Przeskocz do treści

jerzybukowskiJerzy Bukowski

Rada Miasta Krakowa zaapelowała do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry o objęcie szczególnym nadzorem postępowań sądowych dotyczących Domu im. Józefa Piłsudskiego przy Alei 3 Maja 7 (tzw. Oleandry) - poinformowała Polska Agencja Prasowa.

Radni napisali, że mimo prawomocnych wyroków sądów stwierdzających, że Związek Legionistów Polskich nie jest następcą prawnym organizacji o tej samej nazwie istniejącej w latach 1923-39 oraz że nieruchomość stanowi własność gminy, trwają kolejne procesy sądowe, a gmina nie może dysponować swoim budynkiem. Podkreślili, że na rozprawach nie stawiają się przedstawiciele ZLP, który wnosi kolejne pozwy.

„Niekończące się procesy uniemożliwiają przede wszystkim remont i adaptację na potrzeby nowoczesnego muzeum historycznego miejsca, co jest szczególnie bulwersujące przed zbliżającą się rocznicą 100-lecia odzyskania niepodległości” - czytamy w cytowanej przez PAP rezolucji radnych ze wszystkich klubów.

- Wydaje nam się, że należy wzmocnić działania pana prezydenta miasta zmierzające do odzyskania własności gminy Kraków. Zbliża się setna rocznica odzyskania niepodległości i trudno sobie wyobrazić, aby ten budynek nie był miejscem centralnych uroczystości. Niestety, może się okazać, że tak się nie stanie, bo budynek wymaga generalnego remontu, po którym powinien być udostępniany zarówno zwiedzającym, jak i organizacjom kombatanckim - powiedział PAP autor rezolucji Adam Kalita.

oleandry„Dom im. Józefa Piłsudskiego zwany także Domem Legionisty powstał w latach 30. XX wieku w miejscu, z którego w 2014 r. wyruszyła Pierwsza Kompania Kadrowa. Decyzję o jego budowie podjęli dawni legioniści, którzy na ten cel przekazywali własne fundusze. Modernistyczny budynek został zaprojektowany przez prof. Adolfa Szyszko-Bohusza i Stefana Strojka. Projektu nie udało się zrealizować w całości przed wybuchem II wojny światowej (fot. Wikipedia). O pilne ratowanie tego cennego zabytku w związku ze zbliżająca się 100. rocznica odzyskania niepodległości apelował w uchwale Społeczny Komitet Odnowy Zabytków Krakowa (SKOZK), a Stała Konferencja Dyrektorów Muzeów Krakowskich apelowała o przyspieszenie działań władz samorządowych zmierzających do odzyskania budynku” - czytamy w depeszy PAP.

- Miasto jest gotowe w każdej chwili przeznaczyć pieniądze na remont tego obiektu, tym bardziej, że wsparcie finansowe deklaruje także SKOZK. Prace remontowe będą możliwe dopiero wtedy, gdy miasto będzie mogło dysponować budynkiem - powiedziała Polskiej Agencji Prasowej rzeczniczka prezydenta miasta Monika Chylaszek.

jerzybukowskiJerzy Bukowski

Pomnika Armii Czerwonej w Nowym Sączu nie ma już od prawie dwóch lat, ponad rok minął od ekshumacji pochowanych obok niego sowieckich żołnierzy, ale nadal toczą się procesy sądowe przeciwko tym, którzy wielokrotnie wyrażali publiczny sprzeciw wobec obecności owego monumentu w centrum miasta.

Odbywają się one w Krakowie i w Nowym Sączu z dosyć dużą częstotliwością, co kosztuje polskiego podatnika spore pieniądze. W dodatku na każdą rozprawę stawiają się nowosądeccy policjanci, ponieważ akt oskarżenia zarzuca manifestantom atakowanie funkcjonariuszy i niepodporządkowanie się ich poleceniom, jak również śpiewanie patriotycznych pieśni oraz wznoszenie okrzyków o podobnej treści (!). Wzywani są również liczni świadkowie, nie mówiąc o obowiązkowym stawiennictwie oskarżonych.

Od kilku tygodni do sądów dowożony jest w policyjnym konwoju ze śląskich Wojkowic Zygmunt Miernik odsiadujący tam prawomocny wyrok 10 miesięcy pozbawienia wolności za rzucenie tortem w sędzię orzekającą w sprawie odpowiedzialności generała Czesława Kiszczaka za zamordowanie górników kopalni Wujek 16 grudnia 1981 roku. Transport groźnego więźnia - jest zakuty w kajdanki na czas przejazdu w obie strony - pociąga za sobą kolejne koszty.

A przecież wystarczyłaby jedna decyzja ministra spraw wewnętrznych Mariusza Błaszczaka lub odpowiedzialnego za służby mundurowe jego zastępcy Jarosława Zielińskiego, aby definitywnie zakończyć tę farsę. Kierownictwo resortu powinno natychmiast nakazać swoim podwładnym z komendy wojewódzkiej policji w Krakowie lub z miejskiej w Nowym Sączu wycofanie wszystkich zarzutów, co z pewnością pozwoliłoby składowi sędziowskiemu podjąć stosowne postanowienia i położyć kres żenującemu widowisku wystawiającemu fatalne świadectwo „dobrej zmianie”.

Apeluję więc w imieniu Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie do ministrów Błaszczaka i Zielińskiego o zdecydowane włączenie się w tę sprawę, ponieważ kładzie się ona cieniem na ich resorcie, zwłaszcza że zeznania składane przez policjantów podczas kolejnych rozpraw ożywiają na sali sądowej wspomnienia z czasów PRL, w których niezwykłe popularne były dowcipy o głupawych milicjantach.

PS. A Zygmunta Miernika należy jak najszybciej ułaskawić, o co wiele środowisk patriotycznych prosi od dawna Prezydenta RP Andrzeja Dudę (prawo łaski) i ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobrę (kasacja nadzwyczajna).

kazimierzbartelKazimierz Bartel

29 lutego 2016 roku w świetlicy aresztu śledczego Warszawa-Mokotów minister sprawiedliwości, p. dr Zbigniew Ziobro podpisał akt powołania Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL. W uroczystości uczestniczyli m.in. prezes Prawa i Sprawiedliwości, p. dr Jarosław Kaczyński, a także p. Zofia Pilecka-Optułowicz, córka pułkownika Witolda Pileckiego.

Zapraszam Państwa do obejrzenia „telewizyjnego” fotoreportażu:
https://picasaweb.google.com/103511753291993799832/1Marca2016kb

wpolityceplZespół wPolityce.pl / lap / TVP Info / PAP

Były brudne, zaniedbane, doświadczały przemocy - mówi pani Aneta, matka 4-letniej Julki i 7-letniej Viktorii, o sytuacji córek umieszczonych przez hanowerski Jugendamt w rodzinie zastępczej. Rodzice postanowili porwać własne dzieci, a teraz walczą o to, by je zatrzymać. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro na antenie TVP Info zadeklarował pomoc rodzinie.

Pojechaliśmy do Niemiec i wszystko było dobrze, dopóki nie rozpoczęliśmy współpracy z asystentem z Jugendamtu. Doszło do konfliktu pomiędzy nim a mężem. Asystent przychodził do nas w celu integrowania, pomocy. W końcu zaczął ingerować w nasze intymne, prywatne sprawy — opowiada matka.

Zakończenie współpracy z urzędnikiem skończyło się dla rodziców odebraniem córek. Dziewczynki trafiły do niemieckiej rodziny zastępczej, gdzie miały być zaniedbane, a także molestowane seksualnie.

Rodzice dziewczynek, którzy widząc, co się dzieje, zdecydowali się uprowadzić dzieci i przywieźć je do Polski. Złożyli doniesienie w tej sprawie do Prokuratury Rejonowej w Bytomiu. Obawiają się jednak, że urzędnicy Jugendamtu niespodziewanie przyjadą i znów odbiorą im dzieci.

20160212zzMinister sprawiedliwości zapowiedział, że nie będzie obojętny na dramat polskiej rodziny (fot. FreeImages/Adrian Grycuk/CC BY-S.A. 3.0pl).

Ministerstwo wystąpi z wnioskiem wspierającym rodziców do strony niemieckiej o to, by ten niemiecki z kolei wniosek został cofnięty. Będzie to jasne stanowisko poparte wywiadem środowiskowym i innymi informacjami pokazującymi, że te dzieci mają dobrą opiekę na terenie Polski i nie ma potrzeby, żeby niemiecka instytucja taki wniosek podtrzymywała — mówił na antenie TVP Info.

Ziobro dodał też, że powołał zespół, który ma opracować zmiany w polskim prawie dające większą możliwość ingerencji ze strony polskich organów w podobne przypadki, których szczególnie w Niemczech jest bardzo dużo.

Zdaniem ministra złamanie niemieckiego prawa przez Kowalskich, którzy uprowadzili dzieci z rodziny zastępczej - w świetle prawa legalnie się nimi opiekującej, jest co najmniej równoważone przez międzynarodowe konwencje, które stawiają dobro dziecko na pierwszym miejscu.

Dochodzi też jeszcze jedna przesłanka złożona przez rodziców, a poparta przez dzieci, których zeznania zostały uznane za wiarogodne co do tego, że mogło dojść do działań wobec nich o charakterze seksualnych nadużyć – podkreślił Ziobro.

Tekst i ilustracja za: http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/281337-dramat-dzieci-zabranych-polskiej-rodzinie-przez-jugendamt-rodzice-porwali-wlasne-corki-teraz-boja-sie-powrotu-niemieckich-urzednikow-minister-ziobro-deklaruje-pomoc

grzegorznieradka1Grzegorz Nieradka 

Przed premierem Jarosławem Kaczyńskim stanęło nie lada zadanie. Wielka część społeczeństwa to właśnie w szefie największej partii opozycyjnej widziała tego, który dokona zjednoczenia podzielonej od lat polskiej prawicy. Słusznie zresztą, bo w Prawie i Sprawiedliwości jest miejsce zarówno dla polityków centroprawicowych jak i dla tych o poglądach silnie konserwatywnych i narodowych. Wystarczy spojrzeć na polityków tej partii zasiadających obecnie w parlamencie lub na kandydatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego, którzy niedawno złożyli uroczyste ślubowanie i oficjalnie objęli swoje funkcje.

Błyskawiczne zjednoczenie

Jarosław Kaczyński nie zawiódł. Więcej, wprawił w osłupienie wszystkich obserwatorów życia publicznego w Polsce tym, jak szybko dokonał owego zjednoczenia. Zapowiadał co prawda, że drugiego AWS-u nie będzie i rozmowy nie będą ciągnęły się w nieskończoność. Przeciwnicy polityczni tym bardziej zaczęli zacierać ręce, utwierdzając się w przekonaniu, że z takim podejściem lidera o zjednoczeniu nie może być mowy. Humor poprawił im swoisty falstart w postaci kongresu zjednoczeniowego, na którym nie pojawili się Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin. Minął jednak tydzień i  podczas zgromadzenia obywatelskiego „Czas na zmiany” liderzy Prawa i Sprawiedliwości, Polski Razem i Solidarnej Polski podpisali daleko idące porozumienie, zgodnie z którym politycy wymienionych partii wystartują w wyborach z list Prawa i Sprawiedliwości oraz poprą wspólnego kandydata na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.

Najwybitniejszy polski polityk

Jarosław Kaczyński nie raz udowodnił, że jest bardzo sprawnym politykiem. Nie bez powodu liderzy państw Europy Zachodniej nazywają go najwybitniejszym polskim politykiem ostatnich dziesięcioleci. Opinia ta dla wielu Polaków może być zaskakująca, ponieważ media w naszym kraju nigdy nie zdobyły się na opublikowanie tych wypowiedzi. O skuteczności Kaczyńskiego i jego politycznej sprawności świadczy nie tylko fakt błyskawicznego zjednoczenia prawicy, ale przede wszystkim umiejętność porozumienia. Brednie o rzekomej konfliktowości i zacietrzewieniu szefa PiS, nieustannie sączone przez największe stacje telewizyjne i radiowe, pękają niczym  bańka mydlana w obliczu tego, na co zdobył się i czego dokonał lider polskiej prawicy. A podkreślić trzeba, że projekt zjednoczenia był w równiej mierze trudny co ryzykowny. Budowa szerokiego frontu prawicowego niesie bowiem za sobą niebezpieczeństwo wewnętrznych sporów. Dojrzałość Ziobry i Gowina lub ich polityczne kalkulacje sprawiły, że Polska Razem i Solidarna Polska stanowią dziś dwa skrzydła centroprawicowego Prawa i Sprawiedliwości. Korzyści dla wszystkich ugrupowań są znaczące. Najłatwiej jest je przedstawić odwołując się do terminologii futbolowej. Gra napastnika w dwoma skrzydłowymi jest niewspółmiernie bardziej efektywna niż samodzielny atak. Dzięki zjednoczeniu wokół Prawa i Sprawiedliwości Gowin i Ziobro pozostają w politycznej grze, a Kaczyński strzela bramki.

Powody zjednoczenia

Obecność na zgromadzeniu posła Andrzeja Smirnowa pokazuje, że do niedawna w Platformie Obywatelskiej byli politycy, którzy w ostatecznym rozrachunku nie potrafili zaakceptować aferalnych rządów. Również sam Jarosław Gowin wywodzi się z tego środowiska politycznego, któremu ostatecznie powiedział „dość”. Nazwiska pozostałych polityków PO warto zapamiętać, bo wraz z PSL-em udzielili oni wotum zaufania dla rządu Tuska, kpiąc przy tym z polskiego społeczeństwa, wstrząśniętego rozmiarami patologicznych rządów ujawnionymi w nagraniach tygodnika „Wprost”.  Dziś nikt nie może mieć już wątpliwości, że dalsze rządy tego środowiska politycznego, wywodzącego się przecież z dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego, stanowią realne zagrożenie dla Państwa Polskiego. Zrozumieli to politycy czterech ważnych ugrupowań prawicowych. Prawica Rzeczypospolitej nieco wcześniej, a jej lider - kandydujący z list Prawa i Sprawiedliwości - zasiada już w Parlamencie Europejskim. W najbliższych wyborach wspólne listy pozwolą wyłonić zwycięzców wyborów samorządowych, później prezydenckich i wreszcie parlamentarnych.

Bez względu na personalne sympatie i antypatie należy wesprzeć uczciwych polityków, ale tylko tych, którzy dają realną szansę na zwycięstwo i wyciągnięcie Polski ze społeczno-polityczno-gospodarczego kryzysu.

porozumienieW minioną sobotę w ramach zgromadzenia obywatelskiego „Czas na zmiany” Prawo i Sprawiedliwość podpisało polityczne porozumienie z Solidarną Polską oraz Polską Razem. Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin złożyli podpisy na dokumencie, którego celem jest trwałe zjednoczenie polskiej prawicy (fot. pis.org.pl). W ramach akcji pod tym samym tytułem Prawo i Sprawiedliwość wydało specjalny biuletyn, który w poniedziałek trafił do Czytelników w całej Polsce.

W dokumencie podpisanym w sobotę przez liderów trzech partii prawicowych na sali warszawskiego Centrum Expo XXI możemy przeczytać: „W obliczu kryzysu politycznego, jakiego staliśmy się świadkami w ostatnich tygodniach, i świadomi odpowiedzialności za losy Ojczyzny, Prawo i Sprawiedliwość, Polska Razem Jarosława Gowina i Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro zawierają porozumienie w celu stworzenia silnej alternatywy dla skompromitowanego i szkodzącego Polsce rządu koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego”.

Z dokumentu, który stał się podwaliną do wspólnego działania polskiej prawicy na rzecz dobra Polski, dowiadujemy się m.in., że premier Donald Tusk nie jest w stanie skoordynować działań swoich ministrów i prowadzonej przez nich polityki (...) nagrania pokazują, jak zobowiązany mocą ustaw do apolityczności Prezes Narodowego Banku Polskiego prowadzi zakulisowe targi zmierzające do uniemożliwienia zwycięstwa w wyborach partii opozycyjnej i ustala politykę kadrową Premiera, zaś polityka prowadzona w Polsce przez ostatnie lata w dużej mierze nastawiona była na kontynuację wielu wadliwych mechanizmów i powiazań z okresu PRL.

prawoisprawiedliwoscPrawo i Sprawiedliwość, podpisując porozumienie z innymi partiami prawicowymi oraz działając wraz z przedstawicielami m.in. NSZZ „Solidarność”, klubów „Gazety Polskiej”, Ruchu Społecznego im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, Solidarności Rolników Indywidualnych, Akademickich Klubów Obywatelskich im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dało początek szeroko zakrojonej akcji, mającej przywrócić Polsce elementarne zasady demokratyczne.

Podczas sobotniego zgromadzenia obywatelskiego, prowadzonego przez poseł Małgorzatę Sadurską, gdzie głos zabrali: poseł Andrzej Duda, profesor Piotr Gliński i senator Witold Waszczykowski, rozdawany był najnowszy biuletyn „Czas na zmiany”. Biuletyn, jako część akcji Prawa i Sprawiedliwości, przedstawia prawdziwe oblicze obecnej władzy i przypomina wystąpienie lidera partii Jarosława Kaczyńskiego podczas Konwencji Zjednoczeniowej Organizacji i Środowisk Patriotycznych z 12 lipca 2014 r., w którym przekonywał, że: „Naszą narodową potrzebą, warunkiem rozpoczęcia narodowej polityki jest odsunięcie tej władzy. Każdy dzień tej władzy bardzo drogo kosztuje nasz naród. I dlatego musimy iść w tym kierunku możliwie szybko. Musimy iść w tym kierunku tak, by już następne wybory, te za kilka miesięcy, przyniosły nam sukces, przyniosły zmianę władzy w wielu przynajmniej miejscach naszego kraju, w wielu regionach, w wielu gminach, miastach. To jest potrzeba, którą musimy uznać dzisiaj za coś, co dalece przekracza jakiekolwiek partykularne interesy. To jest dzisiaj potrzeba najwyższa”.

(Od Redakcji): Zapraszamy Państwa do obejrzenia fotoreportażu ze Stolicy. Autorką zdjęć jest p. Anna Loch:
https://plus.google.com/photos/105406849451721147631/albums/6038270390912996993

leszeksosnowskiLeszek Sosnowski

Felieton polityczny: Przygotowano podstępny zamach na Jarosława Kaczyńskiego*

Niektórzy, jeszcze do niedawna prominentni politycy, ostatnio nieźle trzęsą portkami. I wcale nie mam na myśli osobników umoczonych w tzw. aferze podsłuchowej, ci bowiem nic sobie nie robią z ewidentnych dowodów hańby. Obstawieni prokuratorami i głównonurtowymi redaktorami gwiżdżą na wszelkie zarzuty. Zresztą coraz bardziej szkodliwe poczynania tych ludzi są ewidentne od dawna. Chodzi mi tu o tych wszystkich, którzy ostatnio przegrali z kretesem wybory do europarlamentu, a dziś pragną wcielić w życie staropolskie przysłowie „Czepiło się g… okrętu i woła: płyniemy!”. Tym okrętem ma być PiS.

Kiepscy rachmistrze

Okazuje się, że jak trwoga, to do… PiS-u! Okazuje się, że ta marka ma już swoją ugruntowaną wartość. Okazuje się z kolei, że wartość pojedynczych nazwisk, choćby nie wiem jak medialnych, niewiele już znaczy. Najlepszym tego dowodem jest dramatyczny spadek wyniku Zbigniewa Ziobro – pod sztandarem PiS-u, i to wcale nie jako lider tej partii, uzyskał naprawdę świetny wynik: 335 933 głosów, jako lider Solidarnej Polski już tylko 60 763 głosy!

Bez stempla solidnej partii ani rusz. To pokazali wyraźnie Polacy 25 maja br.; okazało się, że od ostatnich wyborów trochę jednak dojrzeli politycznie i społecznie, nie nabierają się już na byle celebrytę, na byle kopacza piłki czy boksera. Albo na byle polityka.

Odnoszę jednak wrażenie, że w samym PiS-ie nie wszyscy to rozumieją, nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego w jak mocno ugruntowanej firmie działają. Wygląda na to, że niektórzy z czołówki partyjnej wciąż upatrują cudownego rozmnożenia głosów wyborczych poprzez zgarnięcie pod PiS-owskie skrzydła osobników przegranych, a nawet zdradzieckich, i dodawanie do swojego wyniku ich procencików zawartych w słupkach sondażowych. Kiepscy z nich jednak rachmistrze, bowiem tylko dodają, zapominając, że przy kaptowaniu przegranych trzeba niestety także odejmować. To jest niezbędne dla osiągnięcia prawidłowego bilansu. Trzeba rozsądnie zastanowić się, co się zyska, a co się straci – bo straty będą na pewno. Przygarnianie przegranych (nie mówiąc już o ewidentnych zdrajcach) tylko w pierwszej chwili zdaje się przynosić korzyści, nie jest jednak ani rozwojowe, ani konsolidujące. Jak funkcjonuje organizacja oparta na przeróżnych aliansach najlepiej można prześledzić na przykładzie SLD, które z prawie 50 proc. poparcia w latach 2000-2001 już w roku 2005 zjechało gwałtownie do 11,31 proc. w Sejmie i do zera w Senacie, a w roku 2011 Sojusz osiągnął zaledwie 8,24 proc. Przypomnę tylko, że SLD utworzono w 1997 r. na bazie 33 (!) organizacji; bardzo to socjalistycznie i sprawiedliwie wyglądało, ale ewidentnie na dłuższą metę nie funkcjonuje.

Gdyby te wszystkie asy polityki były tak znakomite, to dziś zasiadałyby w Strasburgu i miałyby PiS gdzieś – nie trzeba być szczególnie rozgarniętym, żeby zdawać sobie z tego sprawę. Jeśli zatem dzięki nim nawet parę nowych głosów PiS-owi przybędzie, to pytanie ile zarazem ubędzie? Ludzie na ulicy mówią wprost: na takie związki nie będziemy głosować, nie będziemy ich popierać, niektórzy dodają, że wtedy lepiej w ogóle na wybory nie iść… Tradycja łatwego puszczania w niepamięć zdrady jest w Polsce niestety wielka, sięga wieku XVII. To najgorsza nasza tradycja. Z taką tradycją należy definitywnie zerwać, bo owo tak łatwe przechodzenie od zdrady do współpracy, kończyło się zawsze dla kraju źle, nawet tragicznie. Zyskiwali (na majątkach, bo przecież nie na honorze) ci, którzy zdradzali, Ojczyzna – nigdy.

Trzeba zatem zadać pytanie tym członkom PiS-u, wyżej i niżej postawionym, którzy stale wątpią,  tym stale niepewnym sukcesu, stale opiniującym każdą odważniejszą inicjatywę słowami „to się nie uda”: dlaczego nie macie wiary we własne siły? Po co wiązać się z nosicielami porażki, ze skazanymi na przegraną? To siły nie doda. Nikt nie lubi mieć do czynienia z ludźmi przegranymi. Tym bardziej, że to osobnicy wielce podejrzani, zarówno jeśli chodzi o ich ostateczne cele, jak i metody działania. Czyż mało jest fatalnych doświadczeń z różnymi aliansami? Przecież ci przegrani nie zwracają się do PiS-u z pokorą, choćby z dobrze udawaną! Nie przepraszają. Ciągną za sobą całe dwory. Żądają! Ich celem nie jest rozbudowa i wzmocnienie PiS-u – wprost przeciwnie. Po cóż zatem prowadzić z nimi rozmowy i tym samym dawać dramatyczny sygnał społeczeństwu: sami nie damy rady!

Czas zwrócić się również do tych ludzi, którzy na wybory nie chodzą. Bo może oni jednak mają jakieś racje, że nie chodzą, może nie wszyscy są obojętni, lecz po prostu stracili nadzieję – powodów było niemało, poczynając od sławnego 5 czerwca 1989 r., kiedy to pan Geremek ogłosił społeczeństwu, że jest niemądre, bo dzień wcześniej źle wybrało, skreślając totalnie na listach wyborczych tych, którzy ich prze 45 lat ciemiężyli. Wyniki „skorygowano” i to jakoby w majestacie prawa… Iluż to ludzi ma o to żal do dzisiaj… Tych właśnie oraz ich ideowych spadkobierców trzeba przekonać, że można tamten haniebny akt poddania się naprawić, że uczyni to PiS, że potrzebne są do tego jego samodzielne rządy, a nie alianse niosące już w zarodku kłótnie i dywersję. Czemu nie powiedzieć do społeczeństwa bez ogródek: dajcie nam najpierw samodzielnie rządzić i dopiero wtedy nas oceńcie, nie oceniajcie teraz i to na podstawie komentarzy wrogich nam mediów.

Kompas

Te wrogie media są silne, ale PiS nie jest bezsilny. Prof. Andrzej Nowak zaproponował utworzenie trzech majdanów: pod TVP, TVN i pod Agorą (wydawca Wyborczej). Sądzę, że jeden z nich, pod TVP – choć oczywiście w polskich realiach zapewne musi inaczej wyglądać niż w Kijowie – jest potrzebą chwili i to nie tylko dlatego, że mamy do czynienia z telewizją de facto rządową, a nie publiczną. Szykuje się mianowicie szybka wyprzedaż regionalnych ośrodków TVP; właśnie od 1 lipca w perfidny sposób pozbyto się trzonu ich pracowników. Nazywa się to restrukturyzacją i polega na przekazaniu osób dotychczas zatrudnionych w TVP firmie zewnętrznej, będącej agencją pracy – uwaga! – tymczasowej, o swojsko brzmiącej nazwie LeasingTeam. Centrala z Woronicza od dawna deprecjonuje ośrodki regionalne, teraz drastycznie redukuje zatrudnienie. Stara metoda przygotowania do sprzedaży całej firmy lub jej mienia.

Przywrócenie TVP charakteru telewizji publicznej, odpolitykowanie jej, nasycenie programów prawdziwymi relacjami z życia kraju, tradycją narodową, autentyczną kulturą, a nie popularyzacją pseudoawangardowych wypocin, przywrócenie szacunku dla Chrystusa i jego wyznawców, zaniechanie kpin i drwin (bo to nie krytyka) z opozycji, zaniechanie promowania dewiantów itd., itd. – długa jest lista  napraw w tej instytucji. Dobrowolnie leczeniu TVP się nie podda, to jasne, bo zakochani we władzy zarządzający i redaktorzy walczą nie tylko o byt władających polityków, ale i swój własny. Ale są jeszcze inni redaktorzy i to w tej samej instytucji, są jeszcze sojusznicy wewnątrz TVP – im trzeba wywalczyć szansę. Wywalczyć! Oczywiście nie tylko PiS, ale i Solidarność, i inne związki oraz wszyscy ci, którym jeszcze zależy na normalnym kraju.

Proszę uważnie obserwować, z jaką faryzejską troską mainstreamowe media traktują tzw. porozumienie prawicy, jak cierpią, że ten niesympatyczny typ Kaczyński (w domyśle satrapa i egoista) nie kwapi się do zjednoczenia prawej strony, a już największą krzywdę wyrządza swemu ugrupowaniu, odrzucając wyciągnięte po kasę, przepraszam, do zgody ręce Gowina i Ziobry. Mass media nagle tak bardzo troskają się o dobro prawicy, niczym Wyborcza o dobro Kościoła, a więc waląc jak w bęben w najszlachetniejszych ludzi, wciskając zdrajców i awanturników w szeregi prawicy, kwestionując podstawowe wartości i idee konserwatywno-narodowe. W rzeczywistości mainstreamowe media są jak niezawodny kompas: jeśli wskazują, by się jednoczyć z Ziobrą i Gowinem – którzy nagle nie schodzą z ekranów telewizyjnych – to znaczy, że na pewno należy iść w zupełnie przeciwnym kierunku. Wtedy się dojdzie do celu. Kto choć przez chwilę mniema, że te media, w tym TVP, faktycznie działają dla dobra prawicy, ten powinien natychmiast odejść z polityki. Albo natychmiast przenieść się do lewaków.

Wróćmy do tych, którymi obecnie nikt w polskiej polityce się nie interesuje, do tych, którzy nie chodzili na wybory, którzy nie posiadają żadnej opieki politycznej – a naprawdę mają swoje racje. Z nimi nikt jednak nie rozmawia, nie słucha ich argumentów, a przecież to właśnie oni są większością! Większością, na którą machnęły ręką wszystkie partie, ba! pokrzykuje się na nich albo nimi pogardza. Jakoby jest im wszystko jedno, skoro nie głosują. Na pewno są wśród nich zobojętniali, ale też na pewno nie jest ich ponad 50 proc.! Ten który przywróci frekwencję wyborczą choćby z 1989 r., a więc na poziomie 62 proc., ten będzie na długo zwycięzcą i ten uratuje Ojczyznę przed manipulacjami i ostatecznym zawłaszczeniem kraju przez sitwę. Naród w 100 procentach składa się z… narodu – nie z 48 procent głosujących. To nieustanne gmeranie pośród dotychczas uczestniczących w wyborach i wygrzebywanie kogoś tam jeszcze, kto może się rozmyśli, zmieni front i zagłosuje na PiS i dzięki temu przybędzie nam ten jeden mandacik – to strata sił, środków i czasu. A czasu mało!

Trzeba walczyć o całą pulę i trzeba mobilizować pozostałą część narodu – nie z powodu parlamentarnej arytmetyki, ale dlatego że tu idzie o stawkę najwyższą: o Ojczyznę i zachowanie wiary przodków. To patetyczne słowa, wiem i sam nie przepadam za patosem, ale tak po prostu teraz jest, w takim momencie historycznym się znaleźliśmy.

Syn marnotrawny?

Czołówkę przegranych tworzą Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin. Ten drugi zdaje się być o niebo sprytniejszy od tego pierwszego. Obaj do niedawna pyszni i pewni swego, dziś – malutcy. Obaj niedawno jeszcze brylowali w mediach i na salonach, kasowali, rozdzielali stanowiska, objawiali wielkie prawdy, a teraz – stanęli przed widmem politycznego niebytu. Nie są ludźmi bez zawodów i wykształcenia, na pewno znaleźliby sobie dobrą robotę, ale żądza władzy i tzw. parcie na szkło nie pozwalają im zająć się czymś spokojniejszym.

Niektórzy zwolennicy Ziobry w samym PiS-ie (są jeszcze tacy) na ratunek swego byłego kolegi przywołali nawet opowieść Chrystusa o synu marnotrawnym. Niestety „wykazali się” bardzo powierzchowną znajomością Ewangelii. Porównanie Zbigniewa Ziobry do syna marnotrawne jest całkowicie chybione; były PiS-owski polityk nijak ma się do młodszego z braci, który porzucił rodzinny dom i wyruszył w świat w poszukiwaniu większego szczęścia niż miał w gospodarstwie ojca. I motywy jego postępowania, i sytuacja życiowa w żaden sposób nie przystają do motywów i sytuacji polityka SP.

Nie nazwany w Ewangelii z imienia młody człowiek nikogo nie zdradził, nie usiłował okraść, i co najważniejsze – nie wystąpił przeciwko swemu ojcu. Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada – tak się zwrócił do rodzica (Łk 15,11-32). Dostał połowę (druga przypadła starszemu synowi) i niebawem można powiedzieć legalnie opuścił rodzinny dom razem z otrzymanym (a nie zabranym bez pozwolenia, czyli ukradzionym) majątkiem. Nie udał się w świat, by szkodzić ojcu, konkurować z nim, krytykować go, wymądrzać się. Nie, był po prostu lekkoduchem, niefrasobliwym młodzieńcem, który, otrzymawszy „kasę”, postanowił zakosztować uciech tego świata; roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie – pisze Ewangelista. A pod koniec opowieści rozeźlony na młodszego starszy brat powie bez ogródek: roztrwonił twój majątek z nierządnicami. Gdy majątek bardzo szybko się rozszedł, nasz bohater zaczął cierpieć nie tylko niedostatek, ale głód do tego stopnia wielki, że Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie. Młody człowiek stanął w rzeczywistości w obliczu śmierci: ja tu z głodu ginę.

Czy tak dramatycznie wyglądają losy Zbigniewa Ziobry? PiS-owski „syn marnotrawny” nie prosił ojca o zgodę, kiedy obdarowany miejscem na listach wyborczych gwarantującym posadę europosła i związane z tym wspaniałe apanaże, opuszczał rodzinny dom, czyli swoje macierzyste ugrupowanie polityczne. Wprost przeciwnie! Odszedł z hukiem, pełen krytyki wobec ojca i jego domu, nie okazując najmniejszej wdzięczności. Stał się konkurentem ojca, szkodząc mocno jego gospodarstwu. Sam zaś majątku nie roztrwonił. Pomnożył go znacznie. Świń w Strasburgu nie pasał. Nie z głodu zatem zapragnął wrócić do rodzica, lecz by ten majątek dalej mnożyć.

Ewangeliczna opowieść o synu marnotrawnym traktuje również o miłosierdziu. Komu wszakże jest okazane owo miłosierdzie? Nie paniczykowi dumnie potrząsającemu piórami, złaknionemu popularności i pieniędzy. Nie człowiekowi co prawda młodemu, ale przecież znającemu dobrze życie, który posmakował już władzy na wysokim szczeblu. Miłosierdzie okazane jest naiwnemu, wchodzącemu dopiero w życie młodzieńcowi. Wydaje mi się, że pan Ziobro do prawdziwej przemiany potrzebuje nie pomnażania majątku, ale właśnie doświadczenia głodu. Dosłownego głodu, nie głodu władzy i sławy, bo tego doświadcza nieustannie. Najlepszą drogą do celu byłoby w tym przypadku nie trwonienie majątku, ale całkowite rozdanie go ubogim i chorym. Stanie się wówczas nie tylko człowiekiem pożądającym miłosierdzia, ale i świadczącym je. Nie zapominajmy, że w Ewangelii jest oczywiście w wielu miejscach mowa o miłosierdziu, lecz wielokroć także o sprawiedliwości. Pismo Święte, to księga napisana z natchnienia Boga, nie felieton i nie materiał do dowolnych interpretacji, także politycznych.

Wróćmy jeszcze raz na chwilę do Chrystusowej opowieści. Młodszy syn decyduje się na pełną, niekłamaną pokorę wobec ojca, choć wcale go nie zdradził, a tylko (?) zranił jego uczucia. Broń Boże nie stawia żadnych warunków, nie oczekuje stanowisk; uczyń mię… – mówi – no właśnie, kim? Dygnitarzem? Senatorem? Nadzorcą? Nie! Uczyń mię choćby jednym z najemników. A najemnik wówczas wykonywał najgorsze roboty w gospodarstwie, jak np. będące w wielkiej pogardzie pasanie świń, które Żydzi uważali za nieczyste. Pan Ziobro nie chce pasać świń. Ma wymagania niemałe, choć teraz skromniejsze, ale najemnikiem nie będzie. Wyborcy co prawda poskromili jego pychę, ale już widać, że niestety tylko na chwilę. Pycha nazywana jest królową grzechów.

Ziobro po rozmowie z prezesem Kaczyńskim nie zostawił sobie nawet chwili na refleksję, szybko odsłonił przyłbicę, ukazując prawdziwe, znane wszystkim oblicze; zaczął kluczyć, udowadniać, co to on nie może i padł od razu w objęcia Gowina (choć jemu się wydaje, że to on przygarnął filozofa). Teraz będą solidarnie knuli razem. Oczywiście do jakiegoś czasu.

Jarosław II

Jarosław Gowin proponuje Jarosławowi Kaczyńskiemu sojusz. Łaskawca! Stoi w obliczu kolejnej totalnej porażki, szeregi mu się sypią, opuścił go nawet jego ulubieniec Jasiu Godson, a mimo to lider nowego zlepku politycznego dumnie wyznaje w TVP akt nowej wiary: „Wierzę, że Polska Razem i PiS będą naprawiać Polskę”. Proszę bardzo, już obwieścił alians, na pierwszym miejscu wymieniając swoją tonącą tratwę, już zaczyna liderować, a PiS wspomina na doczepkę. Kto zna naprawdę Gowina, ten wie, że nie ma mowy o przejęzyczeniu: to zamknięty w sobie człowiek, którego zżera potworna ambicja. On z pozycją drugiego, a co dopiero trzeciego lub czwartego, nigdy się nie pogodzi, przekonał się o tym i sam Tusk. Ewentualne wątpliwości w kwestii podziału władzy rozwiewa już w kolejnym zdaniu: „Program Polski Razem będzie uwzględniony przez nowy prawicowy rząd”. Kto mu obiecał i ten rząd, i udział w nim? Ów zaprezentowany parę miesięcy temu melanż niespójnych ogólników nazywa „programem”?! O jego pomysłach gospodarczych i rozeznaniu w tej materii nie warto nawet wspominać… Filozof uczepił się deregulacji zawodów jak rzep psiego ogona. Dramatyczne nieraz skutki dopuszczenia przeróżnych nieuków oraz cwaniaków do uprawiania odpowiedzialnych zawodów już obserwujemy. Nie dość, że życie gospodarcze w Polsce marniutkie, to jeszcze je osłabiać bezkarnym dopuszczaniem nieuków do wykonywania odpowiedzialnych i kosztownych prac? Owszem, parę zawodów wymagało deregulacji, ale nie dwieście! Powoływanie się na przykład Niemiec jest bez sensu, jeśli się weźmie pod uwagę, jak tam rozwinięte jest szkolnictwo zawodowe; dlatego tam nie ma co regulować dodatkowymi egzaminami, komisjami i ustawami.

Gowin już się widzi w nowym rządzie – na pewno nie w roli posłańca… Raczej jako Jarosław II. Na razie jeszcze się podlizuje: „Zawsze było mi blisko do takich polityków, jak Jarosław Kaczyński…”. Skoro tak, to pytam, kiedy łże – 3 lipca br. na antenie TVP Info, udając przyjaznego prezesowi PiS-u, czy 22 maja br. w Kielcach, gdzie gromił: „Tak, dość marnowania głosów, a marnuje głosy ten, kto będzie głosował na Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego!”. I dodał jeszcze, żeby nie było wątpliwości, „Ci, którzy zagłosują na Kaczyńskiego, poprą rekordowo w skali Europy nieskuteczną opozycję”. I co, teraz pcha się do tej najmniej skutecznej opozycji? I co, z takim człowiekiem alians? Chyba tylko po to, by sobie mocno zaszkodzić, a jemu coś darmo sprezentować… Tylko za co prezenty? Bo jeśli z miłości bliźniego, to trzeba poszukać bardziej potrzebujących.

Nie wierzę w to, że „rozmowy toczą się w trójkącie Polska Razem, PiS, Solidarna Polska”, jak zapewniał bezczelnie w telewizji były minister sprawiedliwości, wciąż na pierwszym miejscu stawiając oczywiście swoje rozlatujące się ugrupowanie. Gdyby taki trójkąt powstał, to klęska PiS-u pewna. Nie tędy droga do zwycięstwa – dlatego nie wierzę Gowinowi. O co mu naprawdę chodzi, wyjaśnił niechcący już w następnym zdaniu wygłoszonym w TVP: „Najważniejsze jest to, żeby powstały wspólne listy, najpierw w wyborach samorządowych, potem do parlamentu”. Na pewno to jest najważniejsze. Dla niego. Ale Gowin dzieli skórę na niedźwiedziu, chce postawić opinię publiczną przed faktem dokonanym: on i jego ludzie znajdą się na listach PiS-u. Co na to jednak członkowie oraz sympatycy PiS-u, zwłaszcza ci, którzy z tych list będą musieli ustąpić na korzyść niedawnego kamrata Tuska albo na korzyść zdrajców z własnych szeregów, których w Gowinowym ugrupowaniu pełno? Chore pomysły.

Trzeba się bowiem zastanowić, czym jest owa Polska Razem, z czego powstała. To koczowniczy lud, ugrupowanie osób wędrujących i nielojalnych, których wylansowały wcześniej inne partie, nie wiedząc, kogo hodują na swoim łonie. Historia uczy, że nie wolno liczyć na uczciwość tego, który raz postąpił już nielojalnie, kto ma inklinacje do zdrady. Jak tylko takiemu trafi się okazja, albo jak się na coś obrazi – porzuci bez wahania kolegów. Wszyscy posłowie lub europosłowie Polski Razem zdobyli swoje mandaty z ramienia PiS-u lub PO! Czegóż to zatem dokonała owa, tak butnie przemawiająca ustami swego przewodniczącego organizacja, poza skupieniem pod jednym dachem osobników, których do niedawna na pewno nazywano by zdrajcami, choć może teraz obowiązują inne standardy i inne słownictwo, jak pokazuje afera podsłuchowa?

O samym Gowinie najlepiej świadczy kolejne zdanie z cytowanej tu telewizyjnej rozmowy: „Moja partia ma w nazwie słowo ‘razem’, więc szukamy porozumienia i to porozumienie jest realne w obrębie obozu prawicowego”. Przebiegły Jarosław Gowin i w tym przypadku nie jest w zgodzie ze stanem faktycznym. Otóż pełna i oficjalna nazwa tej partii, a raczej partyjki, brzmi „Polska Razem Jarosława Gowina”, co widnieje nie tylko w rejestrach sądowych, ale i na stronie internetowej ugrupowania. Tak, proszę państwa, taka ogromna buta została zawarta już w samej nazwie ugrupowania, takie ambicje się uzewnętrzniły. Polska pana Gowina… Cóż za pycha! Już sam ten fakt powinien stanowić wystarczający powód, by z gościem w ogóle nie rozmawiać. On rozumuje tymi samymi kategoriami, co Tusk: państwo to ja. Tamten urósł już na tyle w siłę, by ową zasadę wcielać w życie, ten – jeszcze za słaby. Żadna poważna partia europejska nie zdobyła się na zawarcie w swej nazwie podległości swemu wodzowi, nie zrobił tego nawet Haider w Austrii. Wyobraźmy sobie tylko, co by się działo, gdyby coś takiego uczynił Jarosław Kaczyński – strach pomyśleć… Wyzwano by go od faszystów i ogłoszono zagrożeniem dla świata, wezwano Europę i USA na ratunek przed nim. Ale Gowinowi takich rzeczy mainstreamowe media za złe nie mają. Palikotowi zresztą też.

Gowin zakłada prawicowy obóz… Nie wiadomo – śmiać się czy płakać. Jeszcze niedawno walczył o pozycję nr 1 w PO, a jak przegrał, to porzucił kolegów i poszedł do konkurencji. W świetle np. prawa handlowego byłoby to przestępstwo. W świetle kodeksu honorowego nie powinno się podawać mu ręki. Chce na grzbiecie PiS-u dojechać do celu (a więc do premiera, może prezydenta). A w ogóle cóż z niego za prawica? Warto zastanowić się, skąd się wywodzi Jarosław Gowin. Otóż ze środowiska, które wprost obsesyjnie nie cierpi PiS-u, a braci Kaczyńskich w szczególności. To wynoszące się ponad wszystkich środowisko ma swoje gniazdo w Krakowie, więc może warszawiacy mniej go rozeznają. Gowin to katolik, ale ten ulepszony przez Wyborczą, zwolennik tzw. Kościoła otwartego, reprezentowanego przez lewackie, postmodernistyczne kręgi Tygodnika Powszechnego, jakiegoś Kościoła przeintelektualizowanego, gardzącego pobożnością ludową. Przez ponad 10 lat był naczelnym miesięcznika „Znak”, który przemyca lewactwo w środowiska katolickie. Całe lata kibicował Unii Demokratycznej i Unii Wolności.

Ten pan na pewno nie znajdzie uznania w środowiskach „moherowych”, a tak samo i ci, którzy się z nim zwiążą – to zaś oznacza duże straty wizerunkowe wśród milinów katolickich radiosłuchaczy, telewidzów i czytelników. Taka byłaby jedna z „korzyści” ewentualnego aliansu.

Piąta kolumna

Wiemy wszyscy dobrze, że słabością PiS było od lat dobieranie sobie współpracowników i współrządzących. Z jednaj strony wspaniali ludzie, mądrzy, patriotyczni, odważni, aż tu czasem zupełnie nieoczekiwanie obdarza się dużym, a nawet wielkim zaufaniem dziwnych osobników – nie wiedzieć z jakiego powodu. Najbardziej klasycznym przykładem jest Joanna Kluzik-Rostkowska, utalentowana konstruktorka wyborczej klapy Jarosława Kaczyńskiego; te wybory naprawdę sztuką było przegrać i to z tak marnym, przypadkowym kandydatem, jak Komorowski. Najwyższy czas zdać sobie sprawę z działania piątej kolumny w PiS-ie. Trzeba się jej wystrzegać jak zarazy i to na wszystkich szczeblach. Jestem przekonany, że z pomocą różnych mediów szykowany był perfidny swoisty zamach na PiS, a na Jarosława Kaczyńskiego w szczególności. Chodziło (i chodzi dalej!) o wprowadzenie w szeregi partii ponownie fermentu, kłótni, tworzenia frakcji, walki o przywództwo – obaj omawiani tu panowie oraz ich dwory to gwarantowali, nawet gdyby to nie było ich bezpośrednim celem. Ich charaktery, ich ambicje, ich mniemanie o sobie, w końcu ich fałszywe rozumienie polityki musiałyby doprowadzić do rozbijactwa.

I jeszcze jedno. Ludzie mają dosyć międlących się między sobą od 20 albo i więcej lat polityków różnych orientacji, ale wciąż tych samych. Dla nowych i młodych miejsca w ławach sejmowych i senatorskich brakuje. Jeżeli już ktoś się tam znajdzie, to jakiś osobnik o słabej osobowości, wystawiony tylko po to, by puścić oko do młodego wyborcy. Może w PiS-ie jest pod tym względem lepiej (choć nie najlepiej); tu klasycznym i wielce pozytywnym przykładem jest Krzysztof Szczerski. Stare kadry siłą rzeczy tracą dynamikę, na to nie ma ratunku… Trzeba wyszukać więcej Szczerskich. Oni są, tylko trzeba im dać szansę, zrobić jakąś selekcję, wytyczyć drogę, nie kręcić się w kółko w tym samym kręgu osobowym. Również dlatego nie wierzę, że taki zgrany polityk, jak Gowin ma jakiekolwiek szanse na sojusz z PiS-em.

Jarosław Odnowiciel

Czy z tego wszystkiego może wynikać, że należy być samotną wyspą polityczną? Ależ nie! Trzeba jednak przyjrzeć się, jak wygląda obecnie polityka w Europie. Wyszukiwanie polityków z nazwiskiem i podkupywanie ich już od dawna nie jest praktykowane. Mało tego, jest w zachodnich krajach generalnie źle widziane tak wśród elit, jak jeszcze bardziej wśród wyborców. Tam się zdrajców nie szanuje i nie podaje pomocnych dłoni. Jednakże opozycyjne czy konkurencyjne ugrupowania obserwuje się bardzo uważnie, a następnie przejmuje się te ich idee oraz pomysły, które nabijają punkty wyborcze – nie potrzeba przejmować konkretnych ludzi. Dlatego niestety nie ma już ani klasycznych chrześcijańskich demokratów, ani klasycznych socjaldemokratów. Wielkim mistrzem w tym działaniu jest Angela Merkel. Tak wykończyła FDP, tak zneutralizowała Zielonych, tak utrzymuje od tylu lat zdecydowaną przewagę nad SPD. Stąd prosty wniosek dla PiS-u: podpatrzeć, co przyciągnęło niektórych wyborców do odszczepieńców albo do Korwina i włączyć to w swoją kampanię. Co przyciągnęło, nie – kto.

Jarosław Kaczyński powiedział 12 lipca na konwencji prawicy w Warszawie: „Zaczynamy od początku”. Dobrze powiedział, choć nie jestem pewien, czy wszyscy to dobrze zrozumieli. Po pierwsze jako kulturalny gospodarz jak najbardziej słusznie chciał być miły wobec niektórych gości, którzy jego i PiS kiedyś porzucili. Grzeczność nikomu jeszcze nie zaszkodziła i nie wyklucza też stanowczości. Po drugie „od początku” – tak przynajmniej ja to zrozumiałem – nie może przecież oznaczać rezygnacji z 13-letniego dorobku PiS-u i zaczynania wszystkiego od nowa. Według socjologicznych badań potrzeba 25 lat na ugruntowanie się prawdziwej partii politycznej i jej elektoratu. PiS połowę tego okresu i tej drogi ma już za sobą. „Od początku” to nie to samo, co „od nowa”. PiS nie startuje od nowa w politycznych szrankach, ale od początku rozpoczyna kolejny etap swej działalności. Ten etap, owszem, można by określić słowem „odnowa”, ale pisanym razem, jako rzeczownik.

Wiele dobrego dla ugruntowania Polski zrobił tysiąc lat temu Kazimierz Odnowiciel, może teraz będziemy mieli Jarosława Odnowiciela? Jest bardzo potrzebny a zagrożenia analogiczne. Kaczyński ma szanse na to miano zasłużyć. Do tego niezbędna jest jednak silna własna organizacja, liczna, dobrze reprezentowana. Dlatego może szkoda, że w czasie ostatniej konwencji nie powiedział wprost: wstępujcie w nasze szeregi, zapisujcie się do PiS-u! Tam będziemy razem, tam znajdziemy dla każdego zadanie, tam będziemy solidarni, bo jako zlepek przeróżnych ugrupowań nigdy tacy nie będziemy. Jako zlepek będziemy tylko zrealizowanym marzeniem naszych przeciwników.

„To nie o Jarosława chodzi, to chodzi o Polskę” – powiedział prezes PiS-u w odpowiedzi na skandowanie jego imienia na zakończenie warszawskiej konwencji, dając tym dowód nie tylko skromności, ale i rozwagi. Oczywiście o niego również chodzi, ale faktycznie następnym razem skandujmy: Polska! Polska! Polska!

* Felieton ukaże się niebawem, w najnowszym, drukowanym właśnie numerze Miesięcznika WPIS (45, 7/2014). Serdecznie dziękujemy Autorowi i Wydawnictwu za możliwość wcześniejszej publikacji tekstu.

Ggrzegorznieradkarzegorz Nieradka

Do dość nietypowego incydentu doszło 16 lipca w Krakowie. Działacze krakowskiej młodzieżówki Solidarnej Polski zostali zatrzymani przez policję i przewiezieni na komisariat. Powód? Młodzi ludzie spod znaku Zbigniewa Ziobro zorganizowali „konferencję prasową”, podczas której domagali się odwołania komendanta wojewódzkiego policji, używając przy tym rekwizytów, m.in. maczet, siekiery i noży.

Najnowsze sondaże, zwłaszcza ten ostatni, przeprowadzony przez TNS Polska dla „Wiadomości” TVP1, nie napawają Solidarnej Polski optymizmem. Wynik 2% dla SP na tle 40% dla Prawa i Sprawiedliwości całkowicie obala mit o tzw. drugim płucu prawicy. Jak się okazało, w Polsce jest tylko jedna partia prawicowa zdolna do przejęcia władzy. Co więcej, coraz lepsze dane sondażowe dają nadzieję na pełne zwycięstwo, tj. przekroczenie 50% progu i uzyskanie większości konstytucyjnej.

Należy pamiętać, że Zbigniew Ziobro wszedł do Parlamentu Europejskiego z list Prawa i Sprawiedliwości, a mimo utworzenia własnego ugrupowania, nie oddał mandatu europosła. Niedawne wielkie zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w Elblągu byłoby jeszcze bardziej spektakularne, gdyby nie… Solidarna Polska właśnie. Jak się okazało, kandydatom PiS w trzech przypadka zabrakło dosłownie kilka głosów, tych, które zostały oddane na SP, a w rzeczywistości na Platformę Obywatelską, bo to właśnie kandydaci tej partii skorzystali z podziału głosów na prawicy uzyskując mandaty radnych. Trudno wyobrazić sobie popłoch, w jaki popadłaby obecna ekipa rządząca, gdyby Prawo i Sprawiedliwość uzyskało nie 10 a 13 mandatów, a PO nie 7 a 4 mandaty. Gdyby nie tych kilka zmarnowanych głosów, Prawo i Sprawiedliwość miałoby samodzielną większość w dawnym bastionie PO i dziś wraz z Prezydentem Jerzym Wilkiem zmieniałoby Elbląg.

Niech to będzie przestroga dla tych wszystkich, którzy mają zamiar oddać swój głos na SP, bo jak pokazało doświadczenie Elbląga, Solidarna Polska i tak może nie uzyskać żadnego mandatu, a głosy decydujące o losie 38 mln Polaków odebrać jedynej partii zmian – Prawu i Sprawiedliwości.

tomaszkorneckiTomasz Kornecki

Po raz XX Jasna Góra gościła pielgrzymów Rodziny Radia Maryja

Po raz XX słuchacze Radia Maryja z Polski i z zagranicy zgromadzili się na Jasnej Górze. Uroczystości rozpoczęły się w sobotę. Podczas niedzielnej modlitwy Anioł Pański Benedykt XVI pozdrowił zgromadzonych w Maryjnej Stolicy Polski mówiąc, między innymi, o tym, że walczą o wolność słowa. Swoje przesłanie do uczestników pielgrzymki Rodziny Radia Maryja skierował także Wojciech Reszczyński współtwórca Teleexpressu, założyciel Radia Wawa, obecnie członek Zarządu Oddziału  Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Powiedział: „zapytajmy czy przestrzeń Boża, dzięki której rozchodzą się elektroniczne fale radiowe i telewizyjne jest dziś wolna? Niestety nie, są urzędnicy którzy uzurpują sobie prawo do dysponowania tą przestrzenią. Arbitralną, dyskryminacyjną decyzją przestrzeń tę zamknięto dla katolickiej TV TRWAM. Dlatego nie spoczniemy w staraniach o należne nam miejsce na pierwszym multipleksie dla TV TRWAM.  Arogancji władzy przeciwstawiło się już prawie 2.264 tysiące Polaków składając swoje podpisy pod protestem do KRRiT. W obronie TV TRWAM ruszyło 90 manifestacji ulicznych gromadząc na marszach steki tysięcy obywateli. Protestują samorządy, rady gmin, powiatów, miast, liczne organizacje świeckie i katolickie”.

kprmlogoPunktem kulminacyjnym uroczystości była Msza Święta odprawiona o godzinie 11:00 na Wałach Jasnogórskich. Eucharystii przewodniczył  abp Joseph Tobin, sekretarz watykańskiej Kongregacji Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszenia Życia Apostolskiego.

Homilię wygłosił ks. bp Kazimierz Ryczan, mówił w niej o wartości pamięci historycznej, upomniał się o prawo do zapłaty dla podwykonawców, którzy przygotowywali inwestycje do EURO, a nie otrzymali wynagrodzenia. Mówił o tym, że w Polsce mamy do czynienia z oligarchią. „Bądźmy realistami. Nie wyznaczymy dróg ekonomii, bo jeden bank upadający w USA wstrząśnie ekonomią świata. Nie wyznaczymy szlaków politycznych sojuszy, bo potężne narody nie słuchają, mają swoje apetyty. Możemy pomóc Europie odnaleźć samą siebie, odczytać swe początki, odnaleźć wartości zagubione. Zaczerpnijcie i zanieście. Ten program jest do zrealizowania. Warto i trzeba ratować Europę. Maryjo, Jasnogórska Królowo Polski, prowadź nas”. We Mszy Świętej uczestniczyli biskupi, politycy m.in. były premier Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro, a także wdowa po generale Błasiku, p. Ewa Błasik.

Marek Morawski

Przemyślenie wszystkich wystąpień, wysłuchanie komentarzy z reguły z jednej tylko dopuszczalnej strony ukazało wagę tej demonstracji. Można bagatelizować, można manipulować kamerą, fałszować relacje, zmniejszać rangę, można nawet przemilczeć, ale wszystkiego się nie da ukryć. Bo takie są fakty! Fakty. Trochę jednak ludzi zna Warszawę i nie wmówi nikomu, że Aleje  Ujazdowskie to jakaś dróżka na byle jakim osiedlu. Jest to szeroka arteria, z bardzo szerokimi chodnikami i długa. To nie kilka tysięcy, nawet kilkadziesiąt tysięcy może ją zapełnić, ale sporo więcej. Przecież pierwsi byli już pod Belwederem, a ostatni nie wyszli jeszcze z Placu Trzech Krzyży. To się da obliczyć całkiem dokładnie, wystarczająco , aby pokazać skalę deinformacji odbiegających od rzeczywistości, bowiem nie chodzi przecież o aptekę.

Przemówienia. Twarde, ale nie zawierały nieprawdy. Można się wybrzydzać, zgoda. Może się nie podobać. Takie jest prawo słuchacza. Niektóre kwestie dyskusyjne. To też nic nadzwyczajnego. Jeśli wszyscy będziemy myśleć tak samo, to należy już szyć dla wszystkich takie same mundurki. Nawet w Chinach od tego odeszli, postawili na gospodarkę, a dzisiaj są bankierem świata. Jakież to proste, tylko nie należy przeszkadzać. Ciekawostka. W Chinach jest ponad milion milionerów, fajne?

Przemówienie pana Kaczyńskiego. Dobrze osadzone w realiach. Mocne. Nazywające rzeczy po imieniu, czyli tak jak trzeba. I to zakończenie. Zaskakujące wszystkich, ale niezwykle ważne. Tu można było poznać znakomitego lidera. „Wracaj Zbyszku”. Kapitalne posunięcie. Dla obu stron!!!

Przemówienie Pana Ziobro. Bardzo emocjonalne. Nie dziwię się. Głos się łamał, był wzruszony. To nie była słabość. To zostało odebrane bardzo dobrze. Spontaniczność, emocjonalność były atutami. To mówiło: Nie jestem wyrachowanym, zimnym politykiem. Dla mnie najważniejsza jest Polska. Wzruszyłem się – to prawda, ale dalej będziemy iść razem do zwycięstwa, po wolność.

I co? GUZIK. Wszystko zostało niestety zniweczone, rozmyte,  powiem przez pychę, niechęć do jedności. Przez co jeszcze?

Wieczorem i w kolejnych dniach Pan Ziobro wystąpił w telewizjach nieprzychylnych jemu i generalnie prawicy. Stare wygi dziennikarskie. Już od pierwszego pytania było widać, że porąbią go na sieczkę. Nie wchodzi się w takich momentach na ekran, na antenę. To nawet młody polityk powinien wiedzieć, a nie tylko ktoś, kto chciałby pretendować do lidera prawicy. Zniwelowano bonus jedności, który udzielają wyborcy. To jest kilka procent. Strawestowano istotę problemu czyli WOLNOŚĆ do sporu o władzę jednego seniora i jednego juniora. Zmusili do mijania się z prawdą, a raczej do akceptowania podpowiedzianych odpowiedzi. I tak ukazały się krzyczące bojówki PiS, niepozwalające Panu Ziobro na spokojne przemówienie. Tymczasem okrzyki pod Belwederem  były na cześć Ziobro. Sam to słyszałem. Krzyk Zbyszek czy Zbigniew jest różny od Jarosław.

Panie Ziobro. Mowa jest srebrem, a milczenie złotem, szczególnie po bardzo dobrym Pana przemówieniu. Wzruszenie nie jest słabością. W pewnych momentach historii jest brylantem. Warto o tym pamiętać. Autentyczność jest więcej warta niż falsyfikaty.

Szkoda tylko jedności. Szkoda patriotyzmu. Wygrali cyniczni zawodowi gracze na usługach. Ich nie interesują jakieś ideały. Kasiora się liczy.

Nie chcę, ale muszę powiedzieć. Zabrakło Panu stylu, a inaczej mówiąc, to co było spontanicznie i wielkie sprowadził Pan do parteru. Prawda, że przy pomocy lepszych od Pana.

Nie na każde pytanie trzeba odpowiedzieć. Za Rakowskiego ukuto hasło: „Uczyć się choćby od diabła”. Bierz Pan przykład od Premiera. Nie chce poruszać jakiegoś problemu, to znika nawet za granicę. Chce się być wielkim, to nie musi się lecieć na każde wezwanie jakiegokolwiek dziennikarzyny.

Spalił Pan jedność. Teraz niech Pan pomyśli, jak to naprawić, choćby miał Pan zaskoczyć wszystkich, że im dech zaprze. Niech zapiera.

Może źle szacuję, ale to było spalenie łącznie od 6 do nawet 10% głosów. To nie jest w kij dmuchał. Mnie jest żal. I w pewien sposób żal mi jest Pana, bo spalił Pan swój kapitał.

Wyspiański już  podsumowywał takie sytuacje. Trzeba sobie przypomnieć, bo mi jest po prostu wstyd.

tomaszkorneckiTomasz Kornecki

Partia władzy chce postawienia przed Trybunał Stanu Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobro.

Pierwszy był premierem, drugi ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. Dzięki działaniom Zbigniewa Ziobry (fot. poniżej: Wikipedia / Marek Suwalczan) spadła przestępczość (w tym przestępczość pospolita).

zbigniewziobro„Naruszyłem pewne interesy” powiedział w rozmowie z TVP Info były minister. Zauważa, że to polityczna zemsta. „Byłem przesłuchiwany wiele razy przez kilkanaście godzin w czasie gdy u władzy była już Platforma” mówi w tej samej rozmowie. „To wybieg rządzącej PO, która zdając sobie sprawę, że na każdym polu ponosi porażki, że wszystko się sypie, usiłuje stworzyć wroga, według makiawelicznego założenia, że igrzyska przysłonią problemy – powiedział Zbigniew Ziobro w programie TVN 24 „Jeden na jednego”.

Dla Platformy Obywatelskiej sprawa postawienia prezesa Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobro przed Trybunałem Stanu to temat przykrywka. Z dnia na dzień wartość pieniądza maleje, ceny idą w górę, strajki zaczynają osiągać swoje apogeum, ludzie wychodzą na ulice. Religia jest wycofywana ze szkół.

Problem polega tylko na tym, że media przykrywają te tematy, co jest swoistym prezentem dla PO. Chyba nigdy po 1989 roku władza nie miała takiego wsparcia głównych mediów.  Ale ta osłona kiedyś może się skończyć.