Przeskocz do treści

Powołanie Rady Wolności Słowa, w której zasiądzie pięciu członków powoływanych na sześcioletnią kadencję większością 3/5 głosów przez Sejm - to jedno z założeń projektu ws. ochrony wolności słowa w internecie, którego ostateczny kształt przedstawiło w piątek kierownictwo resortu sprawiedliwości.

Konferencja prasowa ministrów Zbigniewa Ziobry i Sebastiana Kalety

W czasie piątkowej konferencji prasowej szef MS Zbigniew Ziobro podkreślał, że obecnie to w internecie toczy się wiele sporów, dlatego też obywatele Polski powinni mieć zagwarantowane „podstawowe prawa”, o których mówi polska konstytucja. Jak tłumaczył, aby to urzeczywistnić, konieczne było stworzenie ram prawnych, które wymuszą od „globalnych graczy” respektowanie tego prawa. Dziś nie ma tego rodzaju skutecznych narzędzi, dziś media społecznościowe decydują same, jakie treści będą cenzurowane, usuwane — wskazał.

Wiceszef MS Sebastian Kaleta, odpowiedzialny za prace nad projektem ws. ochrony wolności słowa, podkreślił, że od czasu prezentacji jego założeń dokonano dodatkowych konsultacji. Dzisiaj jesteśmy w stanie państwu zaprezentować ten projekt, który trafi w najbliższych dniach pod obrady rządu i dalsze konsultacje — powiedział.

Założenia projektu

Projekt zakłada powołanie Rady Wolności Słowa, w której łącznie z przewodniczącym zasiądzie pięciu członków. Na sześcioletnią kadencję większością 3/5 głosów powoływać ma ich Sejm. Rada ta będzie stała na straży przestrzegania przez wszelkie media społecznościowe działające na terenie Rzeczypospolitej konstytucyjnego prawa do korzystania z wolności słowa — podkreślił.

Rada Wolności Słowa będzie rozpatrywała odwołania użytkowników od treści, które zostały przez serwisy społecznościowe usunięte, bądź została ograniczona do nich dostępność — mówił. Jak tłumaczył, jeśli serwis przykładowo zablokuje dostęp do danej treści, użytkownik ma prawo odwołać się od tej decyzji do tego serwisu. Serwis rozpatruje reklamację i albo przywraca dostęp do treści i sprawa jest zakończona, albo nie uwzględnia reklamacji. Użytkownik zyska wówczas prawo odwołania się do Rady, która będzie miała 7 dni na rozpatrzenie skargi tego użytkownika — poinformował. To zmiana w stosunku do założeń zaprezentowanych w grudniu, zgodnie z którymi w podobnym celu w jednym z sądów okręgowych miał powstać sąd ochrony wolności słowa.

Janusz Kowalski: To ważna inicjatywa

.@SolidarnaPL przygotowała projekt Ustawy o ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych. To ważna inicjatywa @ZiobroPL @sjkaleta @MS_GOV_PL. Zachęcam do zapoznania się z założeniami #UstawaWolnościowa — napisał na Twitterze Janusz Kowalski, wiceminister aktywów państwowych.

Tekst i zdjęcie za: https://wpolityce.pl/polityka/535004-co-zawiera-projekt-ws-ochrony-wolnosci-slowa-sprawdz

Niemcy otrzymają 30 mln dodatkowych szczepionek Pfizera przeciw COVID-19, mimo że zabrania tego unijne porozumienie. Europoseł Patryk Jaki uważa, że to przejaw łamania praworządności.

Hanno Kautz, rzecznik niemieckiego ministerstwa zdrowia, potwierdził, że kraj otrzyma około 60 milionów dawek szczepionek Pfizer/BioNTech z kontraktów unijnych i 30 milionów w ramach porozumień bilateralnych. Berlin zabezpieczył dla siebie dodatkowe dawki szczepionki już we wrześniu, naruszając w ten sposób unijną strategię dotyczącą szczepień, która zakazuje państwom członkowskim prowadzenia równoległych negocjacji w sprawie ich zakupu.

Niecałe dwie godziny przed oświadczeniem rzecznika niemieckiego MZ przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen potwierdziła, że kraje nie mogą podpisywać odrębnych umów na dostawy szczepionek.

Będzie debata w PE?

Tymczasem były wiceminister sprawiedliwości, a obecnie europoseł Solidarnej Polski Patryk Jaki, informuje, że napisał wniosek ws. zorganizowania debaty dotyczącej działań podejmowanych przez Niemcy w zakresie zakupu szczepionki.

"Dziś napisałem wniosek o debatę nt. łamania praworządności przez Niemcy w związku z tym, że wbrew zasadom załatwili sobie więcej szczepień poza rozdziałem z UE dla wszystkich państw" – poinformował polityk w mediach społecznościowych.

Tekst za: https://dorzeczy.pl/kraj/168704/jaki-chce-debaty-nt-lamania-praworzadnosci-przez-niemcy.html

6 stycznia 2021 amerykański Kongres na połączonej sesji obu izb miał rozpatrzyć głosy stanowych elektorów na nowego prezydenta USA. Miał też zbadać dowody sfałszowania wyborów na korzyść Joe Bidena w kilku stanach zdominowanych przez Demokratów. Jednak zamiast relacji z sesji świat obiegły relacje z zamieszek i szturmu na Kongres rzekomo zwolenników prezydenta Donalda Trumpa. Światowy mainstream oskarżył o to prezydenta, a jednocześnie Facebook, Twitter i inne media zablokowały jego konta. Na szczęście w Internecie cenzura nie jest skuteczna i można zobaczyć co naprawdę stało się 6 stycznia. Jedną z takich relacji zamieścił Rudy Giuliani, doradca prezydenta Trumpa i były burmistrz Nowego Jorku. Została ona także zablokowana na jego koncie na Facebooku, ale pojawiła się gdzie indziej. Oto skrót:

Szturm Kapitolu nie był związany z pokojowym wiecem Trumpa, choć tak twierdzi mainstream. Był oddzielną, zaplanowaną akcją grupy specjalistów od zamieszek, kotrolowania tłumu i forsowania budynków. Ruszyli do akcji po wiecu. Mieli liny, chemikalia i środki łączności. Byli zorganizowani. Już na wiecu rozpoznano ich jako bojówkarzy anfity przebranych za zwolenników Trumpa. Widać to na filmach. Zostali wpuszczeni do budynku Kongresu przez policję.

Giuliani był burmistrzem i potwierdza, że policja musiała działać za przyzwoleniem władz, bo zamieszki można było spacyfikować błyskawicznie. Tuż obok Kongresu stacjonuje Gwardia Narodowa. Policja biernie obserwowała niszczenie Kapitolu, a wcześniej eskortowała 4 autobusy antify dowiezione na miejsce szturmu (jest to sfilmowane). Na stronie jednego z działaczy antify znajduje się wezwanie do szturmu na Kapitol. Miał on dwa cele: 1) zdyskredytowanie Trumpa i jego zwolenników jako ludzi agresywnych i niebezpiecznych, 2) odwrócenie uwagi od sfałszowania wyborów prezydenckich.

UWAGA: Dzień wcześniej władze 4 stanów spornych przysłały do Kongresu oświadczenia o sfałszowaniu ich wyborów i zażądały od wiceprezydenta Pence’a zwrócenia głosów elektorskich aby przeprowadzić śledztwo i przysłać prawidłową liczbę głosów w ciągu 10 dni. Jeden stan napisał wprost, że chce decertyfikować Bidena. To oznaczało jego przegraną i wywołało panikę Demokratów, którzy zorganizowali szturm na Kapitol. Nie zrobili tego zwolennicy Trumpa. Oni próbowali temu zapobiec. Widać to na wielu filmach. Zrobiły to lewackie bojówki antify, dobrze przeszkolone i zorganizowane, które działały w USA już wcześniej podczas rozruchów w 2020, także za przyzwoleniem lokalnej władzy Demokratów [skrót: p. Marek Gizmajer].

Rudy Giuliani's Common Sense: https://www.facebook.com/Ramadidi108/videos/3515726515148345

Duże korporacje bez żadnej legitymacji od ludzi niszczą wolność – podkreśla europoseł Patryk Jaki.

Patryk Jaki odniósł się za pośrednictwem mediów społecznościowych do decyzji administratorów Facebooka o zablokowaniu konta Visegrad 24 publikującego doniesienia na temat działalności Grupy Wyszehradzkiej. Powodem blokady ma być naruszenie standardów społeczności.

"Grupa Wyszehradzka zbanowana na FB. Z USA każdego dnia więcej informacji o masowym usuwaniu kont krytykujących lewicę" – zaczął swój wpis były wiceminister sprawiedliwości (fot. wpolityce.pl). Polityk podkreślił, że duże korporacje bez żadnej legitymacji od ludzi niszczą wolność. Z tego powodu - jak wyjaśnił - "obrona wolności słowa znów staje się największym wyzwaniem konserwatystów na świecie".

Tekst za: https://dorzeczy.pl/kraj/168293/jaki-to-znow-najwieksze-wyzwanie-konserwatystow-na-swiecie.html

Portal wPolityce.pl ustalił, że minister sprawiedliwości prokurator generalny Zbigniew Ziobro polecił sprawdzić prawidłowość decyzji podjętej przez Prokuraturę Rejonową Radom-Wschód, która umorzyła śledztwo w sprawie znieważenia polskiego godła na wystawie w Mazowieckim Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Radomiu.

Analizę o prawidłowości decyzji o umorzeniu przeprowadzi Prokuratura Regionalna w Lublinie – potwierdziliśmy w Prokuraturze Krajowej.

Sprawa dotyczy bulwersującej wystawy, na której zaprezentowano fotografię przedstawiającą naga kobietę na tle białego orła. Zawiadomienie w tej sprawie złożyło stowarzyszenie Obóz Wielkiej Polski. Wystawę zaprezentowano w Mazowieckim Centrum Sztuki Współczesnej „Elektrownia” w Radomiu, ukazującej 40-letni dorobek grupy artystycznej „Łódź Kaliska”.

Radomska prokuratura przekonywała, że naga kobiety na tle godła „nie nasuwa skojarzeń, że chciano w ten sposób wyrazić pogardę dla godła czy je ośmieszyć”. Decyzję śledczych zweryfikuje teraz Prokuratura Regionalna z Lublina.

Tekst i zdjęcie za: https://wpolityce.pl/kryminal/533928-reakcja-ziobry-na-umorzenie-sledztwa-ws-zniewazenia-godla

Radio Maryja

Michał Wójcik, minister w kancelarii premiera ds. obywatelskich i tożsamości europejskiej, w sobotnich „Rozmowach niedokończonych” na antenie TV Trwam mówił o tzw. mechanizmie praworządności. „To jest otwarcie furtki do tego, żeby brukselscy biurokraci mieszali nam w polskim porządku prawnym. Teoretycznie mowa jest o defraudacji środków unijnych, ale praktycznie chodzi m.in. o funkcjonowanie takich systemów jak wymiar sprawiedliwości. Czy to otwiera furtkę na możliwość wdrożenia chociażby ideologii LGBT? Tak” – zwracał uwagę polityk.

Przy uchwalaniu unijnego budżetu Komisji Europejskiej udało się przeforsować mechanizm łączący wypłatę środków z tzw. praworządnością. Premier Mateusz Morawiecki przekonywał, że wystarczającą ochroną przed odbieraniem Polsce unijnych pieniędzy są konkluzje Rady Europejskiej. Z kolei pod koniec grudnia Vera Jourova, wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej ds. wartości i przejrzystości, oznajmiła, że chce „zająć się” Węgrami i Polską w kontekście nowego mechanizmu praworządności.

– Jak może urzędnik brukselski coś podobnego powiedzieć? To jest skandaliczna wypowiedź. Nie ma żadnej bezstronności. (…) Nam się zarzuca, że w Polsce jest upolityczniony system nominacji sędziowskich. To jest całkowita nieprawda. Upolityczniony jest chociażby w Czechach, gdzie prezesi sądów okręgowych przedstawiają kandydatów, a tych do nominacji przedstawia minister sprawiedliwości – polityk. W Polsce czegoś takiego nie ma. Ale pani Jourova potrafi bezczelnie mówić, że trzeba to sprawdzić, bo to nie jest zgodne z unijnymi standardami, natomiast zapomina, z jakiego kraju pochodzi – zwracał uwagę Michał Wójcik.

– My godziliśmy się na to, żeby być w Unii Europejskiej, ale żeby grać na określonych zasadach. Jakie są zasady? Są zapisane w traktatach. Jeżeli mowa jest o mechanizmie łączenia praworządności z otrzymywaniem środków unijnych, to proszę mi wskazać konkretny przepis, który mówi o tym, że godziliśmy się na to, żeby taki mechanizm był wprowadzony. Który przepis określa uprawnienia Komisji Europejskiej do tego, żeby inicjowała proces sprawdzenia, czy jesteśmy krajem praworządnym, a w związku z tym odebrania nam możliwości korzystania z należnych środków unijnych? Nie ma takiego przepisu – zaznaczył.

Gość „Rozmów niedokończonych” podał przykład Holandii, która również zarzuca Polsce niepraworządność, jednocześnie mając problemy z jej przestrzeganiem.

– Jak to jest, że do podobno niepraworządnego kraju z innych krajów uciekają małżeństwa z dziećmi? Przykład małżeństwa rosyjsko-australijskiego, które z ośmioletnim dzieckiem uciekło z Holandii, która jest uważana za kraj praworządny – w raportach Komisji Europejskiej jest uważany za kraj, gdzie są wysokie standardy. Ludzie uciekają do kraju niepraworządnego, czyli uciekają do Polski. To jest bardzo ciekawa historia, bo ona pociągnęła za sobą daleko idące działania. Władze holenderskie wystąpiły z Europejskim nakazem aresztowania (ENA) tych ludzi. (…) Polska zdecydowała, żeby nie realizować ENA. Dlaczego? Sędzia uznał w uzasadnieniu, że grozi tym ludziom niebezpieczeństwo na terytorium Holandii – opowiedział polityk.

Michał Wójcik podkreślił, że Polska jest krajem praworządnym, czego – jego zdaniem – nie powinno się w ogóle kwestionować.

– Jesteśmy krajem praworządnym – co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Natomiast próbowano i próbuje się ciągle zrobić z Polski kraj niepraworządny, przytaczając różnego rodzaju argumentację. (…) To że opozycja, ustami takich osób, jak chociażby przewodniczący (Borys – przyp. red.) Budka, mówi o neo-KRS, o sędziach dublerach, to jest tak naprawdę podcinanie gałęzi, na której się siedzi. To jest tak naprawdę próba przedstawienia naszym obywatelom, jakoby żyli w kraju, gdzie łamane są przepisy prawa – akcentował minister w kancelarii premiera ds. obywatelskich i tożsamości europejskiej.

Parlament Europejski pod koniec zeszłego roku przyjął rezolucję, w której potępił orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego RP o niezgodności tzw. przesłanki eugenicznej z ustawą zasadniczą. Polityk wskazał w tym temacie na relację pomiędzy prawem krajowym a prawem wspólnotowym.

– W orzecznictwie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej przyjmuje się, że prawo wspólnotowe jest prawem nadrzędnym nad każdym prawem krajowym, nad porządkiem prawnym danego kraju, włączając także konstytucję. Ale przecież my mamy swoją konstytucję, która jest kręgosłupem naszych praw, obowiązków, wolności i swobód. W tejże konstytucji, niezależnie od tego, jak byśmy ją oceniali, jest chociażby przepis, który mówi o tym, że ona ma moc najwyższą. Najważniejsze prawo to konstytucja polska przyjęta przez polski parlament. Uważamy i stoimy przy stanowisku, że polska konstytucja jest ponad prawem wspólnotowym – oznajmił minister.

Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny, zapowiedział, że wystąpi do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności z polską konstytucją rozporządzenia dotyczącego stosowania tzw. mechanizmu praworządności.

Zdaniem Michała Wójcika, tzw. mechanizm praworządności daje unijnym instytucjom prawo do tego, żeby wpływać na porządek prawny danego kraju członkowskiego.

– To jest bardzo niebezpieczne. To jest otwarcie furtki do tego, żeby brukselscy biurokraci mieszali nam w polskim porządku prawnym. Teoretycznie mowa jest o defraudacji środków unijnych, ale praktycznie chodzi m.in. o funkcjonowanie takich systemów jak wymiar sprawiedliwości – czy jest niezależny, czy sędziowie są niezawiśli, jak działa polska prokuratura, jak działa polska policja. Każdy, kto zna to rozporządzenie, doskonale wie o tym, że daje ono możliwość grzebania w naszym porządku prawnym – zauważył gość TV Trwam.

– Czy to otwiera furtkę na możliwość wdrożenia chociażby ideologii LGBT? Tak. Mowa jest o prawach człowieka, które są rozumiane inaczej w niektórych krajach europejskich, a zupełnie inaczej w Polsce. (…) Ktoś może przyjąć, że to jest prawo człowieka, by móc zawierać jednopłciowe związki małżeńskie; żeby te związki mogły adoptować dzieci. Tak jest w wielu krajach Unii Europejskiej – kontynuował.

Tekst i zdjęcie za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/tylko-u-nas-m-wojcik-o-tzw-mechanizmie-praworzadnosci-to-otwarcie-furtki-do-tego-zeby-brukselscy-biurokraci-mieszali-nam-w-polskim-porzadku-prawnym

Radio Maryja

Ostatecznie pan premier Mateusz Morawiecki przekonał naszych współkoalicjantów, że konkluzje Rady Europejskiej, czyli organu złożonego z przywódców poszczególnych państw, gwarantują nam bezpieczeństwo. My tego tak nie oceniamy, ponieważ konkluzje – które dobrze, że zostały wynegocjowane i cieszymy się z tego – są tylko i wyłącznie deklaracją o charakterze politycznym. Rozporządzenie jest twardym oraz obowiązującym prawem – powiedział minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, Prokurator Generalny, w audycji „Aktualności dnia” na antenie Radia Maryja.

Minister Zbigniew Ziobro na antenie Radia Maryja odniósł się do tzw. praworządności w mechanizmach Unii Europejskiej. Zapowiedział, ze wystąpi do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności z polską konstytucją rozporządzenia Komisji Europejskiej dotyczącego stosowania właśnie takiego mechanizmu.

– Eurokraci i niemiecka prezydencja walczyli o wprowadzenie twardego prawa, które sytuowali jako rozwiązanie mające służyć ochronie praworządności. Ironia losu sprawia w rzeczywistości, iż te rozwiązania w brutalny sposób łamią praworządność i traktaty europejskie. Traktaty określają zasady, na które umówiły się państwa. Mają one każdemu z nich gwarantować poczucie bezpieczeństwa, że reguły, które zostały określone, będą przestrzegane. W ten sposób struktura międzynarodowa, jaką jest Unia Europejska, będzie gwarantowała bezpieczeństwo oraz dbała o podstawowe interesy krajów członkowskich i ich obywateli. Tymczasem zaproponowana konstrukcja tzw. warunkowości, która jest powiązana z tzw. praworządnością, łamie traktaty – mówił gość Radia Maryja.

Mechanizm tzw. praworządności będzie mógł być wykorzystywany jako środek do ingerowania we wszystkie sprawy wewnętrzne naszej ojczyzny.

– Jest to bardzo groźny mechanizm, bo będą w ten sposób uzurpować sobie prawo do ingerowania w sprawy związane z polską kulturą, edukacją, mediów, rodzinnych, działania wymiaru sprawiedliwości i wszystkich organów państwa. Definicje zawarte w tym dokumencie są bardzo szerokie. Pozwalają one w zasadzie na ich dowolne poszerzanie, że wszelkie akty władzy, działania organów państwa mogą być poddane kontroli pod kątem zgodności z wartościami unijnymi. To oni decydują, co to są za wartości i jak je rozumieją – stwierdził Prokurator Generalny.

Tak zwana praworządność stała się kością niezgody w obozie Zjednoczonej Prawicy.

– Doszło do podziału. Z jednej strony Jarosław Gowin ze swoją partią oraz Prawo i Sprawiedliwość. Z drugiej strony Solidarna Polska. Ostatecznie pan premier Mateusz Morawiecki przekonał naszych współkoalicjantów, że konkluzje Rady Europejskiej, czyli organu złożonego z przywódców poszczególnych państw, gwarantują nam bezpieczeństwo. My tego tak nie oceniamy, ponieważ konkluzje – które dobrze, że zostały wynegocjowane i cieszymy się z tego – są tylko i wyłącznie deklaracją o charakterze politycznym. Rozporządzenie jest twardym oraz obowiązującym prawem. Wiemy, jaka jest wiarygodność politycznych deklaracji Unii Europejskiej, bo premier sam się o tym przekonał, kiedy na Radzie Unii Europejskiej w lipcu dostał zapewnienie, że nie będzie bezpośredniego powiązania między mechanizmem tzw. praworządności a środkami budżetowymi – oznajmił gość „Aktualności dnia”.

Prokurator Generalny skomentował słowa wiceszefowej Komisji Europejskiej w sprawie „zajęcia się” Polską i Węgrami na początku bieżącego roku. Zbigniew Ziobro wypowiedział się również na temat następującej federalizacji Unii Europejskiej.

– UE zapowiada, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wyda wypowiedź w tej sprawie w ciągu maksymalnie kilkunastu miesięcy. Komisja Europejska będzie następnie chciała w bezwzględny sposób wobec Polski i Węgier z tego korzystać (…). Dzisiaj mamy do czynienia z zamysłem elit lewicowo-liberalnych Unii Europejskiej, aby docelowo stworzyć nowe państwo, w które przekształciłaby się Unia Europejska. To oznacza konieczność eliminacji państw narodowych z ich dotychczasowego kształtu. Aby tak się stało, trzeba stworzyć nowy naród europejski. Najpierw musi być wspólnota wartości, która wymaga z kolei jej wymuszenia poprzez stosowanie sankcji według standardu gender, LGBT, który jest narzucany. Musimy to wszystko widzieć w wymiarze historycznych zamiarów tych, którzy po to zmieniają UE, aby zlikwidować państwa narodowe – podsumował minister sprawiedliwości.

Całą audycję „Aktualności dnia” z udziałem ministra Zbigniewa Ziobry można odsłuchać tutaj: https://www.radiomaryja.pl/multimedia/ke-zajmie-sie-polska-i-wegrami-w-kwestiach-zwiazanych-z-tzw-praworzadnoscia-sprzecznosc-rozporzadzenia-ke-z-konstytucja-rp

Tekst i zdjęcie za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/tylko-u-nas-min-z-ziobro-premier-m-morawiecki-przekonal-naszych-wspolkoalicjantow-ze-konkluzje-rady-europejskiej-ws-praworzadnosci-gwarantuja-nam-bezpieczenstwo-my-tego-tak-nie-oceniamy-rozp

Radio Maryja

Z szacunku do naszych przodków, którzy oddawali krew za to, żeby Polska była państwem suwerennym, podmiotowym i niepodległym, nie możemy zgodzić się na to, aby takimi metodami rozmywać polskie państwo, w którym Polacy nie będą mieli zaraz siły do samostanowienia. Albo chcemy być kolonią, albo dumnym państwem. Namawiam do tego, żebyśmy nie mieli żadnych kompleksów – powiedział europoseł Patryk Jaki w audycji „Aktualności dnia” na antenie Radia Maryja.

Europoseł Patryk Jaki odniósł się do federalizacji Unii Europejskiej.

– Jesteśmy w tej chwili na etapie, który nie jest dobrze zdefiniowany w percepcji społecznej. On bardzo przyśpiesza. To etap, w którym metodą faktów dokonanych tworzona jest struktura przyszłego państwa europejskiego, Stanów Zjednoczonych Europy. Krokiem milowym w owej koncepcji jest rozporządzenie, które łączy wydatkowanie pieniędzy z kryteriami ideologicznymi. To jest zmiana ustrojowa, która idzie dużo dalej niż ta zawarta w traktacie z Lizbony, który był krytykowany za odbieranie kompetencji państw członkowskich, tworzenie przedstawicieli UE, którzy odpowiadają reprezentacji państwa np. specjalnego ministra do spraw zagranicznych Unii Europejskiej czy przewodniczącego Rady Europejskiej, który ma reprezentować państwo europejskie na zewnątrz – wskazał gość „Aktualności dnia”.

Niebezpieczeństwem dla Polski jest powiązanie budżetu unijnego z tzw. praworządnością.

– Rozporządzenie łączące budżet z praworządnością jest dokumentem, który pozwala zablokować wypłatę środków, które należą się Polsce, jeżeli zostanie źle oceniona polityka kulturalna państwa, tożsamościowa czy polityka w zakresie prawa rodzinnego, wymiaru sprawiedliwości, czyli wszystkich elementów, które są przypisane do wyłącznej kompetencji państwa członkowskiego. Nic do tego europejskim instytucjom. W prawie wtórnym zmieniono metodą faktów dokonanych zasady traktatowe. Zauważyli to nawet prawnicy Unii Europejskiej. W tej chwili będzie tak, że Polacy będą mogli wybrać sobie rząd, natomiast urzędnicy europejscy będą mogli uznać, że mają inny punkt widzenia i zaczną wymuszać na Polsce różne rzeczy poprzez blokowanie środków – mówił polityk.

Europoseł Solidarnej Polski podkreślił, że Polacy powinni pozbyć się wszelkich kompleksów na tle innych narodowości.

– Z szacunku do naszych przodków, którzy oddawali krew za to, żeby Polska była państwem suwerennym, podmiotowym i niepodległym, nie możemy zgodzić się na to, aby rozmywać polskie państwo, w którym Polacy nie będą mieli zaraz siły do samostanowienia. Albo chcemy być kolonią, albo dumnym państwem. Namawiam do tego, żebyśmy nie mieli żadnych kompleksów. Jak Polska była silna, to potrafiła zmieniać świat i wyznaczać trendy. Dzisiaj wiele osób zadowala się rolą kserokopiarki tego, co wymyślą unijni urzędnicy. Mamy swoje zasady, których powinniśmy bronić – podsumował Patryk Jaki.

Całą audycję „Aktualności dnia” z udziałem Patryka Jakiego można odsłuchać tutaj: https://www.radiomaryja.pl/multimedia/w-jakim-kierunku-zmierza-unia-europejska

Tekst i zdjęcie za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/tylko-u-nas-p-jaki-o-postepujacej-federalizacji-ue-albo-chcemy-byc-kolonia-albo-dumnym-panstwem

Biuro Komunikacji i Promocji
Ministerstwo Sprawiedliwości

Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało przepisy, które skutecznie realizują konstytucyjne prawo do wolności słowa i służą ochronie przed fałszywymi informacjami w internecie. - Użytkownik mediów społecznościowych musi mieć poczucie, że jego prawa są chronione. Nie może być też cenzury wypowiedzi. Wolność słowa i wolność debaty to istota demokracji – podkreślił Minister Sprawiedliwości Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro na dzisiejszej (17 grudnia br.) konferencji prasowej poświęconej nowym rozwiązaniom.

Media społecznościowe powinny być przestrzenią wolności słowa. Jednak coraz więcej osób dostrzega niepożądaną ingerencję w zamieszczane tam treści, często usuwane, choć nie naruszają polskiego prawa. - Nierzadko ofiarami ideologicznych zapędów cenzorskich padają przedstawiciele funkcjonujących w Polsce rozmaitych środowisk, których treści są usuwane bądź też blokowane w internecie – zaznaczył minister Zbigniew Ziobro.

W serwisach internetowych pojawia się też coraz więcej fake newsów, a gdy ktoś chce się przed nimi bronić, nie może dochodzić swoich praw. Stąd konieczność wprowadzenia adekwatnych do zmienionej rzeczywistości procedur. Minister Sprawiedliwości podkreślił konieczność wyważenia w nowych przepisach zarówno swobody debaty publicznej, jak i ochrony dóbr osobistych i praw osób w tej debacie uczestniczących.

- Nadszedł czas, żeby Polska miała regulacje chroniące wolności słowa w internecie, chroniące przed nadużyciami wielkich korporacji internetowych. A z drugiej strony takie, które pozwolą, z pełną kontrolą sądową, zwalczać naruszenia prawa występujące w sieciach społecznościowych – powiedział Sekretarz Stanu Sebastian Kaleta, który nadzoruje w resorcie prace nad ustawą o wolności wyrażania swoich poglądów i rozpowszechniania informacji w internecie.

Wiceminister przedstawił najważniejsze założenia projektu. Zgodnie z propozycją, serwisy społecznościowe nie będą mogły według własnego uznania usuwać wpisów ani blokować kont użytkowników, jeśli treści na nich zamieszczone nie naruszają polskiego prawa. W razie usunięcia treści lub zablokowania konta jego użytkownik będzie miał prawo złożenia skargi do serwisu.

Projekt przewiduje też złożenie do serwisu społecznościowego skargi na publikacje zawierające treści niezgodne z polskim prawem – z żądaniem ich zablokowania.

W obu przypadkach serwis w ciągu 48 godzin będzie musiał rozpatrzyć skargę. Jeśli wyda decyzję odmowną, będzie można zwrócić się do sądu, a ten rozpozna taką skargę w ciągu siedmiu dni. Postępowanie będzie miało całkowicie elektroniczny charakter, a prowadzone będzie przez wyspecjalizowany Sąd Ochrony Wolności Słowa, utworzony w jednym z sądów okręgowych.

Projekt zakłada również wprowadzenie nowego instrumentu - tzw. pozwu ślepego. Ktoś, kogo dobra osobiste zostaną naruszone w internecie przez nieznaną mu osobę, będzie mógł złożyć pozew o ochronę tych dóbr bez wskazania danych pozwanego. Do skutecznego wniesienia do sądu pozwu wystarczy wskazanie adresu URL, pod którym zostały opublikowane obraźliwe treści, daty i godziny publikacji oraz nazwy profilu lub loginu użytkownika. Proponując taki pozew, projekt uwzględnia postulaty zgłaszane m.in. przez Rzecznika Praw Obywatelskich.

Wiceminister Sebastian Kaleta przedstawił też dla porównania przepisy stosowane w innych państwach - głównie w Niemczech i Francji. Tamtejsze rozwiązania kładą nacisk na szybkie usuwanie treści, które uznane zostaną za naruszające prawo danego kraju, a nie na ochronę wolności wypowiedzi. Zatem regulacje te mają charakter przede wszystkim represyjny. Np. w Niemczech portalowi społecznościowemu, który łamie prawo, grozi bardzo wysoka kara finansowa – nawet 50 milionów euro. Ponadto o tym, czy zamieszczone treści łamią prawo, decyduje ostatecznie minister sprawiedliwości.

Także rozwiązania przedstawione w ostatnich dniach przez Komisję Europejską w Digital Service Act skupiają się na usuwaniu niedozwolonych treści. Dlatego Polska chce przyjąć własne przepisy, skutecznie broniące konstytucyjnego prawa do wolności wypowiedzi, by w razie sporu z portalem społecznościowym i jego użytkownikiem to sądy decydowały o ewentualnym złamaniu prawa.

Tekst i zdjęcia za: https://www.gov.pl/web/sprawiedliwosc/przelomowa-ustawa-o-ochronie-wolnosci-slowa-w-internecie

Jak wynika z sondażu Indicatora przeprowadzonego na zlecenie „Rz”, gdyby wybory parlamentarne odbyły się w najbliższą niedzielę, a Zjednoczona Prawica poszła do nich oddzielnie, to do Sejmu dostałyby się ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry. W parlamencie zabrakłoby miejsca dla Porozumienia Jarosława Gowina.

Chęć zagłosowania na Prawo i Sprawiedliwość wyraziło 25,7 proc. ankietowanych, na drugim miejscu znalazła się Koalicja Obywatelska z wynikiem 20,3 proc. Na ostatnim miejscu podium uplasowała się Polska 2050 Szymona Hołowni (13,2 proc.).

Na następnych miejscach znalazły się kolejno: Lewica (8,6 proc.), Konfederacja (6,5 proc.), Solidarna Polska (5,4 proc.), PSL (5,4 proc.).

Tekst za: https://wpolityce.pl/polityka/533030-partia-ziobry-z-szansa-na-samodzielne-wejscie-do-sejmu

Zbigniew Ziobro jest znakomitym ministrem sprawiedliwości – ocenił minister Michał Wójcik.

Szef klubu PiS Ryszard Terlecki był wczoraj gościem radiowej Trójki. Odnosząc się w audycji do prowadzonej przez Zjednoczoną Prawicę reformy systemu sprawiedliwości, stwierdził że idzie ona "jak po grudzie". – Nie poprzestaniemy na tym, co się już udało albo nie udało – zapowiedział.

Do słów wicemarszałka Sejmu odniósł się w programie "Tłit" Wirtualnej Polski jeden z najważniejszych polityków partii kierowanej przez ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę.

– Wiadomo, że jest pewien stan zastany, sędziów nie da się odwołać od tak, to jest niemożliwe, bo konstytucja uniemożliwia to. I potem mamy w systemie osoby, które kuriozalne czasem podejmują orzeczenia – tłumaczył minister Michał Wójcik.

Jak podkreślił, "najgorszym problemem jest opozycja, która nie rozumie, że dobrze funkcjonujący wymiar sprawiedliwości, to dobrze funkcjonujące państwo".

Michał Wójcik skierował też słowa uznania pod adresem swojego szefa. Ocenił bowiem, że Zbigniew Ziobro, "jest znakomitym ministrem sprawiedliwości, najlepszym od czasów śp. Lecha Kaczyńskiego".

Tekst za: https://dorzeczy.pl/kraj/167017/ziobro-najlepszym-ministrem-sprawiedliwosci-od-czasow-lecha-kaczynskiego.html

„To jest po prostu kolejna fatalna wiadomość dla Polski, ale z drugiej strony – konsekwentnie realizowana polityka tworzenia państwa europejskiego, w którym Polacy mają zarezerwowaną rolę obywateli drugiej kategorii” - mówi portalowi wPolityce.pl eurodeputowany Patryk Jaki, odnosząc się do zapowiedzi komisarz Very Jourovej uruchomienia mechanizmu praworządności wobec Polski i Węgier jeszcze przed wydaniem w jego sprawie wyroku przez TSUE.

Jeżeli ta zapowiedź zostanie spełniona, to będzie niestety przykre potwierdzenie wszystkich naszych diagnoz, które stawialiśmy, mówiąc o tym, jakie konsekwencje może mieć zgoda na to rozporządzenie pomimo deklaracji niebędących prawem w konkluzjach — mówi Patryk Jaki, komentując deklarację Very Jourovej, iż chce „zbadać” Węgry i Polskę za pomocą mechanizmu praworządności już na początku przyszłego roku czyli zanim wyrok w sprawie jego zgodności z traktatami wyda TSUE.

Mam nadzieję, że ta deklaracja nie będzie realizowana, bo gdyby była, to by oznaczało też to, że liderzy polityczni Europy nie mają żadnego problemu w tym, żeby kilka tygodni po zadeklarowaniu czegoś publicznie złamać te obietnice — zauważa.

„Nie sądziłem, że tak szybko im pójdzie złamanie obietnicy”

Nigdy nie miałem złudzeń co do tego, że będą to robić w stosunku do rozporządzenia i twardego prawa, ale nie sądziłem, że tak szybko im pójdzie złamanie obietnicy związanej z tym, żeby przystąpić do działania przed wyrokiem TSUE. Liczyłem na to, że przynajmniej poczekają do tego wyroku TSUE — dodaje eurodeputowany.

To jest po prostu kolejna fatalna wiadomość dla Polski, ale z drugiej strony – konsekwentnie realizowana polityka tworzenia państwa europejskiego, w którym Polacy mają zarezerwowaną rolę obywateli drugiej kategorii — konstatuje.

„Dobrze by było, żeby pani komisarz Jourova też czasem poczytała wyroki TSUE”

Odnosząc się do zapowiedzi komisarz Jourovej, że „w przypadku Polski od 2015 roku jednym z tematów jest reforma wymiaru sprawiedliwości.(…) Jeśli Polska nie rozwiąże naszych obaw co do organu dyscyplinarnego, nie zawaham się skierować sprawy do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości na początku przyszłego roku”, Patryk Jaki zauważa: „Wyrok TSUE dotyczący tej słynnej polskiej sprawy sprzed wielu miesięcy w części jednej z sentencji mówi, że organizacja sądownictwa należy do kwestii państwa członkowskiego. Dobrze by było, żeby pani komisarz Jourova też czasem poczytała wyroki TSUE i czasem poczytała traktaty i żeby zobaczyła, że mówiąc o praworządności sama tę praworządność łamie”.

Tekst i zdjęcie za: https://wpolityce.pl/polityka/532776-jaki-komentuje-zapowiedz-jourovej-sama-lamie-praworzadnosc

Mirosław Boruta Krakowski

Jest taka opowieść o płatnikach netto UE z której można (choć to nie przymus) wyciągnąć wniosek, że Niemcy, Francuzi czy Holendrzy to hojni darczyńcy pomagający krajom ujarzmionym po II wojnie światowej przez Rosję.

Ale - my - tutaj - musimy twardo bronić naszych ekonomicznych interesów. Bo być wykorzystywanym ordynarnie (przez Moskwę) a być wykorzystywanym subtelnie (przez Berlin) nie zmienia fundamentów... Otrzymywane fudusze są mniejsze od funduszy wyprowadzanych. Tak dalej być nie może. Poniższa grafika (za lata 2010-2015/2016) wyjaśnia to bezlitośnie:

Za: https://twitter.com/JSaryuszWolski/status/1313546274780700676/photo/1

Mirosław Boruta Krakowski

Ta pierwsza arcyważna decyzja jaką jest przejęcie "Polska Press" - do czego nawiązuje poniższe ogłoszenie (fot. www.wirtualnemedia.pl) - to ważny ruch antykolonizacyjny 😉

Szkoda, że p. Danel Obajtek / Orlen nie przejmie także dziennika o nazwie "Rzeczpospolita".

Wykupienie "Rzeczpospolitej" to byłaby wisienka na torcie. Nareszcie polskie, prawdziwe, rządowe słowo. Zupełnie inna jakość... Coś jak "Tygodnik Solidarność" od marca do grudnia 1981 roku.

Kiedy ostatnie tygodnie debatę publiczną w Polsce zdominowała jałowa dyskusja o rzekomych „rozgrywkach wewnątrz koalicji” unijni liderzy domykają swój plan zmieniający na wiele lat instytucjonalny układ sił w Europie.

Nie potrafię wyjść z podziwu, jak wiele osób z jednego z najważniejszych ustrojowych sporów w historii Unii Europejskiej uczyniło sobie „polityczną walkę wewnątrz obozu”. Choć każdy, kto zna polską historię, wie, że bardzo często bywało tak, że polskie elity przegapiły moment i budziły się dopiero wtedy, gdy było już za późno. Jak pisze B. Wildstein tak było w 1772 r. i zryw z 1791 r. był już tylko piękną, ale niestety przykrą konsekwencją niezrozumienia procesu, który rozpoczął się wcześniej. Polska wchodziła już w rolę biernego obserwatora realizacji polityk sąsiednich mocarstw.

Państwo europejskie?

Wielu pewnie zastanawia się, czy nie ma w tych słowach i porównaniach przesady. Wobec tego musimy się zastanowić, co według klasycznych definicji jest składową częścią budującą państwo? Terytorium i monopol na stosowanie siły dziś uzupełnione o system obrony, kulturę, zdolność tworzenia prawa czy reprezentację instytucjonalną.

I teraz spójrzmy na Unię Europejską. Od 2004 r., kiedy Polska wchodziła w jej struktury i wszyscy się zarzekali, że chodzi tylko o „swobodny przepływ usług, towarów, ludzi”, a nasze państwo miało nie tylko siłę głosu prawie taką jak Niemcy (29–27), ale jeszcze posiadało prawo weta wszędzie tam, gdzie ingerencja szłaby za daleko. Wtedy też liderzy SLD przysięgali, że nigdy nie będzie chodziło o kulturę, edukację czy inną ingerencję w wyłączne sprawy zastrzeżone dla suwerennego państwa.

Jednak kiedy Polska i inne kraje dołączyły do UE, wszystko zaczęło się zmieniać. Niemcy z przyzwoleniem Francji rozpoczęły obliczony na dekady plan tworzenia „państwa europejskiego”.

W 2005 r. tzw. Konstytucja dla Europy już zabierała nie tylko wiele uprawnień państwom członkowskim; zabierała, gdzie to możliwe, prawo weta, zmieniała system głosowania, ale tworzyła też nowe urzędy i instytucje, które miały „reprezentować państwo europejskie”, jak np. minister ds. zagranicznych UE czy samodzielny szef Rady Europejskiej (nie według kadencji prezydencji). Miało to na celu oswajanie opinii publicznej z faktem, że „państwo europejskie” na arenie międzynarodowej występuje samodzielnie. Do tego jako zasadę wprowadzono wyższość prawa UE nad prawem krajowym. Nagle jednak ten pomysł przepadł w referendum we Francji i Holandii, gdzie ludzie uznali, że państwa narodowe mają dla nich większe znaczenie niż UE, i celowo nie dopuszczono do referendum w Wielkiej Brytanii, bo wyniki były jeszcze bardziej „niepewne”. Pomysły oficjalnie zarzucono, „bo ludzie nie dojrzeli”. Jednak plan realizowano. Przygotowano Traktat Lizboński, z którego co prawda wyrzucono najbardziej kontrowersyjny zapis o „wyższości prawa UE nad krajowym”, jednak wprowadzono prawie wszystkie najważniejsze elementy z odrzuconej przez ludzi „Konstytucji dla Europy”. Zabrano prawo weta, zmieniono system głosowania na korzystny dla największych, wprowadzono instytucje reprezentujące UE na zewnątrz, jak szef Rady Europejskiej, natomiast ministra spraw zagranicznych UE wprowadzono pod mylącą nazwą „wysokiego przedstawiciela UE ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa”, który… jest reprezentantem Unii w zakresie polityki zagranicznej. A sprawę „wyższości prawa UE nad prawem krajowym” i tak załatwiono faktami dokonanymi poprzez orzecznictwo TSUE (doktryna pozatraktatowa kształtowana na sprawie Costa vs. E.N.E.L.). Co ciekawe, przeciwko tak dalekiej ingerencji UE w prawa krajowe zbuntowali się… niemieccy sędziowie trybunału w Karlsruhe, którzy w wyroku z 5 maja 2020 r. (w sprawie EBC) przypomnieli TSUE, że wchodzi w nieswoje kompetencje.

Ten fakt nie zmienia jednak planu tworzenia „państwa europejskiego”, który jest konsekwentnie realizowany. Zmarły niedawno były prezydent Francji Valéry Giscard d’Estaing chwalił determinację kanclerz Merkel za konsekwencję w realizacji „postulatów odrzuconych” w referendach w 2005 r.

Mają już system głosowania, organy reprezentujące UE na zewnątrz, system tworzenia wspólnego prawa i instytucjonalizowania właściwej hierarchii prawa.

Co jeszcze zostało? Kultura, edukacja, podatki, polityka obronna i narzędzie do stosowania „siły”, gdyby jakieś państwo znów „fikało”.

Kultura spod znaku „cancel culture” jest wszechobecną i wszechpanujacą w UE. W skrócie polega ona na tym, że jak nie zgadzasz się z obecną „modą”, to zostajesz wyśmiany, zwyzywany i wykluczony z debaty. Ten sposób działania stał się tak popularny, że został tematem najgłośniejszego listu otwartego na świecie ostatnich lat, który opublikował „Harper’s Magazine”. Pod listem podpisało się 150 intelektualistów z różnych stron ideowych: od Glorii Steinem przez Margaret Atwood, Noama Chomsky’ego, szachowego mistrza świata Garry’ego Kasparowa, politologa i filozofa politycznego Francisa Fukuyamę, po autora przemówień prezydenta George’a W. Busha – Davida Fruma, Salmana Rushdiego i… J. K. Rowling. Wszyscy sprzeciwiają się działaniom środowisk walczących o polityczną poprawność i podkreślają:

„(…) wolna wymiana informacji i idei, krwiobieg liberalnego społeczeństwa, każdego dnia jest coraz bardziej ograniczana. (…) Dochodzą do tego wezwania do zaprowadzenia większej równości oraz otwartości w naszym społeczeństwie – nie tylko w szkolnictwie wyższym, dziennikarstwie, filantropii i w sztuce. Efektem tego niezbędnego rozrachunku jest jednak nowy katalog postaw moralnych i politycznych recept, które osłabiają ramy naszego dialogu społecznego, a także osłabiają tolerowanie różnic na rzecz ideologicznego konformizmu. O ile wspieramy te pierwsze zmiany, to wyrażamy nasz sprzeciw wobec tych drugich.” – czytamy w liście.

„Spodziewaliśmy się tego ze strony radykalnej prawicy, ale cenzura rozlewa się również po naszej stronie: nietolerowanie innych opinii, moda na zapędzanie przeciwników w kozi róg, ostracyzm, a także tendencja do tego, by ze ślepą moralną wyższością rozwiązywać skomplikowane problemy. Doceniamy wartość żywej, momentami nawet ostrej walki z mową nienawiści i dezinformacją, ale obecnie zbyt często słychać wezwania do szybkiego i zdecydowanego ukarania tych, którzy w opinii pewnych osób przekraczają dopuszczalne granice debaty.” – konstatują autorzy apelu.

Czyli już nie tylko znana nam dobrze europejska „religia” LGBT i gender czy absurdalna antropologia nieograniczona, ale także poprawność polityczna wykluczająca tradycyjne poglądy z debaty publicznej, jak również atakująca lewicowe poglądy, które „nie są zbyt lewicowe”, albo które w ogóle śmią „ważyć racje”. Jedyne, co chcą im powiedzieć zwolennicy „cancel culture”, to… WYPIERD…

Nie miejmy żadnych złudzeń; walec kulturowy, który rozjechał już większość państw Zachodu, zbliża się do ostatniego przedmurza chrześcijańskich i tradycyjnych wartości, tj. Polski i Węgier. Jak pisze francuski pisarz i eseista Eric Zemmour:

„UE chce zmusić Węgrów i Polaków do poddania się wielokulturowej, feministycznej i pro-LGBT koncepcji krajów zachodnich. Chce się narzucić im imigrację, aborcję, propagandę LGBT”.

Do tego dochodzi proces całkowicie niezauważalny w polskiej debacie publicznej, tj. tworzenie zrębów europejskiej armii. Liderzy UE po cichu wykorzystali wyjście Wielkiej Brytanii z UE, która zawsze wszystko w tym zakresie blokowała i szybko przystąpili do działania. Stworzyli MPCC, czyli „struktury dowodzenia”, ustanawiając Komórkę Planowania i Prowadzenia Operacji Wojskowych w ramach Sztabu Wojskowego UE. Od lat była to kwestia sporna. Teraz oznacza ona uznanie UE jako – drugiego po NATO – autonomicznego aktora w obszarze obronności w Europie. MPCC co prawda ma dowodzić wyłącznie wojskowymi misjami szkoleniowymi, jednak nie wiadomo, jak to będzie wyglądało w przyszłości… Do tego ustanowiono EDF – czyli Europejski Fundusz Obronny. Jednocześnie zaczęły działać CARD i PESCO. Pierwszy to skoordynowany roczny przegląd w zakresie obronności. Państwa członkowskie mają przedstawiać dane dotyczące swoich wydatków na obronność, planów modernizacji technicznej i zaangażowania w projekty badawcze. Tym samym w UE wprowadzony zostanie podobny mechanizm do natowskiego procesu planowania obronnego NDPP. PESCO to z kolei mechanizm umożliwiający państwom członkowskim wyższe kryteria zdolności wojskowej oraz zaciąganie w tej dziedzinie większych zobowiązań na pogłębioną współpracę w zakresie wspólnej polityki obronnej. PESCO wraz z CARD i EDF to nowa jakość w myśleniu o polityce bezpieczeństwa i obronności w UE, która wpisuje się w plan przedstawiony wyżej.

Hamiltonowski moment Europy?

Aleksander Hamilton był sekretarzem skarbu w gabinecie prezydenta Washingtona. W skrócie jego plan reform i uwspólnotowienia długu poszczególnych stanów Ameryki Północnej jest oceniany jako moment kluczowy w procesie federalizacji USA, ponieważ w ten sposób położył fundament pod silny centralny rząd federalny w Stanach Zjednoczonych.

Wiele osób wskazuje na podobieństwa tego historycznego procesu do najnowszego pomysłu liderów UE „uwspólnotowienia długu” wszystkich państw i wspólnych podatków UE. Jest oczywiście wiele różnic, chociażby wynikających z różnych okresów historycznych i uwarunkowań, jednak idea została zatwierdzona przez liderów UE i w nowym roku będzie głosowana w polskim Sejmie.

Zresztą w coraz bardziej zsekularyzowanej i zlaicyzowanej Polsce często słyszę, że po co nam „ślub kościelny”, skoro mamy wspólny kredyt hipoteczny, który nas mocniej niż cokolwiek innego wiąże do końca życia. A więc…

Skoro w projekcie tworzenia „państwa europejskiego” mamy już mniej lub bardziej zaawansowane procesy inkluzji wspólnego długu, podatków, kultury, edukacji, prawa, systemu obrony, systemu reprezentacji, to pozostaje nam tylko monopol na użycie siły. I tak dochodzimy do rozporządzenia łączącego pieniądze z tzw. praworządnością. Rozporządzenie łączące budżet z oceną ideologiczną wejdzie w życie ani o przecinek niezmienione. Obwarowane zostało konkluzjami Rady oraz wytycznymi (które mają powstać). Problem polega tylko na tym, że ani wytyczne, ani konkluzje Rady nie są w ogóle prawem. A rozporządzenie jest. Taka jest też jedyna wykładnia TSUE (Polska przekonała się już o tym w wyroku z 21.06.2018 r., C5/16, EU:C:2018:483). Każdy, kto choć trochę się na tym zna, wie, że właśnie dlatego tak zaskakująco szybko osiągnięto porozumienie. Polska dostała niewiele znaczące deklaracje (że traktaty łaskawie obowiązują), a w zamian zgodziła się na zmianę ustrojową UE łamiącą traktat.

Słyszę, że konkluzje Rady „wyznaczają granice działalności Komisji”. Tak? To gdzie podziały się konkluzje z lipca, według których miało nie być „bezpośredniego połączenia z praworządnością”, oraz „walidacja przez Radę Europejską”? Nigdzie. Zaraz po konkluzjach Rada, PE i Komisja „poprawiły” rozporządzenie tak, aby na pewno nie było „walidacji” i aby było bezpośrednie łączenie budżetu z praworządnością. To tyle, jeśli chodzi o konkluzje, które „wyznaczają granice działalności Komisji”.

Jedyny konkret to uzgodnienie, że rozporządzenie nie będzie stosowane do czasu orzeczenia w tej sprawie TSUE, jeśli jakieś państwo je zaskarży. Polska musi z tego prawa skorzystać. Nie mam specjalnych nadziei związanych z tą instytucją, ale trzeba użyć wszystkich możliwości, aby to rozporządzenie zablokować.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że Niemcy osiągnęły to, co chciały. Niestety wykorzystały straszny błąd polskiej delegacji z lipcowego szczytu, kiedy zgodziła się na zmianę sposobu „głosowania praworządności” z jednomyślności na kwalifikowaną większość. Przed tą zgodą rozporządzenie znane od 2018 r. było zamrożone ze względu na opinie prawników UE, którzy wskazywali, że jest niezgodne z traktatami. Po zgodzie Polski w lipcu, coś, co było mrożone od 2018 r., zostało skończone w kilka tygodni.

Czy była alternatywa?

Oczywiście, że była. Najważniejszy argument używany dziś przez zwolenników tego rozwiązania jest taki, że jeśli teraz się nie zgodzimy, to za kilka miesięcy rozporządzenie i tak już bez tych zapewnień z konkluzji zostałoby uchwalone. Problem polega na tym, że argument jest nieprawdziwy. Podstawą tęgo rozporządzenia jest art. 322 TFUE, co sprawa, że jest rozporządzeniem „okołobudżetowym”, w związku z tym nie można go ani wycofać, ani uchwalić później niż w trakcie zatwierdzania budżetu, wobec czego upada cała ta narracja. Polska, gdyby wytrzymała dłużej, byłaby w stanie zablokować rozporządzenie. Nie straciłaby też żadnych pieniędzy, bo bez zgody Polski nie ma MFF. W związku z tym narastałaby presja państw w dużo trudniejszej sytuacji niż my na „zostawanie” rozporządzenia, które poza Niemcami i tzw. „Frugal Group” - grupą skąpców z Holandią na czele nie jest sprawa ważną.

Do takiego wniosku skłania też nawet pobieżna ocena sytuacji politycznej. To rozporządzenie ma być (przynajmniej dziś) tylko narzędziem do dyscyplinowania Polski czy Węgier, które nie chcą się roztopić w „państwie europejskim”. Jednak jest przygotowane również pod ewentualną zmianę władzy we Włoszech i Hiszpanii. Gdyby dziś odbyły się wybory w tej części Półwyspu Apenińskiego, z dużą dozą prawdopodobieństwa rząd utworzyłyby prawicowa Lega Salviniegio z Braćmi. Obie partie znienawidzone w PE bardziej niż PiS. Patriotyczne, chrześcijańskie, antyimigranckie, które będą blokowały proces tworzenia „państwa europejskiego”. Sytuacja w Hiszpanii jest bardziej skomplikowana, jednak w siłę rośnie VOX, który jeśli zostałby koalicjantem Partii Ludowej (dziś będącej w EPP), może też zmienić układ władzy. Jednak co najważniejsze, taka zmiana dawałaby możliwość tworzenia Polsce i Węgrom w Radzie UE tzw. mniejszość blokującą praktycznie wszystko (system oparty jest o wielkość państw, dlatego wejście do gry np. Włoch jest tak istotne) – co całkowicie zmieniałoby układ sił. Pomijając to, że Polska mogła po prostu grać na zmianę władzy we Włoszech…

Niestety nic takiego się nie wydarzyło, a w konsekwencji Niemcy będą miały rozporządzenie, które zmienia ustrój UE dużo bardziej, niż zmieniało go przejście z traktatu nicejskiego na lizboński. Według tego prawa Polsce będzie można zawiesić każde pieniądze (nawet wszystkie dotacje) ze względu na „łamanie praworządności” w postaci np. nieprzyjmowania uchodźców, braku możliwości adopcji przez pary homoseksualne i każdej innej wymyślonej „niepraworządności”. Każde kolejne państwo, które wezmą sobie na celownik, będzie teraz nie tylko „grillowane” publicznie, jak Polska i Węgry, a wcześniej np. Grecja, ale również będzie można wymierzyć w nie twarde naboje.

Niemcy będą mogły wpływać na każde wybory w każdym państwie, np. podczas kampanii wyborczych, blokując nielubianym rządom środki, szantażując w obszarach, do których odsyła rozporządzenie, tj. kultura, prawo rodzinne, redystrybucja środków, bezpieczeństwo – czyli ograniczać wszystko to, co składa się na przymioty suwerennego państwa. Dlatego to tak ważna, o znaczeniu historycznym decyzja. Do tego dochodzi zgoda na kontrowersyjną wersję radykalniejszej formy „pakietu klimatycznego” i szybszą niż planowano „neutralność klimatyczną” całkowicie podporządkowaną niemieckiej strategii „Enrgiewende”. Główną ofiarą tej polityki będzie Polska. To jednak temat na osoby wpis.

Są tacy w elitach lewicowo-liberalnych w Polsce, którzy rozumieją proces, który opisałem wyżej i bardzo dobrze wiedzą, że „państwo europejskie” powstaje, np. J. Żakowski pisze dla WP:

„Mateusz Morawiecki odniósł życiowy sukces. Wygrał nie tylko ze Zbigniewem Ziobrą, ale też z samym sobą i z uprzedzeniami swojego środowiska. Konkretnie z własną uniofobią i z dominującą w PiS archaiczną wizją suwerenności. Dzięki temu znalazł się w gronie współtwórców najważniejszego od 13 lat kroku w stronę stworzenia państwa paneuropejskiego”.

Jednak większość osób z lewej strony nie ma odwagi Żakowskiego, aby po imieniu nazwać ten proces, bo wie, że Polacy nie są na to przygotowani. Lepiej więc teraz szafować nieprawdziwą polaryzacją „wy jesteście za, a wy przeciw UE”.

A może państwo europejskie jest dla Polski po prostu lepsze?

Z uczciwości intelektualnej, która każe rozpatrywać wszystkie scenariusze, trzeba sobie zadać to pytanie. Uczciwa odpowiedź musi prowadzić przez analizę dotychczasowych doświadczeń. A te wskazują, że Polacy w takim konstrukcie staną się obywatelami drugiej kategorii. Liderzy UE uznają rywalizację z kreatywnymi i bardziej pracowitymi Polakami tam, gdzie im to się opłaca. Jednak tam, gdzie wygrywają Polacy, np. w branży logistycznej czy transportowej, już wprowadzają prawo, które „wyprostuje tę anomalię”. Niemieccy politycy mogą wybierać sędziów? Mogą! A Polscy? Nie, bo jak to stwierdzili z rozbrajającą szczerością, tam panuje wyższa kultura. Polskich urzędników praktycznie nie ma w europejskich instytucjach w porównaniu z tymi z „lepszych państw”. To po części wina naszych polityków (wszystkich rządów), ale nie tylko. Takie jest po prostu podejście starych graczy. Nie możemy mieć w tym wypadku żadnych złudzeń. Dla nas jest przewidziane miejsce, bo jesteśmy fajnym rynkiem zbytu dla Lidlów i tym podobnych, świetnie zbieramy szparagi i bierzemy prace, których Niemcy nie chcą brać, jednak w takim tworze nie będziemy dla nich równi. Będzie to narzędzie dominacji jednych na drugimi. A ci drudzy, którzy są słabi, stracą prawie wszystkie narzędzia do obrony przed dyktaturą silniejszych, bo będą już narzędzia karania finansowego, a jak widać, wyniki wyborów, czyli głos Polaków, nie mają dla nich żadnego znaczenia.

Do tego trzeba dodać, że rozwiązania unijne nie zawsze są lepsze. Przykładowo zachowanie naszej waluty, a nie ślepo przejmowanie euro, jest jednym z najważniejszych elementów naszej konkurencyjności i źródłem sukcesów gospodarczych ostatnich lat. Tak samo pierwsza fala pandemii pokazała, że państwa narodowe lepiej i szybciej podejmują decyzje niż ospałe i przebiurokratyzowane instytucje unijne.

Polski kod kulturowy

Liderzy unijni zdają sobie jednak sprawę, że z Polską zawszę będą mieć problem, jeśli nie domkną tu rewolucji kulturowej. Dlatego przy okazji zmian instytucjonalnych w UE walka toczy się też o świadomość społeczną procesu, któremu poddane jest nasze państwo. Jeżeli ją przegramy, to stracimy coś, co jest cenniejsze od jakichkolwiek zdobyczy ekonomicznych. Ostatnie wydarzenia na ulicach pokazują, że Polska kolejny raz w historii stała się miejscem wojny cywilizacji. Z jednej strony mamy świat uniwersalnych i ponadczasowych wartości, a z drugiej świat, który nazywam „róbta, co chceta”. Polska poddana jest procesowi wrogiej socjalizacji, który już spowodował „gramscizację Europy”. Zachwyty elit UE nad Antonio Gramscim, który żądał „totalnej laicyzacji życia, zwyczajów i stosunków międzyludzkich” oraz „zsekularyzowania jedności duchowej i społecznej” oraz neomarksistowskimi ideami połączonymi ze zrobieniem głównym „bohaterem Europy” Alterio Spinelliego, który dążył do stworzenia „państwa europejskiego” kosztem państw narodowych, to ogromne zagrożenie inkorporowane po zwycięstwach na zachodzie od Rzeczypospolitej. Jeżeli w Polsce, tak jak w wielu państwach Zachodu, wygra ta neomarksistowska rewolucja, to trwale zniszczone zostaną takie wartości, jak rodzina, patriotyzm czy wspólnota odwołująca się do polskiego kodu kulturowego, a główną wartością społeczną stanie się niczym nieograniczony hedonizm czy indyferentyzm moralny. Wówczas bałbym się o przyszłość naszego państwa. Polska zostałaby bowiem pozbawiona swej najważniejszej broni, czyli kodu kulturowego, który Polacy od wieków przechowywali i dzięki któremu przetrwali jako naród 123 lata zaborów. Ten kod jest absolutnie unikalny w Europie. Był katalizatorem postaw naszego narodu, które zmieniały losy świata. Od Grunwaldu, po Wiedeń, ale również tworząc pierwszą wyjątkową na te czasy unię (lubelską), pierwszą konstytucję w Europie, rozbijając komunizm. Kod, dzięki któremu Polacy przez lata nie dali się zasymilować różnym „kulturkampfom”, a podczas I czy II wojny światowej nie dali się przekonać do takich „cywilizacyjnych wynalazków” jak ideologia marksistowska – jest dziś w sprytny sposób niszczony. Ten nowy, neomarksistowski świat wprowadza się w białych rękawiczkach. Bez użycia czołgów i fizycznego przymusu.

Nasza przewaga konkurencyjna

A moim zdaniem to zachowanie polskiego kodu w walce z rakiem neomarksizmu, który jak wyniszczy całkowicie i wypłucze europejskie wartości i korzenie z innych państw, będzie naszą przewagę konkurencyjną. Będzie czymś, co stanie się jeszcze raz siłą Polski. Po prostu Rzeczypospolita jako kserokopiarka Europy to wizja, z którą się nigdy nie zgodzę. Z jakiego powodu akurat w Polsce nigdy nie przyjęły się w większości społeczeństwa ideologie takie jak nazizm, popierane swojego czasu przez większość Niemców? Ze względu na nasz unikalny kod kulturowy. Bo jeśli np. ktoś wychodzi z kościoła z modlitwy adorującej Maryję, trudno sobie wyobrazić, aby poszedł np. „zabijać Żydów”. Dlatego Polacy moralnie wygrywali z systemami totalitarnymi, bo byli silniejsi w duchu niż inne narody. Nie mamy się co wstydzić Polski. Powinniśmy być z niej dumni. I pokazywać te fakty z podniesioną głową w Europie. Skoro na Zachodzie lewica dawno już tę walkę wygrała, w Polsce może skończyć się podobnie.

Wielu osobom tak się wydaje. I rzeczywiście Polska tę walkę już zaczyna przegrywać, np. wśród osób młodych, w dużych miastach, w wielkich korporacjach, w zdominowanych przez lewicę ośrodkach kultury, w liberalnych mediach czy na zachodnich portalach społecznościowych.

Nie oznacza to jednak, że cała Polska już tę bitwę przegrała. Po 1945 r. marksiści również byli przekonani, że uda im się swoimi antywartościami podbić Europę Środkowo-Wschodnią, a największe problemy napotkali… w Polsce i na Węgrzech. Dziś sytuacja wygląda podobnie: choć wiele miejsc w Europie jest już podbitych, to Polacy i Węgrzy jeszcze się trzymają. Uważam więc, że wcale nie jesteśmy skazani na porażkę.

Za Polską uniwersalnych wartości stoi jednak wiele silnych argumentów. Po pierwsze ten chrześcijański kod kulturowy nadal jest pielęgnowany w wielu miejscach naszego kraju. Ten kod zakłada zarówno wiarę w Boga, jak i poszukiwanie prawdy obiektywnej. Dzięki temu, gdy druga strona zaczyna snuć opowieść o 56 płciach i o tym, że walkę klas zastąpiła walka płci, możemy powiedzieć wprost, że to tylko okropny lewicowy bełkot. Teoria walki płci, którą współczesna lewica próbuje sprzedawać ludziom, jest jeszcze słabsza intelektualnie od dawnej wojny klas. I to należy wykorzystywać, wskazując na absurdy ich pseudosocjologicznego wywodu i kontrastując ich kłamstwa z dowodami naukowymi czy choćby z biologią, która jasno mówi, że nie ma 56 płci.

Jestem przekonany, że gdy młodzi ludzie zdobędą własne doświadczenia i zobaczą, jak ważna w ich życiu jest rodzina, to odrzucą świat ideologii gender, w którym rodzina jest największym wrogiem. Wierzę, że Polacy w końcu zdadzą sobie sprawę, że unijni lewicowi ideolodzy kreślą przed nimi utopijne wizje, a w rzeczywistości ich ideologia prowadzi do anarchii, obalania pomników czy zamieszek na ulicach, które obserwujemy np. w USA czy w miastach zachodniej Europy. I trudno się temu dziwić w świecie, w którym brakuje odwołania do chrześcijańskiej miłości, która jest czymś więcej niż wypełnieniem bieżącego pożądania, i w świecie szalejącego relatywizmu, w którym każdy ma swoją rację. Przed tą dyktaturą relatywizmu ostrzegał już papież Benedykt XVI. Di Mattei pisze o tym procesie:

„Konformizm przeszłości był konformizmem udzielania odpowiedzi, podczas gdy w swoje najnowszej postaci objawia się jako konformizm zakazu”. Zakazu stawiania pytań. Nawet same pytania „od kiedy istnieje ludzkie życie?” „Czy można nie zgadzać się z ideologią gender, skoro zaprzecza ona faktom i biologii” – są poddane ostracyzmowi. Wygrywa konformizm zakazu. Dlatego ludzie w końcu sami zaczną to dostrzegać. I jeśli będziemy konsekwentnie walczyć o świadomość społeczną – to zaczniemy w końcu wygrywać. A za Polską i Węgrami z czasem pójdą inne narody, które już zaczynają się dusić w gorsecie lewicowej „poprawności politycznej”. My, jako rodacy św. Jana Pawła II, mamy szczególnie zobowiązanie, aby o tym mówić i aby dążyć do powrotu do tradycyjnych wartości. Papież Polak pisał bowiem o tym, że „demokracja bez wartości łatwo przemienia się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”.

Jako naród, który – miejmy nadzieję – zachowa w sobie najwięcej odwołań do prawdy obiektywnej, musimy więc stanąć na czele kontrrewolucji kulturowej w Europie. Chrześcijaństwo jest religią, w której centrum znajduje się wolny człowiek. Z kolei liderzy genderowej rewolucji i ideologii marksistowskiej, choć dużo mówią o wolności, to używają jej jako pałki, odmawiając tej wolności wszystkim tym, którzy myślą inaczej niż oni. Tam, gdzie oni wygrali, polityk głośno mówiący o wartościach chrześcijańskich nie może już obejmować niektórych urzędów. Do kodeksów karnych trafiają zaś zapisy, na mocy których za poglądy zgodne z doktryną Kościoła katolickiego, ale sprzeczne z ideologią LGBT, można już trafić do więzienia.

Silną Polską oczywiście nie jest zainteresowany nikt z dużych europejskich graczy bo oznaczałby ona zmianę układu sił w środkowo-wschodniej Europie. Dziwi mnie jednak, że nie są nią zainteresowani Polacy. Przynajmniej duże grupy, które z wielką egzaltacją wieszają flagę UE przed, lub zamiast polskiej. Ktoś napisze pewnie: „Jaki – eurosceptyk”, bo traktowane jest to jako obelga. Jednak ja odpowiem: to wy jesteście „Polskosceptykami”.

Polska nie jest skazana na rolę podwykonawcy niemieckich zleceń. Dość już tych kompleksów. Polska, kiedy wierzyła w siebie, zmieniła świat. Nikomu do głowy nie przyszło w XVI wieku, że Polska może być gorsza od Niemiec. To Polska dyktowała warunki. Nie czekała na to co może myśleć, robić i kserować od „zachodu”. A dziś nasze elity z maślanymi oczkami patrzą na to, co o nas napisze jakaś lewicowa gazeta na Zachodzie czy na co pozwoli holenderski urzędnik. Zacznijmy wierzyć w siebie. Zacznijmy wierzyć w Polskę.

Za: https://wpolityce.pl/polityka/531681-hamiltonowski-moment-europy-zacznijmy-wierzyc-w-siebie

Wyjście Solidarnej Polski z koalicji oznaczałoby zapewne przyśpieszone wybory; zdaliśmy sobie sprawę, że to dziś oznaczałoby dojście do władzy ludzi, którzy są jeszcze bardziej skłonni na rozmaite ustępstwa wobec establishmentu europejskiego - mówił w niedzielę lider tej formacji Zbigniew Ziobro.

Spór w Zjednoczonej Prawicy

Zbigniew Ziobro w rozmowie z Programem Pierwszym Polskiego Radia podkreślał, że spór ws. rozporządzenia o systemie warunkowości to nie o kwestie praworządności, tylko o przyszłość Europy i kraju, o to, „czy będzie w ogóle Polska tak naprawdę, czy Polska będzie sprowadzona do jakiegoś landu, województwa, regionu w państwie europejskim, w którym decydujące głosy nie będą należały wówczas do Polaków, (…) główne decyzję będą podejmowane ponad ich głowami”. Przekonywał, że jego formacja nie zgadza się na „śmierć państw narodowych”. Chcemy, by państwa narodowe dalej funkcjonowały, bo one są wpisane w istotę historii, tradycje kontynentu. My uważamy, że wspólnota europejska jest wartością i UE w tym sensie jest dobra, jeśli jest wspólnotą równych szans, które ze sobą współpracują, współdziałają, ale zachowują swą odrębność — tłumaczył.

Pan premier Mateusz Morawiecki przekonał pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, że wynegocjowane przez niego konkluzje do decyzji, które zapadły w związku z budżetem, do tego rozporządzenia, które zostało przyjęte, są wystarczającą gwarancją ochrony naszych interesów. My tak nie uważamy — oświadczył Zbigniew Ziobro. Jak uzasadniał, „rozporządzenie to jest twarde prawo, a konkluzje to tylko zapisy polityczne”.

Mówiąc o rozporządzeniu dotyczącym mechanizmu warunkowości, Zbigniew Ziobro podkreślił, że Polska nie powinna się nigdy na nie zgodzić. Ono prowadzi do tego, że pod pretekstem walki z praworządnością Komisja Europejska (…) staje się nadzorcą polskiego prezydenta, polskiego Sejmu, Senatu, samorządu, a więc różnych organów i może na nie nakładać kary za działania, które mogą jej się nie podobać, np. za to, że organa władzy nie chcą wprowadzić w Polsce małżeństw homoseksualnych i adopcji dzieci — powiedział.

„Czas pokaże, kto miał rację”

Pytany, jak określiłby swe relacje z premierem i czy nazwałby je „szorstką przyjaźnią”, lider SP odpowiedział, że choć relacje osobiste w polityce mają znaczenie, to raczej drugorzędne, a nawet trzeciorzędne. Według niego, „w profesjonalnej polityce ważne są wspólne cele i zgodność zadań”. Wskazywał, że koalicja ze swej natury jest zmuszona zawierać kompromisy, bo składa się z trzech partii. Ale rzeczywiście, tu doszło do poważnych różnic, takich, o których powiedziałem przed chwilą „fundamentalne”. (…) Czas pokaże, kto miał rację. Ja chciałbym mylić się, chciałbym powiedzieć, że w tej sprawie miał rację pan premier Morawiecki, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi, ostatnie wypowiedzi też pani szefowej KE sprzed kilku dni pokazują, że niestety będzie inaczej — ocenił.

Mówił też o różnicy w ZP w sprawie decyzji premiera z ostatniego szczytu unijnego. Podkreślał, że „zgodził się on” podnieść wymogi klimatyczne związane z ograniczeniem emisji CO2 do 2030 r. do poziomu 55 proc. Powiedział, że to w ocenie SP spowoduje „nieuchronnie” drastyczny wzrost cen prądu w Polsce i ograniczenie konkurencyjności polskiego przemysłu, a w dalszej perspektywie - wzrost cen i kosztu życia w Polsce.

Zbigniew Ziobro był pytany także o spotkanie z premierem, premierem Węgier Viktorem Orbanem oraz prezesem PiS. Odpowiedział, że wyszli z niego z „rozbieżnościami w ocenie sytuacji”. Mówił, że on sam przyszedł, gdy stanowisko było już uzgodnione; podkreślał, że Orban w rozmowie z nim przyznawał, że uzgodnione rozwiązania „niosą pewne ryzyko”. Jak zaznaczył, nie chce zdradzać więcej szczegółów rozmowy, bo miała ona charakter poufny. Według niego „ogromna władza, jaką wskutek rozporządzenia zyskuje KE, może być użyta po to, by wymuszać na Polsce na przykład „małżeństwa homoseksualne, adopcję (przez nie) dzieci i że będzie wymuszana edukacja seksualna od najmłodszych lat w szkołach”.

Pytany, czy w SP „istnieje konflikt pomiędzy młodymi, radykalnymi działaczami, a ich starszymi kolegami”, Zbigniew Ziobro przekonywał, że jest ona partią demokratyczną. Tu chodzi o Polskę, a nie o partię, nie o SP czy PiS, bo to są narzędzia, które służą nam Polakom do tego, by realizować to, co jest w naszym przekonaniu najlepsze dla Polski — mówił.

„Na to nie możemy się zgodzić, dlatego jesteśmy w koalicji”

Pytany o problem wiarygodności w SP w sytuacji, gdy np. polityk SP Janusz Kowalski jednego dnia składa daleko idące deklaracje o opuszczaniu Zjednoczonej Prawicy, a drugiego mówi o niej jako o jednej drużynie, Zbigniew Ziobro powiedział, że Kowalski „jest lojalny wobec decyzji koleżanek i kolegów”. Podkreślał, że Kowalski używał argumentu, że dla tak fundamentalnej sprawy jak zapewnienie suwerenności Polski w UE warto przegrać wybory i zablokować proces, który zmierza w fatalnym kierunku i może być nieodwracalny.

Pamiętajmy, że to jest polityka Berlina, to Niemcy, nie można im odmówić sprawności - znamy historię, tysiąc lat historii, i w różnych formach ta próba dominacji się wyrażała przez polityków, przedstawicieli państwa niemieckiego, nie tylko w stosunku do Polski. Dzisiaj to Angela Merkel zdecydowała się forsować rozwiązania, że jeśli doszłoby do powstania takiego tworu jak Państwo europejskie, to nie będzie dawało ono równych szans wszystkim obywatelom UE — podkreślał.

Mówił, że „wobec takiej wagi sporu warto przegrać wybory, a nawet się nie dostać do parlamentu, bo są sprawy ważniejsze niż wybór na jedną kadencję”. Podkreślił, że mimo to w SP zadano sobie pytanie, co będzie, jeśli zdecydują się opuścić ZP. Powiedział, że ich zdaniem oznaczałoby to przyśpieszone wybory. Zdaliśmy sobie sprawę, że w imię odpowiedzialności i patrzenia w przyszłość, taka decyzja dziś oznaczałoby dojście do władzy ludzi, którzy są jeszcze bardziej skłonni na rozmaite ustępstwa wobec establishmentu europejskiego i dryfowanie do państwa jakim jest UE i likwidacji państw narodowych. I my na to nie możemy się zgodzić, dlatego jesteśmy w koalicji — podkreślał

W imię wyższych racji jesteśmy w stanie współpracować — deklarował, mówiąc, że politycy SP widzą też wiele dobrych efektów współpracy, m.in. programy społeczne i „zablokowanie ideologicznych eksperymentów na polskich dzieciach, które miały być seksualizowane w myśl zaleceń WHO i edukowane w kierunku wartości, które są sprzeczne z wolą rodziców”. Zbigniew Ziobro porównał też sytuację w ZP do małżeństwa, w którym „bywają czasami kryzysy, nawet poważne, ale można je uratować z korzyścią dla całej rodziny”. Podkreślił, że w wymiarze ludzkim utrzymują ze swoimi partnerami w koalicji „poprawne i dobre relacje”. Można się różnić pięknie, nawet w zasadniczy, fundamentalny sposób — zaznaczył. Przekonywał, że to wskutek działań polityków SP premier zmienił zdanie tak, że użył kwestii możliwego weta w negocjacjach.

Tekst za: https://wpolityce.pl/polityka/531702-ziobro-tlumaczy-decyzje-wyjscie-z-koalicji-oznaczaloby

Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy prezentuje pierwszy, i jak dotychczas jedyny polski przekład jedynego przemówienia Donalda Trumpa poświęconego wyłącznie amerykańskim wyborom 3 listopada 2020, całkowicie przemilczanego przez główne media, nigdzie nie transmitowanego, krążącego po Internecie we fragmentach. Upubliczniła je w całości dopiero 2 grudnia lokalna stacja Kusi News z San Diego: https://www.youtube.com/watch?v=2feCeWjTmBc

Orędzie Donalda Trumpa

To może być najważniejsze przemówienie, jakie kiedykolwiek wygłosiłem. Chcę przedstawić nasze obecne działania ujawniające gigantyczne oszustwa i nieprawidłowości, do których doszło podczas żałośnie długich wyborów 3.11. Zwykle mieliśmy tzw. dzień wyborów. Teraz mamy dni, tygodnie i miesiące wyborów oraz dużo zła w tym absurdalnym czasie, w którym praktycznie niczego nie trzeba było wykazać aby skorzystać z naszego największego przywileju – prawa głosu.

Jako prezydent nie mam obowiązku ważniejszego od obrony praw i Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Z tej przyczyny zamierzam bronić naszego systemu wyborczego, który obecnie został w skoordynowany sposób zaatakowany z wielu stron.

W miesiącach poprzedzających wybory prezydenckie ostrzegano nas przed zbyt wczesnym ogłoszeniem zwycięstwa. Wciąż słyszeliśmy, że wskazanie zwycięzcy, policzenie głosów zaocznych i weryfikacja wyników potrwają tygodnie, jeśli nie miesiące. Mojemu przeciwnikowi mówiono, żeby trzymał się z daleka od wyborów: „nie prowadź kampanii, nie jesteś potrzebny, mamy co trzeba, wybory są załatwione.” Faktycznie zachowywano się tak, jakby wynik był już znany, jakby go ustawiono. I pewnie tak było. To bardzo smutne dla naszego kraju. I bardzo obce. Po wyborach widzieliśmy skoordynowane dyskredytowanie zwycięzcy, choć w wielu kluczowych stanach liczono jeszcze głosy i nie można zakłócać procesu konstytucyjnego.

Zamierzamy bronić uczciwości głosowania, tak aby każdy legalny głos został policzony, a żaden nielegalny nie policzony. Nie chodzi tylko o szacunek dla 74 milionów Amerykanów, którzy głosowali na mnie. Chodzi o to, aby Amerykanie mieli zaufanie do tych wyborów i do wszystkich następnych.

Dziś ujawnię szczegóły niektórych szokujących nieprawidłowości, nadużyć i fałszerstw ujawnionych w ostatnich tygodniach. Zanim jednak przedstawię tylko niewielką część dowodów, a jest ich mnóstwo, chciałbym wyjaśnić zdeprawowany system głosowania, który Demokraci systematycznie wprowadzali aby manipulować głosami, zwłaszcza w stanach niezdecydowanych, w których musieli wygrać. Nie wiedzieli tylko, że będzie to strasznie trudne, ponieważ prowadziliśmy w każdym z tych stanów większością, której nie przewidzieli.

Już od dawna wiadomo, że maszyna polityczna Demokratów była zaangażowana w fałszowanie wyborów w Detroit, Filadelfii, Milwaukee, Atlancie i wielu innych miejscach. W tym roku zmieniło się tyle, że Demokraci przeforsowali wydrukowanie dziesiątek milionów kart do głosowania i wysłanie ich pocztą nieznanym odbiorcom, praktycznie bez żadnych zabezpieczeń. Spowodowało to fałszerstwa i nadużycia o skali, która dotychczas nie miała miejsca. Pod pretekstem pandemii demokratyczni politycy i sędziowie drastycznie zmienili procedury wyborcze w ostatnich miesiącach, a niekiedy tygodniach przed wyborami 03.11. Bardzo rzadko uczestniczyły w tym stanowe władze prawodawcze, choć zgodnie z Konstytucją są do tego zobowiązane. Naprawdę rzadko, co będzie można zobaczyć w miarę wnoszenia naszych pozwów.

To wszystko jest absolutnie niezgodne z Konstytucją nawet pod względem prawnym. Wiele stanów, takich jak Newada i Kalifornia, wysłało miliony kart do głosowania wszystkim osobom ze spisów wyborców, niezależnie od tego, czy wnioskowały o te karty, czy nie, albo czy były żyjące, czy zmarłe. Inne stany, takie jak Michigan, Minnesota i Wisconsin, w trakcie roku wyborczego wprowadziły powszechne głosowanie zaoczne i wysłały formularze wniosku o udział w wyborach wszystkim wyborcom ze wszystkich spisów, bez względu na to, kim te osoby były.

Ta kolosalna ekspansja głosowania korespondencyjnego otworzyła szeroką drogę do gigantycznego oszustwa. Powszechnie wiadomo, że spisy wyborców są pełne osób nieuprawnionych do głosowania, w tym osób, które zmarły, wyprowadziły się ze stanu albo nawet nie posiadają obywatelstwa naszego kraju. W ewidencji roi się od błędów, złych adresów, podwójnych wpisów i wielu innych rzeczy. Nikomu to jednak nie przeszkadzało.

W dziesiątkach hrabstw głównych stanów niezdecydowanych zarejestrowano w spisach więcej wyborców niż liczba pełnoletnich mieszkańców. Tak było w 67 hrabstwach w stanie Michigan. Komisja wyborcza stanu Wisconsin nie potrafiła potwierdzić miejsca zamieszkania 100 tysięcy osób, ale wielokrotnie odmawiała usunięcia ich ze spisu przed wyborami. Wiedziała dlaczego to robi. Nikt inny nie wiedział. Ja wiedziałem, że to nielegalni wyborcy. To kpina, że w roku 2020 nie mamy możliwości weryfikacji uprawnień osób głosujących w tak ważnych wyborach, ani możliwości ustalenia kim są, czy mieszkają w stanie i czy w ogóle są obywatelami USA.

Co więcej, we wszystkich stanach niezdecydowanych doszło do procentowej przewagi mojego przeciwnika wskutek zwykłego oszustwa – znacznego zwiększenia liczby głosów ponad próg potrzebny do odwrócenia wyniku. Na przykład w Wisconsin, gdzie zdecydowanie prowadziliśmy w wieczór wyborczy, ostatecznie jakimś cudem przegraliśmy 40 tysiącami głosów. Naszą ogromną przewagę widać na wykresie zliczania głosów. O godzinie 3:42 rano nagle pojawia się lawina głosów prawie wyłącznie na Bidena. Do dzisiaj wszyscy próbują zrozumieć, skąd się wzięła. Moje wielkie zwycięstwo zamieniło się w niewielką porażkę dokładnie o 3:42. Porażające. Podobnych przypadków jest więcej. Znacznie więcej niż te tysiące potrzebne do odwrócenia jednego stanu.

Jeśli mamy rację mówiąc o fałszerstwie, Joe Biden nie może być prezydentem. Mówimy o setkach tysięcy głosów. Mówimy o skali nieznanej w historii. Tam, gdzie przegraliśmy kilkoma tysiącami głosów, później odkryliśmy 20 tysięcy, 50 tysięcy, 100 tysięcy, czy 200 tysięcy głosów wątpliwych albo sfałszowanych. Są wśród nich głosy, których nie mogli zobaczyć republikańscy mężowie zaufania, bo nie wpuszczono ich do budynku.

Dowodów fałszerstwa dostarczają sami ludzie, którzy zwyczajnie poszli głosować 3 listopada. Wszyscy byli podekscytowani wyborami, byli szczęśliwi i dumni, że są obywatelami Stanów Zjednoczonych Ameryki. Weszli do lokalu żeby oddać głos i usłyszeli, że nie mogą, bo już zagłosowali korespondencyjnie i komisja otrzymała ich głos. Nie wiedzieli co robić. Nie mieli do kogo się zwrócić. Większość po prostu wyszła przekonana, że to dziwne. Wielu skarżyło się. Często wypełniali kartę do głosowania warunkowego, która potem prawie nigdy nie była wykorzystywana, ale praktycznie w każdym przypadku była głosem na Trumpa. Tacy ludzie odeszli czując niepokój i tracąc szacunek dla naszego ustroju. Zdarzyło się to dziesiątki tysięcy razy w całym kraju. Oto jak zdesperowani byli Demokraci. Wysyłali karty do ludzi nawet nie wiedząc, czy się pojawią, a jeśli się pojawili, mówili im „przykro nam, już zagłosowaliście.”

Na samym szczycie tego wszystkiego mamy bardzo podejrzaną firmę informatyczną obsługującą wybory. Nazywa się Dominion. W jej urządzeniach można wprowadzić kod albo zmienić chip, tak aby po naciśnięciu przycisku na Trumpa głos poszedł na Bidena. Cóż to za system! Musimy wrócić do głosowania papierowego. Może zajmuje więcej czasu, ale tylko system papierowy jest bezpieczny, a nie system, którego nikt nie rozumie, w wielu przypadkach nawet jego obsługa, choć niestety teraz okazuje się, że niektórzy rozumieją zbyt dobrze.

Tylko w jednym hrabstwie w Michigan, które korzystało z Dominion Systems, wykryto około 6.000 głosów na Trumpa przekierowanych do Bidena. To tylko wierzchołek góry lodowej. Ten przypadek wychwyciliśmy. Ilu nie wychwyciliśmy? Czy w całym kraju są ich setki? Tysiące? Tu nam się poszczęściło. Nazwali to usterką systemu. Tamtego wieczora odkryliśmy wiele usterek.

96% darowizn politycznych firmy Dominion otrzymali Demokraci. Nic dziwnego. Mówiąc szczerze, jeśli przyjrzymy się, kto tę firmę prowadzi, kto nią zarządza, kto jest właścicielem (tego nie wiemy), gdzie liczone są głosy (naszym zdaniem za granicą, a nie w Stanach Zjednoczonych) – Dominion to katastrofa. Władze wyborcze Teksasu wielokrotnie blokowały wprowadzenie Dominion Systems obawiając się nieprawidłowości, zagrożeń, wadliwości i fałszerstw.

Każdy okręg korzystający z Dominion Systems musi być dokładnie skontrolowany i sprawdzony. Nie tylko na przyszłość. Obecnie martwimy się o teraźniejszość i o to, co się stało z wyborami, które wygraliśmy bez żadnych wątpliwości. Pod moim kierownictwem Republikanie wygrali prawie we wszystkich stanowych Izbach Reprezentantów, czego nawet nie oczekiwaliśmy. Zdobyliśmy o 16 miejsc więcej w Kongresie, choć wyniki obliczano przez dwa tygodnie i nikt nie wiedział, co się dzieje z 9 miejscami. Taki był bałagan. Republikanie mieli wiele stracić, ale zyskali.

Przed nami jeszcze bardzo ważne wybory, w których okaże się, czy Republikanie mają Senat. David Pardue i Kelly Loeffler to wspaniali ludzie. Niestety, Georgia używa tego potwornego systemu Dominion i już wiadomo, że do komisji wpłynęły setki tysięcy wniosków o głosowanie zaoczne. Setki tysięcy. Sprawdźcie, czyje to wnioski. Będziemy patrzeć na ręce temu stanowi jak nigdy dotąd, ponieważ musimy wygrać tu dwa miejsca w Senacie.

Odnieśliśmy ogromy sukces w Izbie Reprezentantów i Senacie, nieoczekiwany w całym kraju i w Waszyngtonie, więc jest statystycznie niemożliwe, aby ten, kto przewodniczył kampanii, czyli ja, przegrał. W prawdziwych wyborach, a nie w takich, które odebrały nam 17 punktów w Wisconsin, gdzie rzeczywiście wygraliśmy, albo odebrały 4-5 punktów na Floridzie, gdzie wygraliśmy wieloma punktami, albo odebrały nawet w Teksasie, gdzie też wygraliśmy zdecydowanie.

Chodzi nam nie o takie wybory, ale o prawdziwe, uczciwe i wiarygodne. Trudno zrozumieć coś, co nie wydarzyło się nigdy dotychczas: poprowadziłeś kraj do zwycięstwa i jako jedyny przegrałeś. To niemożliwe. Spiker Izby Reprezentantów pewnego stanu powiedział mi: „Sądziłem, że stracę mandat, ale dzięki panu i dzięki wspaniałej kampanii odnieśliśmy wielkie zwycięstwo. Każdy też wie, że był pan o wiele popularniejszy niż ja, a jednak dostałem więcej głosów niż pan. To niemożliwe, coś jest nie tak.” Powiem wam, co jest nie tak: sfałszowane wybory. Przykładem jest Michigan, gdzie o 3.41 rano nagle wyskakuje ogromna liczba 149.772 dodatkowych głosów.

Ostatnio ponownie liczone są głosy w Georgii, ale to bez znaczenia, bo nie są sprawdzane ich podpisy. Bez tego niczego się nie ustali, ale sekretarz stanu i gubernator nie dopuścili do sprawdzenia podpisów. Dlaczego? Musicie ich zapytać. Bez porównania podpisów nie ma sensu liczyć, choć i bez tego wykryto tysiące i kolejne tysiące głosów kompletnie nieważnych. Wszystkie na Joe Bidena. Wykryto nawet w tym liczeniu bez sensu. Zgodnie z prawem musi dojść do ponownego liczenia, ale ma ono sens tylko jeśli sprawdza się podpisy. W przeciwnym razie sprawdza się tę samą nieuczciwość. Najważniejsze są podpisy na kopertach. Kiedy porównamy je z podpisami z poprzednich wyborów odkryjemy, że teraz wiele tysięcy głosów podpisano nielegalnie.

Demokraci ustawili te wybory od samego początku. Użyli pandemii, czasem zwanej chińskim wirusem, jako pretekstu do wysyłania dziesiątek milionów kart do głosowania, które ostatecznie doprowadziły do dużej część fałszerstwa. Fałszerstwo to obserwuje cały świat i w tej chwili nikt nie cieszy się bardziej niż Chiny.

Wielu ludzi otrzymało po 2, 3 i 4 karty do głosowania. Tysiące wysłano zmarłym. Są jeszcze gorsze przypadki, w których zmarli wysłali wniosek o formularz, a potem głosowali. Przeszli całą procedurę, choć niektórzy nie żyją od 25 lat.

Miliony głosów oddano nielegalnie w samych tylko stanach niezdecydowanych. Skoro tak, to w każdym z nich trzeba zmienić wynik, i to natychmiast. Czasem słyszę, że to przesada. Więc mamy wybrać prezydenta fałszywymi głosami? Nie. Trzeba zmienić wynik. Wszyscy to wiedzą. Niektórzy widzieli dowody, ale nie chcą o nich rozmawiać.

Te wybory to klęska, totalna katastrofa. My to jednak udowodnimy i mamy nadzieję, że sądy, a zwłaszcza Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, zrobią to co jest słuszne dla naszego kraju, ponieważ nasz kraj nie może żyć z takimi wyborami.

A może nic nie powinniśmy robić tylko poczekać do następnych? Nie. Trzeba wyciągać lekcje z przeszłości. Nie możemy dopuszczać do takich rzeczy. Być może trzeba będzie głosować jeszcze raz, choć ja uważam, że nie tędy droga, bo jeśli wykażemy głosy bezprawne i nieważne łatwo wygram we wszystkich stanach niezdecydowanych, tak jak wygrałem o 10ej wieczorem w dniu wyborów. Nie zamierzamy wykazać 25, 50 czy 100 głosów nieważnych lub fałszywych, które nie zmienią wyniku stanowego. Wykażemy setki tysięcy, znacznie więcej niż nam potrzeba, znacznie więcej niż margines, znacznie więcej niż wymóg prawny.

Możemy wielokrotnie wykazywać to, co jest potrzebne do wygrania w każdym stanie. Media o tym wiedzą, ale nie chcą relacjonować. Nie chcą się tym w ogóle zajmować, bo twierdzą, że znają wynik. To, co teraz mówię, będzie wyśmiewane i dyskredytowane, ale to nic nie szkodzi. Działam dalej, bo reprezentuję 74 miliony ludzi, ale też wszystkich tych, którzy na mnie nie głosowali.

Oszustwo wyborów korespondencyjnych jest finałem czteroletnich zabiegów o odwrócenie wyniku wyborów z 2016 roku, po których przeżyłem piekło na ziemi. Nasi przeciwnicy raz za razem udowadniali, że są gotowi powiedzieć i zrobić wszystko aby odzyskać władzę. Skorumpowane układy rejestrujące zmarłych wyborców i zwożące pudła z głosami to ci sami ludzie, którzy robili jeden szwindel za drugim przez cztery lata. Oni zwalczają nasz ruch, bo my postawiliśmy Amerykę na pierwszym miejscu. Dla nich Ameryka nie jest na pierwszym miejscu. My zwracamy władzę narodowi amerykańskiemu, a oni chcą władzy dla siebie. I chcą robić pieniądze. Dlatego nie chcą, żebym był waszym prezydentem.

Gdy ogłosiłem, że kandyduję na prezydenta, a zaraz potem wygrałem republikańskie prawybory, natychmiast wszczęto przeciwko mnie śledztwa, które trwały nieprzerwanie cztery lata. Wygrałem wszystkie. Poradziłem sobie z każdym. Moje rzekome powiązania z Rosją, naciągany impeachment i wiele innych. Robert Mueller wydał 48 milionów dolarów podatników na śledztwo przeciwko mnie trwające 2,5 roku. Wystawił ponad 2800 wezwań, wykonał prawie 500 nakazów rewizji, wydał 230 wniosków o zapis rozmów i przesłuchał 500 świadków, wszystko żeby mnie dopaść. Na końcu okazało się, że nie było żadnych powiązań z Rosją. Nigdy. Senator Marco Rubio, szef senackiej komisji ds. służb specjalnych, oświadczył, że Senat nie znalazł żadnych dowodów na jakiekolwiek powiązania kandydata Donalda Trumpa albo jego współpracowników z rosyjskim rządem. Dziękuję Senatorowi Rubio za to oświadczenie.

Teraz słyszę, że ci sami ludzie, którym nie udało się dopaść mnie w Waszyngtonie, wysłali wszystkie możliwe informacje do Nowego Jorku, żeby dopaść mnie tam. I tak w kółko, bez przerwy. Za 48 milionów dolarów można prześwietlić zeznania podatkowe, można prześwietlić wszystko. Prokurator Generalny Nowego Jorku, który niedawno ubiegał się o stanowisko, nie znając mnie osobiście powiedział w swojej kampanii: „Połączymy siły z wymiarem sprawiedliwości i innymi prokuratorami generalnymi w kraju aby pozbawić tego prezydenta urzędu. Wszyscy muszą zrozumieć, że dni Donalda Trumpa są policzone.”

Wszystko mi już dokładnie prześwietlili. Pewien mój znajomy, bardzo inteligentny, powiedział, że pewnie wiem więcej niż ktokolwiek inny i pewnie byłem prześwietlany bardziej niż ktokolwiek inny, ale jeśli wyszedłem z czystym zaświadczeniem lekarskim to chyba jestem najczystszym człowiekiem w tym kraju. Wszędzie jestem ścigany przez potężne siły, w Waszyngtonie, Nowym Jorku i gdzie tylko się da, ale tak naprawdę oni wcale nie chcą dorwać mnie, tylko nas. Nie możemy im na to pozwolić.

Niektórzy ludzie w obecnej administracji, na szczęście nie wszyscy, byli nękani i oczerniani, aż po prostu znikali. Nikt nie wie co się z nimi stało, dlaczego nie działają i nie angażują się, choć jest tyle do zrobienia, choć nieprawość kwitnie. Po prostu nie wytrzymali. Demokraci grozili im odwołaniem i szykanowali, choć to dobrzy ludzie. Niedawno strasznie nękali nawet Szefową GSA.

Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Przyłapaliśmy Comey’a, przyłapaliśmy McCabe’a, przyłapaliśmy wielu. Mogą ścigać mnie przed wyborami ile chcą. Ciągle nie mogę się doczekać raportu od człowieka nazwiskiem Durham, z którym nigdy się nie spotkałem ani nie rozmawiałem. Pan Durham jakoś nie ściga innych przed wyborami i nie wiadomo, czy kiedykolwiek zrobi jakiś raport.

Więc jeśli przyjrzymy się kłamstwom, przeciekom i bezprawnym działaniom tak wielu ludzi, a także ich żądzy zniszczenia prezydenta USA, coś musimy zrobić. Najgorsze jest dla mnie tłumaczenie, dlaczego nic się nie robi z tymi, których przyłapano, np. na szpiegowaniu mojej kampanii. Coś takiego stało po raz pierwszy i nigdy więcej nie powinno się przydarzyć prezydentowi USA.

Teraz wystarczy obserwować przesłuchania, żeby przekonać się, że dowody sfałszowania wyborów, które zebraliśmy w ostatnich tygodniach, są przytłaczające. Wielu to potwierdza, ale jednak uważa, że jest za późno na zmianę procedur i wyników. W rzeczywistości jest dużo czasu na wskazanie prawdziwego zwycięzcy wyborów i właśnie o to walczymy. Jednak bez względu na to, czy nam się uda, jeśli widać oszustwo, sfałszowane głosy albo zdecydowanie za dużo głosów, nie można pozwolić na kradzież wyborów.

W całym kraju mają miejsce demonstracje pod hasłem „Stop kradzieży”. Żeby zrozumieć, w jaki sposób zablokujemy to fałszerstwo, trzeba zrozumieć problem głosowania korespondencyjnego. Pensylwania, Michigan, Nevada, Georgia, Arizona i większość innych stanów pozwoliły na głosowanie zaocznie bez okazania dowodu tożsamości. Głosowanie odbyło się całkowicie w systemie bez jakiejkolwiek identyfikacji. Większość Amerykanów była zaskoczona np. tym, że nie sprawdzano obywatelstwa USA jako warunku głosowania w wyborach federalnych.

To narodowa hańba. Żadne rozwinięte państwo nie organizuje wyborów w ten sposób. Wiele krajów europejskich wprowadziło poważne zabezpieczenia właśnie w głosowaniu korespondencyjnym, ponieważ dostrzegło niemal nieograniczone możliwości fałszerstwa. 40 spośród 42 krajów europejskich wprowadziło całkowity zakaz głosowania zaocznego przez osoby mieszkające na terenie kraju, natomiast dla tych, którzy muszą głosować w ten sposób, wprowadziło obowiązek jednoznacznego wykazania tożsamości.

Demokraci wprowadzili powszechne głosowanie korespondencyjne, a jednocześnie gorączkowo pracowali nad likwidacją zabezpieczeń przed fałszerstwem, takich jak weryfikacja podpisu, miejsca zamieszkania i tożsamości wyborcy. Trudno w to uwierzyć, ale nawet potwierdzenie obywatelstwa stało się niepotrzebne.

To nie są działania ludzi, którzy chcą uczciwych wyborów. To są działania ludzi, którzy chcą ukraść wybory, którzy zamierzają doprowadzić do oszustwa. Jedyna logiczna przyczyna, dla której blokuje się racjonalne środki weryfikacji faktycznego prawa głosu, to chęć fałszerstwa.

Amerykanie muszą zrozumieć, że te destrukcyjne zmiany naszych przepisów wyborczych nie były niezbędną reakcją na pandemię. Pandemia po prostu stała się dla Demokratów pretekstem do zrobienia czegoś, co próbowali zrobić przez wiele lat. Już pierwsza ustawa, którą zgłosili w Izbie Reprezentantów kiedy Nancy Pelosi została spikerem, była próbą usankcjonowania powszechnego głosowania korespondencyjnego i eliminacji niezbędnego zabezpieczenia, jakim jest tożsamość wyborcy. Drastyczna erozja integralności naszych wyborów stała się dla Demokratów absolutnym priorytetem z prostej przyczyny - oni chcieli ukraść wybory prezydenckie 2020.

Ich zabiegi o wprowadzenie powszechnego głosowania korespondencyjnego otworzyły drogę do systematycznego i masowego fałszowania tych wyborów. W hrabstwach Filadelfia i Allegheny w Pensylwanii ogromne ilości głosów korespondencyjnych i zaocznych przetwarzano nielegalnie w tajemnicy, bez naszych mężów zaufania. Nie pozwolono im uczestniczyć, czy przebywać w tym samym pomieszczeniu, wyrzucano ich nawet z budynku żeby nie mogli zobaczyć co dzieje się w środku, bo okien nie było albo były zasłonięte. Demokraci złożyli nawet wniosek do Sądu Najwyższego Pensylwanii o wykluczenie mężów zaufania.

Jest tylko jedna sensowna przyczyna, dla której zdeprawowana maszyna polityczna Demokratów sprzeciwiała się transparentności liczenia głosów. Oni wiedzą, że ukrywają proceder nielegalny. To oczywiste. To straszna, niewybaczalna i nieodwracalna szkoda wyrządzona wyborom. Bezprecedensowa praktyka wykluczenia naszych mężów zaufania, czyli obserwatorów, miała miejsce w miastach rządzonych przez Demokratów w kluczowych stanach na terenie całego kraju.

A teraz tylko kilka dodatkowych faktów, które odkryliśmy. Do wielu wyborców w całej Pensylwanii wysłano pocztą po dwie karty do głosowania albo nawet więcej. Karty wysłano też do osób, które tego nie żądały. Wiele nie wiedziało, co z nimi zrobić. Dziwnym zbiegiem okoliczności prawie wszyscy byli Demokratami. W Hrabstwie Fayette wielu wyborców otrzymało karty już wypełnione. Nie rozumieli tego. W Hrabstwie Montgomery mężowie zaufania słyszeli jak niezarejestrowanym wyborcom radzono przyjść później i spróbować zagłosować pod innym nazwiskiem.

Dziesiątki tysięcy wyborców w Pensylwanii traktowano w różny sposób, zależnie od tego, czy byli Republikanami, czy Demokratami. W niektórych okręgach Demokratów wyborcom oddającym głosy z błędami sugerowano korektę, podczas gdy w okręgach Republikanów, a zwłaszcza wyborcom republikańskim, nie sugerowano, co otwarcie narusza klauzulę równej ochrony Konstytucji Stanów Zjednoczonych. Jeśli jesteś Demokratą, poprawimy twój głos jak trzeba. Jeśli jesteś Republikaninem, nawet nie próbuj.

W Michigan pracownica urzędu miasta Detroit była świadkiem, jak inni pracownicy instruowali wyborców jak głosować na Demokratów i patrzyli na kogo głosują, naruszając prawo i świętość głosu tajnego. Nie wolno tego robić. Ta sama pracownica zeznała, że sama została poinstruowana, aby nie żądać dowodów tożsamości i nie sprawdzać podpisów. Kazano jej także bezprawnie antydatować bardzo dużo głosów otrzymanych po terminie. Ocenia, że razem z wieloma innymi pracownikami antydatowali wiele tysięcy głosów. To wszystko jest niezgodne z Konstytucją.

Inni świadkowie w Detroit widzieli, jak członkowie komisji wyborczej wielokrotnie liczyli pliki tych samych głosów albo nielegalnie kopiowali głosy. Pewien mąż zaufania zeznał, że widział dużą ilość pudeł z głosami z tym samym podpisem. Inny mąż zaufania w Hrabstwie Wayne zauważył ogromną liczbę głosów nieważnych z powodu niedokładnej rejestracji wyborcy, a potem był świadkiem, jak członkowie komisji wprowadzali do systemu np. fałszywe daty urodzenia aby te głosy nielegalnie policzyć. Świadkowie zeznali też, że po tym, jak komisje wyborcze ogłosiły odbiór ostatniego głosu zaocznego, dowożono partie dziesiątek kolejnych tysięcy głosów, wiele bez kopert, wszystkie na Demokratów. Świadkowie podpisali swoje zeznania pod przysięgą, czyli za kłamstwo grozi im więzienie.

W Wisconsin rekordową liczbę wyborców skategoryzowano jako bezterminowo ograniczonych, czyli o statusie osób niepełnosprawnych lub starszych, od których nie wymaga się okazania dowodu tożsamości. W zeszłym roku w całym stanie status ten przysługiwał ok. 70 tysiącom osób. W tym roku liczba ta w cudowny sposób urosła do prawie 250 tysięcy. Pracownicy komisji w hrabstwach Milwaukee i Wayne, dwóch najbardziej skorumpowanych miejscach naszego kraju, nakłaniali obywateli do rejestracji tego statusu. Stworzyli rejestr na poziomie, który nie istnieje.

W Wisconsin było około 70 tysięcy głosów korespondencyjnych ale bez wniosków o te głosy, wymaganych przez prawo. W Georgii dziewięciu mężów zaufania widziało ogromną liczbę głosów bez zabrudzeń i typowych znaków wskazujących na przysłanie w kopertach zgodnie z wymaganiami. Obserwatorka w Hrabstwie Fulton oceniła, że ok. 98% ogromnej liczby tych dziwnie świeżych głosów było na Bidena. Bardzo dziwna ilość.

Ponadto, wiele tygodni po wyborach w hrabstwach Floyd, Fayette i Walton odkryto tysiące niepoliczonych głosów prawie wyłącznie na Trumpa. W Detroit widzieliśmy wielki konflikt i straszny sposób, w jaki potraktowano dwóch republikańskich członków komisji, którzy nie chcieli zatwierdzić wyniku, ponieważ bilans głosów nie zgadzał się w 71% okręgów, a do tego oddano więcej głosów niż wyborców. Były ich tysiące. Nietrudno się domyślić, co to znaczy.

W Arizonie wyborcom głosującym osobiście, których głos maszyna licząca uznawała za błędny, mówiono, żeby nacisnęli guzik, co powodowało, że ich głos nie był liczony. Także w Arizonie prokurator generalny oświadczył, że głosy korespondencyjne były wykradane ze skrzynek i przepały jak kamień w wodę.

W Hrabstwie Clark w Newadzie, gdzie mieszka większość wyborców stanu, normy porównywania podpisów przez urządzenie weryfikujące zostały celowo obniżone, aby uwzględnić głosy, które nigdy by nie przeszły. To urządzenie ustawiono na najniższym poziomie. Aby to sprawdzić, dziewięciu wyborców Hrabstwa Clark celowo oddało głosy z niepoprawnymi podpisami. Osiem zostało zaakceptowanych i policzonych. Jak mówili, można było podpisać się jako Santa Claus. W zeszłym tygodniu komisja Hrabstwa Clark ogłosiła wyniki lokalnych wyborów, choć w raporcie stwierdziła wykrycie „rozbieżności, których nie można wytłumaczyć”. Także w Newadzie niektórym wyborcom oferowano loterię kilkunastu kart podarunkowych o wartości 250 dolarów za oddanie głosu. Miało to miejsce w rezerwatach dla Indian.

Jednym z najważniejszych dowodów powszechnego oszustwa są też niezwykle niskie wskaźniki odrzucenia głosów korespondencyjnych w wielu kluczowych stanach niezdecydowanych, w których prowadziłem, w porównaniu z dotychczasowymi doświadczeniami, czyli wyborami z wielu lat. W Georgii odrzucono zaledwie 0,2%, podczas gdy w wyborach w 2016 roku 6,4%, co już wtedy uznano za niski poziom. Innymi słowy, teraz nie odrzucono prawie niczego i liczono wszystko jak leci. Widzieliśmy podobne zjawiska w Pensylwanii, Newadzie i Michigan, zwłaszcza na terenach Demokratów. Tej nieprawidłowości nie da się wytłumaczyć inaczej niż zamiarem akceptacji głosów nieważnych albo głosów sfałszowanych.

W Pensylwanii sekretarz stanu i stanowy sąd najwyższy zmienili zasady weryfikacji podpisów zaledwie na kilka tygodni przed wyborami, z naruszeniem prawa stanowego. To niedozwolone, ponieważ może to zrobić wyłącznie władza prawodawcza. Nie może sędzia, stan, ani urzędnik. Może tylko władza prawodawcza. Powód tej zmiany jest oczywisty. Zlikwidowano weryfikację podpisów, bo wiedziano, że kart do głosowania nie wypełnią wyborcy tylko ludzie nie mający nic wspólnego z nazwiskami widniejącymi na kartach.

W takiej sytuacji ponowne przeliczenie tych głosów może tylko potwierdzić fałszywy wynik. Jedynym sposobem na stwierdzenie, czy głosowanie jest uczciwe, jest pełna weryfikacja kopert. Wówczas może się okazać, że dziesiątki tysięcy głosów ma fałszywe podpisy. Tylko szczegółowe śledztwo organów ścigania może zagwarantować, że przyjęte zostaną wyłącznie legalne i prawidłowe głosy wyborców zarejestrowanych zgodnie z przepisami.

W tych wyborach chodzi zatem o wielkie fałszerstwo głosów, które nigdy wcześniej nie miało miejsca. Chodzi o mężów zaufania, którym nie pozwolono obserwować, wbrew prawu. Chodzi o głosy, które napłynęły w ogromnych ilościach z miejsc znanych tylko nielicznym i zostały policzone. Nie były to głosy na mnie. Chodzi o absolutne prowadzenie w wieczór wyborczy, którego gratulowano jako zdecydowanego i łatwego zwycięstwa, a które już nad ranem albo po kilku dniach nagle wyparowało. Chodzi o ilość głosów wysłanych nie wiadomo skąd. Chodzi o podejrzane urządzenia liczące, które o różnych porach zatrzymywano, a potem jakimś cudem uruchamiano z większą liczbą głosów. Chodzi też o wiele innych rzeczy, ale przede wszystkim o fałszerstwo. Te wybory ustawiono. Wszyscy to wiedzą.

Ja nie mam nic przeciwko przegraniu wyborów, ale chcę je przegrać uczciwie i sprawiedliwie. Nie mogę pozwolić, aby je ukradziono narodowi amerykańskiemu. O to teraz walczymy i nie mamy wyboru. Mamy już dowody, które są jednoznaczne, choć wielu ludzi mediów, a nawet sędziów nie chce ich przyjąć. Oni wiedzą, że są autentyczne, i wiedzą, kto wygrał wybory, ale nie chcą tego przyznać. Nasz kraj potrzebuje kogoś, kto to przyzna.

Ja ostatecznie jestem gotowy przyjąć każdy wynik prawidłowych wyborów. Mam nadzieję, że Joe Biden także. Mamy już dowody, mamy dziesiątki tysięcy głosów więcej niż potrzeba do odwrócenia wyniku we wszystkich stanach, o których wspomniałem. To są wybory na najwyższy urząd w najlepszym kraju w historii świata. Każdy rozsądny Amerykanin powinien się z tym zgodzić.

Nasze ustalenia dowodzą, że potrzebna jest systematyczna analiza głosów korespondencyjnych z weryfikacją kopert. Chodzi o podpisy. Jeśli są na kopertach, a tylko je możemy sprawdzić, wszystko jest jasne. To absolutne minimum, którego powinniśmy oczekiwać.

Tu nie chodzi zatem o moją kampanię, choć oczywiście zależy od niej, kto będzie następnym prezydentem. Tu chodzi o odzyskanie wiary i zaufania do amerykańskich wyborów. Chodzi o naszą demokrację i święte prawa, za które pokolenia Amerykanów walczyły, krwawiły i umierały. Nie ma nic bardziej naglącego i ważniejszego.

Jedyne głosy, które powinny liczyć się w tych wyborach, to głosy uprawnionych wyborców, obywateli naszego kraju, oddane w miejscu zamieszkania, w sposób zgodny z prawem i w przepisowym terminie. Nigdy więcej nie możemy mieć wyborów bez wiarygodnego i transparentnego systemu weryfikacji uprawnienia, tożsamości i miejsca zamieszkania każdej bez wyjątku osoby oddającej głos. Ten głos jest zbyt cenny.

Wielu mądrych ludzi gratulowało mi tego wszystkiego, co osiągnęliśmy przez cztery lata. Największych cięć podatkowych w historii, największych uproszczeń przepisów w historii, odbudowy armii, troski o weteranów, jakiej nigdy nie było, sił kosmicznych, itd. Jednak ludzie ci dodawali też, że bez względu na wielkość i znaczenie tych działań, największym osiągnięciem mojej prezydentury będzie to, o co zabiegam teraz: prawość wyborów dla naszego narodu. To ważniejsze od wszystkiego, o czym mówiłem.

Jeśli nie poradzimy sobie z olbrzymim i straszliwym fałszerstwem, do którego doszło w wyborach 2020, nie mamy już państwa. Dzięki determinacji i wsparciu narodu amerykańskiego musimy przywrócić uczciwość i prawość naszym wyborom. Musimy przywrócić zaufanie do naszego ustroju.

Dziękuję.
Niech wam Bóg błogosławi.
Niech Bóg błogosławi Ameryce.

Za: https://ksd.media.pl/10002-news/3442-zakazane-oredzie-donalda-trumpa-czyli-co-sie-stalo-w-usa

Radio Maryja

Uważam, że rozporządzenie było absolutnie nieprzygotowane do tego, aby je przyjmować, zarówno w lipcu, jak i teraz. Jeżeli nas oszukano, jeżeli tak rzeczywiście było, to należało jasno się postawić i żądać takiego kompromisu, żeby do budżetu wszedł zapis o Funduszu Odbudowy, ale odrzucić wariant dotyczący rozporządzenia o warunkowości, dlatego że wszelkie inne zapisy (o tym mówią wyroki TSUE) mówią wyraźnie, że konkluzje i tego typu zapisy to nie jest przepis obowiązującego prawa – powiedziała europoseł Beata Kempa w piątkowych (11 grudnia 2020 roku - dop. Red.) „Aktualnościach dnia” na antenie Radia Maryja.

Zakończyły się negocjacje w sprawie budżetu Unii Europejskiej. Beata Kempa zaznaczyła, że zbyt długo funkcjonuje w polityce, żeby nie widzieć konsekwencji przyjęcia obecnego kompromisu przez Polskę.

– To jest bardzo głęboka ingerencja w sferę suwerenności Polski. W ten sposób – w mojej ocenie – może być zakwestionowana każda decyzja i Sejmu, i Senatu, prezydenta, bo skoro odważyli się dyskutować z decyzją Trybunału Konstytucyjnego, który podlega tylko Konstytucji RP (jest wyjęta spod jurysdykcji unijnej),dotyczącą domeny, która jest wyjęta spod jurysdykcji traktu, czyli nie powinna być przedmiotem obrad, a była! Dopuszcza się tego typu rzeczy. Widzimy bardzo niebezpieczny trend UE – stwierdziła polityk.

Solidarna Polska jest osamotniona w ocenie ustawy budżetowej i negocjacji.

– Mamy inne zdanie. Różnimy się w tej kwestii. Natomiast są sygnały, które płyną od niemieckich polityków takich jak np. Weber, który z nas drwi. Wiem, czym to będzie skutkowało w dyskusji w Unii Europejskiej i w Parlamencie Europejskim i wiem, że oni ze słabymi się nie liczą. Nie zarzucam słabości komukolwiek. Po prostu mamy inne zdanie. Wczytaliśmy się w dokument i w naszej ocenie, i biorąc pod uwagę naszą kompromisową postawę, widzimy duże zagrożenie w tym dokumencie. Oby nie! Jednak może już na przyszłym posiedzeniu PE będziemy znowu bezpardonowo zaatakowani o praworządność. Każda reforma, która będzie np. miała na celu zmianę wymiaru sprawiedliwości, będzie oprotestowana przez naszą opozycję – wyjaśniła poseł do Parlamentu Europejskiego.

Środki budżetowe będą odbierane z byle powodu – zauważyła Beata Kempa.

– Uważam, że to rozporządzenie było absolutnie nieprzygotowane do tego, aby je przyjmować, zarówno w lipcu, jak i teraz. Jeżeli nas oszukano, jeżeli tak rzeczywiście było, to należało jasno się postawić i żądać takiego kompromisu, żeby do budżetu wszedł zapis o Funduszu Odbudowy, ale odrzucić wariant dotyczący rozporządzenia o warunkowości, dlatego że wszelkie inne zapisy (o tym mówią wyroki TSUE) mówią wyraźnie, że konkluzje i tego typu zapisy to nie jest przepis obowiązującego prawa – podkreśliła gość „Aktualności dnia”.

Europoseł zapowiedziała, że Solidarna Polska spotka się w najbliższym czasie, aby omówić zapisy podpisane przez polski rząd ws. budżetu UE, ale koalicja nie jest zagrożona.

– Mam wielki szacunek dla członków naszego ugrupowania, dla posłów i konkluzja, która wyjdzie z tego spotkania będzie jednoznaczna, bo dla nas interes polski i naszej suwerenności, niepodległości jest najważniejszy […].Widzę co się dzieje na Zachodzie Europy i dobrze wiem, że „walec” idzie i są bardzo mocne czynniki w Polsce, które teraz „podpuszczają” w UE przeciwko Polsce i chcą przejąć stery. Jest potrzebna dyskusja na ten temat, żeby pokazać zagrożenia. Koalicja składa się z różnych ugrupowań. Każdy ma prawo do postrzegania swojej racji, natomiast my chcemy i zwracamy uwagę na potężne zagrożenia, które idą ze strony mechanizmu warunkowości – zaznaczyła polityk.

Beata Kempa odniosła się również do zarzutów, które krążą w przestrzeni publicznej na temat tego, że Zjednoczona Prawica dąży do polexitu.

– Można, a nawet trzeba funkcjonować w ramach Wspólnoty, która nie będzie ze sobą walczyć […] Natomiast odrobina szacunku, o którym mówi art. 4 Traktatu o UE – mamy prawo się tego domagać i nie można tworzyć dokumentów, które powodują, że jest dyktat jednych państw nad drugimi, że niektóre sytuacje są mocno „ocenne”, nawet pod kątem i podłożem politycznym, światopoglądowym, dlatego że traktat jest zupełnie inny. Jeżeli nie będziemy się trzymać fundamentów, to stworzymy dom, który runie – podkreśliła.

Gość „Aktualności dnia” stwierdziła, że Polska jest dla niej najważniejsza.

– Chcę normalnej Polski. Nie chcę, żeby ktoś w moim kraju dyktował mi, co mam robić. Chcę, żeby w moim kraju była demokracja, która wybiera demokratycznie Parlament i rząd, który na podstawie demokratycznego mandatu rządzi. Z drugiej strony, nie chcę, żeby ktoś rządowi mówił, co ma robić, jak ma robić i przede wszystkim, jakie wartości wdrażać czy uskuteczniać – podsumowała europoseł.

Tekst i zdjęcie za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/tylko-u-nas-b-kempa-o-przyjeciu-budzetu-ue-nalezalo-jasno-sie-postawic-i-zadac-takiego-kompromisu-zeby-do-budzetu-wszedl-zapis-o-funduszu-odbudowy-ale-odrzucic-rozporzadzenie-o-warunkowosci (tamże znajdą Państwo linkę do zapisu audio całej rozmowy).

Instytut Ordo Iuris od początku istnienia zwraca uwagę na zagrożenia wynikające z genderowej Konwencji stambulskiej. Dziś mamy realną szansę na odrzucenie tego dokumentu.

Po ogłoszeniu przez nas powołania Komitetu Obywatelskiej Inicjatywy Ustawodawczej „Tak dla rodziny, nie dla gender” temat znalazł się w centrum debaty publicznej. Kilka tygodni później rozpoczęła się zbiórka podpisów pod naszym projektem ustawy o wypowiedzeniu konwencji. Obywatelska inicjatywa ustawodawcza to ogromny wysiłek organizacyjny, szczególnie w obecnych nadzwyczajnych warunkach. Więcej informacji odnajdą Państwo tutaj: https://takdlarodziny.ordoiuris.pl

Radio Maryja

Wielki Polak św. Jan Paweł II apelował, abyśmy byli wierni Polsce i wartościom, na których została zbudowana. (…) Możemy mieć tę siłę i to przekonanie, że obronimy to, co piękne tylko dlatego, że są i byli ludzie, którzy przez lata tworzyli tak piękne dzieła, jak Radio Maryja – powiedział podczas 29. rocznicy powstania Radia Maryja minister sprawiedliwości, Prokurator Generalny, Zbigniew Ziobro.

Prokurator Generalny, Zbigniew Ziobro uczestniczył w uroczystościach 29. rocznicy powstania Radia Maryja w Toruniu. Minister sprawiedliwości dziękował Radiu Maryja oraz wszystkim zaangażowanym w dzieła przy nim powstałe.

– Gorąco dziękuję Ojcu Dyrektorowi i wszystkim, którzy tworząc Rodzinę Radia Maryja, korzystają z łaski, wsparcia Pana Boga, który okazując miłosierdzie dla Polski, dla nas wszystkich znajduje ludzi z gorącym sercem, z gorącym sercem służącym Panu Bogu, Kościołowi i Polsce. Właśnie tę rolę przez 29 lat jakże pięknie w służbie po pierwsze Panu Bogu, ale po drugie też w służbie Polsce odgrywa Radio Maryja – powiedział Prokurator Generalny.

Polityk nawiązał do Wielkiego Polaka, św. Jana Pawła II.

– Wielki Polak św. Jan Paweł II apelował, abyśmy byli wierni Polsce i wartościom, na których została zbudowana. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy te piękne wartości, które legły na przestrzeni 1000 lat u podstaw korzeni naszej kultury, naszej tradycji, naszej tożsamości, polskiej duszy są atakowane. Są tacy, którzy chcieliby nam je odebrać, ale my na to nie pozwolimy. Możemy mieć tę siłę i to przekonanie, że obronimy to, co piękne tylko dlatego, że są i byli ludzie, którzy przez lata tworzyli tak piękne dzieła, jak Radio Maryja – podkreślił minister sprawiedliwości.

– Jeszcze raz chciałbym głęboko się ukłonić wszystkim zaangażowanym w to piękne przedsięwzięcie, w to wielkie dzieło służby Panu Bogu i służby Polsce – dodał Zbigniew Ziobro.

Mszę świętą z okazji 29. rocznicy powstania Radia Maryja koncelebrowało w Toruniu kilkunastu biskupów. Obecni byli m.in. ks. abp Andrzej Dzięga, ks. abp Sławoj Leszek Głódź, ks. bp Wiesław Mering, a także ks. bp Wiesław Śmigiel.

Tekst i zdjęcie za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/min-z-ziobro-z-okazji-29-rocznicy-powstania-radia-maryja-mozemy-miec-przekonanie-ze-obronimy-to-co-piekne-tylko-dlatego-ze-sa-i-byli-ludzie-ktorzy-przez-lata-tworzyli-tak-piekne-dziela-jak-ra (tamże relacja filmowa).

UE chce nam zafundować małżeństwa jednopłciowe, adopcje dzieci przez te małżeństwa, wyrugować z przestrzeni publicznej religię. Ceną mają być pieniądze. Polska nie jest na sprzedaż - powiedział w rozmowie z „Rzeczpospolitą” minister - członek Rady Ministrów Michał Wójcik.

W wywiadzie opublikowanym w poniedziałkowej „Rzeczpospolitej” minister Michał Wójcik pytany czy powinniśmy zacząć rozmawiać o polexicie stwierdził, że Unia Europejska już dawno odeszła od wartości, na których była zbudowana.

Przez lata można było się śmiać z regulacji krzywizny banana, czy innych absurdów. Teraz sprawa jest o wiele poważniejsza. Ktoś chce stworzyć państwo federacyjne i doprowadzić do możliwości wpływu na nasz porządek prawny. Chcą nam zafundować małżeństwa jednopłciowe, adopcje dzieci przez te małżeństwa, wyrugować z przestrzeni publicznej religię. Ceną mają być pieniądze. Mówię to wprost, Polska nie jest na sprzedaż. Członkostwo w Unii Europejskiej jest wartością, ale nie ma zgody na łamanie traktatów unijnych i polskiej konstytucji. Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro broni twardo polskiej suwerenności, którą się nie handluje i nie kugluje — powiedział Michał Wójcik.

„Dość kuriozalna sytuacja”

Minister zaznaczył w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, że jeśli mamy się trzymać praworządności, to trzeba odnieść się do obecnie obowiązującego porządku prawnego wspólnoty, bo według niego „mamy dosyć kuriozalną sytuację”. Z jednej strony mechanizm nawiązujący w treści do praworządności, który nie jest oparty na porządku prawnym. To największa słabość tego pomysłu. Sądzę, że warto przytoczyć opinię prawną Służb Europejskich, która wprost potwierdza, że propozycja rozporządzenia jest niepraworządna i narusza art. 7 traktatu unijnego. Niestety, część polityków zachodniej części Unii Europejskiej uznała, że przepchnie kolanem niepraworządny dokument. Prym wiodą Holendrzy. Na ich tle nawet Niemcy zachowują się dosyć powściągliwie — pokreślił Michał Wójcik.

Przytoczył też, w jego opinii „kuriozalną” wypowiedź jednej z posłanek, która mówiła, że weto przysługuje takim krajom jak Holandia, bo są płatnikiem netto do budżetu unijnego. Polsce ma nie przysługiwać, bo podobno my tylko bierzemy z Unii. Nic bardziej błędnego. Holandia obok Niemiec, to najwięksi beneficjenci jednolitego rynku unijnego. Według danych zaprezentowanych przez Komisję Europejską w 2019 r., Holendrzy na jednolitym rynku zarabiają 84 miliardy euro rocznie, a Polska 44 miliardy euro. Przecież korzyści finansowe nie wynikają tylko ze środków unijnych, ale z całego szeregu innych elementów— stwierdził minister.

Kto jest „miękiszonem”?

Zapytany z kolei czy premier Mateusz Morawiecki jest „miękiszonem” i czy to do niego Zbigniew Ziobro kierował swoją wypowiedź o potrzebie zawetowania unijnego budżetu odparł, że minister sprawiedliwości, prokurator generalny Zbigniew Ziobro już wyjaśniał tą sprawę. Rozumiem, że część mediów chciałaby poróżnić obóz Zjednoczonej Prawicy, ale to się nie uda. Te słowa nie odnosiły się do Mateusza Morawieckiego, lecz pokazywały sposób prowadzenia negocjacji w Brukseli. Zbigniew Ziobro był w Parlamencie Europejskim kilka lat. Doskonale wie, że na posiedzenia Rady Europejskiej, czy w Parlamencie Europejskim nie przyjeżdżają potulne owieczki, tylko twardzi gracze, walczący o interesy poszczególnych narodów. Nikt tam nie ma taryfy ulgowej. „Miękiszonami” są ci politycy opozycji, którzy czołobitnie wolą odpuścić — powiedział Michał Wójcik.

Dopytany natomiast o termin wydania przez TK orzeczenia w sprawie przepisów antyaborcyjnych przypomniał, że 20 lat temu ten sam Trybunał też zajmował się sprawą aborcji i sytuacja była podobna.Pamiętajmy, kiedy powstała Konstytucja. Dziś środowiska lewicowe nie mogą mieć pretensji o to, jak określono problematykę ochrony życia człowieka. To ich poprzednicy decydowali o takim zapisie artykułu 38 (konstytucji - Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia). Jeśli jesteśmy legalistami, musimy szanować orzeczenia. Co do terminu, to przyznaję, że był niefortunny, ale na to politycy nie mają żadnego wpływu — powiedział Michał Wójcik.

Tekst i zdjęcie za: https://wpolityce.pl/polityka/528699-wojcik-ue-chce-nam-zafundowac-malzenstwa-jednoplciowe

Radio Maryja

Elity europejskie od dawna przyjmują absurdalną definicję o tak zwanych prawach reprodukcyjnych, czyli postrzegają aborcję jako prawo człowieka. Jest to sprzeczne nie tylko z jakąkolwiek logiką, ale również z aktami prawnymi, na podstawie których funkcjonuje Unia Europejska i bardzo często się do nich odwołuje – powiedział Patryk Jaki, europoseł, w audycji „Aktualności dnia” na antenie Radia Maryja.

Patryk Jaki odniósł się do promowania tzw. praw reprodukcyjnych przez elity europejskie.

– Elity europejskie od dawna przyjmują absurdalną definicję o tak zwanych prawach reprodukcyjnych, czyli postrzegają aborcję jako prawo człowieka. Jest to sprzeczne nie tylko z jakąkolwiek logiką, ale również z aktami prawnymi, na podstawie których funkcjonuje Unia Europejska i bardzo często się do nich odwołuje. Wystarczy przywołać Powszechną Deklarację Praw Człowieka, której artykuł 3 mówi o tym, że każdy człowiek ma prawo do życia, wolności, bezpieczeństwa swojej osoby – wskazał gość Radia Maryja.

Europoseł odwołał się do poglądów niektórych eurodeputowanych, którzy uważają, że tzw. aborcja powinna być dozwolona do 9 miesiąca ciąży.

– Wielką tragedią jest to, że niewiele brakowało, aby przegłosowano rezolucję o aborcji na życzenie. Mamy posłów w Parlamencie Europejskim, którzy uważają, że prawem człowieka jest możliwość aborcji do 9 miesiąca ciąży, czyli również wtedy, kiedy dziecko ma zdolność do przeżycia poza organizmem matki. Żyjemy w czasach, w których cywilizacja życia mierzy się z cywilizacją śmierci, przed którą przestrzegał święty Jan Paweł II – powiedział Patryk Jaki.

Gość „Aktualności dnia” zwrócił uwagę na zapominanie w dzisiejszej Unii Europejskiej o jej chrześcijańskich fundamentach.

– Pokazujemy, jaka jest prawda i przypominamy, na czym była budowana Unia Europejska. Zwracamy uwagę, czym jest prawdziwa demokracja, chrześcijaństwo i prawdziwa miłość do drugiego człowieka. Jeżeli będziemy o tym zapominali, to dziwacznymi odniesieniami antropologicznymi dotyczącymi człowieka, celu życia, rozpadną się więzi społeczne. Widzimy to w wielu państwach zachodnich. Teraz ten eksperyment próbuje się wprowadzić w Polsce – mówił polityk.

Tekst i zdjęcie za: https://www.radiomaryja.pl/informacje/tylko-u-nas-p-jaki-elity-europejskie-od-dawna-przyjmuja-absurdalna-definicje-o-tak-zwanych-prawach-reprodukcyjnych-czyli-postrzegaja-aborcje-jako-prawo-czlowieka (tamże zapis całej audycji europosła Solidarnej Polski Patryka Jakiego).

„To są negocjacje. W negocjacjach nie można być, za przeproszeniem, miękiszonem, trzeba być twardym. Trzeba potrafić dbać o interesy Polski, własnego kraju” - mówił o wecie do unijnego budżetu minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Zbigniew Ziobro: Polacy popierają weto

Minister sprawiedliwości podczas konferencji prasowej odniósł się do dwóch ostatnich sondaży, w których Polacy wyrazili poparcie dla weta ws. unijnego budżetu, gdyby miał zostać on powiązany z tzw. mechanizmem praworządności. Polacy w swojej większości są dużo bardziej roztropni i odważni niż lewicowo-liberalne elity, które suflują Polakom, że użycie weta jest czymś złym i obrona Polski przed mechanizmem niepraworządnym, pod pretekstem praworządności, jest czymś złym — mówił Zbigniew Ziobro.

Zbigniew Ziobro przypomniał, że weto jest narzędziem stosowanym przez różne państwa. Wielokrotnie różne państwa stosowały weto lub groziły jego użyciem. Niedawno groził użyciem weta premier Holandii, w czasie lipcowego szczytu, kiedy i ja namawiałem pana premiera Morawieckiego, żeby zdecydował się na zastosowanie tego instrumentu. I nikt nie zarzucał panu premierowi Holandii, by tego nie robił, bo to oznacza rozpad UE albo utratę poważania dla Holandii w gronie państw europejskich. Wręcz przeciwnie - Holandia była bardziej zauważana i szanowany bardziej jej głos, bo premier tego kraju nie bał się formułować się jasnych i kategorycznych oczekiwań, grożąc zastosowaniem narzędzia, które przysługuje Holandii i każdemu innemu państwu, w tym Polsce — stwierdził minister Zbigniew Ziobro.

Minister sprawiedliwości: Nie można być miękiszonem

Zbigniew Ziobro zaznaczył, że weto jest elementem negocjacji, w których trzeba bronić polskich interesów. To są negocjacje. W negocjacjach nie można być, za przeproszeniem, miękiszonem, trzeba być twardym. Trzeba potrafić dbać o interesy Polski, własnego kraju — zaznaczył. Polacy również tak to postrzegają i oceniają zgodnie z praktyką funkcjonowania Unii Europejskiej — dodał. Polska nie jest gorsza od innych i nie musimy się prosić o zgodę na użycie weta np. Berlina, jeśli nasze interesy są zagrożone — podkreślał Zbigniew Ziobro.

Jak wskazał obecnie „stoimy w perspektywie kolejnej fazy negocjacji unijnych i z tego punktu widzenia warto być konsekwentnym i warto robić to, co robili przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii, oraz wielu innych państw, kiedy uznawali, że propozycje przedstawiane przez Komisję Europejską uderzają w ich interesy”.

„Zakończcie państwo sączenie tej propagandy”

Minister sprawiedliwości wskazał, że badania opinii publicznej pokazują poparcie Polaków dla postawy rządu. Ogromna większość Polaków popiera to, co Solidarna Polska, Prawo i Sprawiedliwość dzisiaj zapowiada, czego oczekujemy, mianowicie by inne państwa nie ingerowały w sprawy wewnętrzne Polski. To nie są sprawy Berlina, Brukseli, Paryża czy innych stolic europejskich, tylko sprawy, które powinny być załatwiane tu w Warszawie, u nas w kraju, przez Polaków — zaznaczył.

Jednocześnie zaapelował do części mediów, aby nie przestawiały sprawy weta tendencyjnie. Zakończcie państwo sączenie tej propagandy, to zakłamywanie i próbę okłamania Polaków. Polacy wiedzą, jak jest, o czym świadczą te badania. Nie dadzą sobie wmówić, że czarne jest białe — mówił.

Zbigniew Ziobro: Bronimy Unii Europejskiej

Zbigniew Ziobro odrzucił również sugestie o rzekomych atakach na Unię Europejską ze strony rządzących. Wbrew narracji niektórych mediów i ośrodków politycznych Solidarna Polska, ja jako minister sprawiedliwości i cały rząd Zjednoczonej Prawicy, nie atakujemy UE. My bronimy UE w jej aktualnym, traktatowym kształcie — mówił. Jeżeli ktoś dziś dopuszcza się zamachu na UE, atakuje podstawy UE, to prezydencja niemiecka, która proponuje rozwiązanie, które jest w sposób oczywisty sprzeczna z traktatami — podkreślał.

Propozycja Ursuli von der Leyen

Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen powiedziała w środę w Parlamencie Europejskim, że państwa, które mają wątpliwości ws. mechanizmu praworządności, mogą zgłosić zastrzeżenia do Trybunału Sprawiedliwości UE. To jest miejsce, w którym normalnie dochodzi do wyjaśnienia kwestii prawnych — zaznaczyła.

Zbigniew Ziobro pytany na konferencji prasowej, czy jest możliwość, by taka droga została wykorzystana, odparł, że „dziwi się pani przewodniczącej, że nie zna traktatów regulujących działanie Komisji Europejskiej”. Te traktaty (…) w sposób jednoznaczny przesądzają, że TSUE nie jest kompetentny do tego, żeby oceniać mechanizmy praworządności. W związku z tym to jest zastanawiające, skąd ta demagogiczna propozycja pani von der Leyen. Zdaje się, że to jest dowód na to, że działa w złej wierze — ocenił. Jego zdaniem, szefowa KE „chce forsować rozwiązania, o których wie, że są bezprawiem”. Jak mówił, prowadziłoby to do tego, że proponowane już „bezprawie” byłoby badane „kolejnym bezprawiem, które miałoby służyć jego uwiarygodnieniu”.

Zbigniew Ziobro wyraził też przekonanie, że von der Leyen jako „przedstawicielka narodu niemieckiego” powinna w sposób szczególny „zwracać uwagę na zgodność działania z literą prawą”. Historia nie tak odległa pokazuje, że ci, którzy łamali prawo kiedyś - też działając w ramach mechanizmów demokratycznych - doprowadzili do konsekwencji, które Europa pamięta do dzisiaj bardzo boleśnie — powiedział. Szef MS życzył przy tym szefowej KE „uważnej lektury traktatów europejskich” oraz „szacunku dla tych traktatów”. Ci, którzy chcą dzisiaj forsować rozwiązania, które są sprzeczne z traktatami europejskimi, są tak naprawdę agresorami wobec Unii Europejskiej i dopuszczaj się na nią zamachu — ocenił.

Negocjacje ws. unijnego budżetu

Państwa członkowskie UE nie osiągnęły w ubiegły poniedziałek jednomyślności ws. wieloletniego budżetu UE i decyzji ws. funduszu odbudowy. Polska i Węgry zgłosiły zastrzeżenia w związku z rozporządzeniem dotyczącym powiązania środków unijnych z tzw. praworządnością. Rozporządzenie przyjęto większością kwalifikowaną państw członkowskich. Obecne negocjacje prowadzi prezydencja niemiecka. Kanclerz Angela Merkel po czwartkowym wideoszczycie UE powiedziała, że trzeba kontynuować rozmowy z Węgrami i Polską. Istnieje konsensus w sprawie budżetu UE, ale nie w sprawie mechanizmu praworządności — podkreśliła. Obiecała, że Niemcy, które obecnie sprawują prezydencję w UE, zbadają wszystkie możliwe opcje.

Premier Mateusz Morawiecki zapowiedział wcześniej, że Polska na pewno skorzysta z prawa do sprzeciwu, jeśli nie będzie satysfakcjonującego Warszawę porozumienia w sprawie powiązania kwestii praworządności z budżetem UE. Premier Węgier Viktor Orban skierował list do niemieckiej prezydencji i szefów unijnych instytucji, w którym zagroził zawetowaniem budżetu UE i funduszu odbudowy, jeśli wypłata środków będzie powiązana z kwestią praworządności.

Tekst i zdjęcia za: https://wpolityce.pl/polityka/528047-ziobro-ws-weta-w-negocjacjach-nie-mozna-byc-miekiszonem

„Soros Sorosem – dla mnie on jest zdefiniowany, ale największą tragedią w tej chwili jest to, że w Polsce po stronie opozycyjnej nie ma żadnego dyskursu, na który problem, w którym znalazła się Polska, zasługuje. I to jest największy problem, który ja w tej chwili widzę”- mówi portalowi wPolityce.pl eurodeputowany Patryk Jaki (Solidarna Polska).

wPolityce.pl (Anna Wiejak): George Soros napisał, że „Unia Europejska nie może sobie pozwolić na kompromis w sprawie praworządności, stosowanej przy wypłacie funduszy państwom członkowskim”. To mocny głos nacisku na Berlin i Brukselę. W jakich kategoriach go odczytywać? Na ile ma on moc sprawczą? Czy mamy się czego obawiać?

Patryk Jaki: Wiadomo, że George Soros nigdy nie ukrywał, jaki jest cel prowadzonej przez niego działalności politycznej, to znaczy mówił, że chce stworzyć organizacje, które będą promowały pewną kategorię w mojej ocenie antywartości. Po to wydaje te pieniądze i po to ma na świecie ponad sto różnego rodzaju organizacji, które wpływają na politykę. I to zawsze była doktryna liberalno-lewacka. Jego zaangażowanie może też pokazywać, o co tutaj chodzi. Może pokazywać, że jeżeli tak bardzo mu na tym zależy, a przecież wiemy, że różne definicje praworządności przyjmowane przez instytucje europejskie, które teraz mają nas oceniać, wpisują się dokładnie w to, co mówi Soros i jego organizacje, to można powiedzieć, że to jest jakaś taka ich wspólnota interesów, na której przeciwległym biegunie jest interes polskiego państwa, które walczy o to, żeby zachować prawdziwą wolność. Wolność, która wyraża się w tym, czy wybory w Polsce jeszcze będą miały jakikolwiek sens, bo jeżeli zgodzilibyśmy się na powiązanie funduszy z tzw. praworządnością, a tak naprawdę na powiązanie funduszy z ideologią, to będzie oznaczało, że w przyszłości Polacy mogą wybierać sobie jakąś partię polityczną i jakiś program, a mimo że to zrobią, to i tak urzędnicy unijni zdecydują za nich, bo dzięki temu narzędziu będą mieli takie możliwości. Po prostu głos Polaków będzie miał coraz mniejsze znaczenie, bo to będzie już związanie ustrojowe. To jest walka o prawdziwą wolność Polski. Dlatego myślę widać zdenerwowanie osób, które chciałyby siłą narzucić jakąś agendę liberalno-lewicową, czego – jeszcze raz podkreślę – Soros i jego organizacje nigdy jakoś specjalnie nie ukrywały.

Czy tych słów nie należy również interpretować jako formy nacisku na Polskę, aby poddała się podbojowi kapitału głównie niemieckiego i podbojowi ideologicznemu?

Soros jest oczywiście jednym z głosów. Nie oceniałbym tego w kategoriach takich, że to jest głos najważniejszy. On na pewno nie reprezentuje interesów niemieckich. On, jeżeli widzi interes, który można realizować z aktualną władzą niemiecką, to mu sprzyja. On po prostu zawsze mówił, że tworzy te organizacje, żeby promować pewien typ polityki. Teraz, kiedy widzi, że ten typ polityki, który akurat jemu pasuje, opanował instytucje europejskie i jest szansa, żeby siłą Polakom narzucić rozwiązania, jako człowiek wyjątkowo inteligentny wie i rozumie, że jest to historyczna szansa, która leży w tej chwili na stole, która może się nigdy nie powtórzyć, a Polacy i Węgrzy się stawiają, i robi wszystko, żeby to dopiąć.

Soros Sorosem – on nigdy nie ukrywał swoich intencji – natomiast dla mnie większym problemem jest zachowanie polskiej opozycji, która w sytuacji, gdy Polsce chce się odebrać uprawnienia na lata, postępuje w taki sposób. Przecież w przyszłości to ograniczenie uprawnień będzie dotyczyło wszystkich władz, a władze UE mogą się też przecież zmienić. To jest kwestia polityki. Mamy do czynienia z kwestią polskiej racji stanu, a nie ma żadnej poważnej debaty w Polsce między rządzącymi a opozycją w sytuacji tak dużej zmiany ustrojowej, w jakiej znalazło się nasze państwo. I to jest w tej chwili największa tragedia Polski. Soros Sorosem – dla mnie on jest zdefiniowany, ale największą tragedią w tej chwili jest to, że w Polsce po stronie opozycyjnej nie ma żadnego dyskursu, na który problem, w którym znalazła się Polska, zasługuje. I to jest największy problem, który ja w tej chwili widzę.

Czy nie odnosi Pan wrażenia, że próbuje nam się narzucić jakąś nową rzeczywistość?

To nawet nie jest wrażenie, to jest fakt. Od dawna próbuje nam się narzucić obce wartości. Wiadomo przecież, że cała ta lewicowa agenda UE jest oparta na syntezie neomarksizmu i myślenia Spinelliego w tym sensie, żeby odejść od państw narodowych i stworzyć jeden międzynarodowy organizm, jedną Unię Europejską, gdzie Polska ze swoją ponad 1000-letnią historią będzie miała mniejsze znaczenie, będzie jakimś województwem w UE. To jest jego cel, nigdy tego nie ukrywał i politycy europejscy również do tego dążą. Elity europejskie do tego dążą, otwarcie przyznając rację Spinelliemu. Można znaleźć na to dowody. Na przykład przy rozpoczęciu tej kadencji PE, gdzie w wystąpieniach liderzy polityczni odnosili się pozytywnie do tej idei. Ale to jest kwestia tożsamości państw narodowych i w ogóle projektu państwa europejskiego. Żeby to się mogło stać i żeby mogło powstać jedno państwo europejskie, to trzeba różnymi metodami kulturowo-tożsamościowymi odciągnąć Polaków i inne narody od tradycyjnie rozumianego patriotyzmu. A można to robić różnymi zabiegami kulturowymi, działalnością organizacji trzeciego sektora, które pokazują, że patriotyzm jest śmieszny, staromodny, starodawny, teraz nie musimy wieszać flagi polskiej, modniejsza jest flaga tęczowa. Ale są też i inne zabiegi. Wiadomo, że twierdzą polskości była tradycyjnie rozumiana rodzina, Kościół, macierzyństwo i również w te wartości Unia Europejska czy jej elity uderzają od lat poprzez sprzyjające im media czy sprzyjających im polityków. To jest gra wielopoziomowa, która na samym końcu ma cel taki, żeby utworzyć państwo europejskie, gdzie tej tożsamości narodowej będzie bardzo niewiele.

Musimy pamiętać, co to oznacza dla Polaków, a mianowicie, że staną się obywatelami drugiej kategorii, że gdyby powstało państwo europejskie, wcale nie będą traktowani tak samo jak Niemcy, bo co kryje się za tymi pięknymi hasłami widzieliśmy w przypadku tzw. dyrektywy transportowej. Pokazuje ona, że niby wspólny rynek, wspólne wartości itd., ale jak polskie firmy radzą sobie lepiej, to prawem trzeba te ich szanse unicestwić. To jest pytanie, czy chcemy być obywatelami drugiej kategorii? Czy jesteśmy w stanie w ogóle zrozumieć ten cały proces, który się w Polsce toczy?

Wspomniał Pan o opozycji, że brak jest po jej stronie rzetelnej debaty i konstruktywnego podejścia do tego problemu, o którym rozmawiamy. Na ile jest to pokłosie działalności organizacji finansowanych przez George’a Sorosa? Czy w tej sytuacji nie należałoby po prostu wyprosić wszystkich organizacji przez niego finansowanych z Polski?

Oczywiście instytucje polskiego państwa muszą działać i muszą widzieć sytuację, w której ktoś namawia do puczu, albo łamie polskie prawo, albo namawia do dezintegracji polskiego państwa. Aczkolwiek ja nie chciałbym się skupiać na Sorosu, bo organizacje przez niego finansowane – oprócz działalności, która jest wątpliwa – prowadzą też działalność, która jest na pewno zgodna z polskim prawem. Ich punkt widzenia – lewacki, związany ze środowiskiem hedonizmu kulturowego – jest zgodny z prawem, chociaż uważam, że dla państwa szkodliwy. Moim obowiązkiem jest mówić, jakie zagrożenia są z tym związane.

Ale jak mówię nie chciałbym się skupiać na Sorosu, bo w tej chwili większym problemem jest to, że nie wszyscy liderzy polskiego państwa są w stanie rozpoznać zagrożenie związane z tą wielką zmianą ustrojową, która może nastąpić razem z przyjęciem tego rozporządzenia. To jest największy dramat. Kiedy był wprowadzany traktat lizboński, który przecież nie szedł tak daleko, jak to rozporządzenie, to w Polsce odbywała się duża, poważna debata. Dzisiaj jesteśmy trzynaście lat później i polskie życie publiczne w sensie jakości debaty publicznej w mojej ocenie wygląda dużo gorzej niż wtedy. Dzisiaj po drugiej stronie często zamiast argumentów merytorycznych, związanych z polską suwerennością, mamy takie opowieści: „A proszę panią, a oni są przeciwko Unii Europejskiej”. To jest największy dramat polskiego państwa.

A z czego on tak dogłębnie w Pana ocenie wynika?

Wynika z tego, że polska opozycja ma duży problem z samodzielnym określeniem długofalowych celów swojej polityki i przyjmuje często agendę, która jest im narzucana albo przez media III RP – nie zawsze ta agenda jest agendą, która nie ma swoich źródeł zagranicą – albo poprzez bardzo silne organizacje i tutaj na przykład związane z Sorosem, środowisko „Gazety Wyborczej”, czy te wszystkie organizacje. To one opozycji narzucają agendę, a opozycja to przyjmuje. Nie widzę po stronie opozycji takiej osobowości, która byłaby w stanie samodzielnie zakreślić cele czy idee, którymi by się mogła kierować. To jest po prostu ta agenda, która przychodzi z zewnątrz i oni się w nią wpisują i ją realizują. Brak jest samodzielnej refleksji u któregokolwiek z liderów, że to jest ograniczanie polskiej suwerenności. Paradoksalnie Donald Tusk to widział, do czego nie chce się przyznać. Pokazuje to, że na opozycji to rzeczywiście była osoba, która reprezentowała dużo większą jakość przy wszystkich jego wadach niż obecni liderzy opozycji. To przede wszystkim wynika z tego. O liderach prawicy można wiele mówić, ale oni samodzielnie widzą i potrafią narzucić tematy, potrafią rozpoznać zagrożenia. Czy robią to lepiej czy gorzej jakościowo, ale potrafią to zdefiniować, ważny spór dla państwa. Natomiast za opozycję definiują to czynniki medialno-zewnętrzno-trzeciosektorowe. I to jest uważam największy problem opozycji.

Dziękuję za rozmowę.

Tekst i zdjęcie za: https://wpolityce.pl/polityka/527426-jaki-wiekszym-problemem-niz-soros-jest-polska-opozycja