Przeskocz do treści

Marek Gizmajer

W PRL 17 stycznia celebrowano jako dzień wyzwolenia Warszawy przez Armię Czerwoną w 1945 roku. Organizowano uroczystości i akademie, składano wieńce pod „pomnikami wdzięczności”. Czy rzeczywiście tego dnia doszło do wyzwolenia? Niemcy wycofali się z doszczętnie zniszczonego miasta, które Sowieci opanowali w kilka godzin. W gruzach ukrywało się do 2000 osób, „warszawskich Robinsonów”.

19 stycznia 1945 roku w odgruzowanych Alejach Jerozolimskich obok ruin Dworca Głównego miała miejsce defilada wyzwolicieli z udziałem 1 Armii WP, a już 24 stycznia Beria donosił Stalinowi o skierowaniu do Warszawy wojsk NKWD „w celu zaprowadzenia należytego porządku”. Wyjaśniał: „Działają grupy operacyjne Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego oraz czekistów celem wykrycia i aresztowania kierownictwa Komendy Głównej AK, NSZ i innych podziemnych partii politycznych”.

W PRL podczas styczniowych uroczystości nawet nie wolno było zastanawiać się nad tym, że Armia Czerwona zajmowała prawobrzeżną Warszawę przez cztery miesiące i czymś musiała się tam zajmować. W połowie września 1944 roku front ustabilizował się. Niemcy po spacyfikowaniu Powstania, masakrze ludności i rabunku mienia (wywieziono 20-40 tysięcy wagonów dóbr) systematycznie burzyli i palili lewobrzeżne miasto. W tym samym czasie pod drugiej stronie Wisły sowieccy i polscy komuniści równie systematycznie zakładali urzędy terroru i pacyfikowali resztki polskiego ruchu oporu. Dwaj agresorzy zawarli kilkumiesięczny nieformalny rozejm aby unicestwić naszą stolicę. Różnica polega na tym, że po wojnie zbrodnie Niemców badano i propagowano przez kilkadziesiąt lat, natomiast zbrodni Rosjan do dziś nie sposób oszacować.

Wymownym symbolem zniewolenia Warszawy przez Sowietów, które rozpoczęło się już cztery miesiące przed symboliczną defiladą w Alejach, stał się pierwszy powojenny pomnik, słynni „czterej śpiący” na Placu Wileńskim. Nigdy nie dowiemy się, czy ta zbieżność liczby cztery jest przypadkowa. Koncepcję „dzieła” opracował niezidentyfikowany do dziś oficer Armii Czerwonej, zaś odsłonięcia dokonał Bolesław Bierut w listopadzie 1945 roku. Widniał na nim napis po polsku i po rosyjsku „Chwała bohaterom Armii Czerwonej” a oficjalna nazwa brzmiała Pomnik Braterstwa Broni (fot. Wikipedia).

Symbolika pomnika była wielowarstwowa, ale jednoznaczna. Trzej żołnierze radzieccy atakowali, byli dynamiczni, heroiczni. Górowali nad całością. To zwycięzcy. Pod nimi biernie stało czterech żołnierzy polskich ze spuszczonymi głowami. To pokonani, w najlepszym razie wartownicy nowego porządku. Symbolem zniewolenia był sam cokół. Istniał już przed wojną i był przeznaczony dla pomnika ks. Ignacego Skorupki, bohatera wojny z 1920 roku, który miał stanąć dokładnie w tym samym miejscu. Ćwierć wieku później Sowieci ukradli symbol naszego zwycięstwa i „przerobili” na swój.

Miejsce monumentu jest symboliczne także dlatego, że stał w samym centrum stalinowskiego systemu represji. Tuż obok niego miały swoje siedziby władze nowej Polski – Krajowa Rada Narodowa i Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej – dwieście metrów dalej nadzorująca je ambasada ZSRS, a w promieniu kilkuset metrów kolejno: Miejski Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, areszt Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, Więzienie Karno-Śledcze nr III Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (słynące z okrucieństwa tzw. Toledo), Kwatera Główna NKWD w Polsce, Trybunał Wojenny Armii Czerwonej, Komenda Miasta, kilka jednostek NKWD i dowództwa Armii Czerwonej. Niektóre funkcjonowały do 1956 roku. Ponieważ historię piszą zwycięzcy, liczby zakatowanych tam Polaków nigdy nie udało się ustalić. IPN wciąż prowadzi prace badawcze, a w Internecie można obejrzeć przejmujący film IPN TV „Na co patrzyli czterej śpiący?”

Gdy zatem w lewobrzeżnej Warszawie trwało jeszcze Powstanie, na Pradze Sowieci wprowadzali terrorem swój ustrój istniejący pół wieku. Pomnik nieistniejącego braterstwa był symbolem zniewolenia nie tylko Warszawy, ale i całej Polski. Zdemontowano go dopiero w 1992 roku, choć spadkobiercy reżimu walczyli o jego przywrócenie jeszcze ponad dwadzieścia lat. Przegrali dopiero w 2015 roku trochę przypadkiem - zbudowano tu stację warszawskiego metra.

6 stycznia 2021 amerykański Kongres na połączonej sesji obu izb miał rozpatrzyć głosy stanowych elektorów na nowego prezydenta USA. Miał też zbadać dowody sfałszowania wyborów na korzyść Joe Bidena w kilku stanach zdominowanych przez Demokratów. Jednak zamiast relacji z sesji świat obiegły relacje z zamieszek i szturmu na Kongres rzekomo zwolenników prezydenta Donalda Trumpa. Światowy mainstream oskarżył o to prezydenta, a jednocześnie Facebook, Twitter i inne media zablokowały jego konta. Na szczęście w Internecie cenzura nie jest skuteczna i można zobaczyć co naprawdę stało się 6 stycznia. Jedną z takich relacji zamieścił Rudy Giuliani, doradca prezydenta Trumpa i były burmistrz Nowego Jorku. Została ona także zablokowana na jego koncie na Facebooku, ale pojawiła się gdzie indziej. Oto skrót:

Szturm Kapitolu nie był związany z pokojowym wiecem Trumpa, choć tak twierdzi mainstream. Był oddzielną, zaplanowaną akcją grupy specjalistów od zamieszek, kotrolowania tłumu i forsowania budynków. Ruszyli do akcji po wiecu. Mieli liny, chemikalia i środki łączności. Byli zorganizowani. Już na wiecu rozpoznano ich jako bojówkarzy anfity przebranych za zwolenników Trumpa. Widać to na filmach. Zostali wpuszczeni do budynku Kongresu przez policję.

Giuliani był burmistrzem i potwierdza, że policja musiała działać za przyzwoleniem władz, bo zamieszki można było spacyfikować błyskawicznie. Tuż obok Kongresu stacjonuje Gwardia Narodowa. Policja biernie obserwowała niszczenie Kapitolu, a wcześniej eskortowała 4 autobusy antify dowiezione na miejsce szturmu (jest to sfilmowane). Na stronie jednego z działaczy antify znajduje się wezwanie do szturmu na Kapitol. Miał on dwa cele: 1) zdyskredytowanie Trumpa i jego zwolenników jako ludzi agresywnych i niebezpiecznych, 2) odwrócenie uwagi od sfałszowania wyborów prezydenckich.

UWAGA: Dzień wcześniej władze 4 stanów spornych przysłały do Kongresu oświadczenia o sfałszowaniu ich wyborów i zażądały od wiceprezydenta Pence’a zwrócenia głosów elektorskich aby przeprowadzić śledztwo i przysłać prawidłową liczbę głosów w ciągu 10 dni. Jeden stan napisał wprost, że chce decertyfikować Bidena. To oznaczało jego przegraną i wywołało panikę Demokratów, którzy zorganizowali szturm na Kapitol. Nie zrobili tego zwolennicy Trumpa. Oni próbowali temu zapobiec. Widać to na wielu filmach. Zrobiły to lewackie bojówki antify, dobrze przeszkolone i zorganizowane, które działały w USA już wcześniej podczas rozruchów w 2020, także za przyzwoleniem lokalnej władzy Demokratów [skrót: p. Marek Gizmajer].

Rudy Giuliani's Common Sense: https://www.facebook.com/Ramadidi108/videos/3515726515148345

Marek Gizmajer

"Nieważne kto głosuje. Ważne kto liczy głosy" - Józef Stalin

Gdy 3 listopada 2020 roku zamykano w USA lokale wyborcze, sztab Republikanów świętował zwycięstwo. Donald Trump zdecydowanie prowadził, także w tzw. stanach niezdecydowanych (swing states) kluczowych dla wyniku, np. w Pensylwanii przewagą ponad 700 tys. głosów, w Michigan 300 tys. Wygrał nawet w Wirginii, czego się nie spodziewał. Łącznie uzyskał 74 mln głosów, o 11 mln więcej niż w 2016 roku, więcej niż Ronald Reagan zwycięski we wszystkich stanach.

Według reguł statystyki, pozostałe do zliczenia głosy na Joe Bidena nie stanowiły zagrożenia. I wtedy zdarzył się cud nad urną. W ciągu kilku nocnych godzin Trump przegrał w swing states jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Aby wyjaśnić to nieprawdopodobne zjawisko powołano zespół prawny pod kierunkiem Rudy Giulianiego (fot. Rudy Giuliani przed komisją Senatu Arizona), byłego prokuratora, pogromcę mafii i burmistrza Nowego Jorku. Jego śledztwo odsłania szokujące informacje.

Nocne głosy

Dzięki danym komputerowym i zeznaniom setek świadków zespół Giulianiego ustalił, że cud nad urną wydarzył się w dużych miastach rządzonych od lat przez Demokratów, np. w Detroit, Philadelphii, Milwaukee, Pittsburghu, Minneapolis, Las Vegas, Phoenix, Atlancie. To właśnie tam, kiedy Trump miał zwycięstwo w kieszeni, lokale wyborcze po zamknięciu zalały setki tysięcy głosów korespondencyjnych na Bidena dając mu niewielką przewagę w gęsto zaludnionych metropoliach, czyli ostatecznie w całym stanie. Np. w kluczowej Pensylwanii 700-tysięczna przewaga Trumpa w ciągu kilku godzin zamieniła się w 60-tysięczną porażkę, przy czym większość głosów zapewniających tę zmianę pochodziła z Philadelphii, w której miesiąc wcześniej skradziono pendrive z kodami dostępu do systemu liczenia, a po wyborach nie można się było doliczyć 47 kolejnych.

Świadkowie zespołu Giulianiego wszędzie wskazują na identyczny scenariusz: do lokali nocą przywożono pliki głosów w pojemnikach, pudłach czy workach bez plomb i kodów zabezpieczających. Często wnoszono je tylnymi drzwiami, wiele głosów znajdowało się w czystych kopertach. Nie wiadomo, co się z nimi potem działo, bo do ich liczenia nie dopuszczono mężów zaufania Donalda Trumpa.

Głosy z zaświatów

W trakcie głosowań też miały miejsce dziwne zjawiska. W Pensylwanii, Wisconsin, Michigan i Georgii liczba głosów nieważnych była kilka razy wyższa niż zwykle, a liczba głosów warunkowych (provisional), tj. bez jednoznacznej identyfikacji wyborcy, wyższa kilkanaście razy. Przykładowo, w Pittsburghu było ich ok. 17 tysięcy, choć zwykle jest około tysiąca. W Wisconsin oddano ok. 120 tysięcy tzw. głosów nieobecnych (absentee), czyli poza własnym okręgiem, pocztą lub przez pełnomocnika, choć zwykle ok. 20 tys. Te tajemnicze 100 tysięcy oddano na Bidena.

W niektórych miastach liczba głosów była większa niż liczba mieszkańców. W Detroit taka sytuacja miała miejsce w 2/3 okręgów. W rekordowym zagłosowało nawet 350% wyborców. Natomiast w półmilionowym Milwaukee (Stan Wisconsin) zagłosowało ich “tylko” 105%, zapewniając Bidenowi zwycięstwo o ok. 20.000 głosów (fot. Prezydent Trump i jeden z dowodów fałszerstwa).

Świadkowie zeznawali też o podmienianiu podpisów i nazwisk, przypisywaniu głosów innym osobom, głosowaniu po kilka razy, głosowaniu zmarłych, a nawet o ich wnioskowaniu o udział w wyborach. Takich przypadków były tysiące. Choć prawo zakazuje poprawiania głosów (np. adresu, pisowni), w Philadelphii i Pittsburghu wyborcy Demokratów mogli je poprawiać. Z kolei w Georgii system liczący zarejestrował 100 tys. głosów korespondencyjnych, których nie okazano komisji. Rudy Giuliani podsumował, że w tych wyborach zastosowano wszystkie znane techniki fałszowania.

Za dużo gazu

Istotne ustalenia śledczych dotyczą też tego, kto, gdzie i jak liczył głosy. 27 stanów, także swing states, używa urządzeń kanadyjskiej firmy Dominion Voting Systems Corporation. Jej podwykonawcą jest Smartmatic Corporation założona w 2000 roku w Wenezueli w otoczeniu dyktatora Hugo Chaveza, który czterokrotnie wygrał wybory prezydenckie. Giuliani twierdzi, że właśnie po to tę firmę założono. Jej oprogramowanie stosowano także w innych krajach Ameryki Łacińskiej. W USA działało wadliwie w 2000 roku w wyborach prezydenckich, a w 2007 roku na burmistrza Chicago, kiedy to głosy były liczone za granicą. Dominion i Smartmatic obecnie zapewniły zwycięstwo Joe Bidenowi licząc głosy amerykańskich wyborców w Niemczech. Warto dodać, że prezesem Smartmatic jest były brytyjski dyplomata Malloch Brown, współpracownik miliardera George’a Sorosa.

Informatyczne oszustwa wyborcze są trudne do wykrycia, bo zwykle wprowadzają małe anomalie nie rzucające się w oczy, np. algorytm generujący w różnych miejscach dodatkowe poparcie rzędu 2-3%. Zastosowano go np. Wenezueli i Argentynie. Zdaniem Giulianiego, miało do tego dojść także obecnie w USA, ale nie spodziewano się ogromnego zwycięstwa Trumpa, które wymagało wygenerowania jeszcze większej liczby głosów na Bidena. Doszło do wpadek, których nie dało się zamieść pod dywan. Np. w republikańskim Hrabstwie Antrim (Stan Michigan) już przy zamknięciu lokali Trump zdecydowanie przegrał, choć 4 lata temu zdecydowanie wygrał. Wyglądało to na anomalię i wszczęto dochodzenie. Okazało się, że Smartmatic po prostu elektronicznie przerzucił kilka tysięcy głosów z Trumpa na Bidena. Władze tłumaczyły, że to tylko błąd sprawozdawczy (fot. Przesłuchanie Komisji Senatu Michigan).

W dużych miastach nie było już takich błędów, ale był nocny zalew setek tysięcy głosów na Bidena liczonych poza kontrolą, które na informatycznych wykresach wykazują nagły gigantyczny wzrost sprzeczny z zasadami statystyki, a w dodatku przewyższający techniczną wydajność maszyn liczących. Nieprawidłowość widać jak na dłoni. Sam Donald Trump podsumował: “Dodali za dużo gazu i zostali przyłapani”. Nic dziwnego, że już Jimmy Carter przestrzegał przed głosowaniem korespondencyjnym jako najmniej bezpiecznym.

Co teraz?

Wbrew mainstreamowym mediom, dla których Joe Biden jest już 46 prezydentem, wybory nadal trwają, a adwokaci Republikanów nie składają broni. Z jednej strony organizują przesłuchania świadków przed legislaturami stanowymi mogącymi wstrzymać tzw. certyfikację wyników, a z drugiej wszczynają powództwa sądowe. Odnoszą już zwycięstwa. W Pensylwanii przesłuchanie wykazało, że ponad 670 tys. głosów zarejestrowano bez żadnej kontroli, czyli niezgodnie z prawem, i sąd stanowy wstrzymał certyfikację. Stan ten powołuje aż 20 elektorów, bez których Biden praktycznie straci większość.

W poniedziałek 30 listopada odbyły się przesłuchania w Michigan i Arizonie, gdzie kolejni mężowie zaufania Trumpa zeznali, że nie byli dopuszczeni do liczenia głosów, a powołany na świadka płk Phil Waldron stwierdził manipulację Dominion z udziałem Wenezueli i Iranu (fot. Sidney Powell w Waszyngtonie, za: The Epoch Times).

Pozwy wniesiono w Michigan, Newadzie i Georgii, gdzie adwokat Sidney Powell, była prokurator federalna, postawiła 30 zarzutów fałszowania. Jej eksperci wykazali, że w maszynach liczących Dominion można łatwo wprowadzać złośliwe kody, unieważniać wybrane głosy manipulując skanerem i wysyłać dane poza system przez Internet. Sidney Powell wykazała także ingerencję Iranu i Chin w oprogramowanie, powołując agentów wywiadu wojskowego na rzeczoznawców.

Sąd w Georgii nakazał już zajęcie urządzeń Dominion, a sąd w Newadzie kontrolę sprzętu i głosów. Jednocześnie we Frankfurcie Siły Specjalne USA przejęły serwery przetwarzające dane. Prezydent Donald Trump ma przyjechać do Georgii w sobotę 5 grudnia na spotkania wyborcze z senatorami.

Wyborom towarzyszy stronnicza kampania mediów mainstreamowych, a nawet społecznościowych. Projekt badawczy dr Roberta Epsteina z Cambridge Center for Behavioral Studies ujawnił, że wyszukiwarka Google faworyzowała Joe Bidena i przypominała o głosowaniu tylko jego zwolennikom, co mogło mu przysporzyć co najmniej kilka milionów głosów. Ostatnio Twitter zablokował stronę Sidney Powell, a Facebook cenzuruje wszelkie treści korzystne dla Donalda Trumpa.

Całą batalię relacjonują na bieżąco internetowe media spoza mainstreamu, np. One American News Network, Newsmax TV, America Latest News, NTD News oraz Rudy Giuliani w autorskim kanale "Common Sense": Rudy Giuliani's Common Sense - YouTube

W języku polskim informacje codziennie relacjonuje polonijny bloger Artur Kalbarczyk: Artur Kalbarczyk - YouTube

Wiadomości z pola walki nadchodzą praktycznie codziennie. Stawka jest wysoka. Jeśli wyborca nie ma głosu, nie ma demokracji.

Marek Gizmajer

Warszawa - Nowy Jork. Filmy odkrywają prawdę i uczą zwyciężać. Sukces II Festiwalu Polskich Filmów Dokumentalnych. W dniach 25-27 października w Centrum Polsko-Słowiańskim odbył się II Festiwal Polskich Filmów Dokumentalnych Warszawa – Nowy Jork zorganizowany przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy z Polski. Patronat honorowy objął Sekretarz Stanu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa narodowego, a patronat medialny nieoceniony Kurier Plus. Dwa tygodnie wcześniej projekcje miały miejsce w Klubie Katolickim AMICUS przy kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Obie imprezy cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, po filmach toczyły się długie Polaków rozmowy z udziałem reżyserów.

Wstępem do części nowojorskiej była projekcja filmu „Tam, gdzie rozpoczęła się II wojna światowa” Bogusława Olszonowicza w szkole przy parafii Matki Boskiej Częstochowskiej i św. Kazimierza. Była obrazem praktycznej lekcji historii dla młodzieży przeprowadzonej z wykorzystaniem militarnych rekwizytów na terenie walk w składnicy tranzytowej na Westerplatte 1 września 1939 r. Młodego kawalera najlepiej uczyć historii dając mu mundur, hełm i broń oraz stawiając w prawdziwym gnieździe karabinu maszynowego. Lekcji nie zapomni.

Na dzień przed rozpoczęciem festiwalu w galerii Kuriera Plus odbył się też wieczór autorski Bartosza Gawrona, motocyklisty i autora reportaży filmowych z tegorocznego XIX Międzynarodowego Motocyklowego Rajdu Katyńskiego. Widzowie obejrzeli unikalne relacje i usłyszeli zapierające dech świadectwa Polaków na Kresach, a długie rozmowy trwały do późna. Nie ulega wątpliwości, że bez względu na granice jest nas 60 milionów.

Przed południem pierwszego dnia festiwalu Bartosz Gawron opowiedział o swoich doświadczeniach rajdowych także uczniom polskiej szkoły przy Parafii św. Cyryla i Metodego, ilustrując je najciekawszymi fragmentami swoich filmów i organizując konkursy z nagrodami. Młodzi Polacy okazali się wspaniałymi widzami, nauczycielka Dorota Rutkowska pasjonatką jazdy motocyklowej a pani dyrektor Dorota Andraka niewyczerpanym źródłem pomysłów na kolejne wspólne przedsięwzięcia dla uczniów.

Festiwal został podzielony na trzy bloki tematyczne wymienione w jego tytule: „Reduty – zbrodnie – echa”. Uroczystego otwarcia dokonał Skarbnik PSC Zbigniew Solarz. Pierwszego dnia widzowie obejrzeli filmy o dwóch redutach września 39. „Polskie Termopile” w reż. Leszka Wiśniewskiego to obraz bitwy pod Wizną, w której 720 polskich żołnierzy przez trzy dni nie przepuściło kilkudziesięciokrotnie silniejszych sił niemieckich. Skapitulowali gdy zabrakło amunicji a Niemcy zagrozili rozstrzelaniem jeńców. Dowódca kpt. Raginis odebrał sobie życie. „Major Hubal” w reż. Błażeja Pyrki i Marcina Mielczarka to opowieść o losach mjr. Henryka Dobrzańskiego, którego oddział liczący od kilkudziesięciu do ponad 300 żołnierzy przez pół roku stawiał czoła 8000-tysięcznej grupie Wehrmachtu, SS i czołgów. Polacy w obu redutach wytrwali do końca, a pointę dopowiedział po latach szwedzki zespół rockowy Sabaton w piosence o Polskich Termopilach: nie atakuj Polaków jeśli nie masz przewagi 40 do 1.

Kolejny dzień pokazów zdominowały zbrodnie. „Piaśnica – Golgota Pomorza” w reż. Magdaleny Biernackiej to obraz niemieckich zbrodni na kilkunastu tysiącach polskich cywilów na Pomorzu Gdańskim. Egzekucje w lasach piaśnickich rozpoczęły się już w październiku 1939 roku. Były częścią Intelligenzaktion, w której Niemcy zgładzili ponad 30 tysięcy przedstawicieli polskich elit. Natomiast tytułowy „Niepotrzebny świadek” z filmu Anny T. Pietraszek to ks. Zdzisław Peszkowski, kapelan Rodzin Katyńskich, który kilkadziesiąt lat po wojnie walczył z postkomunistycznymi władzami w Polsce i Rosji o upamiętnienie zbrodni w Katyniu. Zwyciężył mimo wszystko. Wywalczonego przez niego memoriału już nikt nie usunie, podobnie jak wielu innych polskich miejsc pamięci na Wschodzie, do których co roku docierają rajdy motocyklowe. Ich komandor Wiktor Węgrzyn opowiada o tym w filmie Bartosza Gawrona „Kochał Polskę i ty ją kochaj”.

Echa tamtej wojny trwały długo po jej zakończeniu. Kolejny film Anny T. Pietraszek „Polskie Orlęta na pakistańskim niebie” przedstawia losy 30 polskich lotników Royal Air Force, którzy po II wojnie światowej nie mogli wrócić do Polski. W 1948 roku wyjechali do Pakistanu, gdzie pod dowództwem kpt. Władysława Turowicza stworzyli od podstaw Pakistańskie Siły Powietrzne. Dziś Pakistan należy do czołówki światowych supermocarstw, ma broń atomową, lotniskowce i satelity, a jego dowódcy z wielką czcią wspominają swoich polskich instruktorów. Polacy pozornie przegrani potrafią dokonywać cudów.

Wojenne echa ożywają po dziś dzień. Na początku XXI wieku kibice piłki nożnej w całej Polsce stoczyli z postkomunistycznymi władzami długi bój o pamięć o naszych narodowych bohaterach sprzed dziesięcioleci, zwłaszcza o Żołnierzach Niezłomnych. Byli kontynuatorami ruchu Solidarności z początku lat 80-tych. Skandowali „Donald matole, twój rząd obalą kibole”. Pomimo szykan i aresztowań wytrwali. I wygrali. Ich historię opowiedział M. Pilis w „Buncie stadionów”. Po rządach Donalda nie ma nawet śladu.

Festiwal zamknęła uroczyście pani Wiceprezes PSC Danuta Bronhard zapraszając organizatorów na kolejną edycję w przyszłym roku. Czy warto pokazywać takie filmy? Polska wstaje z kolan w sferze ducha, ale droga do zwycięstwa w sferze materii jeszcze daleka. Nie miejmy złudzeń, walka o naszą tożsamość i pozycję trwa i będzie trwała długo. Jak mawiał Piłsudski, Polska będzie wielka albo żadna. Mamy znakomitych dokumentalistów, a ich dzieła niosą fundamentalne przesłania. Trzeba je pokazywać, bo w epoce wizji najlepszym orężem w walce o ducha są właśnie ruchome obrazy. Odkrywają prawdę, usuwają białe plany, pokazują drogę, uczą zwyciężać.

Tekst i zdjęcie za: http://www.polishslaviccenter.org/m,6749,a,8983,sukces-ii-festiwalu-polskich-filmow-dokumentalnych.html

REDUTY - ZBRODNIE - ECHA. W piątek 25 października w siedzibie Centrum Polsko - Słowiańskiego odbyła się druga edycja Festiwalu Polskich Filmów Dokumentalnych, Festiwal otworzył Zbigniew Solarz, pełniący funkcję skarbnika Centrum Polsko - Słowiańskiego. Podczas uroczystości obecny był organizator festiwalu Marek Gizmajer Prezes Zarządu Głównego Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy oraz reżyserzy filmów. Po projekcji można było porozmawiać z gośćmi z Polski na otwarciu festiwalu byli obecni Bartosz Gawron, Marcin Mielczarek oraz Błażej Pyrka z każdym z reżyserów po projekcji można było zadawać pytania.

Na widowni oprócz licznie zgromadzonej Polonii, która jest żywo zainteresowana historią Polski obecna była również polonijna młodzież ze szkoły Cyryla i Metodego na Greenpoincie. Festiwal trwał trzy dni i organizowało je Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy i Fundacja Kultury „Wspólna Sprawa” z Polski. II Festiwal Polskich Filmów Dokumentalnych pt. REDUTY – ZBRODNIE – ECHA poświęcony II wojnie światowej, zorganizowany pod patronatem honorowym Sekretarza Stanu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego we współpracy z Muzeum Piaśnickim w Wejherowie. Wydarzenie to zostało wpisane w oficjalne kalendarium obchodów 80 rocznicy wybuchu wojny przez Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, zaś patronat medialny objął nowojorski tygodnik Kurier Plus.

Podczas trzech festiwalowych dni widzowie mogli zobaczyć na ekranie dwie reduty września ’39 i posłuchać relacji ich ostatnich żyjących obrońców, zilustrowanych współczesnymi inscenizacjami (fot. p. Agnieszka Granatowska). “Polskie Termopile” to film o bitwie pod Wizną, w której siły niemieckie przez trzy dni nie mogły pokonać Polaków pomimo kilkudziesięciokrotnej przewagi liczebnej. Inny bohater września mjr Henryk Dobrzański, tytułowy “Major Hubal”, wytrwał w swojej reducie wraz z oddziałem pół roku.

- Wśród wielu białych plam naszej historii przypomnimy niemieckie zbrodnie wojenne na ludności cywilnej Pomorza, których skala i założenia zasługują na miano “pierwszego Katynia”. W lasach Piaśnicy od października 1939 do kwietnia 1940 roku niemieckie formacje zbrojne wymordowały kilkanaście tysięcy Polaków w ramach akcji Intelligenzaktion, która na terenie całego Pomorza Gdańskiego pochłonęła ponad 30-40 tys. ofiar, polską elitę polityczną, gospodarczą i intelektualną. Zbrodnie te są w Polsce szerzej nagłaśniane i upamiętniane dopiero od kilku lat, w dużej mierze dzięki wysiłkom Muzeum Piaśnickiego w Wejherowie – powiedział Marek Gizmajer.

Festiwalowi goście (fot. p. Agnieszka Granatowska) mogli również zobaczyć film „Niepotrzebny świadek” w reż. Anny T. Pietraszek. Który opowiada o losach ks. Zdzisława Peszkowskiego, który kilkadziesiąt lat po wojnie walczył o godne upamiętnienie ofiar Katynia. Z kolei “Polskie Orlęta na pakistańskim niebie” tej samej autorki to film o wciąż nieznanych losach polskich lotników Royal Air Force, którzy po 1945 roku nie mogąc wrócić do PRL wyjechali do Pakistanu aby od podstaw stworzyć siły powietrzne tego młodego państwa. “Kochał Polskę i ty ją kochaj...” to relacja z wciąż organizowanych Motocyklowych Rajdów Katyńskich. “Bunt stadionów” w reż. Mariusza Pilisa pokazuje młodych Polaków, którzy jeszcze kilka lat temu toczyli z władzami nierówny bój o pamięć o narodowych bohaterach sprzed dziesięcioleci. - Wydarzeniem tym kontynuujemy Festiwal Polskich Filmów Dokumentalnych pt. “Polska wierząca, walcząca, trwająca” zorganizowany w 2018 roku przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy w Hunter College w Nowym Jorku przy wsparciu finansowym Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Starych i nowych widzów zapraszamy serdecznie w gościnne mury Centrum Polsko-Słowiańskiego – kończy Marek Gizmajer.

Tekst i zdjęcia za: http://www.polishslaviccenter.org/m,6749,a,8971,ii-festiwal-polskich-filmow-dokumentalnych-w-centrum-polsko-slowianskim-w-nowym-jorku.html

W ostatnią sobotę (22 czerwca 2019 roku) w Częstochowie wybrano nowe władze Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy w Polsce. Są to:

Prezes / red. Marek Gizmajer, Warszawa/Izabelin.
Wiceprezes / dr Mirosław Boruta, Kraków.
Wiceprezes / ks. dr Kazimierz Szymczycha SVD, sekretarz Komisji Episkopatu Polski ds. Misji.
Sekretarz / red. Anna Dąbrowska, Częstochowa.
Skarbnik / red. Bogusław Olszonowicz, Gdańsk.

Wybrano także trzyosobowe składy Komisji Rewizyjnej i Sądu Koleżeńskiego.