Przeskocz do treści

Mirosław Boruta Krakowski

Kondolencje opublikowane w Dzienniku Polskim 15. lipca 2022 roku:
Panu Krzysztofowi Miler, serdeczne wyrazy współczucia...
składają koleżanki i koledzy z Instytutu Systematyki i Ewolucji Zwierząt Polskiej Akademii Nauk w Krakowie.
Ręce opadają na taką Akademię Nauk... Krzysztofowi Milerowi!!!

Oblikowano w Dzienniku Polskim dnia 30.05.2022:
Szanownemu Panu
Prof. dr. hab. inż. Tadeuszowi Uhl
Dyrektorowi Centrum Technologii Kosmicznych AGH...
Komu? Prof. dr. hab. inż. Tadeuszowi Uhlowi. I tylko tak jest po polsku 😉

Z głębokim żalem można przyjąć wiadomość o śmierci śp. Marii Dury - a nie Marii Dura - o czym warto pamiętać, gdy jest się dziennikarzem "Dziennika Polskiego", a także Dyrekcją i Pracownikami Szpitala Specjalistycznego im. J. Dietla w Krakowie...

Nie można kpić z odmiany imion i nazwisk odmieniając tylko imię. Tak stało się (22 marca 2022 roku) w nekrologu zamieszczonym w "Dzienniku Polskim". Na samej górzej czytamy Ryszarda Malik, by w tekście dojrzeć... składamy wyrazy głębokiego współczucia z powodu śmierci Męża - Ryszarda Malik. Kogo? Ryszarda Malika, to jasne... choć nie dla wszystkich ;-(

W języku polskim nie można złożyć kondolencji p. Andrzejowi Ziąbek, ale można p. Andrzejowi Ziąbkowi o czym powinni pamiętać Redaktorzy "Dziennika Polskiego" i Państwo z R.D.M. Śródmieście Spółka z o.o. w Krakowie...

Wyrazy głębokiego współczucia i żalu można okazać p. dr. Henrykowi Helonowi a nie Henrykowi Helon o czym z pewnością powinni wiedzieć PT. Pracownicy Poradni Specjalistycznej REVITA i Redaktorzy "Dziennika Polskiego"...

Kolejny błąd w Dzienniku Polskim...
Komu współczujemy? Nie Agnieszce Gawlewicz-Mroczka a Agnieszce Gawlewicz-Mroczce.
Kondolencje podpisał prof. dr hab. (...) z Zespołem...

Po kilkunastu dniach "Dziennik Polski" znów daje popis indolencji w odmianie nazwisk:
1) Naszemu Koledze Łukaszowi Kuza...
Komu? Łukaszowi Kuzie!
2) Pani Doktor Agnieszce Biel-Wiendlocha...
Komu? Agnieszce Biel-Wiendlosze!
A przecież to Dziennik Polski 😉

Czy składając kondolencje p. profesor Elżbiecie Reroń (odmiana prawidłowa) z powodu śmierci p. profesora Alfreda Reroń (odmiana nieprawidłowa - powinno być Alfreda Reronia) nie wie o regułach polszczyzny redaktor odpowiedzialny "Dziennika Polskiego" czy też profesor Hubert Huras?
Dziennik Polski - 21 grudnia 2021 roku.

Dziennik Polski (?), bo język polski to już nie...
Jest Aleksandrze Mączka
powinno być Aleksandrze Mączce
co polecam Redakcji oraz Dyrekcji i Pracownikom Centrum Medycznego VADIMED.

Radio Maryja

Sędzia podkreśliła, że nie kwestionuje prawdy mojego artykułu – co jest bardzo ważne – tylko wskazała, że użyłem za mocnych wyrażeń. Określenia „pasożyty” i „rak” w języku niemieckim brzmią o wiele gorzej niż w języku polskim. W Niemczech te wyrażenia kojarzone są z prześladowaniem Żydów. Nie chciałem, aby mój tekst brzmiał w języku niemieckim inaczej niż w języku polskim – trzy razy gorzej. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Z tego mogę się wycofać i przeprosić, co uczyniłem (…). Nie udała się próba zakneblowania nas, bo sąd nie zabrania publikowania napisanego przeze mnie tekstu. Mogę publikować, tylko lepiej dobierając słowa – powiedział ks. prof. Dariusz Oko, teolog, filozof i wykładowca akademicki, w audycji „Aktualności dnia” na antenie Radia Maryja.

20 maja 2022 roku w sądzie rejonowym w Kolonii w Niemczech odbyła się rozprawa apelacyjna w sprawie ks. prof. Dariusza Oko, który został skazany za rzekome „podżeganie do nienawiści wobec osób homoseksualnych”. Doniesienie do prokuratury złożył niemiecki kapłan ks. Wolfgang Rothe, który sam jest homoseksualistą. Ks. prof. Dariusz Oko złożył w tej sprawie apelację. – Sędzia przeczytała cały mój artykuł, z trudem wymawiając polskie imiona. Trzy godziny trwało czytanie artykułu, bo chciała, żeby było widać cały kontekst, nie tylko wyrwane wypowiedzi. Sędzia zaproponowała, że możemy wstrzymać cały proces, jeżeli przeproszę za kilka wyrażeń i przeznaczymy pewną sumę na dobre cele, na ofiary przestępstw seksualnych. Sędzia podkreśliła, że nie kwestionuje prawdy mojego artykułu, to jest bardzo ważne, tylko że użyłem za mocnych wyrażeń, z czym mogę się zgodzić, bo faktyczne moi przyjaciele z Niemiec powiedzieli, że po niemiecku brzmi to za mocno, gdy zostało przetłumaczone z polskiego. Nie udała się próba zakneblowania nas, bo sąd nie zabrania publikowania. Mogę publikować, tylko lepiej dobierając słowa – wyjaśnił ks. prof. Dariusz Oko.

– Podkreślam, że nie jestem ukarany. Nie jestem w rejestrach sądowych. Sędzia zaproponowała, żeby przeznaczyć pewną sumę na dobre cele, na ofiary przestępstw seksualnych, z duchem mojej książki (…). Widać, że ks. Wolfgang Rothe nie może pogodzić się z wyrokiem sądu – dodał.

Ks. prof. Dariusz Oko ocenił, że celem sprawy było wyciszenie tematu związanego między innymi z homoseksualizmem wśród osób duchownych w Niemczech. – O co chodziło w sprawie? Chcieli nas zakneblować, chcieli nas wyciszyć, ale to się nie udało. (…) W Niemczech boją się publikować teksty teologiczne. Redakcja, która wydawała moja książkę, odważyła się to zrobić (…). Warto wyjaśnić, dlaczego przyjąłem ugodę zaproponowaną przez sąd, ponieważ gdybym został skazany, to mój artykuł mógłby zostać niejako „aresztowany”. Można byłoby zarządzić, aby się do niego nie odwoływać. Teraz sytuacja jest znakomita, ponieważ po usunięciu słów, które w języku niemieckim brzmią za mocno, można go dalej publikować. Co więcej, mogę wydać książkę po niemiecku – zwrócił uwagę kapłan.

Sprawa polskiego kapłana przedstawia, jaka sytuacja ma miejsce w Niemczech. – Ksiądz, który nas oskarża, jest twarzą drogi synodalnej w tym kraju i on głosi zupełną rewolucję seksualną w Kościele, swobodę seksualną. Można nawet powiedzieć, że jest twarzą drogi Sodomy i Gomory. Ksiądz ten mówi, że Kościół nie ma w tej kwestii nic do powiedzenia. Widać, co się dzieje w Kościele niemieckim, że jest to następny akt samozniszczenia, druga reformacja – ocenił ks. prof. Dariusz Oko.

Całą rozmowę z ks. prof. Dariuszem Oko można odsłuchać tutaj:
https://www.radiomaryja.pl/multimedia/wyrok-w-sprawie-rzekomego-nawolywania-do-nienawisci-wobec-homoseksualistow

Tekst i zdjęcie za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/tylko-u-nas-ks-prof-d-oko-o-wyroku-ws-rzekomego-podzegania-do-nienawisci-wobec-osob-homoseksualnych-chcieli-nas-zakneblowac-i-wyciszyc-ale-to-sie-nie-udalo-nadal-moge-publik

Marek Gizmajer

Powstanie Styczniowe wybuchło w czasie stanu wojennego wprowadzonego przez władze carskie, walki trwały piętnaście miesięcy. „Karnawał Solidarności” lat 1980-81 trwał piętnaście miesięcy i zakończył się stanem wojennym wprowadzonym przez WRON. Nocą 14-15 stycznia 1863 do carskiego wojska powołano niepokornych z listy Wielopolskiego. Nocą 12-13 grudnia 1981 internowano niepokornych z listy Jaruzelskiego. Na każdej z tych list znalazła się podobna liczba ok. 12 tysięcy osób. Nie za dużo tych przypadków?

W 1863 roku w Petersburgu Powstańców okrzyknięto mianem bandytów, podobnie jak kilkadziesiąt lat później w Moskwie Żołnierzy Wyklętych. Zruszczeni bohaterowie opowiadania „Echa leśne” Stefana Żeromskiego nazwali Powstanie „podłym”. Carscy czynownicy w najlepszym razie głosili, że było przejawem szkodliwej nieodpowiedzialności i marzycielstwa.

Antypolska propaganda po dziś dzień powtarza tę wykładnię, urozmaicając ją wynurzeniami o romantyzmie, nieudolności i amatorszczyźnie jako naszych cechach narodowych. Porywamy się z motyką na słońce i zawsze przegrywamy, w odróżnieniu od naszych wschodnich sąsiadów, jakoby pozbawionych nieudolności i amatorszczyzny, którzy dzięki temu zawsze wygrywają. Mogą być z siebie dumni, a my mamy się wstydzić.

Czy rzeczywiście bierność i uległość wobec zaborcy byłyby rozwiązaniem lepszym niż walka? Historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Andrzej Nowak przypomniał, co działo się z Polakami, gdy się nie buntowali. „Tylko w latach 1832-1873 z terenu maleńkiego Królestwa Kongresowego wcielono do armii Imperium Rosyjskiego ponad 200 tys. młodych ludzi, z czego około 150 tys. zmarło lub zginęło gdzieś na służbie garnizonowej w kazachskich stepach lub w walce z broniącymi swej niepodległości Czeczenami, albo od kijów rosyjskich kaprali. Najwyżej 20-25 tys. wróciło po 25-letniej służbie do kraju… To tylko jeden z elementów bilansu pokory, pogodzenia z niewolą.

Jeszcze większe straty niż powstania przyniosły Polsce lata obcego panowania. Ziemie polskie i ich ludność traktowane były jako peryferie, mniej lub bardziej ważne, ale zawsze peryferie Imperium. Peryferie, które się wykorzystuje w interesie imperialnego centrum. Przeciwko takiemu traktowaniu, przeciwko trwaniu takiego położenia wybuchło kolejne powstanie: Styczniowe.”

Inny historyk działający w IPN, dr Piotr Szubarczyk, także wskazuje na przyczyny, dla których brutalna branka do carskiego wojska przeprowadzona styczniową nocą w 1863 roku musiała doprowadzić do wybuchu. „Służba przypominała bardziej kompanię karną o najostrzejszym rygorze niż to, co dziś nazywa się służbą. Żołnierze byli poniewierani, obowiązywały upokarzające kary cielesne. Nie było koszar, żyli w prymitywnych ziemiankach. Mieli być gotowi umierać za cara wszędzie tam, gdzie nienasycony rosyjski lewiatan niewolił kolejne narody lub tam, gdzie dochodziło do rozpaczliwych buntów i powstań narodowych (il. Branka Polaków do armii rosyjskiej w 1863, mal. A. Sochaczewski).

Życie rosyjskich sołdatów było tak nędzne, że w czasach Mikołaja I umierało ich co roku blisko 40 tysięcy! Młodych ludzi! Nie w walce tylko z powodu warunków życia! Ta “służba” trwała nie przez dwa lata, lecz przez wiele lat, czasem dożywotnio, daleko od bliskich! Wzięcie do wojska było jak wyrok śmierci, jak dżuma czy cholera.”

W innym artykule historyk ten dochodzi do jedynej logicznej konkluzji: „Powstanie Styczniowe nie wzięło się z próżni, nie było aktem spontanicznym, nieplanowanym. Urastało przez wiele lat w sercach i umysłach polskich.” W obronie czynu zbrojnego stanął także Prymas Tysiąclecia kard. Stefan Wyszyński w pięknej metaforze. „Przyglądaliście się może kiedyś ptakowi, jak tłucze się w klatce? Wszystko pierze z piersi swojej wyrywa […] Któż może się dziwić, że o klatkę w Polsce ustanowioną rozbijały się piersi „polskich ptaków”, aż pióra leciały, rany pozostawiając?!”

W Powstanie zaangażowało się łącznie ok. 100-200 tys. Polaków, zginęło ok. 30.000, skoordynowane walki trwały 450 dni, stoczono blisko 1300 bitew i potyczek. Dowodzili kolejno gen. Ludwik Mierosławski, gen. Marian Langiewicz i Romuald Traugutt. W oddziałach walczyło dwóch późniejszych świętych, Adam Chmielowski (brat Albert) i Rafał Kalinowski. Także Traugutt umarł w opinii świętości, a ideę jego beatyfikacji popierał Stefan Wyszyński.

Europa uznała Powstanie za wewnętrzną sprawę Rosji i pozostała bierna (il. Obozowisko wojskowe w stanie wojenym w Warszawie w 1861 roku). Francuska policja nawet aresztowała Polaków kupujących broń i przekazała wszystkie ich dokumenty ambasadzie rosyjskiej w Paryżu.

W obronie Powstańców stanął tylko papież Pius IX oskarżając cara o to, że “prześladuje z dzikim okrucieństwem naród polski i podjął dzieło bezbożne wytępienia religii katolickiej w Polsce.” Najdłużej walczył na Podlasiu oddział ks. gen. Stanisława Brzóski, którego 23 maja 1865 roku Rosjanie powiesili w Sokołowie Podlaskim, a 23 maja 2008 roku prezydent prof. Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Orderem Orła Białego.

Czy rzeczywiście Powstanie było wstydliwą i nieudolną amatorszczyzną pod hasłem „jakoś to będzie”? Istotne fakty przypomniał dr Tadeusz Krawczak, dyrektor Archiwum Akt Nowych. “Swój akces do Powstania [...] zgłosili wojskowi z Akademii Sztabu Generalnego Rosji. Symbolem jest tu Jarosław Dąbrowski, Zygmunt Sierakowski i inni. Również Romuald Traugutt był carskim oficerem i przeszedł normalną ścieżkę awansu wojskowego od junkra po oficera sztabu generalnego. Jeśli oficerowie, którzy znali siły rosyjskie i centra dowodzenia, zdecydowali się na podjęcie walki, to znaczy że widzieli szanse na powodzenie. To nie było porywanie się z motyką na słońce. Świadczą o tym plany Dąbrowskiego opanowania Brześcia, a później Modlina, rozgałęziony spisek wśród oficerów rosyjskich, itd.

Romuald Traugutt po powrocie z Francji, dokąd został wysłany przez tzw. rząd wrześniowy, wrócił z gotową koncepcją powadzenia walk. Chciał zorganizować oddziały powstańcze w regularną armię, przeprowadzić na wiosnę 1864 r. pobór do wojska w oparciu o struktury parafialne. To były plany wzorowane na poczynaniach z okresu Powstania Kościuszkowskiego”.

Nawet gdy plany nie powiodły się, to i tak armia rosyjska, największa machina militarna ówczesnego świata, dysponująca potężną siatką wywiadowczą w Polsce i Europie, potrzebowała ponad dwa lata na ostateczne pokonanie tych rzekomo szalonych, nieodpowiedzialnych, nieudolnych i niezorganizowanych Polaków.

Podobno wojna raz rozpoczęta nie kończy się nigdy. Bez lekcji roku 1863 nie byłoby roku 1918. Józef Piłsudski wychował się w rodzinie powstańczej, a gdy miał 20 lat został zesłany na Sybir, gdzie spędził pięć lat wśród Powstańców słuchając ich wspomnień, czytając pamiętniki i analizując doświadczenia. Po powrocie był już znawcą tematu, w 1912 roku wygłosił cykl wykładów analizujących powstańcze działania militarne i organizacyjne, w 1914 roku wydał książkę “22 stycznia 1863” wysoko ocenioną przez zawodowych historyków. W Powstaniu dostrzegł “wielkość, zaprzeczającą wszystkiemu temu, co my o sobie mówimy”.

Dr Bohdan Urbanowski, autor jego monografii, stwierdza: “Piłsudski mógł teraz uczyć się na błędach tych, którzy je popełniali. Zrozumiał, że konspiracja nie może być improwizacją, że musi być procesem wychowawczym i że walka jest wiedzą, którą trzeba sobie przyswoić. Sybir był szkołą charakteru, ale i korepetycjami z wiedzy o Powstaniu. Konspiracja polska przed 1863 r. trwała dwa lata, przed wymarszem Kadrówki dziesięć razy dłużej. Poprzedzona tak sumiennym przygotowaniem, uzbrojona w karabiny i wiedzę dowódcy Pierwsza Kompania Kadrowa wyruszyła w pole dokładnie w 50 rocznicę stracenia Romualda Traugutta, 6 sierpnia 1914 r. Towarzyszyła jej odezwa Rządu Narodowego wzorowana na roku 1863.

W wolnej Polsce w 1919 roku 3644 żyjących Powstańców włączono do Wojska Polskiego na prawach weteranów i jako pierwszych odznaczono krzyżami Virtuti Militari (il. Powstaniec weteran Walenty Bętkowski w 1929 r., kolorował p. Mikołaj Kaczmarek). Nakręcono o nich dziewięć filmów. To los nieodpowiedzialnych przegranych szaleńców porywających się z motyką na słońce, czy odpowiedzialnych żołnierzy dążących w niepewnych warunkach do zwycięstwa? Z dzisiejszej perspektywy nie sposób nie zauważyć, że po „zwycięskiej” armii carskiej zostały co najwyżej murszejące koszary.

Radio Maryja

Wzmocnioną rolę kuratora i nowe zasady działania organizacji pozarządowych w szkołach przewiduje nowelizacja ustawy Prawo oświatowe, którą w czwartek przyjął Sejm. Ustawę krytykuje opozycja, a także Porozumienie, które głosowało za jej przyjęciem. Posłowie ugrupowania mówią o pomyłce.

Przyjęta przez Sejm ustawa zwiększa ochronę uczniów – zapewnił minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek. – Ta ustawa daje możliwość przeciwdziałania demoralizacji dzieci i młodzieży, która zwłaszcza w wielkich miastach postępowała w ostatnim czasie poprzez tzw. edukację seksualną typu B, która robiła dzieciom i młodzieży „wodę z mózgu”, zniekształcała człowieka i prowadziła do błędu antropologicznego, fałszywej wizji człowieka – wskazał prof. Przemysław Czarnek.

Nowe przepisy dają większe uprawnienia kuratorom. To oni będą teraz kontrolować treści przekazywane dzieciom w szkołach w ramach zajęć dodatkowych nieujętych w programie nauczania. To potrzebne rozwiązanie – zaznaczył socjolog dr Mirosław Boruta Krakowski. – Czym innym jest organizacja szkoły ze strony samorządu, organu założycielskiego, a czym innym są treści przekazywane przez szkołę. Jak widać, próbowano za pozwoleniem samorządu upychać w polskiej szkole treści, których z całą pewnością rodzice by sobie nie życzyli, gdyby wiedzieli, co tam się znajduje – ocenił ekspert.

Nowe przepisy doprecyzowują również sposób odwoływania dyrektorów szkół, którzy nie realizują zaleceń pokontrolnych organów nadzoru pedagogicznego. Nowe prawo oświatowe przede wszystkim odpolitycznia szkoły – zapewnił minister edukacji i nauki. – Przeciwdziała takim wydarzeniom, jak chociażby z Warszawy w ostatnim czasie, kiedy pan prezydent m.st. Warszawy, polityk z krwi i kości, wiceszef PO użył narzędzi edukacyjnych i dyrektorów szkół po to, żeby rozesłać do wszystkich rodziców uczniów list o charakterze stricte politycznym – wyjaśnił.

Listy zostały rozesłane w połowie grudnia i dotyczyły nowelizacji prawa oświatowego. Prezydent Rafał Trzaskowski zaapelował do rodziców, by domagali się odrzucenia noweli. Projekt Ministerstwa Edukacji i Nauki krytykuje liberalno-lewicowa opozycja. – To jest krok w złą stronę, bo najlepiej o edukacji dzieci są w stanie wypowiedzieć się właśnie rodzice i właśnie nauczyciele, a nie minister, który jest de fakto realizatorem wizji politycznej partii rządzącej – mówił Miłosz Motyka, rzecznik PSL. Przeciw nowym przepisom głosowała również Konfederacja. – Ta ustawa przewiduje daleko idącą centralizację, która sprawi, że w momencie, kiedy do władzy dojdzie Lewica, Platforma, jednym przesunięciem wajchy będzie się dało zlikwidować wszystko co prawicowe i konserwatywne w polskim systemie edukacji – wskazał Michał Wawer, poseł Konfederacji.

Za przyjęciem nowelizacji ustawy Prawo oświatowe głosowało 227 posłów, 214 było przeciw, nikt nie wstrzymał się od głosu. Za ustawą zagłosowali wszyscy posłowie PiS, dwóch posłów Kukiz’15, dwóch posłów niezależnych, a także politycy Porozumienia. Jednak rzecznik ugrupowania Jarosława Gowina przekonuje, że doszło do pomyłki. – Na sali plenarnej doszło do pomyłki, która nie powinna mieć miejsca. Zostało złożone stosowne oświadczenie do marszałek Sejmu Elżbiety Witek, żeby wyjaśnić całą sytuację – zaznaczył Jan Strzeżek, wicerzecznik Porozumienia. Nowelizacja trafi teraz do Senatu, gdzie najprawdopodobniej zostanie odrzucona przez opozycyjną większość lub mocno zmieniona. To nie przekreśla jednak jej dalszego procedowania. Po pracach w izbie wyższej zajmie się nią ponownie Sejm, w którym większość ma Zjednoczona Prawica.

Tekst i zrzuty ekranowe za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/wzmocnienie-ochrony-dzieci-przed-demoralizacja

Feliks Stalony-Dobrzański*

W końcu padła jakaś bardziej skonkretyzowana propozycja, by w jednej z wielu kwestii tego wymagających, czynem a nie samymi słowami powiedzieć Unii Europejskiej – dość. Po za tym też należałoby urzędnikom UE powiedzieć – ludzie, sami sobie zaprzeczacie idąc w szaleństwie poprawności politycznej wbrew realiom, przyjętym traktatom a w końcu też przyjętym a nie na dowolnie i przy stole wymyślanym - niby zasadom.

Ten opis to oczywiście mój swobodny przekład istoty wystąpienia pana posła Zbigniewa Ziobry z propozycją wypowiedzenia pakietu klimatycznego. Politycznie to ostrożne wystąpienie. Zauważmy, że powiedział to poseł, ale nie prezentując - mam nadzieję tylko na razie – oficjalnego stanowiska Rządu, a występując jako szef konkretnej partii należącej do rządzącej koalicji. Tak więc, wystąpienie to należałoby widzieć nie tylko jako jakąś ogólną opinię w dyskursie publicznym na ten temat ale jako coś bardziej ważkiego,. konkretną propozycję postawioną do rozważenia dla Rządu, ale nie oficjalne stanowisko Rządu, którego członkiem jest Pan Minister. I samo to jest już budujące. Bez wyskoków ponad kompetencje przynależne Rządowi i Premierowi nastąpiło zdecydowane postawienie jednej z kluczowych kwestii dla bytu gospodarczego Polski – a więc i każdego Polaka, co nastąpiło w formie do otwartego rozważenia pod kątem podjęcia konkretnych kroków. To wyraźne wskazanie, że należy działać bez straty czasu na dywagacje. Rozważyć należy ale czasu już nie ma. Pętla jest nam zakładana na szyję i to w wielu dziedzinach a my stoimy nie reagując. Przynajmniej na to wygląda. Skupmy się więc na tym jednym - na zakresie ochrony środowiska.

Pakiet klimatyczny – jakże pięknie brzmi a cel wygląda na niby szczytny. Tak jak i hasło, że wszyscy powinni być młodzi piękni zdrowi i bogaci. Każdy wie, że działanie wedle myślenia życzeniowego w oderwaniu od realiów a do tego gdy cel jest wyimaginowany nawet piękny hasłowo a doktrynalny – musi się skończyć tragicznie – i to dla wszystkich.

I to jest drugi powód dla którego propozycja pana posła Zbigniewa Ziobry jest godna uważnego podejścia. Namawia do obrony nie tylko Polski ale i zdrowego rozsądku.
Odnosząc się do sprawy należy rozważyć co najmniej dwie kwestie:
jedna - zasadności merytorycznej ruchu odstąpienia od pakietu a dopiero po jej stwierdzeniu, pojawia się dopiero
druga sprawa – skutków prawnych i ekonomicznych wypowiedzenia pakietu czyli realnych możliwości realizacji proponowanego ruchu.

Samo powiedzenie – ten pakiet bije nokautująco w naszą gospodarkę właściwie powinno być wystarczające – niemniej nie kwestionuje podawanego jako oczywiste i nie podlegające dyskusji twierdzenia o generalnej zasadności wprowadzania tego pakietu i to w tej formie. Tymczasem właśnie jego istota jest czysto doktrynalna i pozostaje w sprzeczności z przyjętymi zasadami i celem – ochroną środowiska. To, że nokautuje gospodarkę swoją drogą też w sposób zasadniczy przeczy przyjętym zasadom w sprawie relacji pomiędzy interesami środowiska i człowieka co ważne – jako uczestnikiem a nie wrogiem środowiska naturalnego.

Tym samym wykazanie sprzeczności pakietu z zasadami podejścia do ochrony środowiska należy użyć w argumentacji motywującej odstąpienie od pakietu. Mówmy o obronie nie tylko naszych interesów ale zasad i zdrowego rozsądku przed terrorem pomysłów doktrynerskich.

Sama kwestia możliwości wykonania ruchu odstąpienia i jego skutków prawnych jest choć istotna, to w tym świetle wtórna w stosunku do wskazania, dookreślenia i mocy podstaw merytorycznych kwestionowania samego pomysłu pakietu. Dopiero na tym tle można i trzeba wskazać, iż mamy do czynienia z używaniem pięknych deklaracji odnoszących się do ochrony środowiska, można mówić jako broni w hybrydowej walce na polu gospodarczym. Nie ma co udawać że jest inaczej i warto to w końcu głośno wyrazić Co prawda w Unii Europejskiej rzeczowe argumenty mają wręcz trzeciorzędne znaczenie, lecz tym bardziej ich skonkretyzowanie ma wielkie znaczenie. Ujawni bezsens i bezprawność kolejnych ruchów tego czysto urzędniczo-politycznego towarzystwa by nie rzec ferajny bo tam – już najwyraźniej traktaty i prawo oraz sens nie mają najmniejszego znaczenia.

Argumentacja merytoryczna to nie naiwność to a realizm.

Zacznijmy może od tego, że powszechnie uznanym – czyli będącym podstawą prawa w zakresie relacji pomiędzy potrzebami człowieka i środowiska jest postulat działania zgodnie z zasadą zrównoważonego rozwoju. To wręcz bałwochwalczy aksjomat zielonych postępowców i może do niego się odwołajmy.

Przypomnijmy więc cóż to takiego mówi owa zasada przyjęta jako podstawa podejścia człowieka do ochrony środowiska. Zasada ta precyzuje reguły dbania o środowisko, sięgające ponad jego ochronę jedynie poprzez walkę z objawami i samą ochroną gatunkową.

1/ potrzeby człowieka i środowiska mają pozostawać w równowadze na gruncie najlepszej a dostępnej wiedzy, techniki i technologii,. Innymi słowy jest niedopuszczalne – co podkreślmy - uznanie priorytetu potrzeb i wymagań jednej ze stron tej relacji a decyzje w sprawie osiągania równowagi mają mieć oparcie w wiedzy, do której można dojść tylko przez porównanie racji a nie przez doktrynalny dyktat.
Z tego wyprowadza się:
a/ konieczność narzucania sobie ograniczeń w zakresie używania dóbr naturalnych i środowiska Te ograniczenia (a nie zakaz ich używania!) mają być oparte o wiedzę a działanie ma pozostawiać zasoby i środowisko w najlepszym osiągalnym stanie i zasobności tak, by pozostały do dyspozycji dla przyszłych pokoleń. Tu są ważne słowa; wiedza i pozostawienie. Oznaczają one wprost:
a1/ konieczność współdziałania i podejmowania decyzji oraz rozpatrywania skutków nie tylko w oparciu o wiedzę techniczną ale też na gruncie ogólnej a nie wycinkowej wiedzy tj. ekonomii, prawa, wiedzy socjologicznej itd. I dopiero z tego mogą być wyprowadzane decyzje i działania. Tym samym również postawa skrótowo określana powiedzeniem - w imię ochrony sasanki wracamy na drzewa i do lepianek – przeczy podstawom zasady gdyż przyznaje priorytet – tu przywołanej jako symbol - sasance czyli przyrody nad bytem człowieka. Z tego np. można wyprowadzać sprzeczność protestów tzw. ekologów z faktyczną ochroną środowiska sprowadzając priorytet ochrony gatunkowej nad dążeniem do uzyskania równowagi, Mamy dbać o byt owej sasanki, ale ograniczając się a nie rezygnując ze swych możliwości życia, mamy tworzyć zastępcze warunki bytu owej sasanki np. wzbogacając jej inne siedliska.

a2/ pozostawienie dóbr naturalnych dla następców – nie oznacza zakazu używania tych dóbr a tylko (i aż) nakaz, by w przypadku konieczności użycia walorów środowiska minimalizować antropopresję zaś czynione szkody kompensować a najlepiej – naprawiać. Zasoby nieodnawialne mogą być zużywane ale tylko w niezbędnym zakresie wyznaczonym aktualnym stanem wiedzy i techniki Tu pojawia się też problem podstaw samej koncepcji handlu prawami emisyjnymi, ale tym teraz i tu się nie zajmujmy. Innymi słowy, zasoby nieodnawialne mamy używać w stopniu minimalnie niezbędnym i mamy je zastępować zasobami odnawialnymi i obiegiem surowca. To z kolei nakazuje korzystać – cały czas na gruncie najlepszej dostępnej techniki - z zasobów odnawialnych i z tych z odzysku a dopiero w drugiej kolejności i to w jak najmniejszym koniecznym zakresie z zasobów nieodnawialnych. To ważny punkt z punktu widzenia naszej energetyki, potrzeb gospodarczych i wymogów pakietu klimatycznego.

2/ Ważnym postulat dla powiązania i równoważenia skutków z jednej strony niezbędnego gospodarowania jak i z drugiej koniecznej dbałości o środowisko jest ujęty w zdaniu – myśl globalnie – działaj lokalnie. To zdanie jest prawie kolejnym dogmatem zielonych. Fakt. Równoważyć interesy i potrzeby człowieka z wymogami ochrony środowiska można i trzeba tylko na miejscu ich naruszania a nie w ogóle naprawiając świat, bo reagować można tylko działając lokalnie mając na względzie wpływ działania lokalnego na sytuację ogólną. Ta ocena znów musi być oparta o najlepszą dostępną wiedzę a ta jest osiągalna tylko w porównaniu dowodów a nie haseł. Są oczywiście elementy wymagające reakcji w większej, ogólnej skali. Jednak skupianie się na generalizacji tak, jak jest to robione pakietem klimatycznym przeczy samemu wspomnianemu podejściu. Ukonkretniając. Polska opiera swe potrzeby energetyczne na węglu, co jest wynikiem tak bagażu przeszłości jak i warunków naturalnych. Ma być zmuszona do płacenia za prawa emisyjne i to windowane w górę. Piszę windowane – bo prawo do emisji jest „towarem” którego cena wynika tylko z umownej gry spekulacyjnej. Biurka i białe kołnierzyki są głównymi składowymi tej ceny Pomińmy tu rozważanie kto i na jakiej zasadzie jest dysponentem tych praw jako towaru i co wyznacza jego wartość – bo to oddzielny problem. Zasoby naturalne każdego kraju wręcz rejonu są różne. Podstawą sprawy jest przyjęcie bez poważnego rozważenia (czyli omijanie przez obśmianie) rzeczowych argumentów przeciwnych, że:
* globalne ocieplenie ma miejsce i to w skali ponad naturalnej fluktuacji oraz termodynamicznie globalnie
** za to ocieplenie jest odpowiedzialna antropogeniczna emisja CO2
*** emisja tego gazu pochodząca z UE jest globalnie ważąca
W tym zakresie pada też często argument o konieczności działania o charakterze koniecznej prewencji (trzeba działać na wszelki wypadek a nie dywagować – co już znów przeczy konieczności działania zgodnie z najlepszą dostępną wiedzą) a to już nie poddaje się wiedzy a jest stanem osądu narzuconym przez to, co nazywa się polityczną poprawnością. Doktryna osłabia gospodarkę pogarszając warunki bytowe człowieka – co samo w sobie stoi w sprzeczności z zasadą, o której tu mowa gdyż ta wymaga zrównoważania potrzeb środowiska i byty człowieka. Nie dopuszcza eliminacji człowieka. Choć i takie „ekologiczne” pomysły są prezentowane przez zielonych w postaci wykazywania konieczności depopulacji w imię ochrony środowiska naturalnego.

Przyjmując, że Polska ma jakiś wkład w sumaryczną emisję CO2 pochodzącej z UE, działaniem w kierunku naprawy, kompensaty szkód byłyby dwa kroki Jeden by dokonanie w tej sytuacji rzetelnej oceny rzeczywistej, całkowitej krajowej emisji (czyli z uwzględnieniem pracy lasów – a tu zagadkowe jest odejście od zapisu Protokołu Paryskiego w/ uwzględnienia pochłaniania O2 przez lasy). Drugim i to przede wszystkim, by być w zgodzie z regułami, byłby ułatwienie inwestowania w zmianę struktury energetyki likwidującą lub kompensującą szkody - tu emisją CO2 Te w lokalnych polskich warunkach oznaczałoby np. użycie wsparcia zmian w technologiach pozyskiwania i używania węgla, jako zasobu nieodnawialnego lokalnie dostępnego. To stawia pytanie komu i za co się płaci handlując prawem do emisji. Obecne rozwiązania wprost preferują tych, którzy lokalnie mieli lepsze warunki startowe a dyskryminuje obciążeniem tych, którzy te pieniądze mogliby skierować na zmiany struktury energetyki. W warunkach Polski mówimy o innych technologiach wydobycia i używania węgla jako zasobu nieodnawialnego.

3/ zapewnienie rzeczywistej przyjazności danego rozwiązania dla środowiska, w tym pod katem poszukiwania równowagi wedle ZZR pociąga za sobą konieczność bilansowania pełnych i o ważne - ciągnionych skutków ekologicznych zastosowania nie tylko danego produktu, wyrobu czy technologii ale też rozwiązania zastosowanego w życiu społecznym.

Przykładem niech będzie tzw. żarówka energooszczędna lub elektromobilność. Żarówka, owszem, jest oszczędna w momencie jej używania – ale należałoby zsumować koszty i szkody środowiskowe jakie pociąga jej wytworzenie i utylizacja. Politycy i lobbyści często powtarzają też mantrę, że energia wiatrowa lub słoneczna jest darmowa i w pełni ekologiczne. To na gruncie ZZR jest wprost propagandowym kłamstwem. Mamy wszak liczyć pełny i ciągniony koszt ekologiczny danego rozwiązania. Obciążenie środowiska pozyskaniem surowców, wytworzeniem np. paneli silników, akumulatorów energii, sterowników) budowy infrastruktury (w tym np. masztów czy linii przesyłowych to stal aluminium miedź i ich stopy z innymi pierwiastkami) a potem utylizacją c odpadów – jest czymś co musi być liczone w kosztach pozyskania ten „darmowej” energii. W tym kontekście należy widzieć ceny giełdowe pierwiastków używanych np. przy produkcji paneli fotowoltaicznych patrząc na czas ich efektywnego działania i kosztów wymiany oraz utylizacji. Na tym tle oceniać należy też np. politykę Kremla w odniesieniu do Kazachstanu, który dysponuje drugim po NS2 narzędziem do kurka energetycznego wpływu na zachodu – mowa o uranie jako paliwie do EJ, Czy interwencja militarna z powodu protestów ulicznych może być inaczej wyjaśniona? Dla Rosji nawet dalsza aneksja Ukrainy jest mniej ważna może być zostawiona na czas rozmiękczenia zachodu który już w imię interesów Niemieckich a sprzecznie z interesami środowiska – uznaje agresywne posunięcia i żądania Kremla za powód do partnerskiego dialogu, którego nigdy od czasu Imperium Carskiego Rosja nie ma w katalogu swych działań politycznych. My mamy obowiązek i prawo przypominać, czym skończyły się złudzenia Monachium i Jałty, Jak widać problematyki ochrony środowiska nie da się oderwać od nie tylko polityki ale i szerszego kontekstu. A to właśnie oznacza wymóg podejmowania decyzji w oparciu o dostępną wiedzę w wielu dziedzinach a nie tylko biologii czy nauk opisujących jakość i ilość zanieczyszczeń.

Wracając jeszcze do przykładów. Elektromobilność tylko przenosi miejsce, wytwarzania energii – nie powodując emisji zanieczyszczeń w miejscu jej zużywania. Generowanie szkód środowiskowych odbywa się w innym miejscu jest łatwiejsze do kontroli To fakt,. Jednak energię zużywa się ze stratami (przesył, sprawność silników) lecz też powstają koszty środowiskowe pozyskania materiałów na choćby elektronikę i akumulatory i ich znów – jak się to mówi – utylizację. Łączny całkowity koszt ekologiczny rozwiązania a nie przyjmujmy, że elektromobilność jest lekiem na całe zło. Jeśli się wykaże że obniża ona koszt ekologiczny transportu – to w porządku. Tyle co do zasad tak czczonych przez ekoreligię.

A co z tego wprost wynika dla oceny ekologiczności czyli przyjazności dla środowiska zgodnie z zasadami tego co zawiera pakiet klimatyczny?

Podwaliną pakietu jest przyjęcie, że głównym wrogiem środowiska jest CO2. To aksjomat przyjmowany jako oczywisty i nie podlegający dyskusji. Wiedza czyli poważne porównanie racji – śpi. Jakoś mało wystarczające jest ogłoszenie, że przeciwnicy tezy, iż to człowiek jest głównym i decydującym czynnikiem wpływu na ocieplenie klimatu, to sekta zwolenników płaskości ziemi i że owo ocieplenie w ogóle ma miejsce jako proces nie mieszczący się w naturalnym biegu cykli historii ziemi. W tekście podnosiłem sprawę poważnej dyskusję na argumenty nie tylko w sprawie samego ocieplenia klimatu i jego decydującego powiązania z emisją CO2 i co najistotniejsze z punktu widzenia pakietu, realnego wpływu człowieka w ogóle a antropopresji pochodzącej z Europy w szczególności.

W sprawie pakietu należy pytać o same obecne zasady handlu prawami (kto jest dysponentem, właścicielem tych praw powinno zostać powiedziane dla potrzeb rynkowych) i o ocenę poziomu emisji danego Państwa i terenu. Tu musi być wyjaśnione biznesowe tło przyczyny i to szybkiego odejścia od zapisu z protokołu Paryskiego mówiącego o przyjęciu, bo uwzględniającej pracę lasów w pochłanianiu tego gazu, realnej wartości emisji z danego obszaru.

Choćby to, że każdy postulat doktrynalnej ochrony środowiska – radykalnie ingerujący w możliwości życiowe człowieka, wprowadza naruszenie równowagi ergo – działa na szkodę i człowieka i środowiska.

Należy podnieść następną sprawą, która może być wskazana jako naruszająca w sposób zasadniczy obowiązujące reguły właściwego podejścia do zachowania dobrostanu środowiska przy równoprawnym i racjonalnym utrzymaniu warunków życia człowieka. W zakresie handlu prawami emisyjnymi a tym bardziej obecnych zasad jego prowadzenia należy poruszyć zderzenie generalnej motywacji dążenia do opanowania poziomu emisji z terenu – tu UE z realiami i też samymi zasadami. Minimalizacja powinna oznaczać dążenie do wartości minimalnej przypisanej w skali makro – dla tego terenu. Kto i jak wyznacza tą wartość aktualnie właściwą? Nawet tło poziomu emisji nie jest takie samo w każdym terenie i kraju. Gra rynkowa oznacza porównanie popytu i podaży jakiegoś produktu. Producentami są ci, którzy wytwarzają emisję CO2 a handel prawami emisyjnymi odbiera im podstawy ekonomiczne dla dokonania zmian czyli ich dyskryminuje. Oczywiście jest możliwość uznaniowego dofinansowywania takich zmian ale handel oznacza przepływ pieniędzy między podmiotami transakcji. Konic kropka. Ktoś uprawnienie sprzedaje a ktoś inny kupuje. Ten kto je kupuje, pieniędzy na zmiany i poprawę sytuacji już nie ma. Powtarza się pytanie o wytwórcę i rynek owego towaru.

Tyle, choć długo a najkrócej i do rozważenia tematu handlu emisjami w obecnym wydaniu, zwłaszcza w kontekście zasad czczonych dogmatycznie przez zielonych.

* Autor jest doktorem inżynierem, em. pracownikiem Akademii Górniczo-Hutniczej.

1. Najnowsze badania przyczyn Katastrofy Smoleńskiej

W najnowszym, listopadowym numerze czasopisma Journal of Forensic Sciences (Czasopismo Nauk Kryminalistycznych) dostępnym na stronie, a wydawanym przez American Academy of Forensic Sciences (Amerykańską Akademię Nauk Sądowych) ukazał się artykuł zatytułowany „Mass spectrometry of the soot left after ethylene oxide explosion answers some questions on the crash of Polish Air Force Flight 101” („Spektrometria masowa sadzy pozostałej po wybuchu tlenku etylenu odpowiada na pytania dotyczące katastrofy samolotu nr 101 Polskich Sił Powietrznych”).

Autorem jest dr hab. Jacek Wójcik emerytowany pracownik naukowy Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN. Artykuł ten opublikowany w profesjonalnym czasopiśmie amerykańskim nie wywołał do tej pory żadnego echa w Polsce. Jednakże jego treść powinna mieć dla polskiej opinii publicznej siłę trzęsienia ziemi. Zarówno samo czasopismo o światowym zasięgu jak też rygory dopuszczenia do druku w tym czasopiśmie praktycznie wykluczają możliwość wydrukowania błędnych lub wątpliwych tez. Opinia międzynarodowa musi przyjąć ten artykuł jako rzetelny i zweryfikowany pod względem naukowym i badawczym. Ważne jest, że istotą artykułu jest stwierdzenie, iż na badanej tkaninie należącej do jednej z ofiar Katastrofy Smoleńskiej istnieje niepodważalny dowód świadczący o wybuchu bomby termobarycznej.

2. Dotychczasowa wiedza

Artykuł Jacka Wójcika domyka niejako naszą wiedzę o przyczynach zniszczenia samolotu w Katastrofie Smoleńskiej. Przypomnieć należy, że sam przebieg Katastrofy Smoleńskiej został ustalony w wyniku 4 Konferencji Smoleńskich i opublikowany w opracowaniu „Co wiemy o przebiegu Katastrofy Smoleńskiej” stale dostępnym na stronie. Wiemy więc, że zniszczenie samolotu nastąpiło w wyniku szeregu kolejnych eksplozji nad ziemią zgodnie z tzw. technologią „controlled demolition”. Na ziemię spadły oddzielnie poszczególne fragmenty w kolejności zgodnej z kolejnością ich odrywania od konstrukcji. Po odcięciu końcówki lewego skrzydła nastąpiło rozerwanie pozostałej części lewego skrzydła doczepnego, potem odrywanie części ogonowych, a na końcu rozerwanie kadłuba wewnętrzną eksplozją. Ten ostatni fakt był od samego początku jasny, gdyż sposób zniszczenia kadłuba ukazywały znane powszechnie zdjęcia ze Smoleńska. Widać na nich, że kadłub jest rozerwany wzdłuż, a więc zniszczenie takie nie mogło być wynikiem jakichkolwiek udarów, czy działania sił zewnętrznych – konstrukcji w kształcie rury nie da się rozerwać wzdłuż uderzając w nią z zewnątrz.

Postać zniszczenia kadłuba dowodzi, że został on zniszczony w wyniku wewnętrznej eksplozji, ale nie było wyraźnego dowodu, jakiego rodzaju była to eksplozja (fot. Wrak Tu 154 leżący na lotnisku w Smoleńsku. Nawet po odcięciu sufitu i dużej części burt jest oczywiste, że kadłub został rozerwany, a nie zgnieciony). Wchodziły w rachubę 3 możliwości:
— wybuch oparów paliwa - samo paliwo nie ulega eksplozji, a jedynie mogą eksplodować jego opary,
— wybuch klasycznych materiałów wybuchowych oraz
— wybuch termobaryczny – w pierwszym etapie wybuch rozpyla w pomieszczeniu środek łatwopalny, a w drugim następuje eksplozja tego środka w całej objętości pomieszczenia.

Analizy prowadzone w ramach prac Podkomisji Smoleńskiej wykluczyły wybuch oparów paliwa, a szereg faktów przemawiało za wybuchem termobarycznym (fot. Środkowa część kadłuba od wręgi 40 do 64. Rozerwanie wzdłuż kadłuba oraz wywinięte i wyrzucone na zewnątrz burty i sufit świadczą o potężnej eksplozji wewnątrz. Tego typu zniszczenie nie może być wywołane działaniem sił zewnętrznych). Świadczyło o tym:
— rozerwanie kadłuba na dużej długości, co świadczyło, że eksplozja objęła całe wnętrze kadłuba,
— wydmuchanie z wnętrza kadłuba całej zawartości - pasażerów, foteli, a nawet wewnętrznej wykładziny ścian,
— zerwanie z wielu ofiar odzieży, co jest możliwe jedynie w wyniku fal ciśnienia i podciśnienia charakterystycznych dla wybuchu termobarycznego.

Było więc wiele przesłanek świadczących o rodzaju wybuchu w kadłubie. Jednakże dopiero artykuł dra hab. Jacka Wójcika dostarcza bezpośredniego dowodu na rodzaj wybuchu. Na materiale należącym do jednej z ofiar znaleziono takie związki chemiczne (kopolimer tlenku etylenu C2H4O z oksometylenem CH2O), jakie mogą powstać jedynie w wyniku wybuchu bomby termobarycznej.

3. Wnioski

Po pierwsze, profesorowi Jackowi Wójcikowi należą się wyrazy najwyższego szacunku i uznania za jego wkład w ustalenie przyczyn Katastrofy Smoleńskiej. Jego praca świadczy, że obecne możliwości naukowe umożliwiają ustalenie przyczyny katastrofy nawet po 11 latach.

Po drugie, artykuł profesora Jacka Wójcika powinien być podstawą do uzupełniających badań prowadzonych nadal przez Prokuraturę Krajową nad przyczynami Katastrofy Smoleńskiej. Oczekujemy, że Prokuratura zwróci się do autora z prośbą o przeprowadzenie podobnych badań na innych materiałach należących do ofiar, a będących w posiadaniu Prokuratury.

Prof. Piotr Witakowski

Tekst i zdjęcia za: https://wpolityce.pl/smolensk/575376-prof-witakowski-przyczyna-rozerwania-kadluba-w-smolensku

Mirosław Boruta Krakowski

Kolejny listopadowy błąd w Dzienniku (skadinąd) Polskim... z powodu śmierci śp. mgr Iwony Mihułka... zamiast śp. mgr Iwony Mihułki. Macie tam Państwo kogoś, kto zna reguły polszczyzny?

I kolejny kwiatuszek z Dziennika Polskiego (sic!) 😉 Jest: Naszemu Koledze Sławomirowi Dusza i Jego Rodzinie... Zarząd i Pracownicy ZISTECHNIKA Sp. z o.o. w Krakowie. Powinno być: Naszemu Koledze Sławomirowi Duszy i Jego Rodzinie... Jakąś "koretkę" w wydawnictwie Państwo mają?

Dziennik Polski (sic!), 17 listopada 2021 roku. Nie można po polsku napisać Edwardowi Wąs, po polsku można napisać Edwardowi Wąsowi... Co dedykuję Zarządowi Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Krakowie oraz Koleżankom i Kolegom.

I znów kwiatek z "Dziennika Polskiego" - choć władze już inne 😉 Bo nie pani Annie Witek-Kuzioła tylko panie Anie Witek-Kuziole warto złożyć wyrazy współczucia... O czym powinni wiedzieć (obok PT. Redaktorów) także Prezes, Sędziowie i Pracownicy Sądu Rejonowego dla Krakowa-Krowodrzy w Krakowie.

No i na koniec, bo ręce opadają: Prof. dr. hab. Władysławowi Miodunka najszczersze kondolencje... (to Dziennik Polski i) Dyrektor Szpitala Dziecięcego im. św. Ludwika z Zespołem. Profesorowi Władysławowi Miodunce, który w swoich programach uczył, że nazwiska się odmienia. Wstyd dla gazety, wstyd dla autorów kondolencji ponad wszelką miarę...

Kolejny przykład językowej głupoty, tym razem głupoty z Gazety Wyborczej: "Panu Witoldowi Stanaszek najgłębsze wyrazy współczucia..." Po polsku Witoldowi Stanaszkowi! Oprócz Gazety Wyborczej szeregi nieuków zasila Dyrekcja oraz pracownicy Zarządu Dróg Miasta Krakowa...

Opublikowano w Dziennik Polski dnia 17.08.2021 Toż to już polska gazeta, wypada publikować po polsku 😉 Panu Tomaszowi Skomorucha i jego Rodzinie... Źle! Panu Tomaszowi Skomorusze i jego Rodzinie... Dobrze! Dedykuję Dyrekcji i Pracownikom Centrum Medycznego VADIMED.

Opublikowany w Dziennik Polski dnia 11.06.2021. Andrzejowi Stelmachów. Składamy kondolencje / p. prof. dr hab. med. Andrzejowi Stelmachowi. Koleżanki i Koledzy z Zespołu Kliniki Urologii Onkologicznej. Mamy tutaj dwie formy, druga poprawna, ale ta pierwsza to językowe kuriozum 😉

Początki są zawsze trudne, zmienił się redaktor naczelny "Dziennika Polskiego" a głupota została. Ostatni przykład: Agacie i Aleksandrowi Gwiazda wyrazy głębokiego współczucia i żalu... Po polsku napiszemy: Agacie i Aleksandrowi Gwiazdom - co dedykuję redakcji oraz Radzie Nadzorczej, Zarządowi i Pracownikom Spółdzielni Mieszkaniowej „Na Kozłówce” w Krakowie...

Trzy językowe błędy na weekend w "Dzienniku Polskim" (polskim już niebawem!): a) łącząc się w żałobie i smutku po śmierci Grażyny Leja zamiast (kogo) Grażyny Lei, b) naszemu Koledze Guyowi Torr zamiast (komu) Guyowi Torrowi, c) pani Barbarze Miękina serdeczne wyrazy współczucia zamiast (komu) Barbarze Miękini...

Marek Gizmajer

Józef Piłsudski jako jeden z bardzo nielicznych polskich przywódców początku XX wieku uznał, że niepodległość można wywalczyć tylko zbrojnie. Był synem powstańca styczniowego, na zsyłce na Syberii poznał innych powstańców, dokładnie przeanalizował przebieg tego powstania i napisał o nim książkę cenioną przez historyków.

Przestudiował także inne konflikty małych sił ze znacznie potężniejszymi armiami, np. wojny burskie, powstanie bokserów, powstanie Garibaldiego, wojnę o niepodległość Stanów Zjednoczonych i wojnę japońsko-rosyjską z 1905 roku. Tę ostatnią studiował z podręczników japońskich, choć nie znał tego języka, ale wystarczały mu ryciny przedstawiające położenie wojsk. Inne dzieła czytał w oryginale po francusku, niemiecku i rosyjsku. Jego żona wspominała, że zawsze miał przy sobie jakieś książki. Starał się znaleźć klucz do zwycięstwa Dawida nad Goliatem. I znalazł.

W 1908 r. we Lwowie z jego inicjatywy powstał Związek Walki Czynnej mający szkolić przyszłe kadry wojska polskiego. W 1910 r. we Lwowie powstał paramilitarny Związek Strzelecki, a w Krakowie Towarzystwo Strzelec. 28 lipca 1914 r. wybucha I wojna światowa. 3 sierpnia Strzelcy uformowali I Kompanię Kadrową. Średnia wieku wynosiła 19 lat. Wymaszerowali z Oleandrów 6 sierpnia. Towarzyszyło im siedmiu jeźdźców pod dowództwem Władysław Beliny-Prażmowskiego, zaczątek polskiej kawalerii.

W Galicji ostatecznie utworzono Polski Legion złożony z trzech brygad. Swobodą cieszyła się tylko Pierwsza Brygada pod dowództwem Piłsudskiego (fot. Józef Piłsudski ze sztabem w Kielcach - 1914). Drugą Józefa Hallera i Trzecią Stanisława Szeptyckiego kontrolowali Austriacy. Razem liczyły ok. 20 tysięcy żołnierzy. Polskie formacje istniały też w wojsku carskim. Na dawnych Kresach powstały trzy Korpusy Wschodnie złożone z ok. 30 tys. Polaków. Największym w rejonie Bobrujska dowodził gen. Dowbór-Muśnicki. W zaborze rosyjskim powstała też Polska Organizacja Wojskowa licząca 50 tys. bojowników. Przypominała Armię Krajową.

Strzelcy Piłsudskiego po sześciu dniach dotarli do Kielc, gdzie stoczyli pierwszą potyczkę. Potem z wojskami austriackimi przeszli krwawy szlak do Dęblina i na południe w okolice Nowego Sącza. W listopadzie Piłsudskiego mianowano brygadierem. Na Boże Narodzenie jego Brygada stoczyła najkrwawszy bój tego roku, pod Łowczówkiem. Z 5000 legionistów zginęło lub odniosło rany 1000.

W maju 1915 był kolejny krwawy bój pod Konarami. W trakcie tygodniowej bitwy zginęło ich 600. Jednak w lipcu polska kawaleria zdobyła Lublin, a 5 sierpnia Niemcy wkroczyli do Warszawy (fot. Józef Piłsudski w Krakowie - 1915).

W 1916 podczas najkrwawszej bitwy Legionów pod Kostiuchnówką (il. Okopy pod Kostiuchnówką - mal. S. Studencki) poległo lub zaginęło 2000 legionistów. Piłsudski często towarzyszył żołnierzom w okopach na pierwszej linii. Podkomendni bali się o jego życie.

Po pokonaniu Rosji jesienią 1916 roku Niemcy i Austria chciały wykorzystać Polski Legion na innych frontach. Piłsudski nie zgodził się, wstrzymał rekrutację i podał się do dymisji, a Legioniści odmówili złożenia przysięgi zaborcom. Internowano ich w Beniaminowie i Szczypiornie, gdzie wskutek fatalnych warunków wielu zmarło. Niemcy aresztowali też przywódców POW, potem szefa sztabu Kazimierza Sosnkowskiego i wreszcie Piłsudskiego. Osadzili ich w twierdzy w Magdeburgu.

W 1917 roku pod wpływem Ignacego Paderewskiego prezydent USA Woodrow-Wilson w orędziu do Kongresu domagał się utworzenia niepodległego państwa polskiego, a we Francji powstał Komitet Narodowy Polski z Romanem Dmowskim. W 1918 roku we Francji gen. Haller rozpoczął formowanie Błękitnej Armii. Tworzyli ją Polacy z armii francuskiej, polscy jeńcy z armii niemieckiej i austro-węgierskiej oraz ochotnicy z polonii amerykańskiej. Ostatecznie armia licząca ok. 100.000 żołnierzy dotarła do Polski już w 1919 roku.

W Magdeburgu Piłsudski podupadł na zdrowiu (fot. Kazimierz Sosnkowski, Józef Piłsudski i Harry Kessler w Magdeburgu). Doskwierało mu serce i reumatyzm. Dowiedział się o urodzeniu pierwszej córki Wandy i śmierci brata Bronisława. Napisał książkę wspomnieniową „Moje pierwsze boje”, cenną literaturę faktu. Niemcy próbowali wymusić na nim ustępstwa polityczne, ale bez skutku.

Dopiero po wybuchu rewolucji rząd niemiecki uwolnił go wraz z Sosnkowskim 9 listopada 1918 r. Hr. Harry Kessler odwiózł ich do Berlina, a nawet oddał Piłsudskiemu swoją szablę w dowód uznania. Na dworcu czekał pociąg złożony z lokomotywy i jednego wagonu.

10 listopada o godz. 7.30 rano pociąg dotarł do Warszawy na Dworzec Wiedeński (dziś okolice Warszawy-Śródmieście). Była chłodna pochmurna niedziela, Piłsudski był chory. Niemcy zawiadomili o przyjeździe zarządzającą terenami polskimi Radę Regencyjną, ale działacze Polskiej Organizacji Wojskowej przechwycili depeszę i na dworcu stawił się szef POW Adam Koc, który pierwszy zameldował się Piłsudskiemu (fot. Prasa z 10 listopada 1918 roku). Do historii przeszły też słowa Prezydenta Warszawy Zdzisława Lubomirskiego: „Ach, wreszcie pan Komendant przyjechał. Co tu się dzieje, co tu się dzieje!”

Lubomirski zaprosił Piłsudskiego i Koca na śniadanie do swojej siedziby przy ul. Frascati. Następnie Piłsudski udał się do zarezerwowanego przez Koca pokoju w pensjonacie panien Romanówien przy ul. Moniuszki 2, gdzie wreszcie wziął gorącą kąpiel, a właścicielki pensjonatu wyprały jego mundur, w którym chodził od aresztowania 16 miesięcy wcześniej.

Piłsudski miał gorączkę, ale nie dane mu było odpocząć. Pod oknami zebrał się tłum. Tego dnia przyjął 23 delegacje, nie licząc pojedynczych meldunków i łączników z POW i PPS. W południe odbył najważniejszą rozmowę z działaczem POW Józefem Pęczkowiakiem, który miał pod swą komendą ponad 200 Polaków z Wehrmachtu, świetnie uzbrojonych i zdecydowanych na wszystko. Po tej rozmowie zajęli oni koszary przy ul. Ludnej i na Mokotowie oraz komendanturę niemiecką na dworcu, gdzie zorganizowano nową kwaterę polskiego wojska. Sytuacja była napięta. Na ulicach dochodziło do rozbrajania Niemców, ale i strzelaniny.

Piłsudski zdążył się jeszcze spotkać z żoną i pierwszy raz zobaczyć 10-miesięczną córkę. Położył się spać potwornie zmęczony o godz. 22, ale sen nie trwał długo. O północy zjawiła się delegacja niemieckiej Rady Żołnierskiej, Soldatenratu, która zadeklarowała, że nie będzie wszczynać walk z Polakami i prosiła o zagwarantowanie powrotu do Niemiec. Niemcy dysponowały półmilionową armią, w Warszawie stacjonowało 30 tys. Obsadzili Cytadelę, Zamek i Ratusz.

Piłsudski zażądał złożenia broni i zwrócenia taboru kolejowego (fot. Rozbrajanie Niemców w Warszawie - 1918). Rozmowy postanowiono kontynuować rano. W nocy wydrukowano jeszcze odezwy do Polaków wcielonych do niemieckiego Wehrmachtu, aby zgłaszali się do polskiego wojska.

11 listopada w Paryżu Niemcy podpisały rozejm z Ententą. Piłsudski spotkał się w Pałacu Namiestnikowskim z Radą Żołnierską. Oświadczył jej: „Ja, jako przedstawiciel narodu polskiego oświadczam, że naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie będzie”. Następnie wyszedł na balkon, przed którym wiwatowały tłumy mieszkańców Warszawy, i powiedział: „Wziąłem Radę Żołnierską pod swoją opiekę, ani jednemu z nich nie śmie stać się krzywda”. Dla Niemców Piłsudski był wybitnym dowódcą i zwycięzcą wielu bitew z Rosjanami. Dla Polaków bohaterskim Komendantem. Usłuchały go obie strony.

Wieczorem 11 listopada Rada Regencyjna podała się do dymisji i powierzyła Piłsudskiemu misję utworzenia rządu. 16 listopada radiostacja „WAR” w warszawskiej Cytadeli nadała depeszę Piłsudskiego do rządów USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, Japonii, Niemiec oraz „wszystkich państw wojujących i neutralnych” notyfikującą powstanie niepodległego państwa polskiego.

Przez następne kilkanaście miesięcy Polska musiała jeszcze utrzymać niepodległość walcząc z Ukraińcami i Bolszewikami. Bez wojska stworzonego przez Piłsudskiego nie byłoby to możliwe. Miał rację mówiąc: „Jak daleko sięga kula z karabinów strzeleckich tam jest wolna niezależna Polska".

Obchody Międzynarodowego Dnia Mediacji i Tygodnia Mediacji w 2021 roku Ministerstwo Sprawiedliwości uświetniło zapraszając dzieci i młodzież do udziału w konkursie na plakat promujący mediację - alternatywny do procesu sądowego sposób rozwiązywania sporów. Zdjęcia z wystawy nagrodzonych prac można było obejrzeć na ogrodzeniu budynku Ministerstwa, poniżej linka do zdjęć autorstwa p. Mirosława Boruty Krakowskiego:
https://photos.app.goo.gl/yxwF3ZGwZRx8xfdY6

Stwierdziliśmy, że na tablicach Tchorka, należy słowo "Hitlerowcy" zastąpić słowem "Niemcy" – powiedział dla portalu TV Republika Adam Borowski, przewodniczący warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej”, działacz opozycji antykomunistycznej.

Borowski podał, że Andrzej Gelberg, który był działaczem podziemia antykomunistycznego, a następnie redaktorem naczelnym radia "Solidarność" zapoczątkował akcję patriotyczną. Słowo „hitlerowcy” na tablicach Karola Tchorka postanowiono zastąpić słowem „Niemcy”.

Ten napis „Hitlerowcy” powstał za czasów komunizmu. Aby nie drażnić towarzysza Ericha Honeckera, sprawców zbrodni zastąpiono słowem „Hitlerowcy”. A to nie Hitlerowcy podpisali Pakt Ribbentrop-Mołotow, to nie hitlerowcy napadli na Polskę, tylko Niemcy. Jak wiemy z opowiadań naszych przodków, w czasie II Wojny Światowej nie używano sformułowania Hitlerowcy, tylko Niemcy – powiedział Adam Borowski.

Tablice pamiątkowe o wspólnym wzorze, stworzone na podstawie projektu Karola Tchorka z 1949 roku, upamiętniają znajdujące się w Warszawie miejsca walk i męczeństwa z czasów II wojny światowej. Według danych z 2013 roku, w granicach administracyjnych Warszawy znajdowało się ponad 160 tablic Tchorka.

W trosce o pamięć, o prawdę historyczną podjęliśmy taką akcję. Uznaliśmy, że to jest pierwszy krok, aby zacząć przywracać znaczenie słowom. Te tablice przekłamywały rzeczywistość. Niemcy w ten sposób chcą oddalić od siebie poczucie winy, zatrzeć obraz historyczny. Ta akcja ma również na celu edukację młodego pokolenia. Ma przypomnieć, kto zapoczątkował II Wojnę Światową, kto odpowiada za zbrodnie, ludobójstwo. To byli Niemcy – zaznaczył przewodniczący warszawskiego klubu „GP”.

Tablice były stawiane w różnych punktach Warszawy począwszy od lat 50. XX wieku. Powracający do zrujnowanego miasta mieszkańcy spontanicznie upamiętniali miejsca walk i egzekucji z okresu niemieckiej okupacji i powstania warszawskiego, stawiając w ich miejscach krzyże i prowizoryczne tablice.

W 1948 roku Stowarzyszenie Architektów Polskich na zlecenie Ministerstwa Kultury i Sztuki ogłosiło ogólnopolski konkurs na projekt formy oznaczenia miejsc walk i męczeństwa. Pierwszą nagrodę otrzymał warszawski artysta rzeźbiarz Karol Tchorek i zaprojektowany przez niego typ tablicy-płaskorzeźby – kutej w szarym piaskowcu, z krzyżem maltańskim pośrodku.

Tekst i zdjęcie za: https://niezalezna.pl/413481-koniec-z-klamstwem-historycznym-borowski-to-nie-hitlerowcy-napadli-na-polske-to-byli-niemcy

Mirosław Boruta Krakowski

W sprawie zatrzymania i deportacji z Wielkiej Brytanii p. Rafała Ziemkiewicza warto podnieść trzy podstawowe zjawiska:

a) na poziomie rodzinnym - ograniczenie swobody podróżowania, ordynarną wręcz ingerencję w prywatność, bezpowrotne zniszczenie pięknej chwili rozpoczęcia wymarzonych studiów, co w umyśle córki p. Rafała Ziemkiewicza, osoby młodej, wchodzącej w dorosłość, z pewnością pozostawi trwały ślad,

b) na poziomie relacji międzyludzkich, gdzie - oprócz "rodzimych kanalii" - zaangażowała się poseł i socjolog Rupa Huq. Jeśli posłowi wolno być głupim, bo wybierają go ludzie i na tym polega demokracja to socjologia brytyjska otrzymała cios w plecy, cios po którym trudno będzie już kiedykolwiek nawiązać do wspaniałych Bronisława Malinowskiego i Alfreda Reginalda Radcliffe'a-Browna,

c) na poziomie instytucjonalnym, państwowym - nieporadność, nieumiejętność podania powodów, wytłumaczenia tego brutalnego kroku, kolejną kompromitację Zjednoczonego Królestwa albo lepiej - Królestwa Zniewolonego, przez lewackie, totalitarne wygłupy...

Zdaniem współautora raportu o bilansie zysków i strat członkostwa Polski w Unii Europejskiej prof. Zbigniewa Krysiaka, model ekonomiczny panujący w Unii Europejskiej preferuje niemiecką dominację. – W pewnym sensie można powiedzieć, że wszyscy pracują na Niemcy – stwierdził.

Zgodnie z danymi zaprezentowanymi podczas poniedziałkowej konferencji z udziałem Patryka Jakiego, prof. Zbigniewa Krysiaka i prof. Grzegorza Grosse w okresie 2004-2020 Polska otrzymała netto z Unii Europejskiej ok 593 mld złotych. W tym samym okresie bilans kwot wytransferowanych z Polski przez zachodnie firmy do zysków polskich przedsiębiorstw w UE wyniósł minus 981 mld złotych.

Łącznie od momentu wejścia do UE Polska straciła 535 mld złotych.

– Dostęp do rynku, aktywa, drogi, zakłady pracy, klienci to cały potencjał, do którego dostęp dajemy firmom z Unii Europejskiej. To potencjał, aktywa zdolne do generowania przepływów [finansowych - przyp. red.]. W skali roku ta kwota przepływów, które uzyskiwaliśmy była mniejsza średniorocznie o 23 miliardy – powiedział prof. Krysiak.

W jaki sposób traciła Polska?

– Nasi obywatele poprzez kupowanie produktów spółek z zagranicy generują przychody i te spółki, posiadając przychody, generują zyski i transferują te zyski za granicę. Bardzo często (szczególnie w czasie od 2004 do 2015 roku) obserwowaliśmy, że wiele tych spółek generowało straty. Ustawianie spraw finansowych polegało na tym, by nie płacić w Polsce podatków, czyli traciliśmy na wpływach do budżetu. Do tej pory jest taka sytuacja, że cena sprzedaży na eksport przez spółki do Niemiec jest zaniżona. Ona często ma niską marżę, m.in. po to, żeby redukować zysk, bo jeśli jest zysk, to one (spółki – red.) musiałyby płacić podatki – mówił ekonomista w TV Trwam.

– Oczywiście nie wszystkie spółki funkcjonują w ten sposób, że nie generują zysków, ale można powiedzieć, że ujemny bilans, czyli 535 mld złotych, bo tyle straciliśmy w tym czasie, to jest kwota stanowiąca mniej więcej ok. 25 proc. PKB Polski. Jeśli weźmiemy pod uwagę całą produkcję w naszym kraju, to jest olbrzymia kwota, bo ponad 2 tys. mld złotych i to 535 mld zł stanowi 1/4 rocznej produkcji, czyli to są potężne pieniądze – podkreślił profesor.

Niemiecka dominacja

Zdaniem prezesa Instytutu Myśli Schumanna w Unii Europejskiej panuje świadomość, że taki model preferuje dominację Niemiec.

–Na konferencji prasowej pokazaliśmy, że dominacja w liczbach wygląda w ten sposób, że Niemcy mają ok. 70 proc. udziału w nadwyżce eksportu nad importem w UE i oni to kumulują. Oni zbierają tę śmietankę i to wynika z tego, że niejako kupują od Polski po cenach niższych, czyli nasza marża jest niewielka, a następnie te półprodukty są dołączane do wyrobów gotowych i ustalana jest wysoka marża. Produkty te sprzedawane są na rynki trzecie – wyjaśnił ekspert.

Według Krysiaka taki stan rzeczy przyczynia się do coraz gorszej pozycji gospodarki europejskiej w świecie.

– Jeśli będzie rozwijało się to z dominacją niemiecką, to gospodarka UE będzie pogrążać się w coraz większych trudnościach. Będzie to "kulą u nogi" dla wszystkich ekonomii, również dla Polski – powiedział.

– Chcemy wzywać do przebudzenia urzędników w Brukseli i liderów innych krajów, żeby się opamiętać, bo tak prowadzona gospodarka będzie w dalszej kolejności tworzyła poważne problemy ze strefami biedy, niestety duże bezrobocie np. w Hiszpanii, problemy autonomiczne we Francji. (…) To skutek błędnego modelu UE, w której niestety dominację i hegemonię mają Niemcy i w pewnym sensie można powiedzieć, że wszyscy pracują na Niemcy – skwitował prof. Zbigniew Krysiak.

Tekst i zdjęcie za: https://dorzeczy.pl/ekonomia/202678/prof-krysiak-w-ue-wszystkie-kraje-pracuja-na-niemcy-wzywamy-do-opamietania.html

Krakowski Instytut Pamięci Narodowej zakończył następny etap prac poszukiwawczych. We września 2021 r. zespół Biura Poszukiwań i Identyfikacji prowadził działania w Nowym Targu, Nowym Sączu i Krakowie. Po tegorocznych pracach w Zagórzu i Nieporazie (pow. chrzanowski, 10-13 maja 2021 r.), podczas których historycy starali się odnaleźć mogiły polskich żołnierzy poległych we wrześniu 1939 r. oraz po zamknięciu drugiego etapu prac archeologicznych przy dawnej siedzibie gestapo w Zakopanem (19-30 lipca), przez dwa tygodnie września zespół Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN prowadził poszukiwania żołnierzy powojennego podziemia niepodległościowego, poległych w walce lub straconych z wyroków komunistycznych sądów. Wszystkie działania realizowane były w ramach śledztw Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie.

W dniach 6-7 września 2021 r. trwały prace na cmentarzu komunalnym w Nowym Targu, w czasie których poszukiwani byli, zabici w walce z funkcjonariuszami UB, dwaj partyzanci oddziału „Wiarusy”. Udało się natrafić na szczątki dwóch osób, przy których odnaleziono resztki mundurów wojskowych, pas główny oraz medalik w kształcie ryngrafu. Następnym miejscem, w którym prowadzono poszukiwania był cmentarz komunalny w Nowym Sączu. Tam z kolei sprawdzane były groby, w których – według relacji – miały się znajdować szczątki partyzantów, zastrzelonych w czasie działań bezpieki w latach 50. XX wieku. Podczas prac trwających od 8 do 10 września ekshumowano łącznie szczątki czterech osób, które przekazano do dalszych badań w krakowskim Zakładzie Medycyny Sądowej. Ostatnią część prac przeprowadzono w dniach 13, 15 i 16 września na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Poszukiwano szczątków osób związanych m.in. z Armią Krajową i oddziałem „Błyskawica”, które zginęły na skutek akcji bezpieki oraz skazane były na kary śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie. Zabezpieczono łącznie szczątki pięciu osób, które obecnie badane są przez medyków sądowych.

„Może wreszcie ludzie w Europie zrozumieją trochę czym jest islam, że jeżeli dopuścimy do rozrostu islamu w Europie, to czeka nas los Afganistanu” – mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl ks. prof. Dariusz Oko, filozof, znawca religii i kultury islamu.

wPolityce.pl: Po przejęciu władzy przez talibów w Afganistanie pojawiły się w przestrzeni publicznej deklaracje tychże talibów, że będą szanowane prawa kobiet. Czy z Księdza Profesora doświadczeń z islamem wynika, że rzeczywiście tak będzie? Czego należy się spodziewać? Jakie błędy popełniają już teraz kraje zachodnie w relacjach z talibami?

Ks. prof. Dariusz Oko: Dla mnie było oczywiste, że to się tak skończy. Radziłbym wszystkim, którzy wypowiadają się na temat islamu, żeby przeczytali Koran i nie gadali bzdur. Trzeba wiedzieć, czym jest islam. Mahomet, w drugim okresie w Medynie żył zabijając ludzi – jednego dnia potrafił zamordować 800 Żydów. To był mały Holokaust. Zabijał tysiące ludzi – tak szerzył swoją wiarę. Niewolił, gwałcił kobiety. Robił haremy ze wspomnianych kobiet czy zmuszał do prostytucji. W Koranie jest napisane, że to jest dobre, że tak trzeba robić. Muzułmanie tak robią 1400 lat. Taki jest islam. Ktoś, kto gorliwie wyznaje islam, kto według niego żyje, będzie tak postępował. Talibowie to jest islam w czystej postaci. To jest islam niezmiękczony niewiarą, niekonsekwencją muzułmanów. To są przecież elementarne rzeczy.

Jak bardzo ludzie żyją w niewiedzy, ogłupieni przez lewacką ideologię, widać najlepiej po tym, że oczekiwali w Afganistanie czegoś innego. Tymczasem to się musiało tak skończyć. Mówiłem o tym od dawna i tak się skończyło. Ludzie wypowiadają się na temat islamu, nie mając elementarnej wiedzy na ten temat. Opierają się na jakichś lewackich ideologiach. Czysty islam jest obecnie w Afganistanie. Tak naucza Koran, tak żył Mahomet. Jeżeli pozwolimy muzułmanom działać w Europie, to tak samo będzie w Europie. To jest oczywiste.

Na ile grozi nam masowa migracja z tamtych rejonów, właśnie do Europy? Czym to będzie skutkować?

Ona już się dokonuje, bo uciekają ludzie, którzy współpracowali z Europejczykami. Dlaczego talibom nie można wierzyć? Trzeba pamiętać, że muzułmanie stosują podwójną moralność, tzw. takijję, to znaczy muzułmanom można okłamywać niemuzułmanów, jak chcą. Jeżeli można ich mordować, gwałcić, rabować, tym bardziej można ich okłamywać. Dlatego wierzyć muzułmanom, to podobnie jak wierzyć komunistom. Jak ktoś powie, że „islam jest pokojowy, bo mi muzułmanin tak powiedział” to podobnie jak powiedzieć, że „komunizm jest dobry, bo mi komunista tak powiedział”. Nie można wierzyć gorliwym muzułmanom, bo oni z definicji będą nas okłamywać, z założenia. Dlatego taktycznie mogą się powstrzymywać od przemocy, ale wiadomo, że prawa kobiet nie będą szanowane, bo nie mogą być szanowane ze względu na fundamentalne prawa religijne. Kobieta, która chciałaby wyjść za niemuzułmanina i odejść od wiary, ma być zabita przez własną rodzinę. Podobnie mężczyzna. Takie jest prawo szariatu, taki jest Koran – jeżeli odchodzisz od wiary, masz być zabity przez własnego ojca, własnych braci. I to będzie się dokonywało w Afganistanie. To przecież elementarz islamu i o tym trzeba pamiętać. Trzeba oczekiwać najgorszych rzeczy, a fala ucieczek będzie, bo ludzie, którzy nie są z talibami, nie są tak konsekwentnymi muzułmanami, będą uciekać. Ale muzułmanie pewnie nie pozwolą na to za bardzo, więc ta fala może nie być zbyt duża. Natomiast może wreszcie ludzie w Europie zrozumieją trochę, czym jest islam, że jeżeli dopuścimy do rozrostu islamu w Europie, to czeka nas los Afganistanu. We Francji już jest 10 proc. muzułmanów – tamtejsi wojskowi mówią, że to pełzająca wojna domowa. A co będzie, jak ich liczba wzrośnie do 30 proc.? To już zupełnie podporządkują sobie państwo.

Na ile w Księdza Profesora ocenie przejęcie władzy przez talibów – kolejne przejęcie władzy przez radykalny islam w tamtym regionie – wpłynie na radykalizację tych muzułmanów, którzy są obecnie we Francji, w Niemczech czy innych krajach Europy Zachodniej?

Na ile, to nie wiemy, bo tego nie można zmierzyć linijką, ale na pewno wpłynie. Poczują się bardziej pewni siebie. Będą dumni, że wygrali. Badania statystyczne pokazują, że muzułmanie nas często okłamują. Mówią, że się nie solidaryzują, ale badania pokazują, że znaczna część solidaryzuje się z działaniami talibów i cieszy się, tak jak cieszyli się po zamachu na World Trade Center. Poczują się jeszcze pewniej. Jeszcze bardziej będą pewni, że Europa prędzej czy później wpadnie w ich ręce.

Z jednej strony Europa nie ma dzieci – umieramy. Z drugiej strony wpuszcza się milionami muzułmanów do Europy. Zauważmy, że nie ma państwa islamskiego, gdzie byłoby szanowane prawo chrześcijan. Wszędzie są łamane podstawowe prawa człowieka, w tym prawo do wyznania. Jeżeli ludzie chcą porzucić islam, są mordowani – takie jest prawo islamu. Chrześcijanie czy Żydzi są traktowani jak ludzie drugiej kategorii. Żydzi nie mogą mieszkać w kraju muzułmańskim, uciekają, bo by ich zabili. Może część ludzi w końcu to zrozumie. Jeżeli tak dalej będziemy wpuszczać muzułmanów, to Europę czeka los Afganistanu, czy Libanu.

Liban był krajem, gdzie była jakaś równowaga między chrześcijanami a muzułmanami, ale kiedy większość zdobyli tam muzułmanie, to wojna domowa i koniec – kraj umierający, upadły. Liban, który kiedyś był kwitnący, gdzie byli chrześcijanie. Czy Syria, czy Irak – resztki chrześcijan są mordowane i wypędzone z tych krajów. W Afganistanie już w ogóle nie ma mowy, żeby żył chrześcijanin. I to jest zapowiedź tego, co nas czeka. Jeżeli ktoś już zupełnie nie stracił rozumu, to Afganistan jest sygnałem alarmowym. Jeżeli nie będziemy mieć dzieci, będziemy umierać, będziemy niszczyć chrześcijaństwo, a wpuszczać miliony migrantów, to czeka nas los Libanu, Syrii, Iraku i Afganistanu – za kilkadziesiąt lat Europa będzie jak Afganistan. Może część ludzi w końcu to teraz zrozumie.

Tym bardziej, że ta ludność muzułmańska, która jest na zachodzie Europy traktuje chociażby te świadczenia socjalne, które otrzymuje, jako podatek od niewiernych, dżizję, co świadczy o intencjach i podejściu do ich pobytu na naszym kontynencie.

Tak. Oni to tak traktują i zasadniczo się nie integrują z Europejczykami. Widziałem to, kiedy wiele lat spędziłem na Zachodzie – tworzą paralelne społeczeństwo. Oni nie chcą się integrować, oni chcą nas zdominować. To doskonale widać w Niemczech, Austrii, we Francji, w Szwecji, Anglii. Oni się nie integrują ze społeczeństwem – zakładają swoje dzielnice, w których dominują, rządzą, do których boi się wejść policja, a cóż dopiero inni.

To trzeba uświadamiać ludziom – jeżeli nie zmienimy tych trendów, jeżeli dalej będzie niszczone chrześcijaństwo, popierany islam, nie będziemy mieć dzieci, Europę czeka los Iraku, Libanu, Syrii i Afganistanu. Jeżeli nie zmądrzejemy, nie nawrócimy się, to taka jest nasza perspektywa. To trzeba dzisiaj sobie uświadamiać i jasno mówić. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, niech pozna trzy rzeczy: życiorys Mahometa – prawdziwy, jaki był – po drugie niech przeczyta cały Koran, albo przynajmniej zasadnicze z niego wypisy, a po trzecie niech pozna historię krajów muzułmańskich, ich wojen, podbojów (islam szerzy się zbrojnie) i po czwarte, niech popatrzy, co się dzieje dzisiaj w krajach muzułmańskich, jak są gwałcone podstawowe prawa człowieka, kobiet, chrześcijanin. Jak się tych rzeczy nie pozna, to nie powinno się mówić o islamie, bo się powtarza jakieś ideologiczne kłamstwa lewicy.

Dziękuję za rozmowę / Rozmawiała Anna Wiejak.

Tekst i zdjęcie za: https://wpolityce.pl/swiat/563041-wywiad-ksprof-oko-ostrzega-przed-skutkami-rozrostu-islamu

Marek Gizmajer

Zakon krzyżacki, czyli Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, powstał w Ziemi Świętej ok. 1191 roku podczas III krucjaty, która rok później dobiegła końca. W 1226 roku książę mazowiecki Konrad nękany przez Prusów wezwał Krzyżaków na pomoc oddając im ziemię chełmińską. Papież zezwolili im na utworzenie księstwa na terenach odebranych Prusom, których nawracanie uznano za nową krucjatę.

Po kilkudziesięciu latach ambicje polityczne zaczęły górować nad Bożym posłannictwem i w XIV wieku Krzyżacy najechali polskie Pomorze Gdańskie i Mazowsze. W 1409 r. wybuchło przeciwko nim powstanie na Żmudzi. Wielki Mistrz Ulrich von Jungingen poprosił Władysława Jagiełłę o neutralność, król odmówił i Wielki Mistrz znów zaatakował ziemie polskie.

W maju 1410 wyruszyły spod Wawelu wojska Małopolski. W drodze na północ udały się do klasztoru Świętego Krzyża w Górach Świętokrzyskich aby modlić się o zwycięstwo. 30 czerwca wojska Wielkopolski i Małopolski przekroczyły Wisłę pod Czerwińskiem i połączyły się z siłami Mazowsza i Litwy. Rankiem 15 lipca 1410 roku pod Grunwaldem stanęły naprzeciw siebie potężne armie, z jednej strony zakon wspomagany przez rycerstwo zachodnioeuropejskie a z drugiej siły polskie, litewsko-ruskie i smoleńskie wspomagane przez oddziały czeskie, mołdawskie i tatarskie.

Bitwa rozpoczęła się około południa i trwała ponad sześć godzin (fot. Bitwa pod Grunwaldem pędzla Jana Matejki, za Wikipedią). Była jedną z największych bitew w historii średniowiecznej Europy i jedną z trzech najważniejszych bitew w historii Polski, obok odsieczy wiedeńskiej i Cudu nad Wisłą. Praktycznie cały czas przewagę miały wojska dowodzone przez króla Polski. Tylko raz jazda krzyżacka odepchnęła siły księcia Witolda, choć tzw. ucieczka Litwinów według niektórych historyków była początkowo pozorowana. Zmagania skończyły się okrążeniem i rozbiciem wojsk krzyżackich przed zachodem słońca.

Jan Długosz bezpośrednio po bitwie określił ją jako sprawiedliwość dziejową. Zauważył, że dwa miecze przysłane Jagielle stanowiły symbol wezwania na Sąd Boży, który przyznał słuszność Polakom i ich sojusznikom. Wcześniej Królowa Jadwiga ostrzegała Krzyżaków, że nie wypełniają Bożej misji, zaś ich zaborczość, potęga i pycha są zaprzeczeniem chrześcijaństwa. 12 lat przed bitwą zapowiedziała posłom Wielkiego Mistrza, że jeśli zakon nie zaprzestanie polityki wojny przeciw chrześcijańskim narodom poniesie klęskę.

W 1414 roku na Soborze w Konstancji ks. Paweł Włodkowic, rektor Akademii Krakowskiej, wykazał przed Papieżem, cesarzem i hierarchami z całej Europy, powołując się na autorytety Kościoła, np. św. Tomasza z Akwinu, i współczesne pojęcia praw człowieka, że Krzyżacy naruszali istotę chrześcijaństwa, zaś Polska, Litwa i ich sprzymierzeńcy prowadzili i wygrali wojnę sprawiedliwą. Trzeba dodać, że razem z polskimi chorągwiami do boju ruszyli proboszczowie z całego kraju. Ks. Mikołaj Trąba, późniejszy Prymas Polski, był współautorem wojennej strategii wraz z Jagiełłą i Witoldem. Zbigniew Oleśnicki, sekretarz króla, późniejszy biskup krakowski i pierwszy w historii polski kardynał, w krytycznej chwili zamienił pióro na kopię i uratował życie Władysława Jagiełły.

Wynik bitwy miał zasadniczy wpływ na stosunki polityczne w Europie, poważnie osłabiając potęgę Krzyżaków i wynosząc dynastię jagiellońską do szczytów potęgi. Według niektórych badaczy sukces wojsk polskich był tak wielki, że zaniepokoił samego Jagiełłę, który w obawie o znaczenie rodzimej Litwy celowo opóźnił pościg za niedobitkami i nie zdobył Malborka.

Bitwa pod Grunwaldem była też pierwszym wielkim sukcesem koncepcji politycznej zwanej dziś jagiellońską. Okazało się, że połączone siły Europy Środkowo-Wschodniej mogą zapewnić skuteczną obronę przed wspólnym zagrożeniem. Zrozumiał to król Zygmunt Stary, który w 1569 roku w Lublinie podpisał unię realną gwarantującą Polsce i Litwie nie tylko potęgę militarną, ale także ogromny sukces gospodarczy i kulturowy. Współpracę narodów w myśl koncepcji jagiellońskiej reaktywował Józef Piłsudski. Także dziś jest ona dyskutowana w środowiskach patriotycznych przy niechętnym nastawieniu Rosji i Niemiec.

Symbolika Grunwaldu przez stulecia miała duże znaczenie dla potomków wszystkich walczących stron. Dwa miecze jako symboli Bożej sprawiedliwości zostały wyryte na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie i do dziś są umieszczane w oznaczeniach wielu pól bitewnych. Władze PRL wręczały swoim bojownikom Krzyż Grunwaldzki, zlikwidowany dopiero po upadku komunizmu.

W czasie bitwy wojska Jagiełły zdobyły 51 chorągwi przeciwnika opisanych i zilustrowanych przez Długosza. Część z nich otrzymał książę Witold, część powędrowała na Wawel. Te ostatnie zostały w 1797 roku wywiezione przez Austriaków do Wiednia, gdzie przepadły bez wieści. W 1937 roku na podstawie opisów Długosza chorągwie zrekonstruowano i ponownie umieszczono na Wawelu, ale wkrótce Niemcy wywieźli je do zamku malborskiego (Niemcy z chorągwiami grunwaldzkimi na Wawelu, po 1939 roku), skąd wróciły na Wawel dopiero po II wojnie.

Także potomkowie sojuszników Jagiełły starali się włączać Grunwald do własnej narracji historycznej. W PRL w latach 50-tych szkolne podręczniki będące tłumaczeniami autorów radzieckich podawały, że z pola bitwy uciekli kolejno Tatarzy, Litwini i Polacy, zaś wroga powstrzymały pułki ruskie spod Smoleńska i dopiero pod ich przewodnictwem zawstydzeni sojusznicy powrócili i wspólnie pokonali wroga. Z kolei na Litwie czasem pojawiają się interpretacje, według których decydujący wpływ na zwycięstwo miały oddziały księcia Witolda.

Duży wysiłek w zatarcie pamięci o chwale oręża polskiego włożyli Niemcy w XX wieku. Symbolika krzyżacka była przez nich wykorzystywana podczas plebiscytu na Warmii i Mazurach w 1920 roku (il. niemiecki plakat z plebiscytu na Warmii i Mazurach). Intensywną propagandą objęli także sam Grunwald (niem. Tannenberg) w którego okolicy w 1914 roku rozegrała się część zmagań gen. Hindenburga przynoszących całkowite zwycięstwo nad 120-tysięczną armią rosyjską. Niemcy nazwali je bitwą pod Tannenbergiem, choć nie był on terenem walk, ale miał stać się symbolem odwetu za rok 1410.

Po wojnie wzniesiono tu na powierzchni 7,5 hektara symbol germańskiej potęgi - ogromne mauzoleum z ośmioma 20-metrowymi wieżami, w którym w 1934 roku umieszczono ciało Hindenburga (fot. Mauzoleum Hindenburga). Jednaki już w 1945 roku. Niemcy musieli je ewakuować a mauzoleum wysadzić w powietrze. Później zrównano je z ziemią, zaś marmur i granit wykorzystano do budowy Pałacu Kultury i Domu Partii w Warszawie oraz pomnika wdzięczności Armii Czerwonej w Olsztynie.

Zakon krzyżacki przetrwał stulecia. Po raz ostatni wywołał negatywne reminiscencje w 1958 roku gdy kanclerz RFN Konrad Adenauer został pasowany na honorowego rycerza i świat obiegło jego zdjęcie w płaszczu z czarnym krzyżem (fot. Konrad Adenauer, w pierwszym rzędzie z podniesioną ręką). Polityk ten kwestionował granice Polski i dążył do amnestii dla nazistów, a także do remilitaryzacji i zjednoczenia Niemiec. Był jednym z współtwórców Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, poprzedniczki Unii Europejskiej. Na szczęście dziś zakon liczy kilkuset członków, zajmuje się duszpasterstwem, służbą zdrowia, domami opieki i sierocińcami. Siedziba Wielkiego Mistrza znajduje się w Wiedniu, zaś zgromadzenia w Niemczech, Włoszech, Słowenii, Czechach, Słowacji, Belgii i Holandii.

Z kolei na polach pod Grunwaldem od kilku lat prowadzone są szeroko zakrojone badania archeologiczne z udziałem kilkudziesięciu naukowców z wielu krajów. Okazuje się, że bitwa rozegrała się na znacznie większym obszarze niż dotychczas zakładano i jej historia nie jest jeszcze zamknięta (Grupa rekonstrukcyjna wojsk krzyżackich, fot. p. T. Waszczuk, PAP).

Co roku od 23 lat organizowane są też jej rekonstrukcje, na które przyjeżdża do kilku tysięcy pasjonatów historii m.in. z Polski, Niemiec, Włoch, Francji, Finlandii, Czech, Słowacji, Węgier, Rosji, Białorusi, Ukrainy, a nawet USA. W bój rusza nawet 1400 żołnierzy, zaś widowisko ogląda ok. 100 tysięcy widzów (Grupa rekonstrukcyjna wojsk polskich, fot. p. T. Waszczuk, PAP). Wojna raz rozpoczęta nie kończy się nigdy.

Radio Maryja

To tak, jakby Żydom narzucać islam – zbrodnia. Podobnie narzucać chrześcijanom geneder to jest zbrodnia, to jest absolutny brak tolerancji, to jest prześladowanie religijne – to o narzucaniu ideologii gender chrześcijanom mówił w rozmowie z Redakcją Informacyjną Radia Maryja ks. prof. Dariusz Oko, publicysta i wykładowca Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie.

Włoski Senat proceduje ustawę mającą przeciwdziałać dyskryminacji ze względu na płeć, płeć społeczno-kulturową (gender), orientację seksualną czy niepełnosprawność. Choć ustawodawcy zarzekają się, że nie będzie ona godzić w wolność słowa, to jednak budzi ona uzasadnione obawy, bowiem gdy nowe prawo przejdzie, za „czyn homofobiczny” będzie można nawet trafić do więzienia. Zdaniem ks. prof. Dariusza Oko jest to kolejny przejaw neomarksizmu. – Ludzie pozbawieni wiary muszą mieć jakąś namiastkę wiary, jakąś inną ideologię, inną wiarę, bo marksizm był właściwie pseudoreligią – zwrócił uwagę duchowny.

Choć dawny „czerwony” marksizm został zastąpiony nowym – „różowym” lub „tęczowym” – to jego założenia nadal są te same. – Tym ludziom chodzi o władzę absolutną nad światem, uważają się za najmądrzejszych ze wszystkich, dlatego że wyznają taką ideologię – podkreślił rozmówca Radia Maryja. Wskazał, że obecnie marksizm zmienił sposób walki z „niewygodnymi” ludźmi z mordowania na demoralizację dzieci. – Żeby nie było ludzi zdolnych do wyznawania wiary, wyższych wartości. To jest ich metoda dzisiaj – zwrócił uwagę ks. prof. Dariusz Oko.

Jak zaznaczył, hasła takie jak przeciwdziałanie homofobii to tylko fasada. W rzeczywistości chodzi – tak jak w przypadku marksizmu „czerwonego” – tylko o władzę i to władze totalną. – Schematy są te same. Wcześniej wmawiali robotnikom, chłopom, że jak zrobią rewolucję, to będzie raj na Ziemi, a teraz starają się to samo zrobić na karkach grup osób o różnych orientacjach seksualnych, wmawiając im, że oni ich wyzwolą, uszczęśliwią – mówił duchowny.

Ustawy, takie jak ta, którą chcą przeforsować neomarksiści we Włoszech, są kolejnym wcieleniem aktów prawnych wymierzonych we „wrogów ludu” i mają na celu to samo co one: walkę z ludźmi myślącymi inaczej. – Mówią tak dużo o tolerancji, domagają się tolerancji dla siebie, a nie mają w ogóle tolerancji dla innych. Innych chcą pozamykać w więzieniach, całkowicie wyłączyć z debaty publicznej. To jest kolejny przykład przestępczego, zbrodniczego działania, którego się dopuszczają – wskazał ks. prof. Dariusz Oko. Procedowana we Włoszech ustawa spotkała się z reakcją ze strony Stolicy Apostolskiej.

– Rewolucja się rozpędza. Rewolucja genderowa jest coraz mocniejsza i chce nas totalnie zniewolić. Trzeba sobie z tego zdawać sprawę – podkreślił rozmówca Radia Maryja. Zaznaczył, że ideologia gender jest nie do pogodzenia z chrześcijaństwem. – To tak, jakby Żydom narzucać islam – zbrodnia. Podobnie narzucać chrześcijanom geneder to jest zbrodnia, to jest absolutny brak tolerancji, to jest prześladowanie religijne. Trzeba sobie z tego zdawać sprawę. To jest niszczenie religii przemocą państwową i dlatego też Stolica Apostolska protestuje – mówił kapłan. Dodał, że neomarksiści odpowiedzialni za gender są największymi wrogami chrześcijaństwa. – To są śmiertelni wrogowie Chrystusa, Boga, Matki Bożej – stwierdził.

Tekst i zdjęcie za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/tylko-u-nas-ks-prof-d-oko-o-narzucaniu-ideologii-gender-chrzescijanskim-spoleczenstwom-to-absolutny-brak-tolerancji-i-przesladowanie-religijne

Instytut Pamięci Narodowej / Oddział w Krakowie

Polecamy Państwa uwadze spot, który przygotował Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie w 80. rocznicę rozpoczęcia przez Rzeszę Niemiecką wojny przeciw Związkowi Sowieckiemu.

22 czerwca 1941 r. Rzesza Niemiecka rozpoczęła wojnę przeciw Związkowi Sowieckiemu. W powojennej narracji Moskwy, wbrew faktom, wydarzenie to było zawsze przedstawiane jako napaść dążącego do zniewolenia świata Adolfa Hitlera na „miłującą pokój ojczyznę światowego proletariatu”. Ukuta przez sowiecką propagandę nazwa „Wielka Wojna Ojczyźniana”, szczególnie w Rosji, na trwałe została wpisana w opowieść o wojnie, która pomija sowieckie zbrodnie przeciw pokojowi, zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości. Fakty znane światu już w czasie wojny oraz dokumenty odkrywane przez następne dekady pokazywały obraz dwóch totalitarnych państw, które połączyło najpierw dążenie do rozbicia Polski a potem podbój innych narodów Europy. Sojusz niemiecko-sowiecki, przypieczętowany podpisaniem tajnego protokołu do Paktu Ribbentrop-Mołotow, stał się wstępem do wojennej hekatomby, rozpoczętej przez imperialne podboje obu zbrodniczych reżimów. Zapoczątkowana została w ten sposób gehenna milionów ludzi w krajach zniewolonych przez Niemcy i ZSRS. Sowieckie surowce strategiczne szerokim strumieniem płynąc do Niemiec, stał się podstawą ich podbojów w latach 1939-1941, dokonywanych na północy, zachodzie i południu Europy. Wbrew powojennej komunistycznej propagandzie w okupowanej przez Niemcy i Związek Sowiecki Polsce 22 VI 1941 r. niósł nadzieję na wzajemne wyniszczenie obu totalitarnych imperiów. W dzisiejszych czasach niektóre państwa znowu odbudowują stalinowski mit Związku Sowieckiego, przedstawianego w roli państwa „miłującego pokój” i „jednoczącego narody”. Znowu – jak w czasach komunistycznego zniewolenia – chcą wychowywać młode pokolenia w duchu narracji opartych o zafałszowania historii i przemilczenia prawdy o imperialnych podbojach oraz niewoleniu całych narodów przez oba państwa. Pamięć o ofiarach obu totalitaryzmów zobowiązuje do przypominania faktów w sposób komunikatywny również dla młodszych generacji. Temu ma służyć internetowy spot przygotowany przez krakowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej.

Dr Mirosław Boruta Krakowski – polski socjolog, polityk i działacz społeczny, adiunkt na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. Jest autorem kilkudziesięciu publikacji naukowych, w tym książek: „Wolni z wolnymi, równi z równymi. Polska i Polacy o niepodległości wschodnich sąsiadów Rzeczypospolitej” (Arcana, Kraków 2002); „Nazwisko: tożsamość i więzi rodzinne. Interdyscyplinarne konteksty socjologii rodziny” (Wydawnictwo Naukowe AP, Kraków 2008) oraz „Nazwisko jako fundament tożsamości poza Ojczyzną. Gruzińska gałąź Poniatowskich” (Wydawnictwo Naukowe UP, Kraków 2017).

MH: Od czego zaczęło się Pana zamiłowanie genealogią, czy historią rodziny?

Każdy z nas z pewnością zadaje sobie pytania: kim jestem, skąd pochodzę, co po mnie zostanie? Albo – co było kiedyś, a co będzie? Przecież nasi przodkowie – ci, którym zawdzięczamy życie – także mieli swoje biografie, historie i perypetie. Chcemy wiedzieć kim byli, jak żyli, co osiągnęli? Nasze nazwisko z całą pewnością umiejscawia nas w sieci tych pytań, mamy je „po kimś”, często zawdzięczamy je kilku a nawet kilkunastu pokoleniom.

Dla mnie głównym powodem było właśnie nazwisko odziedziczone po przodkach – Boruta. Nazwisko znaczące, wywołujące sympatyczne reakcje w nawiązaniu do bohatera polskich legend – diabła Boruty – postaci z twórczości Kazimierza Wóycickiego (1807-1879), pisarza i folklorysty.

Stąd też, już w czasach licealnych rozpocząłem poszukiwania źródeł historycznych, na szczęście po sąsiedzku była Biblioteka Jagiellońska… i tak to się zaczęło. Jeśli dodam, że wśród moich szkolnych kolegów byli Romek Rokita (z tej samej klasy!) i Maciek Szatan, a sklepik nieopodal prowadził p. Piekło…

MH: Napisał Pan książkę o nazwiskach, proszę nam uchylić o niej rąbka “tajemnicy” – informacji?

To spora praca, trzecia tak duża w Polsce pokazująca naukowo nazwisko jako fenomen kulturowy i społeczny, ale także i językowy, historyczny , genealogiczny, internetowy, prawny (zmiana nazwiska)… Takie, pisząc w skrócie, „wszystko o” a nawet więcej… Poprzednie to Jana Stanisława Bystronia „Nazwiska polskie” opublikowane we Lwowie jeszcze przed II wojną światową (pierwsze wydanie z 1927 roku i drugie, uzupełnione z roku 1936) oraz Zofii Kaletowej „Nazwisko w kulturze polskiej” (Warszawa 1998), moja książka nosi natomiast tytuł „Nazwisko – tożsamość i więzi rodzinne. Interdyscyplinarne konteksty socjologii rodziny” (Kraków 2008).

Mam nadzieję, a każdy autor taką nadzieją żyje, że jest to książka pomocna dla tych, którzy chcą o sobie i swoich korzeniach wiedzieć więcej. Wiedza czy nauka, a mówiąc ogólnie prawda to fundament naszej mocnej pozycji życiowej. Kto wie na pewno – ten się nie boi, że jakieś tajemnice, sekrety czy niepewności zrujnują mu życie lub pozycję społeczną. Nawet jeśli w naszych rodzinnych historiach, obok wydarzeń chwalebnych, były też prozaiczne lub wstydliwe, odkrycie ich i zmniejszenie obszaru niewiedzy jest wartością najważniejszą. Jak mówi przysłowie „kto ma korzenie ten ma i skrzydła”… Oczywiście całą opowieść, wszelkie opisane przez mnie aspekty konkretnego nazwiska, odniosłem do odziedziczonego po przodkach i tu wystarczy tylko – czytając „podstawić” swoje 😉 Ale książka zawiera też wiele uwag ogólnych, a także wyniki moich kilkuletnich badań nazwisk i ich roli w naszym życiu, życiu każdego z nas. Dopowiem, że moja książka jest wciąż aktualna. Zakładam bowiem, że całkowite zastąpienie naszych nazwisk numerami jeszcze nieco potrwa…

MH: A ile jest w Polsce nazwisk?

Jest ich około 450 tysięcy, dużo więcej niż słów używanych w języku polskim. Tak, to nie przesada. Jako autor artykułów i książek o polskich nazwiskach, a także jako genealog amator mogę na to pytanie odpowiedzieć, że czekam na „Encyklopedią Polskich Nazwisk”, której jeszcze – niestety – nie ma… Od nazwiska Aab do nazwiska Żyżyński. A jeśli dobrze pamiętam najstarszym, udokumentowanym polskim nazwiskiem jest Zaręba (Zaremba).

MH: Czy podlegają zmianie, a jeśli tak dlaczego?

Z całą pewnością podstawowym powodem jest zamążpójście i przyjęcie przez kobietę nazwiska mężczyzny, choć coraz częściej przy jednoczesnym pozostawieniu nazwiska panieńskiego, stąd właśnie nazwiska dwuczłonowe. Sam takie noszę, bo skoro dziewczynom wolno, to i chłopakom, nieprawdaż 😉

Innym ważnym powodem jest estetyzacja nazwiska, to dzisiaj przecież nasza wizytówka, nasze logo, musi być ładne… Choć oczywiście wciąż najbardziej decyduje tutaj nasze nastawienie i odbiór zewnętrzny, nie zawsze zresztą zgodne.

MH: Wiem, że pisze Pan wiele o odmienianiu nazwisk, właściwie to prowadzi Pan o to wojnę 😉

Tak, choć oczywiście jest to wojna symboliczna, wojna o językową poprawność. Język polski już tak ma, odmienia co tylko można i nigdy nie inaczej. A tu wokoło tyle przykładów językowego niedbalstwa i niczym nieusprawiedliwionego umysłowego lenistwa. I to wśród grup mających przekonanie o swoim elitarnych miejscu w społeczeństwie, wśród dziennikarzy, księży, sędziów… Drodzy moi, nie szerzcie mitu o nieodmienianiu nazwisk lub o tym, że ktoś sobie tego nie życzy. Mówiąc kolokwialnie, reguły języka to nie koncert życzeń. A p. prof. Irena Bajerowa napisała kiedyś niewielki artykuł… ale pod jakże znamiennym tytułem „Wstyd nie odmieniać nazwisk!” To dla mnie myśl przewodnia.

MH: Czy cudzoziemcy przybywający do Polski zmieniają nazwiska?

To bardzo naturalny proces, choć oczywiście powinien być dobrowolny. Zrobiło tak wielu cudzoziemców, którzy stali się (lub ich potomkowie) Polakami, ale także i miliony Polaków, którzy wyjechali za granicę. Nazwisko, jak wiele cech i zjawisk, podlega bardzo silnemu procesowi koniecznej funkcjonalności.

Serdeczne podziękowania od MyHeritage za udzielenie nam wywiadu!

Za: https://blog.myheritage.pl/goscinny-post/artykul-ekspercki-ciekawostki-o-polskich-nazwiskach

Marek Gizmajer

Naród bez pamięci traci tożsamość, bez bohaterów wzorce. To dlatego filarem historycznej propagandy PRL było wypaczanie pamięci o wielkich Polakach XX-lecia, Polskim Państwie Podziemnym czy powstaniu antykomunistycznym lat 50-tych. Kłamstwa o nich wpajano dwóm pokoleniom tak skutecznie, że do dziś wiele osób, nawet wykształconych i dobrej woli, bezwiednie powiela komunistyczną propagandę.

Józef Piłsudski to jeden z najbardziej jaskrawych przykładów. Przez pół wieku oczerniany i wyśmiewany, prawdziwie opisywany tylko na Zachodzie i w drugim obiegu, dopiero po 1989 roku zaczął odzyskiwać należne miejsce w historii. Wydarzenia, w których uczestniczył w maju 1926 roku, przez kilkadziesiąt lat przezywano przewrotem albo zamachem stanu i porównywano z puczami faszystowskimi, w najlepszym razie dyktaturą. Prawdę opisał przede wszystkim prof. Władysław Jędrzejewicz, dyrektor nowojorskiego Instytutu Piłsudskiego i autor 4-tomowego „Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego”, które w Polsce ukazało się dopiero w 2004 roku (fot. Józef Piłsudski i Gabriel Narutowicz).

W latach 20-tych Polska boleśnie odczuwała skutki rozbiorów, Wielkiej Wojny i światowego kryzysu, potęgowane przez wrogość sąsiadów. W 1922 roku zwolennik Narodowej Demokracji zamordował prezydenta Narutowicza, zaś Niemcy i Rosja podpisały w Rapallo układ o współpracy militarnej (fot. Niemiecko-rosyjski układ w Rapallo), która ostatecznie umożliwiła im rozpętanie II wojny światowej. Rok później w Locarno mocarstwa europejskie zawarły traktat gwarantujący nienaruszalność ich granic, ale nie Polski. W tym samym czasie prezydent Wojciechowski sprzeciwiał się wzmacnianiu wojska zgodnie z dewizą „Francja nas obroni”, w Sejmie dominowały walki partyjne, rządy zmieniały się często, wybuchały afery, działała sowiecka agentura, panowało bezrobocie i dochodziło do krwawych rozruchów. W 1926 roku inflacja osiągnęła 50%. Polska słabła i pogrążała się w chaosie.

10 maja 1926 do władzy ponownie doszły ugrupowania odpowiedzialne za destabilizację kraju i śmierć Narutowicza. Politycy związani z endecją zwalczali i prowokowali Piłsudskiego. 11 maja skonfiskowali gazetę, której udzielił wywiadu. W Warszawie doszło do manifestacji w jego obronie. Ostatecznie zachęcany przez środowiska niepodległościowe i legionowe postanowił porozmawiać z prezydentem aby wesprzeć go opanowaniu kryzysu państwa. 12 maja rano wyjechał z Sulejówka do stolicy na spotkanie. Na rozkaz gen. Orlicz-Dreszera towarzyszyło mu 380 ułanów z 7 pułku aby zamanifestować poparcie wojska i wzmocnić siłę nacisku na rząd.

Jak ustalił prof. Włodzimierz Suleja z IPN we Wrocławiu, w dokumentach i innych materiałach źródłowych nie ma żadnych śladów organizowania zamachu przez Marszałka. Nie było żadnych jawnych ani tajnych planów, porozumień czy rozkazów. Nie było zamachowców. Wyjazd Piłsudskiego na rozmowy był jawny i czysto demonstracyjny. Jego działania były pozbawione elementu zaskoczenia, a nawet improwizowane. Towarzysząca mu ułańska eskorta nie była przygotowana do działań militarnych. Kawaleria w ogóle nie nadaje się do walk miejskich (fot. Ul. Marszałkowska przy Pl. Zbawiciela). Aleksandra Piłsudska wspominała, że mąż miał wrócić do domu na obiad po zakończeniu rozmów.

Jednak rząd, politycy i skupieni wokół nich wojskowi postanowili wykorzystać okazję do rozprawy z Marszałkiem i w pośpiechu wysłali do Warszawy oddziały bojowe. Z archiwaliów wynika, że gotowi byli użyć siły nawet bez rokowań. Pozostający pod ich wpływem prezydent w spotkaniu na moście Poniatowskiego ok. godz. 16:00 potraktował Piłsudskiego arogancko i odrzucił propozycję dialogu (fot. Na Moście Poniatowskiego 12 maja 1926 roku). Około godziny 18:00 strona rządowa otworzyła ogień. Pierwsze strzały oddał 30 pułk piechoty na Pl. Zamkowym.

Marszałek był zaskoczony, ale nie uległ presji. Zdając sobie sprawę z bezsensu bratobójczej walki kilka razy wzywał do zawieszenia broni. Jednak Wojciechowski uporczywie je odrzucał, zaś podlegający mu wojskowi nastawali na rozwiązanie siłowe, a nawet wydali rozkaz bombardowania obiektów cywilnych. Ku stolicy zaczęły napływać oddziały obu stron. W rekordowym tempie u boku Piłsudskiego stawił się 13 pułk piechoty z Pułtuska, w ciągu jednego dnia przebywając 60-kilometrową trasę w pełnym rynsztunku (fot. Dziadek autora, st.sierż. Paweł Kapusta z 13 p.p.).

Ludność Warszawy masowo popierała swojego „Dziadka”. 13 maja Piłsudski zdobył Belweder, a członkowie rządu uciekli do Wilanowa, gdzie snuli jeszcze plany ucieczki do Poznania aby… wzniecić wojnę domową. Ostatecznie przed godz. 18:00 wraz z prezydentem podali się do dymisji, strzały umilkły. Zginęło 215 żołnierzy i 164 cywili, rannych zostało 920 osób.

17 maja odbył się wspólny pogrzeb żołnierzy obu stron. Piłsudski wydał pojednawczą odezwę do całego wojska. Nie szukał winnych, nikogo nie ukarał, wszystkich wezwał do wspólnej pracy dla ojczyzny. W późniejszych latach żołnierzy przeciwnika, do których należał np. Władysław Anders, traktował i awansował tak samo jak sprzymierzeńców. Od Papieża Piusa XI otrzymał błogosławieństwo. Został też wybrany na prezydenta, ale wbrew powszechnej presji nie przyjął stanowiska.

Wypadki majowe odczuł jako wielki dramat (fot. Żołnierze Piłsudskiego przed Belwederem). Jego żona wspominała: „postarzał się o dziesięć lat. Wyglądał tak, jakby stracił połowę ciała. Oczy zapadły się głęboko od zmęczenia. Tylko raz widziałam męża w podobnym stanie – było to na kilka godzin przed śmiercią. Te trzy dni wycisnęły na nim bezlitosne piętno do końca życia. Zdawało się, że jakiś wielki ciężar przygniata mu barki. Miał wtedy absolutną władze w rękach. Był dyktatorem. W każdej chwili mógł stać się nim formalnie. Z różnych partii szły sugestie w tym kierunku. Monarchiści nalegali, aby ogłosił się królem. Odpowiedział im z dużą dozą sarkastycznego humoru: Zgodzę się pod warunkiem, że tron będą dziedziczyły kobiety, a pan małżonek nie będzie miał prawa wtrącać się do niczego.” Jednemu z zagranicznych dziennikarzy wyjaśnił: „Jestem człowiekiem silnym, lubię decydować sam. Ale gdy patrzę na historię mojej ojczyzny, nie wierzę, aby można było rządzić w niej batem. Nie, nie jestem za dyktaturą w Polsce.”

Reasumując, wrogowie Piłsudskiego przechrzcili własną nieudaną prowokację na przewrót czy zamach. Ta narracja o „zamachu na demokrację” jest podsycana do dziś. Uzasadnienie jest proste – przyszło wojsko, była strzelanina, rząd podał się do dymisji a jego przeciwnicy przejęli władzę… W rzeczywistości Marszałek chciał ratować kraj, ale został zaatakowany i wciągnięty w konflikt bez możliwości pertraktacji. Nie on otworzył ogień. Zwyciężył, bo był doświadczonym dowódcą frontowym. Przelew krwi sprowokowali politycy gotowi dla władzy i partyjnych interesów wszcząć nawet wojnę domową w sytuacji zagrożenia zewnętrznego. W propagandzie endeckiej i PRL-owskiej głoszono, że mieli do tego prawo, bo stanowili legalną władzę w odróżnieniu od „zwykłego obywatela” Józefa Piłsudskiego paradującego „nielegalnie” z kawaleryjską asystą.

Jak widać, historia nie zawsze jest tak prosta, jak nam się wydaje. Jako ciekawostkę można dodać, że Marszałek zmarł dokładnie w rocznicę wypadków majowych, 12 maja 1935 roku. Podobna zbieżność miała miejsce w życiu Władysława Andersa, który 12 maja 1944 roku rozpoczął zwycięski szturm na Monte Cassino, a zmarł 12 maja 1970 r. Prawda jest nie tylko ciekawa, ale i pełna niespodzianek.

Radio Maryja

Przedłużająca się nauka zdalna odbija się na kondycji dzieci i młodzieży. Wciąż nie wiadomo, kiedy wrócimy do normalnego życia. Potrzebna jest jednak już teraz pilna odpowiedź ze strony resortu edukacji i nauki. Powstaje program, który ma nadgonić braki uczniów.

Dzieci z klas 1-3 po feriach wróciły do szkolnych ławek, ale tylko na chwilę. Od 22 marca decyzją rządu edukacja znów odbywa się za pomocą internetu. – Wszystko, co dzisiaj mają przekazywane w ramach zdalnego nauczania, to jest tylko jakiś fragment informacji, które powinni uzyskać – mówi małopolska kurator oświaty, Barbara Nowak. W zdobywaniu wiedzy podczas nauki zdalnej u wielu dzieci brakuje skupienia. – W momencie, kiedy powinni uważać, bardzo często spora grupa uczniów zajmuje się zupełnie czymś innym niż lekcje – zauważa Barbara Nowak.

Mówią o tym sami uczniowie, zgłaszają to rodzice. Problemem jest też m.in. brak aktywności fizycznej dzieci. – Nie w każdym domu jest ogródek, gdzie dziecko może sobie spokojnie i bezpiecznie pobiegać i się poruszać. Nie każdy dom jest wyposażony w orbitrek czy innego rodzaju urządzenia do ćwiczeń fizycznych – wskazuje socjolog, dr Mirosław Boruta Krakowski.

W nauczaniu, ale i wychowaniu dzieci, dużą rolę odgrywał bezpośredni kontakt nauczyciela z dzieckiem. Kontakt, którego teraz nie ma. Są za to u wielu uczniów spore zaległości. – Zaległości większości dzieci sięgają wręcz roku – informuje Barbara Nowak.

Nauka zdalna dała szansę wielu rodzicom. – Być może rodzice zobaczyli – w godzinach, w których nie widzieli prawie nigdy poza wakacjami czy feriami – że są dzieci, zobaczyli ich problemy, zobaczyli, jak dzieci się uczą i czego się uczą. To mogą być ciekawe doświadczenia, które mogą wpływać pozytywnie na relację rodziców i dzieci – zaznacza Mirosław Boruta Krakowski. Mocno jednak ucierpiały relacje rówieśnicze. Powrót dzieci do normalnej nauki stoi pod znakiem zapytania.

– Wszystko zależy od tego, jak będzie się rozwijać trzecia fala – czy ona będzie już odpływać, czy stosowanie się do rygorów i obostrzeń rzeczywiście będzie miało miejsce – mówi minister edukacji i nauki, Przemysław Czarnek. Minister Przemysław Czarnek nie wyklucza, że dzieci jeszcze w kwietniu stopniowo wrócą do szkolnych ławek. Taki powrót byłby rozłożony w czasie. W pierwszej kolejności do nauki stacjonarnej wróciłyby dzieci z klas 1-3. Resort edukacji i nauki szuka sposobu na nadrobienie zaległości, które są skutkiem nauki zdalnej. Proponuje program oparty o pięć filarów. – Dotyczą one zarówno wspomagania dzieci i młodzieży w wyrównywaniu wiedzy, która jest mniejsza ze względu na naukę zdalną, jak i program pomocy w odzyskaniu kondycji fizycznej, a także program opieki psychologicznej, zdrowotnej, okulistycznej – wyjaśnia minister Przemysław Czarnek. Jeśli program zadziała, będzie rozwijany także w kolejnych miesiącach i latach.

Tekst i zrzuty ekranowe za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/ministerstwo-edukacji-i-nauki-opracowuje-program-pomocowy-dla-uczniow

Mirosław Boruta Krakowski

Nowe dwa kwiatki z Polska Press, czyli "Dziennik Polski"... wciąż niemiecki? Zmarli Bogumił Adamek, a dla "Dziennika Polskiego" to... Bogumił Adameka oraz kondolencje od Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” składane panu mgr. inż. Markowi Ciastoń zamiast p. Markowi Ciastoniowi. Długo jeszcze tego nieuctwa?

8 kwietnia Sąd Okręgowy w Warszawie (SOKiK) wydał orzeczenie w sprawie wniosku Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara o wstrzymanie wykonania decyzji (w tym zakaz wykonywania przez Orlen praw udziałowych w Polska Press). Być może to dlatego w Dzienniku Polskim (Niemieckim?) ukazały się kondolencje: Pani Basi Brzukała zamiast poprawnie po polsku Pani Basi Brzukale... Długo jeszcze tych głupot?

Nekrolog opublikowany w "Dzienniku Polskim" dnia 30.03.2021 - Panu prof. dr hab. Stanisław Sroka - (zamiast Sroce) - wyrazy głębokiego współczucia / składają / Rektor, Senat, Dziekani oraz cała Społeczność Akademicka Uniwersytetu Jagiellońskiego... Chwila smutna, ale cóż... Vivat Academia, vivant Professores...

Polska gazeta potrafi, niemiecka nie da rady... Zmarł śp. dr inż. Andrzej Ścibich, ale dla wydawanego przez Niemców "Dziennika Polskiego" jest to Andrzej Ścibicha...
Długo jeszcze?

Niemiecka gazeta "Dziennik Polski" jak zawsze nie radzi sobie z polskimi nazwiskami: Liczba mnoga to nie Monice i Jerzemu Kościelny a Monice i Jerzemu Kościelnym... Jak dobrze, że te gazety wracają w polskie ręce, oby bardziej przyjazne Polsce i polszczyźnie 😉

Trudno nie dostrzec, że nawet podpis p. Prezes Małgosi (pozdrawiam!) nie chroni przed brakiem umiejętności w posługiwaniu się językiem polskim. Pierwsze słowa kondolencji to... Stanisława Gągały, choć firmą Gold Drop w Limanowej kieruje p. Stanisław Gągała. Wstyd nie odmieniać nazwisk! Pod błędem podpisali się Małgorzata Cetera-Bulka - Prezes Polska Press, oddział w Krakowie i Redakcja Dziennika Polskiego...

Następne lekceważenie ludzkiego nieszczęścia w wydawanym przez Niemców piśmie - Dziennik Polski dnia 09.03.2021. Kto? Wojciech Mudyny a powinno być Wojciech Mudyna...

Po raz kolejny nominuję gazetę "Dziennik Polski" i - tym razem - Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Komunikacji Rzeczpospolitej Polskiej. Obie te instytucje żegnają p. mgr inż. Irenę Tyska... Kogo? P. Irenę Tyskę... Wstyd nie odmieniać nazwisk!

I znów o nazwiskach - wydawana przez Niemców gazeta pisze: Mieczysław Pieronka / Kondolencje / Opublikowano w Dziennik Polski dnia 25.02.2021. Mieczysław Pieronek był przez lata członkiem Rady Fundacji Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, a także wieloletnim sekretarzem miasta Kraków...

Dzisiaj nominuję gazetę "Dziennik Polski" i Ogólnopolskie Forum Dyrektorów Powiatowych Urzędów Pracy. Obie te instytucje składają kondolencje p. Andrzejowi Zając... Komu? P. Andrzejowi Zającowi... Wstyd nie odmieniać nazwisk!

Instytut Myśli Schumana rozpoczął nowy projekt: Debaty Europejskie pod nazwą „Schuman’s Debates on Renewing the European Union”, które odbywać się będą co miesiąc.

Pierwsza z nich przypadła na 20 lutego 2021 roku a jej tematem było: "Superpaństwo — federalna Unia Europejska” czy „Zjednoczona w Różnorodności schumanowska Wspólnota Narodów Europy”. Który model jest bliższy duchowemu, kulturalnemu i historycznemu charakterowi Europy? Jakie powinny być proporcje między interesami ekonomicznymi i wspólnotowym charakterem w relacjach między narodami w Unii Europejskiej przyszłości?

Ponieważ językiem debat jest angielski podajemy tytuł oryginalny „Superstate-Federal EU” or „United in Diversity Schuman’s Community of European Nations” — which model is closest to the spiritual, cultural and historical character of Europe? What should be the proportions of business interests and community character in relations between nations in future EU?" a obok program.

Marek Gizmajer

Po 1945 roku walkę z komunistami w Polsce podjęło ponad 200.000 konspiratorów, w tym ok. 20.000 z bronią w ręce. Był to zryw porównywalny z Powstaniem Styczniowym i coraz częściej jest nazywany Powstaniem Antykomunistycznym. Wojskowe struktury regionalne działały do końca lat 40-tych.

1 marca 1951 r. w Areszcie Śledczym Warszawa-Mokotów zamordowano ostatni IV Zarząd Główny Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, w tym jego szefa płk Łukasza Cieplińskiego „Pługa” (fot. obok, kolor M. Kaczmarek). Pod koniec lat 50-tych rozbito ostatnie oddziały polowe. Ostatni żołnierz sierż. Józef Franczak „Lalek” zginął w walce w 1963 r.

Bilans Powstania to ok. 10.000 poległych, 25.000 zamordowanych, 50.000 wywiezionych na wschód, 250.000 osadzonych w więzieniach, obozach i kopalniach, milion represjonowanych. Przez obóz w Jaworznie przeszło ponad 10.000 chłopców w wieku 16-21 lat. Niektórzy dostali wyroki dłuższe od własnego wieku.

Najdłużej więziony Franciszek Cieślak „Szatan” odzyskał wolność po ponad 21 latach, w 1972 roku. Ostatni skazańcy opuścili więzienia w połowie lat 70-tych. Po wyjściu „na wolność” wielu utrudniano zdobycie wykształcenia i pracy, niektórych szykanowano do końca PRL.

Przez lata zohydzano pamięć o Żołnierzach Wyklętych, nazywano ich bandytami i oskarżano o fikcyjne zbrodnie. Wsadzano do cel z Niemcami albo przebierano w niemieckie mundury, jak np. harcerzy Szarych Szeregów wywiezionych na Sybir. Ocalałych pozbawiano praw obywatelskich i majątków. Do dziś dewastowane są ich pomniki.

Dopiero w 2010 r. prezydent Lech Kaczyński ustanowił 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych, a Instytut Pamięci Narodowej poszukuje miejsc pochówku pomordowanych. W Kwaterze Ł na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie odnaleziono szczątki ok. 300 osób. Pierwsze ekshumacje miały miejsce w 2012 roku (fot. 5 Wileńska Brygada AK, kolor M. Kaczmarek). Do dziś ustalono tożsamość kilkudziesięciu osób, w tym legendarnych dowódców Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, Hieronima Dekutowskiego „Zaporę” i ppłk Stanisława Kasznicę, ostatniego dowódcę Narodowych Sił Zbrojnych. Prawdopodobnie spoczywają tu płk. Witold Pilecki i gen. August Fieldorf „Nil”.

W 2013 roku powstał film o ekshumacjach w reżyserii Arkadiusza Gołębiewskiego oraz Fundacja „Łączka” sprawująca opiekę nad Kwaterą Ł. Jej prezesem został Tadeusz M. Płużański, syn więźnia stalinowskiego i autor książek, m.in. „Bestie”, „Lista oprawców” (fot. Marysia Bartnik "Diana", 13-letnia łączniczka zabita w Powstaniu). Na terenie Kwatery wzniesiono też Mauzoleum Wyklętych-Niezłomnych, w którym w dniu odsłonięcia pochowano szczątki pierwszych 35 zidentyfikowanych ofiar.

W 2014 roku na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku odnaleziono Danutę Siedzikównę „Inkę”, sanitariuszkę 5 Brygady Wileńskiej AK zamordowaną metodą katyńską w przeddzień jej 18 urodzin. Straciła oboje rodziców, nie prosiła o ułaskawienie, w grypsie do sióstr napisała „Powiedzcie babci, że zachowałam się jak trzeba”. Jej szczątki znajdowały się w skrzyni bez wieka zakopanej przy cmentarnym chodniku. W 2015 roku zidentyfikowano czaszkę sierż. Józefa Franczaka „Lalka”. Kilkadziesiąt lat była eksponatem dydaktycznym w Akademii Medycznej w Lublinie.

Instytut Pamięci Narodowej prowadził i nadal prowadzi prace ekshumacyjne w wielu miejscach, np. na terenie więzienia mokotowskiego w Warszawie, Cmentarza Rakowickiego w Krakowie, aresztu śledczego UB w Białymstoku czy więzienia śledczo-karnego w Pomiechówku (fot. gen. Stanisław Sojczyński "Warszyc", zamordowany w 1947 roku). W lutym 2020 roku w Warszawie otwarto placówkę muzealną IPN w budynku byłej kwatery głównej NKWD przy ul. Strzeleckiej 8, w której w latach 40-tych więziono tysiące działaczy polskiego podziemia. Wielu torturowano, wielu nie przeżyło.

Od niedawna technika komputerowa umożliwia cyfrowe udoskonalanie i kolorowanie starych fotografii, a nawet animowanie twarzy, które po latach zaczynają się poruszać, rozglądać, uśmiechać… Artysta informatyk Mikołaj Kaczmarek uruchomił na Facebooku stronę „Kolor historii”, na której prezentuje odnowione i „uruchomione” przez siebie podobizny m.in. Żołnierzy Wyklętych. Obok pokolorowane przez niego zdjęcie Zosi Riedel ps. "Ster", 15-letniej sanitariuszki rozstrzelanej przez Niemców podczas Rzezi Woli w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego. Strona bije rekordy popularności, ma 90 tys. obserwatorów, nowe zdjęcia są natychmiast powielane, czasem setki razy. Polacy chcą się spotykać ze swoimi bohaterami „twarzą w twarz”. Na jednej z animacji płk Łukasz Ciepliński przez blisko minutę z ciekawością „rozgląda się” dookoła, jakby chciał zrozumieć dzisiejszy świat, a gdy jego wzrok spocznie na tobie… Nie zapomnisz nigdy.

W piątek, 26 lutego 2021 roku odbyła się uroczystość odsłonięcia tablicy na budynku Zespołu Szkół Ekonomicznych nr 1 w Krakowie, przy ul. Kapucyńskiej 2, upamiętniającej więźniów komunistycznego aparatu represji. Sfinansowana przez Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie tablica została zamontowano 30 października 2020 roku, ale z powodu pandemii koronawirusa uroczystość została przesunięta. Autorem tablicy pamiątkowej jest krakowski artysta rzeźbiarz Wojciech Batko.

W siedzibie przedwojennego gimnazjum kupieckiego komuniści urządzili Miejski Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, a w piwnicach areszt. Osoby tam więzione, w swoich relacjach, wspominają o celi urządzonej w szatni dla uczniów, w której znajdowała się tylko jedna zawszona prycza. W takich warunkach przetrzymywano tam 25-30 aresztowanych. Do dziś w niewielkim piwnicznym pomieszczeniu zachowały się napisy wyryte przez więźniów. Jeden z nich jest szczególnie przejmujący: „1945. 8 V – 27 V – ? Siedzieli zamknięci w grobie za życia”. W grudniu 1945 r. MUBP został zlikwidowany a jego funkcjonariusze przeszli do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.