Przeskocz do treści

Monika Chomątowska

Według informacji, które można znaleźć w mediach*, Sejmik województwa małopolskiego ma zająć się na grudniowej sesji sprawą ewentualnego dofinansowania zabiegów in vitro dla 220 par małżeńskich z Małopolski. Koszt takiego dofinansowania wyniósłby 440 tysięcy złotych (po 2 tysiące złotych na parę). Autorem projektu jest radny PO Grzegorz Lipiec.

Najbliższa sesja sejmiku, a więc na której rozważana będzie sprawa in vitro, odbędzie się 17 grudnia. Polskie Stowarzyszenie Obrońców Życia Człowieka wraz z pracownikami naukowymi krakowskich uczelni wystosowało apel do władz samorządowych Małopolski o zaniechanie pomysłu dofinansowania sztucznego zapłodnienia z powodu jego nieetyczności. Głównym argumentem przemawiającym za odrzuceniem projektu powinien być fakt, że w skutek jej stosowania dochodzi do śmierci kilku poczętych istnień ludzkich w zamian za możliwość urodzenia jednego dziecka. Naukowcy wzywają samorządowców do przeznaczenia środków finansowych na dofinansowanie leczenia naprotechnologicznego dla bezpłodnych par.
 
Każdy, kto popiera apel, ma możliwość podpisania się pod jego elektroniczną wersją na stronie: http://www.pro-life.pl/?a=pages&id=240 . Im będzie nas więcej na tej liście, tym lepiej. Obecnie pod apelem złożyło podpis 385 naukowców i ponad 1100 osób niebędących pracownikami wyższych uczelni.

Gorąco prosimy o podpisywanie się pod apelem i propagowanie go wśród bliskich i znajomych!

* http://ekai.pl/wydarzenia/x60926/malopolski-samorzad-chce-finansowac-in-vitro

Monika Chomątowska

„Divide et impera” głosi stara rzymska maksyma polityczna – „Dziel i rządź”. Nie ma bowiem nic prostszego nad rządzenie ludźmi skłóconymi. Tacy nie sprzeciwią się bowiem władzy, gdyż ich wzajemne – że tak powiem, braterskie – antagonizmy skutecznie uniemożliwiają konsolidację i zainicjowanie oporu.

Usłyszawszy o tworzeniu się nowego ruchu społecznego, tzw. Ruchu Narodowego, pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy, to właśnie było to hasło. Nie mam absolutnie żadnych antypatii do „narodowców”. Nie twierdzę również, że organizatorzy nowego Ruchu Narodowego mają złe intencje. Sądzę natomiast, że brakuje im realizmu politycznego i długodystansowego spojrzenia, co niestety może zostać brutalnie wykorzystane paradoksalnie właśnie przez tych, z którymi chcą walczyć politycznie, czyli przez obecnie rządzącą partię.

Już Arystoteles mówił: „dobry prawodawca i prawdziwy mąż stanu powinien znać zarówno najlepszy ustrój, jak i możliwie najlepszy w istniejących okolicznościach” [1]. Być może wielu Polaków widziałoby w części ideałów głoszonych przez nowo powstający ruch słuszne postulaty. Niemniej realizm i zmysł polityczny każą zawsze zadać sobie pytanie nie tylko o to, co chcemy osiągnąć, ale także kiedy i w jaki sposób. Osoby powołujące do życia nowy ruch zapewniają, że w najbliższej perspektywie nie chodzi im o działalność polityczną. Pozostaje mi wierzyć im na słowo. Obawiam się jednak, że perspektywa 3 lat może już nie być dla nich „najbliższą”, a świadomość uzyskania być może zauważalnego poparcia wśród obywateli, zwłaszcza młodych patriotów, może stać się pokusą do rejestracji ugrupowania politycznego przed wyborami parlamentarnymi. Oby nie okazało się to prawdą. 

Powtarzam po raz kolejny – nie mam nic przeciwko „narodowcom”. Próbuję jednak, na ile to możliwe, być realistką. Aby być w stanie przejąć władzę, nie wystarczy poparcie społeczne (które również może być w tym przypadku złudne, gdyż wielu ludzi uczestniczyło w Marszu Niepodległości, jak przed rokiem i dwoma latami z chęci zamanifestowania swojego patriotyzmu, a nie z racji popierania poglądów politycznych organizatorów). Do rządzenia krajem trzeba posiadać również odpowiednie struktury organizacyjne, zaplecze eksperckie, potrzebną wiedzę i umiejętności, a także środki finansowe, które ułatwiają organizację kampanii wyborczej. Nie ujmując nic pełnym ideałów ludziom, zwłaszcza młodym, jednocześnie ciesząc się ich prawdziwą i odważną manifestacją patriotyzmu, żywię jednak przeświadczenie, że wielu  z wymienionych wcześniej elementów nowy ruch po prostu nie posiada.

Nie będzie dobrze dla Polski, jeżeli nasza scena polityczna stanie się dwupartyjna. Niemniej równie źle się stanie, jeśli będziemy mieli dziesiątki małych partii niezdolnych do zbudowania trwałej koalicji w przypadku wygrania wyborów.  Problem ten jest tym boleśniejszy, gdy widzimy narastające rozpraszanie sił na prawicy i częste ustawianie się poszczególnych ugrupowań w opozycji względem tych, z którymi ideowo jest im najbliżej. Moim zdaniem nie zbudujemy niczego trwałego i sensownego, jeżeli będziemy walczyć między sobą, zamiast wzbić się ponad to, co nas dzieli (często dzieli słusznie, bo niektórych poglądów po prostu ze sobą nie pogodzimy), aby skonsolidować siły wokół tego, co nas łączy. Jestem przekonana, że polską prawicę łączy dużo więcej i zbliżając się powoli do tak ważnej politycznej rozgrywki, jaka przed nią stoi najpóźniej za trzy lata, powinna raczej uczynić wszystko, by umożliwić sobie przejęcie władzy. Mamy w Polsce już kilka partii po prawej stronie – ze znaczniejszych Prawo i Sprawiedliwość, Prawica Rzeczypospolitej, czy Solidarna Polska. Nie wiem, czy wszystkie są w stanie podjąć wspólne działanie, ale warto się zastanowić, czy nie lepiej zbudować coś na kształt porozumienia BBWR (mam tu na myśli sam fakt podjęcia próby współpracy ponad partyjnymi podziałami w imię dobra wspólnego) i razem stanąć do wyborów. Przecież można stworzyć komitet wyborczy, zachowując odrębność partyjną. A jeśli to nie jest realne, może lepiej zacisnąć zęby i poprzeć tego, kto spośród wymienionych ma realne możliwości przejęcia władzy, nawet jeśli ta partia nie jest wg narodowców idealna? Wtedy, jeśli uważają to za cenne i potrzebne, organizatorzy Marszu Niepodległości, mogliby budować ugrupowanie polityczne o zabarwieniu wyraźniej narodowym, mając świadomość, że u steru jest ugrupowanie, które przynajmniej częściowo (według nich) popiera patriotyczne ideały.

Proszę o zastanowienie się tych, którzy utożsamiają się z prawicą i jednocześnie leży im na sercu dobro Polski. Czy roztropnie jest teraz podejmować próbę budowania od zera? Czy nie będzie to raczej coś, co ucieszy obecnie rządzących? Czy „warta skórka za wyprawkę”? Czy teraz? Ktoś może powie – przecież zawsze będzie można zbudować koalicję. To prawda, ale warto mieć w pamięci, że rządy koalicyjne są mniej stabilne, dają większe możliwości zrzucania winy za ewentualne niepowodzenia na koalicjanta, no a poza tym… jaka jest gwarancja, że wiele małych partii przekroczy w ogóle próg wyborczy? Przecież mogą równie dobrze „zabrać” głosy dużej sile politycznej, same nie wejść do parlamentu, a jednocześnie uniemożliwić tejże dużej sile wygranie wyborów.

W myśl nauki społecznej Kościoła polityka to rozsądna troska o dobro wspólne. Każdy z elementów tej definicji jest równie istotny. Dobro wspólne musimy postawić ponad partykularne interesy, nawet jeśli same w sobie nie są one złe. Nasze działanie w kierunku dobra wspólnego musi być rozsądne. A rozsądne to znaczy realizowane adekwatnymi do sytuacji środkami, mądre i oczyszczone z emocjonalnych impulsów chwili. Pozostaje mi ufać w rozsądek twórców Ruchu Narodowego, licząc na to, że w perspektywie najbliższych trzech lat ograniczą się do działania na polu społecznym, przyczyniając się skutecznie do przejęcia władzy przez opozycję i budząc patriotyczną świadomość, co jak rozumiem, jest też ich głównym celem.

- – - – - – -

[1] Arystoteles, „Polityka”, księga IV, rozdz. I „ Ustrój bezwzględnie i względnie najlepszy”, w przekładzie Ludwika Piotrowicza, PWN Warszawa 2006