Przeskocz do treści

Mirosław Boruta Krakowski

Czy o książce "Tyrania postępu", wydanej w 2023 roku przez "Białego Kruka" można napisać coś pozytywnego? Można. A negatywnego? Też. Zacznijmy od pozytywów: kolor, okładka, papier, zdjęcia autorów tekstów... Może niekonieczne było zdjęcie na stronie 142, podobnie jak wkładka na stronach 166-167, ale to oczywiście wybór redakcji.

17 autorskich wypowiedzi omawia współczesne przejawy kulturowej batalii o przyszłość, o drogę która pójdzie młodzież, bo przecież to o młodych ludzi i ich wizję przyszłości świata, jest ta walka. Niestety, przyjęta przez większość autorów "perspektywa ogólnoludzka", nie jest przekonująca.

Historycy są przekonani, że pozbawienie nas dotychczasowego sytemu wartości, pomieszanie pojęć, czy zabawy z tożsamością - w tym najbardziej okrutna z nich - zabawa w gender doprowadzi to totalitaryzmu. Będziemy musieli wybrać właśnie to i biada nam, jeśli wybierzemy inaczej! Może nie zostaniemy przekonani, ale zwyzywani na pewno! W świecie, w którym wartością jest brak wartości każdy musi ("i powinien") się zagubić... I wówczas lewaccy jedynowładcy od relatywizmu i nijakości zwyciężą.

Stąd też w drugiej części autorzy - tym razem księża, wskazują na możliwość obrony, odnalezienia kotwicy, po prostu powrotu do Boga wciąż Tego Samego, powrotu do Dziesięciorga Przykazań, przynajmniej w chrześcijańskiej cywilizacji, stanowiących fundament dziejów, postępu i rozwoju.

Podobnie autorzy piszący o kulturze i konieczności poszanowania dziedzictwa i tradycji. To druga kotwica. Nie zapominajmy o przeszłości, a szczególnie o tym co w niej bliskie, partykularne: o dziejach rodzin, wspólnot regionalnych, narodów.

Oczywistym jest, że to dla czytelników zbioru największy kłopot, z jednej strony szanować to co uniwersalne (przynajmniej w chrześcijańskim kręgu cywilizacyjnym), a z drugiej trwać przy odrębności, dziedzictwie, różnić się od innych, tolerować odrębności - do jakich granic?

Kolejna część zbioru, poświęcona ekologizmowi, moralizatorstwu, wiktymizacji i innym nowoczesnym środkom wojny kulturowej przybliża nas do współczesności. Właśnie to dzieje się na naszych oczach. I tutaj oba, prezentowane wcześniej stanowiska, przegrywają już na starcie.

Chrześcijański Bóg jest wieczny i uniwersalny, instytucja Kościoła ma lat dwa tysiące, Polska tysiąc, ale przed nami nowe: globalne ocieplenie, zanieczyszczenie powietrza i wody, prawa dla wszystkich mniejszości ludzkich i innych, europejskość, polityczna poprawność... Choć, jeśli przyjrzeć się tym ideom i ideologiom bliżej, wcale nie są nowe. Oznaczają najczęściej cenzurę, przymus, dominację, a nawet tytułową tyranię. I tej świadomości, że nowe jest stare najczęściej młodym ludziom brakuje...

Część piąta, ta najbardziej upolityczniona (choć na kartach książki wszystkie wątki przeplatają i przewijają - utrudniając z pewności redakcyjne wybory) jest z pewnością najciekawsza. Łańcuchy niemiecko-rosyjskich powiązań z pewnością nie są dla Polski korzystne. Próba odbudowy niemieckiego imperium - kosztem Europy Środkowej - także nie jest dla nas - Polaków, drogą do raju. Może pora na inny projekt, właśnie lokalny, Międzymorza, lub projekt środkowoeuropejsko-anglosaski?

Tutaj z pewnością najciekawszy jest tekst posła do Parlamentu Europejskiego, dr. Patryka Jakiego. Bo im mniej cytatów, klasyków, złotych myśli, nawiązań, czy peryfraz, im mniej chłopskiego lamentu, czy głosów wołających "olaboga" na puszczy, a więcej konkretów - tym lepiej. Mamy więc tutaj diagnozę, program działania i środki dojścia celu, jakim jest wzmocnienie roli Polski w Europie i świecie. Warto ten tekst jeszcze bardziej upowszechnić.

Program na przyszłość to jest to, co może młodych zainspirować i pociągnąć. Wizja! Tak zróbmy! Trzeba nam energicznie szerzyć dobro i energicznie zwalczać zło. Opieszałości i zaniedbań nie wybaczy nam nikt.

Z okazji setnej rocznicy spotkania marszałka Józefa Piłsudskiego z przywódcą Ukraińskiej Republiki Ludowej Semenem Petlurą w Berdyczowie, na stacji kolejowej w tym ukraińskim mieście odsłonięto w sobotę tablicę upamiętniającą to wydarzenie.

21 kwietnia 1920 roku Rzeczpospolita Polska i Ukraińska Republika Ludowa zawarły umowę polityczną, określającą wspólną granicę obu państw oraz zasady przyszłej współpracy (znaną także jako pakt Piłsudski-Petlura). Z polskiego punktu widzenia była to szansa na budowę federacji państw tej części kontynentu, dla Ukraińców – szansa wywalczenia niepodległości. W maju 1920 roku wojska obu krajów wyzwoliły spod rosyjskiej okupacji Kijów.

Przywódca URL Symon Petlura w odezwie do narodu napisał wówczas: „Wspólną walką zaprzyjaźnionych armii – ukraińskiej i polskiej – naprawimy błędy przeszłości, a krew, wspólnie przelana w bojach przeciw odwiecznemu historycznemu wrogowi, Moskwie, który ongiś zgubił Polskę i zaprzepaścił Ukrainę, uświęci nowy okres wzajemnej przyjaźni ukraińskiego i polskiego narodu”.

Zaledwie tydzień po zajęciu Kijowa przez polsko-ukraińskie wojska, armia rosyjska rozpoczęła kontrnatarcie. Latem 1920 roku Ukraińcy walczyli m.in. w obronie Zamościa i brali udział w zwycięskiej bitwie z 1. Armią Konną Siemiona Budionnego pod Komarowem. W kwaterze oficerskiej cmentarza wolskiego spoczywa gen. Marko Bezruczko, dowódca 6. Siczowej Dywizji Strzelców Armii Ukraińskiej Republiki Ludowej, dowódca obrony Zamościa (fot. p. Mirosław Boruta Krakowski, Polacy o i dla niepodległosci wschodnich sąsiadów Rzeczypospolitej, Kraków 1995, Wydawnictwo Towarzystwa Pomost).

Po zawarciu rozejmu polsko-rosyjskiego, armia Ukraińskiej Republiki Ludowej liczyła ok. 35 tys. żołnierzy, którzy samodzielnie rozpoczęli ofensywę przeciw Rosjanom. Około 20 tys. żołnierzy ukraińskich powróciła do Polski. Część wstąpiła do Wojska Polskiego. Niektórzy z nich wzięli udział w wojnie z Niemcami i Rosją w 1939 roku (fot. p. Mirosław Boruta Krakowski, "Wolni z wolnymi, równi z równymi". Polska i Polacy o niepodległości wschodnich sąsiadów Rzeczypospolitej, Kraków 2002, Wydawnictwo Arcana).

Fragmenty tekstu i zdjęcia tablicy za: https://wpolityce.pl/historia/654765-tablica-w-berdyczowie-na-czesc-pilsudskiego-i-petlury

Mirosław Boruta Krakowski

Nie można złożyć kondolencji p. Basi Brzukała, bo to nie po polsku, ale można p. Basi Brzukale... o czym powinni wiedzieć redaktorzy Dziennika Polskiego (ogłoszenie z 25 lipca 2023 roku), Rada Nadzorcza, Prezes Zarządu oraz Pracownicy PSS "Zgoda" w Krakowie.

Jak napisano w "Dzienniku Polskim" 29 czerwca 2023 roku kondolencje p. Annie Litewka - a powinno być komu? - Annie Litewce z powodu śmierci Męża śp. Wojciecha Litewka - a powinno być kogo? - Wojciecha Litewki... składa Zarząd, Rada Nadzorcza oraz pracownicy Handlowej Spółdzielni Jubilat w Krakowie. Ludzie i Redakcjo "ogarnijcie się" wreszcie, tu jest Polska!

Szanownym Państwu Kubikom a a nie Kubik... jak to łamaną polszczyzną publikuje "Dziennik Polski" z 21 czerwca 2023 roku, a podpisuje Prezes, Rada oraz Członkowie Krakowskiej Kongregacji Kupieckiej (w oryginale Sławomirowi, Karolowi, Adamowi, Tomaszowi i Damianowi Kubik).

Mirosław Boruta Krakowski

Kondolencje składamy p. Małgorzacie Sańce, a nie p. Małgorzacie Sańka... (Dziennik Polski, 31.03.2023).

Kondolencje można złożyć Janowi Sardze, a nie Janowi Sarga o czym nie pamięta Zarząd Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Krakowie, Członkowie Stowarzyszenia ZDZ oraz Pracownicy (Dziennik Polski, 28.03.2023).

Odszeł lekarz kardiolog Zbigniew Zimmer, więc żegnamy Zbigniewa Zimmera, a nie Zbigniewa Zimmer...
Tak to być powinno i to podpowiadam pracownikom Kliniki Kardiologii Szpitala Wojskowego oraz redaktorom Dziennika Polskiego (nekrolog z 24.03.2023).

Jeżeli potrafimy odmienić imię, potrafimy i nazwisko. Nie inaczej 😉 Np. w Dzienniku Polskim z 15 lutego 2023 roku:
Edycie Ozga... No, nie!
Edyta Ozga - komu? Edycie Ozdze... I tyle i już 😉

W "Dzienniku Polskim" z 26 stycznia 2023 roku opublikowano wyrazy głębokiego współczucia dla pani dr hab. Ewy Mizia zamiast pani dr hab. Ewy Mizi. Tym razem języka polskiego nie znają Pracownicy Katedry Anatomii Uniwersytetu Jagiellońskiego – Collegium Medicum...

Nie można składać kondolencji p. Markowi Kujszczyk, można natomiast p. Markowi Kujszczykowi, kierownikowi pracowni RTG Szpitala w Szczyrzycu (Dziennik Polski, 11.01.2023).

Nie można złożyć wyrazów głębokiego współczucia p. Anecie Zachara, można p. Anecie Zacharze o czym powinni wiedzieć Dyrekcja i Pracownicy Szpitala Specjalistycznego im. J. Dietla w Krakowie (Dziennik Polski 04.01.2023).

Nie dr Gracjanie Krzysiek-Mączka a dr Gracjanie Krzysiek-Mączce składamy wyrazy głębokiego żalu i współczucia o czym powinni wiedzieć Kierownik i Pracownicy Katedry Fizjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego - Collegium Medicum (Dziennik Polski, 17 listopada 2022 roku).

Nie można złożyć kondolencji p. lek. med. Beacie Zawiasa, można p. lek. med. Beacie Zawiasie, co dedykuję Dyrekcji i Pracownikom Samodzielnego Publicznego Zespołu Lecznictwa Otwartego w Wieliczce (Dziennik Polski - 27.09.2022).

Opublikowano w Dzienniku Polskim dnia 30.08.2022: Koleżance Teresie Patoła - powinno być Teresie Patole, wyrazy głębokiego współczucia z powodu śmierci męża
Krzysztofa Patoła - powinno być Krzysztofa Patoły, składają Zarząd oraz pracownicy firmy...

Mirosław Boruta Krakowski

Kondolencje opublikowane w Dzienniku Polskim 15. lipca 2022 roku:
Panu Krzysztofowi Miler, serdeczne wyrazy współczucia...
składają koleżanki i koledzy z Instytutu Systematyki i Ewolucji Zwierząt Polskiej Akademii Nauk w Krakowie.
Ręce opadają na taką Akademię Nauk... Krzysztofowi Milerowi!!!

Oblikowano w Dzienniku Polskim dnia 30.05.2022:
Szanownemu Panu
Prof. dr. hab. inż. Tadeuszowi Uhl
Dyrektorowi Centrum Technologii Kosmicznych AGH...
Komu? Prof. dr. hab. inż. Tadeuszowi Uhlowi. I tylko tak jest po polsku 😉

Z głębokim żalem można przyjąć wiadomość o śmierci śp. Marii Dury - a nie Marii Dura - o czym warto pamiętać, gdy jest się dziennikarzem "Dziennika Polskiego", a także Dyrekcją i Pracownikami Szpitala Specjalistycznego im. J. Dietla w Krakowie...

Nie można kpić z odmiany imion i nazwisk odmieniając tylko imię. Tak stało się (22 marca 2022 roku) w nekrologu zamieszczonym w "Dzienniku Polskim". Na samej górzej czytamy Ryszarda Malik, by w tekście dojrzeć... składamy wyrazy głębokiego współczucia z powodu śmierci Męża - Ryszarda Malik. Kogo? Ryszarda Malika, to jasne... choć nie dla wszystkich ;-(

W języku polskim nie można złożyć kondolencji p. Andrzejowi Ziąbek, ale można p. Andrzejowi Ziąbkowi o czym powinni pamiętać Redaktorzy "Dziennika Polskiego" i Państwo z R.D.M. Śródmieście Spółka z o.o. w Krakowie...

Wyrazy głębokiego współczucia i żalu można okazać p. dr. Henrykowi Helonowi a nie Henrykowi Helon o czym z pewnością powinni wiedzieć PT. Pracownicy Poradni Specjalistycznej REVITA i Redaktorzy "Dziennika Polskiego"...

Kolejny błąd w Dzienniku Polskim...
Komu współczujemy? Nie Agnieszce Gawlewicz-Mroczka a Agnieszce Gawlewicz-Mroczce.
Kondolencje podpisał prof. dr hab. (...) z Zespołem...

Po kilkunastu dniach "Dziennik Polski" znów daje popis indolencji w odmianie nazwisk:
1) Naszemu Koledze Łukaszowi Kuza...
Komu? Łukaszowi Kuzie!
2) Pani Doktor Agnieszce Biel-Wiendlocha...
Komu? Agnieszce Biel-Wiendlosze!
A przecież to Dziennik Polski 😉

Czy składając kondolencje p. profesor Elżbiecie Reroń (odmiana prawidłowa) z powodu śmierci p. profesora Alfreda Reroń (odmiana nieprawidłowa - powinno być Alfreda Reronia) nie wie o regułach polszczyzny redaktor odpowiedzialny "Dziennika Polskiego" czy też profesor Hubert Huras?
Dziennik Polski - 21 grudnia 2021 roku.

Dziennik Polski (?), bo język polski to już nie...
Jest Aleksandrze Mączka
powinno być Aleksandrze Mączce
co polecam Redakcji oraz Dyrekcji i Pracownikom Centrum Medycznego VADIMED.

Mirosław Boruta Krakowski

Kolejny listopadowy błąd w Dzienniku (skadinąd) Polskim... z powodu śmierci śp. mgr Iwony Mihułka... zamiast śp. mgr Iwony Mihułki. Macie tam Państwo kogoś, kto zna reguły polszczyzny?

I kolejny kwiatuszek z Dziennika Polskiego (sic!) 😉 Jest: Naszemu Koledze Sławomirowi Dusza i Jego Rodzinie... Zarząd i Pracownicy ZISTECHNIKA Sp. z o.o. w Krakowie. Powinno być: Naszemu Koledze Sławomirowi Duszy i Jego Rodzinie... Jakąś "koretkę" w wydawnictwie Państwo mają?

Dziennik Polski (sic!), 17 listopada 2021 roku. Nie można po polsku napisać Edwardowi Wąs, po polsku można napisać Edwardowi Wąsowi... Co dedykuję Zarządowi Zakładu Doskonalenia Zawodowego w Krakowie oraz Koleżankom i Kolegom.

I znów kwiatek z "Dziennika Polskiego" - choć władze już inne 😉 Bo nie pani Annie Witek-Kuzioła tylko panie Anie Witek-Kuziole warto złożyć wyrazy współczucia... O czym powinni wiedzieć (obok PT. Redaktorów) także Prezes, Sędziowie i Pracownicy Sądu Rejonowego dla Krakowa-Krowodrzy w Krakowie.

No i na koniec, bo ręce opadają: Prof. dr. hab. Władysławowi Miodunka najszczersze kondolencje... (to Dziennik Polski i) Dyrektor Szpitala Dziecięcego im. św. Ludwika z Zespołem. Profesorowi Władysławowi Miodunce, który w swoich programach uczył, że nazwiska się odmienia. Wstyd dla gazety, wstyd dla autorów kondolencji ponad wszelką miarę...

Kolejny przykład językowej głupoty, tym razem głupoty z Gazety Wyborczej: "Panu Witoldowi Stanaszek najgłębsze wyrazy współczucia..." Po polsku Witoldowi Stanaszkowi! Oprócz Gazety Wyborczej szeregi nieuków zasila Dyrekcja oraz pracownicy Zarządu Dróg Miasta Krakowa...

Opublikowano w Dziennik Polski dnia 17.08.2021 Toż to już polska gazeta, wypada publikować po polsku 😉 Panu Tomaszowi Skomorucha i jego Rodzinie... Źle! Panu Tomaszowi Skomorusze i jego Rodzinie... Dobrze! Dedykuję Dyrekcji i Pracownikom Centrum Medycznego VADIMED.

Opublikowany w Dziennik Polski dnia 11.06.2021. Andrzejowi Stelmachów. Składamy kondolencje / p. prof. dr hab. med. Andrzejowi Stelmachowi. Koleżanki i Koledzy z Zespołu Kliniki Urologii Onkologicznej. Mamy tutaj dwie formy, druga poprawna, ale ta pierwsza to językowe kuriozum 😉

Początki są zawsze trudne, zmienił się redaktor naczelny "Dziennika Polskiego" a głupota została. Ostatni przykład: Agacie i Aleksandrowi Gwiazda wyrazy głębokiego współczucia i żalu... Po polsku napiszemy: Agacie i Aleksandrowi Gwiazdom - co dedykuję redakcji oraz Radzie Nadzorczej, Zarządowi i Pracownikom Spółdzielni Mieszkaniowej „Na Kozłówce” w Krakowie...

Trzy językowe błędy na weekend w "Dzienniku Polskim" (polskim już niebawem!): a) łącząc się w żałobie i smutku po śmierci Grażyny Leja zamiast (kogo) Grażyny Lei, b) naszemu Koledze Guyowi Torr zamiast (komu) Guyowi Torrowi, c) pani Barbarze Miękina serdeczne wyrazy współczucia zamiast (komu) Barbarze Miękini...

Mirosław Boruta Krakowski

Nowe dwa kwiatki z Polska Press, czyli "Dziennik Polski"... wciąż niemiecki? Zmarli Bogumił Adamek, a dla "Dziennika Polskiego" to... Bogumił Adameka oraz kondolencje od Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” składane panu mgr. inż. Markowi Ciastoń zamiast p. Markowi Ciastoniowi. Długo jeszcze tego nieuctwa?

8 kwietnia Sąd Okręgowy w Warszawie (SOKiK) wydał orzeczenie w sprawie wniosku Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara o wstrzymanie wykonania decyzji (w tym zakaz wykonywania przez Orlen praw udziałowych w Polska Press). Być może to dlatego w Dzienniku Polskim (Niemieckim?) ukazały się kondolencje: Pani Basi Brzukała zamiast poprawnie po polsku Pani Basi Brzukale... Długo jeszcze tych głupot?

Nekrolog opublikowany w "Dzienniku Polskim" dnia 30.03.2021 - Panu prof. dr hab. Stanisław Sroka - (zamiast Sroce) - wyrazy głębokiego współczucia / składają / Rektor, Senat, Dziekani oraz cała Społeczność Akademicka Uniwersytetu Jagiellońskiego... Chwila smutna, ale cóż... Vivat Academia, vivant Professores...

Polska gazeta potrafi, niemiecka nie da rady... Zmarł śp. dr inż. Andrzej Ścibich, ale dla wydawanego przez Niemców "Dziennika Polskiego" jest to Andrzej Ścibicha...
Długo jeszcze?

Niemiecka gazeta "Dziennik Polski" jak zawsze nie radzi sobie z polskimi nazwiskami: Liczba mnoga to nie Monice i Jerzemu Kościelny a Monice i Jerzemu Kościelnym... Jak dobrze, że te gazety wracają w polskie ręce, oby bardziej przyjazne Polsce i polszczyźnie 😉

Trudno nie dostrzec, że nawet podpis p. Prezes Małgosi (pozdrawiam!) nie chroni przed brakiem umiejętności w posługiwaniu się językiem polskim. Pierwsze słowa kondolencji to... Stanisława Gągały, choć firmą Gold Drop w Limanowej kieruje p. Stanisław Gągała. Wstyd nie odmieniać nazwisk! Pod błędem podpisali się Małgorzata Cetera-Bulka - Prezes Polska Press, oddział w Krakowie i Redakcja Dziennika Polskiego...

Następne lekceważenie ludzkiego nieszczęścia w wydawanym przez Niemców piśmie - Dziennik Polski dnia 09.03.2021. Kto? Wojciech Mudyny a powinno być Wojciech Mudyna...

Po raz kolejny nominuję gazetę "Dziennik Polski" i - tym razem - Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Komunikacji Rzeczpospolitej Polskiej. Obie te instytucje żegnają p. mgr inż. Irenę Tyska... Kogo? P. Irenę Tyskę... Wstyd nie odmieniać nazwisk!

I znów o nazwiskach - wydawana przez Niemców gazeta pisze: Mieczysław Pieronka / Kondolencje / Opublikowano w Dziennik Polski dnia 25.02.2021. Mieczysław Pieronek był przez lata członkiem Rady Fundacji Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, a także wieloletnim sekretarzem miasta Kraków...

Dzisiaj nominuję gazetę "Dziennik Polski" i Ogólnopolskie Forum Dyrektorów Powiatowych Urzędów Pracy. Obie te instytucje składają kondolencje p. Andrzejowi Zając... Komu? P. Andrzejowi Zającowi... Wstyd nie odmieniać nazwisk!

Radio Maryja

Stany Zjednoczone przekazały Polsce ofertę dotyczącą budowy elektrowni atomowej. USA chce wybudować w naszym kraju sześć reaktorów atomowych. To kolejna oferta po Francji i Korei Południowej. Wybór oferty będzie podyktowany m.in. kwestiami geopolitycznymi – wskazują eksperci.

Jednym z elementów bezpieczeństwa energetycznego Polski ma być energia jądrowa. Pierwsza elektrownia atomowa będzie gotowa za nieco ponad 10 lat. – Bezpieczeństwo energetyczne wyraża się w tym, że powinniśmy jak najwięcej energii produkować wewnątrz kraju – powiedział , wiceminister klimatu i środowiska dla Instytutu Polityki Energetycznej im. I. Łukasiewicz. Według planów elektrownie atomowe w Polsce mają osiągnąć moc dziewięciu gigawatów. Wytwarzałby niemal 1/3 energii, która jest potrzebna w Polsce – mówił Jakub Wiech, ekspert do spraw energetyki. – To są dwie elektrownie jak w Bełchatowie, tylko że mówimy o jednostkach bezemisyjnych, więc uniknęlibyśmy podwojenia emisji elektrowni Bełchatów – zaznaczył Jakub Wiech.

Polska potrzebuje energii z atomu – przyznał Dawid Jackiewicz, wiceprezes Orlen Synthos Green Energy. – Wyłączane bloki węglowe oraz dekapitalizacja dzisiaj funkcjonujących jednostek węglowych powodują, że w latach 30. będziemy mieli deficyt energii elektrycznej na poziomie 17 GB – podkreślił Dawid Jackiewicz. Pierwsza duża elektrownia ma powstać w okolicach Choczewa na Pomorzu. Polska nie ma swoich technologii. Musi korzystać z zagranicznych. W 2019 roku prezydenci Polski i USA, Andrzej Duda oraz Donald Trump, podpisali umowę dotyczącą współpracy w zakresie energii atomowej. Dziś Marek Brzeziński, amerykański ambasador w Polsce, przekazał raport koncepcyjno-wykonawczy w zakresie współpracy w obszarze Cywilnej Energetyki Jądrowej. To szczegółowa oferta budowy elektrowni atomowej w Polsce – wyjaśnia Anna Moskwa, minister klimatu i środowiska. „Raport zostanie uwzględniony przez Rząd RP w trakcie podejmowania kluczowych decyzji dotyczących technologii jesienią tego roku” – podkreśliła Anna Moskwa.

Stany Zjednoczone proponują Polsce budowę sześciu reaktorów atomowych o łącznej mocy nieco ponad siedmiu gigawatów. Amerykanie zapewniają projekt, jego realizację i serwis reaktorów. Wcześniej swoją ofertę złożyła Korea Południowa. Koreańczycy proponują również finansowanie projektu. Są też gotowi do współpracy, jeśli ich oferta zostanie odrzucona. Oferują m.in. turbiny i paliwo jądrowe – podkreślił Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu Biznes Alert. – Bardzo pomocne będą kadry z zagranicy. Natomiast każdy z partnerów jądrowych takie kadry może zapewnić. Jest miejsce dla kilku firm w tym zakresie – zaznaczył Wojciech Jakóbik.

W październiku 2021 roku wstępną (niewiążącą ofertę) złożyli Francuzi. Sprawa budowy elektrowni była też omawiana pod koniec sierpnia 2022 roku przez premiera Mateusza Morawieckiego podczas spotkania z prezydentem Francji w Paryżu. Francuzi oferują budowę od czterech do sześciu reaktorów o mocy prawie 10 gigawatów mocy. Koszt to od 33 do 48 mld euro. Wybór tej oferty byłby ryzykowny – wskazał dr Wojciech Myślecki, ekspert ds. energetyki. – Francuzi nie umieją tego bloku nawet u siebie zbudować. Są ogromne trudności z budową bloku w Finlandii, mimo że Finowie robią wszystko, żeby ten blok uruchomić – powiedział dr Wojciech Myślecki.

Przy wyborze oferty liczyć będą się kwestie geopolityczne. – Trzeba brać pod uwagę takie zależności jak choćby współpracę w ramach NATO ze Stanami Zjednoczonymi. (…) Również wewnątrzunijne możliwości współpracy z Francją, która jako państwo członkowskie UE będzie miała wpływ, chociażby na działania Komisji Europejskiej w kwestii zatwierdzania modelu finansowego dla polskiego atomu – zaznaczył Jakub Wiech. Jak podkreślił socjolog, dr Mirosław Boruta Krakowski, część Polaków obawia się elektrowni atomowych, pamiętając katastrofę w Czarnobylu. Jednak w obliczu kryzysu energetycznego obawy muszą zejść na margines. – Myślę, że alternatywą jest światło i ciepło, i z tej alternatywy nie zrezygnujemy. Atom jest przyszłością, być może można żałować, że tak późno decydujemy się na tak radykalne kroki – zwrócił uwagę dr Mirosław Boruta Krakowski. Poza budową dużej elektrowni jądrowej Polska planuje zbudować kilkanaście mniejszych elektrowni tzw. SMR-ów. Będą one produkować energię m.in. na potrzeby zakładów przemysłowych.

Tekst i zrzuty ekranowe za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/oferta-usa-na-budowe-elektrowni-jadrowej

"Planujemy wyprawę na Ararat, żeby zrobić pierwszy polski film. Jak dobrze pójdzie, to powinno nam się to wkrótce udać. Być może już we wrześniu. To nasze przygotowanie powoli się finalizuje" - mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl ks. dr Roman Piwowarczyk, filozof, organizator czterech konferencji z udziałem światowych ekspertów i uczestników wypraw do Arki na Ararat, autor artykułów naukowych i popularnonaukowych, a także książki „Arka Noego odnaleziona" opisującej dzieje Potopu oraz wyprawę, która dokonała odkrycia Arki Noego w paśmie górskim Ararat.

wPolityce.pl: Jakie to jest uczucie, kiedy wędruje się do miejsca, które wprawdzie jest opisane w Biblii, ale przez wielu jest traktowane jako legenda? Nagle ta „legenda" okazuje się rzeczywistością.

Ks. Roman Piwowarczyk: Dla mnie to uczucie było na pewno wyjątkowe, zwłaszcza że z jednej strony Biblia jest dla mnie bardzo istotnym źródłem pewnych punktów odniesienia i dążeń. Z drugiej strony sam, kończąc seminarium, nie byłem wcale przekonany o realności Potopu, jego szczególnej randze i znaczeniu. Tak się jednak stało, że pewnego razu wszystko zaczęło się rozświetlać, klarować. Nawiązałem kontakt z osobami, które wiedziały coś więcej, które mówiły, że się tym zajmują bardzo poważnie. W końcu dotarłem do głównych odkrywców. Zaprosiłem ich do Polski - dwóch naocznych świadków bycia w Arce. Można powiedzieć, że to był dla mnie przełom, duży skok w inną rzeczywistość. To zaczęło mi coraz bardziej otwierać oczy i powiększać wyobraźnię, że jednak ta historia, która jest za nami, może być zupełnie inaczej przedstawiona niż ta, która mi się wydawało, że jest kompletna, czy właściwa. Także tych uczuć na pewno było wiele i sam przeżywałem te kolejne dotknięcia, czy kolejne źródła informacji zdobywane w różnych miejscach, które to wszystko kompletowały w innej konfiguracji.

Mówiąc szczerze, spotykam się ciągle z osobami, które zadają tego typu, czy podobne pytania i które chcą badać moją autentyczność, czy siłę przekonania, ilość argumentów itd. To jest na pewno po pierwsze niezła przygoda, po drugie sam jeszcze szukam nowych, dalszych, żeby liczba ich była coraz większa. Dużo można by mówić na ten temat.

A jak to wpłynęło na Księdza wiarę? Do tej pory rozmawialiśmy o uczuciach, a przecież najbardziej istotna w tym wszystkim jest jednak wiara.

Wiara w Boga na pewno się nie zmieniła, natomiast myślę, że się jeszcze bardziej urealniła w tym sensie, że to, w co wierzymy, na różne ~posoby sprawdza się w życiu. Siła osób, które nie wierzą, na pewno może być weryfikowana przez życiowe doświadczenia. Inaczej mówiąc, wierzymy w Boga, który nie jest bardzo odległy i do którego możemy mieć dostęp, na różne sposoby doświadczać Jego obecności, Jego pomocy, Jego wszechmocy, Jego działania w naszym życiu - i społecznym, i indywidualnym, czy nawet Kościoła, czy nawet ludzi niewierzących. Na pewno więc w jakiś sposób był to wpływ pozytywny na wiarę.

Czytając tę książkę, skądinąd bardzo interesującą, uderza jedna rzecz, a mianowicie, że badacze Arki Noego pochodzili z Hong Kongu. To nie byli ludzie z Europy, czyli z terenów, gdzie pewnie spodziewalibyśmy się największego zainteresowania Arką. Dlaczego tak się stało?

W książce oczywiście staram się to wyjaśnić, ale mówiąc jak najkrócej, był to swoisty zbieg okoliczności w tym względzie, że ta grupa z Hong Kongu została poruszona czy zainicjowana przez pomysł dwóch osób, które bynajmniej nie były wierzące. To byli bardzo bogaci ludzie z Hong Kongu, którzy zajmują się nieruchomościami i innymi formami biznesu. W pewnym momencie zaplanowali stworzyć duży ośrodek, centrum rozrywki, coś na modłę Disneylandu i w nim chcieli umieścić kopię Arki Noego. Nie mając wielkiego wyobrażenia, ani wielu informacji, co ~o jest Arka Noego, kto to był Noe, co to był Potop itd. zaangażowali dziennikarzy, żeby im to po prostu ułatwili i dostarczyli niezbędne informacje.

Ciara Wei, która była w centrum tych poszukiwaczy treści, dostała zlecenie i odpowiednie środki na jego realizację. Wybrała się do Europy, skręciła w kierunku Turcji, dotarła do Dogubavazrt, Zdobyła wiele informacji i historycznych detali. Natomiast okazało się, że gdy przybyła z nimi do Hong Kongu, grupa ewangelizacyjna zainteresowała się tymi treściami i zapaliła w tym sensie, że "same informacje to za mało, musimy pojechać i szukać tej Arki", Nie tylko same treści w zapiskach, książkach itd., ale znaleźć konkretne fragmenty czy pozostałość Arki. To jest bardzo wyjątkowa rzecz, że faktycznie osoby z dalekiego Hong Kongu przyjeżdżają do Europy - ta grupa, o której mówię, była to grupa ewangelizacyjna, ale głównie protestancka - i kilka organizowali wypraw - do skutku. Powiedzieli, że będą szukać, aż znajdą. Nie ukrywali, że traktowali tę przygodę również w wymiarze religijnym. Tłumaczyli to też Ahmedowi, który był ich opiekunem i wsparciem ze strony tureckiej, jako że jest on przewodnikiem wypraw wysokogórskich, działa w branży turystycznej. On też naginał się w tę stronę, że się z nimi modlił, chociaż oficjalnie od strony religijnej jest po stronie tureckiej, czyli muzułmaninem, przy czym jego mama jest Ormianką czyli chrześcijanką. Tak czy inaczej docenił również i zaakceptował to, że ten wymiar jest ważny. Udało się. To, co przez wiele wcześniejszych wypraw, zwłaszcza w wieku XX nie udawało się znaleźć Arki na powierzchni góry, oni ją znaleźli - oczywiście nie na powierzchni, ale przykrytą kilkumetrową warstwą skał wulkanicznych. Dotarcie do tej lokalizacji było naprawdę dużym wysiłkiem, bo trzeba było wiedzieć, gdzie są jakieś szczeliny w skałach, poprzez które można by się przecisnąć, by się obniżyć kilka metrów i dotrzeć do drewnianej konstrukcji Arki. Ale udało się.

Najpierw odkryli jedną lokalizację. Później drugą, trzecią. Inaczej mówiąc, Arka jest teraz rozdzielona na trzy części i każda z tych części jest na innym miejscu i innej wysokości. Badacze są przekonani, że są tylko te trzy części, chociaż stu procentowej pewności nie mają. Może jeszcze jakaś część jest - przysypana i nieodkryta? Według nich są trzy części, które stanowiłyby całość Arki.

Czy są planowane jeszcze jakieś wyprawy, żeby głębiej zbadać to znalezisko?

Tak. To jest kwestia wielokrotnie złożona. Nie tylko złożona, ale wielokrotnie złożona, ponieważ rząd turecki się już teraz tym zainteresował. W programie nauczania w Turcji już oficjalnie wykłada się na temat Potopu, Noego, historii Arki itd., co w Polsce jeszcze nie jest na razie realizowane, ani może nawet do pomyślenia.
Planujemy wyprawę na Ararat, żeby zrobić pierwszy polski film. Jak dobrze pójdzie to powinno nam się to wkrótce udać. Być może już we wrześniu. To nasze przygotowanie powoli się finalizuje.

Paradoksalnie w Turcji, która jest krajem muzułmańskim - to dopowiedzmy.

Tak. Zresztą Noe jest ponad wszystkimi religiami, bo ani nie był żydem, ani nie był chrześcijaninem, ani nie był muzułmaninem, więc oni go traktują go jako naszego wspólnego przodka, który może być takim zwornikiem jedności dla wszystkich ludzi, bez względu na wiarę. W tym względzie jest tutaj zielone światło nawet dla muzułmanów. Zresztą jeśli chodzi o oficjalne podejście islamu, nie jest ono zamknięte. Kiedyś, przeglądając tablice informacyjne wokół Błękitnego Meczetu w Istambule dotyczące islamu, różnych zasad religii itd., była tam oczywiście też wzmianka o Noem, o Adamie, który jest jakby nad tym wszystkim i że jesteśmy w jednej wielkiej rodzinie, wtedy jeszcze niepodzielonej na żadne frakcje czy religie.

Natomiast wracając do tego pierwotnego pytania, tych wypraw na pewno będzie jeszcze więcej. Jest planowane gruntowniejsze badanie archeologiczne. Jest planowany szczególny skan, który by pomógł określić wielkość i kształty tej całej drewnianej konstrukcji, która jest przysypana tymi skałami wulkanicznymi. Jak na razie odkryto tylko kilka procent tej całości. Oczywiście nie tyle, że nie chcą, ale jest ryzyko, żeby coś nie tąpnęło, nie zawaliło się. Bądź co bądź nie ma tam żadnych wytworzonych przez ludzi zabezpieczeń, stempli itd. Tutaj pewne ryzyko jest. Natomiast nikt na razie nie mówi o tym, żeby tę konstrukcję odkryć - ściągnąć tę wielometrową warstwę skał. Dlatego na razie jest planowany skan elektromagnetyczny, który pozwoliłby odtworzyć kształty i konstrukcję Arki.

Inna rzecz jest jeszcze ta, że ciągle jakby krystalizuje się kwestia podmiotu - kto jest dokładnie odpowiedzialny za tę Arkę. Ahmed, który odkrył, ma teraz ważną funkcję, bo jest dyrektorem agenci turystycznej, która między innymi zajmuje się Arką Noego, ale jest też zaangażowany w wyprawy na Ararat i inne góry. Natomiast myślę, że tutaj będzie potrzeba na pewno umiędzynarodowienia tego podmiotu, otwarcia się na jeszcze szersze perspektywy tych podmiotów, które współtworzą jeden wielki podmiot zajmujący się tym znaleziskiem. Jest to rzecz nie tylko turecka, ale ona dotyczy całego świata. Jest to coś absolutnie wyjątkowego, jako artefakt z przeszłości.

Mam taki zamysł, plan, żeby stworzyć komórkę naukowo-badawczą zakorzenioną również w Polsce, żebyśmy mieli grupę reprezentującą tę sprawę od strony naukowej, uniwersyteckiej.

Z tego, co Ksiądz opisuje w książce, źródeł mówiących o Arce Noego jest bardzo wiele i aż dziw bierze, że one są zupełnie pomijane w dyskursie historycznym. Z czego to wynika?

Mówiąc szczerze, takiego dyskursu historycznego, który by uwzględniał realne istnienie Potopu, Arki Noego praktycznie nie ma. Do tej pory, od XIX wieku, ten temat był skrzętnie wyciszany. Przede wszystkim wynika to z tego, że słabo znamy tę historię nawet pierwszych wieków przed naszą erą. Mamy wiele map, wiele pamiątek z przeszłości, które pozwalałyby nam wiele odtworzyć. Dopiero niedawno się zorientowałem, że na przykład jest Wzgórze Nimroda, gdzie są jeszcze pozostałości po Nimrodzie - bądź co bądź wnuk Noego. To są lata powyżej 2000 p.n.e., nie mówiąc o innych takich skarbach choćby w Syrii, Iraku, Iranie. Tam jest naprawdę jeszcze wiele do odkrycia i myślę, że te rzeczy powinny być odkrywane. \

Cóż, u nas te lata powojenne ... Tu z jednej strony pojawia się era Internetu, dostępności do bardzo wielu źródeł. Z drugiej strony jednak ten czas komunizmu na? paraliżował, czy nastawiał w jednym kierunku i tych wielkich poszukiwań historycznych nie mieliśmy może nawet okazji realizować. Ale teraz, od kilkudziesięciu lat, te perspektywy się pojawiły. Próbujemy eksplorować Marsa, czy księżyc, a tu na ziemi jest jeszcze wiele do odkrycia.

Od tego odkrycia minęło trochę czasu. Jak ono rezonowało w przestrzeni publicznej i w mediach? Gdy chodzi o to odkrycie dokonane przez grupę z Hong Kongu i grupę turecką, jest tutaj pewna różnica, bo gdy chodzi o obszar Azji (Chiny, Hong Kong itd.), nawet Australii, w tamtych miejscach było wiele fal medialnych, które o tym mówiły. O tym mówiły największe kanały telewizji chińskiej. W Ameryce były organizowane konferencje. Natomiast jeśli chodzi o Europę, to faktycznie tutaj jest pewna pustynia - nic się wielkiego nie działo. Chociaż mamy kopię Arki Noego w Holandii w skali 1:1. Jest tam utworzona fundacja. Też o tym praktycznie niewiele wiemy. Były tam organizowane konferencje. Medialnie była pewna blokada - był to temat wyciszany, albo w ogóle ignorowany.

Z czego to wynika? Czy to wynika z jakiegoś ludzkiego braku zainteresowania tym tematem, czy może chodzi o kwestie ideologiczne? Widzę w przestrzeni medialnej, jak pewne rzeczy z historii Kościoła są albo przeinaczane, albo sekowane, albo w ogóle zaprzecza się ich istnieniu.

Kwestia historii nigdy nie była taka klarowna, jednoznaczna. To, co jedna osoba nazywa ważnym wydarzeniem historycznyn1, dla innej może to być mniej ważne, albo w ogóle nie powinna być określona jako ważna. Tym głównym determinantem ważności są też wartości. Wiemy, że my jesteśmy podzieleni w kwestii wartości - i w kwestii religijnej, i kulturowej itd. To generuje też pewne różnice, gdy chodzi o sposób interpretowania historii. Wiadomo, że możemy różnie spojrzeć na rewolucję październikową w Rosji - są różne klucze do zrozumienia takiej historii. Tak samo rewolucja francuska - to nie jest tak, że jest to bardzo jednoznaczna perspektywa, która wszystko wyjaśnia. Wiele innych rzeczy można by w ten sposób skomentować. Sam nasz papież, Jan Paweł 11, mówił kiedyś, że naszą historię, przynajmniej dwa ostatnie wieki powinniśmy napisać od nowa, według nowych spojrzeń, nowych zasad. To samo dotyczy historii Kościoła.

Ogólnie mówiąc, mam wrażenie, że u nas brakuje wśród księży takich bardzo zapalonych historyków, którzy by wiele rzeczy odsłaniali.

Jeśli chodzi o historię Noego, to do XIX wieku sprawa była bardziej klarowna. W wielu miejscach wiele się o tym mówiło. Nawet ten przytoczony wiersz Kochanowskiego - to jest XVI wiek - w tym wierszu on zawarł wiele detali. Ten wiersz jest bardzo ciekawy pod względem bogactwa treści, które zawarł. Proste pytanie: ,,Skąd on o tym wiedział?". Okazuje się, że w tamtym czasie więcej się o tym mówiło. Natomiast po XIX wieku, ta kwestia pozytywizmu...

Nietzscheizmu...

Nietzscheizm oczywiście, że też tutaj był bardzo silny, jeśli chodzi o filozofię - Heidegger itd. Można wymienić całą listę myślicieli, którzy stali się dominującymi i którzy naginali historię do tych swoich paradygmatów. My zostaliśmy w tyle. Zresztą w Polsce nie mieliśmy wielkich możliwości, żeby działać, bo albo rozbiory, albo wojna - jedna, druga - komunizm. I kto tu myślał o jakichś głębszych poszukiwaniach historycznych?

Dziękuję za rozmowę / Rozmawiała Anna Wiejak.

Tekst i zdjęcie za: https://wpolityce.pl/kosciol/609964-kspiwowarczyk-chcemy-zrobic-film-o-odnalezionej-arce-noego

Radio Maryja

Sędzia podkreśliła, że nie kwestionuje prawdy mojego artykułu – co jest bardzo ważne – tylko wskazała, że użyłem za mocnych wyrażeń. Określenia „pasożyty” i „rak” w języku niemieckim brzmią o wiele gorzej niż w języku polskim. W Niemczech te wyrażenia kojarzone są z prześladowaniem Żydów. Nie chciałem, aby mój tekst brzmiał w języku niemieckim inaczej niż w języku polskim – trzy razy gorzej. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Z tego mogę się wycofać i przeprosić, co uczyniłem (…). Nie udała się próba zakneblowania nas, bo sąd nie zabrania publikowania napisanego przeze mnie tekstu. Mogę publikować, tylko lepiej dobierając słowa – powiedział ks. prof. Dariusz Oko, teolog, filozof i wykładowca akademicki, w audycji „Aktualności dnia” na antenie Radia Maryja.

20 maja 2022 roku w sądzie rejonowym w Kolonii w Niemczech odbyła się rozprawa apelacyjna w sprawie ks. prof. Dariusza Oko, który został skazany za rzekome „podżeganie do nienawiści wobec osób homoseksualnych”. Doniesienie do prokuratury złożył niemiecki kapłan ks. Wolfgang Rothe, który sam jest homoseksualistą. Ks. prof. Dariusz Oko złożył w tej sprawie apelację. – Sędzia przeczytała cały mój artykuł, z trudem wymawiając polskie imiona. Trzy godziny trwało czytanie artykułu, bo chciała, żeby było widać cały kontekst, nie tylko wyrwane wypowiedzi. Sędzia zaproponowała, że możemy wstrzymać cały proces, jeżeli przeproszę za kilka wyrażeń i przeznaczymy pewną sumę na dobre cele, na ofiary przestępstw seksualnych. Sędzia podkreśliła, że nie kwestionuje prawdy mojego artykułu, to jest bardzo ważne, tylko że użyłem za mocnych wyrażeń, z czym mogę się zgodzić, bo faktyczne moi przyjaciele z Niemiec powiedzieli, że po niemiecku brzmi to za mocno, gdy zostało przetłumaczone z polskiego. Nie udała się próba zakneblowania nas, bo sąd nie zabrania publikowania. Mogę publikować, tylko lepiej dobierając słowa – wyjaśnił ks. prof. Dariusz Oko.

– Podkreślam, że nie jestem ukarany. Nie jestem w rejestrach sądowych. Sędzia zaproponowała, żeby przeznaczyć pewną sumę na dobre cele, na ofiary przestępstw seksualnych, z duchem mojej książki (…). Widać, że ks. Wolfgang Rothe nie może pogodzić się z wyrokiem sądu – dodał.

Ks. prof. Dariusz Oko ocenił, że celem sprawy było wyciszenie tematu związanego między innymi z homoseksualizmem wśród osób duchownych w Niemczech. – O co chodziło w sprawie? Chcieli nas zakneblować, chcieli nas wyciszyć, ale to się nie udało. (…) W Niemczech boją się publikować teksty teologiczne. Redakcja, która wydawała moja książkę, odważyła się to zrobić (…). Warto wyjaśnić, dlaczego przyjąłem ugodę zaproponowaną przez sąd, ponieważ gdybym został skazany, to mój artykuł mógłby zostać niejako „aresztowany”. Można byłoby zarządzić, aby się do niego nie odwoływać. Teraz sytuacja jest znakomita, ponieważ po usunięciu słów, które w języku niemieckim brzmią za mocno, można go dalej publikować. Co więcej, mogę wydać książkę po niemiecku – zwrócił uwagę kapłan.

Sprawa polskiego kapłana przedstawia, jaka sytuacja ma miejsce w Niemczech. – Ksiądz, który nas oskarża, jest twarzą drogi synodalnej w tym kraju i on głosi zupełną rewolucję seksualną w Kościele, swobodę seksualną. Można nawet powiedzieć, że jest twarzą drogi Sodomy i Gomory. Ksiądz ten mówi, że Kościół nie ma w tej kwestii nic do powiedzenia. Widać, co się dzieje w Kościele niemieckim, że jest to następny akt samozniszczenia, druga reformacja – ocenił ks. prof. Dariusz Oko.

Całą rozmowę z ks. prof. Dariuszem Oko można odsłuchać tutaj:
https://www.radiomaryja.pl/multimedia/wyrok-w-sprawie-rzekomego-nawolywania-do-nienawisci-wobec-homoseksualistow

Tekst i zdjęcie za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/tylko-u-nas-ks-prof-d-oko-o-wyroku-ws-rzekomego-podzegania-do-nienawisci-wobec-osob-homoseksualnych-chcieli-nas-zakneblowac-i-wyciszyc-ale-to-sie-nie-udalo-nadal-moge-publik

Marek Gizmajer

Powstanie Styczniowe wybuchło w czasie stanu wojennego wprowadzonego przez władze carskie, walki trwały piętnaście miesięcy. „Karnawał Solidarności” lat 1980-81 trwał piętnaście miesięcy i zakończył się stanem wojennym wprowadzonym przez WRON. Nocą 14-15 stycznia 1863 do carskiego wojska powołano niepokornych z listy Wielopolskiego. Nocą 12-13 grudnia 1981 internowano niepokornych z listy Jaruzelskiego. Na każdej z tych list znalazła się podobna liczba ok. 12 tysięcy osób. Nie za dużo tych przypadków?

W 1863 roku w Petersburgu Powstańców okrzyknięto mianem bandytów, podobnie jak kilkadziesiąt lat później w Moskwie Żołnierzy Wyklętych. Zruszczeni bohaterowie opowiadania „Echa leśne” Stefana Żeromskiego nazwali Powstanie „podłym”. Carscy czynownicy w najlepszym razie głosili, że było przejawem szkodliwej nieodpowiedzialności i marzycielstwa.

Antypolska propaganda po dziś dzień powtarza tę wykładnię, urozmaicając ją wynurzeniami o romantyzmie, nieudolności i amatorszczyźnie jako naszych cechach narodowych. Porywamy się z motyką na słońce i zawsze przegrywamy, w odróżnieniu od naszych wschodnich sąsiadów, jakoby pozbawionych nieudolności i amatorszczyzny, którzy dzięki temu zawsze wygrywają. Mogą być z siebie dumni, a my mamy się wstydzić.

Czy rzeczywiście bierność i uległość wobec zaborcy byłyby rozwiązaniem lepszym niż walka? Historyk z Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Andrzej Nowak przypomniał, co działo się z Polakami, gdy się nie buntowali. „Tylko w latach 1832-1873 z terenu maleńkiego Królestwa Kongresowego wcielono do armii Imperium Rosyjskiego ponad 200 tys. młodych ludzi, z czego około 150 tys. zmarło lub zginęło gdzieś na służbie garnizonowej w kazachskich stepach lub w walce z broniącymi swej niepodległości Czeczenami, albo od kijów rosyjskich kaprali. Najwyżej 20-25 tys. wróciło po 25-letniej służbie do kraju… To tylko jeden z elementów bilansu pokory, pogodzenia z niewolą.

Jeszcze większe straty niż powstania przyniosły Polsce lata obcego panowania. Ziemie polskie i ich ludność traktowane były jako peryferie, mniej lub bardziej ważne, ale zawsze peryferie Imperium. Peryferie, które się wykorzystuje w interesie imperialnego centrum. Przeciwko takiemu traktowaniu, przeciwko trwaniu takiego położenia wybuchło kolejne powstanie: Styczniowe.”

Inny historyk działający w IPN, dr Piotr Szubarczyk, także wskazuje na przyczyny, dla których brutalna branka do carskiego wojska przeprowadzona styczniową nocą w 1863 roku musiała doprowadzić do wybuchu. „Służba przypominała bardziej kompanię karną o najostrzejszym rygorze niż to, co dziś nazywa się służbą. Żołnierze byli poniewierani, obowiązywały upokarzające kary cielesne. Nie było koszar, żyli w prymitywnych ziemiankach. Mieli być gotowi umierać za cara wszędzie tam, gdzie nienasycony rosyjski lewiatan niewolił kolejne narody lub tam, gdzie dochodziło do rozpaczliwych buntów i powstań narodowych (il. Branka Polaków do armii rosyjskiej w 1863, mal. A. Sochaczewski).

Życie rosyjskich sołdatów było tak nędzne, że w czasach Mikołaja I umierało ich co roku blisko 40 tysięcy! Młodych ludzi! Nie w walce tylko z powodu warunków życia! Ta “służba” trwała nie przez dwa lata, lecz przez wiele lat, czasem dożywotnio, daleko od bliskich! Wzięcie do wojska było jak wyrok śmierci, jak dżuma czy cholera.”

W innym artykule historyk ten dochodzi do jedynej logicznej konkluzji: „Powstanie Styczniowe nie wzięło się z próżni, nie było aktem spontanicznym, nieplanowanym. Urastało przez wiele lat w sercach i umysłach polskich.” W obronie czynu zbrojnego stanął także Prymas Tysiąclecia kard. Stefan Wyszyński w pięknej metaforze. „Przyglądaliście się może kiedyś ptakowi, jak tłucze się w klatce? Wszystko pierze z piersi swojej wyrywa […] Któż może się dziwić, że o klatkę w Polsce ustanowioną rozbijały się piersi „polskich ptaków”, aż pióra leciały, rany pozostawiając?!”

W Powstanie zaangażowało się łącznie ok. 100-200 tys. Polaków, zginęło ok. 30.000, skoordynowane walki trwały 450 dni, stoczono blisko 1300 bitew i potyczek. Dowodzili kolejno gen. Ludwik Mierosławski, gen. Marian Langiewicz i Romuald Traugutt. W oddziałach walczyło dwóch późniejszych świętych, Adam Chmielowski (brat Albert) i Rafał Kalinowski. Także Traugutt umarł w opinii świętości, a ideę jego beatyfikacji popierał Stefan Wyszyński.

Europa uznała Powstanie za wewnętrzną sprawę Rosji i pozostała bierna (il. Obozowisko wojskowe w stanie wojenym w Warszawie w 1861 roku). Francuska policja nawet aresztowała Polaków kupujących broń i przekazała wszystkie ich dokumenty ambasadzie rosyjskiej w Paryżu.

W obronie Powstańców stanął tylko papież Pius IX oskarżając cara o to, że “prześladuje z dzikim okrucieństwem naród polski i podjął dzieło bezbożne wytępienia religii katolickiej w Polsce.” Najdłużej walczył na Podlasiu oddział ks. gen. Stanisława Brzóski, którego 23 maja 1865 roku Rosjanie powiesili w Sokołowie Podlaskim, a 23 maja 2008 roku prezydent prof. Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Orderem Orła Białego.

Czy rzeczywiście Powstanie było wstydliwą i nieudolną amatorszczyzną pod hasłem „jakoś to będzie”? Istotne fakty przypomniał dr Tadeusz Krawczak, dyrektor Archiwum Akt Nowych. “Swój akces do Powstania [...] zgłosili wojskowi z Akademii Sztabu Generalnego Rosji. Symbolem jest tu Jarosław Dąbrowski, Zygmunt Sierakowski i inni. Również Romuald Traugutt był carskim oficerem i przeszedł normalną ścieżkę awansu wojskowego od junkra po oficera sztabu generalnego. Jeśli oficerowie, którzy znali siły rosyjskie i centra dowodzenia, zdecydowali się na podjęcie walki, to znaczy że widzieli szanse na powodzenie. To nie było porywanie się z motyką na słońce. Świadczą o tym plany Dąbrowskiego opanowania Brześcia, a później Modlina, rozgałęziony spisek wśród oficerów rosyjskich, itd.

Romuald Traugutt po powrocie z Francji, dokąd został wysłany przez tzw. rząd wrześniowy, wrócił z gotową koncepcją powadzenia walk. Chciał zorganizować oddziały powstańcze w regularną armię, przeprowadzić na wiosnę 1864 r. pobór do wojska w oparciu o struktury parafialne. To były plany wzorowane na poczynaniach z okresu Powstania Kościuszkowskiego”.

Nawet gdy plany nie powiodły się, to i tak armia rosyjska, największa machina militarna ówczesnego świata, dysponująca potężną siatką wywiadowczą w Polsce i Europie, potrzebowała ponad dwa lata na ostateczne pokonanie tych rzekomo szalonych, nieodpowiedzialnych, nieudolnych i niezorganizowanych Polaków.

Podobno wojna raz rozpoczęta nie kończy się nigdy. Bez lekcji roku 1863 nie byłoby roku 1918. Józef Piłsudski wychował się w rodzinie powstańczej, a gdy miał 20 lat został zesłany na Sybir, gdzie spędził pięć lat wśród Powstańców słuchając ich wspomnień, czytając pamiętniki i analizując doświadczenia. Po powrocie był już znawcą tematu, w 1912 roku wygłosił cykl wykładów analizujących powstańcze działania militarne i organizacyjne, w 1914 roku wydał książkę “22 stycznia 1863” wysoko ocenioną przez zawodowych historyków. W Powstaniu dostrzegł “wielkość, zaprzeczającą wszystkiemu temu, co my o sobie mówimy”.

Dr Bohdan Urbanowski, autor jego monografii, stwierdza: “Piłsudski mógł teraz uczyć się na błędach tych, którzy je popełniali. Zrozumiał, że konspiracja nie może być improwizacją, że musi być procesem wychowawczym i że walka jest wiedzą, którą trzeba sobie przyswoić. Sybir był szkołą charakteru, ale i korepetycjami z wiedzy o Powstaniu. Konspiracja polska przed 1863 r. trwała dwa lata, przed wymarszem Kadrówki dziesięć razy dłużej. Poprzedzona tak sumiennym przygotowaniem, uzbrojona w karabiny i wiedzę dowódcy Pierwsza Kompania Kadrowa wyruszyła w pole dokładnie w 50 rocznicę stracenia Romualda Traugutta, 6 sierpnia 1914 r. Towarzyszyła jej odezwa Rządu Narodowego wzorowana na roku 1863.

W wolnej Polsce w 1919 roku 3644 żyjących Powstańców włączono do Wojska Polskiego na prawach weteranów i jako pierwszych odznaczono krzyżami Virtuti Militari (il. Powstaniec weteran Walenty Bętkowski w 1929 r., kolorował p. Mikołaj Kaczmarek). Nakręcono o nich dziewięć filmów. To los nieodpowiedzialnych przegranych szaleńców porywających się z motyką na słońce, czy odpowiedzialnych żołnierzy dążących w niepewnych warunkach do zwycięstwa? Z dzisiejszej perspektywy nie sposób nie zauważyć, że po „zwycięskiej” armii carskiej zostały co najwyżej murszejące koszary.

Radio Maryja

Wzmocnioną rolę kuratora i nowe zasady działania organizacji pozarządowych w szkołach przewiduje nowelizacja ustawy Prawo oświatowe, którą w czwartek przyjął Sejm. Ustawę krytykuje opozycja, a także Porozumienie, które głosowało za jej przyjęciem. Posłowie ugrupowania mówią o pomyłce.

Przyjęta przez Sejm ustawa zwiększa ochronę uczniów – zapewnił minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek. – Ta ustawa daje możliwość przeciwdziałania demoralizacji dzieci i młodzieży, która zwłaszcza w wielkich miastach postępowała w ostatnim czasie poprzez tzw. edukację seksualną typu B, która robiła dzieciom i młodzieży „wodę z mózgu”, zniekształcała człowieka i prowadziła do błędu antropologicznego, fałszywej wizji człowieka – wskazał prof. Przemysław Czarnek.

Nowe przepisy dają większe uprawnienia kuratorom. To oni będą teraz kontrolować treści przekazywane dzieciom w szkołach w ramach zajęć dodatkowych nieujętych w programie nauczania. To potrzebne rozwiązanie – zaznaczył socjolog dr Mirosław Boruta Krakowski. – Czym innym jest organizacja szkoły ze strony samorządu, organu założycielskiego, a czym innym są treści przekazywane przez szkołę. Jak widać, próbowano za pozwoleniem samorządu upychać w polskiej szkole treści, których z całą pewnością rodzice by sobie nie życzyli, gdyby wiedzieli, co tam się znajduje – ocenił ekspert.

Nowe przepisy doprecyzowują również sposób odwoływania dyrektorów szkół, którzy nie realizują zaleceń pokontrolnych organów nadzoru pedagogicznego. Nowe prawo oświatowe przede wszystkim odpolitycznia szkoły – zapewnił minister edukacji i nauki. – Przeciwdziała takim wydarzeniom, jak chociażby z Warszawy w ostatnim czasie, kiedy pan prezydent m.st. Warszawy, polityk z krwi i kości, wiceszef PO użył narzędzi edukacyjnych i dyrektorów szkół po to, żeby rozesłać do wszystkich rodziców uczniów list o charakterze stricte politycznym – wyjaśnił.

Listy zostały rozesłane w połowie grudnia i dotyczyły nowelizacji prawa oświatowego. Prezydent Rafał Trzaskowski zaapelował do rodziców, by domagali się odrzucenia noweli. Projekt Ministerstwa Edukacji i Nauki krytykuje liberalno-lewicowa opozycja. – To jest krok w złą stronę, bo najlepiej o edukacji dzieci są w stanie wypowiedzieć się właśnie rodzice i właśnie nauczyciele, a nie minister, który jest de fakto realizatorem wizji politycznej partii rządzącej – mówił Miłosz Motyka, rzecznik PSL. Przeciw nowym przepisom głosowała również Konfederacja. – Ta ustawa przewiduje daleko idącą centralizację, która sprawi, że w momencie, kiedy do władzy dojdzie Lewica, Platforma, jednym przesunięciem wajchy będzie się dało zlikwidować wszystko co prawicowe i konserwatywne w polskim systemie edukacji – wskazał Michał Wawer, poseł Konfederacji.

Za przyjęciem nowelizacji ustawy Prawo oświatowe głosowało 227 posłów, 214 było przeciw, nikt nie wstrzymał się od głosu. Za ustawą zagłosowali wszyscy posłowie PiS, dwóch posłów Kukiz’15, dwóch posłów niezależnych, a także politycy Porozumienia. Jednak rzecznik ugrupowania Jarosława Gowina przekonuje, że doszło do pomyłki. – Na sali plenarnej doszło do pomyłki, która nie powinna mieć miejsca. Zostało złożone stosowne oświadczenie do marszałek Sejmu Elżbiety Witek, żeby wyjaśnić całą sytuację – zaznaczył Jan Strzeżek, wicerzecznik Porozumienia. Nowelizacja trafi teraz do Senatu, gdzie najprawdopodobniej zostanie odrzucona przez opozycyjną większość lub mocno zmieniona. To nie przekreśla jednak jej dalszego procedowania. Po pracach w izbie wyższej zajmie się nią ponownie Sejm, w którym większość ma Zjednoczona Prawica.

Tekst i zrzuty ekranowe za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/wzmocnienie-ochrony-dzieci-przed-demoralizacja

Feliks Stalony-Dobrzański*

W końcu padła jakaś bardziej skonkretyzowana propozycja, by w jednej z wielu kwestii tego wymagających, czynem a nie samymi słowami powiedzieć Unii Europejskiej – dość. Po za tym też należałoby urzędnikom UE powiedzieć – ludzie, sami sobie zaprzeczacie idąc w szaleństwie poprawności politycznej wbrew realiom, przyjętym traktatom a w końcu też przyjętym a nie na dowolnie i przy stole wymyślanym - niby zasadom.

Ten opis to oczywiście mój swobodny przekład istoty wystąpienia pana posła Zbigniewa Ziobry z propozycją wypowiedzenia pakietu klimatycznego. Politycznie to ostrożne wystąpienie. Zauważmy, że powiedział to poseł, ale nie prezentując - mam nadzieję tylko na razie – oficjalnego stanowiska Rządu, a występując jako szef konkretnej partii należącej do rządzącej koalicji. Tak więc, wystąpienie to należałoby widzieć nie tylko jako jakąś ogólną opinię w dyskursie publicznym na ten temat ale jako coś bardziej ważkiego,. konkretną propozycję postawioną do rozważenia dla Rządu, ale nie oficjalne stanowisko Rządu, którego członkiem jest Pan Minister. I samo to jest już budujące. Bez wyskoków ponad kompetencje przynależne Rządowi i Premierowi nastąpiło zdecydowane postawienie jednej z kluczowych kwestii dla bytu gospodarczego Polski – a więc i każdego Polaka, co nastąpiło w formie do otwartego rozważenia pod kątem podjęcia konkretnych kroków. To wyraźne wskazanie, że należy działać bez straty czasu na dywagacje. Rozważyć należy ale czasu już nie ma. Pętla jest nam zakładana na szyję i to w wielu dziedzinach a my stoimy nie reagując. Przynajmniej na to wygląda. Skupmy się więc na tym jednym - na zakresie ochrony środowiska.

Pakiet klimatyczny – jakże pięknie brzmi a cel wygląda na niby szczytny. Tak jak i hasło, że wszyscy powinni być młodzi piękni zdrowi i bogaci. Każdy wie, że działanie wedle myślenia życzeniowego w oderwaniu od realiów a do tego gdy cel jest wyimaginowany nawet piękny hasłowo a doktrynalny – musi się skończyć tragicznie – i to dla wszystkich.

I to jest drugi powód dla którego propozycja pana posła Zbigniewa Ziobry jest godna uważnego podejścia. Namawia do obrony nie tylko Polski ale i zdrowego rozsądku.
Odnosząc się do sprawy należy rozważyć co najmniej dwie kwestie:
jedna - zasadności merytorycznej ruchu odstąpienia od pakietu a dopiero po jej stwierdzeniu, pojawia się dopiero
druga sprawa – skutków prawnych i ekonomicznych wypowiedzenia pakietu czyli realnych możliwości realizacji proponowanego ruchu.

Samo powiedzenie – ten pakiet bije nokautująco w naszą gospodarkę właściwie powinno być wystarczające – niemniej nie kwestionuje podawanego jako oczywiste i nie podlegające dyskusji twierdzenia o generalnej zasadności wprowadzania tego pakietu i to w tej formie. Tymczasem właśnie jego istota jest czysto doktrynalna i pozostaje w sprzeczności z przyjętymi zasadami i celem – ochroną środowiska. To, że nokautuje gospodarkę swoją drogą też w sposób zasadniczy przeczy przyjętym zasadom w sprawie relacji pomiędzy interesami środowiska i człowieka co ważne – jako uczestnikiem a nie wrogiem środowiska naturalnego.

Tym samym wykazanie sprzeczności pakietu z zasadami podejścia do ochrony środowiska należy użyć w argumentacji motywującej odstąpienie od pakietu. Mówmy o obronie nie tylko naszych interesów ale zasad i zdrowego rozsądku przed terrorem pomysłów doktrynerskich.

Sama kwestia możliwości wykonania ruchu odstąpienia i jego skutków prawnych jest choć istotna, to w tym świetle wtórna w stosunku do wskazania, dookreślenia i mocy podstaw merytorycznych kwestionowania samego pomysłu pakietu. Dopiero na tym tle można i trzeba wskazać, iż mamy do czynienia z używaniem pięknych deklaracji odnoszących się do ochrony środowiska, można mówić jako broni w hybrydowej walce na polu gospodarczym. Nie ma co udawać że jest inaczej i warto to w końcu głośno wyrazić Co prawda w Unii Europejskiej rzeczowe argumenty mają wręcz trzeciorzędne znaczenie, lecz tym bardziej ich skonkretyzowanie ma wielkie znaczenie. Ujawni bezsens i bezprawność kolejnych ruchów tego czysto urzędniczo-politycznego towarzystwa by nie rzec ferajny bo tam – już najwyraźniej traktaty i prawo oraz sens nie mają najmniejszego znaczenia.

Argumentacja merytoryczna to nie naiwność to a realizm.

Zacznijmy może od tego, że powszechnie uznanym – czyli będącym podstawą prawa w zakresie relacji pomiędzy potrzebami człowieka i środowiska jest postulat działania zgodnie z zasadą zrównoważonego rozwoju. To wręcz bałwochwalczy aksjomat zielonych postępowców i może do niego się odwołajmy.

Przypomnijmy więc cóż to takiego mówi owa zasada przyjęta jako podstawa podejścia człowieka do ochrony środowiska. Zasada ta precyzuje reguły dbania o środowisko, sięgające ponad jego ochronę jedynie poprzez walkę z objawami i samą ochroną gatunkową.

1/ potrzeby człowieka i środowiska mają pozostawać w równowadze na gruncie najlepszej a dostępnej wiedzy, techniki i technologii,. Innymi słowy jest niedopuszczalne – co podkreślmy - uznanie priorytetu potrzeb i wymagań jednej ze stron tej relacji a decyzje w sprawie osiągania równowagi mają mieć oparcie w wiedzy, do której można dojść tylko przez porównanie racji a nie przez doktrynalny dyktat.
Z tego wyprowadza się:
a/ konieczność narzucania sobie ograniczeń w zakresie używania dóbr naturalnych i środowiska Te ograniczenia (a nie zakaz ich używania!) mają być oparte o wiedzę a działanie ma pozostawiać zasoby i środowisko w najlepszym osiągalnym stanie i zasobności tak, by pozostały do dyspozycji dla przyszłych pokoleń. Tu są ważne słowa; wiedza i pozostawienie. Oznaczają one wprost:
a1/ konieczność współdziałania i podejmowania decyzji oraz rozpatrywania skutków nie tylko w oparciu o wiedzę techniczną ale też na gruncie ogólnej a nie wycinkowej wiedzy tj. ekonomii, prawa, wiedzy socjologicznej itd. I dopiero z tego mogą być wyprowadzane decyzje i działania. Tym samym również postawa skrótowo określana powiedzeniem - w imię ochrony sasanki wracamy na drzewa i do lepianek – przeczy podstawom zasady gdyż przyznaje priorytet – tu przywołanej jako symbol - sasance czyli przyrody nad bytem człowieka. Z tego np. można wyprowadzać sprzeczność protestów tzw. ekologów z faktyczną ochroną środowiska sprowadzając priorytet ochrony gatunkowej nad dążeniem do uzyskania równowagi, Mamy dbać o byt owej sasanki, ale ograniczając się a nie rezygnując ze swych możliwości życia, mamy tworzyć zastępcze warunki bytu owej sasanki np. wzbogacając jej inne siedliska.

a2/ pozostawienie dóbr naturalnych dla następców – nie oznacza zakazu używania tych dóbr a tylko (i aż) nakaz, by w przypadku konieczności użycia walorów środowiska minimalizować antropopresję zaś czynione szkody kompensować a najlepiej – naprawiać. Zasoby nieodnawialne mogą być zużywane ale tylko w niezbędnym zakresie wyznaczonym aktualnym stanem wiedzy i techniki Tu pojawia się też problem podstaw samej koncepcji handlu prawami emisyjnymi, ale tym teraz i tu się nie zajmujmy. Innymi słowy, zasoby nieodnawialne mamy używać w stopniu minimalnie niezbędnym i mamy je zastępować zasobami odnawialnymi i obiegiem surowca. To z kolei nakazuje korzystać – cały czas na gruncie najlepszej dostępnej techniki - z zasobów odnawialnych i z tych z odzysku a dopiero w drugiej kolejności i to w jak najmniejszym koniecznym zakresie z zasobów nieodnawialnych. To ważny punkt z punktu widzenia naszej energetyki, potrzeb gospodarczych i wymogów pakietu klimatycznego.

2/ Ważnym postulat dla powiązania i równoważenia skutków z jednej strony niezbędnego gospodarowania jak i z drugiej koniecznej dbałości o środowisko jest ujęty w zdaniu – myśl globalnie – działaj lokalnie. To zdanie jest prawie kolejnym dogmatem zielonych. Fakt. Równoważyć interesy i potrzeby człowieka z wymogami ochrony środowiska można i trzeba tylko na miejscu ich naruszania a nie w ogóle naprawiając świat, bo reagować można tylko działając lokalnie mając na względzie wpływ działania lokalnego na sytuację ogólną. Ta ocena znów musi być oparta o najlepszą dostępną wiedzę a ta jest osiągalna tylko w porównaniu dowodów a nie haseł. Są oczywiście elementy wymagające reakcji w większej, ogólnej skali. Jednak skupianie się na generalizacji tak, jak jest to robione pakietem klimatycznym przeczy samemu wspomnianemu podejściu. Ukonkretniając. Polska opiera swe potrzeby energetyczne na węglu, co jest wynikiem tak bagażu przeszłości jak i warunków naturalnych. Ma być zmuszona do płacenia za prawa emisyjne i to windowane w górę. Piszę windowane – bo prawo do emisji jest „towarem” którego cena wynika tylko z umownej gry spekulacyjnej. Biurka i białe kołnierzyki są głównymi składowymi tej ceny Pomińmy tu rozważanie kto i na jakiej zasadzie jest dysponentem tych praw jako towaru i co wyznacza jego wartość – bo to oddzielny problem. Zasoby naturalne każdego kraju wręcz rejonu są różne. Podstawą sprawy jest przyjęcie bez poważnego rozważenia (czyli omijanie przez obśmianie) rzeczowych argumentów przeciwnych, że:
* globalne ocieplenie ma miejsce i to w skali ponad naturalnej fluktuacji oraz termodynamicznie globalnie
** za to ocieplenie jest odpowiedzialna antropogeniczna emisja CO2
*** emisja tego gazu pochodząca z UE jest globalnie ważąca
W tym zakresie pada też często argument o konieczności działania o charakterze koniecznej prewencji (trzeba działać na wszelki wypadek a nie dywagować – co już znów przeczy konieczności działania zgodnie z najlepszą dostępną wiedzą) a to już nie poddaje się wiedzy a jest stanem osądu narzuconym przez to, co nazywa się polityczną poprawnością. Doktryna osłabia gospodarkę pogarszając warunki bytowe człowieka – co samo w sobie stoi w sprzeczności z zasadą, o której tu mowa gdyż ta wymaga zrównoważania potrzeb środowiska i byty człowieka. Nie dopuszcza eliminacji człowieka. Choć i takie „ekologiczne” pomysły są prezentowane przez zielonych w postaci wykazywania konieczności depopulacji w imię ochrony środowiska naturalnego.

Przyjmując, że Polska ma jakiś wkład w sumaryczną emisję CO2 pochodzącej z UE, działaniem w kierunku naprawy, kompensaty szkód byłyby dwa kroki Jeden by dokonanie w tej sytuacji rzetelnej oceny rzeczywistej, całkowitej krajowej emisji (czyli z uwzględnieniem pracy lasów – a tu zagadkowe jest odejście od zapisu Protokołu Paryskiego w/ uwzględnienia pochłaniania O2 przez lasy). Drugim i to przede wszystkim, by być w zgodzie z regułami, byłby ułatwienie inwestowania w zmianę struktury energetyki likwidującą lub kompensującą szkody - tu emisją CO2 Te w lokalnych polskich warunkach oznaczałoby np. użycie wsparcia zmian w technologiach pozyskiwania i używania węgla, jako zasobu nieodnawialnego lokalnie dostępnego. To stawia pytanie komu i za co się płaci handlując prawem do emisji. Obecne rozwiązania wprost preferują tych, którzy lokalnie mieli lepsze warunki startowe a dyskryminuje obciążeniem tych, którzy te pieniądze mogliby skierować na zmiany struktury energetyki. W warunkach Polski mówimy o innych technologiach wydobycia i używania węgla jako zasobu nieodnawialnego.

3/ zapewnienie rzeczywistej przyjazności danego rozwiązania dla środowiska, w tym pod katem poszukiwania równowagi wedle ZZR pociąga za sobą konieczność bilansowania pełnych i o ważne - ciągnionych skutków ekologicznych zastosowania nie tylko danego produktu, wyrobu czy technologii ale też rozwiązania zastosowanego w życiu społecznym.

Przykładem niech będzie tzw. żarówka energooszczędna lub elektromobilność. Żarówka, owszem, jest oszczędna w momencie jej używania – ale należałoby zsumować koszty i szkody środowiskowe jakie pociąga jej wytworzenie i utylizacja. Politycy i lobbyści często powtarzają też mantrę, że energia wiatrowa lub słoneczna jest darmowa i w pełni ekologiczne. To na gruncie ZZR jest wprost propagandowym kłamstwem. Mamy wszak liczyć pełny i ciągniony koszt ekologiczny danego rozwiązania. Obciążenie środowiska pozyskaniem surowców, wytworzeniem np. paneli silników, akumulatorów energii, sterowników) budowy infrastruktury (w tym np. masztów czy linii przesyłowych to stal aluminium miedź i ich stopy z innymi pierwiastkami) a potem utylizacją c odpadów – jest czymś co musi być liczone w kosztach pozyskania ten „darmowej” energii. W tym kontekście należy widzieć ceny giełdowe pierwiastków używanych np. przy produkcji paneli fotowoltaicznych patrząc na czas ich efektywnego działania i kosztów wymiany oraz utylizacji. Na tym tle oceniać należy też np. politykę Kremla w odniesieniu do Kazachstanu, który dysponuje drugim po NS2 narzędziem do kurka energetycznego wpływu na zachodu – mowa o uranie jako paliwie do EJ, Czy interwencja militarna z powodu protestów ulicznych może być inaczej wyjaśniona? Dla Rosji nawet dalsza aneksja Ukrainy jest mniej ważna może być zostawiona na czas rozmiękczenia zachodu który już w imię interesów Niemieckich a sprzecznie z interesami środowiska – uznaje agresywne posunięcia i żądania Kremla za powód do partnerskiego dialogu, którego nigdy od czasu Imperium Carskiego Rosja nie ma w katalogu swych działań politycznych. My mamy obowiązek i prawo przypominać, czym skończyły się złudzenia Monachium i Jałty, Jak widać problematyki ochrony środowiska nie da się oderwać od nie tylko polityki ale i szerszego kontekstu. A to właśnie oznacza wymóg podejmowania decyzji w oparciu o dostępną wiedzę w wielu dziedzinach a nie tylko biologii czy nauk opisujących jakość i ilość zanieczyszczeń.

Wracając jeszcze do przykładów. Elektromobilność tylko przenosi miejsce, wytwarzania energii – nie powodując emisji zanieczyszczeń w miejscu jej zużywania. Generowanie szkód środowiskowych odbywa się w innym miejscu jest łatwiejsze do kontroli To fakt,. Jednak energię zużywa się ze stratami (przesył, sprawność silników) lecz też powstają koszty środowiskowe pozyskania materiałów na choćby elektronikę i akumulatory i ich znów – jak się to mówi – utylizację. Łączny całkowity koszt ekologiczny rozwiązania a nie przyjmujmy, że elektromobilność jest lekiem na całe zło. Jeśli się wykaże że obniża ona koszt ekologiczny transportu – to w porządku. Tyle co do zasad tak czczonych przez ekoreligię.

A co z tego wprost wynika dla oceny ekologiczności czyli przyjazności dla środowiska zgodnie z zasadami tego co zawiera pakiet klimatyczny?

Podwaliną pakietu jest przyjęcie, że głównym wrogiem środowiska jest CO2. To aksjomat przyjmowany jako oczywisty i nie podlegający dyskusji. Wiedza czyli poważne porównanie racji – śpi. Jakoś mało wystarczające jest ogłoszenie, że przeciwnicy tezy, iż to człowiek jest głównym i decydującym czynnikiem wpływu na ocieplenie klimatu, to sekta zwolenników płaskości ziemi i że owo ocieplenie w ogóle ma miejsce jako proces nie mieszczący się w naturalnym biegu cykli historii ziemi. W tekście podnosiłem sprawę poważnej dyskusję na argumenty nie tylko w sprawie samego ocieplenia klimatu i jego decydującego powiązania z emisją CO2 i co najistotniejsze z punktu widzenia pakietu, realnego wpływu człowieka w ogóle a antropopresji pochodzącej z Europy w szczególności.

W sprawie pakietu należy pytać o same obecne zasady handlu prawami (kto jest dysponentem, właścicielem tych praw powinno zostać powiedziane dla potrzeb rynkowych) i o ocenę poziomu emisji danego Państwa i terenu. Tu musi być wyjaśnione biznesowe tło przyczyny i to szybkiego odejścia od zapisu z protokołu Paryskiego mówiącego o przyjęciu, bo uwzględniającej pracę lasów w pochłanianiu tego gazu, realnej wartości emisji z danego obszaru.

Choćby to, że każdy postulat doktrynalnej ochrony środowiska – radykalnie ingerujący w możliwości życiowe człowieka, wprowadza naruszenie równowagi ergo – działa na szkodę i człowieka i środowiska.

Należy podnieść następną sprawą, która może być wskazana jako naruszająca w sposób zasadniczy obowiązujące reguły właściwego podejścia do zachowania dobrostanu środowiska przy równoprawnym i racjonalnym utrzymaniu warunków życia człowieka. W zakresie handlu prawami emisyjnymi a tym bardziej obecnych zasad jego prowadzenia należy poruszyć zderzenie generalnej motywacji dążenia do opanowania poziomu emisji z terenu – tu UE z realiami i też samymi zasadami. Minimalizacja powinna oznaczać dążenie do wartości minimalnej przypisanej w skali makro – dla tego terenu. Kto i jak wyznacza tą wartość aktualnie właściwą? Nawet tło poziomu emisji nie jest takie samo w każdym terenie i kraju. Gra rynkowa oznacza porównanie popytu i podaży jakiegoś produktu. Producentami są ci, którzy wytwarzają emisję CO2 a handel prawami emisyjnymi odbiera im podstawy ekonomiczne dla dokonania zmian czyli ich dyskryminuje. Oczywiście jest możliwość uznaniowego dofinansowywania takich zmian ale handel oznacza przepływ pieniędzy między podmiotami transakcji. Konic kropka. Ktoś uprawnienie sprzedaje a ktoś inny kupuje. Ten kto je kupuje, pieniędzy na zmiany i poprawę sytuacji już nie ma. Powtarza się pytanie o wytwórcę i rynek owego towaru.

Tyle, choć długo a najkrócej i do rozważenia tematu handlu emisjami w obecnym wydaniu, zwłaszcza w kontekście zasad czczonych dogmatycznie przez zielonych.

* Autor jest doktorem inżynierem, em. pracownikiem Akademii Górniczo-Hutniczej.

1. Najnowsze badania przyczyn Katastrofy Smoleńskiej

W najnowszym, listopadowym numerze czasopisma Journal of Forensic Sciences (Czasopismo Nauk Kryminalistycznych) dostępnym na stronie, a wydawanym przez American Academy of Forensic Sciences (Amerykańską Akademię Nauk Sądowych) ukazał się artykuł zatytułowany „Mass spectrometry of the soot left after ethylene oxide explosion answers some questions on the crash of Polish Air Force Flight 101” („Spektrometria masowa sadzy pozostałej po wybuchu tlenku etylenu odpowiada na pytania dotyczące katastrofy samolotu nr 101 Polskich Sił Powietrznych”).

Autorem jest dr hab. Jacek Wójcik emerytowany pracownik naukowy Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN. Artykuł ten opublikowany w profesjonalnym czasopiśmie amerykańskim nie wywołał do tej pory żadnego echa w Polsce. Jednakże jego treść powinna mieć dla polskiej opinii publicznej siłę trzęsienia ziemi. Zarówno samo czasopismo o światowym zasięgu jak też rygory dopuszczenia do druku w tym czasopiśmie praktycznie wykluczają możliwość wydrukowania błędnych lub wątpliwych tez. Opinia międzynarodowa musi przyjąć ten artykuł jako rzetelny i zweryfikowany pod względem naukowym i badawczym. Ważne jest, że istotą artykułu jest stwierdzenie, iż na badanej tkaninie należącej do jednej z ofiar Katastrofy Smoleńskiej istnieje niepodważalny dowód świadczący o wybuchu bomby termobarycznej.

2. Dotychczasowa wiedza

Artykuł Jacka Wójcika domyka niejako naszą wiedzę o przyczynach zniszczenia samolotu w Katastrofie Smoleńskiej. Przypomnieć należy, że sam przebieg Katastrofy Smoleńskiej został ustalony w wyniku 4 Konferencji Smoleńskich i opublikowany w opracowaniu „Co wiemy o przebiegu Katastrofy Smoleńskiej” stale dostępnym na stronie. Wiemy więc, że zniszczenie samolotu nastąpiło w wyniku szeregu kolejnych eksplozji nad ziemią zgodnie z tzw. technologią „controlled demolition”. Na ziemię spadły oddzielnie poszczególne fragmenty w kolejności zgodnej z kolejnością ich odrywania od konstrukcji. Po odcięciu końcówki lewego skrzydła nastąpiło rozerwanie pozostałej części lewego skrzydła doczepnego, potem odrywanie części ogonowych, a na końcu rozerwanie kadłuba wewnętrzną eksplozją. Ten ostatni fakt był od samego początku jasny, gdyż sposób zniszczenia kadłuba ukazywały znane powszechnie zdjęcia ze Smoleńska. Widać na nich, że kadłub jest rozerwany wzdłuż, a więc zniszczenie takie nie mogło być wynikiem jakichkolwiek udarów, czy działania sił zewnętrznych – konstrukcji w kształcie rury nie da się rozerwać wzdłuż uderzając w nią z zewnątrz.

Postać zniszczenia kadłuba dowodzi, że został on zniszczony w wyniku wewnętrznej eksplozji, ale nie było wyraźnego dowodu, jakiego rodzaju była to eksplozja (fot. Wrak Tu 154 leżący na lotnisku w Smoleńsku. Nawet po odcięciu sufitu i dużej części burt jest oczywiste, że kadłub został rozerwany, a nie zgnieciony). Wchodziły w rachubę 3 możliwości:
— wybuch oparów paliwa - samo paliwo nie ulega eksplozji, a jedynie mogą eksplodować jego opary,
— wybuch klasycznych materiałów wybuchowych oraz
— wybuch termobaryczny – w pierwszym etapie wybuch rozpyla w pomieszczeniu środek łatwopalny, a w drugim następuje eksplozja tego środka w całej objętości pomieszczenia.

Analizy prowadzone w ramach prac Podkomisji Smoleńskiej wykluczyły wybuch oparów paliwa, a szereg faktów przemawiało za wybuchem termobarycznym (fot. Środkowa część kadłuba od wręgi 40 do 64. Rozerwanie wzdłuż kadłuba oraz wywinięte i wyrzucone na zewnątrz burty i sufit świadczą o potężnej eksplozji wewnątrz. Tego typu zniszczenie nie może być wywołane działaniem sił zewnętrznych). Świadczyło o tym:
— rozerwanie kadłuba na dużej długości, co świadczyło, że eksplozja objęła całe wnętrze kadłuba,
— wydmuchanie z wnętrza kadłuba całej zawartości - pasażerów, foteli, a nawet wewnętrznej wykładziny ścian,
— zerwanie z wielu ofiar odzieży, co jest możliwe jedynie w wyniku fal ciśnienia i podciśnienia charakterystycznych dla wybuchu termobarycznego.

Było więc wiele przesłanek świadczących o rodzaju wybuchu w kadłubie. Jednakże dopiero artykuł dra hab. Jacka Wójcika dostarcza bezpośredniego dowodu na rodzaj wybuchu. Na materiale należącym do jednej z ofiar znaleziono takie związki chemiczne (kopolimer tlenku etylenu C2H4O z oksometylenem CH2O), jakie mogą powstać jedynie w wyniku wybuchu bomby termobarycznej.

3. Wnioski

Po pierwsze, profesorowi Jackowi Wójcikowi należą się wyrazy najwyższego szacunku i uznania za jego wkład w ustalenie przyczyn Katastrofy Smoleńskiej. Jego praca świadczy, że obecne możliwości naukowe umożliwiają ustalenie przyczyny katastrofy nawet po 11 latach.

Po drugie, artykuł profesora Jacka Wójcika powinien być podstawą do uzupełniających badań prowadzonych nadal przez Prokuraturę Krajową nad przyczynami Katastrofy Smoleńskiej. Oczekujemy, że Prokuratura zwróci się do autora z prośbą o przeprowadzenie podobnych badań na innych materiałach należących do ofiar, a będących w posiadaniu Prokuratury.

Prof. Piotr Witakowski

Tekst i zdjęcia za: https://wpolityce.pl/smolensk/575376-prof-witakowski-przyczyna-rozerwania-kadluba-w-smolensku

Marek Gizmajer

Józef Piłsudski jako jeden z bardzo nielicznych polskich przywódców początku XX wieku uznał, że niepodległość można wywalczyć tylko zbrojnie. Był synem powstańca styczniowego, na zsyłce na Syberii poznał innych powstańców, dokładnie przeanalizował przebieg tego powstania i napisał o nim książkę cenioną przez historyków.

Przestudiował także inne konflikty małych sił ze znacznie potężniejszymi armiami, np. wojny burskie, powstanie bokserów, powstanie Garibaldiego, wojnę o niepodległość Stanów Zjednoczonych i wojnę japońsko-rosyjską z 1905 roku. Tę ostatnią studiował z podręczników japońskich, choć nie znał tego języka, ale wystarczały mu ryciny przedstawiające położenie wojsk. Inne dzieła czytał w oryginale po francusku, niemiecku i rosyjsku. Jego żona wspominała, że zawsze miał przy sobie jakieś książki. Starał się znaleźć klucz do zwycięstwa Dawida nad Goliatem. I znalazł.

W 1908 r. we Lwowie z jego inicjatywy powstał Związek Walki Czynnej mający szkolić przyszłe kadry wojska polskiego. W 1910 r. we Lwowie powstał paramilitarny Związek Strzelecki, a w Krakowie Towarzystwo Strzelec. 28 lipca 1914 r. wybucha I wojna światowa. 3 sierpnia Strzelcy uformowali I Kompanię Kadrową. Średnia wieku wynosiła 19 lat. Wymaszerowali z Oleandrów 6 sierpnia. Towarzyszyło im siedmiu jeźdźców pod dowództwem Władysław Beliny-Prażmowskiego, zaczątek polskiej kawalerii.

W Galicji ostatecznie utworzono Polski Legion złożony z trzech brygad. Swobodą cieszyła się tylko Pierwsza Brygada pod dowództwem Piłsudskiego (fot. Józef Piłsudski ze sztabem w Kielcach - 1914). Drugą Józefa Hallera i Trzecią Stanisława Szeptyckiego kontrolowali Austriacy. Razem liczyły ok. 20 tysięcy żołnierzy. Polskie formacje istniały też w wojsku carskim. Na dawnych Kresach powstały trzy Korpusy Wschodnie złożone z ok. 30 tys. Polaków. Największym w rejonie Bobrujska dowodził gen. Dowbór-Muśnicki. W zaborze rosyjskim powstała też Polska Organizacja Wojskowa licząca 50 tys. bojowników. Przypominała Armię Krajową.

Strzelcy Piłsudskiego po sześciu dniach dotarli do Kielc, gdzie stoczyli pierwszą potyczkę. Potem z wojskami austriackimi przeszli krwawy szlak do Dęblina i na południe w okolice Nowego Sącza. W listopadzie Piłsudskiego mianowano brygadierem. Na Boże Narodzenie jego Brygada stoczyła najkrwawszy bój tego roku, pod Łowczówkiem. Z 5000 legionistów zginęło lub odniosło rany 1000.

W maju 1915 był kolejny krwawy bój pod Konarami. W trakcie tygodniowej bitwy zginęło ich 600. Jednak w lipcu polska kawaleria zdobyła Lublin, a 5 sierpnia Niemcy wkroczyli do Warszawy (fot. Józef Piłsudski w Krakowie - 1915).

W 1916 podczas najkrwawszej bitwy Legionów pod Kostiuchnówką (il. Okopy pod Kostiuchnówką - mal. S. Studencki) poległo lub zaginęło 2000 legionistów. Piłsudski często towarzyszył żołnierzom w okopach na pierwszej linii. Podkomendni bali się o jego życie.

Po pokonaniu Rosji jesienią 1916 roku Niemcy i Austria chciały wykorzystać Polski Legion na innych frontach. Piłsudski nie zgodził się, wstrzymał rekrutację i podał się do dymisji, a Legioniści odmówili złożenia przysięgi zaborcom. Internowano ich w Beniaminowie i Szczypiornie, gdzie wskutek fatalnych warunków wielu zmarło. Niemcy aresztowali też przywódców POW, potem szefa sztabu Kazimierza Sosnkowskiego i wreszcie Piłsudskiego. Osadzili ich w twierdzy w Magdeburgu.

W 1917 roku pod wpływem Ignacego Paderewskiego prezydent USA Woodrow-Wilson w orędziu do Kongresu domagał się utworzenia niepodległego państwa polskiego, a we Francji powstał Komitet Narodowy Polski z Romanem Dmowskim. W 1918 roku we Francji gen. Haller rozpoczął formowanie Błękitnej Armii. Tworzyli ją Polacy z armii francuskiej, polscy jeńcy z armii niemieckiej i austro-węgierskiej oraz ochotnicy z polonii amerykańskiej. Ostatecznie armia licząca ok. 100.000 żołnierzy dotarła do Polski już w 1919 roku.

W Magdeburgu Piłsudski podupadł na zdrowiu (fot. Kazimierz Sosnkowski, Józef Piłsudski i Harry Kessler w Magdeburgu). Doskwierało mu serce i reumatyzm. Dowiedział się o urodzeniu pierwszej córki Wandy i śmierci brata Bronisława. Napisał książkę wspomnieniową „Moje pierwsze boje”, cenną literaturę faktu. Niemcy próbowali wymusić na nim ustępstwa polityczne, ale bez skutku.

Dopiero po wybuchu rewolucji rząd niemiecki uwolnił go wraz z Sosnkowskim 9 listopada 1918 r. Hr. Harry Kessler odwiózł ich do Berlina, a nawet oddał Piłsudskiemu swoją szablę w dowód uznania. Na dworcu czekał pociąg złożony z lokomotywy i jednego wagonu.

10 listopada o godz. 7.30 rano pociąg dotarł do Warszawy na Dworzec Wiedeński (dziś okolice Warszawy-Śródmieście). Była chłodna pochmurna niedziela, Piłsudski był chory. Niemcy zawiadomili o przyjeździe zarządzającą terenami polskimi Radę Regencyjną, ale działacze Polskiej Organizacji Wojskowej przechwycili depeszę i na dworcu stawił się szef POW Adam Koc, który pierwszy zameldował się Piłsudskiemu (fot. Prasa z 10 listopada 1918 roku). Do historii przeszły też słowa Prezydenta Warszawy Zdzisława Lubomirskiego: „Ach, wreszcie pan Komendant przyjechał. Co tu się dzieje, co tu się dzieje!”

Lubomirski zaprosił Piłsudskiego i Koca na śniadanie do swojej siedziby przy ul. Frascati. Następnie Piłsudski udał się do zarezerwowanego przez Koca pokoju w pensjonacie panien Romanówien przy ul. Moniuszki 2, gdzie wreszcie wziął gorącą kąpiel, a właścicielki pensjonatu wyprały jego mundur, w którym chodził od aresztowania 16 miesięcy wcześniej.

Piłsudski miał gorączkę, ale nie dane mu było odpocząć. Pod oknami zebrał się tłum. Tego dnia przyjął 23 delegacje, nie licząc pojedynczych meldunków i łączników z POW i PPS. W południe odbył najważniejszą rozmowę z działaczem POW Józefem Pęczkowiakiem, który miał pod swą komendą ponad 200 Polaków z Wehrmachtu, świetnie uzbrojonych i zdecydowanych na wszystko. Po tej rozmowie zajęli oni koszary przy ul. Ludnej i na Mokotowie oraz komendanturę niemiecką na dworcu, gdzie zorganizowano nową kwaterę polskiego wojska. Sytuacja była napięta. Na ulicach dochodziło do rozbrajania Niemców, ale i strzelaniny.

Piłsudski zdążył się jeszcze spotkać z żoną i pierwszy raz zobaczyć 10-miesięczną córkę. Położył się spać potwornie zmęczony o godz. 22, ale sen nie trwał długo. O północy zjawiła się delegacja niemieckiej Rady Żołnierskiej, Soldatenratu, która zadeklarowała, że nie będzie wszczynać walk z Polakami i prosiła o zagwarantowanie powrotu do Niemiec. Niemcy dysponowały półmilionową armią, w Warszawie stacjonowało 30 tys. Obsadzili Cytadelę, Zamek i Ratusz.

Piłsudski zażądał złożenia broni i zwrócenia taboru kolejowego (fot. Rozbrajanie Niemców w Warszawie - 1918). Rozmowy postanowiono kontynuować rano. W nocy wydrukowano jeszcze odezwy do Polaków wcielonych do niemieckiego Wehrmachtu, aby zgłaszali się do polskiego wojska.

11 listopada w Paryżu Niemcy podpisały rozejm z Ententą. Piłsudski spotkał się w Pałacu Namiestnikowskim z Radą Żołnierską. Oświadczył jej: „Ja, jako przedstawiciel narodu polskiego oświadczam, że naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie będzie”. Następnie wyszedł na balkon, przed którym wiwatowały tłumy mieszkańców Warszawy, i powiedział: „Wziąłem Radę Żołnierską pod swoją opiekę, ani jednemu z nich nie śmie stać się krzywda”. Dla Niemców Piłsudski był wybitnym dowódcą i zwycięzcą wielu bitew z Rosjanami. Dla Polaków bohaterskim Komendantem. Usłuchały go obie strony.

Wieczorem 11 listopada Rada Regencyjna podała się do dymisji i powierzyła Piłsudskiemu misję utworzenia rządu. 16 listopada radiostacja „WAR” w warszawskiej Cytadeli nadała depeszę Piłsudskiego do rządów USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, Japonii, Niemiec oraz „wszystkich państw wojujących i neutralnych” notyfikującą powstanie niepodległego państwa polskiego.

Przez następne kilkanaście miesięcy Polska musiała jeszcze utrzymać niepodległość walcząc z Ukraińcami i Bolszewikami. Bez wojska stworzonego przez Piłsudskiego nie byłoby to możliwe. Miał rację mówiąc: „Jak daleko sięga kula z karabinów strzeleckich tam jest wolna niezależna Polska".

Obchody Międzynarodowego Dnia Mediacji i Tygodnia Mediacji w 2021 roku Ministerstwo Sprawiedliwości uświetniło zapraszając dzieci i młodzież do udziału w konkursie na plakat promujący mediację - alternatywny do procesu sądowego sposób rozwiązywania sporów. Zdjęcia z wystawy nagrodzonych prac można było obejrzeć na ogrodzeniu budynku Ministerstwa, poniżej linka do zdjęć autorstwa p. Mirosława Boruty Krakowskiego:
https://photos.app.goo.gl/yxwF3ZGwZRx8xfdY6

Stwierdziliśmy, że na tablicach Tchorka, należy słowo "Hitlerowcy" zastąpić słowem "Niemcy" – powiedział dla portalu TV Republika Adam Borowski, przewodniczący warszawskiego Klubu „Gazety Polskiej”, działacz opozycji antykomunistycznej.

Borowski podał, że Andrzej Gelberg, który był działaczem podziemia antykomunistycznego, a następnie redaktorem naczelnym radia "Solidarność" zapoczątkował akcję patriotyczną. Słowo „hitlerowcy” na tablicach Karola Tchorka postanowiono zastąpić słowem „Niemcy”.

Ten napis „Hitlerowcy” powstał za czasów komunizmu. Aby nie drażnić towarzysza Ericha Honeckera, sprawców zbrodni zastąpiono słowem „Hitlerowcy”. A to nie Hitlerowcy podpisali Pakt Ribbentrop-Mołotow, to nie hitlerowcy napadli na Polskę, tylko Niemcy. Jak wiemy z opowiadań naszych przodków, w czasie II Wojny Światowej nie używano sformułowania Hitlerowcy, tylko Niemcy – powiedział Adam Borowski.

Tablice pamiątkowe o wspólnym wzorze, stworzone na podstawie projektu Karola Tchorka z 1949 roku, upamiętniają znajdujące się w Warszawie miejsca walk i męczeństwa z czasów II wojny światowej. Według danych z 2013 roku, w granicach administracyjnych Warszawy znajdowało się ponad 160 tablic Tchorka.

W trosce o pamięć, o prawdę historyczną podjęliśmy taką akcję. Uznaliśmy, że to jest pierwszy krok, aby zacząć przywracać znaczenie słowom. Te tablice przekłamywały rzeczywistość. Niemcy w ten sposób chcą oddalić od siebie poczucie winy, zatrzeć obraz historyczny. Ta akcja ma również na celu edukację młodego pokolenia. Ma przypomnieć, kto zapoczątkował II Wojnę Światową, kto odpowiada za zbrodnie, ludobójstwo. To byli Niemcy – zaznaczył przewodniczący warszawskiego klubu „GP”.

Tablice były stawiane w różnych punktach Warszawy począwszy od lat 50. XX wieku. Powracający do zrujnowanego miasta mieszkańcy spontanicznie upamiętniali miejsca walk i egzekucji z okresu niemieckiej okupacji i powstania warszawskiego, stawiając w ich miejscach krzyże i prowizoryczne tablice.

W 1948 roku Stowarzyszenie Architektów Polskich na zlecenie Ministerstwa Kultury i Sztuki ogłosiło ogólnopolski konkurs na projekt formy oznaczenia miejsc walk i męczeństwa. Pierwszą nagrodę otrzymał warszawski artysta rzeźbiarz Karol Tchorek i zaprojektowany przez niego typ tablicy-płaskorzeźby – kutej w szarym piaskowcu, z krzyżem maltańskim pośrodku.

Tekst i zdjęcie za: https://niezalezna.pl/413481-koniec-z-klamstwem-historycznym-borowski-to-nie-hitlerowcy-napadli-na-polske-to-byli-niemcy

Mirosław Boruta Krakowski

W sprawie zatrzymania i deportacji z Wielkiej Brytanii p. Rafała Ziemkiewicza warto podnieść trzy podstawowe zjawiska:

a) na poziomie rodzinnym - ograniczenie swobody podróżowania, ordynarną wręcz ingerencję w prywatność, bezpowrotne zniszczenie pięknej chwili rozpoczęcia wymarzonych studiów, co w umyśle córki p. Rafała Ziemkiewicza, osoby młodej, wchodzącej w dorosłość, z pewnością pozostawi trwały ślad,

b) na poziomie relacji międzyludzkich, gdzie - oprócz "rodzimych kanalii" - zaangażowała się poseł i socjolog Rupa Huq. Jeśli posłowi wolno być głupim, bo wybierają go ludzie i na tym polega demokracja to socjologia brytyjska otrzymała cios w plecy, cios po którym trudno będzie już kiedykolwiek nawiązać do wspaniałych Bronisława Malinowskiego i Alfreda Reginalda Radcliffe'a-Browna,

c) na poziomie instytucjonalnym, państwowym - nieporadność, nieumiejętność podania powodów, wytłumaczenia tego brutalnego kroku, kolejną kompromitację Zjednoczonego Królestwa albo lepiej - Królestwa Zniewolonego, przez lewackie, totalitarne wygłupy...

Zdaniem współautora raportu o bilansie zysków i strat członkostwa Polski w Unii Europejskiej prof. Zbigniewa Krysiaka, model ekonomiczny panujący w Unii Europejskiej preferuje niemiecką dominację. – W pewnym sensie można powiedzieć, że wszyscy pracują na Niemcy – stwierdził.

Zgodnie z danymi zaprezentowanymi podczas poniedziałkowej konferencji z udziałem Patryka Jakiego, prof. Zbigniewa Krysiaka i prof. Grzegorza Grosse w okresie 2004-2020 Polska otrzymała netto z Unii Europejskiej ok 593 mld złotych. W tym samym okresie bilans kwot wytransferowanych z Polski przez zachodnie firmy do zysków polskich przedsiębiorstw w UE wyniósł minus 981 mld złotych.

Łącznie od momentu wejścia do UE Polska straciła 535 mld złotych.

– Dostęp do rynku, aktywa, drogi, zakłady pracy, klienci to cały potencjał, do którego dostęp dajemy firmom z Unii Europejskiej. To potencjał, aktywa zdolne do generowania przepływów [finansowych - przyp. red.]. W skali roku ta kwota przepływów, które uzyskiwaliśmy była mniejsza średniorocznie o 23 miliardy – powiedział prof. Krysiak.

W jaki sposób traciła Polska?

– Nasi obywatele poprzez kupowanie produktów spółek z zagranicy generują przychody i te spółki, posiadając przychody, generują zyski i transferują te zyski za granicę. Bardzo często (szczególnie w czasie od 2004 do 2015 roku) obserwowaliśmy, że wiele tych spółek generowało straty. Ustawianie spraw finansowych polegało na tym, by nie płacić w Polsce podatków, czyli traciliśmy na wpływach do budżetu. Do tej pory jest taka sytuacja, że cena sprzedaży na eksport przez spółki do Niemiec jest zaniżona. Ona często ma niską marżę, m.in. po to, żeby redukować zysk, bo jeśli jest zysk, to one (spółki – red.) musiałyby płacić podatki – mówił ekonomista w TV Trwam.

– Oczywiście nie wszystkie spółki funkcjonują w ten sposób, że nie generują zysków, ale można powiedzieć, że ujemny bilans, czyli 535 mld złotych, bo tyle straciliśmy w tym czasie, to jest kwota stanowiąca mniej więcej ok. 25 proc. PKB Polski. Jeśli weźmiemy pod uwagę całą produkcję w naszym kraju, to jest olbrzymia kwota, bo ponad 2 tys. mld złotych i to 535 mld zł stanowi 1/4 rocznej produkcji, czyli to są potężne pieniądze – podkreślił profesor.

Niemiecka dominacja

Zdaniem prezesa Instytutu Myśli Schumanna w Unii Europejskiej panuje świadomość, że taki model preferuje dominację Niemiec.

–Na konferencji prasowej pokazaliśmy, że dominacja w liczbach wygląda w ten sposób, że Niemcy mają ok. 70 proc. udziału w nadwyżce eksportu nad importem w UE i oni to kumulują. Oni zbierają tę śmietankę i to wynika z tego, że niejako kupują od Polski po cenach niższych, czyli nasza marża jest niewielka, a następnie te półprodukty są dołączane do wyrobów gotowych i ustalana jest wysoka marża. Produkty te sprzedawane są na rynki trzecie – wyjaśnił ekspert.

Według Krysiaka taki stan rzeczy przyczynia się do coraz gorszej pozycji gospodarki europejskiej w świecie.

– Jeśli będzie rozwijało się to z dominacją niemiecką, to gospodarka UE będzie pogrążać się w coraz większych trudnościach. Będzie to "kulą u nogi" dla wszystkich ekonomii, również dla Polski – powiedział.

– Chcemy wzywać do przebudzenia urzędników w Brukseli i liderów innych krajów, żeby się opamiętać, bo tak prowadzona gospodarka będzie w dalszej kolejności tworzyła poważne problemy ze strefami biedy, niestety duże bezrobocie np. w Hiszpanii, problemy autonomiczne we Francji. (…) To skutek błędnego modelu UE, w której niestety dominację i hegemonię mają Niemcy i w pewnym sensie można powiedzieć, że wszyscy pracują na Niemcy – skwitował prof. Zbigniew Krysiak.

Tekst i zdjęcie za: https://dorzeczy.pl/ekonomia/202678/prof-krysiak-w-ue-wszystkie-kraje-pracuja-na-niemcy-wzywamy-do-opamietania.html

Krakowski Instytut Pamięci Narodowej zakończył następny etap prac poszukiwawczych. We września 2021 r. zespół Biura Poszukiwań i Identyfikacji prowadził działania w Nowym Targu, Nowym Sączu i Krakowie. Po tegorocznych pracach w Zagórzu i Nieporazie (pow. chrzanowski, 10-13 maja 2021 r.), podczas których historycy starali się odnaleźć mogiły polskich żołnierzy poległych we wrześniu 1939 r. oraz po zamknięciu drugiego etapu prac archeologicznych przy dawnej siedzibie gestapo w Zakopanem (19-30 lipca), przez dwa tygodnie września zespół Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN prowadził poszukiwania żołnierzy powojennego podziemia niepodległościowego, poległych w walce lub straconych z wyroków komunistycznych sądów. Wszystkie działania realizowane były w ramach śledztw Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie.

W dniach 6-7 września 2021 r. trwały prace na cmentarzu komunalnym w Nowym Targu, w czasie których poszukiwani byli, zabici w walce z funkcjonariuszami UB, dwaj partyzanci oddziału „Wiarusy”. Udało się natrafić na szczątki dwóch osób, przy których odnaleziono resztki mundurów wojskowych, pas główny oraz medalik w kształcie ryngrafu. Następnym miejscem, w którym prowadzono poszukiwania był cmentarz komunalny w Nowym Sączu. Tam z kolei sprawdzane były groby, w których – według relacji – miały się znajdować szczątki partyzantów, zastrzelonych w czasie działań bezpieki w latach 50. XX wieku. Podczas prac trwających od 8 do 10 września ekshumowano łącznie szczątki czterech osób, które przekazano do dalszych badań w krakowskim Zakładzie Medycyny Sądowej. Ostatnią część prac przeprowadzono w dniach 13, 15 i 16 września na cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Poszukiwano szczątków osób związanych m.in. z Armią Krajową i oddziałem „Błyskawica”, które zginęły na skutek akcji bezpieki oraz skazane były na kary śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie. Zabezpieczono łącznie szczątki pięciu osób, które obecnie badane są przez medyków sądowych.

„Może wreszcie ludzie w Europie zrozumieją trochę czym jest islam, że jeżeli dopuścimy do rozrostu islamu w Europie, to czeka nas los Afganistanu” – mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl ks. prof. Dariusz Oko, filozof, znawca religii i kultury islamu.

wPolityce.pl: Po przejęciu władzy przez talibów w Afganistanie pojawiły się w przestrzeni publicznej deklaracje tychże talibów, że będą szanowane prawa kobiet. Czy z Księdza Profesora doświadczeń z islamem wynika, że rzeczywiście tak będzie? Czego należy się spodziewać? Jakie błędy popełniają już teraz kraje zachodnie w relacjach z talibami?

Ks. prof. Dariusz Oko: Dla mnie było oczywiste, że to się tak skończy. Radziłbym wszystkim, którzy wypowiadają się na temat islamu, żeby przeczytali Koran i nie gadali bzdur. Trzeba wiedzieć, czym jest islam. Mahomet, w drugim okresie w Medynie żył zabijając ludzi – jednego dnia potrafił zamordować 800 Żydów. To był mały Holokaust. Zabijał tysiące ludzi – tak szerzył swoją wiarę. Niewolił, gwałcił kobiety. Robił haremy ze wspomnianych kobiet czy zmuszał do prostytucji. W Koranie jest napisane, że to jest dobre, że tak trzeba robić. Muzułmanie tak robią 1400 lat. Taki jest islam. Ktoś, kto gorliwie wyznaje islam, kto według niego żyje, będzie tak postępował. Talibowie to jest islam w czystej postaci. To jest islam niezmiękczony niewiarą, niekonsekwencją muzułmanów. To są przecież elementarne rzeczy.

Jak bardzo ludzie żyją w niewiedzy, ogłupieni przez lewacką ideologię, widać najlepiej po tym, że oczekiwali w Afganistanie czegoś innego. Tymczasem to się musiało tak skończyć. Mówiłem o tym od dawna i tak się skończyło. Ludzie wypowiadają się na temat islamu, nie mając elementarnej wiedzy na ten temat. Opierają się na jakichś lewackich ideologiach. Czysty islam jest obecnie w Afganistanie. Tak naucza Koran, tak żył Mahomet. Jeżeli pozwolimy muzułmanom działać w Europie, to tak samo będzie w Europie. To jest oczywiste.

Na ile grozi nam masowa migracja z tamtych rejonów, właśnie do Europy? Czym to będzie skutkować?

Ona już się dokonuje, bo uciekają ludzie, którzy współpracowali z Europejczykami. Dlaczego talibom nie można wierzyć? Trzeba pamiętać, że muzułmanie stosują podwójną moralność, tzw. takijję, to znaczy muzułmanom można okłamywać niemuzułmanów, jak chcą. Jeżeli można ich mordować, gwałcić, rabować, tym bardziej można ich okłamywać. Dlatego wierzyć muzułmanom, to podobnie jak wierzyć komunistom. Jak ktoś powie, że „islam jest pokojowy, bo mi muzułmanin tak powiedział” to podobnie jak powiedzieć, że „komunizm jest dobry, bo mi komunista tak powiedział”. Nie można wierzyć gorliwym muzułmanom, bo oni z definicji będą nas okłamywać, z założenia. Dlatego taktycznie mogą się powstrzymywać od przemocy, ale wiadomo, że prawa kobiet nie będą szanowane, bo nie mogą być szanowane ze względu na fundamentalne prawa religijne. Kobieta, która chciałaby wyjść za niemuzułmanina i odejść od wiary, ma być zabita przez własną rodzinę. Podobnie mężczyzna. Takie jest prawo szariatu, taki jest Koran – jeżeli odchodzisz od wiary, masz być zabity przez własnego ojca, własnych braci. I to będzie się dokonywało w Afganistanie. To przecież elementarz islamu i o tym trzeba pamiętać. Trzeba oczekiwać najgorszych rzeczy, a fala ucieczek będzie, bo ludzie, którzy nie są z talibami, nie są tak konsekwentnymi muzułmanami, będą uciekać. Ale muzułmanie pewnie nie pozwolą na to za bardzo, więc ta fala może nie być zbyt duża. Natomiast może wreszcie ludzie w Europie zrozumieją trochę, czym jest islam, że jeżeli dopuścimy do rozrostu islamu w Europie, to czeka nas los Afganistanu. We Francji już jest 10 proc. muzułmanów – tamtejsi wojskowi mówią, że to pełzająca wojna domowa. A co będzie, jak ich liczba wzrośnie do 30 proc.? To już zupełnie podporządkują sobie państwo.

Na ile w Księdza Profesora ocenie przejęcie władzy przez talibów – kolejne przejęcie władzy przez radykalny islam w tamtym regionie – wpłynie na radykalizację tych muzułmanów, którzy są obecnie we Francji, w Niemczech czy innych krajach Europy Zachodniej?

Na ile, to nie wiemy, bo tego nie można zmierzyć linijką, ale na pewno wpłynie. Poczują się bardziej pewni siebie. Będą dumni, że wygrali. Badania statystyczne pokazują, że muzułmanie nas często okłamują. Mówią, że się nie solidaryzują, ale badania pokazują, że znaczna część solidaryzuje się z działaniami talibów i cieszy się, tak jak cieszyli się po zamachu na World Trade Center. Poczują się jeszcze pewniej. Jeszcze bardziej będą pewni, że Europa prędzej czy później wpadnie w ich ręce.

Z jednej strony Europa nie ma dzieci – umieramy. Z drugiej strony wpuszcza się milionami muzułmanów do Europy. Zauważmy, że nie ma państwa islamskiego, gdzie byłoby szanowane prawo chrześcijan. Wszędzie są łamane podstawowe prawa człowieka, w tym prawo do wyznania. Jeżeli ludzie chcą porzucić islam, są mordowani – takie jest prawo islamu. Chrześcijanie czy Żydzi są traktowani jak ludzie drugiej kategorii. Żydzi nie mogą mieszkać w kraju muzułmańskim, uciekają, bo by ich zabili. Może część ludzi w końcu to zrozumie. Jeżeli tak dalej będziemy wpuszczać muzułmanów, to Europę czeka los Afganistanu, czy Libanu.

Liban był krajem, gdzie była jakaś równowaga między chrześcijanami a muzułmanami, ale kiedy większość zdobyli tam muzułmanie, to wojna domowa i koniec – kraj umierający, upadły. Liban, który kiedyś był kwitnący, gdzie byli chrześcijanie. Czy Syria, czy Irak – resztki chrześcijan są mordowane i wypędzone z tych krajów. W Afganistanie już w ogóle nie ma mowy, żeby żył chrześcijanin. I to jest zapowiedź tego, co nas czeka. Jeżeli ktoś już zupełnie nie stracił rozumu, to Afganistan jest sygnałem alarmowym. Jeżeli nie będziemy mieć dzieci, będziemy umierać, będziemy niszczyć chrześcijaństwo, a wpuszczać miliony migrantów, to czeka nas los Libanu, Syrii, Iraku i Afganistanu – za kilkadziesiąt lat Europa będzie jak Afganistan. Może część ludzi w końcu to teraz zrozumie.

Tym bardziej, że ta ludność muzułmańska, która jest na zachodzie Europy traktuje chociażby te świadczenia socjalne, które otrzymuje, jako podatek od niewiernych, dżizję, co świadczy o intencjach i podejściu do ich pobytu na naszym kontynencie.

Tak. Oni to tak traktują i zasadniczo się nie integrują z Europejczykami. Widziałem to, kiedy wiele lat spędziłem na Zachodzie – tworzą paralelne społeczeństwo. Oni nie chcą się integrować, oni chcą nas zdominować. To doskonale widać w Niemczech, Austrii, we Francji, w Szwecji, Anglii. Oni się nie integrują ze społeczeństwem – zakładają swoje dzielnice, w których dominują, rządzą, do których boi się wejść policja, a cóż dopiero inni.

To trzeba uświadamiać ludziom – jeżeli nie zmienimy tych trendów, jeżeli dalej będzie niszczone chrześcijaństwo, popierany islam, nie będziemy mieć dzieci, Europę czeka los Iraku, Libanu, Syrii i Afganistanu. Jeżeli nie zmądrzejemy, nie nawrócimy się, to taka jest nasza perspektywa. To trzeba dzisiaj sobie uświadamiać i jasno mówić. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, niech pozna trzy rzeczy: życiorys Mahometa – prawdziwy, jaki był – po drugie niech przeczyta cały Koran, albo przynajmniej zasadnicze z niego wypisy, a po trzecie niech pozna historię krajów muzułmańskich, ich wojen, podbojów (islam szerzy się zbrojnie) i po czwarte, niech popatrzy, co się dzieje dzisiaj w krajach muzułmańskich, jak są gwałcone podstawowe prawa człowieka, kobiet, chrześcijanin. Jak się tych rzeczy nie pozna, to nie powinno się mówić o islamie, bo się powtarza jakieś ideologiczne kłamstwa lewicy.

Dziękuję za rozmowę / Rozmawiała Anna Wiejak.

Tekst i zdjęcie za: https://wpolityce.pl/swiat/563041-wywiad-ksprof-oko-ostrzega-przed-skutkami-rozrostu-islamu

Marek Gizmajer

Zakon krzyżacki, czyli Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, powstał w Ziemi Świętej ok. 1191 roku podczas III krucjaty, która rok później dobiegła końca. W 1226 roku książę mazowiecki Konrad nękany przez Prusów wezwał Krzyżaków na pomoc oddając im ziemię chełmińską. Papież zezwolili im na utworzenie księstwa na terenach odebranych Prusom, których nawracanie uznano za nową krucjatę.

Po kilkudziesięciu latach ambicje polityczne zaczęły górować nad Bożym posłannictwem i w XIV wieku Krzyżacy najechali polskie Pomorze Gdańskie i Mazowsze. W 1409 r. wybuchło przeciwko nim powstanie na Żmudzi. Wielki Mistrz Ulrich von Jungingen poprosił Władysława Jagiełłę o neutralność, król odmówił i Wielki Mistrz znów zaatakował ziemie polskie.

W maju 1410 wyruszyły spod Wawelu wojska Małopolski. W drodze na północ udały się do klasztoru Świętego Krzyża w Górach Świętokrzyskich aby modlić się o zwycięstwo. 30 czerwca wojska Wielkopolski i Małopolski przekroczyły Wisłę pod Czerwińskiem i połączyły się z siłami Mazowsza i Litwy. Rankiem 15 lipca 1410 roku pod Grunwaldem stanęły naprzeciw siebie potężne armie, z jednej strony zakon wspomagany przez rycerstwo zachodnioeuropejskie a z drugiej siły polskie, litewsko-ruskie i smoleńskie wspomagane przez oddziały czeskie, mołdawskie i tatarskie.

Bitwa rozpoczęła się około południa i trwała ponad sześć godzin (fot. Bitwa pod Grunwaldem pędzla Jana Matejki, za Wikipedią). Była jedną z największych bitew w historii średniowiecznej Europy i jedną z trzech najważniejszych bitew w historii Polski, obok odsieczy wiedeńskiej i Cudu nad Wisłą. Praktycznie cały czas przewagę miały wojska dowodzone przez króla Polski. Tylko raz jazda krzyżacka odepchnęła siły księcia Witolda, choć tzw. ucieczka Litwinów według niektórych historyków była początkowo pozorowana. Zmagania skończyły się okrążeniem i rozbiciem wojsk krzyżackich przed zachodem słońca.

Jan Długosz bezpośrednio po bitwie określił ją jako sprawiedliwość dziejową. Zauważył, że dwa miecze przysłane Jagielle stanowiły symbol wezwania na Sąd Boży, który przyznał słuszność Polakom i ich sojusznikom. Wcześniej Królowa Jadwiga ostrzegała Krzyżaków, że nie wypełniają Bożej misji, zaś ich zaborczość, potęga i pycha są zaprzeczeniem chrześcijaństwa. 12 lat przed bitwą zapowiedziała posłom Wielkiego Mistrza, że jeśli zakon nie zaprzestanie polityki wojny przeciw chrześcijańskim narodom poniesie klęskę.

W 1414 roku na Soborze w Konstancji ks. Paweł Włodkowic, rektor Akademii Krakowskiej, wykazał przed Papieżem, cesarzem i hierarchami z całej Europy, powołując się na autorytety Kościoła, np. św. Tomasza z Akwinu, i współczesne pojęcia praw człowieka, że Krzyżacy naruszali istotę chrześcijaństwa, zaś Polska, Litwa i ich sprzymierzeńcy prowadzili i wygrali wojnę sprawiedliwą. Trzeba dodać, że razem z polskimi chorągwiami do boju ruszyli proboszczowie z całego kraju. Ks. Mikołaj Trąba, późniejszy Prymas Polski, był współautorem wojennej strategii wraz z Jagiełłą i Witoldem. Zbigniew Oleśnicki, sekretarz króla, późniejszy biskup krakowski i pierwszy w historii polski kardynał, w krytycznej chwili zamienił pióro na kopię i uratował życie Władysława Jagiełły.

Wynik bitwy miał zasadniczy wpływ na stosunki polityczne w Europie, poważnie osłabiając potęgę Krzyżaków i wynosząc dynastię jagiellońską do szczytów potęgi. Według niektórych badaczy sukces wojsk polskich był tak wielki, że zaniepokoił samego Jagiełłę, który w obawie o znaczenie rodzimej Litwy celowo opóźnił pościg za niedobitkami i nie zdobył Malborka.

Bitwa pod Grunwaldem była też pierwszym wielkim sukcesem koncepcji politycznej zwanej dziś jagiellońską. Okazało się, że połączone siły Europy Środkowo-Wschodniej mogą zapewnić skuteczną obronę przed wspólnym zagrożeniem. Zrozumiał to król Zygmunt Stary, który w 1569 roku w Lublinie podpisał unię realną gwarantującą Polsce i Litwie nie tylko potęgę militarną, ale także ogromny sukces gospodarczy i kulturowy. Współpracę narodów w myśl koncepcji jagiellońskiej reaktywował Józef Piłsudski. Także dziś jest ona dyskutowana w środowiskach patriotycznych przy niechętnym nastawieniu Rosji i Niemiec.

Symbolika Grunwaldu przez stulecia miała duże znaczenie dla potomków wszystkich walczących stron. Dwa miecze jako symboli Bożej sprawiedliwości zostały wyryte na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie i do dziś są umieszczane w oznaczeniach wielu pól bitewnych. Władze PRL wręczały swoim bojownikom Krzyż Grunwaldzki, zlikwidowany dopiero po upadku komunizmu.

W czasie bitwy wojska Jagiełły zdobyły 51 chorągwi przeciwnika opisanych i zilustrowanych przez Długosza. Część z nich otrzymał książę Witold, część powędrowała na Wawel. Te ostatnie zostały w 1797 roku wywiezione przez Austriaków do Wiednia, gdzie przepadły bez wieści. W 1937 roku na podstawie opisów Długosza chorągwie zrekonstruowano i ponownie umieszczono na Wawelu, ale wkrótce Niemcy wywieźli je do zamku malborskiego (Niemcy z chorągwiami grunwaldzkimi na Wawelu, po 1939 roku), skąd wróciły na Wawel dopiero po II wojnie.

Także potomkowie sojuszników Jagiełły starali się włączać Grunwald do własnej narracji historycznej. W PRL w latach 50-tych szkolne podręczniki będące tłumaczeniami autorów radzieckich podawały, że z pola bitwy uciekli kolejno Tatarzy, Litwini i Polacy, zaś wroga powstrzymały pułki ruskie spod Smoleńska i dopiero pod ich przewodnictwem zawstydzeni sojusznicy powrócili i wspólnie pokonali wroga. Z kolei na Litwie czasem pojawiają się interpretacje, według których decydujący wpływ na zwycięstwo miały oddziały księcia Witolda.

Duży wysiłek w zatarcie pamięci o chwale oręża polskiego włożyli Niemcy w XX wieku. Symbolika krzyżacka była przez nich wykorzystywana podczas plebiscytu na Warmii i Mazurach w 1920 roku (il. niemiecki plakat z plebiscytu na Warmii i Mazurach). Intensywną propagandą objęli także sam Grunwald (niem. Tannenberg) w którego okolicy w 1914 roku rozegrała się część zmagań gen. Hindenburga przynoszących całkowite zwycięstwo nad 120-tysięczną armią rosyjską. Niemcy nazwali je bitwą pod Tannenbergiem, choć nie był on terenem walk, ale miał stać się symbolem odwetu za rok 1410.

Po wojnie wzniesiono tu na powierzchni 7,5 hektara symbol germańskiej potęgi - ogromne mauzoleum z ośmioma 20-metrowymi wieżami, w którym w 1934 roku umieszczono ciało Hindenburga (fot. Mauzoleum Hindenburga). Jednaki już w 1945 roku. Niemcy musieli je ewakuować a mauzoleum wysadzić w powietrze. Później zrównano je z ziemią, zaś marmur i granit wykorzystano do budowy Pałacu Kultury i Domu Partii w Warszawie oraz pomnika wdzięczności Armii Czerwonej w Olsztynie.

Zakon krzyżacki przetrwał stulecia. Po raz ostatni wywołał negatywne reminiscencje w 1958 roku gdy kanclerz RFN Konrad Adenauer został pasowany na honorowego rycerza i świat obiegło jego zdjęcie w płaszczu z czarnym krzyżem (fot. Konrad Adenauer, w pierwszym rzędzie z podniesioną ręką). Polityk ten kwestionował granice Polski i dążył do amnestii dla nazistów, a także do remilitaryzacji i zjednoczenia Niemiec. Był jednym z współtwórców Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, poprzedniczki Unii Europejskiej. Na szczęście dziś zakon liczy kilkuset członków, zajmuje się duszpasterstwem, służbą zdrowia, domami opieki i sierocińcami. Siedziba Wielkiego Mistrza znajduje się w Wiedniu, zaś zgromadzenia w Niemczech, Włoszech, Słowenii, Czechach, Słowacji, Belgii i Holandii.

Z kolei na polach pod Grunwaldem od kilku lat prowadzone są szeroko zakrojone badania archeologiczne z udziałem kilkudziesięciu naukowców z wielu krajów. Okazuje się, że bitwa rozegrała się na znacznie większym obszarze niż dotychczas zakładano i jej historia nie jest jeszcze zamknięta (Grupa rekonstrukcyjna wojsk krzyżackich, fot. p. T. Waszczuk, PAP).

Co roku od 23 lat organizowane są też jej rekonstrukcje, na które przyjeżdża do kilku tysięcy pasjonatów historii m.in. z Polski, Niemiec, Włoch, Francji, Finlandii, Czech, Słowacji, Węgier, Rosji, Białorusi, Ukrainy, a nawet USA. W bój rusza nawet 1400 żołnierzy, zaś widowisko ogląda ok. 100 tysięcy widzów (Grupa rekonstrukcyjna wojsk polskich, fot. p. T. Waszczuk, PAP). Wojna raz rozpoczęta nie kończy się nigdy.