Przeskocz do treści

Anna Maria Kowalska

Zamiłowanie do polskiej literatury szło w parze z pragnieniem dawania o tym świadectwa. W liście Ojca Świętego na 400 – lecie śmierci Jana Kochanowskiego (1530 – 1584) uzewnętrznia się więź Jana Pawła II  ze skarbcem kulturowej i literackiej przeszłości, który na nowo powinniśmy odkrywać, czerpiąc zeń naukę dla przyszłych pokoleń:

„Wraz z moimi Rodakami składam hołd pamięci jednego z największych naszych poetów, a jednocześnie ogarniam myślą całe dzieje polskiej kultury, na których dzieło Jana z Czarnolasu wycisnęło tak ważny i trwały ślad.  Stworzenie przez autora „Trenów” nowożytnego języka naszej poezji i wprowadzenie jej do rodziny wielkich literatur Europy; połączenie w uprawianej przez niego sztuce tradycji greckiej i łacińskiej z tradycją Biblii; tak wyraźna w poezji autora „Zgody” postawa tolerancji; szczególnie przejęcie się poety ideałem twórczości artystycznej jako służby Narodowi; wszystko to odegrało ogromną rolę w procesie kształtowania się naszej kultury w ogóle, w dziejach utrwalania się ideałów estetycznych i moralnych, jej więzów z kulturą Zachodu i tak wyraźnej po dzień dzisiejszy funkcji literatury jako sumienia narodowej wspólnoty (podkreślenia moje – A.M.K.)

(…) Jego twórczość stała się symbolem polskości i wielkości języka polskiego dla późniejszych poetów. Jeden z nich tak pisał o „lutni mistrza Jana”:

„Jak drzewo ssała u szczytu,
Z Bożego pełnego dzbana,
Wyniosłą mądrość błękitu,
By między życiem a śpiewem,
Nie rozdzielać ziemi z niebem” (Jerzy Liebert, Na lipę czarnoleską).

Twórczość Jana Kochanowskiego stanowi szczególne, niejako symboliczne świadectwo trwającej od wieków, zwłaszcza w dziełach największych naszych twórców więzi „ziemi z niebem”, poezji z religią.

Najobszerniejsze dzieło poety, owoc ponad dziesięcioletnich trudów to „Psałterz Dawidów”, wspaniały przekład „Psalmów”, który przyjęli do swych praktyk religijnych zarówno katolicy, jak i protestanci. Na nim uczyły się artystycznego kunsztu pokolenia nie tylko polskich poetów. To właśnie w dedykacji „Psałterza…” biskupowi Piotrowi Myszkowskiemu poeta z dumą napisał znane słowa, które lapidarnie wyrażają jego majestatyczną rolę w rozwoju polskiej literatury:

„I wdarłem się na skałę pięknej Kalijopy,
Gdzie dotychczas nie było znaku polskiej stopy”.

Spośród religijnych liryków Jana Kochanowskiego dwa zwłaszcza utwory weszły do kanonu zbiorowej pobożności jego Rodaków: przekład Psalmu 91 „Kto się w opiekę…”(…), oraz hymn: „Czego chcesz od nas, Panie…(…)”, często śpiewany jako dziękczynienie po Komunii Świętej” [1]

[1] List Ojca Świętego na 400 – lecie śmierci Jana Kochanowskiego, „L’ Osservatore Romano” 1984, nr 6, s. 30.

Anna Maria Kowalska

W dzisiejszych czasach, gdy czytelnictwo w Polsce jest zatrważająco niskie, świadectwo Jana Pawła II o konieczności stałej lekturowej formacji może stać się zachętą do naśladowania. W okresie biskupiej posługi Karol Wojtyła walczył nieustannie z ograniczeniami czasowymi. Jednak na „skupienie i studium” nigdy nie żałował czasu:

„Zawsze miałem dylemat: co czytać? Starałem się wybierać to, co najistotniejsze. Tyle rzeczy się publikuje. Nie wszystkie są wartościowe i pożyteczne. Trzeba umieć wybierać i radzić się, co czytać. (Wszystkie podkreślenia moje: A.M.K.)

Od dziecka lubiłem książki. Do tradycji czytania książek wdrażał mnie mój ojciec. Siadał obok mnie i czytał mi całego Sienkiewicza i innych pisarzy polskich. (…) I on nie przestawał zachęcać mnie do poznawania najbardziej wartościowej literatury. Nigdy też nie stawał na przeszkodzie mojemu zainteresowaniu teatrem. Gdyby nie wybuchła wojna i nie zmieniła się radykalnie sytuacja, to może perspektywy, jakie otwierały przede mną uniwersyteckie studia literatury polskiej, pociągnęłyby mnie bez reszty. (…)

Różnych autorów przeczytałem jeszcze jako student polonistyki. Naprzód sięgnąłem po literaturę piękną, zwłaszcza dramatyczną. Czytałem Szekspira, Moliera, polskich wieszczów, Norwida, Wyspiańskiego, Fredrę, oczywiście. Miałem zamiłowania aktorskie, sceniczne. Nieraz więc myślałem sobie, które postacie chciałbym zagrać. (…) A przecież liturgia jest także pewnego rodzaju mysterium granym, inscenizowanym. Pamiętam, jak wielkie wrażenie na mnie zrobiło, gdy ksiądz Figlewicz zaprosił mnie, piętnastoletniego chłopca, na Triduum Sacrum na Wawel i uczestniczyłem w Ciemnej Jutrzni antycypowanej w środę po południu. To był dla mnie duchowy wstrząs. Triduum paschalne jest dla mnie do dzisiaj wstrząsającym przeżyciem.

Nadszedł potem czas literatury filozoficznej i teologicznej. Jako seminarzysta clandestinus dostałem podręcznik metafizyki prof. Kazimierza Waisa ze Lwowa i ksiądz Kazimierz Kłósak powiedział: „Ucz się! Jak się nauczysz, to zdasz egzamin”. Kilka miesięcy przedzierałem się przez ten tekst. Zgłosiłem się na egzamin i zdałem. I to był przełom w moim życiu. Nowy świat mi się otworzył. Potem podczas studiów w Rzymie zacząłem zgłębiać Sumę Teologiczną św. Tomasza.

Były zatem dwa etapy mojej drogi intelektualnej: pierwszy polegał na przejściu od myślenia literackiego do metafizyki; drugi prowadził mnie od metafizyki do fenomenologii. To mi dało warsztat pracy naukowej. (…)

W mojej lekturze i studium zawsze starałem się harmonijnie łączyć sprawy wiary, sprawy myślenia i sprawy serca. To nie są osobne obszary. Każdy przenika i ożywia pozostałe. W tym przenikaniu się wiary, myśli i serca szczególną rolę odgrywa zdumienie nad cudem osoby – nad podobieństwem człowieka do Boga jedynego w Trójcy, nad najgłębszym związkiem miłości i prawdy, daru wzajemnego i życia, które z niego się rodzi, nad przemijaniem i przychodzeniem ludzkich pokoleń”. [1]

[1] Jan Paweł II, Wstańcie, chodźmy! Wydawnictwo Św. Stanisława BM, Kraków 2004, s. 76-79.

Anna Maria Kowalska

Tuż po Bożym Narodzeniu 1983 roku w więzieniu Rebibbia miało miejsce niezwykłe wydarzenie. Jan Paweł II udał się tam, by spotkać się z człowiekiem, który 13 maja 1981 o godzinie 17.17 strzelał do Niego na Placu św. Piotra w Rzymie. Człowiekiem tym był Mehmet Ali Agca.

Czy Jan Paweł II mógł przypuszczać, że spotkają Go te doświadczenia? Pewne poszlaki świadczą o przeczuciu, że próba zamachu na Jego życie zostanie podjęta. Podczas spotkania z Ojcem Pio, jeszcze jako ksiądz, usłyszał ponoć przepowiednię, że zostanie papieżem. Obok tych słów padły jednak i inne: „Na twoim pontyfikacie widzę krew” [1]. Co ważniejsze, istniało przecież Objawienie Fatimskie, wskazujące na papieskie cierpienie. Rok później to w Fatimie właśnie dziękował Maryi za ocalenie życia. [2]

Fotograf papieski, Arturo Mari, towarzyszący wówczas Ojcu Świętemu na Placu św. Piotra zapamiętał bardzo dokładnie okoliczności zamachu:

„Byłem tuż przy samochodzie, którym jechał Ojciec Święty… robiłem zdjęcia. Na Placu św. Piotra był tłum. Jak zwykle ludzie wiwatowali, śpiewali, wznosili okrzyki we wszystkich językach świata. Było tak, jak zawsze, w każdą środę podczas audiencji generalnej…Nie przyszło mi ani przez moment do głowy, że coś się może stać. Samochód Ojca Świętego, okrążając po raz drugi Plac św. Piotra, znalazł się w pobliżu Spiżowej Bramy. I wtedy usłyszałem dwa strzały. Trzask, trzask….jeden za drugim….tylko trochę głośniejsze od migawki mojego aparatu (…). Kątem oka zarejestrowałem, że Papież zaczął się osuwać. Nie widziałem krwi… (…) W mojej głowie tłukło się pytanie: „Dlaczego On!? Dlaczego właśnie On!? Człowiek, który niósł pokój i tyle miłości – dlaczego!?” [3]

W tych okolicznościach szczególnym świadectwem miłości bliźniego, a także niebywałego heroizmu był akt publicznego przebaczenia Agcy. Słowa Papieża, transmitowane na Placu św. Piotra z Kliniki Gemelli 17 maja 1981 roku: „Modlę się za brata, który mnie zranił, a któremu szczerze przebaczyłem…” wywarły na słuchaczach piorunujące wrażenie. [4]

Odwiedziny w więzieniu Arturo Mari zapamiętał co do szczegółu. W celi Agcy Ojciec Święty wyciągnął do zamachowca rękę:

„Ali Agca pochylił się i pocałował rękę człowieka, którego chciał zabić!

Pomyślałem, że to jakaś nierealna scena. Kątem oka zarejestrowałem, że oddalają się obaj od drzwi w kierunku okna.  Usiedli, nie zwracając uwagi na pozostałe osoby i rozpoczęli cichą, intymną rozmowę, która mogła kojarzyć się tylko ze spowiedzią. W tej sytuacji wszystkie osoby, towarzyszące Papieżowi wyszły na korytarz. Nikt nie słyszał, o czym rozmawiali. Tylko oni dwaj wiedzą, co sobie powiedzieli! Spojrzałem na Ojca Świętego w momencie, gdy opuszczał celę, po raz drugi powiedziałem sobie: to niemożliwe. Jego oczy były pełne ciepła i spokoju. (…) Ali Agca witał Papieża jak gospodarz, czyniący „honory domu” – żegnał zaś z pokorą, jak syn, który zna już całą swoją winę”. [5]

W lutym 1987 roku Jan Paweł II spotkał się z matką Agcy, Muzeyen Agca. Matce zamachowca ogromnie zależało na tym spotkaniu. Arturo Mari zwrócił baczną uwagę na sposób zachowania kobiety:

 „Muzeyen Agca nie zachowywała się jak muzułmanka wobec „niewiernego”, tylko jak matka, której syn winny był zbrodni targnięcia się na życie drugiego człowieka. Natychmiast po przekroczeniu progu papieskich apartamentów, skłoniła się aż do ziemi. Szła ku Papieżowi z ręką na sercu i chyba już wtedy po jej policzkach płynęły łzy. Kiedy pochyliła się znowu bardzo nisko i ucałowała rękę Ojca Świętego, jej gesty i słowa świadczyły o wielkim bólu, ale i o wielkiej pokorze. Szkoda, że tłumacz streścił tylko w kilku słowach to, co ona płacząc, bardzo długo mówiła. Wszyscy obecni zapamiętali natomiast dokładnie słowa Ojca Świętego, który obejmował tę nieszczęsną, zapłakaną kobietę, głaskał ją po twarzy i zapewniał cichym, ciepłym głosem, że przebaczył jej synowi. I że się za niego modli.

Dwa słowa: przebaczenie i modlitwa (podkreślenie moje: A.M.K) – stały się głównym wątkiem ich rozmowy. Ta nieszczęsna matka tak rozpaczliwie pragnęła potwierdzenia, że Jan Paweł II przebaczył jej synowi, jakby od tego zależało także jej życie (…) Ojca Świętego poruszyło to cierpienie i modlił się za nią, a może raczej z nią…Z tą istotą ludzką, która cierpiała. To, ze była matką człowieka, który chciał Go zabić, nie miało żadnego znaczenia! Czyż nie jest to postępowanie godne świętego” ? [6]

[1] J. Sosnowski (red), Święty Ojciec. Arturo Mari: wspomnienia i fotografie, Wydawnictwo Biały Kruk, Kraków 2005, s. 72, 70, 74.

[2] Tamże, s. 72 – 74.

[3] Tamże, s. 74 – 75.

[4] Tamże, s. 78.

[5] Tamże, s. 80.

[6] Tamże, s. 70.

Anna Maria Kowalska

Jak zatem widzimy, w świetle poprzednich uwag Jana Pawła II Rewolucja Francuska zapoczątkowała „kult bogini rozumu”. Ale pojęcie Boga nadal pozostawało w ludzkiej świadomości. O ile Bóg żywy, Jezusa Chrystusa, Ewangelii i Eucharystii został usunięty ze świata na plan dalszy, powiada Jan Paweł II, o tyle stale istniał w myśli filozoficznej i naukowej Bóg „bytujący poza światem”, Bóg deistów: [1]

„Owszem, ten Bóg deistów  był stale obecny, był też chyba obecny u francuskich encyklopedystów, w dziełach Voltaire’a i Jeana–Jacquesa Rousseau, jeszcze bardziej w Philosophiae naturalis principia mathematica Isaaca Newtona, które oznaczają początek rozwoju fizyki nowoczesnej.

Ale ten Bóg jest stanowczo Bogiem poza-światowym. Bóg obecny w świecie wydawał się niepotrzebny dla umysłowości wykształconej na przyrodniczym poznaniu świata. Podobnie Bóg działający w człowieku miał stać się niepotrzebny dla nowoczesnej świadomości, dla nowoczesnej nauki o człowieku, badającej mechanizmy świadome i podświadome jego postępowania. Racjonalizm oświeceniowy wyłączył prawdziwego Boga, a w szczególności Boga Odkupiciela poza nawias.

Co to oznaczało? Oznaczało to, że człowiek powinien żyć, kierując się tylko własnym rozumem, tak jakby Bóg nie istniał. Nie tylko wypada poznawać świat obiektywnie, tak, jakby Bóg nie istniał, gdyż założenie istnienia Stwórcy czy Opatrzności nie jest nauce na nic potrzebne, ale trzeba również postępować tak, jakby Bóg nie istniał, to znaczy tak, jakby Bóg się światem nie interesował.   

Racjonalizm oświeceniowy mógł się zgodzić na Boga pozaświatowego, zwłaszcza, że jest to tylko pewna niesprawdzalna hipoteza.

Konieczne jednak było, by takiego Boga wyeliminować ze świata” [2]

W dalszej części rozważania Jan Paweł II pokazuje, w których miejscach chrześcijaństwo rozchodzi się definitywnie z mentalnością Oświecenia:

„Poprzez tego rodzaju program myślenia i postępowania racjonalizm oświeceniowy godzi w całą chrześcijańską soteriologię, czyli refleksję teologiczną o zbawieniu (po grecku: soteria). „Tak […] Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16). Każde słowo tej Chrystusowej odpowiedzi w rozmowie z Nikodemem jest właściwie kamieniem obrazy dla umysłowości, zrodzonej z przesłanek Oświecenia, i to nie tylko francuskiego, również angielskiego i niemieckiego.

(…) A więc pierwsze zdanie: „Bóg umiłował świat”. Dla umysłowości oświeceniowej światu nie jest potrzebna miłość Boga. Świat jest samowystarczalny (podkreślenie moje – A.M.K.). A z kolei Bóg nie jest przede wszystkim miłością. Jeżeli już jest, to jest samym rozumem, rozumem odwiecznie poznającym. (…) Taki właśnie samowystarczalny świat, przejrzysty dla ludzkiego poznania, coraz bardziej wolny od tajemnic w wyniku działalności naukowej, coraz bardziej staje się poddany człowiekowi jako niewyczerpane tworzywo, człowiekowi – demiurgowi nowoczesnej techniki. Taki właśnie świat ma uszczęśliwić człowieka. (…) Chrystus daje do poznania, że świat nie jest źródłem definitywnego uszczęśliwienia człowieka. Wręcz przeciwnie, może się stać źródłem jego zguby. Ten świat, który ukazuje się jako wielka konstrukcja poznawcza, stworzona przez człowieka, jako postęp i cywilizacja, świat jako współczesny system środków przekazu, jako niczym nie ograniczona demokratyczna wolność – taki świat nie jest zdolny w pełni uszczęśliwić człowieka” [3].

Umysłowość pooświeceniowa, jak zaznacza dalej Jan Paweł II, nie jest także w stanie pogodzić się w żaden sposób z rzeczywistością grzechu:

„(…) W szczególności nie godzi się z grzechem pierworodnym. Kiedy podczas ostatnich odwiedzin w Polsce (czerwiec 1991, A.M.K) wybrałem jako temat homilii Dekalog oraz przykazanie miłości, wszyscy polscy zwolennicy „programu oświeceniowego” poczytali mi to za złe. Papież, który stara się przekonywać świat o ludzkim grzechu, staje się dla tej mentalności persona non grata”  [4] (podkreślenie moje – A.M.K.).

[1] Jan Paweł II, Przekroczyć próg nadziei, Lublin 1994, s. 56.

[2] Tamże, s. 56 – 57.

[3] Tamże, s. 58 – 59.

[4] Tamże, s. 59 – 60.

Anna Maria Kowalska

Tak, jak osoby Papieża – Polaka nie da się zrozumieć bez chrześcijańskich, katolickich i polskich korzeni, tak nie da się zrozumieć założeń pontyfikatu Jana Pawła II bez lektury książki „Przekroczyć próg nadziei”. Książka ta, której treść stanowi odpowiedź na pytania dziennikarskie Vittoria Messoriego jest wyjątkowym darem: okazją do zaprezentowania religijnego i intelektualnego dorobku Ojca Świętego [1].

Geneza jej powstania jest równie interesująca, jak zawartość. W październiku 1993 roku przypadała piętnasta rocznica inauguracji pontyfikatu Jana Pawła II. Z tej okazji Ojciec Święty otrzymał od  RAI (Włoskiego Radia i Telewizji) wyjątkową propozycję. Poproszono Go o udzielenie Vittorio Messoriemu godzinnego wywiadu przed kamerami telewizyjnymi. Oczywiście – wyraził zgodę. Olbrzymia liczba dodatkowych zajęć uniemożliwiła Papieżowi finalizację tego bezprecedensowego przedsięwzięcia, ale o całej sprawie nie zapomniał. Po otrzymaniu od Messoriego zestawu pytań, które miały stanowić „szkielet” wywiadu, postanowił odpowiedzieć na nie….na piśmie. Tak poinformowaniem dziennikarza w tej materii, jak i dostarczeniem mu odpowiedzi zajął się rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej Joaquin Navarro – Valls [2].

Z kart książki wyłania się sylwetka Papieża, zdeterminowanego w głoszeniu światu konieczności „nowej ewangelizacji”. Szczególnie cenne uwagi dotyczą chrześcijańskich korzeni Europy.

„Dla niego jest czymś oczywistym, że Bóg Jezusa Chrystusa nie tylko istnieje, żyje i działa, ale jest także – i przede wszystkim – Miłością, podczas gdy Oświecenie i racjonalizm, które zatruły nawet niektóre nurty teologii, ale dzięki Bogu nie pozostawiły najmniejszego śladu na nim, widzą w Bogu niewzruszonego Wielkiego Architekta, to znaczy przede wszystkim Intelekt” [3].

Przeżywając głęboko historię Zbawienia, Jan Paweł II doskonale zdawał sobie sprawę z pokusy nowożytnego racjonalizmu, nękającej ludzkość. Niezwykle ważne było dlań precyzyjne wskazanie momentu, w którym w dziejach filozofii rozpoczął się wielki zwrot antropocentryczny. Zaczął przeto od postkartezjańskich dziejów myśli europejskiej. To Kartezjusz bowiem, co jest rzeczą powszechnie znaną – „zainaugurował wielki zwrot antropocentryczny w filozofii”. Słynne kartezjańskie zdanie „myślę, więc jestem” – stało się programowym manifestem nowożytnego racjonalizmu: [4]

„Cały racjonalizm ostatnich stuleci, czy to w wydaniu anglosaskim, czy później kantyzm, heglizm oraz filozofia niemiecka XIX i XX wieku razem z Husserlem i Heideggerem – to wszystko jest poniekąd dalszy ciąg i rozwój poglądów kartezjańskich. Autor Méditations philosophiques ze swoim dowodem ontologicznym odsunął nas od filozofii istnienia, a także od tradycyjnych dróg św. Tomasza” [5].

W wizji Boga Kartezjusza mamy bowiem do czynienia nie z „samoistnym istnieniem”, ale z „samoistnym myśleniem”, z „Absolutem, który jest czystym myśleniem”:

„Tylko to ma sens, co odpowiada ludzkiej myśli. Nie tyle ważna jest obiektywna prawdziwość tej myśli, ile sam fakt pojawiania się czegokolwiek w ludzkiej świadomości. Znajdujemy się u progu nowoczesnego immanentyzmu i subiektywizmu. Kartezjusz oznacza zarazem początek wielkiego rozwoju nauk ścisłych, przyrodniczych, a także nauk humanistycznych w ich nowym wydaniu. Oznacza też odwrót od metafizyki, a zwrot w kierunku filozofii poznania. Kant jest największym wyrazicielem tej właśnie orientacji. (…) Mniej więcej sto pięćdziesiąt lat po Kartezjuszu stwierdzamy, jak wyłączono poza nawias to wszystko, co jest istotowo chrześcijańskie w tradycji myśli europejskiej. Protagonistą staje się tutaj epoka oświeceniowa we Francji. Oświecenie to definitywna afirmacja czystego racjonalizmu. Rewolucja Francuska podczas terroru zburzyła ołtarze poświęcone Chrystusowi, powaliła przydrożne krzyże, wprowadziła natomiast kult bogini rozumu. Na gruncie tego kultu deklarowała wolność, równość i braterstwo. W ten sposób duchowe, a w szczególności moralne dziedzictwo chrześcijaństwa zostało wyrwane ze swego podłoża ewangelicznego, do którego trzeba go znów doprowadzić, by odnalazło swą pełną żywotność” [6].

[1] Powyższe stwierdzenia są „summą” wypowiedzi jednego z wybitnych teologów, któremu dane było zapoznać się z książką jeszcze w rękopisie. V. Messori, Zamiast wprowadzenia [w:] Przekroczyć próg nadziei. Jan Paweł II odpowiada na pytania Vittoria Messoriego, Redakcja Wydawnictw KUL, Lublin 1994, s. 17.

[2] Tamże, s. 8 – 12.

[3] Tamże, s. 16.

[4] Bóg, który zbawia [w:] dz. cyt., s. 55.

[5] Tamże, s. 55.

[6] Tamże, s. 55 – 56.

miroslawborutaMirosław Boruta

Na 25. rocznicę śmierci Sługi Bożego, księdza Franciszka Blachnickiego

Polska i Ukraina w myśli politycznej
Chrześcijańskiej Służby Wyzwolenia Narodów

janpaweliiiksblachnickiZnaczącą pozycję wśród polskich organizacji emigracyjnych zdobyła sobie z początkiem lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia Chrześcijańska Służba Wyzwolenia Narodów. Głównym animatorem środowiska, w którym w czerwcu 1982 roku powstała ChSWN był - zmarły 27 lutego 1987 roku w Carlsbergu - ksiądz Franciszek Blachnicki (fot. Z Błogosławionym Janem Pawłem II, za: bielskozywiec.oaza.org.pl).

W organie ruchu, dwumiesięczniku „Prawda-Krzyż-Wyzwolenie”, odnajdujemy najważniejsze cele jego działalności: „już teraz trzeba myśleć poważnie o pojałtańskim ładzie Europy - szczególnie Środkowo-Wschodniej, już teraz trzeba przygotowywać porządek, który nastanie po załamaniu się i rozpadnięciu ostatniego kolonialnego imperium świata - Związku Sowieckiego. Gdyby wcześniej zaczęto przygotowywać porządek, który miał nastąpić w Europie po drugiej wojnie światowej - może nie doszłoby do wprowadzenia tego porządku, który dzisiaj kojarzy się wszystkim za słowem Jałta? Trzeba zdobyć się na ten odważny krok myślowy, wyrażający się już w samym sformułowaniu terminu post-sovieticum” [1].

W tym samym numerze pisma Andrzej Józef Kamiński, omawiając historię polityczną Europy środkowo-wschodniej, konkluduje: „żądanie wolności dla Polski, dla Białorusi, dla Ukrainy, krajów bałtyckich, dla Czechosłowacji, dla Rumunii, dla Węgier - nie jest rozwalaniem pokoju Europy, ale jest dążeniem do umocnienia pokoju, który jest zagrożony nieobliczalnymi skutkami tego, co się w Europie pod sowieckim panowaniem dzieje” [2].

Tam też opublikowany został referat Jerzego Iranka-Osmeckiego, wygłoszony na sympozjum „Jedność narodów w walce o wyzwolenie”, które miało miejsce w Carlsbergu, 11 listopada 1982 roku. W swym tekście za najważniejszy podmiot przyszłego rozwoju sytuacji uznał on Ukrainę, twierdząc, iż „z chwilą zachwiania władzy radzieckiej na Ukrainie, prawie wszystko staje się możliwe. Staje się możliwa przebudowa całego wschodu Europy i obalenie raz na zawsze zagrożenia imperializmem kierowanym z Moskwy. Zasadnicze jest to, że Ukraina jest kluczowym i bardzo znacznym składnikiem potęgi ZSRR” [3], pisząc zaś możliwościach współpracy polsko-ukraińskiej zauważył: „Jeśliby doszło do ponownych antagonizmów polsko-ukraińskich, cała koncepcja rozpada się w gruzy. Polska musi przyjąć obecny stan rzeczy na Wschodzie. Zresztą nie ma właściwie o czym mówić. Kto i jak sobie wyobraża realizację jakichś polskich roszczeń do Lwowa? Kogo słabe PRL ma wpierw pobić, żeby móc sobie pozwolić na rewindykację wobec Zachodniej Ukrainy? Cała ta sprawa rewindykacyjna wisi w powietrzu i nie jest niczym innym jak mrzonką bardzo starych ludzi, którzy teraźniejszości nigdy nie mogli zrozumieć. Zakładamy więc, że terytorialnych sporów polsko-ukraińskich nie ma. Pierwiastków słabości społeczeństwo ukraińskie, jak za Petlury, już nie ma. Ma pełnowartościowy profil społeczny i ma inteligencję stanowiącą albo aktualną, świadomą narodowo warstwę kierowniczą, albo potencjalną. Dawne spory klasowe czy społeczne z polskim ziemiaństwem to zamierzchłe wspomnienia. Gospodarczo natomiast, Ukraina jest silniejsza od Polski... Wspólny interes Polski i Ukrainy, wyzwolenia się spod dominacji sowiecko-rosyjskiej bez najmniejszej wątpliwości istnieje. Istnieje też wspólny interes stworzenia politycznego organizmu, który by mógł oprzeć się Rosji, która nawet po oderwaniu Ukrainy i ewentualnie państw Bałtyckich i Białorusi, nadal będzie potężnym mocarstwem i nadal może zagrażać. Z chwilą takiego osłabienia Moskwy, że dochodzi do usamodzielnienia się Ukrainy, czy możemy przypuszczać, że Wschodnie Niemcy utrzymają nieskazitelną postawę ultra-komunistyczną? Najprawdopodobniej komunizm tam upadnie i trudno będzie zapobiec połączeniu się RFN i NRD... Równowaga sił na Zachodzie Europy ulegnie zmianie. Zjednoczone Niemcy, gospodarczo prężne, nie w smak będą Francji i Wielkiej Brytanii. To będzie nieuchronny skutek powodzenia realizacji suwerenności narodów Europy Wschodniej według recepty polsko-ukraińskiej. Tym bardziej więc postulowany nowy układ sił musi nosić w sobie zalążki siły, musi wzbudzać zaufanie jako czynnik stałości i stabilizacji. Oś Warszawa-Kijów, ścisła współpraca 36 milionów Polaków z 50 milionową Ukrainą może to wszystko zrealizować. Ujmując to wszystko inaczej, można powiedzieć, że jest pewien geopolityczny próg, który należy koncepcyjnie przekroczyć, zanim propozycje przebudowy Wschodu Europy nabiorą cech realizmu” [4].

Oprócz wydawania periodyku, Chrześcijańska Służba Wyzwolenia Narodów zorganizowała również spotkanie grupy roboczej polsko-ukraińskiej, które odbyło się 5 i 6 marca 1983 roku w Carlsbergu. Uczestnicy spotkania przyjęli następujące zasady współpracy: „1. Sprawiedliwe i trwałe rozwiązanie problemów Europy Środkowo-Wschodniej wymaga ścisłej współpracy Polski i Ukrainy. Polska i Ukraina powinny stać się fundamentem nowego układu sił i nowej, trwałej równowagi europejskiej. 2. Wspólny interes Ukrainy i Polski niewspółmiernie przewyższa kwestie sporne. 3. Wszelkie kwestie sporne będą rozstrzygane w drodze pokojowych negocjacji przez suwerenne rządy obu krajów, wyłonione przez ich parlamenty, pochodzące z wolnych wyborów” [5].

marszwyzwolenianarodowKolejną inicjatywą ChSWN były Marsze Wyzwolenia Narodów (fot. oaza.de). W związku z pierwszym z nich, który odbył się w dniach 26-28 sierpnia 1983 roku, wydano manifest stwierdzający m. in.: „Zmiany polityczne w Europie Środkowo-Wschodniej, związane z tzw. rozbiorami Polski pod koniec XVIII w. pozbawiły niepodległości nie tylko naród polski lecz, razem z nim, narody: litewski, białoruski, ukraiński oraz część narodu łotewskiego zamieszkującą Kurlandię. W wyniku I wojny światowej niepodległość odzyskały i do II wojny światowej niepodległy byt utrzymały: Estonia, Łotwa, Litwa i Polska oraz Czechy, Słowacja i Węgry. II wojna światowa i zaprowadzenie politycznego porządku rzeczy ustalonego w Jałcie, odebrały niepodległość wszystkim tym narodom. Estonia, Łotwa, Litwa zostały wcielone do ZSRR, podczas gdy Polska, Czechosłowacja i Węgry stały się państwami satelickimi, wraz z Bułgarią, Rumunią i Niemiecką Republiką Demokratyczną. Zachodnia część Białorusi i Ukrainy zostały również wcielone do ZSRR. Wszystkie te narody uciemiężone są przez jedno i to samo zaborcze mocarstwo i przez jeden i ten sam nieludzki system. W ten sposób narody Europy Środkowo-Wschodniej zostały historycznie i geopolitycznie naznaczone wspólnotą losu, która sprawia, że nie mogą one w oderwaniu od siebie rozwiązywać swoich podstawowych, egzystencjalnych problemów. Odzyskanie niepodległości przez te narody wymaga zespolenia ich wysiłków, ponieważ żaden z nich sam nie dysponuje wystarczającą siłą, aby obecny porządek obalić i przywrócić sprawiedliwość. Szczególnie zespolenie Polski i Ukrainy może jedynie zapewnić geopolityczne uwarunkowania suwerenności narodów Europy Środkowo-Wschodniej” [6].

---

[1] Postsovieticum (w:) Prawda-Krzyż-Wyzwolenie 1983, nr 1, s. 38.

[2] Zob. A. J. Kamiński, Od Kongresu Wiedeńskiego do Jałty (w:) tamże, s. 45.

[3] J. Iranek-Osmecki, Geopolityczne warunki dla realizacji suwerenności narodów Europy Wschodniej (w:) tamże, s. 48.

[4] Tamże, s. 51. O dużym, krajowym rezonansie tej wypowiedzi, świadczy chociażby jej przedruk w Nowej Koalicji 1985, nr 1, s. 73-80.

[5] Por. Spotkanie grupy roboczej polsko-ukraińskiej (w:) Prawda-Krzyż-Wyzwolenie, op. cit., s. 108.

[6] Por. Manifest Wyzwolenia Narodów Europy Środkowo-Wschodniej. SchloB Hambach - 14 XI 1982 (w:) tamże, s. 171-172; zob. też: J. P. Proszowski, Chrześcijańska Służba Wyzwolenia Narodów (w:) Nowy Dziennik (Nowy Jork), 16 IX 1988, s. 4 oraz obszerny, propagandowy druk: K. Brodzki, J. Wojna, Oazy. Ruch Światło Życie, Warszawa 1988, s. 163-208.

* Powyższy tekst to uaktualniony fragment mojej książki Wolni z wolnymi, równi z równymi. Polska i Polacy o niepodległości wschodnich sąsiadów Rzeczypospolitej, „Arcana”, Kraków 2002.

Anna Maria Kowalska

Lektura refleksji o dojrzewaniu powołania kapłańskiego Wojtyły, widzianego przez pryzmat doświadczeń drugiej wojny światowej i okupacji wskazuje na fakt, że także jako Jan Paweł II dogłębnie zastanawiał się nad sensem dotykających Go zdarzeń. Sam moment nabrania przeświadczenia o powołaniu nazywał rodzajem „olśnienia”, które w ostatecznym rozrachunku przyniosło głęboki spokój wewnętrzny [1]:

„Czas ostatecznego dojrzewania mojego powołania kapłańskiego (…) łączy się z okresem drugiej wojny światowej, z okresem okupacji nazistowskiej. Czy można to uważać za zwykły zbieg okoliczności? Czy też istnieje jakiś głębszy związek pomiędzy tym, co dojrzewało we mnie, a wydarzeniami historycznymi? Na tak postawione pytanie trudno odpowiedzieć. W planach Bożych nic nie jest przypadkowe. Myślę, że skoro Bóg mnie powoływał, to we właściwym momencie powołanie to musiało się objawić. A że tym momentem okazała się druga wojna światowa, to nadaje to całemu temu procesowi szczególnego zabarwienia. Powołanie, które dojrzewa w takich okolicznościach, nabiera nowej wartości i znaczenia. Wobec szerzącego się zła i okropności wojny sens kapłaństwa i jego misja w świecie stawały się dla mnie nadzwyczaj przejrzyste i czytelne” [2].

Jednym z pytań, które w tym okresie sobie stawiał, było pytanie o sens przetrwania wojennego koszmaru:

„(…) W tym wielkim i straszliwym theatrum drugiej wojny światowej wiele zostało mi oszczędzone. Przecież każdego dnia mogłem zostać wzięty z ulicy, z kamieniołomu czy z fabryki i wywieziony do obozu. Nieraz nawet zapytywałem samego siebie: tylu moich rówieśników ginęło, a dlaczego nie ja? Dziś wiem, że nie był to przypadek. W kontekście tego wielkiego zła, jakim była wojna, w moim życiu osobistym jakoś wszystko działało w kierunku dobra, jakim było powołanie. Wszystko poniekąd dopomagało ku dobremu. Nie mogę zapomnieć dobra, doznanego w tamtym trudnym okresie od ludzi, których Bóg postawił na mojej drodze: zarówno z mojej rodziny, jak też wśród moich znajomych i kolegów. (…)” [3]

Przypominając ofiary obozów koncentracyjnych, tej wojennej „dramatycznej apokalipsy naszego stulecia” (mowa o wieku XX), Jan Paweł II podsumuje:

„(…) Moje kapłaństwo właśnie na tym pierwszym etapie wpisywało się w jakąś olbrzymią ofiarę ludzi mojego pokolenia, mężczyzn i kobiet. Mnie te najcięższe doświadczenia zostały przez Opatrzność oszczędzone, ale dlatego mam tym większe poczucie długu w stosunku do tylu znanych mi ludzi, a także jeszcze liczniejszych, owych bezimiennych, bez różnicy narodowości i języka, którzy swoją ofiarą na wielkim ołtarzy dziejów przyczynili się w jakiś sposób do mojego powołania kapłańskiego. W pewnym sensie wprowadzili mnie oni na tę drogę, w świetle ofiary ukazali mi prawdę – najgłębszą i najistotniejszą prawdę kapłaństwa Chrystusowego. [4]

[1] Jan Paweł II, Dar i Tajemnica. W pięćdziesiątą rocznicę moich święceń kapłańskich, Wydawnictwo Św. Stanisława BM, Kraków 1996, s. 35.

[2] Tamże, s. 34.

[3] Tamże, s. 36.

[4] Tamże, s. 38 – 39.

Anna Maria Kowalska

Na ogół mówiąc i pisząc o papieskiej spuściźnie nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak obszerny materiał do studiów zawiera. W niedawno opublikowanej książce: „Dlatego święty”, autorstwa ks. Sławomira Odera (postulatora procesu beatyfikacyjnego) i Saveria Gaety (m. in. naczelnego redaktora pisma „Famiglia Christiana”) znajdujemy szacunkową ocenę jej wielkości. Tzw. „twórczość nauczycielska”, ściśle związana z pełnieniem Piotrowej posługi liczy „dziesiątki tomów”, co odpowiada „dwudziestu pełnym Bibliom”. Do tego dodać należy teksty filozoficzne, homiletyczne i literackie, pisane w okresie młodzieńczym, kapłańskim, biskupim i kardynalskim. Podczas prowadzonego procesu beatyfikacyjnego całość dorobku papieskiego podlegała badaniom kanonicznym, prowadzonym przez teologów – ekspertów. Próbowano zsyntetyzować ów dorobek, aby wskazać na najważniejsze nurty zainteresowań Jana Pawła II. Badania ukazały w pełni  „integralność” tej postaci, tzn. związek myśli, słów i czynów z życiem Papieża – Polaka. Ujawniły także „profil duchowy” tej Postaci, do którego to profilu w ramach cyklu niejeden raz będziemy się odwoływać [1]

Jan Paweł II pragnął, byśmy stawali się coraz bardziej święci. W tym duchu jednak, myśląc o powszechnym powołaniu do świętości – rozpoczynał przede wszystkim od siebie. Odwołując się do swych „najgłębszych przeżyć i doświadczeń”, w „Darze i Tajemnicy”, książce opublikowanej z okazji 50. rocznicy święceń kapłańskich, w rozdziale IX: „Być kapłanem dzisiaj”, Papież pisze:

„(…) Kapłan obcujący nieustannie z (…) świętością Boga wezwany jest, aby stać się świętym. Również jego posługa skłania go do wyboru życia inspirowanego ewangelicznym radykalizmem. Tym tłumaczy się konieczność ducha rad ewangelicznych w jego życiu: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. W tej perspektywie rozumie się także szczególne racje życia w celibacie. Wynika stąd przede wszystkim wielka potrzeba modlitwy w życiu kapłana. Modlitwa płynie ze świętości Boga i zarazem jest odpowiedzią na tę świętość. Napisałem kiedyś: „Modlitwa tworzy kapłana i kapłan tworzy się poprzez modlitwę”. Tak, kapłan powinien być przede wszystkim człowiekiem modlitwy, przekonanym, że czas przeznaczony na bliski kontakt z Bogiem jest czasem najlepiej wykorzystanym, ponieważ wspomaga nie tylko jego samego, ale i pracę apostolską.

Jeżeli Sobór Watykański II mówi o powszechnym powołaniu do świętości, to w przypadku kapłana trzeba mówić o jakimś szczególnym powołaniu do świętości. Chrystus potrzebuje kapłanów świętych! Świat dzisiejszy woła o kapłanów świętych! Tylko kapłan święty może stać się w dzisiejszym, coraz bardziej zsekularyzowanym świecie przejrzystym świadkiem Chrystusa i Jego Ewangelii. Tylko w ten sposób kapłan może stawać się dla ludzi przewodnikiem i nauczycielem na drodze do świętości, a ludzie – zwłaszcza ludzie młodzi – na takiego przewodnika czekają. Kapłan może być przewodnikiem i nauczycielem o tyle, o ile stanie się autentycznym świadkiem!” [2]

[1] Ks. S. Oder, S. Gaeta, Dlatego święty. Prawdziwy Jan Paweł II o którym opowiada postulator procesu beatyfikacyjnego, przeł. K. Trzeszczkowska, Wydawnictwo Św. Stanisława BM, Kraków 2010, s. 166.

[2] Jan Paweł II, Dar i Tajemnica. W pięćdziesiątą rocznicę moich święceń kapłańskich, Wydawnictwo Św. Stanisława BM, Kraków 1996, s. 85 – 86.

Anna Maria Kowalska

Zapowiedź cyklu: „Jan Paweł II nieznany”.

W związku z częstymi deformacjami i nieporozumieniami, dotyczącymi recepcji słów Papieża – Polaka chcemy zaproponować Państwu w Wielkim Poście nowy cykl o nazwie: „Jan Paweł II nieznany”. Zadaniem cyklu, którego premierę przewidujemy 5 marca 2012 roku będzie przedstawianie i przypominanie cytatów z wypowiedzi papieskich, które dotąd nie miały okazji szerzej zaistnieć w mediach. Pragniemy na nowo odnieść się do przesłań, które miały dla Ojca Świętego olbrzymie znaczenie: tak w perspektywie narodowej, jak i społecznej i etyczno – moralnej.

Każde z cytowań opatrzone będzie przypisem z podaniem źródła, z którego pochodzi. Liczymy na to, że taka forma uprzystępnienia myśli Jana Pawła przyczyni się także do znaczących refleksji, które pozwolą na nowo odbudować kulturę duchową Narodu.