Przeskocz do treści

Zaniechania w gospodarce i szanse przyspieszenia

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Czas na odważniejsze przeciwstawianie się naciskom gospodarczym UE

Pisałem już wcześniej na tym blogu, że nasilenie nacisków politycznych UE na Polskę w związku z rzekomym zagrożeniem demokracji wynika, podobnie jak wcześniej w przypadku nagonki na Węgry, z chęci odwrócenia uwagi od prawdziwych przyczyn niezadowolenia unijnych luminarzy. Chodzi zaś po prostu o rosnącą irytację głównych państw UE z powodu zapowiedzi dużo bardziej stanowczego oporu Polski wobec eksploatowania przez zagraniczne koncerny i banki, groźby wprowadzenia podatku bankowego, obciążenia podatkiem supermarketów.

Po latach bezmyślnego kundlizmu rządów Platformy wobec UE, w Polsce zaczyna się mówić jasno – mamy dość oszukiwania i eksploatowania naszego kraju z zewnątrz. Pojawiają się wreszcie prawdziwie stanowcze artykuły, stawiające dosłownie „kawę na ławę”. Takim tekstem jest świetny artykuł wpływowego publicysty, pierwszego zastępcy naczelnego redaktora tygodnika "Do Rzeczy” Piotra Gabryela: „Anty-Unia Europejska” („Do Rzeczy” z 4 kwietnia 2016). Gabryel pisze wręcz, bez ogródek: „Krótko mówiąc: coraz częściej zyski z istnienia UE są przechwytywane przez najbogatsze państwa UE, natomiast koszty funkcjonowania UE coraz brutalniej dzielone między wszystkich członków Unii. Coraz więcej coraz mniej korzystnych rozwiązań jest w UE biedniejszym państwom po prostu narzucanych (podkr - JRN): kwoty imigrantów, których muszą przyjąć; niższe środki dla obywateli tych państw (i ich dzieci) pracujących w krajach bogatszych, koszty sprostania przez firmy transportowe z państw biedniejszych takim samym standardom płacowym, jakie obowiązują w krajach, przez które przejeżdżają ich kierowcy (…) krok za krokiem UE przeistacza się w Anty-Unię Europejską”.

Piotr Gabryel akcentuje: „Pogłębiający się kryzys sprawia, że dyktując politykę UE kanclerz Niemiec, premier Francji i naczelni biurokraci UE przestali dbać choćby o pozory kolegialności i z coraz większą bezceremonialnością podejmują kluczowe dla UE decyzje nawet bez konsultowania ich z innymi krajami Unii. Coraz jawniej też kpią z interesu mniej liczących się państw UE – dość wspomnieć o wymierzonych w bezpieczeństwo krajów Europy Środkowej, w tym Polski, gazociągach Nord Stream 1 i 2, budowanych – bez skrupułów, ręka w rękę z Rosją – przez Niemców i ich akolitów w UE (…) Czy w obliczu tych smutnych zdarzeń wciąż jest myślozbrodnią postawienie pytania o granicę opłacalności przynależności Polski do tej zastępującej UE, Anty-Unii Europejskiej?" (podkr. - JRN).

Zacytowałem tak szeroko artykuł Piotra Gabryela, bo tak wpływowy pierwszy zastępca redaktora naczelnego „Do Rzeczy” po raz pierwszy mówi tak mocno o rzeczach nie nowych, ale dotąd akcentowanych głównie w czasopismach etykietkowanych jako skrajne: „Najwyższym Czasie”, „Warszawskiej Gazecie”, „Naszej Polsce” i „Myśli Polskiej”. Red. Gabryel alarmuje z powodu faktycznie występującego groźnego dyktatu czołowych państw UE. Szkoda jednak, że tej sprawy nie podejmują równie stanowczo czołowi politycy z PiS-u. Jako badacz tematyki węgierskiej na każdym niemal kroku spotykam się w naddunajskich opracowaniach naukowych i w publicystyce oraz w wypowiedziach czołowych polityków z premierem V. Orbánem na czele z bardzo ostrą krytyką dyktatu gospodarczego Unii Europejskiej wobec średnich i mniejszych krajów Europy. Węgierscy autorzy bezlitośnie obnażają działania unijnych prominentów w interesie gospodarek kilku wielkich krajów Europy na czele z Niemcami. Niemal zupełnie nie widzę tego w Polsce, jakbyśmy byli całkowicie innym krajem. Na tym tle wspomniana już przeze mnie w pierwszym odcinku tego cyklu bardzo krytyczna wobec UE książka Tomasza Cukiernika: „Dziesięć lat w Unii. Bilans członkostwa” była prawdziwym wyjątkiem i rarytasem. Nie rozumiem, dlaczego zostaliśmy w sprawie stosunków z UE aż tak mocno ubezwłasnowolnieni duchowo w ostatnich kilkunastu latach. Podobnie jak nie rozumiem bardzo panegirycznego stosunku jakże wielu Polaków, pod wpływem łże-mediów w stylu TVN-u czy „Gazety Wyborczej” idealizujących rzekomą wielką pomoc UE dla nas.

Niestety mimo częstych zapowiedzi „podnoszenia Polaków z kolan” w wypowiedziach prominentnych polityków PiS-u jakoś nie widzę wyraźnego odejścia od oficjalnego panegirycznego obrazu naszych stosunków z UE. A szkoda. Z jednej strony tracimy bardzo wiele finansowo na nadmiernym otwarciu wobec różnych zachodnich koncernów i banków, które od lat bezkarnie eksploatują Polskę. 25 czerwca 2015 r. ekspert prawa podatkowego, prof. nadzw. Dominik Gajewski przypomniał w "SuperExpressie”, że według NIK-u tylko w 2014 r. 90 mld zł zostało wyprowadzonych z Polski przez firmy z udziałem kapitału zagranicznego. Tylko w ciągu jednego roku odnotowano więc 80 mld straty Polski wobec pazernych firm z zagranicy. Dlaczego nie mówi się dużo więcej o odpowiedzialności PO za tolerowanie takich strat? Kolejne pytanie – dlaczego rząd PO wycofał się w szkodliwy dla Polski sposób z tzw klauzuli generalnej przeciwko unikaniu opodatkowania, która obowiązuje w większości państw UE. I kolejne pytanie – niewiele słyszymy o tym, co rząd PiS-u robi dla zapobieżenia dalszego rabowania Polski przez firmy zagraniczne? Warto tu zacytować jakże wymowna opinię lewicowego profesora Kazimierza Kika, dyrektora Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach (wg „Angory” z 3 stycznia 2016): „Wbrew obowiązującej przez ostatnie lata propagandzie gospodarczej rządy Platformy były dla Polski szkodliwe. Najlepszym tego dowodem jest raport Globar Financial Integrity, z którego wynika, że w latach 2002-2012 z Polski wytransferowano 83 miliardy dolarów, co stawia nas na 17 miejscu najbardziej wyzyskiwanych krajów świata przez obcy kapitał. Jarosław Kaczyński ma w swoich rękach ogromną ilość amunicji i nie zawaha się jej użyć” (podkr. - JRN). I tu postawię kolejne pytanie, dlaczego PiS nie stara się poprzez media publiczne i poprzez swych parlamentarzystów nagłośnić tej ogromnej amunicji - jak mu podpowiada lewicowy profesor, a zrazem nagłośnić, co robi przeciwko dalszemu rabowaniu Polski?.

Traktowanie zaleceń UE jako wyroczni w Polsce

Z drugiej strony wciąż cierpimy pod brzemieniem różnych niekorzystnych przepisów, narzuconych nam przez Unię Europejską. Jak mówił Roman Kluska w wywiadzie udzielonym Wojciechowi Wybranowskiemu w „Do Rzeczy” z 29 marca 2016 r.: „Bezkrytycznie przyjmujemy wszystkie regulacje, które narzuca nam Unia Europejska. I to często przyjmujemy je w najgorszym wariancie. Jeśli Unia proponuje regulacje tzw. miękkie, pozostawiając możliwość wprowadzenia łagodniejszych rozwiązań dla małych i średnich firm, to my oczywiście najczęściej przyjmujemy rozwiązania najbardziej radykalne i to jednakowe dla wszystkich”. Jak z tego widać nawet to, co jest przesyłane do nas w formie tylko zalecanej czołowi urzędnicy polscy traktują jako wyrocznię. A tymczasem urzędnicy unijni wciąż naciskają na Polskę, przeciwstawiając się każdej próbie obrony naszych interesów gospodarczych. W „Rzeczpospolitej” z 24 marca 2016 pisano w tekście pt.: „UE blokuje w Polsce podatek obrotowy” m.in.: „Komisji Europejskiej nie podoba się pomysł obłożenia sprzedaży dodatkowym podatkiem - obrotowym. Jak się dowiadujemy, brukselscy urzędnicy naciskają na Warszawę, ślą pismo za pismem, blokując pracę nad projektem (…) W ocenie komisji ograniczy to konkurencje i oznaczać będzie stosowanie pomocy publicznej”. Nieważne, że obecna sytuacja prowadzi do upadania polskich małych i średnich firm w nierównej konkurencji z wielkimi firmami zachodnimi. Nieważne, że UE patrzyła przez palce na stosowanie pomocy publicznej we Francji i w Niemczech (choćby przy wspieraniu niemieckich stoczni), a była nieubłagana wobec pomocy dla polskich stoczni. Zbyt długo byliśmy pokorni wobec nacisków UE, a jak się wydaje przeciwstawianie się tym naciskom nie jest też mocną stroną prominentów gospodarczych z obecnej władzy.

Brak działań dla ograniczenia biurokracji

Najważniejszą chyba sprawą w sferze gospodarki jest brak wyraźnych postępów w ograniczeniu biurokracji tak dławiącej naszą przedsiębiorczość. Sam prezydent Andrzej Duda już w maju 2015 r . w debacie telewizyjnej mówił o potrzebie wzorowania się na węgierskiej polityce gospodarczej. Przypomnijmy, że w centrum tej polityki było obniżenie podatków dla przedsiębiorców do 10 proc. i bardzo znaczące ograniczenie biurokracji, Dlaczego u nas wciąż nie słyszymy o działaniach dla ograniczenia nadmiernych podatków, niszczących przedsiębiorczość i maksymalnym zmniejszeniu tak potężnej biurokracji, zalewu gospodarki morzem przepisów? Świetny ekonomista Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha, mówił w mini-wywiadzie dla „Angory” z 3 stycznia 2016 r.: „Nasza gospodarka ma bardzo duży potencjał. Wiele firm pracuje na jedną zmianę, choć mogłoby na trzy. Jeżeli rząd zlikwiduje kilkanaście tysięcy najbardziej szkodliwych przepisów, które krępują rozwój przedsiębiorczości, to na koniec 2016 r. i gospodarka i PiS odniosą spektakularny sukces” (podkr. - JRN).

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego obecny rząd nie sięgnął do pakietu antybiurokratycznego przygotowanego przez tak słynną ofiarę biurokracji jak Roman Kluska. Pakiet ten Kluska przygotował w 2007 r. na zamówienie poprzedniego rządu PiS-u. Niestety ówczesna wicepremier, skrajna liberałka Zyta Gilowska w interesie finansowego lobby biurokratycznego tak długo obcinała pakiet Kluski, aż zmienił się on w niepozorny pakiecik. Niedawno - 29 lutego 2016 r. R. Kluska w wywiadzie dla "Do Rzeczy”, udzielonym W. Wybranowskiemu stwierdził, że faktycznie nic się nie zmieniło za obecnych rządów po względem stopnia zbiurokratyzowania. Co więcej - jak dodał Kluska - już za tego rządu doszła nękająca przedsiębiorców fatalna ustawa lodówkowa. Według Kluski: „Każda firma, która posiada lodówkę, a są w niej 3 kg lub więcej środka chłodzącego, musi ją zgłosić do centralnego rejestru, pod groźbą wysokich kar za niewykonanie tego obowiązku. Po co zgłaszać? Bo - jak się okazuje - może przeprowadzić jej serwisowanie tylko poprzez ludzi, których urzędowo autoryzowano w tym centralnym urzędzie. Proszę pomyśleć, ile lodówek, urządzeń chłodniczych, klimatyzacyjnych funkcjonuje w całej gospodarce? I jaki to koszt funkcjonowania, konieczność prowadzenia sprawozdawczości? (…) Podobnych patologii jest całe mnóstwo. Jest na przykład ustawa nakazująca rejestrować przedsiębiorstwom wszystkie opakowania, które zużyły w ciągu roku”. Przypomnijmy, że z tą ostrą krytyką siły tendencji biurokratycznych za nowego rządu PiS-u wychodzi Roman Kluska, członek Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie A. Dudzie. A może należało właśnie Klusce powierzyć specjalnie dla niego utworzony resort dla walki z biurokracją, resort z bardzo dużymi kompetencjami i z wysokimi karami dla biurokratów z innych resortów?!

Niewiele uczymy się z rozwiązań węgierskich

Sporo mówiono i pisano u nas z uznaniem o korzystaniu z wzorów węgierskiej polityki gospodarczej, ale jakoś mało wykorzystuje się je faktycznie w praktyce. Nie przyjrzano się im dokładnie przy przygotowywaniu ustawy o bankach czy ustawy o opodatkowaniu supermarketów. Nie zauważono np., że Węgrzy zaznawszy podobnej praktyki jak w dzisiejszej Polsce, gdy banki eksponują swoje rzekome straty, uchwalili osobną ustawę o kontroli działań banków przez Narodowy Bank Węgierski. Na jej zasadzie ukarano wysokimi grzywnami około 60 banków, głównie zagranicznych, za nieuczciwe tricki wobec klientów. Uchwalono również inną ustawę o fair bankach, jasno wytyczającą zasady praktyki działań, których bankom nie wolno łamać. W sprawie supermarketów zupełnie nie skorzystano z bardzo ważnego węgierskiego uregulowania przewidującego, że markety, które wykażą straty za ostatnie dwa lata działań, muszą przerwać swa działalność i wynosić się z Węgier. U nas ogromna część marketów od lat wykazuje rzekome straty, by nie płacić żadnych podatków. Dlaczego nie wprowadzono na wzór węgierski paru ważnych podatków, które od razu przyniosłyby zyski budżetowi państwa kosztem eksploatujących nas zagraniczniaków? Dlaczego np. nie wprowadzono podatku od reklam, który uderzyłby przede wszystkim w media z zagranicznymi właścicielami w stylu TVN czy „Newsweek”-a? Dlaczego polskie państwo nie przejęło – na wzór węgierski – całkowitej kontroli nad grami hazardowymi? Dlaczego nie wprowadzono - wzorem Węgier - ustawy medialnej karzącej bardzo wysokimi grzywnami polityków, dziennikarzy etc. za jawne oszczerstwa. Pierwszym „beneficjentem” tej ustawy byłaby łże-profesor Magdalena Środa, która niedawno straszyła na Facebooku, że spodziewa się rychłego wprowadzenia stanu wojennego, a „listy proskrypcyjne są już zapewne gotowe”. Solidna grzywna należy się znanemu z oszczerstw redaktorowi "Gazety Wyborczej” Piotrowi Stasińskiemu, który ostatnio naopowiadał hiszpańskiemu „El Pais”, że „faszystowski rząd Kaczyńskiego wspiera 200 tysięcy umundurowanych i uzbrojonych bojówkarzy” (wg wywiadu R. A. Ziemkiewicza dla A. Czupryn: Nikt nie wytłumaczył ludziom, co PiS robi i o co mu chodzi, „Polska the Times" 29 stycznia 2016). Dlaczego w telewizji publicznej nie przygotowano dotąd jednej lub kilku audycji z czołowymi postaciami węgierskiego życia gospodarczego o rewolucyjnych przemianach na Węgrzech i ich przeciwnikach? Dlaczego nie pokazano w telewizji publicznej szerszego programu o tym jak bezskutecznie, ale z rozmachem Unia Europejska próbowała powalić na kolana nieposłuszne Węgry? Dlaczego nie zrobiono takich programów z udziałem polskich znawców Węgier, a mamy przynajmniej kilku bardzo dobrych obserwatorów tego, co się dzieje w kraju V. Orbána?

„Fuchy” w spółkach

Kto rozdaje dobre „fuchy” w różnych spółach państwowych? W „Najwyższym Czasie z 30 stycznia 2016 znalazłem na ten temat szokujący tekst Jana Pińskiego. Autor pisał m.in.: Hofman zajmuje się wraz ze swoim dobrym kolega, ministrem skarbu Dawidem Jackiewiczem, rekrutowaniem ludzi na stanowiska w spółkach skarbu państwa”. Jeśli jest to prawdą, to wprost szokuje fakt, że tak interesowny jegomość jak Hofman rekrutuje ludzi na stanowiska w spółkach. obsadzanych dzięki PiS-owi. Czy rzeczywiście akurat Hofman powinien być głównym rozgrywającym przy obsadzie spółek? To wręcz skandal! Rola Hofmana przy typowaniu szefów spółek jest oczywiście z tym większą lubością eksponowana w różnych niechętnych PiS-owi mediach (akurat dzień temu oglądałem cały dłuższy program telewizyjny poświęcony nowej biznesowej karierze Hofmana). Czy jest sens tak się podkładać? 9 lutego 2016 r. ogłoszono, że szefem Polskiego Holdingu Obronnego został Mariusz Antoni Kamiński. Jak wiadomo jest to kumpel Hofmana i Jackiewicza, jeden z „bohaterów” afery madryckiej, wyrzucony za to z PiS-u. W dzień potem 10 lutego ogłoszono, że ten były poseł został zdjęty z nowego, tak znaczącego stanowiska, podobno po interwencji samego prezesa PiS-u. Nasuwa się jednak pytanie, kto stał za tak nieszczęsną i kompromitującą nominacją, która natychmiast została wykorzystana przez PO przeciw PiS-owi. Dlaczego nie ujawniono nazwiska osoby, która poparła Kamińskiego na to stanowisko i nie podjęto wobec niej odpowiednich kroków?

Niektóre tak potrzebne zmiany personalne w spółkach i na czele wielkich zakładów bardzo się przeciągają Np. 31 stycznia 2016 r. alarmowałem na tym blogu, że na czele KGHM wciąż stoi z nadania Platformy niejaki Herbert Wirth, odpowiedzialny za nader poważne straty KGHM. Jego na szczęście kilka dni później odwołano, ale podobnych niegospodarnych ludzi PO, wciąż utrzymywanych na stanowiskach jest naprawdę za wielu. Często nowe zmiany budzą istotne wątpliwości. W czasie rozmów z PiS-owcami z piotrkowskiego słyszałem np. wiele krytyk o nieciekawym „desancie z Wrocławia”, który obsadził zarząd rentownej elektrowni w Bełchatowie. W Oświadczeniu Stowarzyszenia RKW w sprawie „Dobrej zmiany” z 24 marca 2016 r. pisano: „Nie wymieniono rad nadzorczych w spółkach węglowych i nadal nie wiemy, kto jest odpowiedzialny za sytuację w kopalniach węgla kamiennego. Nie podjęto działań wiarygodnych i na odpowiednią skalę angażujących odpowiednie ministerstwa, by wyjaśnić sprawy związane z nietykalną mafią węglową”. Sam minister D. Jackiewicz, odpowiadając na zarzuty w sprawie nominacji na kierownicze stanowiska w spółkach, powiedział m.in. „Dziś państwo zarzucacie ministrowi fakt, że dobiera ludzi, do których ma zaufanie (…) jednym z głównych aspektów musi być zaufanie” (cyt. za: Koniec prywatnego folwarku w spółkach. Audyt ministra Jackiewicza, „ABC” z 4 kwietnia 2016). Pytanie tylko, czy minister Jackiewicz zawsze obdarza zaufaniem „odpowiednich” ludzi. Maciej Marosz w tekście "Postkomunista w Polskim Radiu" („Gazeta Polska Codziennie” z 4 kwietnia 2016) pisał o prawdziwej burzy, jaką wywołała na Górnym Śląsku decyzja ministra Jackiewicza w sprawie nominacji wojującego z Kościołem postkomunisty Piotra Ornowskiego na prezesa Radia Katowice. Według Marosza: „Sprawa nominacji osoby wojującej z Kościołem poruszyła m.in. hierarchów kościelnych na Śląsku. Oburzony awansem Ornowskiego jest m.in. abp. Wiktor Skworc. Również grupa posłów PiS-u województwa śląskiego odcięła się od decyzji powołania Ornowskiego na szefa katowickiej rozgłośni”.

Patrząc krytycznie na zachowania niektórych ministrów z resortów gospodarczych (choćby ministra skarbu D. Jackiewicza) tym bardziej ubolewam, że nie pomyślano o postawieniu na czele któregoś z ministerstw gospodarczych lub przynajmniej znaczących instytucji tak dobrych specjalistów jak pogromca banksterów, główny ekonomista SKOK-ów, obecnie poseł Janusz Szewczak, czy odsunięty w 2007 z powodu konfliktu ze skrajną liberałką wicepremier Zytą Gilowską Cezary Mech, twórca programu gospodarczego PiS-u w 2005 r., a później wiceminister finansów.

Inne postulaty w sprawach gospodarczych

Rząd PiS-u, jeśli chce być prawdziwie narodowym rządem, musi jak najszybciej ogłosić, że odrzuca jako bezpodstawne wszystkie roszczenia materialne Żydów, głównie z USA i z Izraela, oceniane przez piętnującego je tak przychylnego Polsce prof. Normana Finkelsteina na 65 mld dolarów. Sprawa jest tym pilniejsza, iż niestety nie można wykluczyć zwycięstwa wyborczego USA Hillary Clinton, spośród amerykańskich polityków najmocniej zaangażowanej w poparcie roszczeń żydowskich wobec Polski. Objęcie przez nią prezydentury USA znacznie pogorszyłoby sytuację Polski w sferze zagrożenia żydowskimi roszczeniami. Niezbędne jest jak najszybsze ogłoszenie dokładnego stanu zadłużenia Polski za granicą i dokładne podanie w czyich rękach są polskie długi (m.in. skala zadłużenia Polski wobec Niemiec). Przypomnę tu, że z Niemiec padały żądania odprzedania im wysp przez zadłużoną Grecję. Jak na razie skończyło się na przejęciu wielu greckich lotnisk przez Niemcy. Ciekawe, z jakimi żądaniami wystąpią pod adresem Polski Niemcy, jeśli zdobędą jak największy pakiet polskich długów? Dlatego apeluję o jak najszybsze kontynuowanie inicjatywy świętej pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego w sprawie obliczenia pełni strat zniszczonej przez Niemców Warszawy. A także poszerzenia tej inicjatywy na całość strat poniesionych przez Polskę od Niemiec w czasie wojny (w gospodarce, kulturze czy nauce).

Niezbędne jest wprowadzenie na wzór węgierski bezpośredniej sprzedaży produktów rolnych przez rolników i likwidacja systemu pośredników rolnych, wykupujących te produkty od rolników za bezcen, a potem, sprzedających je dużo drożej. Jakże pilne jest zbadanie sprawy braku kontroli państwowej nad okradzeniem polskich podwykonawców przez zagranicznych inwestorów przy budowie autostrad i przykładne ukaranie winnych zaniedbań w tej sprawie. Najlepszym rozwiązaniem byłoby ich skazanie na prace przy którejś z autostrad niedokończonych przez tuskowiczów.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/04/zaniechania-w-gospodarce-i-szanse.html