Przeskocz do treści

Marek Gizmajer

Naród bez pamięci traci tożsamość, bez bohaterów wzorce. To dlatego filarem historycznej propagandy PRL było wypaczanie pamięci o wielkich Polakach XX-lecia, Polskim Państwie Podziemnym czy powstaniu antykomunistycznym lat 50-tych. Kłamstwa o nich wpajano dwóm pokoleniom tak skutecznie, że do dziś wiele osób, nawet wykształconych i dobrej woli, bezwiednie powiela komunistyczną propagandę.

Józef Piłsudski to jeden z najbardziej jaskrawych przykładów. Przez pół wieku oczerniany i wyśmiewany, prawdziwie opisywany tylko na Zachodzie i w drugim obiegu, dopiero po 1989 roku zaczął odzyskiwać należne miejsce w historii. Wydarzenia, w których uczestniczył w maju 1926 roku, przez kilkadziesiąt lat przezywano przewrotem albo zamachem stanu i porównywano z puczami faszystowskimi, w najlepszym razie dyktaturą. Prawdę opisał przede wszystkim prof. Władysław Jędrzejewicz, dyrektor nowojorskiego Instytutu Piłsudskiego i autor 4-tomowego „Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego”, które w Polsce ukazało się dopiero w 2004 roku (fot. Józef Piłsudski i Gabriel Narutowicz).

W latach 20-tych Polska boleśnie odczuwała skutki rozbiorów, Wielkiej Wojny i światowego kryzysu, potęgowane przez wrogość sąsiadów. W 1922 roku zwolennik Narodowej Demokracji zamordował prezydenta Narutowicza, zaś Niemcy i Rosja podpisały w Rapallo układ o współpracy militarnej (fot. Niemiecko-rosyjski układ w Rapallo), która ostatecznie umożliwiła im rozpętanie II wojny światowej. Rok później w Locarno mocarstwa europejskie zawarły traktat gwarantujący nienaruszalność ich granic, ale nie Polski. W tym samym czasie prezydent Wojciechowski sprzeciwiał się wzmacnianiu wojska zgodnie z dewizą „Francja nas obroni”, w Sejmie dominowały walki partyjne, rządy zmieniały się często, wybuchały afery, działała sowiecka agentura, panowało bezrobocie i dochodziło do krwawych rozruchów. W 1926 roku inflacja osiągnęła 50%. Polska słabła i pogrążała się w chaosie.

10 maja 1926 do władzy ponownie doszły ugrupowania odpowiedzialne za destabilizację kraju i śmierć Narutowicza. Politycy związani z endecją zwalczali i prowokowali Piłsudskiego. 11 maja skonfiskowali gazetę, której udzielił wywiadu. W Warszawie doszło do manifestacji w jego obronie. Ostatecznie zachęcany przez środowiska niepodległościowe i legionowe postanowił porozmawiać z prezydentem aby wesprzeć go opanowaniu kryzysu państwa. 12 maja rano wyjechał z Sulejówka do stolicy na spotkanie. Na rozkaz gen. Orlicz-Dreszera towarzyszyło mu 380 ułanów z 7 pułku aby zamanifestować poparcie wojska i wzmocnić siłę nacisku na rząd.

Jak ustalił prof. Włodzimierz Suleja z IPN we Wrocławiu, w dokumentach i innych materiałach źródłowych nie ma żadnych śladów organizowania zamachu przez Marszałka. Nie było żadnych jawnych ani tajnych planów, porozumień czy rozkazów. Nie było zamachowców. Wyjazd Piłsudskiego na rozmowy był jawny i czysto demonstracyjny. Jego działania były pozbawione elementu zaskoczenia, a nawet improwizowane. Towarzysząca mu ułańska eskorta nie była przygotowana do działań militarnych. Kawaleria w ogóle nie nadaje się do walk miejskich (fot. Ul. Marszałkowska przy Pl. Zbawiciela). Aleksandra Piłsudska wspominała, że mąż miał wrócić do domu na obiad po zakończeniu rozmów.

Jednak rząd, politycy i skupieni wokół nich wojskowi postanowili wykorzystać okazję do rozprawy z Marszałkiem i w pośpiechu wysłali do Warszawy oddziały bojowe. Z archiwaliów wynika, że gotowi byli użyć siły nawet bez rokowań. Pozostający pod ich wpływem prezydent w spotkaniu na moście Poniatowskiego ok. godz. 16:00 potraktował Piłsudskiego arogancko i odrzucił propozycję dialogu (fot. Na Moście Poniatowskiego 12 maja 1926 roku). Około godziny 18:00 strona rządowa otworzyła ogień. Pierwsze strzały oddał 30 pułk piechoty na Pl. Zamkowym.

Marszałek był zaskoczony, ale nie uległ presji. Zdając sobie sprawę z bezsensu bratobójczej walki kilka razy wzywał do zawieszenia broni. Jednak Wojciechowski uporczywie je odrzucał, zaś podlegający mu wojskowi nastawali na rozwiązanie siłowe, a nawet wydali rozkaz bombardowania obiektów cywilnych. Ku stolicy zaczęły napływać oddziały obu stron. W rekordowym tempie u boku Piłsudskiego stawił się 13 pułk piechoty z Pułtuska, w ciągu jednego dnia przebywając 60-kilometrową trasę w pełnym rynsztunku (fot. Dziadek autora, st.sierż. Paweł Kapusta z 13 p.p.).

Ludność Warszawy masowo popierała swojego „Dziadka”. 13 maja Piłsudski zdobył Belweder, a członkowie rządu uciekli do Wilanowa, gdzie snuli jeszcze plany ucieczki do Poznania aby… wzniecić wojnę domową. Ostatecznie przed godz. 18:00 wraz z prezydentem podali się do dymisji, strzały umilkły. Zginęło 215 żołnierzy i 164 cywili, rannych zostało 920 osób.

17 maja odbył się wspólny pogrzeb żołnierzy obu stron. Piłsudski wydał pojednawczą odezwę do całego wojska. Nie szukał winnych, nikogo nie ukarał, wszystkich wezwał do wspólnej pracy dla ojczyzny. W późniejszych latach żołnierzy przeciwnika, do których należał np. Władysław Anders, traktował i awansował tak samo jak sprzymierzeńców. Od Papieża Piusa XI otrzymał błogosławieństwo. Został też wybrany na prezydenta, ale wbrew powszechnej presji nie przyjął stanowiska.

Wypadki majowe odczuł jako wielki dramat (fot. Żołnierze Piłsudskiego przed Belwederem). Jego żona wspominała: „postarzał się o dziesięć lat. Wyglądał tak, jakby stracił połowę ciała. Oczy zapadły się głęboko od zmęczenia. Tylko raz widziałam męża w podobnym stanie – było to na kilka godzin przed śmiercią. Te trzy dni wycisnęły na nim bezlitosne piętno do końca życia. Zdawało się, że jakiś wielki ciężar przygniata mu barki. Miał wtedy absolutną władze w rękach. Był dyktatorem. W każdej chwili mógł stać się nim formalnie. Z różnych partii szły sugestie w tym kierunku. Monarchiści nalegali, aby ogłosił się królem. Odpowiedział im z dużą dozą sarkastycznego humoru: Zgodzę się pod warunkiem, że tron będą dziedziczyły kobiety, a pan małżonek nie będzie miał prawa wtrącać się do niczego.” Jednemu z zagranicznych dziennikarzy wyjaśnił: „Jestem człowiekiem silnym, lubię decydować sam. Ale gdy patrzę na historię mojej ojczyzny, nie wierzę, aby można było rządzić w niej batem. Nie, nie jestem za dyktaturą w Polsce.”

Reasumując, wrogowie Piłsudskiego przechrzcili własną nieudaną prowokację na przewrót czy zamach. Ta narracja o „zamachu na demokrację” jest podsycana do dziś. Uzasadnienie jest proste – przyszło wojsko, była strzelanina, rząd podał się do dymisji a jego przeciwnicy przejęli władzę… W rzeczywistości Marszałek chciał ratować kraj, ale został zaatakowany i wciągnięty w konflikt bez możliwości pertraktacji. Nie on otworzył ogień. Zwyciężył, bo był doświadczonym dowódcą frontowym. Przelew krwi sprowokowali politycy gotowi dla władzy i partyjnych interesów wszcząć nawet wojnę domową w sytuacji zagrożenia zewnętrznego. W propagandzie endeckiej i PRL-owskiej głoszono, że mieli do tego prawo, bo stanowili legalną władzę w odróżnieniu od „zwykłego obywatela” Józefa Piłsudskiego paradującego „nielegalnie” z kawaleryjską asystą.

Jak widać, historia nie zawsze jest tak prosta, jak nam się wydaje. Jako ciekawostkę można dodać, że Marszałek zmarł dokładnie w rocznicę wypadków majowych, 12 maja 1935 roku. Podobna zbieżność miała miejsce w życiu Władysława Andersa, który 12 maja 1944 roku rozpoczął zwycięski szturm na Monte Cassino, a zmarł 12 maja 1970 r. Prawda jest nie tylko ciekawa, ale i pełna niespodzianek.

Marek Gizmajer

Po 1945 roku walkę z komunistami w Polsce podjęło ponad 200.000 konspiratorów, w tym ok. 20.000 z bronią w ręce. Był to zryw porównywalny z Powstaniem Styczniowym i coraz częściej jest nazywany Powstaniem Antykomunistycznym. Wojskowe struktury regionalne działały do końca lat 40-tych.

1 marca 1951 r. w Areszcie Śledczym Warszawa-Mokotów zamordowano ostatni IV Zarząd Główny Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, w tym jego szefa płk Łukasza Cieplińskiego „Pługa” (fot. obok, kolor M. Kaczmarek). Pod koniec lat 50-tych rozbito ostatnie oddziały polowe. Ostatni żołnierz sierż. Józef Franczak „Lalek” zginął w walce w 1963 r.

Bilans Powstania to ok. 10.000 poległych, 25.000 zamordowanych, 50.000 wywiezionych na wschód, 250.000 osadzonych w więzieniach, obozach i kopalniach, milion represjonowanych. Przez obóz w Jaworznie przeszło ponad 10.000 chłopców w wieku 16-21 lat. Niektórzy dostali wyroki dłuższe od własnego wieku.

Najdłużej więziony Franciszek Cieślak „Szatan” odzyskał wolność po ponad 21 latach, w 1972 roku. Ostatni skazańcy opuścili więzienia w połowie lat 70-tych. Po wyjściu „na wolność” wielu utrudniano zdobycie wykształcenia i pracy, niektórych szykanowano do końca PRL.

Przez lata zohydzano pamięć o Żołnierzach Wyklętych, nazywano ich bandytami i oskarżano o fikcyjne zbrodnie. Wsadzano do cel z Niemcami albo przebierano w niemieckie mundury, jak np. harcerzy Szarych Szeregów wywiezionych na Sybir. Ocalałych pozbawiano praw obywatelskich i majątków. Do dziś dewastowane są ich pomniki.

Dopiero w 2010 r. prezydent Lech Kaczyński ustanowił 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych, a Instytut Pamięci Narodowej poszukuje miejsc pochówku pomordowanych. W Kwaterze Ł na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie odnaleziono szczątki ok. 300 osób. Pierwsze ekshumacje miały miejsce w 2012 roku (fot. 5 Wileńska Brygada AK, kolor M. Kaczmarek). Do dziś ustalono tożsamość kilkudziesięciu osób, w tym legendarnych dowódców Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, Hieronima Dekutowskiego „Zaporę” i ppłk Stanisława Kasznicę, ostatniego dowódcę Narodowych Sił Zbrojnych. Prawdopodobnie spoczywają tu płk. Witold Pilecki i gen. August Fieldorf „Nil”.

W 2013 roku powstał film o ekshumacjach w reżyserii Arkadiusza Gołębiewskiego oraz Fundacja „Łączka” sprawująca opiekę nad Kwaterą Ł. Jej prezesem został Tadeusz M. Płużański, syn więźnia stalinowskiego i autor książek, m.in. „Bestie”, „Lista oprawców” (fot. Marysia Bartnik "Diana", 13-letnia łączniczka zabita w Powstaniu). Na terenie Kwatery wzniesiono też Mauzoleum Wyklętych-Niezłomnych, w którym w dniu odsłonięcia pochowano szczątki pierwszych 35 zidentyfikowanych ofiar.

W 2014 roku na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku odnaleziono Danutę Siedzikównę „Inkę”, sanitariuszkę 5 Brygady Wileńskiej AK zamordowaną metodą katyńską w przeddzień jej 18 urodzin. Straciła oboje rodziców, nie prosiła o ułaskawienie, w grypsie do sióstr napisała „Powiedzcie babci, że zachowałam się jak trzeba”. Jej szczątki znajdowały się w skrzyni bez wieka zakopanej przy cmentarnym chodniku. W 2015 roku zidentyfikowano czaszkę sierż. Józefa Franczaka „Lalka”. Kilkadziesiąt lat była eksponatem dydaktycznym w Akademii Medycznej w Lublinie.

Instytut Pamięci Narodowej prowadził i nadal prowadzi prace ekshumacyjne w wielu miejscach, np. na terenie więzienia mokotowskiego w Warszawie, Cmentarza Rakowickiego w Krakowie, aresztu śledczego UB w Białymstoku czy więzienia śledczo-karnego w Pomiechówku (fot. gen. Stanisław Sojczyński "Warszyc", zamordowany w 1947 roku). W lutym 2020 roku w Warszawie otwarto placówkę muzealną IPN w budynku byłej kwatery głównej NKWD przy ul. Strzeleckiej 8, w której w latach 40-tych więziono tysiące działaczy polskiego podziemia. Wielu torturowano, wielu nie przeżyło.

Od niedawna technika komputerowa umożliwia cyfrowe udoskonalanie i kolorowanie starych fotografii, a nawet animowanie twarzy, które po latach zaczynają się poruszać, rozglądać, uśmiechać… Artysta informatyk Mikołaj Kaczmarek uruchomił na Facebooku stronę „Kolor historii”, na której prezentuje odnowione i „uruchomione” przez siebie podobizny m.in. Żołnierzy Wyklętych. Obok pokolorowane przez niego zdjęcie Zosi Riedel ps. "Ster", 15-letniej sanitariuszki rozstrzelanej przez Niemców podczas Rzezi Woli w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego. Strona bije rekordy popularności, ma 90 tys. obserwatorów, nowe zdjęcia są natychmiast powielane, czasem setki razy. Polacy chcą się spotykać ze swoimi bohaterami „twarzą w twarz”. Na jednej z animacji płk Łukasz Ciepliński przez blisko minutę z ciekawością „rozgląda się” dookoła, jakby chciał zrozumieć dzisiejszy świat, a gdy jego wzrok spocznie na tobie… Nie zapomnisz nigdy.

Marek Gizmajer

Chłopcy silni jak stal, oczy patrzą się w dal, nic nie znaczy nam wojny pożoga! Hej sokoli nasz wzrok, w marszu sprężysty krok i pogarda dla śmierci i wroga!

Te słowa piosenki o Powstańcach Warszawskich, które ułożył autor słynnej "Czerwonej zarazy" Józef Szczepański ps. "Ziutek", dobrze oddają osobowość podchorążego Witolda Kieżuna ps. "Wypad", człowieka o stalowej sile na każdym polu walki aż do dziś. Wilnianin, rocznik 1922, absolwent warszawskiego liceum (fot. archiwum domowe) przetrwał piekło dwóch okupacji, wciąż służy Polsce, a jego przesłania są dla niej bezcenne jak drogowskazy.

W Powstaniu walczył w oddziale do zadań specjalnych "Harnaś" batalionu Gustaw". Uczestniczył w zdobyciu Komendy Policji, kościoła Świętego Krzyża i Poczty Głównej, gdzie wsławił się wzięciem do niewoli 14 uzbrojonych Niemców mierząc do nich z zaciętego schmeissera. Za tę akcję koledzy ochrzcili go pseudonimem Wypad. Potem był Krzyż Walecznych i Virtuti Militari wręczony bezpośrednio przez gen. Bora-Komorowskiego.

Roześmiane zdjęcie 22-latka z bronią zdobytą w Komendzie Policji jest jedną z ikon 1944 roku (kolor p. M. Kaczmarek), a jego wciąż aktualne przesłanie dla Polski dotyczy sensu tego zrywu: "To był najwspanialszy okres w naszym życiu, okres, w którym olbrzymia masa ludzi zjednoczyła się w jednej postawie reprezentującej interes ponadosobowy. On udowodnił, że społeczeństwo, które jest podzielone, skłócone, bardzo zróżnicowane, może się złączyć gdy chodzi o ideały wyższego stopnia. Na tym polega kwintesencja całego procesu Powstania, pamięci Powstania, historii Powstania".

Powtarzał wielokrotnie, że dzisiejsze dywagacje na temat jego sensu są absurdalne, bo ono po prostu musiało wybuchnąć. "My przez całą okupację marzyliśmy o tym, by móc odpłacić Niemcom za wszystkie upokorzenia. Wy tego nie zrozumiecie, oni zniszczyli naszą młodość! Z 32 moich kolegów którzy zdali maturę okupację przeżyło 15".

Przytaczał też przesłanki czysto wojskowe. 27 sierpnia Niemcy w obliczu zbliżającego się frontu chcieli zamienić Warszawę w twierdzę i wezwali 100 tysięcy mężczyzn do budowy fortyfikacji. Gdyby warszawiacy odmówili, miałaby miejsce rzeź taka sama jak na Woli, gdzie w ciągu kilku pierwszych dni sierpnia wymordowano kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Gdyby zbudowali fortyfikacje, sowieci zrównaliby miasto z ziemią a ocalałych wymordowaliby, w najlepszym razie wywieźli na wschód tak jak z innych miast. Witold Kieżun podsumował celnie: "Powstanie było tragedią grecką, było nie do uniknięcia".

Gdy we wrześniu sowieci doszli do Wisły, zachowali się zgodnie z przewidywaniami. Do zajęcia Warszawy 17 stycznia 1945 roku na Pradze i w okolicy uruchomili areszty, obozy, urzędy i struktury bezpieczeństwa wystarczające do zniewolenia całego kraju.

W 1945 roku także Kieżuna aresztowali i wywieźli do łagru w Turkmenii. Pierwsze cztery miesiące przeżył tylko co dziesiąty więzień. "Wypad" ważył 53 kilo, chorował na tyfus brzuszny, tyfus plamisty, dystrofię, paraliż i świnkę. Gdy obóz ewakuowano, zostawiono go z niewielką grupą na wymarcie. Bezwładny i obandażowany myślał o samobójstwie, ale powiedział sobie, że nie po to jego koledzy ginęli w Powstaniu. Wytrwał. Był silny jak stal.

Po powrocie do Polski był inwigilowany przez UB, ale ostatecznie skończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim, uzyskał doktorat i habilitację z ekonomii na SGPiS. W latach 80-tych wykładał zarządzanie w Filadelfii i Montrealu, a jako przedstawiciel ONZ nadzorował przemiany w byłych koloniach w Afryce. W latach 90-tych wrócił do kraju, nadal wykładał, wspierał prawicę, otrzymywał odznaczenia i nagrody, a Poczta Polska wypuściła znaczki z jego zdjęciem spod Komendy Policji.

Gdy miał 92 lata ukazały się jego dwie przełomowe książki o sytuacji w kraju: "Drogi i bezdroża polskich przemian" i "Patologia transformacji". To najnowsze przesłania dla Polski, równie fundamentalne jak te z Powstania. Dzięki doświadczeniu w ONZ trafnie ocenił sytuację Polski jako analogiczną do neokolonizacji Afryki przez obcy kapitał. Zauważył: "90% sprzedanych polskich przedsiębiorstw zostało wycenionych przez zagranicznych ekspertów, grubo opłaconych. Wyceny były takie jak w Afryce: 15% realnej wartości. Zwykli Polacy byli jak dzieci, nic nie rozumieli, na wszystko się zgadzali".

Podawane przez niego przykłady były boleśnie precyzyjne: "Choćby Zakłady Produkcji Papieru i Celulozy w Kwidzynie. Były one jedną z licznych inwestycji zaplanowanych w czasach Gierka. Wytwarzały połowę papieru gazetowego w Polsce i były największym w Europie producentem celulozy. Sprzedano je w 1990 r. amerykańskiemu koncernowi International Paper Group. Inwestor zapłacił 120 mln dol. za 80 proc. akcji. Dostał jeszcze za to od rządu kilkuletnie zwolnienie podatkowe. […] Jeden z dyrektorów chwalił się, że polski rząd wydał na zbudowanie fabryki trzy do czterech razy tyle, za ile ją sprzedał. I że za podobną cenę takiej fabryki nie udałoby się dziś kupić nigdzie na świecie. Ten zakład nie był jego zdaniem żadną ruiną, lecz nowoczesnym, zaprojektowanym według zachodnim wzorców przedsięwzięciem".

Witold Kieżun pisał też o innych patologiach postkomunizmu, przez co po raz kolejny w życiu znalazł się na celowniku. W 2014 roku dwaj autorzy w popularnym czasopiśmie okrzyknęli go tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Użyli wielu fachowych terminów i ostrych sformułowań, ale nie podali żadnych dowodów. W kolejnym artykule wyliczyli jedynie nazwy standardowych dokumentów wytworzonych przez SB przy rozpracowywaniu Kieżuna, podobnie jak wielu innych Polaków za granicą (np. kwestionariusze paszportowe, notatki, opinie czy życiorys).

Łącznie doliczyli się 900 stron mających sprawiać wrażenie porażającego materiału dowodowego, ale tylko czterech lub pięciu "doniesień" (nawet nie donosów) podpisanych pseudonimem i żadnego zobowiązania do współpracy. Uznali to za "wiele", ale znowu żadnego dokumentu nie opublikowali. Sami zresztą przyznali, że donosy czasem podpisywali… esbecy.

Wszystko to wyglądało na mistyfikację. Niewykluczone, że autorstwa byłych funkcjonariuszy, którzy z różnych starych akt potrafią dziś "wytworzyć" nowego współpracownika aby rzucić go na pożarcie mediom żądnym sensacji. Dlaczego? To właśnie oni są głównymi beneficjentami patologii transformacji.

Kieżuna wzięli w obronę historycy i dziennikarze, a on sam podsumował po wojskowemu: "Olbrzymia większość to po prostu zwykłe kłamstwo. Że ja jestem tajnym - do cholery ciężkiej - współpracownikiem? Do głowy mi nie przyszło... Oczywiście, co pewien czas wzywali mnie. Ale ja tajny współpracownik? Jeszcze z pseudonimem? Jak zobaczyłem, że jestem TW, chciałem się zastrzelić. Mam jeszcze pistolet. Córka wytrąciła mi go z rąk" (fot. p. A. Grycuk).

Po raz kolejny wytrwał i nadal jest groźny mówiąc o Powstaniu i kolonizacji Polski. Jest silny jak stal. W styczniu skończył 99 lat. Wszystkiego najlepszego Panie Podchorąży!

Marek Gizmajer

„Sztandar Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyprowadzić!” – te słynne słowa wypowiedział I Sekretarz PZPR Mieczysław Rakowski na ostatnim XI zjeździe 29 stycznia 1990 r. Dodał: „żegnając się z nią, wcale nie uważam, że kładziemy ją do trumny.” Faktycznie, partię od razu przekształcono w Socjaldemokrację Rzeczypospolitej Polskiej z prezesem A. Kwaśniewskim, który później był prezydentem RP przez 10 lat, i sekretarzem L. Milerem, który był ministrem i premierem przez 9 lat. Sztandar wyprowadzono, władzę zachowano. Dlaczego?

SdRP przejęła majątek PZPR, który po blisko półwiecznych rządach był ogromny i nie został rozliczony (stenogramy i pieniądze wyparowały, spory o nieruchomości trwały latami). Jednak nie o niego chodziło, gra toczyła się o wyższą stawkę.

W latach 80-tych ZSRR przegrywał wyścig technologiczny z wolnym światem, socjalizm Europy Wschodniej bankrutował. W polityce nie ma jednak próżni i w 1985 roku Wojciech Jaruzelski odwiedził w Nowym Jorku Davida Rockefellera. 70-letni miliarder przyjmował go wyjątkowo serdecznie, rozmawiali w cztery oczy a spotkanie oficjalne dotyczyło głównie gospodarki. Nazwano je nawet paktem.

W maju 1988 roku do Polski przyjechał George Soros. Założona przez niego Fundacja Batorego opracowała ustawę o działalności gospodarczej na wzór przedwojennego kodeksu handlowego, która przeszła do historii jako tzw. ustawa Wilczka. Przyjęta przez Sejm 23 grudnia uruchomiła kapitalizm. I to on był stawką.

Problem polegał na tym, że majątek Polaków był państwowy, a po 60 latach totalitaryzmów wiedza na temat wolnego rynku była w społeczeństwie praktycznie zerowa. Prawie nikt nie pamiętał czym jest spółka, akcja, fundusz powierniczy czy giełda. Gdy w latach 90-tych tłumaczono na angielski pierwszą ustawę o papierach wartościowych istniał tylko jeden słownik handlowy wydany w PRL w 1970 roku (fot. Ruiny FSO w Warszawie w 2006, dziś rozebrabne - tomeknguyen).

Stawkę mógł wygrać ten, kto miał wiedzę. W 1989 roku Jeffrey Sachs na prośbę polskiej ambasady w Waszyngtonie przygotował program transformacji gospodarki, który później zrealizował minister finansów Leszek Balcerowicz. Jego podstawą był tzw. Konsens Waszyngtoński, czyli wytyczne ekonomiczne dla odzyskujących wolność kolonii Ameryki Łacińskiej i Afryki. Niestety, celem wytycznych nie było ich wsparcie, tylko przejęcie. Rekolonizacja.

Gdy zatem w Polsce otworzono granice obcy kapitał pod sztandarem prywatyzacji ruszył do szturmu na polską gospodarkę aby robić interesy na własnych warunkach. Zapewniali im to byli towarzysze partyjni, którzy w zamian za swoje usługi zostawali akcjonariuszami i członkami zarządów przejmowanych przedsiębiorstw albo zakładali własne firmy z ich majątku. Tak uwłaszczała się nomenklatura.

Wybuchały afery, kwitła korupcja, zakłady wykupowano za bezcen lub likwidowano (fot. Fabryka Unitry w 2015 - przepstrykany.pl). Identyczne zjawiska miały miejsce w byłych koloniach afrykańskich trzy dekady wcześniej. Nie obyło się bez ofiar. Gabriel Janowski broniący polskich cukrowni był przedstawiany w mediach jako chory psychicznie, Andrzej Lepper napiętnujący w Sejmie złodziejską prywatyzację zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. W 2018 roku zginął tragicznie minister Mieczysław Wilczek.

Dlaczego kapitaliści tak agresywnie przejmowali gospodarkę, która była przestarzała i mało wydajna? Po pierwsze, zdobywali tanią siłę roboczą, a po drugie wiedzieli, że takie gospodarki dzięki niskim kosztom mogą po jakimś czasie stanąć na nogi i podbić rynki. Najlepsze przykłady to Korea i Chiny. Potencjalną konkurencję najlepiej zdusić w zarodku.

Dzięki takiej „prywatyzacji” Polska ma do dziś strukturę państwa neo-kolonialnego, co szczegółowo opisał w książce “Patologia transformacji” prof. Witold Kieżun, dyrektor projektu ONZ modernizacji krajów Afryki Środkowej (fot. Zakłady Ursus w 2018 - szaryburek.pl). Nie mamy własnych finansów, bo na kilkadziesiąt dużych banków tylko w kilku nieznacznie przeważa kapitał rodzimy. Nasz rynek telewizyjny jest kontrolowany przez firmy polskie w jednej trzeciej, a radiowy w jednej czwartej. Prasą zarządza w większości kapitał niemiecki, który do niedawna posiadał wszystkie tytuły lokalne, tygodniki telewizyjne, dwutygodniki i miesięczniki. Nie mamy wielkiego przemysłu, telekomunikacji ani nawet dużych sieci handlowych. FSO, Ursus, Polfa czy Unitra są wspomnieniem, ewentualnie gruntem albo ruiną na sprzedaż. Jest tylko tania siła robocza, która zagranicy przynosi zysk, a sobie utrzymanie do pierwszego i kiepską emeryturę.

Na szczęście, jest też samodzielna myśl gospodarcza, której nie mogliśmy mieć w latach 90-tych po pół wieku zniewolenia. Mechanizmy rynkowe są znane, przedsiębiorcy potrafią walczyć, polskie marki stają się modne. Pod koniec 2020 roku Orlen wykupił od Niemców wydawnictwo Polska Press, czyli 20 z 24 dzienników regionalnych, 120 tygodników lokalnych i 500 serwisów internetowych dla 17,4 mln użytkowników. Odbudowują się polskie stocznie i porty, trwa budowa przekopu Mierzei Wiślanej i Centralnego Portu Lotniczego, rozrastają się szlaki komunikacyjne. Stawką znowu jest przyszłość.

Marek Gizmajer

Historia zna wiele paradoksów. Jednym z nich jest klęska Powstania Styczniowego z 1863 roku będąca ostatecznie fundamentem zwycięstwa w 1918 roku. Józef Piłsudski pisał: „Dla nas, żołnierzy wolnej Polski, powstańcy 1863 roku są i pozostaną ostatnimi żołnierzami Polski walczącej o swą swobodę, pozostaną wzorem wielu cnót żołnierskich, które naśladować będziemy.”

Odzyskanie niepodległości Polski nie byłoby możliwe bez odbudowy siły militarnej. Wolność zawsze krzyżami się mierzy, z czego doskonale zdawał sobie sprawę syn Komisarza Rządu Narodowego w Powstaniu Styczniowym Józef Piłsudski, którego wychowanie i późniejsza droga wojskowa były kontynuacją dzieła powstańczego. Na Syberii, gdzie został zesłany w 1887 roku, poznał zesłańców z Powstania, w tym jednego z przywódców Bronisława Szwarce. Ich wspomnienia stały się impulsem do głębszych studiów nad zrywem niepodległościowym z 1863 roku. Piłsudski zrozumiał, że jego klęska mogła być lekcją prowadzącą do zwycięstwa. Po powrocie z zesłania postanowił ją solidnie odrobić i przerodzić w czyn.

Już w 1909 roku wygłosił cykl wykładów dla Organizacji Bojowej PPS o przygotowaniach do walki zbrojnej, które następnie trzykrotnie opublikował jako samodzielne broszury. Opisał w nich działanie władz Powstania, kwestie podatkowe, uzbrojenie, cele, czynniki społeczne i uwarunkowania międzynarodowe. W 1912 roku ponownie wygłosił wykłady, tym razem dla uczniów kursu oficerskiego „Strzelca”, omawiając szczegółowe zagadnienia militarne i taktyczne. To była już kuźnia kadr dowódczych. W 1914 roku wydał książkę „22 stycznia 1863” jako pierwszy tom w serii „Bojów Polskich”. Była to praca przeznaczona dla szerokiego kręgu odbiorców, łącząca fakty z opisami literackimi. Została wysoko oceniona przez zawodowych historyków. Piłsudski analizował w niej zdarzenia i wyciągał własne wnioski. W następnym roku wygłosił odczyt w Paryżu.

W kręgu jego zainteresowań były także inne powstania i konflikty zbrojne niewielkich oddziałów ze znacznie silniejszymi armiami, np. wojny burskie, powstanie bokserów, powstanie Garibaldiego, a nawet wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych i wojna japońsko-rosyjska z 1905 roku. Co ciekawe, tę ostatnią studiował z podręczników japońskich, choć nie znał tego języka. Wystarczały mu ryciny przedstawiające położenie wojsk. Starał się czytać dzieła w oryginale. Znał francuski, niemiecki i rosyjski. Jego żona wspominała, że zawsze miał przy sobie jakieś książki. Starał się znaleźć klucz do zwycięstwa Dawida nad Goliatem. I znalazł (Nieznany Powstaniec Styczniowy, kolor. p. Mikołaj Kaczmarek).

Przez kilka lat I wojny światowej wcielał w życie wiedzę zgromadzoną podczas studiów nad Powstaniem Styczniowym i innymi konfliktami.

Pierwsza Kompania Kadrowa ruszyła w bój 6 sierpnia 1914, dokładnie 50 lat i 1 dzień po straceniu ostatniego dowódcy Powstania Romualda Traugutta. Towarzyszyła jej odezwa Rządu Narodowego wzorowana na odezwie z 1863 roku (Powstaniec Styczniowy - podporucznik Paweł Kozieł, kolor p. Mirosław Szponar).

Piłsudski odrobił lekcje solidnie, klęska 1863 faktycznie przeobraziła się w zwycięstwo 1918. Po odzyskaniu niepodległości specjalna komisja przyznała prawa weterana 3644 wciąż żyjącym Powstańcom. Rozkazem Marszałka włączono ich w szeregi Wojska Polskiego. Gdy w 1919 roku wznowiono kapitułę Orderu Virtuti Militari odznaczono ich jako pierwszych. Otrzymali też żołd i mundury w kolorze fioletowym. Wojskowi nawet wyższych stopni pierwsi oddawali im honory. Otaczał ich powszechny szacunek. W Warszawie uruchomiono dla nich wzorowe schronisko św. Teresy. W XX-leciu Piłsudski nadal wygłaszał przemówienia i odczyty podkreślające znaczenie Powstania.

W 1933 roku wszystkim żyjącym 365 weteranom przyznano Krzyże Niepodległości. Obchodów 75 rocznicy w 1938 roku doczekało 52 Powstańców. W ich imieniu przemówił Mamert Vandalli, który zmarł w 1942 roku w wieku 97 lat. Ostatni Powstaniec Antoni Suss zmarł w 1946 roku w wieku 102 lat (Obaj na fotografii z 1939 roku). Czy to koniec powstańczej epopei? Dziś pojawia się coraz więcej udoskonalonych cyfrowo, kolorowych fotografii Powstańców. Patrzą na nas jak żywi. Czyżby znów mieli nam coś do powiedzenia?

Marek Gizmajer

W PRL 17 stycznia celebrowano jako dzień wyzwolenia Warszawy przez Armię Czerwoną w 1945 roku. Organizowano uroczystości i akademie, składano wieńce pod „pomnikami wdzięczności”. Czy rzeczywiście tego dnia doszło do wyzwolenia? Niemcy wycofali się z doszczętnie zniszczonego miasta, które Sowieci opanowali w kilka godzin. W gruzach ukrywało się do 2000 osób, „warszawskich Robinsonów”.

19 stycznia 1945 roku w odgruzowanych Alejach Jerozolimskich obok ruin Dworca Głównego miała miejsce defilada wyzwolicieli z udziałem 1 Armii WP, a już 24 stycznia Beria donosił Stalinowi o skierowaniu do Warszawy wojsk NKWD „w celu zaprowadzenia należytego porządku”. Wyjaśniał: „Działają grupy operacyjne Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego oraz czekistów celem wykrycia i aresztowania kierownictwa Komendy Głównej AK, NSZ i innych podziemnych partii politycznych”.

W PRL podczas styczniowych uroczystości nawet nie wolno było zastanawiać się nad tym, że Armia Czerwona zajmowała prawobrzeżną Warszawę przez cztery miesiące i czymś musiała się tam zajmować. W połowie września 1944 roku front ustabilizował się. Niemcy po spacyfikowaniu Powstania, masakrze ludności i rabunku mienia (wywieziono 20-40 tysięcy wagonów dóbr) systematycznie burzyli i palili lewobrzeżne miasto. W tym samym czasie pod drugiej stronie Wisły sowieccy i polscy komuniści równie systematycznie zakładali urzędy terroru i pacyfikowali resztki polskiego ruchu oporu. Dwaj agresorzy zawarli kilkumiesięczny nieformalny rozejm aby unicestwić naszą stolicę. Różnica polega na tym, że po wojnie zbrodnie Niemców badano i propagowano przez kilkadziesiąt lat, natomiast zbrodni Rosjan do dziś nie sposób oszacować.

Wymownym symbolem zniewolenia Warszawy przez Sowietów, które rozpoczęło się już cztery miesiące przed symboliczną defiladą w Alejach, stał się pierwszy powojenny pomnik, słynni „czterej śpiący” na Placu Wileńskim. Nigdy nie dowiemy się, czy ta zbieżność liczby cztery jest przypadkowa. Koncepcję „dzieła” opracował niezidentyfikowany do dziś oficer Armii Czerwonej, zaś odsłonięcia dokonał Bolesław Bierut w listopadzie 1945 roku. Widniał na nim napis po polsku i po rosyjsku „Chwała bohaterom Armii Czerwonej” a oficjalna nazwa brzmiała Pomnik Braterstwa Broni (fot. Wikipedia).

Symbolika pomnika była wielowarstwowa, ale jednoznaczna. Trzej żołnierze radzieccy atakowali, byli dynamiczni, heroiczni. Górowali nad całością. To zwycięzcy. Pod nimi biernie stało czterech żołnierzy polskich ze spuszczonymi głowami. To pokonani, w najlepszym razie wartownicy nowego porządku. Symbolem zniewolenia był sam cokół. Istniał już przed wojną i był przeznaczony dla pomnika ks. Ignacego Skorupki, bohatera wojny z 1920 roku, który miał stanąć dokładnie w tym samym miejscu. Ćwierć wieku później Sowieci ukradli symbol naszego zwycięstwa i „przerobili” na swój.

Miejsce monumentu jest symboliczne także dlatego, że stał w samym centrum stalinowskiego systemu represji. Tuż obok niego miały swoje siedziby władze nowej Polski – Krajowa Rada Narodowa i Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej – dwieście metrów dalej nadzorująca je ambasada ZSRS, a w promieniu kilkuset metrów kolejno: Miejski Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, areszt Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, Więzienie Karno-Śledcze nr III Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (słynące z okrucieństwa tzw. Toledo), Kwatera Główna NKWD w Polsce, Trybunał Wojenny Armii Czerwonej, Komenda Miasta, kilka jednostek NKWD i dowództwa Armii Czerwonej. Niektóre funkcjonowały do 1956 roku. Ponieważ historię piszą zwycięzcy, liczby zakatowanych tam Polaków nigdy nie udało się ustalić. IPN wciąż prowadzi prace badawcze, a w Internecie można obejrzeć przejmujący film IPN TV „Na co patrzyli czterej śpiący?”

Gdy zatem w lewobrzeżnej Warszawie trwało jeszcze Powstanie, na Pradze Sowieci wprowadzali terrorem swój ustrój istniejący pół wieku. Pomnik nieistniejącego braterstwa był symbolem zniewolenia nie tylko Warszawy, ale i całej Polski. Zdemontowano go dopiero w 1992 roku, choć spadkobiercy reżimu walczyli o jego przywrócenie jeszcze ponad dwadzieścia lat. Przegrali dopiero w 2015 roku trochę przypadkiem - zbudowano tu stację warszawskiego metra.

6 stycznia 2021 amerykański Kongres na połączonej sesji obu izb miał rozpatrzyć głosy stanowych elektorów na nowego prezydenta USA. Miał też zbadać dowody sfałszowania wyborów na korzyść Joe Bidena w kilku stanach zdominowanych przez Demokratów. Jednak zamiast relacji z sesji świat obiegły relacje z zamieszek i szturmu na Kongres rzekomo zwolenników prezydenta Donalda Trumpa. Światowy mainstream oskarżył o to prezydenta, a jednocześnie Facebook, Twitter i inne media zablokowały jego konta. Na szczęście w Internecie cenzura nie jest skuteczna i można zobaczyć co naprawdę stało się 6 stycznia. Jedną z takich relacji zamieścił Rudy Giuliani, doradca prezydenta Trumpa i były burmistrz Nowego Jorku. Została ona także zablokowana na jego koncie na Facebooku, ale pojawiła się gdzie indziej. Oto skrót:

Szturm Kapitolu nie był związany z pokojowym wiecem Trumpa, choć tak twierdzi mainstream. Był oddzielną, zaplanowaną akcją grupy specjalistów od zamieszek, kotrolowania tłumu i forsowania budynków. Ruszyli do akcji po wiecu. Mieli liny, chemikalia i środki łączności. Byli zorganizowani. Już na wiecu rozpoznano ich jako bojówkarzy anfity przebranych za zwolenników Trumpa. Widać to na filmach. Zostali wpuszczeni do budynku Kongresu przez policję.

Giuliani był burmistrzem i potwierdza, że policja musiała działać za przyzwoleniem władz, bo zamieszki można było spacyfikować błyskawicznie. Tuż obok Kongresu stacjonuje Gwardia Narodowa. Policja biernie obserwowała niszczenie Kapitolu, a wcześniej eskortowała 4 autobusy antify dowiezione na miejsce szturmu (jest to sfilmowane). Na stronie jednego z działaczy antify znajduje się wezwanie do szturmu na Kapitol. Miał on dwa cele: 1) zdyskredytowanie Trumpa i jego zwolenników jako ludzi agresywnych i niebezpiecznych, 2) odwrócenie uwagi od sfałszowania wyborów prezydenckich.

UWAGA: Dzień wcześniej władze 4 stanów spornych przysłały do Kongresu oświadczenia o sfałszowaniu ich wyborów i zażądały od wiceprezydenta Pence’a zwrócenia głosów elektorskich aby przeprowadzić śledztwo i przysłać prawidłową liczbę głosów w ciągu 10 dni. Jeden stan napisał wprost, że chce decertyfikować Bidena. To oznaczało jego przegraną i wywołało panikę Demokratów, którzy zorganizowali szturm na Kapitol. Nie zrobili tego zwolennicy Trumpa. Oni próbowali temu zapobiec. Widać to na wielu filmach. Zrobiły to lewackie bojówki antify, dobrze przeszkolone i zorganizowane, które działały w USA już wcześniej podczas rozruchów w 2020, także za przyzwoleniem lokalnej władzy Demokratów [skrót: p. Marek Gizmajer].

Rudy Giuliani's Common Sense: https://www.facebook.com/Ramadidi108/videos/3515726515148345

Marek Gizmajer

"Nieważne kto głosuje. Ważne kto liczy głosy" - Józef Stalin

Gdy 3 listopada 2020 roku zamykano w USA lokale wyborcze, sztab Republikanów świętował zwycięstwo. Donald Trump zdecydowanie prowadził, także w tzw. stanach niezdecydowanych (swing states) kluczowych dla wyniku, np. w Pensylwanii przewagą ponad 700 tys. głosów, w Michigan 300 tys. Wygrał nawet w Wirginii, czego się nie spodziewał. Łącznie uzyskał 74 mln głosów, o 11 mln więcej niż w 2016 roku, więcej niż Ronald Reagan zwycięski we wszystkich stanach.

Według reguł statystyki, pozostałe do zliczenia głosy na Joe Bidena nie stanowiły zagrożenia. I wtedy zdarzył się cud nad urną. W ciągu kilku nocnych godzin Trump przegrał w swing states jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Aby wyjaśnić to nieprawdopodobne zjawisko powołano zespół prawny pod kierunkiem Rudy Giulianiego (fot. Rudy Giuliani przed komisją Senatu Arizona), byłego prokuratora, pogromcę mafii i burmistrza Nowego Jorku. Jego śledztwo odsłania szokujące informacje.

Nocne głosy

Dzięki danym komputerowym i zeznaniom setek świadków zespół Giulianiego ustalił, że cud nad urną wydarzył się w dużych miastach rządzonych od lat przez Demokratów, np. w Detroit, Philadelphii, Milwaukee, Pittsburghu, Minneapolis, Las Vegas, Phoenix, Atlancie. To właśnie tam, kiedy Trump miał zwycięstwo w kieszeni, lokale wyborcze po zamknięciu zalały setki tysięcy głosów korespondencyjnych na Bidena dając mu niewielką przewagę w gęsto zaludnionych metropoliach, czyli ostatecznie w całym stanie. Np. w kluczowej Pensylwanii 700-tysięczna przewaga Trumpa w ciągu kilku godzin zamieniła się w 60-tysięczną porażkę, przy czym większość głosów zapewniających tę zmianę pochodziła z Philadelphii, w której miesiąc wcześniej skradziono pendrive z kodami dostępu do systemu liczenia, a po wyborach nie można się było doliczyć 47 kolejnych.

Świadkowie zespołu Giulianiego wszędzie wskazują na identyczny scenariusz: do lokali nocą przywożono pliki głosów w pojemnikach, pudłach czy workach bez plomb i kodów zabezpieczających. Często wnoszono je tylnymi drzwiami, wiele głosów znajdowało się w czystych kopertach. Nie wiadomo, co się z nimi potem działo, bo do ich liczenia nie dopuszczono mężów zaufania Donalda Trumpa.

Głosy z zaświatów

W trakcie głosowań też miały miejsce dziwne zjawiska. W Pensylwanii, Wisconsin, Michigan i Georgii liczba głosów nieważnych była kilka razy wyższa niż zwykle, a liczba głosów warunkowych (provisional), tj. bez jednoznacznej identyfikacji wyborcy, wyższa kilkanaście razy. Przykładowo, w Pittsburghu było ich ok. 17 tysięcy, choć zwykle jest około tysiąca. W Wisconsin oddano ok. 120 tysięcy tzw. głosów nieobecnych (absentee), czyli poza własnym okręgiem, pocztą lub przez pełnomocnika, choć zwykle ok. 20 tys. Te tajemnicze 100 tysięcy oddano na Bidena.

W niektórych miastach liczba głosów była większa niż liczba mieszkańców. W Detroit taka sytuacja miała miejsce w 2/3 okręgów. W rekordowym zagłosowało nawet 350% wyborców. Natomiast w półmilionowym Milwaukee (Stan Wisconsin) zagłosowało ich “tylko” 105%, zapewniając Bidenowi zwycięstwo o ok. 20.000 głosów (fot. Prezydent Trump i jeden z dowodów fałszerstwa).

Świadkowie zeznawali też o podmienianiu podpisów i nazwisk, przypisywaniu głosów innym osobom, głosowaniu po kilka razy, głosowaniu zmarłych, a nawet o ich wnioskowaniu o udział w wyborach. Takich przypadków były tysiące. Choć prawo zakazuje poprawiania głosów (np. adresu, pisowni), w Philadelphii i Pittsburghu wyborcy Demokratów mogli je poprawiać. Z kolei w Georgii system liczący zarejestrował 100 tys. głosów korespondencyjnych, których nie okazano komisji. Rudy Giuliani podsumował, że w tych wyborach zastosowano wszystkie znane techniki fałszowania.

Za dużo gazu

Istotne ustalenia śledczych dotyczą też tego, kto, gdzie i jak liczył głosy. 27 stanów, także swing states, używa urządzeń kanadyjskiej firmy Dominion Voting Systems Corporation. Jej podwykonawcą jest Smartmatic Corporation założona w 2000 roku w Wenezueli w otoczeniu dyktatora Hugo Chaveza, który czterokrotnie wygrał wybory prezydenckie. Giuliani twierdzi, że właśnie po to tę firmę założono. Jej oprogramowanie stosowano także w innych krajach Ameryki Łacińskiej. W USA działało wadliwie w 2000 roku w wyborach prezydenckich, a w 2007 roku na burmistrza Chicago, kiedy to głosy były liczone za granicą. Dominion i Smartmatic obecnie zapewniły zwycięstwo Joe Bidenowi licząc głosy amerykańskich wyborców w Niemczech. Warto dodać, że prezesem Smartmatic jest były brytyjski dyplomata Malloch Brown, współpracownik miliardera George’a Sorosa.

Informatyczne oszustwa wyborcze są trudne do wykrycia, bo zwykle wprowadzają małe anomalie nie rzucające się w oczy, np. algorytm generujący w różnych miejscach dodatkowe poparcie rzędu 2-3%. Zastosowano go np. Wenezueli i Argentynie. Zdaniem Giulianiego, miało do tego dojść także obecnie w USA, ale nie spodziewano się ogromnego zwycięstwa Trumpa, które wymagało wygenerowania jeszcze większej liczby głosów na Bidena. Doszło do wpadek, których nie dało się zamieść pod dywan. Np. w republikańskim Hrabstwie Antrim (Stan Michigan) już przy zamknięciu lokali Trump zdecydowanie przegrał, choć 4 lata temu zdecydowanie wygrał. Wyglądało to na anomalię i wszczęto dochodzenie. Okazało się, że Smartmatic po prostu elektronicznie przerzucił kilka tysięcy głosów z Trumpa na Bidena. Władze tłumaczyły, że to tylko błąd sprawozdawczy (fot. Przesłuchanie Komisji Senatu Michigan).

W dużych miastach nie było już takich błędów, ale był nocny zalew setek tysięcy głosów na Bidena liczonych poza kontrolą, które na informatycznych wykresach wykazują nagły gigantyczny wzrost sprzeczny z zasadami statystyki, a w dodatku przewyższający techniczną wydajność maszyn liczących. Nieprawidłowość widać jak na dłoni. Sam Donald Trump podsumował: “Dodali za dużo gazu i zostali przyłapani”. Nic dziwnego, że już Jimmy Carter przestrzegał przed głosowaniem korespondencyjnym jako najmniej bezpiecznym.

Co teraz?

Wbrew mainstreamowym mediom, dla których Joe Biden jest już 46 prezydentem, wybory nadal trwają, a adwokaci Republikanów nie składają broni. Z jednej strony organizują przesłuchania świadków przed legislaturami stanowymi mogącymi wstrzymać tzw. certyfikację wyników, a z drugiej wszczynają powództwa sądowe. Odnoszą już zwycięstwa. W Pensylwanii przesłuchanie wykazało, że ponad 670 tys. głosów zarejestrowano bez żadnej kontroli, czyli niezgodnie z prawem, i sąd stanowy wstrzymał certyfikację. Stan ten powołuje aż 20 elektorów, bez których Biden praktycznie straci większość.

W poniedziałek 30 listopada odbyły się przesłuchania w Michigan i Arizonie, gdzie kolejni mężowie zaufania Trumpa zeznali, że nie byli dopuszczeni do liczenia głosów, a powołany na świadka płk Phil Waldron stwierdził manipulację Dominion z udziałem Wenezueli i Iranu (fot. Sidney Powell w Waszyngtonie, za: The Epoch Times).

Pozwy wniesiono w Michigan, Newadzie i Georgii, gdzie adwokat Sidney Powell, była prokurator federalna, postawiła 30 zarzutów fałszowania. Jej eksperci wykazali, że w maszynach liczących Dominion można łatwo wprowadzać złośliwe kody, unieważniać wybrane głosy manipulując skanerem i wysyłać dane poza system przez Internet. Sidney Powell wykazała także ingerencję Iranu i Chin w oprogramowanie, powołując agentów wywiadu wojskowego na rzeczoznawców.

Sąd w Georgii nakazał już zajęcie urządzeń Dominion, a sąd w Newadzie kontrolę sprzętu i głosów. Jednocześnie we Frankfurcie Siły Specjalne USA przejęły serwery przetwarzające dane. Prezydent Donald Trump ma przyjechać do Georgii w sobotę 5 grudnia na spotkania wyborcze z senatorami.

Wyborom towarzyszy stronnicza kampania mediów mainstreamowych, a nawet społecznościowych. Projekt badawczy dr Roberta Epsteina z Cambridge Center for Behavioral Studies ujawnił, że wyszukiwarka Google faworyzowała Joe Bidena i przypominała o głosowaniu tylko jego zwolennikom, co mogło mu przysporzyć co najmniej kilka milionów głosów. Ostatnio Twitter zablokował stronę Sidney Powell, a Facebook cenzuruje wszelkie treści korzystne dla Donalda Trumpa.

Całą batalię relacjonują na bieżąco internetowe media spoza mainstreamu, np. One American News Network, Newsmax TV, America Latest News, NTD News oraz Rudy Giuliani w autorskim kanale "Common Sense": Rudy Giuliani's Common Sense - YouTube

W języku polskim informacje codziennie relacjonuje polonijny bloger Artur Kalbarczyk: Artur Kalbarczyk - YouTube

Wiadomości z pola walki nadchodzą praktycznie codziennie. Stawka jest wysoka. Jeśli wyborca nie ma głosu, nie ma demokracji.

Marek Gizmajer

Warszawa - Nowy Jork. Filmy odkrywają prawdę i uczą zwyciężać. Sukces II Festiwalu Polskich Filmów Dokumentalnych. W dniach 25-27 października w Centrum Polsko-Słowiańskim odbył się II Festiwal Polskich Filmów Dokumentalnych Warszawa – Nowy Jork zorganizowany przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy z Polski. Patronat honorowy objął Sekretarz Stanu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa narodowego, a patronat medialny nieoceniony Kurier Plus. Dwa tygodnie wcześniej projekcje miały miejsce w Klubie Katolickim AMICUS przy kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie. Obie imprezy cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, po filmach toczyły się długie Polaków rozmowy z udziałem reżyserów.

Wstępem do części nowojorskiej była projekcja filmu „Tam, gdzie rozpoczęła się II wojna światowa” Bogusława Olszonowicza w szkole przy parafii Matki Boskiej Częstochowskiej i św. Kazimierza. Była obrazem praktycznej lekcji historii dla młodzieży przeprowadzonej z wykorzystaniem militarnych rekwizytów na terenie walk w składnicy tranzytowej na Westerplatte 1 września 1939 r. Młodego kawalera najlepiej uczyć historii dając mu mundur, hełm i broń oraz stawiając w prawdziwym gnieździe karabinu maszynowego. Lekcji nie zapomni.

Na dzień przed rozpoczęciem festiwalu w galerii Kuriera Plus odbył się też wieczór autorski Bartosza Gawrona, motocyklisty i autora reportaży filmowych z tegorocznego XIX Międzynarodowego Motocyklowego Rajdu Katyńskiego. Widzowie obejrzeli unikalne relacje i usłyszeli zapierające dech świadectwa Polaków na Kresach, a długie rozmowy trwały do późna. Nie ulega wątpliwości, że bez względu na granice jest nas 60 milionów.

Przed południem pierwszego dnia festiwalu Bartosz Gawron opowiedział o swoich doświadczeniach rajdowych także uczniom polskiej szkoły przy Parafii św. Cyryla i Metodego, ilustrując je najciekawszymi fragmentami swoich filmów i organizując konkursy z nagrodami. Młodzi Polacy okazali się wspaniałymi widzami, nauczycielka Dorota Rutkowska pasjonatką jazdy motocyklowej a pani dyrektor Dorota Andraka niewyczerpanym źródłem pomysłów na kolejne wspólne przedsięwzięcia dla uczniów.

Festiwal został podzielony na trzy bloki tematyczne wymienione w jego tytule: „Reduty – zbrodnie – echa”. Uroczystego otwarcia dokonał Skarbnik PSC Zbigniew Solarz. Pierwszego dnia widzowie obejrzeli filmy o dwóch redutach września 39. „Polskie Termopile” w reż. Leszka Wiśniewskiego to obraz bitwy pod Wizną, w której 720 polskich żołnierzy przez trzy dni nie przepuściło kilkudziesięciokrotnie silniejszych sił niemieckich. Skapitulowali gdy zabrakło amunicji a Niemcy zagrozili rozstrzelaniem jeńców. Dowódca kpt. Raginis odebrał sobie życie. „Major Hubal” w reż. Błażeja Pyrki i Marcina Mielczarka to opowieść o losach mjr. Henryka Dobrzańskiego, którego oddział liczący od kilkudziesięciu do ponad 300 żołnierzy przez pół roku stawiał czoła 8000-tysięcznej grupie Wehrmachtu, SS i czołgów. Polacy w obu redutach wytrwali do końca, a pointę dopowiedział po latach szwedzki zespół rockowy Sabaton w piosence o Polskich Termopilach: nie atakuj Polaków jeśli nie masz przewagi 40 do 1.

Kolejny dzień pokazów zdominowały zbrodnie. „Piaśnica – Golgota Pomorza” w reż. Magdaleny Biernackiej to obraz niemieckich zbrodni na kilkunastu tysiącach polskich cywilów na Pomorzu Gdańskim. Egzekucje w lasach piaśnickich rozpoczęły się już w październiku 1939 roku. Były częścią Intelligenzaktion, w której Niemcy zgładzili ponad 30 tysięcy przedstawicieli polskich elit. Natomiast tytułowy „Niepotrzebny świadek” z filmu Anny T. Pietraszek to ks. Zdzisław Peszkowski, kapelan Rodzin Katyńskich, który kilkadziesiąt lat po wojnie walczył z postkomunistycznymi władzami w Polsce i Rosji o upamiętnienie zbrodni w Katyniu. Zwyciężył mimo wszystko. Wywalczonego przez niego memoriału już nikt nie usunie, podobnie jak wielu innych polskich miejsc pamięci na Wschodzie, do których co roku docierają rajdy motocyklowe. Ich komandor Wiktor Węgrzyn opowiada o tym w filmie Bartosza Gawrona „Kochał Polskę i ty ją kochaj”.

Echa tamtej wojny trwały długo po jej zakończeniu. Kolejny film Anny T. Pietraszek „Polskie Orlęta na pakistańskim niebie” przedstawia losy 30 polskich lotników Royal Air Force, którzy po II wojnie światowej nie mogli wrócić do Polski. W 1948 roku wyjechali do Pakistanu, gdzie pod dowództwem kpt. Władysława Turowicza stworzyli od podstaw Pakistańskie Siły Powietrzne. Dziś Pakistan należy do czołówki światowych supermocarstw, ma broń atomową, lotniskowce i satelity, a jego dowódcy z wielką czcią wspominają swoich polskich instruktorów. Polacy pozornie przegrani potrafią dokonywać cudów.

Wojenne echa ożywają po dziś dzień. Na początku XXI wieku kibice piłki nożnej w całej Polsce stoczyli z postkomunistycznymi władzami długi bój o pamięć o naszych narodowych bohaterach sprzed dziesięcioleci, zwłaszcza o Żołnierzach Niezłomnych. Byli kontynuatorami ruchu Solidarności z początku lat 80-tych. Skandowali „Donald matole, twój rząd obalą kibole”. Pomimo szykan i aresztowań wytrwali. I wygrali. Ich historię opowiedział M. Pilis w „Buncie stadionów”. Po rządach Donalda nie ma nawet śladu.

Festiwal zamknęła uroczyście pani Wiceprezes PSC Danuta Bronhard zapraszając organizatorów na kolejną edycję w przyszłym roku. Czy warto pokazywać takie filmy? Polska wstaje z kolan w sferze ducha, ale droga do zwycięstwa w sferze materii jeszcze daleka. Nie miejmy złudzeń, walka o naszą tożsamość i pozycję trwa i będzie trwała długo. Jak mawiał Piłsudski, Polska będzie wielka albo żadna. Mamy znakomitych dokumentalistów, a ich dzieła niosą fundamentalne przesłania. Trzeba je pokazywać, bo w epoce wizji najlepszym orężem w walce o ducha są właśnie ruchome obrazy. Odkrywają prawdę, usuwają białe plany, pokazują drogę, uczą zwyciężać.

Tekst i zdjęcie za: http://www.polishslaviccenter.org/m,6749,a,8983,sukces-ii-festiwalu-polskich-filmow-dokumentalnych.html

REDUTY - ZBRODNIE - ECHA. W piątek 25 października w siedzibie Centrum Polsko - Słowiańskiego odbyła się druga edycja Festiwalu Polskich Filmów Dokumentalnych, Festiwal otworzył Zbigniew Solarz, pełniący funkcję skarbnika Centrum Polsko - Słowiańskiego. Podczas uroczystości obecny był organizator festiwalu Marek Gizmajer Prezes Zarządu Głównego Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy oraz reżyserzy filmów. Po projekcji można było porozmawiać z gośćmi z Polski na otwarciu festiwalu byli obecni Bartosz Gawron, Marcin Mielczarek oraz Błażej Pyrka z każdym z reżyserów po projekcji można było zadawać pytania.

Na widowni oprócz licznie zgromadzonej Polonii, która jest żywo zainteresowana historią Polski obecna była również polonijna młodzież ze szkoły Cyryla i Metodego na Greenpoincie. Festiwal trwał trzy dni i organizowało je Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy i Fundacja Kultury „Wspólna Sprawa” z Polski. II Festiwal Polskich Filmów Dokumentalnych pt. REDUTY – ZBRODNIE – ECHA poświęcony II wojnie światowej, zorganizowany pod patronatem honorowym Sekretarza Stanu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego we współpracy z Muzeum Piaśnickim w Wejherowie. Wydarzenie to zostało wpisane w oficjalne kalendarium obchodów 80 rocznicy wybuchu wojny przez Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, zaś patronat medialny objął nowojorski tygodnik Kurier Plus.

Podczas trzech festiwalowych dni widzowie mogli zobaczyć na ekranie dwie reduty września ’39 i posłuchać relacji ich ostatnich żyjących obrońców, zilustrowanych współczesnymi inscenizacjami (fot. p. Agnieszka Granatowska). “Polskie Termopile” to film o bitwie pod Wizną, w której siły niemieckie przez trzy dni nie mogły pokonać Polaków pomimo kilkudziesięciokrotnej przewagi liczebnej. Inny bohater września mjr Henryk Dobrzański, tytułowy “Major Hubal”, wytrwał w swojej reducie wraz z oddziałem pół roku.

- Wśród wielu białych plam naszej historii przypomnimy niemieckie zbrodnie wojenne na ludności cywilnej Pomorza, których skala i założenia zasługują na miano “pierwszego Katynia”. W lasach Piaśnicy od października 1939 do kwietnia 1940 roku niemieckie formacje zbrojne wymordowały kilkanaście tysięcy Polaków w ramach akcji Intelligenzaktion, która na terenie całego Pomorza Gdańskiego pochłonęła ponad 30-40 tys. ofiar, polską elitę polityczną, gospodarczą i intelektualną. Zbrodnie te są w Polsce szerzej nagłaśniane i upamiętniane dopiero od kilku lat, w dużej mierze dzięki wysiłkom Muzeum Piaśnickiego w Wejherowie – powiedział Marek Gizmajer.

Festiwalowi goście (fot. p. Agnieszka Granatowska) mogli również zobaczyć film „Niepotrzebny świadek” w reż. Anny T. Pietraszek. Który opowiada o losach ks. Zdzisława Peszkowskiego, który kilkadziesiąt lat po wojnie walczył o godne upamiętnienie ofiar Katynia. Z kolei “Polskie Orlęta na pakistańskim niebie” tej samej autorki to film o wciąż nieznanych losach polskich lotników Royal Air Force, którzy po 1945 roku nie mogąc wrócić do PRL wyjechali do Pakistanu aby od podstaw stworzyć siły powietrzne tego młodego państwa. “Kochał Polskę i ty ją kochaj...” to relacja z wciąż organizowanych Motocyklowych Rajdów Katyńskich. “Bunt stadionów” w reż. Mariusza Pilisa pokazuje młodych Polaków, którzy jeszcze kilka lat temu toczyli z władzami nierówny bój o pamięć o narodowych bohaterach sprzed dziesięcioleci. - Wydarzeniem tym kontynuujemy Festiwal Polskich Filmów Dokumentalnych pt. “Polska wierząca, walcząca, trwająca” zorganizowany w 2018 roku przez Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy w Hunter College w Nowym Jorku przy wsparciu finansowym Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Starych i nowych widzów zapraszamy serdecznie w gościnne mury Centrum Polsko-Słowiańskiego – kończy Marek Gizmajer.

Tekst i zdjęcia za: http://www.polishslaviccenter.org/m,6749,a,8971,ii-festiwal-polskich-filmow-dokumentalnych-w-centrum-polsko-slowianskim-w-nowym-jorku.html

W ostatnią sobotę (22 czerwca 2019 roku) w Częstochowie wybrano nowe władze Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy w Polsce. Są to:

Prezes / red. Marek Gizmajer, Warszawa/Izabelin.
Wiceprezes / dr Mirosław Boruta, Kraków.
Wiceprezes / ks. dr Kazimierz Szymczycha SVD, sekretarz Komisji Episkopatu Polski ds. Misji.
Sekretarz / red. Anna Dąbrowska, Częstochowa.
Skarbnik / red. Bogusław Olszonowicz, Gdańsk.

Wybrano także trzyosobowe składy Komisji Rewizyjnej i Sądu Koleżeńskiego.