Przeskocz do treści

marcinaustynMarcin Austyn

To znamienne, że środowiska które najmocniej domagają się rozdziału państwa od Kościoła, chciałyby decydować o kształcie nauczania Pasterzy. Chętnie promują postawy „otwarte”, a chcą zamykać usta kapłanom odwołującym się do najlepszych tradycji narodowych i katolickich, tym, którzy głowy skłaniają tylko przed Bogiem.

W ostatnich dniach fala ostrej krytyki spadła na ks. Jacka Międlara, który sprawował Mszę św. podczas białostockich obchodów 82. rocznicy ONR. Pod presją publiczną kapłan otrzymał zakaz publicznych wypowiedzi oraz „organizowania wszelkiego rodzaju zjazdów, spotkań i pielgrzymek, a także wszelkiej aktywności w środkach masowego przekazu, w tym w środkach elektronicznych”. Wszystko to w zasadzie tylko za towarzyszenie narodowcom. Bo w jego słowach trudno dopatrzyć się kontrowersyjnych treści. Zgromadzenie Księży Misjonarzy oświadczyło jednak, że „nie popierało i nie popiera wszelkiego rodzajów ruchów skrajnie nacjonalistycznych”.

Wprawdzie ks. Międlar miał tego dnia uczestniczyć w koncercie, w którym miały pojawić się treści faszystowskie i rasistowskie. Ale jaki wpływ na nie miał kapłan? Wcześniej nikomu nie przyszło do głowy suspendować np. śp. ks. Jana Kaczkowskiego, który był na Przystanku Woodstock, ale brał odpowiedzialność tylko za wypowiedziane słowa, a nie prezentowany na koncertach repertuar i skrajnie amoralne zachowanie ich uczestników.

Przypadek ks. Międlara nie jest odosobniony. Gniew władzy niecierpiącej krytyki w 2010 roku odczuł ks. płk Sławomir Żarski. To właśnie jego homilia wygłoszona w Święto Niepodległości nie przypadła do gustu prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu. Polityk bez żadnych ogródek zbeształ kapłana za słowa o budowaniu Polski na antywartościach. Kapłan mówił wówczas o tym, że patriotyzm przestał być uważany za konieczny do egzystencji, a zaradność w zaspokajaniu własnych potrzeb, nawet za cenę niszczenia dobra wspólnego, stała się wartością. Ks. Żarski stawiał celną diagnozę, że miejsce patriotyzmu, prawdy, poświęcenia i miłości zajęły kosmopolityzm, nieuczciwość, kłamstwo, chciwość i nienawiść.

Ks. Żarski – o czym nieoficjalnie wspominano – miał zostać biskupem polowym. Na początku grudnia 2010 roku Ministerstwo Obrony Narodowej poinformowało, że kapłan „zakończył trzyletnią kadencję na stanowisku Wikariusza Generalnego - Zastępcy Biskupa Polowego Wojska Polskiego i zgodnie z przepisami został przeniesiony do rezerwy kadrowej”.

Mocno atakowany przez media i polityków był również ks. Stanisław Małkowski, kapelan „Solidarności” i gorący orędownik przyjęcia przez Polskę królewskiego władania Chrystusa. Kapłan w 2010 roku aktywnie uczestniczył w modlitwach przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, poświęcił krzyż smoleński, za co otrzymał ostrzeżenie kurii archidiecezji warszawskiej i groźbę obłożenia karą suspensy. Ks. Małkowski pozostał niezłomny w swoich działaniach, przez co niejednokrotnie stawał się ofiarą kolejnych ataków mediów, ale i polityków.

ksjacekmiedlarcmCóż, do tego, że kapłani (ks. Jacek Międlar CM, fot. youtube.pl) są uciszani, próbowała przyzwyczaić Polaków władza komunistyczna. I znamienne jest to, że do dziś kaznodzieje odnoszący się do najlepszych tradycji narodowych, patriotycznych, bezkompromisowo głoszących Ewangelię pozostają na cenzurowanym.

Bowiem są dziś kapłani, którzy bez żadnych problemów mogą wyznawać publicznie swoje sympatie polityczne. Taką postacią niewątpliwe jest ks. Kazimierz Sowa, mocno sympatyzujący z Platformą Obywatelską, zapewne także z powodów rodzinnych, i finansujący jej kampanie. To jednak nie tłumaczy tego, dlaczego kapłan kadzący PO i mocno krytykujący PiS może publicznie wyrażać swoje poglądy polityczne, w przeciwieństwie do kapłanów – zwolenników ruchów narodowych czy patriotycznych.

Dość dodać, że ks. Sowa wprost przyznawał, że głosuje na PO oraz Komorowskiego, a o partii Jarosława Kaczyńskiego pisał, że to „dzicz”. „Ależ to dzicz jednak ci PiSowcy! Wstyd to mało. I niech mi nikt nie pisze, że za mocno, że obrażam, że nie przystoi. Po prostu mali, mściwi ludzie, którzy – oby – już nigdy Polską nie rządzili” – pisał na Facebooku.

Warto wspomnieć, że kapłan ten koncelebrował Mszę św., której pierwotną intencją miało być dziękczynienie za prezydenturę Bronisława Komorowskiego i podczas której skrytykowano Episkopat za przypominanie ewangelicznej nauki Pana Jezusa. Ks. Sowa stał się wtedy twarzą powstałego zamieszania. Czy kiedykolwiek próbowano mu zamknąć usta? Nie. Dziś ten właśnie kapłan o Mszy św. z udziałem ONR mówi, że to „dzień hańby polskiego Kościoła”, albo bez zażenowania bierze się za ocenę polityki imigracyjnej Polski.

Sporą popularnością w mediach głównego nurtu cieszy się także o. Paweł Gużyński, o którym usłużni eksperci mówią, że prezentuje zdroworozsądkowy sposób myślenia o Kościele. Dominikanin chętnie komentuje wszelkie tematy dotyczące spraw Kościoła, wiary, prezentując „postępowe” stanowiska, tak chętnie spijane z ust kapłanów przez liberalne media. Ojciec pozwalał sobie – zajmując np. stanowisko w sprawie ks. Wojciecha Lemańskiego – na nazywanie abp. Henryka Hosera mianem księcia i bufona. Ktoś wytknął mu niestosowność takiego zachowania?

Okazuje się, że kapłanów, którym wolno więcej jest całkiem sporo. Wśród nich wymienić można ks. prof. Alfreda Wierzbickiego, który chociażby stawał w obronie ideologii gender czy rozmywał istotę Eucharystii. To także ks. Andrzej Luter, przedstawiany jako zwolennik tzw. katolicyzmu otwartego, przeciwnik lustracji w Kościele czy dość liberalny w poglądach o. Jacek Prusak, zwolennik chociażby wprowadzenia edukacji seksualnej w szkołach.

Nie sposób pominąć tu ks. Adama Bonieckiego, redaktora-seniora „Tygodnika Powszechnego” – bo też wielu „postępowych” kapłanów gości na łamach tegoż periodyku . Niedługo po swoim występie na Przystanku Woodstok, w którym ciepło mówił o „Nergalu”, wprawdzie otrzymał on zakaz publicznych wystąpień, ale wciąż publikuje na łamach Tygodnika. I gdzie są „etatowi obrońcy” Kościoła? Nikt nie protestuje?

Tekst i ilustracja za: http://www.pch24.pl/na-kolanach-tylko-przed-panem-bogiem,42817,i.html

naszdzienniknZ dr. Mirosławem Borutą, socjologiem z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, rozmawia Marcin Austyn.

Przed drugą turą wyborów prezydenckich rośnie aktywność Bronisława Komorowskiego. To wystarczy, by nadrobić straty?

– Dla wyborców ważniejsze jest, że przez pięć lat był on prezydentem nijakim. To jednak nie oznacza, że taki prezydent nie może się podobać. Niestety, jest coraz więcej naszych rodaków, którzy nie wiedzą, po co idzie się do polityki i czym jest polityka. Nie wiedzą, bo są tego skutecznie, medialnie oduczani. Warto posłuchać Papieża Franciszka i jego słów o konieczności zaangażowania katolików w politykę. Konieczności, a nie wyboru. Wracając do Bronisława Komorowskiego, trzeba podkreślić, że jego prezydentura była widoczna tylko przez ostatnie trzy tygodnie, a bycie przez pięć lat jedynie bezwolnym żyrantem rządu, to fiasko. W opinii społecznej na drugą kadencję nie zapracował.

Urzędujący prezydent wiele mówi o modernizacji, nowoczesności i bezpieczeństwie. Kto dotąd korzystał z owoców tych dobrodziejstw?

– Znaczenie słowa „modernizacja” jest już dawno zapomniane. Dziś jest ona tym, czego chce kandydat i jego partia (Platforma Obywatelska). Takie dzielenie społeczeństwa według szwów partyjnych, a nie merytorycznej dyskusji i sporu o wartości stanowi o bezlitosnej słabości tej prezydentury. Bo co jest w Polsce nowoczesne? Co daje bezpieczeństwo po pięciu latach prezydentury Bronisława Komorowskiego? Czy jest to dostępność miejsc pracy, wynagrodzenia na europejskim poziomie czy może perspektywy dla młodzieży kończącej szkoły wyższe? Puste słowa składanych typowo przedwyborczych obietnic w konfrontacji z faktami przegrywają z kretesem. Jest taki poziom społecznego odrzucenia, którego nie przemogą nawet „zaprzyjaźnione” media. 24 maja Polacy panu Komorowskiemu podziękują, bo przez Polskę idzie głos „Czas na zmiany!”.

Zgodzi się Pan z oceną, że nie ma co krytykować minione ćwierćwiecze, że nie stać nas na polityczne „eksperymenty”?

miroslawboruta– Nie, choćby dlatego, że z historii Polski wiem, z jakiego pułapu startowali nasi przodkowie w 1918 roku i co osiągnęli po 21 latach pracy. Gdybyśmy zdołali choć w części – tak jak oni – rozwinąć naukę, oświatę i przemysł... Nie negując korzyści z przemian po 1989 roku, powiedzmy szczerze: rządzących (z niewielkimi wyjątkami) mamy słabiutkich. To nie są ludzie, którzy nadają ton przemianom, to nie są liderzy prowadzący nas do sukcesu. To raczej wykonawcy woli zewnętrznej, niemającej interesu w rozwoju Polski i dobrobycie Polaków. W sumie ludzie mówią bardzo podobnie, ostatnie lata to pasmo rozczarowań. Odpowiedzią, najlepszym sondażem, były wyniki pierwszej tury. Mam nadzieję, że w roku 2020, po pięciu latach prezydentury Andrzeja Dudy, będziemy mogli porównać co Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej może zrobić dla kraju i Polaków, jeśli tylko tego chce.

W całej kampanii tylko Komorowski odwoływał się do dorobku III RP...

– Bo to dorobek jego środowiska, dorobek miałki. Ale nie zapominajmy też, jak wielka jest potęga mediów. Nie tędy droga. Ważne jest to, by Polakom żyło się lepiej. I nie może być tak, że ta lista uprzywilejowanych jest ograniczona do ekipy rządzącej, ich rodzin i znajomych. Wyborcy to już ocenili, a w drugiej turze miliony wyborców zagłosują podobnie – przeciwko temu „dorobkowi” III RP. Bez względu na szczegóły wyniku końcowego, będzie to istotny dla polityków sygnał. Przypomnę, że już kiedyś społeczeństwo zdecydowało o odrzuceniu PRL-u, a on przecież też miał swój „dorobek”.

Dziękuję za rozmowę. Marcin Austyn

Za: http://naszdziennik.pl/polska-kraj/137307,nijaka-prezydentura.html (20 maja 2015 roku).

miroslawborutaPlacet na drugi krzyżyk / Z dr. Mirosławem Borutą, socjologiem z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, rozmawia Marcin Austyn / Wybory samorządowe upłynęły nam pod znakiem kompromitacji Państwowej Komisji Wyborczej. – Z całą pewnością podstawą demokracji są uczciwe wybory, a widocznymi wskaźnikami uczciwości są nasze głosy, zliczone dokładnie i szybko. Każde zachwianie tego procesu prowadzi do powstawania...
http://www.naszdziennik.pl/wp/116173,placet-na-drugi-krzyzyk.html

Dopisek z grudnia 2014 roku: Od połowy grudnia 2014 roku „Nasz Dziennik” dołączył – niestety – do galerii mediów płatnych, komercyjnych. Pod powyższym linkiem nie znajdą już Państwo całości wywiadu. Pod spodem zamieszczam go w wersji przesłanej do Redakcji:

Wybory samorządowe upłynęły nam pod znakiem kompromitacji Państwowej Komisji Wyborczej. Gdyby nie wpadka z systemem informatycznym wyniki wyborów nie byłyby przedmiotem tak gorących dyskusji?

Z całą pewnością podstawą demokracji są uczciwe wybory. A widocznymi wskaźnikami uczciwości są nasze głosy, zliczone dokładnie i szybko. Każde zachwianie tego procesu prowadzi do powstawania wątpliwości. W tym wypadku spodziewany termin ogłoszenia wyników a termin realny rozeszły się tak bardzo, że odwołanie składu PKW to właściwie najmniej odczuwalna społecznie konsekwencja tego stanu rzeczy.

Ale pamiętajmy, że socjologowie interesują się o wiele częściej tym, co jest „pod powierzchnią” zjawisk społecznych. Np. konsekwencją przekazu instrukcji wyborczej do obywateli, który w tym przypadku był oczywistym przekłamaniem. Jeden głos (jeden krzyżyk) na jednej karcie a wśród tych kart… karta złożona z kilku kart. To już jest błąd kardynalny, wypaczający wynik wyborów na ogromną skalę. Tutaj uczciwość wyborów zanegowano, niejako urzędowo, w sposób fundamentalny.

Przez ostatnie dwa tygodnie zgłaszane były liczne nieprawidłowości do jakich miało dochodzić w komisjach. Sądzi Pan, że i w przeszłości były one normą, tylko nikt tego nie zauważał?

Zauważano to, a najlepszym przykładem z 2010 roku było słynne „zatrzymanie się” ilości głosów nieważnych na granicy województwa mazowieckiego. I co? Otóż właśnie nic. A skoro nic, to kto przekona członka komisji by nie postawił drugiego krzyżyka i nie unieważnił głosu na konkurencję. Od lat szerzone jest w lewackich mediach przekonanie, że złodziejem nie jest ten kto ukradł, ale ten kogo złapano. Konsekwencje takiego przekazu są dzisiaj aż zbyt widoczne. „Uczciwości” do garnka nie włożę, „uczciwością” dzieci nie wykarmię, myśli ten i ów i mając możliwości korzysta z nich na potęgę.

Tam, gdzie nie ma podstaw moralnych, tam nie ma także demokracji. To co możemy zrobić to zapobiec takim praktykom poprzez zmianę ordynacji wyborczej, jej radykalną reformę.

W 2015 roku odbędą się wybory prezydenckie i parlamentarne. Jak tegoroczne zamieszanie wokół wyborów może wpłynąć na postawę wyborców? Czeka nas mobilizacja czy raczej spotęgowanie zniechęcenia?

Czekają nas obie te postawy. Już dzisiaj, w niedzielę drugiej tury wyborów, wiele osób zastanawia czy pójść, skoro i tak wyniki ogłoszone nie są zbieżne z prawdziwymi, to po co brać udział w kłamstwie? To obraz wielkiej krzywdy, jaką wyrządzają państwu i społeczeństwu właśnie ci, niekompetentni, nieuczciwi, mniej lub bardziej świadomi manipulatorzy.

Chciałbym jednak zaproponować przyjęcie postawy maksymalnie aktywnej. Mówiąc szczerze proponuję ją zawsze i wszędzie. Jeśli nie chcemy przeżywać kolejnych upokorzeń zmobilizujmy się w tym 2015 roku już na serio. Niech w każdej komisji staną plastikowe, przezroczyste urny, niech każda z kart wyborczych ma formę jednej karty, niech każdy członek komisji liczącej głosy odłoży wszystko co przy sobie ma do pisania, niech wszędzie nad stołami do liczenia głosów stanie kamera, niech w każdej komisji będzie obowiązkowo, jako wynik poprawionej ordynacji, mąż zaufania (a nawet więcej niż jeden) i tu uwaga, spoza ugrupowania lub społeczności lokalnej z której składa się komisja. Uczciwie liczący głosy nie sprzeciwią się takim rozwiązaniom.

Sposób przeprowadzenia wyborów samorządowych stał się kolejnym elementem mocnego sporu politycznego. Jakie ma to przełożenie na podziały społeczne?

Nie ma nic złego w podziałach i sporach politycznych, ale wreszcie trzeba znaleźć takie mechanizmy by spierać się o kwestie najważniejsze. Nie uciekam od odpowiedzi, ale… Czy żyje się nam dostatnio, czy mamy sensowną pracę, czy nasze dzieci mają zapewnioną w Polsce przyszłość, to są pola do najważniejszego sporu. Inne są sporami zastępczymi, pamiętajmy o tym.

W wielu miastach, gdzie doszło do drugiej tury wyborów, o władzę trzeba było walczyć z urzędującym od lat prezydentem. Takie długoletnie rządy, to efekt przyzwyczajenia, dobrego zarządzania czy może obawy przed zmianami?

Czynników jest wiele, a zwykle myślimy tak: dotychczasowy wójt, burmistrz, prezydent jest w swoich osiągnięciach i błędach przewidywalny, ten nowy – a kto go tam wie? A jego ludzie… Dobrze jeśli pretendent jest młodszy, prężniejszy, ma jakąś wizję i zna problemy naszej miejscowości, wie co poprawić i za co, a jeśli jest lepszy oddajmy mu władzę. Lecz jeśli nas nie przekonuje to dotychczasowy włodarz ma zawsze tę przewagę „zapoznanego”. Pamiętajmy, że podsumowujemy jakiś okres i wiemy co się przez ten czas wydarzyło. To daje nam możliwości przewidywania. Z całą pewnością, tam gdzie poziom naszego życia się pogorszył lub nawet jeśli nie widać zmian na lepsze sięgajmy po nowych ludzi.

Dziękuję!

(Od Redakcji): Od połowy grudnia 2014 roku „Nasz Dziennik” dołączył – niestety – do galerii mediów płatnych, komercyjnych. Pod spodem zamieszczamy wywiad w wersji autorskiej:

miroslawborutaMapa smoleńskich ulic / Rozmowa z dr. Mirosławem Borutą, socjologiem z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie / 10 kwietnia 2015 roku / Marcin Austyn

Po pięciu latach od katastrofy samolotu Tu-154M doczekaliśmy się liczonych już w tysiącach różnorodnych form upamiętnień ofiar tej tragedii. Społeczeństwo zdało egzamin?

Tak, jak najbardziej. Wiem, że nawiązuje Pan tutaj do słów „państwo zdało egzamin”, ale one, jak i osoba je wypowiadająca są mało wiarygodne. Wiarygodna jest pamięć o ofierze jaką ponieśli Ci, którzy pamiętali o rosyjskiej zbrodni w Katyniu i innych miejscach kaźni. Na ten element chciałbym zwrócić szczególną uwagę, zginęli chcąc dokonać czegoś szlachetnego, upamiętnić poprzednie polskie pokolenia… Szlachetni zginęli na posterunku polskiej, państwowej pracy.

Nie dziwi więc tak jednoznaczna ocena i chęć upamiętnienia. Trzeba sporej gimnastyki pseudointelektualnej i odwracającej świat wartości, by tego upamiętnienia odmawiać… Od pochówku śp. Pary Prezydenckiej na Wawelu począwszy.        

Tego rodzaju inicjatywy nie mogły liczyć na dobrą atmosferę polityczną. Fakt, że zostały zrealizowane i to w takiej ilości, to znak że w ludziach pojawiła się chęć do działania i zmian?

Tutaj pytanie trzeba skierować do animatorów „złej atmosfery politycznej”, czy chodzi im o walkę polityczną za wszelką cenę, nawet za cenę braku szacunku dla ofiary ludzkiego życia czy też  może o interesy obcych, które mogą zostać naruszone, gdy wciąż będziemy przypominać im o ich zbrodniach? A jeśli ci animatorzy występują w interesie obcych, a nie w interesie Polaków, to kogo reprezentują? Kto im… płaci i czym?  

Wiemy jak wspaniały program dla Polski miał prezydent Lech Kaczyński i – pomimo wewnętrznych i zewnętrznych ograniczeń i przymusów – sporo z niego zrealizował. Upamiętniajmy więc tego najbardziej polskiego Prezydenta, kierujmy się pedagogiką dumy z tego, że warto być Polakiem i warto, by Polska trwała i zwyciężała…

Lokalne inicjatywy, miejsca upamiętnienia można postrzegać dwojako: są to przejawy pamięci i środki społecznego manifestu, oporu, czegoś nam przecież w tym współczesnym państwie polskim ewidentnie brakuje…

Wciąż brakuje pomnika w centrum Stolicy. Nie ma go też w Smoleńsku. To jakoś przekładało się na mniejsze i lokalne inicjatywy?

Pamiętajmy, że głównym pomnikiem jest wciąż rosyjski pałac w środku miasta. Przypomnę, że nasi przodkowie, po zakończeniu zaboru rosyjskiego, rozebrali inny taki symbol, cerkiew Newskiego w Warszawie. Z rozbiórki uczyniono wydarzenie polityczne i narodowe, wypuszczono obligacje, aby "dać każdemu Polakowi szansę uczestniczenia w rozbiórce". Papiery były zabezpieczone wartością materiałów odzyskanych z budynku a sześć kolumn wykorzystano do budowy baldachimu nad zejściem do krypt królewskich na Wawelu. To właśnie tędy schodzi się z dziedzińca wawelskiego do sarkofagu śp. Pary Prezydenckiej.

Warto wyjść wreszcie z tej, powojennej schizofrenii. My, Polacy wiemy, że Żołnierze Niezłomni z lat 1945-1963 to bohaterowie a mordujący ich lewacy oraz ich spadkobiercy zasługują na potępienie i procesy. My, Polacy wiemy, że pułkownik Ryszard Kukliński to polski bohater, a Jaruzelski i Kiszczak to rosyjscy agenci i zdrajcy, trzeba teraz ten przekaz upowszechnić.

Wiele tablic pamiątkowych, obelisków powstało na terenach przykościelnych. W przestrzeni publicznej takie inicjatywy nie miały większych szans powodzenia?

Tym pytaniem trafił Pan w sedno! Kościół jak zawsze był, tak i jest z narodem, a państwo… z tym bywało różnie. Czyż wcześniej nie upamiętniano partyzantów, żołnierzy podziemia, wywiezionych na Sybir i zamęczonych przez Rosjan Polaków właśnie w kościołach?

Mam ogromną nadzieję, na zmianę tego stanu już niebawem, by Polacy odnaleźli wreszcie swoje państwo. My musimy je zmienić, choćby za pomocą kartki wyborczej…     

Społeczeństwo mocno zmieniło się po katastrofie? W czym najmocniej przejawia się ta metamorfoza?

Zmieniło się ogromnie, ale mówię tutaj o aktywnej części społeczeństwa. Nie wszyscy mają przecież chęć albo i możliwości psychiczne czy społeczne, aby brać udział w czymś co wykracza poza ich gospodarstwo domowe lub krąg najbliższych im osób. Pamiętajmy o tej połowie z nas, która „nigdy nie głosuje”… Widać, że nie było jeszcze w Polsce tak atrakcyjnego modelu rozwojowego, który pociągnąłby tych właśnie.

Druga część Polaków jest aktywna społecznie, w parafiach, kołach, stowarzyszeniach, związkach, klubach a nawet partiach. Oni próbują teraz decydować o swoim życiu aktywniej niż przed 10 kwietnia 2010 roku. Walczą o prawdę o smoleńskiej tragedii, o pamięć historyczną, o polskie media, o miejsca pracy,  czy wreszcie o obronę życia nienarodzonych, o rodzinność w jej najpiękniejszych przejawach…

Jestem przekonany, że do stanu sprzed pięciu lat nie ma już powrotu. Zaburzony w tym dniu polski system jest wciąż rozchwiany, ale stan równowagi jest już bliżej niż dalej. Uwierzmy w swoją podmiotowość, w polski los, który musi być w rękach Polaków.

naszdzienniknNasz Dziennik jest ogólnopolską gazetą codzienną. Podejmuje tematykę dotyczącą życia społecznego, kulturalnego, politycznego i religijnego. Propaguje wartości chrześcijańskie oraz wielowiekową tradycję i kulturę polską. Przekazuje informacje, o których inne media milczą. Tłumaczy mechanizmy, które inni ukrywają. "Nasz Dziennik" to informacje, komentarze, felietony: o Polsce i Polakach, o kraju i świecie, o rodzinie i Ojczyźnie, o religii i Kościele, o patriotyzmie i polityce, o gospodarce i ekonomii, o problemach wsi i rolnictwa, o szkole i wychowaniu, o kulturze i sztuce, o mediach i manipulacjach.

Zapraszam Państwa serdecznie do przeczytania najnowszego wywiadu, z 6 listopada 2014 roku:

miroslawborutaPrzetrącone obeliski / Z dr. Mirosławem Borutą, socjologiem z krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, rozmawia Marcin Austyn / Dekomunizacja przestrzeni publicznej w Polsce idzie dość ślamazarnie. Można pokusić się o twierdzenie, że ludzie przyzwyczaili się do widoku czerwonej gwiazdy? / – Oczywiście, że tak. Przecież dla człowieka, który ledwo wiąże koniec z końcem, bo już nie żyje „od pierwszego do pierwszego”, tylko „od debetu do debetu”, ważniejsze jest przetrwać. Ta polityka 25-lecia przyzwyczajania nas do nędzy i codziennej walki o byt musi rzutować na priorytety. Jeśli musimy wybierać pomiędzy bochenkiem chleba a gazetą i musimy wybierać to pierwsze, to nie znajdziemy powodu, by wydawać pieniądze na wartości duchowe. A dekomunizacja należy do tych właśnie wartości.
http://naszdziennik.pl/wp/107325,przetracone-obeliski.html

Dopisek z grudnia 2014 roku: Od połowy grudnia 2014 roku "Nasz Dziennik" dołączył - niestety - do galerii mediów płatnych, komercyjnych. Pod powyższym linkiem nie znajdą już Państwo całości wywiadu. Pod spodem zamieszczam go w wersji przesłanej do Redakcji:

W Polsce dość ślamazarnie idzie tzw. dekomunizacja przestrzeni publicznej. Można pokusić się o twierdzenie, że ludzie przyzwyczaili się do widoku czerwonej gwiazdy?

Oczywiście, że tak. Przecież dla człowieka, który ledwo wiąże koniec z końcem, bo już nie żyje „od pierwszego do pierwszego”, tylko „od debetu do debetu” ważniejsze jest przetrwać… Ta polityka 25-lecia przyzwyczajania nas do nędzy i codziennej walki o byt musi rzutować na priorytety. Jeśli musimy wybierać pomiędzy bochenkiem chleba a gazetą i musimy wybierać to pierwsze, to nie zobaczymy powodu, by wydawać pieniądze na wartości duchowe. A dekomunizacja należy do tych właśnie wartości.

Zabrakło odpowiedniej edukacji, czy może chęci, by posprzątać po sowieckim okupancie?

Zabrakło elit. Arystokracja, ziemiaństwo, inteligencja polska lat międzywojennych, ta, dla której los każdego człowieka nie był obojętny i starała się każdego dowartościowywać, edukować do polskości, została zastąpiona przez lumpenelity (termin niezapomnianej, śp. prof. Anny Pawełczyńskiej). A one, osiągnąwszy pozycje wiernych sług obcych panów gardzą pozostałą, wielomilionową częścią społeczeństwa. Tę pogardę widać codziennie w ich języku, w ich mediach, to ogromny problem, który musimy, my Polacy w Kraju i za granicą, czym prędzej rozwiązać.

W kolejnych miastach toczą się boje o likwidację posowieckich pomników. Dlaczego dzieje się to dopiero teraz?

Zwróćmy się teraz ku tym, którzy zapoczątkowali proces przywracania nas ku polskości, ku śp. Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu czy śp. prof. Januszowi Kurtyce. Doceńmy Ich walkę o godne miejsce Polski w Europie (także tej bliskiej Środkowo-Wschodniej), o Żołnierzy Niezłomnych (tu wspomnę choćby o Fundacji „Łączka”), o patriotyczną narrację przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. To procentuje. I znalazły się środowiska, różnorodne, ale połączone myślą, że nadszedł czas ukazania prawdy o tym kto bronił Ojczyzny, a kto strzelał do Obrońców. By upamiętnić Bohaterów, a znieść obeliski katów i morderców.

Jednak kiedy w uroczystość Wszystkich Świętych TVP wspomina gen. Wojciecha Jaruzelskiego, to zasadne zdaje się być też pytanie o to jaka dziś jest ta wolność?

To środowisko coraz mniej zasługuje na nazwę Telewizja Polska. Oni nie rozumieją podstawowych kwestii. Polska to Ofiary Jaruzelskiego czy Krzyżanowskiego, Polska to zabici i zmuszeni do emigracji, Polska to Danuta Siedzikówna („Inka”), a nie Jej morderca. Paranoi relatywizmu trzeba położyć tamę. Pomnik może mieć święty, ten, który cierpiał bądź był prześladowany, a nie ten, który zadawał ból, najechał, zabijał.

W Nowym Sączu sprawa pomnika Armii Czerwonej ciągnie się już dwie dekady. Już doszło tam do szarpaniny protestujących z policją, a niewykluczone, że będą też poważniejsze incydenty. Są głosy, by przeprowadzić społeczną rozbiórkę pomnika. Dlaczego dochodzi do takich sytuacji?

Jak zwykle przez głupotę rządzących i mądry opór, nacisk społeczny rządzonych. Znów musimy borykać się z problemami „niepotrzebnymi”, znów jesteśmy uwikłani w działania, których nie powinno być. Takich obelisków, miejsc „antypolskiej pamięci” czy nazw jest mnóstwo. Myślę, że dlatego warto zajmować się polityką, „iść do polityki”, by rozwiązywać te kwestie szybko i sprawnie. A ludziom pozwolić zająć się swoimi codziennymi sprawami, rodziną, pracą, wypoczynkiem, jeśli są już w wieku emerytalnym. Tak funkcjonują normalne państwa. Państwo Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego z pewnością na miano normalnego nie zasługuje. To państwo propagandy i zaostrzania podziałów społecznych.

Sprawy odwlekane przez lata muszą stanąć na ostrzu, by znalazło się rozwiązanie? Czy tego rodzaju przypadki świadczą o tym, że ludzie tracą cierpliwość czy też, że zaczynamy rozumieć co to jest społeczeństwo obywatelskie?

Dodam tylko jedno słowo, zaczynamy wracać do Polski, to jest coraz bardziej polskie społeczeństwo obywatelskie, to ważny wyróżnik. Polskość to wolność, polskość to praca i walka, walka z oprawcą, czy to niemieckim czy rosyjskim, czy jakimkolwiek innym. Po latach komunistycznej propagandy i pedagogiki wstydu ostatnich dwudziestu pięciu lat Polacy wracają do Polski, ich Polski, nie rosyjskiej i nie niemieckiej.

Można powiedzieć, że dorastamy do demokracji? To będzie z czasem przekładało się na frekwencję przy urnach? Czy jednak wciąż wygrywać będzie przekonanie, że i tak nic się nie zmieni?

Ja namawiam, szczerze i serdecznie do angażowania się w politykę, nie tylko by iść wybrać, by dać się wybrać samemu. Działania dla wspólnego dobra, tak jak pisał o tym Jan Paweł II, tak jak namawia nas do tego Ojciec Święty Franciszek, to największa misja i powołanie chrześcijanina. Pamiętajmy, że ci, którzy odstręczają nas od polityki, którzy mówią „nie róbmy polityki” chcą zapewnić sobie monopol na władzę. Ale w Polsce nie uda się to nigdy. Nie ma i nie będzie zgody na niczyją dominację w Polsce, bo tysiąc pięćdziesiąt lat Wielkiego Projektu Polska trwa w nas.

Pod patronatem „Naszego Dziennika”

Zdjęcia w tekście: p. Andrzej Kalinowski ("Kraków Niezależny").

Z Jolantą Janus, inicjatorem i organizatorem zbiórki na rzecz realizacji „Piety Smoleńskiej” oraz organizatorem charytatywnego koncertu „Kolędy do Nieba”, rozmawia Marcin Austyn.

Za nami wyjątkowy charytatywny koncert kolęd. Łatwo było przekonać krakowskich artystów do wsparcia inicjatywy?

20140125sk1– To było niezwykłe wydarzenie kulturalne i patriotyczne. Wybitni, cenieni i lubiani artyści scen operowych i filharmonicznych wyśpiewali najpiękniejsze treści polskich kolęd dla jednej szlachetnej idei: upamiętnienia ofiar tragedii smoleńskiej – najważniejszych osób w państwie, które 10 kwietnia 2010 roku w drodze do Katynia w 70. rocznicę zbrodni katyńskiej były na służbie Polsce i zginęły na tej służbie. Artyści, którzy wystąpili w naszym koncercie, bez zastanowienia przyjęli zaproszenie. Oczywiście byli tacy przedstawiciele krakowskiej estrady, którzy odmówili, bo „Smoleńsk to sprawa polityczna”. Podobne argumenty słyszałam, kiedy szukałam miejsca koncertu. W końcu otrzymałam serdeczne zaproszenie od proboszcza kościoła św. Piotra i Pawła ks. Marka Głowni, gdzie kiedyś miał być pochowany śp. Janusz Kurtyka, i od proboszcza kościoła św. Katarzyny o. Marka Krzysztofa Donaja. Ostatecznie, ze względu na fantastyczną akustykę i warunki ogrzewania, artyści zagrali w tej ostatniej świątyni.

Budujący był udział młodych wykonawców...

20140125sk2– Ich obecność to zasługa wspaniałych pedagogów – artystów, którzy brali udział w tym koncercie: dr. Włodzimierza Siedlika, dyrygenta Akademickiego Chóru Uniwersytetu Jagiellońskiego i wieloletniego dyrygenta Chóru Polskiego Radia, a na co dzień kierownika Katedry Chóralistyki Akademii Muzycznej, oraz dyrygenta Marka Kluzy, związanego od wielu lat z Operą Krakowską i prowadzącego chór dziecięcy dla tej sceny, cenionego pedagoga ZPSM im. Karłowicza w Nowej Hucie. Gdy zwracałam się z prośbą o udział chóru UJ w koncercie, usłyszałam od pana Siedlika: „Niech młodzież uczy się patriotyzmu!”. To nie tylko buduje, ale też pokazuje, jak wiele od nas samych zależy.

Celem zbiórki jest realizacja projektu „Piety Smoleńskiej”. Jakie są potrzeby?

20140125sk3– Sam projekt nie jest drogi w samym wykonawstwie. Może go zrealizować np. kilku fundatorów. Ale chodzi o to, abyśmy mieli udział w tym wszyscy jako społeczeństwo. Projekt ma już swoją ciekawą historię. Pomysł narodził się w Chicago, w środowisku Polonii, która zwróciła się do krakowskiego artysty rzeźbiarza Piotra Suchodolskiego o wykonanie projektu. Pan profesor uczynił to społecznie. Zbiórka na „Pietę Smoleńską” rozpoczęła się w dniach 1-3 listopada ub.r. na krakowskich cmentarzach jako II Kwesta Smoleńska. Wówczas w ciągu trzech dni zebraliśmy ponad 20 tys. zł. Teraz w dzieło włączyli się krakowscy artyści. Kto wie, może dołączą do nas też inne środowiska twórcze? Najcenniejszy jest jednak ten „wdowi grosz”.

Zorganizowanie takiej zbiórki to duże wyzwanie organizacyjne?

20140125sk4– Wszystko jest kwestią inicjatywy. Jeżeli znajdzie się ktoś, kto zapoczątkuje takie dzieło, to inni chętnie się przyłączą. Tak było w przypadku tego niezwykłego koncertu, tak było też w przypadku Kwesty Smoleńskiej, którą stworzyłam dwa lata temu z udziałem krakowskich profesorów, parlamentarzystów, artystów, dziennikarzy. Celem było wsparcie zbiórki na „Krzyż smoleński okryty całunem milczenia”, który odsłoniliśmy w ubiegłym roku w Nowej Hucie. My jako społeczeństwo jesteśmy spragnieni takich działań. Pamięć o tragedii smoleńskiej jest wciąż żywa i bardzo bolesna. Trzeba tylko wymyślić ideę, nadać jej odpowiedni przekaz i skierować do odpowiednich ludzi.

Jak szybko może powstać „Pieta Smoleńska”?

20140125sk5– To zależy od tego, jak szybko zakończymy zbiórkę. Brakuje nam tylko kilkunastu tysięcy złotych. Ten projekt jest cenny ze względów ideowych, ale również jest dziełem o wybitnych walorach artystycznych i cieszy się dużym poparciem społecznym oraz zainteresowaniem mediów. Patronat nad jego powstaniem sprawuje krakowski duszpasterz i przyjaciel artystów ks. infułat Jerzy Bryła. Wracając do terminu - tu musimy wziąć pod uwagę czas, który potrzebuje artysta na przygotowanie odlewu, tj. ok. 3 miesięcy, oraz ceny kruszców i metali, które się zmieniają. Planowana wielkość płaskorzeźby to 160x240cm. Ma ona być wykonana ze stopów aluminium, z użyciem metali szlachetnych do np. guzików katyńskich czy orzełków. Całość będzie pokryta polichromią. To wiąże się z kosztami i dlatego wszystkim, którzy wsparli fundusz „Piety Smoleńskiej”, najserdeczniej dziękujemy.

Dziękuję za rozmowę.

Za: http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/67171.html oraz zgodą Współautorki, p. Jolanty Janus.

(Od Redakcji): charytatywny koncert „Kolędy do Nieba” odbył się 25 stycznia w kościele Św. Katarzyny w Krakowie. Tym, którzy chcieliby wesprzeć inicjatywę "Piety Smoleńskiej" podajemy nr konta: 41 1240 6263 1111 0010 5374 1177, z dopiskiem "Pieta Smoleńska".