Przeskocz do treści

„Nasz Dziennik”: Panie Prezydencie, mija 10 lat od katastrofy smoleńskiej. Jak to tragiczne wydarzenie wpłynęło na Polaków?

Prezydent Andrzej Duda: W wielu Polakach obudziły się wtedy bardzo mocne, patriotyczne uczucia. Zrodziło się poczucie niezwykłej wagi tego wydarzenia, nie tylko dlatego, że zginęło wielu zasłużonych dla Ojczyzny rodaków, ale dlatego, że zginęli przedstawiciele całej klasy politycznej. Wszyscy udawali się do Katynia, aby oddać hołd pomordowanym przez NKWD polskim oficerom. Każdy uczestnik tej delegacji, bez względu na poglądy, znalazł się w niej z pobudek patriotycznych. Tak, ta tragedia miała charakter wspólnotowy.

Symbolem stały się tłumy na krakowskim Przedmieściu.

Polacy zareagowali w sposób wyjątkowy. Przychodzili przed Pałac Prezydencki, godzinami stali w kolejce, aby pokłonić się przed trumnami Pary Prezydenckiej. Ileż osób uczestniczyło w pogrzebach ofiar. To były tłumy.

Ale tę jedność szybko stłumiono.

Katastrofa była wielką narodową traumą. Przeżywanie żałoby stało się wielkimi narodowymi rekolekcjami. Nie wszystkim podobało się, to że naród się jednoczy wokół wartości patriotycznych i religijnych, sięgających fundamentów naszej tradycji. Stąd było to staranie o rozbicie tej wspólnoty. Pamiętamy, kto to robił.

Katastrofa była dla Pana osobistym ciosem. Był Pan jednym z najbliższych współpracowników Prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Było to dla mnie ogromnym przeżyciem. Poza tym, że zginęli tam wielcy patrioci, to przecież zginęło w tej katastrofie wiele osób, które osobiście znałem, z którymi na co dzień współpracowałem, którzy wreszcie byli moimi przyjaciółmi. Prezydent Lech Kaczyński był moim wzorem, był moim nauczycielem, od którego uczyłem się polityki. Chociaż minęło 10 lat od tej tragedii, to przeżywam ją mocno i widzę wyrwę, jaka została po tych, którzy zginęli. Pan Prezydent miał wizję, jak powinna wyglądać Polska, jak należy budować pozycję Polski za granicą, gdzie powinniśmy szukać sojuszników. To wszystko, co robimy obecnie, jest realizacją tamtej koncepcji prof. Lecha Kaczyńskiego, dostosowaną oczywiście do obecnych czasów.

Która z idei Prezydenta Lecha Kaczyńskiego jest Pana zdaniem była najważniejsza?

Polityka bez kompleksów. Prezydent Lech Kaczyński miał koncepcje polityki realnej. Wiedział, że nie jesteśmy mocarstwem, wiedział, w jakim miejscu Europy leżymy, jak dużym jesteśmy narodem i państwem. Miał jednocześnie świadomość naszej wielkiej historii i tego, że kilka razy przesądziliśmy o losach Europy. Odrzucał porównanie Polski do „brzydkiej panny bez posagu”, jak to niektórzy mówili. Przypominał wszystkim, że jesteśmy silnym państwem, mającym 38 milionów ambitnych obywateli. To myślenie powinniśmy kontynuować. Lech Kaczyński mówił, że Polska powinna ochronić słabszych i nie może bać się silnych. I taką politykę staram się realizować.

Otrzymał Pan tuż po katastrofie szczególne zadanie, sprowadzenie z Moskwy ciała Pani Prezydentowej Marii Kaczyńskiej do Polski. Co Pan szczególnie zapamiętał z tej smutnej misji?

Były dwa takie momenty, które najbardziej zapadły mi w serce i w pamięć. Kiedy byłem już na miejscu, w moskiewskim Centralnym Biurze Ekspertyz Medycyny Sądowej, zaprowadzono mnie do sali, gdzie znajdowały się ciała prawie wszystkich ofiar, w tym moich przyjaciół. Pożegnałem się wtedy z Kasią Doraczyńską, Pawłem Wypychem, Władysławem Stasiakiem. Pomodliłem się za nich. Potem byliśmy przy Pani Prezydentowej. Jej brat, dziś już nieżyjący, płk Konrad Mackiewicz nałożył Pani Marii na ręce różaniec, byliśmy przy zamykaniu trumny. Drugi taki moment to ten, kiedy razem z panią Barbarą Borys-Szopą oraz bratem Pani Prezydentowej modliliśmy się przy trumnie pani Marii Kaczyńskiej.

Panie Prezydencie, ciągle nie znamy rzeczywistego przebiegu tej katastrofy. W raporcie MAK, a także w tzw. Raporcie Millera jest wiele nieścisłości. Czy, Pana zdaniem, jest szansa na poznanie prawdy o tym, co zdarzyło się 10 kwietnia 2010 r. na lotnisku w Smoleńsku?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Mam przekonanie, że tym, co może dziś pomóc w wyjaśnianiu tej katastrofy, jest wrak samolotu i czarne skrzynki, a te dowody są nadal przetrzymywane przez Rosjan. A to jest przecież polska własność. Stawia to wielki znak zapytania, jakie naprawdę są ich intencje. Można tylko wyrazić zdziwienie, że Rosjanie nie dążą do transparentności przy wyjaśnianiu katastrofy i nie chcą nam przekazać podstawowych dowodów.

Jaki, Pana zdaniem, był grzech pierworodny popełniony przy wyjaśnianiu katastrofy?

Niewłaściwa formuła prawna, na podstawie której wyjaśniano przyczynę i przebieg katastrofy. Nie skorzystano z umowy polsko-rosyjskiej dotyczącej badania wypadków lotniczych z udziałem samolotów woskowych. Oparto się na tzw. konwencji chicagowskiej, dotyczącej lotów cywilnych. Było to kuriozalne samo w sobie, bo samolot Tu-154M był maszyną wojskową, 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego, który realizował ten lot, był formacją wojskową, piloci byli wojskowymi. To, że Donald Tusk zgodził się na konwencję chicagowską, która oddawała śledztwo MAK, było sprzeczne z polskim interesem. To, co potem nastąpiło, było konsekwencją tej decyzji. Zastosowanie umowy polsko-rosyjskiej dawałoby nam duże możliwości m.in. współdziałania w czynnościach śledczych.

Kiedy Rosja zwróci nam wrak samolotu? Czy na miejscu katastrofy powstanie kiedykolwiek pomnik upamiętniający to tragiczne zdarzenie?

Niestety mamy do czynienia ze strony rosyjskiej z ewidentnym zwodzeniem. Czy powstanie pomnik? Jest to bardzo wątpliwe. My musimy czcić pamięć ofiar u nas, w Polsce.

Panie Prezydencie, 10. rocznica katastrofy smoleńskiej obchodzona będzie w szczególnych warunkach. Polskę i świat dotknęła niespotykana pandemia koronawirusa. Jak bardzo to doświadczenie zmieni nasz kraj i świat?

Na pewno się zmieni wiele. To jest tragedia, dzieją się dramaty, umiera tyle osób. Składam gorące wyrazy współczucia dla rodzin tych, którzy zmarli. Pozostanie wiele bólu, wiele zniszczeń. Ucierpi gospodarka. Ufam, że z tego nieszczęścia powstanie też dobro. Mam nadzieję na szybkie odbudowanie naszej gospodarki i że będzie ona jeszcze silniejsza niż przed tym kryzysem. O to musimy walczyć. To się uda także dzięki Opatrzności.

Czy zbierająca tak tragiczne żniwo pandemia nie obnażyła pułapek globalizacji. Okazało się, że Europa została bezbronna w walce z niewidzialnym wrogiem – wirusem, bo zasadnicza produkcja np. substancji czynnych do lekarstw jest w Chinach. Zmieni się podejście do globalizacji? Czy te procesy wyhamują czy przyspieszą?

Mam nadzieję, że zostaną wyciągnie wnioski z tego, co w gruncie rzeczy było błędem. Polityczne błędem wynikającym czasem z wygodnictwa, z tego, że przeniesienie produkcji będzie tańsze, bardziej wydajne. Tymczasem, jak w powiedzeniu, co tanie, to drogie. Cena, którą nam przychodzić dzisiaj zapłacić, być może przewyższy osiągnięte kiedyś zyski. Z tego na pewno powinny być wyciągnięte wnioski nie tylko przez nas, ale w ogóle przez wszystkie państwa, które są tym nieszczęściem dzisiaj dotknięte.

To paradoksalnie jest szansa dla gospodarek narodowych?

Dzisiaj jak widać każdy radzi sobie sam, a zarazem państwa starają się, wspierając nawzajem. Jest solidarność miedzy narodami np. PLL LOT przywożą między innym obywateli Litwy, czy Słowenii w ramach naszej akcji „Lot do domu”. Prezydent Słowenii zwrócił się do mnie, aby nasze samoloty zabierały ich obywateli na pokład. Tak też się stało. W ten sposób budujemy więzi braterstwa i silniejszej przyjaźni w naszej części Europy. Natomiast w sensie gospodarczym każdy radzi sobie sam i to jest wielka próba dla państw narodowych.

Teraz okazuje się, że to państwa narodowe najlepiej przechodzą próbę czasu.

Państwa narodowe są najlepiej przygotowane. Radzą sobie, choć w niektórych jest bardzo ciężko, jak we Włoszech, czy w Hiszpanii gdzie uderzenie epidemii jest bardzo mocne. Dobrze, że jako polskie władze zareagowaliśmy wcześnie i w zdecydowany sposób podjęliśmy kroki zabezpieczające obywateli. Dzięki temu ta epidemia w Polsce rozwija się wolniej.

UE jest krytykowana za to, że nie stanęła na wysokości zadania w związku z kryzysem związanym z koronawirusem. Czy pan Podziela tę krytykę?

Jako państwo nie otrzymaliśmy z Brukseli żadnej dodatkowej pomocy finansowej. Nie było dodatkowych pieniędzy. Przesunięto jedynie środki, które i tak mieliśmy w swojej dyspozycji. Z jednego celu przekierowano pieniądze na walkę z koronawirusem. Nie widać też jakiegoś wielkiego zaangażowania ze strony instytucji europejskich. Owszem, Rada Europejska zebrała się dwukrotnie. Natomiast jeśli chodzi o aktywność ze strony Komisji Europejskiej to muszę powiedzieć, że wygląda to raczej marnie.

Panie Prezydencie, wybory prezydenckie powinny odbyć się 10 maja?

Najważniejszą kwestią jest życie i zdrowie obywateli. Drugą sprawą jest stabilność państwa i zachowanie ciągłości władzy. Jeżeli dałoby się wybory przeprowadzić tak, aby obywatele byli w jak największym stopniu zabezpieczeni, to wtedy, ze względu na porządek ustrojowy, można w wyznaczonym terminie przeprowadzić głosowanie. Wtedy uzyskamy stabilność, nie będzie bałaganu konstytucyjnego. Natomiast gdyby przeprowadzenie wyborów wprowadziło powszechne zagrożenie życia lub zdrowia obywateli to ryzyko jest zbyt wielkie. Parlament, jeśli byłaby taka potrzeba, mógłby przeprowadzić interwencję o charakterze ustawodawczym albo ustrojodawczym lub też mogłaby zainterweniować Rady Ministrów.

Interwencja ustrojodawcza, czyli zmiana w konstytucji?

Gdyby uznano, że jest to możliwe i realne. Proszę pamiętać, że to wymaga odpowiedniej kwalifikowanej większości, czyli porozumienia politycznego.

W tych dniach zrodził się pomysł głosowania korespondencyjnego. Czy nie uważa Pan, że takie rozwiązanie może przynieść pewne zagrożenie dla demokracji i procesu wyborczego?

To rozwiązanie kilka dni temu zastosowano w Bawarii, w regionie, gdzie szaleje epidemia. Mimo to przeprowadzono wybory właśnie w trybie korespondencyjnym. Frekwencja była ponad 50 proc. Wybory się udały, my też możemy ten pomysł wprowadzić u nas. Nie narazilibyśmy życia i zdrowia obywateli. Głosowanie korespondencyjne byłoby czymś nowym w Polsce, ale i warunki są nietypowe.

Tę metodę kwestionuje opozycja. Pan jest faworytem tych wyborów. Nie obawia się Pan, że gdyby frekwencja 10 maja była niska, to Pana mandat nie byłby zbyt mocny.

Kwestia mojego mocnego mandatu nie jest najważniejsza. Najważniejsze jest życie i zdrowie obywateli. Trzeba zadbać o porządek w państwie, o zachowanie ciągłości władzy, która musi przeciwdziałać kryzysowi i jego skutkom. Trzeba będzie po zakończeniu epidemii odbudować gospodarkę, przywrócić Polsce szybki rozwój. Konieczne będzie podejmowanie wielu ważkich decyzji, przyjęcie wielu aktów prawnych i obserwowanie, jak one działają. Będzie potrzebna dobra współpraca władz państwa, a to jest wielkie wyzwanie.

Jeśli nie 10 maja, to kiedy wybory prezydenckie powinny się odbyć, za pół roku, czy może wiosną przyszłego roku?

Dopiero wtedy, kiedy będzie można je bezpiecznie przeprowadzić.

Panie Prezydencie, stoimy u progu Wielkiego Tygodnia. Za tydzień będziemy przeżywać Święta Zmartwychwstania Pańskiego. W tym roku będą to święta szczególne, dla wielu osób bolesne, z dala od bliskich. Panie Prezydencie, czego życzyłby Pan naszym rodakom w tej wyjątkowej sytuacji?

Życzę przede wszystkim zdrowia. Chciałbym życzyć Państwu pokoju ducha, dobrego – mimo wszystkich trudności –przeżycia tego czasu Świąt Wielkanocnych i wcześniej Wielkiego Tygodnia. Niech będzie to czas uduchowiony, mimo że jest trudny, mimo że niektórzy nie spotkają się z bliskimi, ale będziemy się z nimi łączyć myślą i w modlitwie. Życzę wszystkim, abyśmy byli dobrej myśli, damy radę. Przechodziliśmy już tak wiele doświadczeń, były wojny, przetrwamy i tę epidemię. Mam nadzieję, że ten kryzys gospodarczy, który dotknie cały świat, nie będzie długotrwały. Pokonamy go dzięki naszej pracowitości i naszym ambicjom oraz mądrości. Ufajmy też Bożej Opatrzności. Wierzę w to, że nasze modlitwy zanoszone do Boga za przyczyną Królowej Polski, Pani Jasnogórskiej i za wstawiennictwem naszych patronów będą wysłuchane.

Tekst i zdjęcie za: https://www.prezydent.pl/aktualnosci/wypowiedzi-prezydenta-rp/wywiady/art,233,andrzej-duda-dla-naszego-dziennika-o-wyborach-najwazniejsze-jest-zycie-i-zdrowie-obywateli.html

naszdzienniknZ dr. Mirosławem Borutą, socjologiem z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, rozmawia Marcin Austyn.

Przed drugą turą wyborów prezydenckich rośnie aktywność Bronisława Komorowskiego. To wystarczy, by nadrobić straty?

– Dla wyborców ważniejsze jest, że przez pięć lat był on prezydentem nijakim. To jednak nie oznacza, że taki prezydent nie może się podobać. Niestety, jest coraz więcej naszych rodaków, którzy nie wiedzą, po co idzie się do polityki i czym jest polityka. Nie wiedzą, bo są tego skutecznie, medialnie oduczani. Warto posłuchać Papieża Franciszka i jego słów o konieczności zaangażowania katolików w politykę. Konieczności, a nie wyboru. Wracając do Bronisława Komorowskiego, trzeba podkreślić, że jego prezydentura była widoczna tylko przez ostatnie trzy tygodnie, a bycie przez pięć lat jedynie bezwolnym żyrantem rządu, to fiasko. W opinii społecznej na drugą kadencję nie zapracował.

Urzędujący prezydent wiele mówi o modernizacji, nowoczesności i bezpieczeństwie. Kto dotąd korzystał z owoców tych dobrodziejstw?

– Znaczenie słowa „modernizacja” jest już dawno zapomniane. Dziś jest ona tym, czego chce kandydat i jego partia (Platforma Obywatelska). Takie dzielenie społeczeństwa według szwów partyjnych, a nie merytorycznej dyskusji i sporu o wartości stanowi o bezlitosnej słabości tej prezydentury. Bo co jest w Polsce nowoczesne? Co daje bezpieczeństwo po pięciu latach prezydentury Bronisława Komorowskiego? Czy jest to dostępność miejsc pracy, wynagrodzenia na europejskim poziomie czy może perspektywy dla młodzieży kończącej szkoły wyższe? Puste słowa składanych typowo przedwyborczych obietnic w konfrontacji z faktami przegrywają z kretesem. Jest taki poziom społecznego odrzucenia, którego nie przemogą nawet „zaprzyjaźnione” media. 24 maja Polacy panu Komorowskiemu podziękują, bo przez Polskę idzie głos „Czas na zmiany!”.

Zgodzi się Pan z oceną, że nie ma co krytykować minione ćwierćwiecze, że nie stać nas na polityczne „eksperymenty”?

miroslawboruta– Nie, choćby dlatego, że z historii Polski wiem, z jakiego pułapu startowali nasi przodkowie w 1918 roku i co osiągnęli po 21 latach pracy. Gdybyśmy zdołali choć w części – tak jak oni – rozwinąć naukę, oświatę i przemysł... Nie negując korzyści z przemian po 1989 roku, powiedzmy szczerze: rządzących (z niewielkimi wyjątkami) mamy słabiutkich. To nie są ludzie, którzy nadają ton przemianom, to nie są liderzy prowadzący nas do sukcesu. To raczej wykonawcy woli zewnętrznej, niemającej interesu w rozwoju Polski i dobrobycie Polaków. W sumie ludzie mówią bardzo podobnie, ostatnie lata to pasmo rozczarowań. Odpowiedzią, najlepszym sondażem, były wyniki pierwszej tury. Mam nadzieję, że w roku 2020, po pięciu latach prezydentury Andrzeja Dudy, będziemy mogli porównać co Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej może zrobić dla kraju i Polaków, jeśli tylko tego chce.

W całej kampanii tylko Komorowski odwoływał się do dorobku III RP...

– Bo to dorobek jego środowiska, dorobek miałki. Ale nie zapominajmy też, jak wielka jest potęga mediów. Nie tędy droga. Ważne jest to, by Polakom żyło się lepiej. I nie może być tak, że ta lista uprzywilejowanych jest ograniczona do ekipy rządzącej, ich rodzin i znajomych. Wyborcy to już ocenili, a w drugiej turze miliony wyborców zagłosują podobnie – przeciwko temu „dorobkowi” III RP. Bez względu na szczegóły wyniku końcowego, będzie to istotny dla polityków sygnał. Przypomnę, że już kiedyś społeczeństwo zdecydowało o odrzuceniu PRL-u, a on przecież też miał swój „dorobek”.

Dziękuję za rozmowę. Marcin Austyn

Za: http://naszdziennik.pl/polska-kraj/137307,nijaka-prezydentura.html (20 maja 2015 roku).

miroslawborutaPlacet na drugi krzyżyk / Z dr. Mirosławem Borutą, socjologiem z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, rozmawia Marcin Austyn / Wybory samorządowe upłynęły nam pod znakiem kompromitacji Państwowej Komisji Wyborczej. – Z całą pewnością podstawą demokracji są uczciwe wybory, a widocznymi wskaźnikami uczciwości są nasze głosy, zliczone dokładnie i szybko. Każde zachwianie tego procesu prowadzi do powstawania...
http://www.naszdziennik.pl/wp/116173,placet-na-drugi-krzyzyk.html

Dopisek z grudnia 2014 roku: Od połowy grudnia 2014 roku „Nasz Dziennik” dołączył – niestety – do galerii mediów płatnych, komercyjnych. Pod powyższym linkiem nie znajdą już Państwo całości wywiadu. Pod spodem zamieszczam go w wersji przesłanej do Redakcji:

Wybory samorządowe upłynęły nam pod znakiem kompromitacji Państwowej Komisji Wyborczej. Gdyby nie wpadka z systemem informatycznym wyniki wyborów nie byłyby przedmiotem tak gorących dyskusji?

Z całą pewnością podstawą demokracji są uczciwe wybory. A widocznymi wskaźnikami uczciwości są nasze głosy, zliczone dokładnie i szybko. Każde zachwianie tego procesu prowadzi do powstawania wątpliwości. W tym wypadku spodziewany termin ogłoszenia wyników a termin realny rozeszły się tak bardzo, że odwołanie składu PKW to właściwie najmniej odczuwalna społecznie konsekwencja tego stanu rzeczy.

Ale pamiętajmy, że socjologowie interesują się o wiele częściej tym, co jest „pod powierzchnią” zjawisk społecznych. Np. konsekwencją przekazu instrukcji wyborczej do obywateli, który w tym przypadku był oczywistym przekłamaniem. Jeden głos (jeden krzyżyk) na jednej karcie a wśród tych kart… karta złożona z kilku kart. To już jest błąd kardynalny, wypaczający wynik wyborów na ogromną skalę. Tutaj uczciwość wyborów zanegowano, niejako urzędowo, w sposób fundamentalny.

Przez ostatnie dwa tygodnie zgłaszane były liczne nieprawidłowości do jakich miało dochodzić w komisjach. Sądzi Pan, że i w przeszłości były one normą, tylko nikt tego nie zauważał?

Zauważano to, a najlepszym przykładem z 2010 roku było słynne „zatrzymanie się” ilości głosów nieważnych na granicy województwa mazowieckiego. I co? Otóż właśnie nic. A skoro nic, to kto przekona członka komisji by nie postawił drugiego krzyżyka i nie unieważnił głosu na konkurencję. Od lat szerzone jest w lewackich mediach przekonanie, że złodziejem nie jest ten kto ukradł, ale ten kogo złapano. Konsekwencje takiego przekazu są dzisiaj aż zbyt widoczne. „Uczciwości” do garnka nie włożę, „uczciwością” dzieci nie wykarmię, myśli ten i ów i mając możliwości korzysta z nich na potęgę.

Tam, gdzie nie ma podstaw moralnych, tam nie ma także demokracji. To co możemy zrobić to zapobiec takim praktykom poprzez zmianę ordynacji wyborczej, jej radykalną reformę.

W 2015 roku odbędą się wybory prezydenckie i parlamentarne. Jak tegoroczne zamieszanie wokół wyborów może wpłynąć na postawę wyborców? Czeka nas mobilizacja czy raczej spotęgowanie zniechęcenia?

Czekają nas obie te postawy. Już dzisiaj, w niedzielę drugiej tury wyborów, wiele osób zastanawia czy pójść, skoro i tak wyniki ogłoszone nie są zbieżne z prawdziwymi, to po co brać udział w kłamstwie? To obraz wielkiej krzywdy, jaką wyrządzają państwu i społeczeństwu właśnie ci, niekompetentni, nieuczciwi, mniej lub bardziej świadomi manipulatorzy.

Chciałbym jednak zaproponować przyjęcie postawy maksymalnie aktywnej. Mówiąc szczerze proponuję ją zawsze i wszędzie. Jeśli nie chcemy przeżywać kolejnych upokorzeń zmobilizujmy się w tym 2015 roku już na serio. Niech w każdej komisji staną plastikowe, przezroczyste urny, niech każda z kart wyborczych ma formę jednej karty, niech każdy członek komisji liczącej głosy odłoży wszystko co przy sobie ma do pisania, niech wszędzie nad stołami do liczenia głosów stanie kamera, niech w każdej komisji będzie obowiązkowo, jako wynik poprawionej ordynacji, mąż zaufania (a nawet więcej niż jeden) i tu uwaga, spoza ugrupowania lub społeczności lokalnej z której składa się komisja. Uczciwie liczący głosy nie sprzeciwią się takim rozwiązaniom.

Sposób przeprowadzenia wyborów samorządowych stał się kolejnym elementem mocnego sporu politycznego. Jakie ma to przełożenie na podziały społeczne?

Nie ma nic złego w podziałach i sporach politycznych, ale wreszcie trzeba znaleźć takie mechanizmy by spierać się o kwestie najważniejsze. Nie uciekam od odpowiedzi, ale… Czy żyje się nam dostatnio, czy mamy sensowną pracę, czy nasze dzieci mają zapewnioną w Polsce przyszłość, to są pola do najważniejszego sporu. Inne są sporami zastępczymi, pamiętajmy o tym.

W wielu miastach, gdzie doszło do drugiej tury wyborów, o władzę trzeba było walczyć z urzędującym od lat prezydentem. Takie długoletnie rządy, to efekt przyzwyczajenia, dobrego zarządzania czy może obawy przed zmianami?

Czynników jest wiele, a zwykle myślimy tak: dotychczasowy wójt, burmistrz, prezydent jest w swoich osiągnięciach i błędach przewidywalny, ten nowy – a kto go tam wie? A jego ludzie… Dobrze jeśli pretendent jest młodszy, prężniejszy, ma jakąś wizję i zna problemy naszej miejscowości, wie co poprawić i za co, a jeśli jest lepszy oddajmy mu władzę. Lecz jeśli nas nie przekonuje to dotychczasowy włodarz ma zawsze tę przewagę „zapoznanego”. Pamiętajmy, że podsumowujemy jakiś okres i wiemy co się przez ten czas wydarzyło. To daje nam możliwości przewidywania. Z całą pewnością, tam gdzie poziom naszego życia się pogorszył lub nawet jeśli nie widać zmian na lepsze sięgajmy po nowych ludzi.

Dziękuję!

naszdzienniknNasz Dziennik jest ogólnopolską gazetą codzienną. Podejmuje tematykę dotyczącą życia społecznego, kulturalnego, politycznego i religijnego. Propaguje wartości chrześcijańskie oraz wielowiekową tradycję i kulturę polską. Przekazuje informacje, o których inne media milczą. Tłumaczy mechanizmy, które inni ukrywają. "Nasz Dziennik" to informacje, komentarze, felietony: o Polsce i Polakach, o kraju i świecie, o rodzinie i Ojczyźnie, o religii i Kościele, o patriotyzmie i polityce, o gospodarce i ekonomii, o problemach wsi i rolnictwa, o szkole i wychowaniu, o kulturze i sztuce, o mediach i manipulacjach.

Zapraszam Państwa serdecznie do przeczytania najnowszego wywiadu, z 6 listopada 2014 roku:

miroslawborutaPrzetrącone obeliski / Z dr. Mirosławem Borutą, socjologiem z krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, rozmawia Marcin Austyn / Dekomunizacja przestrzeni publicznej w Polsce idzie dość ślamazarnie. Można pokusić się o twierdzenie, że ludzie przyzwyczaili się do widoku czerwonej gwiazdy? / – Oczywiście, że tak. Przecież dla człowieka, który ledwo wiąże koniec z końcem, bo już nie żyje „od pierwszego do pierwszego”, tylko „od debetu do debetu”, ważniejsze jest przetrwać. Ta polityka 25-lecia przyzwyczajania nas do nędzy i codziennej walki o byt musi rzutować na priorytety. Jeśli musimy wybierać pomiędzy bochenkiem chleba a gazetą i musimy wybierać to pierwsze, to nie znajdziemy powodu, by wydawać pieniądze na wartości duchowe. A dekomunizacja należy do tych właśnie wartości.
http://naszdziennik.pl/wp/107325,przetracone-obeliski.html

Dopisek z grudnia 2014 roku: Od połowy grudnia 2014 roku "Nasz Dziennik" dołączył - niestety - do galerii mediów płatnych, komercyjnych. Pod powyższym linkiem nie znajdą już Państwo całości wywiadu. Pod spodem zamieszczam go w wersji przesłanej do Redakcji:

W Polsce dość ślamazarnie idzie tzw. dekomunizacja przestrzeni publicznej. Można pokusić się o twierdzenie, że ludzie przyzwyczaili się do widoku czerwonej gwiazdy?

Oczywiście, że tak. Przecież dla człowieka, który ledwo wiąże koniec z końcem, bo już nie żyje „od pierwszego do pierwszego”, tylko „od debetu do debetu” ważniejsze jest przetrwać… Ta polityka 25-lecia przyzwyczajania nas do nędzy i codziennej walki o byt musi rzutować na priorytety. Jeśli musimy wybierać pomiędzy bochenkiem chleba a gazetą i musimy wybierać to pierwsze, to nie zobaczymy powodu, by wydawać pieniądze na wartości duchowe. A dekomunizacja należy do tych właśnie wartości.

Zabrakło odpowiedniej edukacji, czy może chęci, by posprzątać po sowieckim okupancie?

Zabrakło elit. Arystokracja, ziemiaństwo, inteligencja polska lat międzywojennych, ta, dla której los każdego człowieka nie był obojętny i starała się każdego dowartościowywać, edukować do polskości, została zastąpiona przez lumpenelity (termin niezapomnianej, śp. prof. Anny Pawełczyńskiej). A one, osiągnąwszy pozycje wiernych sług obcych panów gardzą pozostałą, wielomilionową częścią społeczeństwa. Tę pogardę widać codziennie w ich języku, w ich mediach, to ogromny problem, który musimy, my Polacy w Kraju i za granicą, czym prędzej rozwiązać.

W kolejnych miastach toczą się boje o likwidację posowieckich pomników. Dlaczego dzieje się to dopiero teraz?

Zwróćmy się teraz ku tym, którzy zapoczątkowali proces przywracania nas ku polskości, ku śp. Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu czy śp. prof. Januszowi Kurtyce. Doceńmy Ich walkę o godne miejsce Polski w Europie (także tej bliskiej Środkowo-Wschodniej), o Żołnierzy Niezłomnych (tu wspomnę choćby o Fundacji „Łączka”), o patriotyczną narrację przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. To procentuje. I znalazły się środowiska, różnorodne, ale połączone myślą, że nadszedł czas ukazania prawdy o tym kto bronił Ojczyzny, a kto strzelał do Obrońców. By upamiętnić Bohaterów, a znieść obeliski katów i morderców.

Jednak kiedy w uroczystość Wszystkich Świętych TVP wspomina gen. Wojciecha Jaruzelskiego, to zasadne zdaje się być też pytanie o to jaka dziś jest ta wolność?

To środowisko coraz mniej zasługuje na nazwę Telewizja Polska. Oni nie rozumieją podstawowych kwestii. Polska to Ofiary Jaruzelskiego czy Krzyżanowskiego, Polska to zabici i zmuszeni do emigracji, Polska to Danuta Siedzikówna („Inka”), a nie Jej morderca. Paranoi relatywizmu trzeba położyć tamę. Pomnik może mieć święty, ten, który cierpiał bądź był prześladowany, a nie ten, który zadawał ból, najechał, zabijał.

W Nowym Sączu sprawa pomnika Armii Czerwonej ciągnie się już dwie dekady. Już doszło tam do szarpaniny protestujących z policją, a niewykluczone, że będą też poważniejsze incydenty. Są głosy, by przeprowadzić społeczną rozbiórkę pomnika. Dlaczego dochodzi do takich sytuacji?

Jak zwykle przez głupotę rządzących i mądry opór, nacisk społeczny rządzonych. Znów musimy borykać się z problemami „niepotrzebnymi”, znów jesteśmy uwikłani w działania, których nie powinno być. Takich obelisków, miejsc „antypolskiej pamięci” czy nazw jest mnóstwo. Myślę, że dlatego warto zajmować się polityką, „iść do polityki”, by rozwiązywać te kwestie szybko i sprawnie. A ludziom pozwolić zająć się swoimi codziennymi sprawami, rodziną, pracą, wypoczynkiem, jeśli są już w wieku emerytalnym. Tak funkcjonują normalne państwa. Państwo Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego z pewnością na miano normalnego nie zasługuje. To państwo propagandy i zaostrzania podziałów społecznych.

Sprawy odwlekane przez lata muszą stanąć na ostrzu, by znalazło się rozwiązanie? Czy tego rodzaju przypadki świadczą o tym, że ludzie tracą cierpliwość czy też, że zaczynamy rozumieć co to jest społeczeństwo obywatelskie?

Dodam tylko jedno słowo, zaczynamy wracać do Polski, to jest coraz bardziej polskie społeczeństwo obywatelskie, to ważny wyróżnik. Polskość to wolność, polskość to praca i walka, walka z oprawcą, czy to niemieckim czy rosyjskim, czy jakimkolwiek innym. Po latach komunistycznej propagandy i pedagogiki wstydu ostatnich dwudziestu pięciu lat Polacy wracają do Polski, ich Polski, nie rosyjskiej i nie niemieckiej.

Można powiedzieć, że dorastamy do demokracji? To będzie z czasem przekładało się na frekwencję przy urnach? Czy jednak wciąż wygrywać będzie przekonanie, że i tak nic się nie zmieni?

Ja namawiam, szczerze i serdecznie do angażowania się w politykę, nie tylko by iść wybrać, by dać się wybrać samemu. Działania dla wspólnego dobra, tak jak pisał o tym Jan Paweł II, tak jak namawia nas do tego Ojciec Święty Franciszek, to największa misja i powołanie chrześcijanina. Pamiętajmy, że ci, którzy odstręczają nas od polityki, którzy mówią „nie róbmy polityki” chcą zapewnić sobie monopol na władzę. Ale w Polsce nie uda się to nigdy. Nie ma i nie będzie zgody na niczyją dominację w Polsce, bo tysiąc pięćdziesiąt lat Wielkiego Projektu Polska trwa w nas.

miroslawboruta15Mirosław Boruta

Elementem wyróżniającym politykę Prezydenta Lecha Kaczyńskiego było podniesienie rangi problematyki obejmującej zagadnienia dotyczące Polaków żyjących poza krajem, do grupy spraw najważniejszych…

Nadchodzi czas wspólnoty narodowej / Z dr. Mirosławem Borutą, socjologiem, autorem kilkudziesięciu prac naukowych o Polakach za granicą, rozmawia Małgorzata Pabis

Jak Pan widzi dziś politykę rządu PO – PSL w stosunku do Polonii?

– Jedynie jako namiastkę polityki i chaos organizacyjny. Podobnie jak inne obszary działalności Platformy Obywatelskiej, tak i ten pozbawiony jest fundamentów. Prowadzić politykę trzeba po coś, trzeba mieć cel. A rządzący obecnie Polską „politycy” dryfują. Jedyne, co dla nich ważne, to być poklepywanym po plecach. Z taką klientystyczną mentalnością niczego nie da się dobrze zrobić. Jest jeszcze ideowa lewicowość, która też powoduje u nich paniczną ucieczkę od tematyki Narodu Polskiego i suwerennego państwa. Ciepła woda w kranie, grill i hasło „nie róbmy polityki”, i to całe nachalne udawanie wolności, i piękna III RP, której symbolem jest Wałęsa w klapkach obok wacianego orła...

Jak powinna wyglądać polityka w wykonaniu rządu? Wokół czego powinna się skupiać?

– Prowadzenie polityki musi być związane z wartością, jaką jest Polska, obecna zarówno w silnym państwie, jak i dumnym Narodzie. Podobnie Polacy za granicą muszą czuć więź z Ojczyzną i wsparcie płynące z kraju. Przede wszystkim ci najsłabsi, szczególnie skupiska polskie marzące o przyjeździe do Polski. Jeśli uda się nam im pomóc, musimy mieć także ofertę dla tych, którzy jako Polacy chcą pozostać poza granicami Rzeczypospolitej, i obie te decyzje należy uszanować. Organizować dla nich imprezy i polskie festiwale kulturalne, wysyłać artystów, organizować przeglądy polskiego filmu i teatru, pomagać w remontach czy budowie Domów Polskich, szkół, uczelni, a także siedzib polskich mediów w krajach osiedlenia. Podobnie należy ich zapraszać do Ojczyzny na festiwale, konkursy, kolonie i pielgrzymki czy zawody sportowe. Za tym powinna także pójść konkretna pomoc do poszczególnych, najgorzej sytuowanych środowisk czy nawet pojedynczych osób. W ich odnalezieniu szczególną rolę mogą odgrywać polscy księża pracujący przecież tak licznie w zagranicznych misjach czy parafiach...

Znam szkołę w Krakowie, która stara się pomagać Polakom na Kresach – uczniowie, odwiedzając Kresy, zawożą tam książki i inne potrzebne rzeczy. Czy to wystarcza?

– To kolejny przykład ostatecznego uwiądu państwa Platformy Obywatelskiej. Oczywiście, że nie ma nic zdrożnego w pomaganiu, rozwijaniu postaw altruistycznych, a przy tym patriotycznych, wśród dzieciaków, ale zapytam – a gdzie ambasady i konsulaty? Za co płacimy te ciężkie pieniądze, co robią trzeci konsulowie, tzw. polonijni, i kim są, skoro nie potrafią rozpoznać potrzeb rodaków i zawiadamiając odpowiednie służby, wysłać pomoc, jedno- lub wielorazową. Wysługiwanie się młodzieżą, parafiami, fundacjami to jednak ogromna porażka, nie wiem tylko na pewno, czy to działanie nieświadome, czy jednak celowe, już wyżej wspominałem o lewicowości środowiska rządzących.

Ile zrobiono w ciągu ostatnich 25 „lat wolności”, podał ostatnio dr Robert Wyszyński – do kraju, w ramach programu rządowego „Rodak”, zezwala się rocznie na przyjazd zaledwie ok. 20 rodzin, a 2400 osób wciąż ma „promesę migracyjną” i praktycznie żadnych szans na przyjazd do Polski. Jak ponury, „europejski” żart brzmi w tym kontekście wiadomość o natychmiastowym sprowadzeniu do Polski 2 tys. uchodźców z Afryki.

W Krakowie np. istnieje program dofinansowania wyjazdów młodzieży gimnazjalnej na Kresy, ale państwo w żaden sposób nie pomaga w takiej działalności. Co więcej, np. w ubiegłym roku to rodzice i sponsorzy w całości musieli pokryć tygodniowy pobyt polskich dzieci z Litwy w Krakowie. Czy państwo powinno włączać się w taką działalność?

– Oczywiście, że powinno. W tym pytaniu widzę także mocną krytykę przerzucania odpowiedzialności „za cokolwiek” z rządu centralnego na samorządy. Kiedy słyszę o braku wsparcia dla tak pięknych inicjatyw, cieszę się z tego, że ten rząd przetrwa jeszcze najwyżej dwa miesiące... Dajmy przykład z omówienia rządowego dokumentu: „poza Polską żyje 18-20 milionów Polaków i obywateli polskiego pochodzenia”, i dalej: „miarą zmiany podejścia był sam fakt przeprowadzenia dwumiesięcznych konsultacji społecznych programu, w ramach których napłynęło blisko 100 opinii i propozycji”. Czy nie jest to kompromitacja Platformy Obywatelskiej (sic!). Wskaźnikiem tej farsy jest poziom zainteresowania „miarą zmiany podejścia”, wynosi on 0,000005 (uwaga: to nie są dziesiętne, setne czy tysięczne, to jest pięć milionowych). Jaki program i konsultacje, taki i odzew...

Co dziś w polityce w stosunku do Polaków na Wschodzie oraz Polonii jest najważniejsze i w którą stronę powinna ona iść?

– Tematyka Polaków i polskości za granicą, tak wyraźne zaakcentowana przez prezydenta Andrzeja Dudę w jego inauguracyjnym przemówieniu, zaskoczyła elity. Elity rządzące, bo jest ona dla nich ogromnym zagrożeniem, i… elity opozycyjne, bo nadal nie wiedzą, w czym rzecz, nadal nie dotarło do nich, jak ta sprawa jest ważna. Wskaźnikiem tego zaskoczenia jest zupełna nieobecność tematu w mediach. A tu... nadchodzi czas wspólnoty narodowej. Wartości, która przylgnęła do nas 1050 lat temu i nikt nie jest w stanie nam jej odebrać. Warto być Polakiem, warto, by POLSKOŚĆ trwała...

Wiem, że instytucje nie są panaceum na wszystko, ale opowiadam się stanowczo za utworzeniem ministerstwa Polaków za granicą – to się tym 20 milionom ludzi od Polski, ich Ojczyzny, należy. Rozmywanie odpowiedzialności na kilkanaście czy kilkadziesiąt podmiotów – jak ma to teraz miejsce – kończy się zwykle nikłą efektywnością działań. Odpowiedniej rangi instytucja wraz z jej statutem, zebranie rozproszonej po różnych organizacjach, stowarzyszeniach i gremiach problematyki, a przede wszystkim wyznaczenia podmiotu odpowiedzialnego zdaje się być najlepszym pomysłem na wyjątkowe czasy. By przejąć władzę i dobrze rządzić, trzeba zaproponować dzisiaj dużo więcej niż dotychczas. Bo 20 milionów Polaków i osób polskiego pochodzenia żyjących za granicą to jest nasz narodowy skarb, narodowy skarb, „który nie może zaginąć”.

Dziękuję za rozmowę, Małgorzata Pabis

Za: http://naszdziennik.pl/polska-kresy/142439,nadchodzi-czas-wspolnoty-narodowej.html

Pani Krystyna pisze:
kosznareklamyJa kupuję: Gazetę Polską, Gazetę Polską Codziennie i W sieci, a po przeczytaniu, wszystkie gazety umieszczam w tzw. koszyczku (fot. bomap.pl), który znajduje się na drzwiach wejściowych do mojego bloku, a służy do zostawiania w nim reklam i innych ulotek.
Od jakiegoś czasu, ktoś zostawia tam także Gazetę Warszawską i Nasz Dziennik.
Prasa znika, a ja mam nadzieję, że nie jest wyrzucana przed czytaniem.