., Warszawa 2015, s. 20-30).

Najlepszy komentarz do wystąpienia prezydenta J. Gaucka dała znakomita dziennikarka „w Sieci” Krystyna Grzybowska, pisząc m.in. "Nie będę sięgać głębiej w historię stosunków polsko-niemieckich, bo od tego miłosierdzia barbarzyńców niemieckich na naszym terytorium, w obozach koncentracyjnych zginęły miliony obywateli, głównie żydowskich podludzi, zamęczonych w akcie miłosierdzia w komorach gazowych. Należy być miłosiernym i takimi wspomnieniami nie zakłócać przyjaznych i dobrosąsiedzkich stosunków. I jeszcze jedno, gdyby nie ruch Solidarności nie byłoby Urzędu Gaucka, a Gauck nie zostałby prezydentem najpotężniejszego państwa w Europie. Jak ten czas leci i jak to się ludzie zmieniają. Niezmienna jest wyższość moralna Niemców nad Polakami i resztą obywateli gorszej Europy, pouczanie niedorozwiniętych gospodarczo krajów jaką politykę powinny prowadzić, żeby zadowolić dążenie Niemiec do panowania nad kontynentem (podkr. - JRN). Ci ze wschodu powinni być miłosierni dla gospodarczej ekspansji sąsiada z zachodu, a także dla muzułmanów, bo choć są z obcej kultury i cywilizacji, powinni być przyjmowani z otwartymi rękami. W akcie wdzięczności, bo po raz pierwszy od paru wieków Niemcy nie zamierzają na nas napaść. Oni pragną pokojowo zamienić nas w niewolników swojej wyższości, już to czynią. I postawić pod naszą wspólną historią grubą kreskę" (cyt. za: Gruba kreska Joachima Gaucka: Niezmienna jest wyższość moralna Niemców nad Polakami i resztą obywateli gorszej Europy, "w Polityce.pl" z 27 maja 2016). Przy okazji warto zwrócić uwagę, że w Polsce znalazło schronienie najpierw kilkadziesiąt tysięcy Czeczeńców, a w ostatnich paru latach blisko dwa miliony uchodźców z ogarniętej wojną Ukrainy.

Jak długo wrogowie Polski będą pisać naszą historię?!

W najnowszym numerze „Warszawskiej Gazety” (nr z 27 maja-2 czerwca) szczególnie polecam artykuł znakomitego publicysty patriotycznego Mirosława Kokoszkiewicza: „Wrogowie Polski piszą naszą historię”. Kokoszkiewicz pisze: „Bezczelność Niemców i niestety wielu środowisk żydowskich w zakłamywaniu historii jest trudna do pojęcia dla każdego w miarę normalnego i przyzwoitego człowieka. Oto dzieci oraz wnuki oprawców i ich ofiar mówią dzisiaj jednym głosem, że Polacy chcą się przedstawić "w lepszym świetle". Jednocześnie cynicznie przemilczają, że my również byliśmy narodem przeznaczonym przez Niemców do zagłady. Kiedy sami pojmiemy i damy głośno do zrozumienia innym, że to my Polacy, jesteśmy u siebie gospodarzami i to my decydujemy, kto jest dla nas wzorem i bohaterem?" Według Kokoszkiewicza: „Otwarte 17 marca br. we wsi Markowej Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów, choć powstało o wiele lat za późno, to i tak wywołało gwałtowne ataki ze strony Niemców, wspieranych przez część środowisk żydowskich. Mówienie – jak to uczynił prezydent Duda w dzień otwarcia placówki – o setkach tysięcy Polaków, którzy pomogli Żydom, może wzbudzić w Jerozolimie podejrzenie o wykorzystanie owego tragicznego, ale i nietypowego przypadku rodziny Ulmów (podkr. - JRN) do przedstawienia w lepszym świetle zachowania Polaków w czasie Holocaustu” – mogliśmy przeczytać w niemieckim dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (…) Komentująca tekst z FAZ stacja Deutsche Welle dodała: „Dyrektorka przyznającego ten tytuł (Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – JRN) Instytutu Yad Cashem Irena Steinfeldt zaznacza bowiem, że choć liczba Polaków w porównaniu z innymi krajami jest najwyższa, to jednak w obliczu trzech milionów polsko-żydowskich ofiar jest raczej niska”.

Komentując te słowa I. Steinfeldt red. Kokoszkiewicz pisze: „Nikt nie wspomina, że przytłaczającej większości żydowskich ofiar nie udało się uratować, gdyż kompletnie nie zasymilowani z naszym narodem nie znali nawet polskiego języka. Tych ludzi nie można było wtopić w polski tłum, zaopatrując w sfałszowane metryki, świadectwa chrztu i kenkarty. Mimo to, Polaków, którzy oddali życie, ratując Żydów, liczy się w tysiące, a liczbę tych, którzy im pomagali, szacuje nawet na ponad milion. Według spadkobierców niemieckich katów i środowisk żydowskich to o wiele za mało (…) Wypada przypomnieć Niemcom i Żydom, ile to mieszkańców dzisiejszej Europy Zachodniej, okupowanej w latach. ostatniej wojny przez III Rzeszę, oddało życie za Żydów (…) Jakże szybko z pamięci historycznej wymazano fakt, że Francuzi, Belgowie czy Holendrzy, którym żadna zagłada nigdy nie groziła, sami gorliwie organizowali transporty Żydów do obozów śmierci, zaskakując swoim zaangażowaniem nawet niemieckich zbrodniarzy? (…)

Głupota kolejnych polskich rządów czy wręcz dokonana z premedytacją zdrada pamięci o naszych bohaterskich przodkach poraża. Z jaką bowiem sytuacją mieliśmy do czynienia, zanim kilka tygodni temu otwarto Muzeum w Markowej? Oto liczni odwiedzający Kraków turyści, w tym niemieccy i żydowscy mogli zwiedzać tamtejsze muzeum Fabryki Emalii Oscara Schindlera i dowiadywać się, że najważniejszym, historycznym już, bohaterem ratującym Żydów w okupowanej Polsce był ten niemiecki przedsiębiorca. Dlaczego niemieckie szmatławce, wspierane przez środowiska żydowskie, nie pisały przy okazji otwarcia muzeum Schindlera o celowym nagłaśnianiu zupełnie „nietypowego przypadku”? Dlaczego Irena Steinfeldt z Yad Vashem nie zaprotestowała, mówiąc, że nie godzi się, aby w państwie setek tysięcy bezimiennych bohaterów, z narażeniem życia niosących pomoc Żydom, honorować akurat Niemca? (podkr. - JRN) (…) Dlaczego podobnego muzeum nie wybudowano najpierw Polakowi, Henrykowi Sławikowi, który ocalił życie co najmniej 5 tys. Żydów, czyli wielokrotnie większej liczbie niż Schindler? Dlaczego swojego muzeum i pomnika nie ma ksiądz Marceli Godlewski, który uratował 3 tys. Żydów z warszawskiego getta?

Mocno brzmią końcowe stwierdzenia pełnego pasji artykułu Mirosława Kokoszkiewicza: „Czy jest gdzieś drugi taki kraj, który zamiast sławić własnych bohaterów, szuka ich na siłę wśród przedstawicieli narodu okupantów, zbrodniarzy i ludobójców ? Czy jest drugie takie państwo, które prowadzi politykę historyczną, budując najpierw Muzeum Historii Żydów Polskich, podczas gdy godnej siedziby nie ma do dziś Muzeum Historii Polski? (…) Czy kiedyś zmądrzejemy na tyle, aby idąc do wyborów, przynajmniej przez kilka najbliższych kadencji stawiać konsekwentnie na polskich patriotów, a nie na wysługujących się zagranicznym mocodawcom politycznych kelnerów? Aby jakoś nadrobić stracony po 1989 r. czas, opcja prawicowo-patriotyczna powinna utrzymać się u władzy przynajmniej przez dwie najbliższe dekady. Być może tyle wystarczy, aby Polacy powrócili do dawnej dumy i moralnej siły, które nie pozwolą na meblowanie naszego domu przez coraz bardziej bezczelne i i butne antypolskie środowiska. Muzeum „Sprawiedliwych” powinno stanąć w Warszawie wiele lat temu, zanim w Krakowie uhonorowano zaprzyjaźnionego ze zbrodniarzami z SS niemieckiego fabrykanta, któremu Steven Spielberg poświęcił znany na całym świecie film „Lista Schindlera”. „Historię swoją piszcie sami, bo inaczej napiszą ją za was inni i źle” - mówił Józef Piłsudski (…)”.

Mit o szlachetności Oscara Schindlera

Przy okazji tekstu M. Kokoszkiewicza sprostuję urobiony u nas fałszywy mit o wyjątkowej szlachetności i dobroczynności „zbawcy Żydów” Oscara Schindlera. Mit ten pryska natychmiast przy lekturze wydanej w 1985 r. w Krakowie w Wydawnictwie Literackim książki wybitnego świadka wydarzeń w getcie krakowskim, dyrektora szpitala zakaźnego w tym getcie Aleksandra Bibersteina „Zagłada Żydów w Krakowie”. Jak bardzo zafałszowany był obraz dany w filmie Spielberga można się przekonać porównując relację Bibersteina z jedną z centralnych scen filmu Spielberga „Lista Schindlera”, ukazującą typowanie nazwisk kolejnych Żydów na listę do uratowania. W filmie Spielberga słuchaliśmy wyciskającej łzy rozmowy między Schindlerem a wspaniałym, szlachetnym Żydem Szternem, jak dopisują do listy nazwiska kolejnych żydowskich kobiet i dzieci, aby uratować im życie. Niestety ta jakże wzruszająca scena filmowa była typowym fałszem, czymś, co zwykło się określać słowami „pic i fotomontaż”. Istniała owszem „lista Schindlera” i istniał wielce szlachetny Żyd Sztern. Tyle tylko, że słynną „listę” Schindler ustalał nie ze szlachetnym Żydem Szternem, a z najgorszym miejscowym żydowskim łapownikiem policjantem Marcelim Goldbergiem, i ustalał nie z nieprzebranej dobroci serca, a za złoto i kosztowności. Jak pisał o tym Aleksander Biberstein w książce „Zagłada Żydów w Krakowie” (op.cit., s. 143): „Ponieważ Schindler cieszył się wśród Żydów opinią człowieka porządnego, napływ kandydatów na wyjazd do Brünnlitz był wielki, o wiele większy niż możliwości zatrudnienia. Przydział do tej placówki zależał do biura pracy w obozie, gdzie urzędował odeman (policjant żydowski - JRN) Marcel Goldberg. Porozumiał się on z Niemcem, kierownikiem tego biura, no i z Schindlerem przy pomocy wysokich łapówek, zwykle w obcej walucie i w kosztownościach ustalił listy mających wyjechać do Brünnlitz. Dorobili się oni w ten sposób bardzo znacznego majątku, który prawdopodobnie udało się im uratować. Goldberg przeżył wojnę i zdołał się ukryć pod zmienionym nazwiskiem w nieznanym miejscu” (podkr. - JRN). W innym miejscu swej książki (s.149) A. Biberstein pisał: „Odeman Marcel Goldberg, kierownik Arbeitseinsatzu w Płaszowie, umieścił na tej liście wielu Żydów w zamian za ogromne łapówki, oczywiście w porozumieniu i w interesie Schindlera” (podkr. - JRN). A w Polsce uhonorowano przede wszystkim pazernego Schindlera, który wielce skorzystał na swej "dobroczynności" wobec Żydów, i umieszczono muzeum w jego krakowskiej fabryce. Natomiast Henryk Sławik, który został zamordowany przez Niemców za uratowanie pięciu tysięcy Żydów, był przez dziesięciolecia zapomniany, i jak dotąd nie ma żadnego muzeum upamiętniającego jego poświęcenie (por. szerzej J. R. Nowak: „Żydzi przeciw Żydom”, Warszawa 2012, cz. 2, s. 129-130).

Przy okazji warto dodać, że słynny reżyser Steven Spielberg, który nakręcił „Listę Schindlera” był skrajnie antypolski. W wywiadzie udzielonym w Filadelfii 12 grudnia 1993 r. powiedział: „Polacy prześladowali Żydów na długo przed dojściem Hitlera do władzy”. Sam film został oparty na skrajnie antypolskiej książce australijskiego pisarza Keneally'ego, w której przedstawia się Polaków w ponury, jednowymiarowy sposób, a roi się od „dobrych” Niemców: pułkownika Lange (s. 270-271), porucznika standartenführera SS (s. 120, 123) i in. (por. szerzej: J. R. Nowak: „Żydzi przeciw Żydom”, Warszawa 2012, część I, s. 67-68).

Cenny pomysł: utworzyć Ministerstwo Polaków za granicą

Wybitny krakowski naukowiec (badacz tematyki polonijnej) socjolog dr Mirosław Boruta jest od dawna wizytówką bardzo ciekawego portalu „Kraków Niezależny”. Na łamach najnowszego numeru krakowskiego miesięcznika WPIS (nr 5 z 17 maja 2016) dr Boruta wystąpił z godną poparcia inicjatywą: utworzenia Ministerstwa Polaków za Granicą. Na początku wskazał na dane – obok 37 mln Polaków żyjących w Kraju aż 22 mln Polaków żyje za granicą - liczba nader wymowna. Boruta pisze o tych 22 milionach Polaków rozproszonych w świecie: „to jest nasz narodowy skarb, narodowy „świat, który nie może zaginąć”. Akcentując zadania i możliwości działania wśród Polaków za granicą Boruta wytycza następującą wstępną listę działań:

- „pomoc w zachowaniu polskich kodów kulturowych wśród żyjących, przyznających się do polskości, poprzez deklarację narodowościową w spisach ludności innych krajów;
- pomoc w postaci polskich szkół, podręczników, filmów, pomoc księżom szerzącym polskość poprzez kościoły, parafie i punkty katechetyczne, tutaj chodzi także o pomoc prawną w uzyskaniu statusu mniejszości narodowej w krajach, gdzie Polacy takowego nie maja – najbardziej jaskrawy przykładem dyskryminacji tego typu są oczywiście Niemcy, gdzie żyje ok. 2 mln. Polaków;
- pomoc w zachowaniu polskich pamiątek narodowych, budynków, miejsc pamięci, pomników, cmentarzy;
- dla tych ,którzy chcą zamieszkać w Polsce, wszechstronna pomoc w repatriacji i aklimatyzacji w Kraju. Dotychczasowe doświadczenia w tym względzie są niestety bardzo przygnębiające”.

Apelując o wzmożenie repatriacji Polaków ze Wschodu dr Boruta apeluje: „W ogólnoeuropejskim sporze o imigrantów – uchodźców konieczna jest np. propozycja, aby polski Kościół ogłosił, że każda parafia przyjmie przynajmniej jedną polską rodzinę z Kazachstanu albo z Ukrainy. (podkr. - JRN). Taki apel to byłby ważny głos. Przy czym weterani walk o wolność Polski, tak w Kraju ( w granicach sprzed 1939 roku), jak i na obczyźnie, weterani walk o wolność Waszą i Naszą powinni mieć tutaj absolutne pierwszeństwo”.

Zdaniem dr. Boruty niezbędne jest jak najszybsze podniesienie rangi problemu Polaków za granicą na szczeblu instytucjonalnym – na wzór państw, które już utworzyły w tym celu specjalne ministerstwa, m.in. Armenii, Gruzji, Izraela, Indii i Serbii. Boruta ubolewa, że jak dotąd działania wobec Polaków i osób polskiego pochodzenia za granicą są nazbyt rozproszone – na około 18 podmiotów o różnych kompetencjach. Dlatego apeluje, aby scalić, skoordynować te wysiłki –poprzez utworzenie Ministerstwa Polaków za Granicą. Akcentuje: „to się tym 22 milionom ludzi należy! To się im od Polski, od ich Ojczyzny naprawdę należy (podkr. - JRN). Według dr. Boruty koszty prowadzenia takiego nowego ministerstwa można by sfinansować poprzez redukcję w całej masie urzędów z administracji rozbudowanej do monstrualnych rozmiarów za poprzednich rządów. Dr Boruta proponuje również kilka rozwiązań szczegółowych. Proponuje, aby w każdej polskiej placówce dyplomatycznej, ambasadzie czy konsulacie utworzono Zespół ds. Polaków za Granicą, działający pod kierunkiem wyspecjalizowanego konsula albo przynajmniej urząd attaché. Placówki o randze zespołów i ataszatów gromadzić będą dokumentację historyczną jak i dokumentację dotyczącą wydarzeń aktualnych, a przede wszystkim położą nacisk na powszechnie dostępną naukę języka polskiego jako wartości centralnej dla kultury polskiej. Będą także mobilizować Polaków i ich potomków za granicą do współpracy gospodarczej, naukowej i kulturalnej z Krajem. Myślę, że ten postulat dr. Boruty jest szczególnie ważny, bo w Polsce – w odróżnieniu od Węgier, Czech czy Litwy - w bardzo małym stopniu wykorzystano możliwość przyciągnięcia wybitnych fachowców z diaspory do współpracy z Krajem.

Na koniec swego tekstu dr Boruta apeluje: „Szczególną troską nowe ministerstw powinno objąć skupiska polskie w pobliżu granic Rzeczypospolitej. Polacy na Białorusi, w Czechach, na Litwie, Łotwie, w Niemczech, Rosji, na Słowacji i Ukrainie to priorytet dla wysiłków każdego polityka polskiego w utrzymywaniu ich więzi z Polską oraz polską kulturą i językiem. Są to bardzo często osoby, których przywiązanie do polskości i religii, patriotyzm i zaangażowanie na rzecz polskości przetrwały najcięższe próby”.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/w-obronie-prawdy-o-polsce.html

adamzyzmanAdam Zyzman

W miniony weekend obejrzałem po raz kolejny w życiu „Bohaterów Telemarku”, amerykański film o walce norweskiego ruchu oporu, by nie dopuścić do przetransportowania do Niemiec materiału mającego uniemożliwić budowę niemieckiej bomy jądrowej. To, co mnie tym razem zaskoczyło, to język, którym bohaterowie filmu mówią okupantach, a raczej, to jak tłumaczone były ich dialogi przez lektora, któremu też zapewne ktoś je napisał. W każdym razie w opowieści konspiratorów, o tym, że to „naziści” chcą coś wywieźć do Niemiec, nie brzmiały autentycznie, a już żarty, że właśnie zostało im do spożycia „nazistowskie” jedzenie zakrawały wręcz na absurd.

Powstaje jednak pytanie, czemu w dobie powszechnej znajomości języka angielskiego (film był produkcji amerykańskiej), odnowiona ponoć, TVP fałszuje nadawany film i wbrew słyszalnym przecież oryginalnym dialogom dostosowuje się do narzuconej przez Niemców poprawności politycznej? Czy był to wymóg narzucony przez kierownictwo Telewizji, czy też to nadgorliwość pracownika tej instytucji niższego szczebla? A może nawet samego tłumacza, który tak przesiąkł politporawnością obowiązującą w minionych ośmiu latach, że postanowił dostosować się do niej, lekceważąc fakt, że w tle czytanej listy dialogowej słychać zupełnie inne sformułowania po angielsku? Innymi słowy, czy było to zaniedbanie polegające na tym, że nikt nie pomyślał, ze można na siłę aktualizować tłumaczeniem wymowę filmu, czy też była to na siłę realizowana niemiecka polityka historyczna bez względu na próby uczynienia z TVP autentycznie polskiej telewizji, reprezentującej polską wersję historii i polską rację stanu?

Jeśli to drugie, to znów powstaje pytanie o sens takich działań, czy miała być to prowokacja ze strony kogoś, kto zdawał sobie sprawę, że musi pożegnać się z TVP i był to sposób by uczynić z siebie męczennika za sprawę „europejskiego” podejścia do historii, czy też chodziło o zaszkodzenie nowemu kierownictwu, które po takiej wpadce być może zostanie odwołane, gdyż „nie panuje” nad tym, co dzieje się na Woronicza? – Jak by jednak nie było, warto, by ten wygłup, albo próba przeforsowania wrogiego Polakom punktu widzenia historii zostały ukarane. Polacy nie po to płacą abonament, by obrażano ich w ich własnej telewizji przekonując, że nie wiedzą kto mordował ich dziadków w czasie II wojny światowej, jakie ci mordercy nosili mundury i jakim posługiwali się językiem!

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Wybitni naukowcy i publicyści krytykują szkodliwe działania UE wobec Polski, podczas gdy milczą trzej PiS-owscy szefowie resortów gospodarczych

Kontynuuję rozpoczęty w poprzednim tekście przegląd krytycznych ocen wybitnych polskich postaci polskiego życia publicznego na temat efektów gospodarczych działań UE wobec Polski. Jest to swego rodzaju przełom, że po latach bezkrytycznego wysławiania polityki UE wobec Polski tak liczne znaczące osoby odważyły się na powiedzenie przemilczanej prawdy o tym jak Unia nas kiwa dosłownie na każdym kroku. Dlatego myślę, że jest sens skupienia tych wszystkich ocen w jednym dłuższym materiale. Pokazując te jakże odważne opinie krytyczne uczonych, europosłów i posłów oraz znanych publicystów tym mocniej ubolewam, iż opinie te nie są otwarcie podejmowane również przez czołowych rządzących polityków gospodarczych z PiS-u. Myślę tu przede wszystkim o trzech ministrach resortów gospodarczych w rządzie Beaty Szydło: wicepremierze i ministrze rozwoju Mateuszu Morawieckim, ministrze finansów Pawle Szałamasze i ministrze skarbu Dawidzie Jackiewiczu, którzy milczą jak grób o eksploatowaniu i wręcz obrabowywaniu Polski przez unijne praktyki. Uważam to zaniechanie za wręcz szkodliwie, bo tracimy w ten sposób szanse najskuteczniejszego przeciwstawienia się obecnej agresywnej kampanii Unii wobec Polski. Kampanii, która troską o rzekomo zagrożoną demokrację w Polsce chce przykryć jej prawdziwie intencje – utrzymania niebotycznych nieuczciwych zysków wyciąganych z Polski naszym kosztem. Jak to wreszcie powiedziała otwarcie premier B. Szydło w kontekście finansowych źródeł nacisków UE na Polskę: „Dlaczego Unia miałaby zastanawiać się nad demokracją w Polsce(…) Jeżeli zastanawiam się teraz, dlaczego UE tak bardzo zajmuje się Polską, to mam dwie odpowiedzi. Po pierwsze, rzeczywiście chodzi o pieniądze. Ja wiem, że to brzmi fatalnie, ale nazywajmy rzeczy po imieniu (podkr. - JRN). Po drugie, politycy tej tzw. starej Unii Europejskiej, powtórzę to, lubią pouczać. Jest poczucie wyższości tych państw nad tymi nowymi” (cyt. za: Dziennik.pl z 15 kwietnia 2016).

1) Prawda o rzekomej hojnej pomocy Unii Europejskiej dla Polski

Prawnik Tomasz Cukiernik o rozmiarach „ogrywania” nas przez Unię

W 2015 r. nakładem wrocławskiego wydawnictwa „Wektory” została opublikowana niezwykle ciekawa i szokująca, ale do dziś wyraźnie przemilczana w mediach głównego nurtu książka Tomasza Cukiernika: „Dziesięć lat w Unii. Bilans członkostwa”. Autor obnażył całą gorzką prawdę o rzekomej hojnej pomocy UE dla Polski, pokazując to w szerszym kontekście międzynarodowym. Szczególnie wymowny był rozdział jego książki o unijnych dotacjach dla Polski (ss.79-239). Dość przytoczyć tytuły niektórych podrozdziałków z tego rozdziału: „Dziesięć powodów, dla których należy zrezygnować z unijnych dotacji”, "Rzeczywiste koszty unijnych dotacji”, „Unijne dotacje zabijają polską innowacyjność”, „Zabijanie konkurencji”, „Dotacje przekrętem stoją”, „Dotacje zadłużają na lata”, „Śladem unijnego marnotrawstwa". Podsumowując swoje dobrze udokumentowana rozważania, T. Cukiernik stwierdził, że w ciągu dziesięciu lat od maja 2004 do kwietnia 2014 roku koszt uczestnictwa Polski w Unii Europejskiej (770 mld zł) był mniej więcej dwa razy większy niż łączna wartość otrzymanych z Brukseli dotacji (385 mld zł).

Dodajmy do tych uwag T. Cukiernika ogłoszone 28 grudnia 2015 dane, iż: ”Według raportu Global Financial Integrity, Polska jest w dwudziestce krajów najbardziej poszkodowanych przez zagraniczne korporacje. Znalazła się tam jako jedyny kraj z Unii Europejskiej (podkr. - JRN) a szacowane z tego tytułu straty sięgają stu miliardów złotych rocznie”. (por. http://www.gk24.pl/polska-i-swiat/art/9237507,polska-wsrod-krajow-najbardziej-wyzyskiwanych-przez-korporacje-tracimy-rocznie-ok-100-mld-zl,id,t.html).

Janusz Szewczak: Mija czas, kiedy nasi politycy chodzili do Brukseli na kolanach

Wśród postaci życia publicznego, które najmocniej alarmowały od lat co do niekorzystnego dla Polski bilansu naszych stosunków z UE jest czołowy ekonomista SKOK-ów, a od października 2015 r. poseł na Sejm RP Janusz Szewczak. Oto kilka jakże wymownych fragmentów jego wypowiedzi na temat stosunków z UE. 7 stycznia 2016 r. J. Szewczak stwierdził: „Tylko my dotychczas mieliśmy polityków, którzy do Brukseli chodzili na kolanach. Mam nadzieję, że po wyborach będziemy twardo negocjować nasze najważniejsze potrzeby. Każdy ma prawo walczyć o własne interesy. Jeśli tego nie robi – to mamy tak, że u nas dopuszczono do zniszczenia całych sektorów polskiej gospodarki. Nie można pozwolić, aby górnictwo było kolejnym takim sektorem” (por. biznesalert.pl/szewczak-polska-nie-bedzie-chodzic-do-brukseli-na-kolan...07.01.2016). Z kolei w wywiadzie udzielonym Leszkowi Sosnowskiemu na łamach miesięcznika WPiS ze stycznia 2016, pt. "Polskie władze są szantażowane przez lobby lichwiarsko-bankowe" J. Szewczak powiedział :”Ten straszny lament bankowych lobbystów, do których niestety trzeba również zaliczyć media publiczne, jaki się teraz podniósł, tak naprawdę ma na celu zakamuflowanie bogacenia się zagranicznych banków komercyjnych kosztem polskiego społeczeństwa i polskiego państwa. Boją się, że PiS to ukróci i powie społeczeństwu prawdę.” Czy powie?

Janusz Szewczak o "kosztownych unijnych dotacjach"

Janusz Szewczak stanowczo podważył skrajne wyolbrzymianie znaczenia dotacji unijnych dla Polski, pisząc w marcu 2016 r. m.in.: „Według wszelkich wyliczeń, rok 2016 będzie pierwszym, kiedy do unijnej kasy wpłacimy więcej, niż z niej dostaniemy. Ale to oficjalnie. Wbrew pozorom we wcześniejszych latach nie było zbyt różowo. Od kiedy jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, a więc od 1 maja 2004 r. bilans naszych zysków i strat nie był nigdy rzetelnie przedstawiany społeczeństwu. Rzucano tylko ogromne sumy pieniędzy, które dobrotliwa Bruksela przelewa na nasze konta. Realnie jednak dostaliśmy dużo mniej niż te 350 mld zł z poprzedniej perspektywy finansowej. Każdej inwestycji towarzyszył wkład własny, dlatego też bardzo mocno się zadłużyliśmy. Przypomnę, że jak Prawo i Sprawiedliwość oddawało władzę w 2007 r., to polski dług publiczny wynosił około 530 mld zł. Dzisiaj, po 8 latach rządów Platformy i PSL, wynosi około 900 mld, i to po zagarnięciu 150 mld zł. A więc naprawdę jesteśmy zadłużeni na ponad bilion złotych! Pieniądze na wkład własny pożyczaliśmy w bankach, które w zdecydowanej większości są w rękach kapitału zagranicznego. Gdyby skrupulatnie podejść do obliczeń, to okazałoby się, że koszty przyznanych nam 350 mld zł są gigantyczne. Nikt nie mówił Polakom prawdy, że z każdego 1 euro dotacji 80 centów wraca do bogatych krajów jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy i Holandia. Pieniądze te, które nam zostały, wydano w sposób głupi, na niedokończone autostrady, ścieżki rowerowe czy nierentowne baseny. Hitem stał się program Kapitał Ludzki, który pochłonął prawie 49 mld zł, a właściwie nic nam nie dał. Bardzo dyskusyjne jest stwierdzenie, że są to pieniądze prorozwojowe, bo w dużej mierze nie można ich wykorzystywać komercyjnie. To jest problem szpitali czy szkół, które nie mogą np. udostępniać swojej infrastruktury komercyjnie. Program przyznawania unijnych dotacji jest tak skonstruowany, żebyśmy nie budowali fabryk, które mogą stanowić konkurencję dla naszych zachodnich sąsiadów (podkr. - JRN) (…) Co bardziej przerażające, większość dużych kontraktów inwestycyjnych przypadła zagranicznym firmom. I tak w wyniku budowy autostrad nie zarabiał polski przedsiębiorca, a głównie niemiecki. Wiele razy media opisywały sytuację polskich podwykonawców, którzy zostawali bez pieniędzy. Unijne dotacje wiążą się przy tym z dużą ilością ograniczeń. Blokują przy tym dofinansowanie państwowe tych branż przemysłu, które są dla nas niezbędne. Tego nie da się odczytywać inaczej niż jako wymuszanie określonej polityki gospodarczej. Przykłady? Pakiet klimatyczny czy pakt fiskalny. Oba dokumenty nałożyły na nas nowe obowiązki i zmusiły do konkretnych wydatków. Od 100 do 200 mld zł będzie nas kosztować realizacja pakietu klimatycznego. Nasz bilans unijny nie jest lukrowany, jak to do tej pory było przedstawiane" (por. „Nasz Dziennik”  z 16 marca 2016).

Na oszustwa unijnych urzędników w związku z dotacjami zwracano uwagę również w innych krajach. Prezydent Czech Vaclav Klaus pisał w tekście: „Narody Europy muszą zrzucić gorset Brukseli”: Często jednak piewcy wspaniałości UE zapominają dodać, że do budżetu tej instytucji wpłacamy wiele miliardów i, żeby je odzyskać w formie dotacji, musimy się jeszcze zadłużyć na kolejne miliardy”. Klaus zwracał uwagę, że w pewnym momencie straty przewyższały zyski (por. www.kresy.pl › Publicystyka › Opinie 10.05.2012).

Prof. Krzysztof Rybiński: „Niszczymy Polskę… rękami naszych własnych urzędników”

Jeden z czołowych ekonomistów polskich, b. wiceprezes Narodowego Banku Polskiego, dr hab. Krzysztof Rybiński w 2013 r. bardzo ostro skrytykował sposób wydawania środków unijnych w Polsce, pisząc m.in.: „Niestety badania prowadzone przez wielu naukowców pokazują, że mechanizmy wydawania środków unijnych, które zbudowaliśmy w Polsce w znacznej części powodują potężne straty dla gospodarki, jeśli chodzi o zdolność do jej rozwoju w dłuższym okresie. Możemy to pokazać np. na jednym z kluczowych obszarów, który decyduje o wzroście gospodarczym, czyli na innowacyjności (…) Jeżeli porównamy początek perspektywy finansowej, czyli rok 2006 z jej końcem, czyli rokiem 2012, to zobaczymy wyraźnie, że w tym czasie innowacyjność w Polsce dramatycznie spadła. W 2006 roku innowacyjnych było 23 procent firm przemysłowych, teraz ten wskaźnik spadł do 17 procent. W globalnym rankingu innowacyjności Światowego Forum Ekonomicznego, w 2007 roku Polska była na 44 miejscu, obecnie spadła na 63 miejsce. Można więc powiedzieć, że w tym kluczowym dla Polski obszarze, czyli w innowacyjności, mijająca perspektywa finansowa doprowadziła do zniszczenia polskiej innowacyjności. Jeżeli taka jest ocena wpływu środków europejskich na innowacyjność w polskiej gospodarce, i te mechanizmy dystrybucji środków się nie zmieniają, to ja się bardzo martwię o to co się stanie z polską gospodarką w kolejnej perspektywie finansowej. Jeżeli w podobny sposób będziemy te środki rozdzielać, jeszcze bardziej zniszczymy polską innowacyjność (…) Jest to zatem wina polskiego aparatu urzędniczego, który zbudował taką machinę biurokratyczną, która niszczy polską innowacyjność naszymi własnymi rękami. Można powiedzieć, że to, czego nie zrobili hitlerowcy czy komuniści w przeszłości, sami robimy sobie rękami naszych własnych urzędników. To jest strasznie groźne. Niszczymy Polskę (…) Budujemy w Polsce kulturę klientelizmu (podkr. - JRN ) a nie rozwijamy naszej własnej innowacyjności (…)

Tworzymy sobie model, w którym w supermarketach w Polsce, które są przecież francuskie, niemieckie czy inne, będziemy kupować nowoczesne materiały budowlane, wymyślone przez niemieckich inżynierów, przez niemieckie firmy, a ponieważ polscy inżynierowie, których mamy dużo i są porządnie wykształceni, tutaj nie będą mieli szans, będą wyjeżdżać do Niemiec pracować w niemieckich firmach, żeby kreować produkty, na których zarabiać będą Niemcy poprzez ich sprzedaż w polskich supermarketach. Taki model jest chory, ale my taki model rozwijamy w Polsce (…)

(…) Idea solidarności i wspólnej Europy jako taka przeżywa poważny kryzys i w związku z tym przyszłość wspólnej Europy stoi pod coraz większym znakiem zapytania (podkr. - JRN) (cyt. za: „Prof. Rybiński: środki unijne zabijają polską gospodarkę", rozmowa M. Nykiel z prof. K. Rybińskim www.stefczyk.info/.../prof-rybinski-srodki-unijne-zabijaja-polska-gospo...09.02.2013).

B. Wildstein o antydemokratyczności UE, która stała się „instrumentem nacisku krajów silniejszych”

Znakomity jak zawsze w swej publicystyce, Bronisław Wildstein bardzo ostro skrytykował unijne praktyki działania sprzyjające wyłącznie gospodarkom krajów silniejszych. Pisał: „Unia z zasady jest projektem antydemokratycznym i żaden makijaż tego nie zmieni (podkr. - JRN). Wszystkie przedsięwzięcia, które mają wzmacniać „europejską demokrację” zamiast ją naprawić, maskują wyłącznie jej brak (…) Kryzys dowiódł, że kapitał ma narodowość, nawet wewnątrz Unii (…) Pokazuje to, jakie niebezpieczeństwo niesie redukcja do roli podwykonawców dominujących ekonomicznie partnerów. Konsekwencją tego jest klasyczny system kolonialnego uzależnienia (podkr. - JRN). W wypadku kryzysu, czy choćby dekoniunktury oszczędności będą dokonywane kosztem podwykonawców w krajach biedniejszych. Generalnie zresztą zyski również zasilają korporacyjne centrale. Okazuje się, że i w tej sprawie UE stała się instrumentem nacisku krajów silniejszych (podkr. - JRN ) (…) Ponieważ (…) posady w Unii są zależne od silniejszych- swoją drogą to wręcz groteskowe, że podobno ważne stanowiska w rodzaju przewodniczącego Rady Europejskiej i jej międzynarodowego reprezentanta są obsadzane poza jakimikolwiek formalnymi zasadami – przedstawiciele krajów słabszych, jeśli chcą robić w UE karierę, muszą przede wszystkim zyskać ich sympatię. To znaczy, że w przeciwieństwie do przedstawicieli państw silniejszych przestają reprezentować swoich współobywateli, a zaczynają się stawać klientami dominujących polityków unijnych. Jeśli próbują się zachowywać inaczej, organizowana jest przeciw nim bezpardonowa nagonka na europejską skalę. Doświadczył tego Viktor Orbán już od momentu pierwszego sukcesu wyborczego, podczas gdy jego postkomunistyczni poprzednicy rujnowali i korumpowali Węgry bez jakichkolwiek sprzeciwów ze strony polityków zachodnich. Podobnie wygląda nagonka na rząd PiS w Polsce (…) Unia miała być panaceum na narodowe napięcia w Europie i ograniczyć przewagę regionalnych potęg, zwłaszcza Niemiec, a okazuje się, że doprowadziła do ich dominacji i podporządkowania państw słabszych silniejszym (podkr. - JRN) (por. B. Wildstein: Konieczność odrodzenia Europy, „w Sieci” 18 maja 2015).

Dr hab. Grzegorz Gosse: „To koniec UE, do jakiej wchodziliśmy”

Ze zdecydowaną krytyką obecnego stanu i polityki Unii Europejskiej występował również europeista, związany z PiS-owskim Instytutem Sobieskiego, dr hab. Grzegorz Gosse. M.in. w wywiadzie z września 2015 r. G. Gosse powiedział: „Mam wrażenie, że Unia jest coraz bardziej przygnieciona przez kolejne kryzysy (bo imigranci to jeden z wielu kryzysów). Pod ich wpływem integracja europejska coraz bardziej trzeszczy w szwach (podkr. - JRN). Unia się zmienia, ale nie w taki sposób, żeby lepiej, skuteczniej i bardziej sprawiedliwie rozwiązywać problemy. Zmienia się w sposób coraz mniej korzystny dla krajów najsłabszych i pogrążonych w kłopotach (…) Jeszcze nie mamy końca Unii Europejskiej, ale możemy mówić o końcu UE, do jakiej wchodziliśmy (…) To, w czym się w tej chwili znajdujemy i w czym się znajduje sama Unia, to już zupełnie inny proces integracyjny. Po pierwsze jest on coraz mniej funkcjonalny, bo Unia niezbyt dobrze radzi sobie z rozwiązywaniem kolejnych kłopotów. Po drugie stanowi on (proces integracyjny - JRN) coraz większe ryzyko dla państw najsłabszych, dlatego, że coraz częściej ci, którzy mają pieniądze i władzę starają się rozwiązywać problemy na cudzy koszt. Przesuwając problemy do państw, które mają mniejsze możliwości ich rozwiązywania i które są mniej zasobne gospodarczo” (podkr. - JRN) (por. rozmowa J. Jałowiczora z dr. hab. G. Gosse dla Frondy.pl 16 września 2015).

Red. K. Grzybowska: „Unią Europejską rządzą tchórze…”

Jeden z najbardziej przenikliwych i demaskatorskich zarazem szkiców o UE opublikowała niedawno red. Krystyna Grzybowska, należąca do najlepszych w Polsce znawców problematyki międzynarodowej, przez lata polska korespondentka w RFN. W publikowanym na łamach „w Sieci” z 29 marca 2016 r. tekście: „Nadchodzi czas Polski i upadku jej wrogów” red. Grzybowska pisała: „(…) Unią Europejską rządzą tchórze i zdrajcy ideałów, które przyświecały naszej kulturze od dwóch tysięcy lat. To ludzie przypadkowi, których na odpowiedzialne stanowiska wyniosły pycha, głupota i żądza władzy, czyli cechy charakterystyczne dla lewactwa, które zawładnęło umysłami większości Europejczyków”. Pisząc o „deficycie demokracji” w UE, red. Grzybowska akcentuje, że liczni eurodeputowani zwracają uwagę na „brak przejrzystości funkcjonowaniu struktur unijnych oraz na ograniczanie kompetencji parlamentów krajowych przez przenoszenie ich uprawnień do UE. Unia Europejska potrzebuje reformy swojej działalności, inaczej się rozpadnie (podkr. - JRN). Społeczeństwa UE coraz boleśniej odczuwają ograniczanie narodowej niezawisłości w dziedzinie przeprowadzania niezbędnych reform i samodzielnego wyboru w stosunkach zarówno handlowych i politycznych”. Red. Grzybowska wskazuje wreszcie na konieczność oderwania się od „układów, które gwarantują bezkarność politycznym nieudacznikom, jakich pełno w instytucjach unijnych i w rządach poszczególnych krajów członkowskich”.

Red. P. Gabryel o dyskryminowaniu mniejszych państw przez najbogatsze państwa UE

Warto przypomnieć tu omawiany już wcześniej na mym blogu świetny artykuł wpływowego publicysty, pierwszego zastępcy naczelnego redaktora tygodnika "Do Rzeczy” Piotra Gabryela: „Anty-Unia Europejska” („Do Rzeczy” z 4 kwietnia 2016). Gabryel pisał wręcz, bez ogródek: „Krótko mówiąc: coraz częściej zyski z istnienia UE są przechwytywane przez najbogatsze państwa UE, natomiast koszty funkcjonowania UE coraz brutalniej dzielone między wszystkich członków Unii (podkr. - JRN). Coraz więcej coraz mniej korzystnych rozwiązań jest w UE biedniejszym państwom po prostu narzucanych: kwoty imigrantów, których muszą przyjąć; niższe środki dla obywateli tych państw (i ich dzieci) pracujących w krajach bogatszych, koszty sprostania przez firmy transportowe z państw biedniejszych takim samym standardom płacowym, jakie obowiązują w krajach, przez które przejeżdżają ich kierowcy (…) krok za krokiem UE przeistacza się w Anty-Unię Europejską”.

Piotr Gabryel akcentował: „Pogłębiający się kryzys sprawia, że dyktując politykę UE kanclerz Niemiec, premier Francji i naczelni biurokraci UE przestali dbać choćby o pozory kolegialności i z coraz większą bezceremonialnością podejmują kluczowe dla UE decyzje nawet bez konsultowania ich z innymi krajami Unii. Coraz jawniej też kpią z interesu mniej liczących się państw UE – dość wspomnieć o wymierzonych w bezpieczeństwo krajów Europy Środkowej, w tym Polski, gazociągach Nord Stream 1 i 2, budowanych – bez skrupułów, ręka w rękę z Rosją – przez Niemców i ich akolitów w UE (…) Czy w obliczu tych smutnych zdarzeń wciąż jest myślozbrodnią postawienie pytania o granicę opłacalności przynależności Polski do tej zastępującej UE, Anty-Unii Europejskiej? (podkr. - JRN) (…)”.

Prof. Jan Zielonka z Oxfordu: „UE jest w stadium Breżniewa”

Niedawno z bardzo krytycznymi ocenami na temat przyszłości Unii Europejskiej wystąpił profesor Jan Zielonka z Oxfordu. Mówiąc o sytuacji UE, prof. Zielonka stwierdził: „(…) Powiedziałbym, że (UE - JRN) jest w stadium Breżniewa, jeśli miałbym się odwoływać do analogii sowieckiej. Był za czasów komunizmu zresztą taki kawał. Jechał Stalin, Chruszczow i Breżniew. Pociąg stanął. Stalin rozkazał: „Rozstrzelać maszynistę”. Rozstrzelali biednego maszynistę, ale pociąg nie ruszył. Chruszczow rozkazał: „Zrehabilitować maszynistę”. Zrehabilitowali go, ale pociąg nie ruszył. Breżniew rozkazał: „Zasłonić okna i ogłosić, że pociąg jedzie dalej”. Dokładnie tak jest. Widać to szczególnie po aroganckim zachowaniu europejskich liderów po wyborach do Parlamentu Europejskiego, przy których frekwencja wyborcza była zatrważająco niska. Zachowują się bowiem tak, jak gdyby nic się nie stało (…) Unia Europejska może przerodzić się w swego rodzaju atrapę. Chociaż nikt formalnie jej nie rozwiąże, to będzie coraz bardziej zmarginalizowana (podkr. - JRN) bez wpływu na to, co się dzieje w Europie (por. wywiad M. Chudolińskiego z prof. J. Zielonką: Koniec Unii Europejskiej? "Nieformalne układy biorą górę. Może stać się atrapą bez wpływów". (por.weekend.gazeta.pl/.../1,152121,18043081).

Ryszard Bugaj apelował o większą powściągliwość w spełnianiu życzeń UE

Ciekawe, że również znany lewicowy ekonomista profesor Ryszard Bugaj apelował 7 listopada 2015 r. do PiS-u: „Chciałbym, abyśmy byli bardziej powściągliwi, jeśli chodzi o życzenia Unii Europejskiej, co oczywiście wymaga ostrożności”. Warto dodać, że prof. Bugaj w przeszłości niejednokrotnie zwracał uwagę na deficyt demokracji w UE przy nasileniu brukselskiej biurokracji (por. m.in. tekst R. Bugaja: „Więcej Unii oznacza mniej demokracji” w „Dzienniku.pl” z 16 maja 2012 i wywiad R. Bugaja: Europa dwóch prędkości może się opłacić, udzielony "Rzeczpospolitej” z 13 października 2014).

M. Marusik: „Unia jest pasożytem”

W lutym tego roku podczas konferencji grupy politycznej Europa Narodów i Wolności prezes KNP i wiceszef Europy Narodów Michał Marusik niezwykle ostro określił aktualną rolę Unii Europejskiej. W swym przemówieniu Marusik powiedział „Unia Europejska jest jak pasożyt. W naturze jest tak, że żaden organizm nie jest zaprojektowany na samobójstwo. Każdy organizm walczy o życie. Do ostatniego tchnienia. Również taki organizm jak Unia Europejska rozrasta się, rozbudowuje i chce żyć. Chce żyć, tak jak chce żyć jemioła na topoli – pasożytuje, nie zdając sobie sprawy z tego, że pasożytuje, i jemioła nie wie, że topola za chwilę padnie i ta jemioła też. Tak jak pchły na psie też chcą żyć, pasożytując na tym psie. Unia również chce żyć, ale to wcale nie znaczy, że my jej na to musimy pozwolić, bo to jest pasożyt” (cyt. za: T. Cukiernik: Unia jest pasożytem, „Najwyższy Czas" 27 lutego 2016).

2) Antynarodowa i antychrześcijańska ideologia dzisiejszej Unii Europejskiej

Na temat szkód wyrządzanych przez obecną lewacką ideologię UE wartościom chrześcijańskich i patriotyzmowi istnieje aż nadto wiele świadectw szokujących swą wymową. Ze względu na długość tego artykułu ograniczę się do jakże ważkich wypowiedzi na ten temat ze strony dwóch czołowych intelektualistów polskich: Bronisława Wildsteina i prof. Ryszarda Legutko.

B. Wildstein: Akceptacja obecnej Unii Europejskiej, to „recepta na upadek cywilizacji europejskiej, jaką znamy”

Szczególnie wnikliwy obraz upadku obecnej Unii Europejskiej znajdujemy w obszernym szkicu Bronisława Wildsteina: Konieczność odrodzenia Europy, („w Sieci” 18 maja 2015). Pisze on wprost, bez ogródek: „Akceptacja w obecnym kształcie UE to recepta na upadek cywilizacji europejskiej, jaką znamy”. Według Wildsteina: „Pod hasłami „wzmocnienia ochrony praw człowieka i swobód obywatelskich”, co zostało zapisane już w Maastricht, konstruuje się nową ideologię, która ma całościowo przekształcić cywilizację europejską. „Wzmocnienie” owych praw faktycznie prowadzi do podważenia ich fundamentu. Kolejne generacje nowych uprawnień tworzą przywileje dla kreowanych bez końca „mniejszości”, które odbierają większości możliwość kształtowania zbiorowego życia zgodnie ze swoimi przekonaniami oraz tradycjami i uderzają w ich podstawowe instytucje. W ten sposób jest podważana spoistość narodu i pogłębiane są drążące go konflikty (…) Pod hasłem „praw reprodukcyjnych” ukrywa się aborcja na życzenie. Prawa dla homoseksualistów oznaczają destrukcję małżeństwa (…) „Wzmacnianie” praw imigrantów i mniejszości etnicznych grozi tożsamości państw. "Neutralność światopoglądowa i religijna" staje się wojującym ateizmem czy raczej antychrześcijaństwem, redukuje prawa chrześcijan i niszczy fundament europejskiej cywilizacji” (podkr. - JRN) (por. B. Wildstein: Konieczność odrodzenia Europy”, „w Sieci” 18 maja 2015).

Prof. R. Legutko: „Ideologia unijna to barbarzyństwo”

Jeden z czołowych współczesnych intelektualistów polskich, europoseł prof. Ryszard Legutko stwierdził w „Do Rzeczy” z 17 lutego 2016: „Z punktu widzenia kultury europejskiej, która trwa od ponad 2,5 tys. lat i która jest wyznaczana przez dziedzictwo chrześcijańskie oraz antyczne, ta dzisiejsza ideologia unijna może być postrzegana jako barbarzyństwo”. Powodami tego są – według Legutki - kiepska i zideologizowana edukacja obecnych eurokratów. Jak akcentował Legutko: „Jedyna epoka, na którą się powołują, to oświecenie, czyli czasy dużego myślowego zdogmatyzowania, gdzie nawet największy głupek uważał się za oświeconego, jeśli tylko krytykował chrześcijaństwo i walczył z dorobkiem przeszłości”. Prof. Legutko stwierdził również, że w odróżnieniu od katolickich polityków - założycieli UE „jej obecni liderzy odwołują się do lewackiej rewolucji seksualnej 1968 roku” (za: http://kontrrewolucja.net/wiadomosci/prof-legutko-ideologia-unijna-barbarzynstw).

Przeważająca część społeczeństwa nie ma pojęcia o powyższych krytycznych publikacjach o UE, bo na ogół ukazywały się one poza głównymi mainstreamowymi mediami. Stąd utrzymujące się u tak wielu Polaków poczucie błogostanu Unii. Czołowi rządzący politycy, w tym szefowie resortów gospodarczych rządu Pani Szydło, na pewno wiedzą o tych publikacjach, lecz dziwnie jakoś nie wyciągają z nich wniosków i nie zabierają głosu na podobne drażliwe, czy niewygodne dla nich tematy. Wyjątkiem są liczne wystąpienia prezesa PiS-u Jarosława Kaczyńskiego o eksploatowaniu Polaków, o czym szerzej napiszę w następnym odcinku.

Dobrze byłoby, żeby czołowi politycy PiS-u, w tym przede wszystkim ministrowie z resortów gospodarczych, poszli śladem premier B. Szydło i zaczęli konkretnie mówić o tym, jak bardzo za naciskami luminarzy Unii Europejskiej na Polskę tkwią „pieniądze”, czyli chęć ratowania tak im miłego procederu ogrywania i eksploatowania Polski. Otwarta mowa na ten temat bardzo pomogłaby w uświadomieniu większości narodu na temat całej prawdy o naszych stosunkach z UE. Obaliłoby to wciąż pokutujący mit o dobrej cioci z Brukseli i krnąbrnych Polakach z PiS-u, tak chętnie rozgrywany dziś przez antynarodową opozycję.

Czas na przeprowadzenie dokładnego rządowego bilansu dziesięciolecia Polski w Unii Europejskiej

Jakie wnioski nasuwają się z przedstawionych powyżej ocen, które wyszły spod piór wybitnych postaci polskiego życia publicznego? Najważniejszym wnioskiem jest chyba to, że istnieje ogromna potrzeba jak najszybszego podjęcia przez rząd PiS-u prac nad przeprowadzeniem gruntownego, nie kłamanego, bilansu dziesięciu lat obecności Polski w UE, pełnego obrazu zysków i strat. Powinno się także sięgnąć wstecz do okresu od 1989 r. do 2004 r., gdy UE całkowicie złamała wobec Polski swoje zobowiązania w sprawie tempa otwierania rynków, prowadząc do asymetrii w stosunkach gospodarczych kosztem Polski. Przypomnijmy choćby to, co akcentował wiceminister rolnictwa Jerzy Plewa – to, iż w latach 1990-1999 eksport polskich produktów rolnych do UE wzrósł tylko o jedną piątą, podczas, gdy eksport UE do Polski zwiększył się o ok. 600% (por. J. R. Nowak: „Polska a Unia Europejska. 44 pytania, Warszawa 2003, s. 11). Na próżno już w 1993 r. ostrzegał nas jeden z najsłynniejszych myślicieli świata profesor Karl Popper, stwierdzając: „W dziedzinie rolnictwa możecie być potentatem w skali kontynentu. Jak na Europę jesteście przecież sporym rynkiem. I wszystko jest w porządku, dopóki jesteście rynkiem zbytu, wtedy was bardzo chwalą. Gorzej jest, gdy chcecie grać rolę rynku wytwórców. W tym wypadku ustawia się przed wami bariery”. Wywiad z prof. C. Popperem ukazał się we "Wprost” z 8 sierpnia 1993 r. pod jakże wymownym tytułem: „Kłopoty z bękartem. Na rozkaz brukselskich biurokratów dusicie się własnymi rękoma”. (podkr. - JRN). Jakże przydałoby się jak najszybsze zwołanie – w odpowiedzi na rezolucję UE atakującą Polskę – nadzwyczajnej sesji Sejmu, poświęconej rzeczowej analizie wielu lat naszej „współpracy” z UE. Obawiam się, że jednak do tego nie dojdzie, bo jak komentował świeżo Max Kolonko w dniu 18 kwietnia 2016 r.: „Nasza polityka zagraniczna jest defensywna, a nie asertywna” (podkr. - JRN). Taka debata wymownie pokazałaby, że stosunki gospodarcze Polski z Unią, to faktycznie gra z szulerem!

PS. Znów uraczyłem czytelników dość długim tekstem. Musiałem jednak to zrobić, by zebrać w jednej całości zbyt dużą ilość opinii o UE, świadomie przemilczanych lub słabo nagłośnionych, w tzw. mainstreamowych mediach.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/04/wybitni-naukowcy-i-publicysci-krytykuja.html

adamzyzmanAdam Zyzman

Po blisko rocznej przerwie, 12 kwietnia 2016 roku, wznowiono w Krakowie proces Karola Tendery, byłego więźnia Auschwitz i Birkenau, przeciwko niemieckiej telewizji publicznej ZDF za użycie w zapowiedzi programu, sformułowania o „polskich obozach koncentracyjnych”. A ponieważ proces nie został jeszcze zakończony (ogłoszenie wyroku przewidziano na 25 kwietnia tego roku), można współczuć sędzi Justynie Sieklickiej-Pawlak, która będzie musiała rozstrzygnąć nie tylko prosty dylemat czy prawo zostało złamane, czy nie, ale jaką doktrynę prawną tu zastosować. – Czy jest to proces starego człowieka, który widząc bezradność i nieskuteczność swojego państwa postanowił wystąpić z indywidualnym procesem przeciwko jednej instytucji niemieckiej, ale tak prawdę mówiąc przeciwko wszystkim Niemcom, którzy przyjęli koncepcję tworzenia nowej historiozofii o okresie II wojny światowej, w której starają się wybielić kosztem Polaków, czy też jest to pojedynczy akt protestu indywidualnie skrzywdzonego w czasie II wojny światowej, przeciwko instytucji, która nieopatrznie użyła sformułowania, które naruszyło jego poczucie sprawiedliwości i godności osobistej? – Tak rozbieżnie bowiem starali się przedstawić sądowi tę sprawę pełnomocnicy obu stron, czyli mec. Szymona Topę, z kancelarii Lecha Obary, który jako jedyny podejmuje się takich spraw w polskich sądach i adwokaci z kancelarii NRG LEGAL, reprezentujący publiczną telewizję niemiecką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA- Powtarzanie takich zwrotów bezcześci moją godność i honor Polaka – twierdził przed sądem pan Karol, ofiara niemieckich oprawców, podkreślając, że do obozu trafił głownie dlatego, że był Polakiem, a wszyscy jego prześladowcy byli Niemcami. – To po wojnie byli funkcjonariusze SS pod przywództwem Reinharda Gehlena, wymyślili i rozpowszechnili pojęcie „polskie obozy”, którego obecnie używają także obywatele innych krajów, jak prezydent USA Barak Obama, czy szef amerykańskiego FBI, który nawet upomniany, uznał, że nie będzie przepraszał Polaków, bo on nadal jest przekonany, że jego wiedza na ten temat jest prawdziwa. Efekt jest taki, że w minionym roku odnotowano 130 (!) przypadków użycia tego sformułowania w różnych mediach i wydawnictwach. A wszystko to w wyniku takich działań instytucji niemieckich, jak właśnie telewizji publicznej ZDF, która z racji swego pochodzenia jest zainteresowana utrwalaniem w przestrzeni publicznej określeń zdejmujących z Niemców odpowiedzialność za tworzenie obozów i  zato, co w nich się działo! Dlatego też w moim pozwie jest także wniosek o sądowe zakazanie używania tego określenia w przyszłości.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA- Strona pozwana zrobiła wszystko, co w jej mocy, by naprawić swój błąd. Zaraz po interwencji polskiej ambasady w ciągu kilku godzin poprawiono wpis na stronie internetowej, przesłano przeprosiny powoda, a sam zapowiadany tym tekstem film nie zawierał treści obrażających Polaków – wyliczał Piotr Niezgódka, jeden z obrońców niemieckiej telewizji, podkreślając, że nawet w przeddzień rozprawy umieszczono przeprosiny powoda na jednej ze stron internetowych telewizji (oczywiście nie na tej, na której ukazał się inkryminowany tekst). Polscy adwokaci działający na zlecenie telewizji niemieckiej starali się przekonać  sąd, że nie można przyjąć, że dany wpis daje obraża indywidualnie każdego byłego więźnia obozów koncentracyjnych, bo wówczas każdy z nich miałby prawo występować do sądu o przeprosiny i zadośćuczynienie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAPrzebieg rozprawy nie cieszył się specjalnym zainteresowaniem nawet mediów, do czasu, gdy na Sali rozpraw pojawili się uczestnicy i obserwatorzy innego procesu toczącego się w tym samym czasie w tym samym sądzie, tj. sprawy przeciwko Adamowi Słomce za zbyt energiczne występowanie w obronie godności Polaków, czyli w proteście przeciwko zachowaniu na ziemiach polskich pomników ku chwale „sowieckich wyzwolicieli”. Zaskakujące jest jednak to, że wraz z ta grupa na Sali rozpraw i przed nią pojawili się funkcjonariusze policji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAW tej sytuacji sąd ma do rozstrzygnięcia nie lada dylemat. Bo to nie tylko kwestia powołania się na taki, czy inny paragraf, tą czy inną doktrynę prawną, ale konieczność rozpatrzenia sprawy w kategoriach świadomości historycznej dwóch narodów, ich poczucia winy i godności, skutków społecznych przyzwolenia na oskarżanie narodu polskiego za winy Niemców lub potraktowania takich przypadków na równi z casusem „kłamstwa oświęcimskiego”, który naród żydowski potrafił sobie wywalczyć w międzynarodowej przestrzeni prawnej. Sprawa jest tym bardziej skomplikowana, że strona niemiecka, z właściwą sobie perfidią, wnioskuje nie tylko o oddalenie pozwu, ale także zasądzenie zwrotu kosztów procesu. Czy więc polski sąd nie tylko raz jeszcze poniży byłego więźnia Auschwitz, odrzucając jego wniosek i zniszczy go finansowo każąc mu jednocześnie płacić kilka tysięcy złotych kosztów sądowych, czy też uzna argumentację jego pełnomocnika prawnego, że w sytuacji gdy państwo polskie i jego instytucje od lat są bezradne wobec szkalowania państwa i narodu polskiego, ten jeden obywatel miał prawo i to szczególne prawo, zaskarżyć niemiecką instytucję publiczną i domagać się prawnego zakazu używania terminu „polskie obozy koncentracyjne”?

Reduta Dobrego Imienia wysyła list do 1400 niemieckich dziennikarzy... (i ponad 200 redakcji mediów) list z informacją o prawdziwej sytuacji w Polsce

Szanowni Państwo,
niedawno w polskich mediach pojawiły się informacje na temat konferencji dla niemieckich dziennikarzy jaka odbyła się w niemieckim MSZ. Tematem konferencji był ponoć instruktaż pisania na temat Polski. W związku z tym wysłaliśmy do 1400 niemieckich dziennikarzy i ponad 200 redakcji niemieckich mediów list z informacją na temat rzeczywistej sytuacji w Polsce. Treść listu przewodniego i informacji na temat rzeczywistej sytuacji w Polsce  (w tłumaczeniu na jęz. polski) zamieszczamy poniżej.
Redakcja

rdilogoZ niepokojem obserwujemy toczące się na arenie międzynarodowej dyskusje dotyczące rzekomego zagrożenia demokracji w Polsce pod rządami Prawa i Sprawiedliwości (PiS), zamachu na Trybunał Konstytucyjny (TK), „zawłaszczania państwa”. Niektóre media upowszechniają opinie o „przyjmowaniu putinowskich standardów w życiu publicznym”. Te pogłoski nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, a przyczyniają się do budowania negatywnego obrazu Polski, o czym wielokrotnie już informowaliśmy międzynarodową opinię publiczną.

Zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich oraz zdecydowane zwycięstwo PiS w wyborach parlamentarnych, a także sukces wyborczy ruchu społecznego Kukiz15, stały się wyrazem oczekiwania Polaków na daleko idące reformy państwa. Utrzymujące się nadal w sondażach wysokie poparcie dla PiS, a nawet jego wzrost, potwierdza, że większość społeczeństwa akceptuje dokonujące się w Polsce zmiany i obdarza rządzących zaufaniem. Poprzednio rządząca partia, Platforma Obywatelska (PO), do dziś nie może pogodzić się z werdyktem wyborców. Przez lata w kraju postępował proces, który można określić jako oligarchizacja państwa. Doprowadził on do sytuacji, w której pod szyldem instytucji demokratycznych i zasad demokracji różne grupy interesów podejmowały istotne dla funkcjonowania kraju decyzje. To właśnie obawa przed utratą przez te grupy uprzywilejowanej pozycji w mediach, gospodarce i administracji państwowej jest obecnie prawdziwą przyczyną antyrządowych protestów w Polsce. Nie mają one nic wspólnego z rzekomym zagrożeniem demokracji. Jest to sztuczne podsycanie emocji, bez wskazywania konstruktywnych rozwiązań.

Działania podejmowane przez aktualne władze, wybrane w demokratycznych, uznanych przez niezależnych obserwatorów wyborach, służą temu, by m.in. sądy i media lepiej odzwierciedlały wolę wyborców. To także przywracanie systemu wartości spójnego z naszą tradycją i tożsamością kulturową. Wolność i demokracja są dla nas wartościami nadrzędnymi.

Zasadnicza dyskusja polityczna toczy się aktualnie wokół Trybunału Konstytucyjnego (TK) - chodzi o kwestie związane z wyborem i zaprzysiężeniem członków TK oraz dokonywane zmiany ustawowe.

Swoisty zamach na niezależność Trybunału dokonał się, gdy w czerwcu 2015 roku, tuż przed końcem kadencji Sejmu, wobec groźby porażki w zbliżających się wyborach parlamentarnych, poprzedni obóz rządowy przygotował i uchwalił ustawę o TK (tzw. ustawa czerwcowa). W tworzeniu „ustawy czerwcowej” aktywny udział brało dwóch sędziów TK, z prezesem TK na czele. Tym samym złamane zostało prawo - Art.178 pt.3 Konstytucji, brzmi: „Sędzia nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów”.

Na mocy tej właśnie ustawy, przegłosowanej w ówczesnym parlamencie głosami posłów PO, PSL i SLD, powołano nowych członków TK jeszcze przed końcem kadencji ich poprzedników (!). Wybór sędziów, którego powinien dokonać dopiero następny parlament, był działaniem niezgodnym z Konstytucją (co potwierdził w niedawnym orzeczeniu sam TK) i stanowił swoisty zamach na mechanizm gwarantujący pluralizm Trybunału, stojący u podstaw jego niezależności.

Sytuacja, jaka powstała na skutek powyższych działań ówczesnych władz RP, postawiła przed prezydentem Andrzejem Dudą i nowym parlamentem wymóg znalezienia rozwiązań mających na celu przywrócenie faktycznej ochrony ładu konstytucyjnego. Polskie władze zwróciły się o opinię w tej sprawie do Komisji Weneckiej jako organu doradczego Rady Europy. W pierwszej połowie marca Komisja przyjęła opinię na temat sytuacji wokół Trybunału Konstytucyjnego w Polsce i wydała stosowne zalecenia. Obóz rządzący aktualnie je realizuje.

Wiceszef Komisji Europejskiej, Frans Timmermans, w czasie swojej wizyty w Polsce, 5 kwietnia br., zwrócił uwagę na fakt, iż dzisiaj wszystkie strony konfliktu podkreślają gotowość do dialogu i poszukiwania rozwiązań. Również Sekretarz Generalny Rady Europy Thorbjoern Jagland w miniony poniedziałek, 4 kwietnia, spotkał się w sprawie TK z prezydentem Andrzejem Dudą, premier Beatą Szydło, marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim, ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym Zbigniewem Ziobrą, wicepremierem i ministrem kultury Piotrem Glińskim oraz szefem MSZ Witoldem Waszczykowskim. W jego ocenie problem TK powinien zostać rozwiązany w polskim parlamencie.

Pytany przez dziennikarzy o rolę opozycji w poszukiwaniu kompromisu i wskazywaną przez większość parlamentarną odpowiedzialność PO, która to partia, mając większość w poprzednim parlamencie, przeforsowała swoich kandydatów na sędziów TK, Jagland powiedział, że odpowiedzialność poprzedniej większości parlamentarnej stwierdził TK w swoim wyroku. Uznał, że wybór dwóch sędziów dokonany przez Sejm poprzedniej kadencji był niekonstytucyjny. Przypomniał, że w opinii Komisji Weneckiej trzech sędziów TK wskazanych przez poprzedni parlament zostało wybranych w sposób prawomocny.

Stosownie do zaleceń Komisji Weneckiej, już w zeszły czwartek, 31 marca, z inicjatywy prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, doszło do spotkania liderów ośmiu partii. Rozpoczął się polityczny dialog. Jednocześnie ruszyły prace zespołu ekspertów powołanych przez marszałka Sejmu. Ma on przeanalizować sytuację wokół TK i opinię Komisji Weneckiej. Jarosław Kaczyński po spotkaniu zapowiedział, że Sejm podejmie prace nad nową ustawą o TK, co stanowi rozwiązanie kompromisowe i przychylenie się do wniosków Komisji Weneckiej.

Osiągnięcie konsensusu wymaga czasu i spokoju. Podsycanie niezdrowych emocji czy wywieranie nacisku w żadnym wypadku temu nie służy. A Polska pokazała już w swojej najnowszej historii, że potrafi osiągać porozumienia ponad podziałami.

„Polska stoi w obliczu wewnętrznych zmagań, ale także zmian w regionie i świecie. Myślę, że wszyscy jesteśmy przekonani, że Polska dojdzie do właściwego rezultatu - myślę o naszych wspólnych wartościach; rządach prawa, szacunku dla demokracji, demokracji przedstawicielskiej” – powiedział w czasie wizyty w Polsce przedstawiciel Kongresu USA David Cicilline, demokrata z Rhode Island.

Trwające 8 lat rządy koalicji Platformy Obywatelskiej (PO) i Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL) można najkrócej podsumować stwierdzeniem, że rządzący traktowali państwo (jego instytucje i zasoby) oraz pieniądze podatników jako swoją prywatną własność. Polityka ośmiu lat ostatniego rządu przyniosła poważne konsekwencje społeczne i ekonomiczne. Przy rosnącym PKB i rosnących średnich dochodach, malał popyt wewnętrzny i wpływy budżetowe z podatku VAT, a rosło zadłużenie gospodarstw domowych i zwiększała się sfera ubóstwa. Obrazu dopełnia fakt, iż rządząca koalicja odrzucała, bez względu na liczbę zebranych podpisów, społeczne wnioski referendalne i społeczne projekty ustaw. Ignorowała wnioski płynące z konsultacji społecznych przy rządowych projektach ustaw. To właśnie było jawne zaprzeczanie zasadom demokracji.

Jako kraj przestrzegający prawa i standardów powszechnie uznawanych w kręgu cywilizacji europejskiej, nie możemy w milczeniu przyjmować informacji nieprawdziwych czy tzw. półprawd, które wprowadzają w błąd międzynarodową opinię i szkodzą dobremu imieniu Polski i Polaków.

Przewidywalność i stabilność naszego kraju ma szczególne znaczenie wobec zagrożeń, z jakimi obecnie zmaga się Unia Europejska. To również niezwykle ważny aspekt w kontekście zbliżających się wydarzeń w Polsce – szczytu NATO i Światowych Dni Młodzieży.

patrianostraWe czwartek apelacja w głośnym procesie w sprawie użycia zwrotu "polskie obozy zagłady" w niemieckim "Die Welt".

We czwartek sąd II instancji (SA w Warszawie, gmach SN przy placu Krasińskich, g. 9:00, s I.) zbada apelację Zbigniewa Osewskiego w głośnym procesie cywilnym przeciw wobec wydawcy "Die Welt" za użycie zwrotu "polski obóz".

Sąd I instancji oddalił pozew, uznając ten zwrot za nieprawdziwy. Pomimo to sąd uznał zwrot za nieodnoszący się wprost do powoda. „Przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie będziemy wnosić o zmianę wyroku sądu okręgowego i uwzględnienie pozwu” twierdzi mec. Szymon Topa z Kancelarii Radców Prawnych i Adwokatów „Lech Obara i Współpracownicy”, członek stowarzyszenia Patria Nostra, którego zadaniem jest poszerzenie spektrum działań interwencyjnych strony polskiej, przede wszystkim o kierowane na szeroką skalę pozwów przeciw nierzetelnym wydawcom.

Pozew dotyczy naruszenia dóbr osobistych Zbigniewa Osewskiego, poprzez opublikowanie dnia 24 listopada 2008 r. w gazecie „Die Welt” artykułu pt. „Asafs Reise um Die Welt” („Podróż Asafa dookoła świata”), w którym użyto sformułowań „polnische Konzentrationslager Majdanek” („polski obóz koncentracyjny Majdanek”). W ocenie wnoszącego pozew artykuł narusza takie dobra osobiste jak: „tożsamość narodowa”, „godność narodowa” czy „poszanowanie prawdy o historii narodu polskiego”,

Co znamienne, pomimo wytoczenia przeciwko Axel Springer pozwu za naruszenie dóbr osobistych sformułowaniem „polskie obozy koncentracyjne”- „Die Welt” nie zaprzestała publikować artykułów sugerujący „polskość” obozów koncentracyjnych. Pojawiły się one po raz drugi w tekście „Die Kinder von Paris” z dnia 12 lutego 2011r., w którym sugerowano, że Żydowskie dzieci wywożono z Paryża do Polskich obozów zagłady, a także po raz trzeci – w tekście z dnia 17 lutego 2013 r., dotyczącym recenzji filmu o buncie w „polskim obozie zagłady” w Sobiborze.

Początkowo Zbigniew Osewski domagał się zasądzenia od niemieckiego wydawnictwa pięciuset tysięcy złotych wraz z ustawowymi odsetkami przeznaczonymi na wskazany cel społeczny, tj. na rzecz Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego im. Marii Konopnickiej w Świnoujściu. Jednakże po pojawieniu się kolejnych artykułów o „polskich obozach zagłady” Pan Osewski postanowił zmienić pierwotne żądanie pozwu i wniesiono o zasądzenie od pozwanej Spółki zadośćuczynienia w kwocie 1 000 000 zł wraz z ustawowymi odsetkami na rzecz Stowarzyszenia na rzecz Osób Niepełnosprawnych w Sejnach. Jednocześnie Pan Zbigniew Osewski domaga się od AxelSpringer AG  opublikowania w dzienniku „Rzeczpospolita” i w „Gazecie Wyborczej” oraz w audycji Wiadomości kanału TVP na własny koszt przeprosin w związku z opublikowaniem artykułów zawierających rażące określenia fałszujące historie a także prawdziwą genezę oraz sprawstwo powstania obozów koncentracyjnych oraz ich role.

W wyniku interwencji Kazimierza Ujazdowskiego do procesu przystąpiła Prokuratura Okręgowa w Warszawie.

W marcu 2015 r. Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił pozew. "Sformułowanie to może i powinno budzić sprzeciw i oburzenie każdej osoby znającej historię, zwłaszcza Polaków" – stwierdziła w uzasadnieniu sędzia SO Eliza Kurkowska.

Według sądu tożsamość i godność narodowa oraz prawo do poszanowania prawdy historycznej mogą być dobrami osobistymi w myśl prawa cywilnego (co kwestionowała strona pozwana). Sędzia dodała zarazem, że nie spełniono tu zasady indywidualizacji naruszenia dóbr osobistych, bo inkryminowany zwrot nie dotyczył bezpośrednio ani powoda, ani jego bliskich. Odnosił się zaś do "nieoznaczonej grupy adresatów", a w takim przypadku do uznania roszczenia nie wystarczy sama przynależność do danej grupy - uznał sąd.

Sąd nie odrzucił pozwu - jak chciała strona pozwana- bo uznał jurysdykcję polskiego sądu w takiej sprawie. Skoro tekst był dostępny w internecie, to miejscem ewentualnego naruszenia dóbr może być i Polska - uznał SO.

W apelacji strona powodowa wniosła o zmianę wyroku SO i uwzględnienie pozwu. "Kluczową kwestią jest, że skoro sąd uznał, że członkowie rodzin byłych więźniów III Rzeszy mogą się poczuć dotknięci tymi zwrotami, to należy uznać że mają oni roszczenie o naruszenie dóbr osobistych" – twierdzi mec. Topa. Dodał, że "zasady indywidualizacji nie stoją temu naprzeciw, bo to tylko kwestia ustalenia obiektywnych kryteriów, które pozwalają tym osobom mieć uzasadnione poczucie krzywdy". Podkreślił, że SA jest władny dokonać odpowiedniej wykładni, zgodnie z wnioskami apelacji - co byłoby precedensowe.

Informacje o "polskich Obozach", mimo oficjalnych protestów i tysięcy not dyplomatycznych, publikowane są na łamach zagranicznych mediów regularnie. Dotychczasowe działania strony polskiej, choć niewątpliwie cenne i potrzebne, nie przynoszą oczekiwanegoskutku

Warto tu podkreślić, że w trzech procesach wytoczonych przez Stowarzyszenie Patria Nostra w imieniu pokrzywdzonych, pomimo oddalenia pozwów w dwóch z nich Stowarzyszenie odniosło pewne sukcesy, czyniąc postęp w kształtowaniu pozytywnego orzecznictwa dla dochodzenia roszczeń odszkodowawczych od niemieckich redakcji.

Mianowicie, przekonało ono polskie sądy o ich kompetencji do rozpatrywania tego rodzaju spraw, pomimo, iż stroną pozwaną są niemieckie podmioty. Wszystkie sądy w Polsce dotychczas rozpatrujące sprawę uznały swoją jurysdykcję i konsekwentnie ją podtrzymują. Ponadto, Sąd Okręgowy w Warszawie w sprawie przeciwko Die Welt, a także Sąd Okręgowy w Olsztynie i Sąd Okręgowy w Białymstoku w sprawie przeciwko wydawcy FOCUS Online, uznały zgodnie z postulatami, że takie wartości jak „tożsamość narodowa” i „godność narodowa” stanowią dobra osobiste w rozumieniu art. 23 k.c. Potwierdziły również stanowisko Stowarzyszenia, że określenia typu „polski obóz zagłady” czy „polski obóz koncentracyjny”, odnoszące się do byłych niemieckich obozów koncentracyjnych i zagłady zlokalizowanych na okupowanych w okresie II Wojny Światowej terenach Polski, nie są prawdziwe, fałszują historię Polski i mogą w efekcie budzić słuszne oburzenie, w szczególności u byłych więźniów tych obozów i ich rodzin.

Co istotne, Sąd Apelacyjny w Białymstoku w wyroku z dnia 30 września 2015r. (I ACa 403/15), od którego wniesiono skargę kasacyjną do SN, stwierdził, iż użycie nieprawdziwego określenia o „polskich obozach” może naruszać dobra osobiste więźniów obozów zagłady (lub ich bliskich) w razie łączności ich z Narodem Polskim (wystąpienie tej przesłanki wymagałoby wykazania) w postaci prawdy o historii Narodu Polskiego. Jednakże wprowadza zastrzeżenie, że chodzi tu jedynie o więźniów tych obozów, o których akurat jest mowa w danej publikacji zawierającej takie określenie. Wtedy, zdaniem Sądu Apelacyjnego w Białymstoku, wystąpiłby, pozwalający zastosować przepis art. 24 k.c., łącznik indywidualizujący w postaci bycia więźniem niemieckiego obozu zagłady, poczucia przynależności do Narodu Polskiego i obrazy dumy narodowej przez wskazanie, że obóz, w którym ta osoba przebywała był polskim obozem zagłady, w domyśle zorganizowanym przez Naród Polski.

To stanowisko Sądu Apelacyjnego w Białymstoku jest o tyle znaczące, że w sprawie Pana Karola Tendery (byłego więźnia obozu w Auschwitz), przeciwko niemieckiej telewizji ZDF, zawisłej przed krakowskim sądem właśnie z taką sytuacja mamy do czynienia. Przychylenie się zatem przez Sąd Okręgowy w Krakowie do powyższego stanowiska Sądu Apelacyjnego w Białymstoku powiększa szansę uzyskania korzystnego wyroku przeciwko niemieckiej telewizji ZDF. Kolejny termin rozprawy przed Sądem Okręgowym został wyznaczony na dzień 12 kwietnia 2016r.  W drodze zaś skargi kasacyjnej od w/wspomnianego wyroku pragniemy przekonać Sąd Najwyższy, iż krąg osób uprawnionych do dochodzenia roszczeń odszkodowawczych jest szerszy i obejmuje wszystkich byłych więźniów obozów zagłady, niezależnie od tego, o którym w danej publikacji jest mowa.

Lech Obara, radca prawny, prezes Stowarzyszenia Patria Nostra

wpolityceplZespół wPolityce.pl / lap / TVP Info / PAP

Były brudne, zaniedbane, doświadczały przemocy - mówi pani Aneta, matka 4-letniej Julki i 7-letniej Viktorii, o sytuacji córek umieszczonych przez hanowerski Jugendamt w rodzinie zastępczej. Rodzice postanowili porwać własne dzieci, a teraz walczą o to, by je zatrzymać. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro na antenie TVP Info zadeklarował pomoc rodzinie.

Pojechaliśmy do Niemiec i wszystko było dobrze, dopóki nie rozpoczęliśmy współpracy z asystentem z Jugendamtu. Doszło do konfliktu pomiędzy nim a mężem. Asystent przychodził do nas w celu integrowania, pomocy. W końcu zaczął ingerować w nasze intymne, prywatne sprawy — opowiada matka.

Zakończenie współpracy z urzędnikiem skończyło się dla rodziców odebraniem córek. Dziewczynki trafiły do niemieckiej rodziny zastępczej, gdzie miały być zaniedbane, a także molestowane seksualnie.

Rodzice dziewczynek, którzy widząc, co się dzieje, zdecydowali się uprowadzić dzieci i przywieźć je do Polski. Złożyli doniesienie w tej sprawie do Prokuratury Rejonowej w Bytomiu. Obawiają się jednak, że urzędnicy Jugendamtu niespodziewanie przyjadą i znów odbiorą im dzieci.

20160212zzMinister sprawiedliwości zapowiedział, że nie będzie obojętny na dramat polskiej rodziny (fot. FreeImages/Adrian Grycuk/CC BY-S.A. 3.0pl).

Ministerstwo wystąpi z wnioskiem wspierającym rodziców do strony niemieckiej o to, by ten niemiecki z kolei wniosek został cofnięty. Będzie to jasne stanowisko poparte wywiadem środowiskowym i innymi informacjami pokazującymi, że te dzieci mają dobrą opiekę na terenie Polski i nie ma potrzeby, żeby niemiecka instytucja taki wniosek podtrzymywała — mówił na antenie TVP Info.

Ziobro dodał też, że powołał zespół, który ma opracować zmiany w polskim prawie dające większą możliwość ingerencji ze strony polskich organów w podobne przypadki, których szczególnie w Niemczech jest bardzo dużo.

Zdaniem ministra złamanie niemieckiego prawa przez Kowalskich, którzy uprowadzili dzieci z rodziny zastępczej - w świetle prawa legalnie się nimi opiekującej, jest co najmniej równoważone przez międzynarodowe konwencje, które stawiają dobro dziecko na pierwszym miejscu.

Dochodzi też jeszcze jedna przesłanka złożona przez rodziców, a poparta przez dzieci, których zeznania zostały uznane za wiarogodne co do tego, że mogło dojść do działań wobec nich o charakterze seksualnych nadużyć – podkreślił Ziobro.

Tekst i ilustracja za: http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/281337-dramat-dzieci-zabranych-polskiej-rodzinie-przez-jugendamt-rodzice-porwali-wlasne-corki-teraz-boja-sie-powrotu-niemieckich-urzednikow-minister-ziobro-deklaruje-pomoc

stefanbudziaszekStefan Budziaszek

30 stycznia 2016 roku "Małopolscy Patrioci" zorganizowali pikietę przed konsulatem Niemiec w Krakowie. Jej celem było zaprotestowanie przeciw wtrącaniu się Unii Europejskiej w wewnętrzne sprawy Polski."Ręce precz od Polski, od naszej wolności..." powiedział w swoim wystąpieniu Adrian Handzel - organizator pikiety.


• https://www.youtube.com/watch?v=Lq7_J-Sskds

Antoni Kiełpiński (Gniezno)

Dzień dobry, dziwią się Państwo, że obozy koncentracyjne są nazywane polskimi obozami śmierci? Ja nie. A dlaczego?

W Polsce panuje oczywiście inna atmosfera w tym temacie. Wszystko za sprawą tych,co pracują w IPN i zwą się historykami z dr i prof. pisząc sobie przy nazwisku, co dla mnie znaczy odpowiednio (...) profanat historii, historii politycznie poprawnej. Dlaczego tak?

Otóż urodziłem się w obozie, tak to miejsce nazywają Niemcy, pracy przymusowej Gemeinschaftslager "Brachmeierei" usytuowanym na terenie III Rzeszy w mieście Dessau, około 70 km na północ od Lipska. Przebywałem w tym obozie wraz z matką prawie 2 lata, na co przedstawiłem dokumenty przysłane przez niemiecki urząd w Arlosen - akt urodzenia i dokument potwierdzający pobyt w Gemeinschaetslager. Kiedy zacząłem starania o uprawnienia kombatanckie jakie mi się należą, o czym poinformował mnie prezes jednego z kół w Gnieźnie, napisałem do Warszawy, gdzie poinformowano mnie o przyjęciu wniosku który czeka tylko na podpis prezesa. Wstrzymywał się ze złożeniem autografu ponieważ czekał na opinię tych z IPN, zwących się historykami. I co się okazało. Nie prowadząc żadnych badań o tym obozie, wydali następującą opinię:

Obozy tego typu, to osiedla mieszkaniowe wybudowane celem zakwaterowania pracowników ze wschodu przyjmowanych w systemie wolnonajemnym. Wszystko to zgodnie z poleceniem ministra propagandy w rządzie Hitlera, Josepha Goebbelsa. Pracownicy tego osiedla po skończonej pracy dysponowali czasem dowolnie. Mogli iść do kina, parku, poszusować na nartach czy wykąpać się w jeziorze. Podpisała niejaka Wardyńska z dr przed nazwiskiem. Dr hab. Kurtyka potwierdził to w oświadczeniu jakie mi przysłał po moim odwołaniu.

Oczywiście odmówiono mi przyznanie uprawnień. A jak to z tym przyznawaniem jest to zapewne są Państwo doskonale zorientowani. Z tym można się zgodzić? Mamy pretensje do tych co nazywają obozy koncentracyjne polskimi? Takimi samymi (...) są zatrudnieni w IPN. Macie Państwo okazję poznać urodzonego w obozie. Jak to się stało, że przeżyłem nie wiem. Ale mogę sobie wyobrazić ile determinacji matka i inni musieli wykazać, abym mógł przeżyć i dowiedzieć się że mieszkałem na osiedlu mieszkaniowym, ponieważ matka wyjechała sobie na saksy w celach zarobkowych. Takie coś można usłyszeć więc nie tylko w innych krajach. Taki jest polski punkt widzenia. Nie oczekuję pomocy, bo jestem zbyt maluczki.

wpolityceplZespół wPolityce.pl / bzm / PAP

Dwie kilkuletnie dziewczynki, odebrane polskiemu małżeństwu przez hanowerski urząd ds. dzieci i młodzieży (Jugendamt), a następnie przekazane niemieckiej rodzinie zastępczej były przez rodziców zastępczych molestowane seksualnie - podają pełnomocnicy pokrzywdzonych.

Śledztwo w tej sprawie prowadzi Prokuratura Rejonowa w Bytomiu. Doniesienie złożyli rodzice dziewczynek, którzy widząc, co się dzieje, zdecydowali się uprowadzić dzieci i przywieźć je do Polski.

Postępowanie w tej sprawie jest prowadzone pod kątem art. 200 par. 1 - powiedział we wtorek szef bytomskiej prokuratury Daniel Hetmańczyk. Przepis ten mówi o doprowadzaniu dzieci do obcowania płciowego lub poddania się innej czynności seksualnej. Ostatnio dziewczynki były przesłuchiwane przez bytomski sąd.

Właściwie wszystkie czynności, które w tym śledztwie można było wykonać na miejscu, zostały już wykonane. Będziemy zastanawiać się, co dalej. Najbardziej prawdopodobne wydaje się przekazanie sprawy stronie niemieckiej, by kontynuowała to postępowanie – powiedział prokurator.

Jak poinformowali przedstawiciele Komitetu Obrony Rodziny, działającego przy polsko-niemieckiej kancelarii adwokackiej Markusa Matuschczyka, Aneta i Jacek K. - rodzice 4-letniej Julii i 7-letniej Viktorii - mieszkali wraz z córkami w Hanowerze od czerwca 2009 roku. Wszyscy są obywatelami polskimi.

W listopadzie 2013 r. Jugendamt - zdaniem pełnomocników „bezpodstawnie, w sposób skandaliczny i bezwzględny” - odebrał rodzicom dziewczynki. Podejmując taką decyzję urząd uzasadniał ją troską o dobro dzieci. Julia i Viktoria trafiły do niemieckiej rodziny zastępczej.

20160127wpJak relacjonują pełnomocnicy polskiej rodziny, matka podczas spotkań z córeczkami zauważyła u nich ślady przemocy - siniaki i skaleczenia. Dzieci były też ogólnie zaniedbane i zachowywały się dziwnie, jakby podawano im leki. Ze względu na pogarszający się stan zdrowia i higieny dzieci oraz brak reakcji na kierowane skargi, rodzice zdecydowali się uprowadzić dzieci i przywieźć z Niemiec do Polski, dokąd przybyli w styczniu 2015 roku (fot. Freeimages.com/zdjęcie ilustracyjne).

Według pełnomocników, córki po wydobyciu ich z rodziny zastępczej były w „katastrofalnym” stanie emocjonalnym i fizycznym.

Były roztrzęsione, zaniedbane, brudne i wygłodzone. Obydwie córki były bardzo nerwowe, obgryzały paznokcie. Julia przez dwa tygodnie nie była w stanie utrzymać moczu podczas snu, spała nerwowo przytulała się bez przerwy do matki – wyliczała Małgorzata Łaszek z Komitetu Obrony Rodziny.

Po pewnym czasie dziewczynki coraz bardziej szczegółowo zaczęły opisywać sytuacje, które przeżyły podczas pobytu w rodzinie zastępczej. Z tych opowieści wynika, że wielokrotnie padły ofiarą molestowania i przemocy seksualnej, przedstawiano im także treści pornograficzne.

Po powrocie do Polski rodzice zdecydowali się zwrócić o pomoc do poradni psychologicznej w Katowicach. Ze wstępnej opinii psychologicznej wynika, że relacje dziewczynek są wiarygodne. Dziewczynki potwierdziły opowiedziane wcześniej wydarzenia kilkanaście dni temu - podczas przesłuchania przed Sądem Rejonowym w Bytomiu, w obecności biegłego psychologa. To kolejna sprawa związana z decyzją Jugendamtów, którą zajmuje się mec. Markus Matuschczyk. Adwokat reprezentował polskich rodziców, którzy podczas pobytu w Niemczech zostali pozbawieni praw rodzicielskich, ale mimo to samowolnie z tamtejszego domu dziecka zabrali dwóch swoich kilkuletnich synów i wrócili do kraju. Hanowerski Jugendamt zażądał powrotu dzieci do Niemiec, jednak w 2012 r. bytomski sąd odrzucił ten wniosek.

Jugendamty powstały w latach 20. XX wieku jako instytucja opiekująca się trudną młodzieżą, zdeprawowaną w wyniku wojny. Po dojściu do władzy w 1933 roku naziści włączyli sieć tych placówek do swojego systemu wychowawczego. Obecnie działalność urzędów do spraw młodzieży znajduje się w gestii niemieckich krajów związkowych (landów). W przypadkach zaniedbania dzieci przez opiekunów lub znęcania się nad nimi, co nierzadko kończy się śmiercią nieletnich, Jugendamty krytykowane są za opieszałość i brak zdecydowania; z drugiej strony zarzuca się im ingerowanie w życie rodzin i naruszanie prywatności.

Tekst i ilustracja za: http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/279505-koszmar-dziewczynek-ktore-jugendamt-zabral-polakom-byly-molestowane-przez-niemieckich-rodzicow-zastepczych

janszczepankiewiczJan Szczepankiewicz

Kraków, 15 stycznia 2016 r.

Niemcy po raz trzeci w przeciągu stu lat aspirują do roli europejskiego hegemona i znów stają się w swoich ambicjach niebezpieczni.

Naród zdawałoby się kulturalny, niezmiennie próbuje realizować swe interesy w sposób nieuczciwy, a pozór czynnego żalu za zbrodnie ojców z miejsca potrafi przekuć w teutońską pychę i polityczną agresję.

Warto zauważyć, że o ile w samej RFN zachowywane są demokratyczne normy, to w relacjach sąsiedzkich, czy wspólnotowych bezczelny dyktat zastępuje partnerstwo, a prawa narodów do wypowiadania się choćby w kwestiach traktatowych, bywają brutalnie gwałcone. Dzieje się tak w imię przeforsowania zapisów premiujących niemiecką gospodarkę i utrwalających polityczną przewagę Berlina we władzach Unii.

Przyjazne gesty opłacaliśmy zbyt długo przyjmując tragiczne dla Polski warunki unijnej akcesji, ratyfikując z gruntu niesprawiedliwy Traktat z Lizbony, czy pozwalając latami na transfer wielu procent naszego PKB głównie koncernom niemieckim.

Kiedy z mandatu wyborcy władze RP zapowiedziały rewizję niekorzystnych rozwiązań, spotkaliśmy się z miejsca z chamską nagonką niemieckich polityków oraz atakiem ze strony instytucji przez nich zdominowanych. Na polską demokrację, na narodową walutę, na reputację finansową, na prawo do obecności naszych artystów w „europejskich” mediach…

Recydywa stronnictw działających na rzecz sąsiednich państw, która niejednokrotnie sprowadzała na Rzeczpospolitą istną hekatombę, musi zostać przerwana. W polskiej polityce nie może być miejsca na lobby, czyniące z dużego europejskiego kraju o imponujących dziejach oraz znaczącym potencjale, pozór cywilizacyjnego beneficjenta. Działające w Polsce media nie powinny nam wciskać niczym nie uzasadnionego kompleksu ubogich krewnych.

Geopolityczne nieszczęście sprawiło, że sąsiadujemy z państwami, które dopuszczały się największych zbrodni w historii całej ludzkości. Liczonych w dziesiątkach milionów eksterminacji, trwających wieki grabieży, ideologicznych gwałtów na cywilizacji.

Polacy nie mogą z dumą powtarzać, że po ćwierćwieczu wolności nadal są „wzorem przemian” postkomunistycznych, czy „prymusem” w niemieckiej szkole „wartości europejskich”, bo to nie oni prokurowali sobie historyczne nieszczęścia, bo to nie oni niszczą europejską cywilizację w dniu dzisiejszym.

Zmowa XVIII wiecznych rozbiorów, układ Ribbentrop - Mołotow, odrażająca zdrada sojuszników z września 1939, czy z Jałty, powaliłyby na ziemię każdy, najlepiej nawet rządzony naród.

Samotnie stawiając czoła systemów totalitarnych oraz posiadając czwartą liczebnie aliancką armię II wojny światowej, zostaliśmy poświęceni przez Zachód, nie otrzymując nawet wojennych odszkodowań za zrujnowany kraj. Nie mamy za co być wdzięczni, możemy co najwyżej przyjmować wyrazy skruchy.

Współczesne Niemcy lecząc zbrodniczy nazizm nowoczesnymi trendami, narzucają sobie i innym kaganiec lewackiej poprawności tylko do czasu, gdy sytuacja nie zaczyna wymykać im się spod kontroli.

Nikt nie ma wątpliwości, że politycy niemieccy przebrani w „komisaryczne” garniturki, bronią w istocie nie jakkolwiek nawet definiowanych „europejskich wartości”, czy „demokracji”, której w Unii nigdy nie było, lecz imperialnych interesów Berlina.

Nie tak dawno przecież media bez zażenowania nazywały Kanclerz Merkel „Prezydentem Europy”, a dziś eurodeputowany z ramienia SPD, Przewodniczący PE Schulz twierdzi, że jako Niemiec ma prawo wtrącać się w polskie wewnętrzne sprawy i kierować pod naszym adresem groźby.

W tej sytuacji będziemy musieli przeprowadzić rewizje wszystkich dyskryminujących nas traktatów, wznowić dyskusję nad formułą integracji kontynentalnej, zasadami naszego członkowstwa w socjalistycznej Unii, statusem mniejszości narodowych, nowymi przypadkami germanizacji polskich dzieci.

Dzisiaj to my, Polacy, uosabiamy autentyczne wartości, jakie budowały cywilizację Europy i nie musimy importować ani lewicowego zepsucia, ani powielać samobójczych zapędów, ani też płacić za fałszywą przychylności, która historycznie przeważnie się nie sprawdzała w momentach próby.

Tylko polityka narodowa, której zewnętrzną formułą będzie Europa Wolnych Ojczyzn, pozwalająca na suwerenny byt integrowanych państw, może dobrze służyć zachowaniu budujących wspólnot naturalnych.

Nie wolno niszczyć tożsamości uosabianych przez wartości rodzinne, religijne i narodowe, gdyż żadne kordony, ni płoty nie ochronią chorej Europy przed barbarzyńcami, których wabi dziś trupi odór wielkiej kiedyś cywilizacji.

wpolityceplZnamy "ekonomiczne" powody powyborczej paniki w Berlinie. Według Global Financial Integrity za granicę wycieka aż 5 procent polskiego PKB, a najwięcej kradną... niemieckie koncerny

slawomirsieradzkiSławomir Sieradzki

W analizie Global Financial Integrity – międzynarodowej organizacji, prowadzącej badania na temat nielegalnych przepływów finansowych znajduje się odpowiedź skąd taka wściekłość niemieckich mediów i pogróżki pod adresem nowych władz. Wstrząsająca lektura!

Global Financial Integrity obliczył, że przez ostatnie lata koncerny naszego zachodniego sąsiada „wyssały” z naszego kraju 30 miliardów dolarów.

Za granicę trafia aż 5 proc. polskiego PKB, czyli ok. 90 mld zł rocznie. Najwięcej kradną zagraniczne korporacje i niemieckie firmy — czytamy na portalu „gf24.pl”, który powołuje się na szacunki Global Financial Integrity.

Jeśli przyjmiemy, że ok. 65 proc. eksportu-importu Polski jest wytwarzane przez firmy z kapitałem zagranicznym, z czego ok. 50 proc. to firmy niemieckie, można oszacować, że Niemcy nielegalnie wyprowadzają z Polski ok. 30 mld zł rocznie — przytacza szacunki portal „gf24.pl”.

Generalnie Polska znajduje się na 20 miejscu krajów z listy najbardziej nielegalnie wyzyskiwanych na świecie przez zagraniczne koncerny. I jesteśmy jedynym takim krajem z Unii Europejskiej.

Z tabeli opublikowanej na stronie Global Financial Integrity wynika, że poziom wyciągania nielegalnych pieniędzy, wysoki w 2004 r., wyhamowany został w latach 2005-2007, siłą inercji jeszcze spadał, po czym gwałtownie wzrósł, aby ponownie osiągnąć apogeum w 2012 r. (fot. poniżej Sławomir Sieradzki).

najwiecejkradna2

Teraz kilka ważnych - choć przyznajmy szczerze - retorycznych pytań:

Czy dzięki tym suchym liczbom, datom i szacunkom wiemy więcej o przyczynach furii niemieckich mediów po ostatnich wyborach prezydenckich i parlamentarnych?

Czy rozumiemy teraz dlaczego niemieckie media i niemieccy politycy milczeli, gdy władza Platformy Obywatelskiej i PSL zakładała Polakom rekordowe liczby podsłuchów, niszczyła dziennikarzy i rozbijała redakcje?

Czy już wiemy dlaczego państwu niemieckiemu tak bardzo zależy na utrzymaniu nad Wisłą status quo?

Czy już pojmujemy dlaczego Berlinowi tak bardzo zależy na tym, aby utrzymać obecny stan atrofii państwa polskiego?

Czy zdajemy sobie sprawę, dlaczego Niemcy tak obawiają się repolonizacji mediów?

najwiecejkradna1Gdy już odpowiemy sobie na te pytanie musimy zdać sobie sprawę z bardzo ważnej sprawy. Nasz zachodni sąsiad zrobił sobie z nas swoją półkolonię medialną, tanią montażownię i Bóg wie co jeszcze (fot. wSieci). Jego połajanki pod naszym adresem są więc z jego punktu widzenia dość zrozumiałe - dlaczego ma mieć szacunek do swoich XXI-wiecznych „Irokezów”, wobec których odczuwa (tradycyjną) wyższość cywilizacyjną? To od nas zależy, czy pozwolimy mu tak traktować nasz kraj. Nikt nas w tym nie wyręczy.

Za: http://wpolityce.pl/polityka/276556-znamy-ekonomiczne-powody-powyborczej-paniki-w-berlinie-wedlug-global-financial-integrity-za-granice-wycieka-az-5-procent-polskiego-pkb-a-najwiecej-kradna-niemieckie-koncerny

adamzyzmanAdam Zyzman

Nie ma szczęścia niemiecka placówka dyplomatyczna w popularyzacji swego kraju w Krakowie! – Dwa lata temu wymyślono zaproszenie Krakowian na obchody rocznicy bitwy pod Lipskiem, które powieszono… kilkaset metrów od grobu księcia Józefa Poniatowskiego, który w tej właśnie bitwie zginął, a z nim pogrzebane zostały nadzieje Polaków na niepodległość. Tym razem na Placu Szczepańskim ustawiono ogromne plansze zapraszające do odwiedzenia zachodniego sąsiada, który, jak zapewnia na planszach Federalne Ministerstwo Gospodarki i Energii oraz Bundestag RFN, jest krajem… przyjaznym.

Trzeba albo wyjątkowej hipokryzji, albo typowo niemieckiej subtelności, by zapewniać o przyjaźni, podczas, gdy czołowi niemieccy politycy obrażają Polskę i Polaków twierdząc, że działania demokratycznie wybranego rządu w Polsce, to… zamach stanu! Trzeba praktyki niejakiego doktora J. Goebelsa, by wmawiać Polakom pustosłowie o przyjaźni, podczas, gdy niemieckie gazety wypisują brednie o polskim faszyzmie demokratycznie wybranego rządu i tym samym kształtując opinię publiczną Niemiec i Europy przeciwko naszemu krajowi! Czy to nie przypomina kampanii propagandowej z 1939 r. o zagrożonej mniejszości niemieckiej w Polsce? Czytając doniesienia niemieckich gazet na temat sytuacji w Polsce można oczekiwać, że lada tydzień Niemcy i pozostałe kraje Europy dowiedzą się o tym, że polskie bojówki rządzącej partii zaatakowały przygraniczną stację Deutsche Welle! I to ma być to przyjazne naszemu krajowi i naszym obywatelom państwo?

W tej sytuacji należy publicznie postawić pytanie, czy taka kłamliwa propaganda powinna znajdować się w przestrzeni publicznej naszego kraju i naszego miasta w obliczu wrogich zachowań ze polityków i mediów niemieckich? Jeśli zezwolił na jej umieszczenie prezydent miasta nie zdając sobie sprawy z tego, jaka antypolska nagonka medialna wybuchnie za kilka dni za naszą zachodnią granica, to sądzę, że nowy wojewoda ma takie prerogatywy, by poprosić władze miejskie o zmianę tej decyzji! Jeśli nie! Warto, by Krakowianie spokojnie poprosili swe władze w formie manifestacji lub co najmniej pikiety, o uwzględnienie opinii społecznej naszego miasta.

A swoją drogą czas najwyższy ograniczyć bezczelność jednego z prominentnych polityków niemieckich, Martina Schulza, który kilka lat temu wsławił się udzielaniem podobnych upomnień ówczesnemu prezydentowi Czech, Vaclavowi Klausowi. Niestety, prezydent Klaus zapomniał przypomnieć mu, co Czesi zrobili z niemieckimi wysłannikami, gdy ci w 1618 roku przyjechali podobnie pouczać ich, jak mają postępować w swoim własnym kraju. Może więc ktoś przypomni mi, czy moglibyśmy wskazać temu panu coś równie atrakcyjnego z naszej wspólnej historii, poza „Idź złoto do złota” przed bitwą na Psim Polu lub mieczami grunwaldzkimi?

elzbietamorawiecElżbieta Morawiec

Można byłoby pójść o zakład, że znany polakożerca, Jan Tomasz Gross takiej okazji nie przepuści. Okazją zaś jest zdecydowana niechęć Polaków – wbrew chwiejnej postawie rządu PO – do przyjmowania muzułmańskich uchodźców. Pod dyktando Brukseli i Berlina, a zwłaszcza pana Martina Schulza, przewodniczącego Parlamentu europejskiego, który parę dni temu zagroził użyciem siły wszystkim krajom, które oponują przeciwko przyjmowaniu nie tyle uchodźców, co imigrantów, poszukujących łatwego chleba. Ale wiatry wieją i kursy się zmieniają. Niemcy i Austriacy mają już niekontrolowanego napływu uchodźców dość – i wbrew traktatowi z Schengen zamykają swoje granice. Multikulti Angeli Merkel poniosło totalna klapę. Jan T. Gross - może tego nie zauważył. Albo – co bardziej prawdopodobne – uznał, że aby napaść i szkalować Polaków – każda okazja jest dobra. Bo każda wpisuje się idealnie w niemiecką politykę historyczną spod znaku osławionego serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Nieprzypadkowo więc nasz autor, któremu międzynarodową sławę przyniosło li-tylko szkalowanie Polaków ( „Sąsiedzi”, „Strach”) ze swoimi rewelacjami udał się do hamburskiego „Die Welt”. Oświadczył tam m.in., że Polacy charakteryzują się wobec problemu uchodźców taką samą postawą, jaką ze swoim chronicznym antysemityzmem, wykazali się podczas II wojny, światowej wobec Żydów. Co więcej - ośmielił się wyrazić, że właśnie podczas tej wojny Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców!!! Wypowiedział te skandaliczne, obelżywe, tchnące nienawiścią słowa w gazecie niemieckiej, gazecie narodu sprawców i oprawców II wojny wobec narodu, który ma 1/3 drzewek w jerozolimskim Yad Vashem. Wobec narodu, do którego się przyznawał, ziemi na której się urodził do r. 1968, zanim k o m u n i s t y c z n a antysemicka czystka nie spowodowała, że Polskę opuścił. Jeszcze i potem opublikował wraz żoną, już na emigracji, książkę o polskiej martyrologii „W czterdziestym nas, matko, na Sybir wywieźli”. Pewnie jeszcze wówczas czuł się Polakiem. Dopóki nie zorientował się, że to niepopularne, a zwłaszcza niezyskowne. Wtedy rozpoczął z wielkimi sukcesami, najpierw w Ameryce, potem i gdzie indziej swoją antypolską kampanię. Ten facet robi czysty biznes na holokauście. Inaczej niż ci, których opisał w słynnej w (w Polsce kompletnie nie nagłośnionej książce „Holocaust Industry”, amerykański uczony, Żyd z pochodzenia, Norman Finkelstein). On nie współdziała z tymi, którzy wyłudzają odszkodowania, szkaluje Polskę i Polaków, grając obecnie w „lidze niemieckiej”, wcześniej w amerykańskiej - różnych poszukiwaczy odszkodowań w potężnych organizacjach. Oraz wpływowych mediach i wydawnictwach.

I to się zapewne nigdy nie zmieni. Ale może i musi się zmienić nasza, Polaków postawa wobec podobnych oszczerstw. Pisanie protestów to mało, masę tuszu komputerowego spłynęło już w protestach przeciwko sformułowaniu „polskie obozy koncentracyjne” w światowych mediach, z rezultatem mizernym, jeśli nie zerowym. Tu trzeba użyć prawa i stawiać przed sądem. Mister Jan T. Gross za ostatni wyczyn zdecydowanie powinien stanąć przed sądem. I zostać obłożony, już pozasądowo – zakazem wjazdu do Polski, uznany za persona non grata. Zaawansowana wścieklizna jest nieuleczalna, ale, żeby chory na nią nie kąsał – trzeba go izolować.

miroslawboruta15Mirosław Boruta

Szanowni Państwo,

dowiedziałem się przed chwilą, że gazeta wychodząca pod tytułem "Dziennik Polski", urządza sobie naszym kosztem zabawę. Proponuje abyście Państwo płacili za głosy na kandydatów i jednocześnie zbiera Państwa dane. Oto teksty ze strony gazety:

1) Aby zagłosować, wyślij SMS o treści: SEJM13.16 na numer 72355 (koszt 2,46 zł z VAT).

2) Wyłącznie w celu zapewnienia rzetelności głosowania w plebiscytach zapisujemy i odczytujemy dane eksploatacyjne wskazane w Polityce Prywatności, również po opuszczeniu przez Ciebie strony plebiscytu. Głosując w plebiscycie zgadzasz się na zapisanie powyższych danych i przetwarzanie ich w wyżej opisany sposób.

oonpolskapresseMało tego, opisana wyżej gazeta należy do Polska Press Grupa, a ta z kolei do wchodzi w skład międzynarodowego koncernu Verlagsgruppe Passau i jest wydawcą dzienników regionalnych:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Polska_Press

Kolejną informację znajdą Państwo tutaj, już w języku oryginału:
https://de.wikipedia.org/wiki/Passauer_Neue_Presse#Verlagsgruppe_Passau

I stąd moja gorąca prośba do PT. Wyborców, moich sympatyków:

Wystarczy, że 25 października 2015 roku będziecie Państwo o mnie pamiętali 😉 O tym, że na liście do Sejmu, liście Komitetu Wyborczego Prawo i Sprawiedliwość mam 16 numer.

Warto być Polakiem, warto by POLSKOŚĆ trwała!

stefanbudziaszekStefan Budziaszek

Z okazji 76-tej rocznicy napaści faszystowskich Niemiec i bolszewickiej Rosji na Polskę, w Kościele Mariackim w Krakowie odprawiona została Msza Święta w intencji wszystkich Ofiar, wymordowanych przez niemieckich i rosyjskich okupantów. Następnie, uczestnicy uroczystości przeszli ul. Grodzką pod Krzyż Narodowej Pamięci, zwany także Krzyżem Katyńskim, gdzie odbył się wiec patriotyczny.


• https://www.youtube.com/watch?v=MtNGnzvr55w

miroslawboruta15Mirosław Boruta

Demokracja jest dzisiaj li tylko mediokracją. A media w większości znajdują się w rękach lewactwa różnej maści, czyli fanatycznych grup dla których wspólnoty rodzinne i wspólnoty narodowe stanowią największego ideologicznego przeciwnika.

Świat społeczny jest jednak światem realnym i mamy obowiązek bronić go tak samo jak mamy obowiązek bronić zdrowego rozsądku, złotego środka czy naturalnego porządku świata.

Dlatego ponawiam raz jeszcze apel do rządzących w Polsce. Nasze pieniądze wpłacane na konto Brukseli muszą zostać przeznaczone na repatriację Polaków do Polski. I niech to będzie 2.000 osób, niech to będzie 12.000 osób… Jeśli dla nich będą mieszkania i praca i perspektywy na przyszłość wówczas zostaniemy dojrzałym państwem w dojrzałej do rozsądku Europie.

Przykład mężczyzny, który nie pomaga własnej żonie i dzieciom bo „musi” pomóc czyjejś żonie i czyimś dzieciom nie jest przykładem budującym. A dlaczego „musi”? Bo mu Niemcy, Bruksela, „solidarność europejska” kazała, no i w telewizji zobaczył…