Przeskocz do treści

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

(Tekst mojego artykułu, który ukazał się w najnowszym numerze „Zakazanej historii” za lipiec 2016 r.)

Zbliżająca się 75. rocznica mordu w Jedwabnem staje się tym lepszą okazją do podsumowania dotychczasowych efektów badań tej zbrodni i ich nagłaśniania. Niestety ta ostatnia sprawa wygląda szczególnie fatalnie dla Polski. W świecie powszechnie zwyciężyła narracja Jana Tomasza Grossa, obciążająca Polaków za rzekome sprawstwo tej zbrodni. Co więcej, pomimo ustaleń bardzo połowicznej, przerwanej ekshumacji przeważająca część zagranicznych autorów podaje zafałszowaną przez Grossa ilość żydowskich ofiar w Jedwabnem, tj. 1600 osób, a nie 350-400, jak ustalono w czasie ekshumacji. Przykładowo podam, że nawet znany historyk francuski prof. Daniel Beauvois, doktor honoris causa Uniwersytetów Wrocławskiego, Warszawskiego i Jagiellońskiego podał w swej wydanej w 1995 r. "Histoire de Pologne" fałszywą liczbę 1600 osób w Jedwabnem. Co sprawiło, że za granicą zatriumfowała tak krzywdząca dla Polski fałszywa narracja J. T. Grossa?

Złożyło się na to kilka czynników. Pierwszym z nich była szkodliwa postawa pierwszego szefa IPN-u Leona Kieresa, który wspierał tezy Grossa. Drugim czynnikiem był fakt, że przez cztery lata rządów SLD i i osiem lat Platformy Obywatelskiej nie dbano o jakiekolwiek zasady polskiej polityki historycznej i jakąkolwiek obronę prawdy o historii Polski. Po trzecie, i to jest też bardzo ważny czynnik - w pierwszych latach po ogłoszeniu książki J. T. Grossa „Sąsiedzi” zbyt mało polskich historyków i publicystów wystąpiło z odważnym otwartym potępieniem wbrew „poprawności politycznej” tej jawnie oszczerczej, wręcz hochsztaplerskiej książki żydowskiego socjologa. Wśród tych, którzy otwarcie wystąpili przeciw kłamstwom Grossa przytoczę takie nazwiska jak prof. Tomasz Strzembosz, dr Piotr Gontarczyk, dr Leszek Żebrowski, profesor Marek Wierzbicki, dr Sławomir Radoń, prof. Krzysztof Kawalec, prof. Tomasz Szarota, dr Adam Cyra, prof. Ryszard Bender, dr a później profesor Bogdan Musiał. Wystąpiłem również ja w 2001 r. z pierwszą naukową książką demaskującą kłamstwa Grossa pt. „Sto kłamstw J. T. Grossa”. Z kręgów polonijnych zaś trzeba odnotować stanowczą krytykę kłamstw Grossa przez prof. Ivo C. Pogonowskiego, dr, a później prof. Marka Jana Chodakiewicza, prof. Johna Radziłowskiego i Ryszarda Tyndorfa. Było to jednak o wiele za mało, by przeciwstawić się ogromnej skoordynowanej wrzawie bardzo silnego lobby żydowskiego w Polsce, o którym szerzej jeszcze później wspomnę.

Zafałszowania wokół mordu w Jedwabnem

Od momentu opublikowania „Sąsiadów” Grossa w 2000 r. wiele kwestii w tej książce wydawało się całkowicie nieprawdopodobnych i wzbudziło natychmiastowe kontrowersje. Szczególnie nieprawdopodobna wydała się podana przez Grossa liczba 1600 Żydów, którzy mieli być spaleni w jednej stodole. Wątpiono, czy jakakolwiek stodoła mogła pomieścić taką ilość ofiar. Ekshumacja w Jedwabnem dowiodła później, że w rzeczywistości zginęło tam nie 1600 Żydów, lecz około 350-400. Od początku podważano twierdzenie Grossa, że zbrodnia została popełniona całkowicie przez Polaków, bez jakiegokolwiek aktywnego udziału Niemców w sytuacji, gdyż było to na terenie okupowanym przez Niemców. W czasie, gdy Polacy nie mogli wtedy w ogóle posiadać benzyny nonsensem stawała się teza Grossa, że to Polacy spalili benzyną Żydów, zapędzonych do stodoły. Od początku podejrzenia budziło odrzucanie przez Grossa polskich świadectw i niektórych dawniejszych świadectw żydowskich, które jednoznacznie wskazywały, że sprawcami mordu byli Niemcy. Podejrzenia wzbudzały przytaczane przez Grossa świadectwa jego trzech głównych świadków o dość szemranych rodowodach. Główny jego świadek Szmul Wassersztejn w momencie mordu w ogóle nie przebywał w Jedwabnem, lecz ukrywał się kilka kilometrów odległości od miasta. Inny świadek nigdy nie mieszkał w Jedwabnem. Trzeci świadek, jak się okazało, również nie był w 1941 roku w Jedwabnem, bo w 1940 r. został przez Sowietów schwytany na kradzieży patefonu i wywiezionym na Syberię. Szybko udowodniono również dziesiątki innych nieścisłości.Grossa.

Szczególnie znamienna była dość szczególna „metoda badawcza” J. T. Grossa, który mając do czynienia z dwoma sprzecznymi wersjami (nawet, gdy obie były autorstwa Żydów) bez wahania bezbłędnie wybierał wersję najbardziej niekorzystną dla Polaków. Starannie przemilczał przy tym fakt, że istnieje również całkowicie odmienna wersja tego samego wydarzenia. Oto jakże wymowny przykład. Na s. 12 polskiego wydania "Sasiadów” Gross bez jakiejkolwiek informacji o istnieniu innej wersji tego samego zdarzenia przytoczył historię w następujący sposób opisaną przez Szmula Wasersztajna, skądinąd znanego z jakże wielu nieścisłości i jawnych zmyśleń: „Tego samego dnia zaobserwowałem straszliwy obraz: Lubrzańska Chaja, 28 lat, i Binsztajna Basia, 26 lat, obie z niemowlętami na rękach, widząc, co się dzieje poszły nad sadzawkę, woląc raczej utopić się wraz z dziećmi, aniżeli wpaść w ręce bandytów. Wrzuciły one dzieci do wody i własnymi rękami utopiły, później skoczyła Binsztajn Baśka, która poszła na same dno, podczas gdy Lubrzańska Chaja męczyła się przez kilka godzin. Zebrani chuligani zrobili z tego widowisko, radzili jej, żeby się położyła twarzą do wody, a wtedy szybciej się utopi. Ta widząc, że dzieci już utonęły rzuciła się energiczniej do wody i tam znalazła śmierć?

Ta sama sprawa została opisana w całkowicie odmienny sposób przez autentycznego świadka wydarzeń w Jedwabnem - Rywkę Fogel: „Siostry, żona Abrahama Kubańskiego i żona Saula Binhsteina, których mężowie wyjechali z Rosjanami, po przeżyciu straszliwej kary z rąk Niemców, zdecydowały się położyć kres swoim życiom i życiom swoich dzieci. Wymieniły dzieci między sobą i razem wskoczyły do głębokiej wody. Stojący obok goje wyciągnęli je, lecz im udało się wskoczyć znowu i utonęły”. Jak widzimy - w pierwszej, jedynej podanej przez Grossa wersji (opisanej przez S. Wasersztajna) Polacy jakoby jeszcze okrutnie naigrawali się z kobiet pragnących popełnić samobójstwo. W drugiej wersji, całkowicie przemilczanej przez Grossa (R. Fogel), Polacy próbowali uchronić obie Żydówki przed śmiercią, wyratowali je z wody, na próżno jednak, ze względu na ich kolejne działania samobójcze. Nie dowiadujemy się, dlaczego Gross uznał akurat pierwszą wersję śmierci obu Żydówek za jedynie wiarygodną, ani dlaczego całkowicie przemilczał istnienie odmiennej wersji. Tym bardziej, że w dalszej części „Sąsiadów” (s. 66) sam Gross powołuje się na inną część relacji tejże Rywki Fogel, której opowieść przemilczał w przypadku śmierci obu Żydówek.

Prof. T. Strzembosz: „Profesor Gross jest od dawna skompromitowany”

Wielokrotnie bardzo ostro krytykował kłamstwa Grossa jeden z najwybitniejszych historyków polskich ostatnich dziesięcioleci prof. Tomasz Strzembosz. Bardzo wymowne pod tym względem były jego stwierdzenia w dniu 4 kwietnia 2001 r. w wywiadzie dla RMF 24:

Tomasz Strzembosz: Według mnie profesor Gross jest od dawna skompromitowany. Nie tylko jako historyk, ale też jako badacz.

RMF: Dlaczego?

Tomasz Strzembosz: Dlatego, że napisał książkę, w której nie zachował podstaw warsztatu naukowego i to mnie zupełnie wystarcza. Podam dwa przykłady: w rozdziale „Rabunek”, Gross podaje cztery relacje żydowskie, z tych dwie Eliasza Grondoskiego i Boruszczaka są relacjami skompromitowanymi na śledztwie. Eliasz Grondoski w tym czasie był w Związku Sowieckim, a Boruszczak nigdy nie był mieszkańcem Jedwabnego i on spokojnie to przytacza. Jemu to nie przeszkadza, chociaż w tych aktach jest to wyraźnie powiedziane. I ten Boruszczak i Grondoski wysuwali całe listy zbrodniarzy, tylko że ich tam nie było”.

Na koniec tego wywiadu prof. Strzembosz zaakcentował: „ My przepraszamy Żydów, przepraszał Wałęsa, przepraszał Bartoszewski i przepraszał profesor Kieres. Natomiast Żydzi nas nie przeprosili, a oni mają też winy wobec Polaków. Czy nie jest to dziwna sytuacja?”.

Z kolei w wywiadzie dla "Tygodnika Solidarność" z 3 sierpnia 2001 r. pt. „Nieuświadomiony antysemityzm”, prof. Strzembosz zapytywał: „Dlaczego to 60. okrągła rocznica spalenia w synagodze białostockiej 27 czerwca przez Niemców ok. 800 Żydów polskich, tak bliska czasowo 10 lipca, nie spotkała się z analogicznym uszanowaniem? Dlaczego tu także nie odmówiono modłów, nie położono kamyków? Czyżby Żydzi z Białegostoku byli mniej ważni lub mniej umęczeni? Nie pojmuję!!! Czy dlatego, że tutaj oprawcami byli niewątpliwie funkcjonariusze III Rzeszy?

Przeciw kłamstwom Grossa

Warto też przypomnieć bardzo stanowcze wystąpienie przeciw kłamstwom J. T. Grossa ze strony najwybitniejszego amerykańskiego badacza historii Polski - Richarda C. Lukasa, autora kilku bardzo ważnych książek na temat dziejów Polski, m. in. znakomitego "Zapomnianego holocaustu". Lukas opublikował w maju 2001 roku bardzo ostrą krytykę antypolskich oszczerstw Grossa na łamach "The Polish American Journal", stanowczo potępiając Grossa jako żydowskiego propagandystę, służącego swą książką pomocą w wymuszaniu ogromnych spłat przez Polaków na rzecz roszczeń materialnych Żydów. W swym artykule Lukas szczególnie ostro potępił Grossa za wybielanie zbrodniczej żydowskiej kolaboracji na Kresach Wschodnich w latach 1939-1941, pisząc wręcz o „żydowskiej zdradzie we wschodniej Polsce".

Szczególnie istotne pod każdym względem było wystąpienie prof. Normana Finkelsteina z obszernym artykułem potępiającym antypolską wymowę książki J. T. Grossa na łamach "Rzeczpospolitej" z 20 czerwca pt. "Goldhagen dla początkujących”. Finkelstein ogromnie krytycznie ocenił "Sąsiadów" Grossa, zarzucając im, że "pełne są rażących (...) sprzeczności" i "sformułowań absurdalnych". Finkelstein zarzucił Grossowi, że jego książka wyraźnie służy "Przedsiębiorstwu Holocaust", to jest osobom i instytucjom, które wykorzystują dla celów politycznych i finansowych ludobójstwo dokonane na Żydach w czasie drugiej wojny światowej. Według Finkelsteina, "Sąsiedzi" Grossa "stali się kolejną bronią "Przedsiębiorstwa Holocaust" w wymuszaniu od Polski pieniędzy". Jak pisał Finkelstein: "Przedsiębiorstwo Holocaust rości sobie pretensje do setek tysięcy parceli na polskiej ziemi, wartych dziesiątki miliardów dolarów. (...) Jest to próba wymuszenia skryta pod płaszczykiem żydowskiego cierpienia". Komentując naciski Przedsiębiorstwa Holocaust na Polskę, prof. Finkelstein pisze, że wspiera ono "taktykę silnej pięści, by zmusić Polskę do uległości". Według prof. Finkelsteina: "Tak naprawdę to mamy do czynienia z - mówiąc krótko - chuligaństwem Przedsiębiorstwa Holocaust".

Rola Leona Kieresa

Niestety szkodliwą rolę w tuszowaniu prawdy o decydującej roli Niemców w Jedwabnem i w zrzucaniu winy za zbrodnię na Polaków odegrał pierwszy szef IPN-u Leon Kieres. Nie był on historykiem, ani nawet prawnikiem wyspecjalizowanym w tropieniu przestępstw. Był specjalistą od prawa gospodarczego, „wsławionym" głównie dość niefortunną, służalczą „socjalistyczną" książką "Zalecenia RWPG w sprawach koordynacji planów gospodarczych i ich realizacji w PRL" (Warszawa 1978). Przez dziesięciolecia była to jedyna samodzielna książka L. Kieresa, którą dawało się znaleźć w zbiorach Biblioteki Narodowej. Nota bene w Wikipedii – wbrew zwyczajom – w biogramie Kieresa nie ma w ogóle rubryki: książki.

W rozlicznych wypowiedziach jeszcze przez zakończeniem śledztwa Kieres, łamiąc wszelkie zasady, już przesądzał o winie Polaków. W publikowanym w "Rzeczpospolitej" z 3 lipca 2001 artykule "Poszukiwanie narodowej pamięci" Andrzej Grajewski (zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego”) pisał m.in. że: „Na prośbę MSZ profesor Kieres udał się do Stanów Zjednoczonych, gdzie prowadził rozmowy z różnymi środowiskami żydowskimi, m. in. w Holocaust Museum w Nowym Jorku. Wówczas przeprosił za udział Polaków w zbrodni w Jedwabnem. Powtarzał to przy okazji innych wystąpień. Podkreślał, że przeprosiny wyraża indywidualnie, jako Leon Kieres. Czy jednak od objęcia funkcji prezesa IPN profesor Kieres ma prawo składania deklaracji wyłącznie we własnym imieniu? W moim przekonaniu profesor Kieres w tych działaniach mieszał rolę moralnego autorytetu (...) z obowiązkami wynikającymi z pełnienia przez niego funkcji bardzo ważnego urzędnika państwowego. Od potrzebnych w tej sprawie aktów ekspiacji są Kościół - prezydent RP i premier, a nie prezes IPN”.

Głównym pomocnikiem Kieresa w forowaniu tez popierających Grossa i jednostronnie obciążających winą Polaków za zbrodnię w Jedwabnem był Paweł Machcewicz, współautor skrajnie zakłamanego opasłego dwutomowego „dzieła” o Jedwabnem „Wokół Jedwabnego” (wydanego w 2002 r. pod red. Machcewicza i Krzysztofa Persaka). Jak bardzo stronniczy był Machcewicz w promowaniu skrajnie prożydowskich wersji najlepiej świadczy jego niezwykle arogancka i paszkwilancka recenzja z książki Marka Chodakiewicza „Po zagładzie”, opublikowana 6 stycznia 2012 r. na portalu tak skompromitowanego swymi oszczerstwami wobec Polaków stowarzyszenia "Otwarta Rzeczpospolita".

Przerwanie ekshumacji (4 czerwca 2001 r.)

Już pierwsze prace ekshumacyjne wystarczyły do obalenia podstawowych oszczerczych tez Grossa. Ekshumacja dowiodła, że w stodole zginęło 150-250 Żydów, a nie 1.600, jak twierdził z uporem Gross. Znaleziono prawie 100 łusek, co dowodziło strzelania do Żydów, próbujących uciec ze stodoły. W tym czasie broń palną mieli tylko Niemcy, wszak Polakom groziła śmierć nie tylko za posiadanie broni, ale nawet za posiadanie radioodbiorników. Jak wiadomo Gross twierdził, że to Polacy mordowali, a Niemcy tylko fotografowali. Fotografowali z broni palnej? Pierwsze wyniki ekshumacji uderzyły tak mocno w twierdzenia Grossa, że maksymalnie przeraziło to jego bezkrytycznych klakierów.

Prace ekshumacyjne przerwano 4 czerwca 2001 pod naciskiem żydowskich rabinów i premiera Jerzego Buzka, zawsze służalczego wobec środowisk żydowskich. Michael Schudrich, naczelny rabin Polski, zawyrokował: "Szacunek dla kości naszych ofiar jest dla nas ważniejszy niż wiedza, kto zginął i jak, kto zabił i jak". Decyzję o przerwaniu ekshumacji podjął ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. - „To, co działo się między 30 maja a 4 czerwca 2001 roku, było raczej parodią ekshumacji. Przeprowadzeniu rzetelnych prac sprzeciwili się bowiem rabini, argumentując, że wykopywanie zwłok jest sprzeczne z religią żydowską” – opowiadał później prof. Andrzej Kola, który miał je przeprowadzić”.

List otwarty wybitnych przedstawicieli Polonii amerykańskiej do IPN-u

10 lipca 2002 r. kilkudziesięciu wybitnych przedstawicieli Polonii amerykańskiej wystosowało do IPN-u list otwarty, krytykujący przerwanie ekshumacji, list przemilczany w przeważającej części mediów. Centralną częścią. listu było wskazanie na kluczowe braki w działaniach IPN-u w związku z Jedwabnem. Autorzy listu zarzucali m.in., iż: "Nie wystarczająco uwypuklono, że w Jedwabnem nie było ekshumacji, a jedynie częściowe badania miejsca zbrodni (…) Nie zastosowano tej samej miary do wiarogodności świadków zeznających o obecności Niemców, którą zastosowano do świadków zeznających, że Niemców nie było.. Odrzucono (…) zeznania świadków mówiące o obecności Niemców (…)".

Wśród sygnatariuszy owego „Listu Otwartego”, na który Polonia nie doczekała się nigdy należytej odpowiedzi, były m.in. tak znaczące postacie polonijne jak: profesor, pisarz I. C. Pogonowski, prof. medycyny dr J. Moor-Jankowski, zasłużony działacz i autor polonijny R. Tyndorf, historyk prof. M. K. Dziewanowski, prof. historii J. Radziłowski, wdowa po S. Korbońskim, zasłużona działaczka polonijna Z. Korbońska, niezwykle zasłużona w zbieraniu danych o polskich Sprawiedliwych, którzy ratowali Żydów politolog A. Poraj-Wybranowska, radca prawny M. Szonert-BiniendaTadeusz Witkowski, słynny z późniejszej udanej lustracji TW ks. M. Czajkowskiego, prof. prawa M. Wagner, prof. historii M. J. Chodakiewicz.

W ciągu ponad 16 lat, jakie upłynęły od publikacji "Sąsiadów” Grossa udowodniono, że wiele jego stwierdzeń było ewidentnymi kłamstwami, a sam Gross nie był prawdziwym naukowcem, lecz hochsztaplerem. Niestety dla swych kłamstw Gross miał wsparcie potężnego lobby w Polsce, począwszy od prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który jeszcze przed zakończeniem śledztwa w Jedwabnem już 10 lipca 2001 r. pospieszył z samowolnymi przeprosinami Żydów za mord w Jedwabnym, faktycznie występując w imieniu polskiego narodu, choć nie miał do tego żadnego upoważnienia. Grossa wspierała i broniła cała chmara kłamliwych dziennikarzy na czele z „Gazetą Wyborczą”, „Tygodnikiem Powszechnym”, „TVN 24” (osławiona M. Olejnik) i in. Dochodziła do tego duża grupa kłamliwych historyków na czele z prof. Andrzejem Paczkowskim, prof. Andrzejem Friszkem, dr. Andrzejem Żbikowskim. Jako przewodniczący Rady IPN, a wcześniej – z rekomendacji PO – członek Kolegium IPN, prof. Paczkowski udostępnił Grossowi materiały dotyczące Jedwabnego z likwidowanej wówczas Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu, pośpiesznie zamykając je przed polskimi uczonymi. Grossa wspierało również wielu pseudoautorytetów w stylu Jacka Kuronia, A. Michnika czy Marka Edelmana, kłamliwych naukowców - ignorantów z innych dziedzin, np. socjolog dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego Paweł Śpiewak oraz cała rzesza różnych niechętnych Polsce celebrytów typu Agnieszki Arnold. W 2001 r. nakręciła ona film „Sąsiedzi”, kompletnie w duchu J. T. Grossa. Na tle ocen poważnych historyków, wzywających do jak najbardziej starannego zbadania całej sprawy mordu w Jedwabnem, tym bardziej szokują wystąpienia dyletantów, mentorsko pouczające wybitnych historyków, bo oni, dyletanci, wiedzą lepiej. Pod tym względem prawdziwe rekordy absurdu pobił drukowany w „Tygodniu Powszechnym” z 11 lutego 2001 r. tekst „Sprawa krwawego błota”, pióra znanego autora fantastyki naukowej, pisarza Stanisława Lema.

Podziały wśród duchowieństwa w sprawie Jedwabnego

Zdawałoby się, że antypolskie i antychrześcijańskie oszczerstwa J. T. Grossa spotkają się ze zdecydowanym potępieniem całego Episkopatu. Niestety tak nie było. Przez całe dziesięciolecia Kościół katolicki w Polsce był mocno podzielony. Obok dużej grupy patriotycznych hierarchów istniała wpływowa grupa hierarchów skrajnie filosemickich, dla których najważniejsza była sprawa dialogu z Żydami, za wszelka cenę. Na czele pierwszej grupy hierarchów stali Prymas Polski Józef Glemp i parokrotny przewodniczący Episkopatu abp Józef Michalik. Wielokrotnie występowali oni przeciw oszczerczym uogólnieniom J. T. Grossa wobec całego narodu polskiego, wzywali do uczciwego mówienia całej prawdy o roli narodu polskiego w czasie drugiej wojny światowej. Ze zdecydowaną obroną społeczności Jedwabnego przeciw oszczerstwom Grossa występowali m.in. ks. biskup Stanisław Stefanek, ks. biskup Albin Małysiak, ks. biskup Kazimierz Ryczan, ks. biskup Edward Frankowski, naczelny redaktor katolickiego tygodnika „Niedziela” ks. infułat Ireneusz Skubiś oraz słynny naukowiec - erudyta ks. profesor Waldemar Chrostowski.

Była jednak i druga, ponura strona medalu. W wyraźną obronę Grossa angażowało się szereg hierarchów. Przewodził im abp lubelski Józef Życiński. Z kolei ówczesny arcybiskup warszawski (dziś także kardynał) Kazimierz Nycz okazał maksimum złej woli, zakazując w kościele przy ul. Dickensa odbycia mego odczytu na temat działań Grossa przeciw Polsce i Kościołowi dosłownie na kilka godzin przed prelekcją. Ataki wobec przeciwników Grossa wielokrotnie wszczynał agent SB przez 25 lat ks. Michał Czajkowski. Szczególnie negatywną rolę poprzez swą popularyzację Grossa odgrywał „Obłudnik Powszechny”, kierowany przez ks. Adama Bonieckiego. Można by długo jeszcze wyliczać nazwiska duchownych, którzy splamili się poparciem dla Grossa i jego popularyzowaniem. By przypomnieć choćby dominikanina o. Tomasza Dostatniego (ostatnio „wsławił się” atakiem na prezydenta A. Dudę), czy osławionego księdza Wojciecha Lemańskiego, który zajadle zaatakował mnie w „Więzi” w obronie tez Grossa, jezuitę o. Stanisława Musiała.

„Półkownik” o Jedwabnem

W 2004 r. historyk i reżyser dokumentalista Artur Janicki nakręcił prawdziwie obiektywny film o Jedwabnem, który potem kilkanaście lat przeleżał się na półkach. Powodem zablokowania tego filmu był jego obiektywizm i obalanie kłamstw Grossa. Przypomnijmy, że w tym samym czasie zakłamany, oszczerczy antypolski film Agnieszki Arnold na temat Jedwabnego był kilkanaście razy pokazywany w różnych telewizjach, począwszy od telewizji publicznej. I jest to niewiarygodny skandal. Jedną z bohaterek filmu Janickiego była nieodżałowana polska patriotka żydowskiego pochodzenia Dora Kacnelson, swego rodzaju „Jankiel w spódnicy. Sama o sobie mówiła: „Jestem Żydówką Wielkiej Polski”. Przypomnijmy, co pisał o Kacnelson prof. Ryszard Bender w „Naszym Dzienniku” z 5 lipca 2013 r.: „Nikt ze środowisk żydowskich tak mocno i zdecydowanie nie demaskował kłamstw i fałszerstw Jana Tomasza Grossa dotyczących Jedwabnego, jak Dora Kacnelson. To nie konfabulator – stwierdzała – to wynajęty przez amerykańskich Żydów oszust”. W filmie Janickiego Kacnelson kolejny raz ogromnie ostro napiętnowała antypolskie oszczerstwa Grossa, mówiąc: „Jak zaczęliśmy czytać Grossa, to od razu było widać, że wszystko tam było nakłamane”. Kacnelson zarzuciła Grossowi, że propagując swoją książkę w różnych krajach świata stara się wciąż „wzniecać nienawiść do Polaków”. W filmie Janickiego jednoznacznie wskazano jak wielkim przełomem było znalezienie łusek po niemieckich nabojach przy stodole w Jedwabnem. Ten wyraźny dowód, że część Żydów zginęła od postrzałów obalał twierdzenia Grossa przeczące dominującemu udziałowi Niemców w jedwabieńskiej masakrze Żydów (w tym kontekście plasował reżyser Janicki niebywałe nasilone wówczas naciski Żydów na przerwanie dalszej ekshumacji. Wystarczyło by bowiem znaleźć jedno żydowskie ciało przestrzelone niemiecką kulą, by uznać, że całą masakrę zorganizowali Niemcy, którzy strzelali do Żydów próbujących uciec ze stodoły).

Na dodatek wg. Janickiego naciski żydowskie energicznie wspierał sam premier Jerzy Buzek, ostatecznie skutecznie skłaniając ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego do przedwczesnego przerwania ekshumacji. W kontekście tych nacisków żydowskich reżyser Janicki stwierdził, że nie należało im ulegać, lecz odwołać się do prawa polskiego. Przypomniał, że w różnych krajach wielokrotnie dla celów procesowych rozkopywano mogiły żydowskie.

Janicki demaskując oszukańcze manipulacje Grossa w sprawie Jedwabnego, nicował zeznania jego rzekomych świadków, którzy faktycznie nigdy nie widzieli masakry, a znali ją tylko ze słyszenia. Na dodatek dwóch głównych świadków Grossa było całkowicie niewiarygodnych. Jeden z nich w ogóle nie był w Jedwabnem, a drugi, choć wcześniej mieszkał w Jedwabnem już na rok przed masakrą był wywieziony na Sybir, bo ukradł patefon. Janicki ujawnił również skądinąd znaną z tomu „Wokół Jedwabnego” sprawę, że wśród żydowskich „świadków” byli członkowie grasującej kilka lat w Jedwabnem mafii żydowskiej, powiązanej z żydowskimi oficerami UB. Mafia ta wyłudziła dziesiątki kamienic (o tej mafii por. szerzej "Wokół Jedwabnego", op. cit., t. 2, s. 379-381, 392-413, 422-424). Dwaj z powołanych przez sąd w 1947 r. świadków: Eliasz Grondowski i Abram Boruszczak siedzieli w więzieniu za fałszywe zeznania w interesie wspomnianej mafii w sprawach majątkowych wokół Jedwabnego. W filmie bardzo krytycznie oceniono zabierającego głos w sprawie Jedwabnego prof. Andrzeja Rzeplińskiego (w filmie bardzo krytycznie oceniono też „dokonania” przygotowujących dla Kieresa raport o Jedwabnem: prokuratora Radosława Ignatiewa oraz historyków Machcewicza i Persaka). W filmie napiętnowana została również rola prezydenta A. Kwaśniewskiego, który bez żadnego uzasadnienia dowodowego błyskawicznie pospieszył z bezprawnymi przeprosinami za Jedwabne w imieniu narodu polskiego.

Janicki obalił twierdzenie Grossa, że Polacy z Jedwabnego rzekomo mordowali Żydów w celach rabunkowych, ukazując znalezione przy ciałach setki złotych monet, biżuterię, zegarki etc. Posłużyło to rządcom telewizji za pretekst do zablokowania filmu Janickiego pod pozorem „antysemityzmu” jego twórcy, który pokazał takie bogactwo Żydów. Jednym z ciekawszych dowodów pokazanych w filmie było świadectwo Hipolita Pijanowskiego z Jedwabnego. Opowiadał on o rozmowie ze swym dawnym kolegą Niemcem, który chwalił się swym udziałem w wymordowaniu Żydów.

Szczególnie ważną część filmu stanowiła rozmowa z szefem ekipy archeologicznej, prowadzącej ekshumacje w Jedwabnem - prof. Andrzejem Kolą. Stwierdził on, iż znalezione tam łuski były wystrzelone po 1939 r. i były dowodem na to, że do żydowskich ofiar strzelano z broni ręcznej zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz stodoły. Znamienny był fakt, że raportu prof. Koli w ogóle nie zamieszczono w ogromnym przegadanym dwutomowym wydawnictwie IPN o Jedwabnem (1561 stron). Nazwiska prof. Koli nie ma w ogóle nawet w indeksie dwóch tomów tego "dzieła". Reżyser Janicki mówił, że były naciski na prof. Kolę, aby w ogóle nie wystąpił w filmie. Znamienne było zachowanie Kieresa, który konsekwentnie unikał spotkania z autorem filmu. Film Janickiego spotkał się za to z bardzo wysoką oceną tak wybitnych historyków jak senator prof. Jan Żaryn czy dr Leszek Żebrowski.

Dowody niemieckiej zbrodni

5 stycznia 2008 jeden z najwybitniejszych badaczy historii Polski w drugiej wojnie światowej dr Leszek Żebrowski zamieścił w „Naszym Dzienniku” ważny tekst nt. sprawy Jedwabnego „Nowe kłamstwa Grossa”. Dr Żebrowski przytoczył tam wczesne relacje żydowskie, które zostały pominięte przez Grossa i które nie były wykorzystane w śledztwie IPN-u. Były tam m.in. relacje Michaela Maika, Rywki Kaiser i Hersza Cukiermana (Harolda Zissmana). Wszystkie te relacje wskazywały na dominującą rolę Niemców w zbrodni w Jedwabnem. Rzecz znamienna, że ani jedno z przytoczonych przez dr Żebrowskiego zeznań żydowskich (M. Maika, R. Kaizer, H. Zissmana), nie zostało przytoczone we wspomnianej już 1561-stronicowej książce P. Machcewicza i K. Persaka „Wokół Jedwabnego”.

Dr Żebrowski przytoczył również inne bardzo ważne potwierdzenie sprawczej i decydującej roli Niemców w mordzie jedwabieńskim - które tu należy przypomnieć. Zeznanie (z 1949 roku) wysokiego funkcjonariusza SS w Białymstoku Waldemara Macholla (szefa referatu IV A3). Jak pisał Żebrowski znany żydowski historyk Szymon Datner (dyrektor ŻIH-u) ocenił je niezwykle wysoko ocenił zeznanie Macholla, stwierdzając: „Dzięki wyjaśnieniom Macholla można było określić rolę “grup operacyjnych” w okresie administracji wojskowej (czerwiec – lipiec 1941) jako głównych wykonawców lub inicjatorów rzezi ludności żydowskiej w miejscowościach: Białystok, Radziłów, Jedwabne, Wąsosz i in.” (podkr. - JRN) (Sz. Datner, Niemiecki okupacyjny aparat bezpieczeństwa w okręgu białostockim (1941-1944) w świetle materiałów niemieckich [opracowania Waldemara Macholla], “Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce”, XV, Warszawa 1965).

Neostalinowiec Gross

W 2011 r. opublikowana została jedna z najostrzejszych pozakrajowych krytyk Grossa – tekst „Neostalinowska wersja historii”, pióra jednego z czołowych naukowców polonijnych Johna Radziłowskiego, profesor historii na University of Alaska Southeast. Prof. Radziłowski pisał m.in.: „Jan Tomasz Gross jest czołowym przedstawicielem historyków neostalinowskich na uczelniach północnoamerykańskich. Patriotyzm, wiarę katolicką i poświęcenie na rzecz narodu zrównują z kolaboracją z nazistami, a szczególnie z antysemityzmem. Związek Sowiecki to nie morderczy wróg, lecz „bratni wyzwoliciel”. Prof. John Radziłowski przedstawił przy tym główne cechy neostalinowskiej historiografii, której sztandarowym reprezentantem jest J. T. Gross, jej wrogość wobec polskości i Kościoła, czarny obraz Polski, inwektywy zamiast dyskusji. Radziłowski zwrócił również uwagi na zdeformowane metody badawcze Grossa, pisząc m.in.: „W „Sąsiadach” Gross powołuje się na zeznania rzekomych sprawców masakry w Jedwabnem, nie ujawniając, że uzyskano je w wyniku tortur. Czyni to świadomie i bez żadnych wyrzutów sumienia, opierając się na wielu takich niepotwierdzonych i nie poddanych szczegółowej analizie źródłach”.

Mówi świadek Stefan Boczkowski

13 grudnia 2013 r. nagłośniona została w Internecie relacja naocznego świadka zbrodni w Jedwabnem (12-letniego w 1941 r.) Stefana Boczkowskiego. Boczkowski opisywał zbrodniczą rolę Niemców z Einsatz Komando, począwszy od przymuszania Polaków, by wskazywali domy, gdzie mieszkali Żydzi. Boczkowski szacował liczbę Niemców na około sto osób. Według relacji Boczkowskiego Niemcy grozili Polakom, że w razie nieposłuszeństwa zostaną skierowani do sądu wojennego i natychmiast skazani na karę śmierci. Niemcy zmuszali też Polaków do pilnowania Żydów. Wbrew kłamstwom Grossa - jak relacjonował Boczkowski - liczni Polacy starali się ratować Żydów, zwłaszcza dzieci. Jak opowiadał Boczkowski Niemcy zmuszali Żydów do krzyczenia „Przez nas wojna!”, kazali śpiewać rosyjskie pieśni i nieść kawałki z rozbitego pomnika Lenina. Boczkowski słyszał wyraźne trzaski kul. Podkreślał, że przy stodole nie było nigdy żadnych działań wojennych, a więc znalezione łuski musiały być efektem niemieckiego strzelania do Żydów.

Jednym z ważniejszych wydarzeń w dyskusji o Jedwabnem w ostatnich latach było ogłoszenie w TV Niezależnej Polonii wstrząsającej relacji naocznego świadka wydarzeń Hieronimy Wilczewskiej (miała 8 lat w dniu masakry). Ojciec Wilczewskiej został zastrzelony przez Niemców jeszcze na miesiąc przed rzezią w Jedwabnem. Wilczewska żyje od lat w New Britain w stanie Connecticut w USA. Wilczewska opisywała jak gestapowiec żądał, aby się napatrzyła, co Niemcy robią z Żydami, bo jak skończą z Żydami, to zrobią to samo z Polakami. Wilczewska szczegółowo opisała widziane przez nią zapędzanie Żydów do stodoły, która później spalili. Jej przejmująca relacja stanowi centralną część filmu pary polonijnych działaczy Wacława i Elżbiety Kujbidów: „Jedwabne. Naoczni świadkowie - Spisane świadectwa - Pominięte fakty”. Film Kujbidów jednoznacznie oskarżał Niemców o zbrodnie w Jedwabnem w oparciu o świadectwa naocznych świadków, a zarazem piętnował świadome zakłamania w śledztwie IPN-u. Jak akcentowali Kujbidowie śledztwo to oparto na świadectwach ludzi, którzy nie urodzili się w Jedwabnem. Kujbidowie bardzo ostro krytykowali utajnienie raportu prof. A. Koli z ekshumacji w Jedwabnem i domagali się natychmiastowego odtajnienia wszystkich przemilczanych dotąd raportów i zeznań. Podczas debaty dla „Wnet” Elżbieta Kujbida powiedziała: „Musimy teraz przywrócić Polsce i Polkom dobre imię. Nie zgadzamy się na kłamstwo historyczne. Polacy muszą być silnym, dumnym narodem (…) Bronimy Polski, bronimy dobrego imienia Polaków i bardzo Was Państwo prosimy: róbcie to samo”!

W ciągu ostatnich kilku latach przybyło paru nowych autorów wypowiadających się w sprawie Jedwabnego. Najciekawsze spośród nich wydają się wystąpienia dr Ewy Kurek, która w przeszłości napisała wiele cennych prac z tematyki polsko-żydowskiej.

Jednym z ważniejszych najnowszych głosów w debacie o Jedwabnem była audycja o. Jacka Cydzika „Żydowskie kłamstwa i zmowa milczenia zdrajców Polski” w Telewizji Trwam 26 stycznia 2016 r. W audycji odtworzono m.in. wypowiedzi nieodżałowanego wielkiego Polaka z Polonii dr Jana Moora Jankowskiego z 29 lipca 2004 r. Dr Moor-Jankowski był przez 30 lat doktorem medycyny sądowej. Wspominał w audycji, że pracował niegdyś jako lekarz w Izraelu i był odznaczony tam orderem Trumpeldor przez premier Goldę Meir. Pracował również w żydowskich szpitalach w Nowym Jorku. Nawiązując do tych swoich doświadczeń wspomniał, że wszędzie tam dokonywano ekshumacji żydowskich zmarłych, gdy było to potrzebne z prawnego punktu widzenia. Uznawano bowiem, że jeśli ma się do czynienia ze sprawą kryminalną, to najważniejszą rzeczą jest właśnie ekshumacja. W tej sytuacji ostro Moor-Jankowski skrytykował przerwanie ekshumacji przez kieresowski IPN, mówiąc: „Nie postępowano według przepisów nowoczesnej nauki i zatuszowano, pogrzebano sprawę”. Dr Moor-Jankowski mówił, że na próżno próbował w tej sprawie telefonować do Kieresa i Kuleszy. Jaśnie - panowie dygnitarze (to mój komentarz) w ogóle nie odpowiadali na telefony słynnego lekarza polonijnego o międzynarodowej sławie. Zdaniem dr Moor-Jankowskiego „można mówić o niekompetencji, a nawet spisku” ze strony ówczesnego kierownictwa IPN-u. Moor-Jankowski wielokrotnie na próżno domagał się natychmiastowego wznowienia ekshumacji. W rozmowie ze mną mówił, że „nie ma połowicznej ekshumacji, tak jak nie połowicznej ciąży”.

W trakcie audycji w Telewizji Trwam cytowano również wypowiedzi innego wielkiego autorytetu polonijnego prof. Ivo C. Pogonowskiego, który bardzo ostro krytykował kłamstwa Grossa. Jednym z najciekawszych wątków audycji było przytoczenie licznych zeznań świadków nie uwzględnionych przez IPN, którzy mówili o mordzie w Jedwabnem jako wyłącznym „dziele” Niemców. Wśród tych świadków był również Żyd G. E., który stwierdził : „Matka moja Bluma Grondowska została spalona przez Niemców”.

Wznowić ekshumację w Jedwabnem

Cytowane wyżej liczne nowe relacje o Jedwabnem jakie zostały upublicznione w ciągu 13 lat, od czasu umorzenia śledztwa w tej sprawie przez IPN 30 czerwca 2003 r. prowadzą do następującego wniosku. Nowe ważne relacje powinny skłonić do jak najszybszego wznowienia śledztwa i zarazem do dokończenia tak pochopnie przerwanej ekshumacji. Myślę, że bardzo przydałby się apel polskich środowisk patriotycznych do władz polskich o jak najszybsze wznowienie tak niegodne przedwcześnie zamkniętego przez ekipę L. Kieresa śledztwa w sprawie Jedwabnego. A także o jak najszybsze doprowadzenia do wznowienia ekshumacji w Jedwabnem. Apeluję też do burmistrza i władz gminy Jedwabne o jak najmocniejsze poparcie ewentualnego apelu w powyższej sprawie,

Wznowienie ekshumacji w Jedwabnem i ostateczne rozbicie fałszów zatrutej narracji Grossa jawi się jako jedno z centralnych zadań polskiej polityki historycznej. Jest to niezbędne zarówno generalnie dla oczyszczenia obrazu Polski z fałszów jak i dla mieszkańców regionu Jedwabnego, których tak długo obrzucano generalizującymi obrzydliwymi pomówieniami. Zapłacili tak wysoką cenę za swój heroiczny opór wobec sowieckiej okupacji w latach 1939-1941 i w czasach utrwalania tzw. władzy ludowej w pierwszych latach powojennych.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/07/caa-prawda-o-jedwabnem.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

(Tekst publikowany w najnowszej „Niedzieli” (nr 28 z lipca 2016)

Zainaugurowana przez nowy rząd PiS-u i nowego prezydenta Andrzeja Dudę nowa polityka historyczna sprzyja ostatecznej likwidacji skutków dziesięcioleci upokarzania Polaków w ramach tzw. „pedagogiki wstydu”, którą niejednokrotnie piętnował prezes PiS-u Jarosław Kaczyński. Sprzyja to ponownemu wznowieniu przedwcześnie umorzonych z winy byłego fatalnego prezesa IPN-u Leona Kieresa śledztw w sprawie mordu w Jedwabnem w 10 lipca 1941 r. i rzekomego pogromu w Kielcach w 4 lipca 1946 r. Przypomnijmy tu, że właśnie „Niedziela” była, dzięki jej naczelnemu ks. infułatowi Ireneuszowi Skubisiowi, pierwszym medium prasowym, które stanowczo sprzeciwiło się tak nagłaśnianemu w przeważającej części „polskich” mediów zbiorowi antypolskich oszczerstw Jana Tomasza Grossa (por. cykl moich tekstów „Sto kłamstw J. T. Grossa”). Niestety, ówczesna jednostronnie i bez dowodów przesądzająca o winie Polaków polityka prezesa IPN-u L. Kieresa doprowadziła do przedwczesnego umorzenia śledztwa w sprawie zbrodni w Jedwabnem i fatalnego w skutkach przerwania ekshumacji w Jedwabnem. Tę ostatnią przerwano akurat wtedy, gdy znaleziono wyraźne dowody zbrojnej obecności Niemców przy stodole w Jedwabnem (blisko sto łusek po niemieckich nabojach. Na próżno protestowano przeciwko przerwaniu ekshumacji, m.in. w liście kilkudziesięciu osobistości polonijnych).

Nowe świadectwa o Jedwabnem

Stopniowo mnożyły się jednak dowody dominującej roli Niemców w mordzie w Jedwabnem i ich strzelania do Żydów próbujących uciec z podpalanej przez Niemców stodoły. Już w 2004 r. historyk i reżyser dokumentalista Artur Janicki nakręcił prawdziwie obiektywny film „Jedwabne”, który potem kilkanaście lat przeleżał się na półkach. Powodem zablokowania tego filmu był jego obiektywizm i obalanie kłamstw Grossa. Szczególnie ważną część filmu stanowiła rozmowa z szefem ekipy archeologicznej, prowadzącej ekshumacje w Jedwabnem - prof. Andrzejem Kolą. Stwierdził on, iż znalezione tam łuski były wystrzelone po 1939 r. i były dowodem na to, że do żydowskich ofiar strzelano z broni ręcznej zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz stodoły. Znamienny był fakt, że raportu prof. Koli w ogóle nie zamieszczono w ogromnym przegadanym dwutomowym wydawnictwie kieresowskiego IPN o Jedwabnem (1561 stron). Prof. Kola nazwał zresztą ekshumacje w Jedwabnem tylko „parodią ekshumacji” z powodu jej przedwczesnego przerwania.

5 stycznia 2008 jeden z najwybitniejszych badaczy historii Polski w drugiej wojnie światowej dr Leszek Żebrowski zamieścił w „Naszym Dzienniku” ważny tekst nt. sprawy Jedwabnego „Nowe kłamstwa Grossa”. Dr Żebrowski przytoczył tam wczesne relacje żydowskie, które zostały pominięte przez Grossa i które nie były wykorzystane w śledztwie IPN-u. Były tam m.in. relacje Michaela Maika, Rywki Kaiser i Hersza Cukiermana (Harolda Zissmana). Wszystkie te relacje wskazywały na dominującą rolę Niemców w zbrodni w Jedwabnem.

Jednym z ważniejszych wydarzeń w dyskusji o Jedwabnem w ostatnich latach było ogłoszenie w TV Niezależnej Polonii wstrząsającej relacji naocznego świadka wydarzeń Hieronimy Wilczewskiej (miała 8 lat w dniu masakry). Ojciec Wilczewskiej został zastrzelony przez Niemców jeszcze na miesiąc przed rzezią w Jedwabnem. Wilczewska żyje od lat w New Britain w stanie Connecticut w USA. Wilczewska opisywała jak gestapowiec żądał, aby się napatrzyła, co Niemcy robią z Żydami, bo jak skończą z Żydami, to zrobią to samo z Polakami. Wilczewska szczegółowo opisała widziane przez nią zapędzanie Żydów do stodoły, która później spalili. Jej przejmująca relacja stanowi centralną część filmu pary polonijnych działaczy: Wacława i Elżbiety Kujbidów. W maju tego roku w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich wyświetlono po raz pierwszy dokumentalny film Wacława i Elżbiety Kujbidów: ”Jedwabne. Naoczni świadkowie - Spisane Świadectwa - Pominięte fakty”. Debatę na temat tego filmu prowadził we „Wnet” naczelny dyrektor tej stacji Krzysztof Skowroński. Film Kujbidów jednoznacznie oskarżał Niemców o zbrodnie w Jedwabnem w oparciu o świadectwa naocznych świadków, a zarazem piętnował świadome zakłamania w śledztwie IPN-u.

O kolejnych ważnych nowych świadectwach powiedział w audycji „Warto rozmawiać” red. Jana Pospieszalskiego w dniu 28 czerwca br. zasłużony działacz opozycji anty-PRL-owskiej, a od niedawna nowy członek kolegium IPN Krzysztof Wyszkowski. Powiedział on o znalezionej w aktach Wojewódzkiej Żydowskiej Komisji z Białegostoku relacji Żydówki Finkelsztein, która pisała o słyszanych przez nią licznych strzałach niemieckich przy stodole w Jedwabnem. Wyszkowski wspomniał również o przemilczanym dotąd fakcie, że w czasie ekshumacji znaleziono ciało przestrzelone niemiecką kulą. Jak można było przemilczeć tak ważny fakt?!

27 czerwca br. w Białymstoku odbyła się uroczystość ku czci ok.1000 Żydów, którzy zostali spaleni przez Niemców na niecałe dwa tygodnie przez Jedwabnem 27 czerwca 1941 roku, co było faktem całkowicie przemilczanym przez J. T. Grossa i jego zwolenników. Przemawiający z tej okazji prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział "że wina Niemców za ten mord i inne zbrodnie w regionie Podlasia była „jasna i określona” i „trzeba o tym mówić”". I dodał - „Nie można jej przysłaniać różnego rodzaju operacjami typu tych, które były zorganizowane wokół Jedwabnego, gdzie przedstawiano zbrodnię, której się rzeczywiście dopuszczono, ale w sposób nie mający nic wspólnego z jej rzeczywistym przebiegiem, z faktami”.

Wszystkie te nowe świadectwa wskazują na to, że należy jak najszybciej doprowadzić do wznowienia śledztwa w sprawie mordu w Jedwabnem, tylko tym razem bez udziału takich szkodników jak L. Kieres, i do wznowienia zbyt pochopnie przerwanej ekshumacji.

Prawda o rzekomym pogromie w Kielcach

4 lipca 1946 r., w dzień po sfałszowaniu referendum przez komunistów, doszło w Kielcach do zorganizowanej przez NKWD i kielecką bezpiekę prowokacji, którą nagłośniono jako tzw. „pogrom kielecki”. W jej wyniku zginęło 37 Żydów i 3 Polaków. Celem prowokacji było odwrócenie uwagi Zachodu od sfałszowania referendum. Podobnego typu prowokacje były organizowane przez NKWD również na Węgrzech, w Słowacji i w Rumunii w pierwszych latach po 1945 r., zawsze dla przysłonięcia jakichś sowieckich łajdactw popełnionych wobec tych krajów. Pisała o tym szeroko już w 1991 r. czołowa historyk węgierska, obecnie dyrektor budapeszteńskiego „Muzeum Terroru” Maria Schmidt (por. szerzej uwagi w moim opracowaniu: "Kulisy zbrodni kieleckiej", zamieszczonym w drugim tomie IPN-owskiego wydawnictwa „Wokół pogromu kieleckiego” (Warszawa 2008, s. 458). Od początku wiele wybitnych osób, tak jak ambasador USA w Warszawie Artur Bliss Lane, czy ks. biskup kielecki Czesław Kaczmarek, który przygotował tajny raport o zbrodni kieleckiej (za co m.in. go później więziono) jednoznacznie uznali, że zajścia kieleckie były wynikiem działań komunistycznej bezpieki.

Tym bardziej żałosnym był fakt, że komunistyczne kłamstwo o pogromie kieleckim publicznie odgrzewano i nagłaśniano nadal po 1989 r. Jeszcze w 1996 r. postkomunistyczny minister spraw zagranicznych Dariusz Rosati wystąpił ze skierowaną do Światowego Kongresu Żydów prośbą o przebaczenie za wydarzenia kieleckie 1946 r., oświadczając: „Jest nam wstyd za to, że Polacy dokonali tej zbrodni”. Przepraszał w imieniu narodu polskiego (!) zamiast PZPR, z którą był związany przez ćwierć wieku.

Na szczęście w 1996 r. wyszła pierwsza bardzo cenna książka Krzysztofa Kąkolewskiego „Umarły cmentarz”, gruntownie odkłamująca sprawę Kielc w 1946 r. i pokazująca tę zbrodnię zgodnie z faktami jako efekt nikczemnych działań sowieckich i polskiej bezpieki. W dwa lata później (w 1998 r.) mieszkający w Kielcach ksiądz profesor Jan Śledzianowski wydał książkę: „Pytania nad pogromem kieleckim”, podobnie jak Kąkolewski demaskującą fałsze o rzekomym pogromie kieleckim. Przez wiele lat blokowano wyświetlenie w którejkolwiek z telewizji nakręconego w 1996 r. filmu - dokumentu brata Czesława Miłosza - Andrzeja Miłosza „Henio”. Było to wyznanie chłopca, którego rzekome porwanie przez Żydów posłużyło bezpiece do sprowokowania zajść kieleckich. Chłopiec Henryk Błaszczyk przez 50 lat bał się wyznać prawdę, z obawy przed zamordowaniem przez ludzi z bezpieki. To, co powiedział było niesamowite. Okazało się, że jego własny ojciec był ubekiem i w towarzystwie innych zaprzyjaźnionych ubeków wspierali prowokację kielecką, a zastraszony Henio był ich narzędziem. Znamienne, że tak ważny, odsłaniający prawdę film pokazano dopiero w 18 lat po nakręceniu - w 2014 r. - w posiadającym bardzo małą oglądalność kanale „Historia”. Przez lata blokowano również wyświetlenie innego filmu dokumentalnego Andrzeja Miłosza z 1996 r., "Pogrom Kielce 4 lipca 1946 roku". Pikanterii całej sprawie nadaje fakt, że autor filmów blokowanych przez „nową cenzurę” Andrzej Miłosz był wyróżniony tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” za ratowanie Żydów. W telewizjach blokowano również pokazanie filmu reżysera dokumentalnego i historyka Artura Janickiego „Pogrom kielecki – fałsze i prawda”. Film jednoznacznie odsłaniał komunistyczną inspirację rzekomego „pogromu” kieleckiego, mówił o celach tej prowokacji. 29 czerwca 2015 r. w internetowej telewizji wyświetlono kolejny film demaskujący kłamstwa o rzekomym pogromie kieleckim „Śladami prawdy”. Była to rozmowa Małgorzaty Sołtysiak z sędzią Andrzejem Jankowskim, który pewien czas prowadził śledztwo w sprawie tzw. pogromu, a w 2008 r. był jednym z 3 redaktorów IPN-owskiego wydawnictwa „Wokół pogromu kieleckiego”. Jankowski był do pewnego stopnia naocznym świadkiem zbrodniczych wydarzeń - w 1946 r. jako mały chłopiec przebywał przy basenie na który przychodzili żołnierze KBW. Wtedy usłyszał jak opowiadali, że na rozkaz rosyjskiego majora zabijali Żydów. Wyznania sędziego Janickiego były jednoznacznym oskarżeniem NKWD i kieleckiej bezpieki o doprowadzenie do tzw. pogromu. Wszystkie te nowe świadectwa skłaniają tym mocniej do wznowienia tak niegodnie umorzonego w 2004 r. za czasów dominacji L. Kieresa w IPN śledztwa w sprawie zbrodni kieleckiej. Postulowałem to już w 2008 r. we wspomnianym 2 tomie IPN-owskiego wydawnictwa „Wokół pogromu kieleckiego” (op. cit., s. 469) i w czasie mojej dłuższej rozmowy odbytej w obecności prof. Jana Żaryna z prezesem IPN-u Januszem Kurtyką zaledwie na tydzień przed jego śmiercią. Śmierć prezesa Kurtyki położyła na długo kres szansom na doprowadzenie do wznowienia takiego śledztwa. Tym bardziej warto podjąć je dziś.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/07/w-imie-prawdy-o-jedwabnem-1941-r-i.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

(Tekst publikowany w „Warszawskiej Gazecie” w numerze z 1 lipca 2016 r.)

Dziesięciolecia panowania „pedagogiki wstydu” w czasach PRL-u i w III RP wyrządziły ogromne szkody w świadomości, utrwalając niezmierne połacie kłamstw w wiedzy o historii. Jednym z najgorszych i zarazem najszkodliwszych kłamstw jest wymyślony przez komunistów mit o „pogromie kieleckim”, jak dotąd dość powszechnie określa się prowokację NKWD i polskiej bezpieki z lipca 1946 r. Niewiele osób wie, że prowokacja ta była tylko jedną z licznych podobnych nikczemnych sowieckich przedsięwzięć w Europie Środkowej. Była jedną z licznych prowokacji służących odwracaniu uwagi Zachodu od świeżo podjętych sowieckich działań przeciwko krajom naszego regionu.

Przemilczane prowokacje sowieckie w krajach Europy Środkowej

Czołowa węgierska badaczka historii czasów powojennych profesor Maria Schmidt, dyrektor słynnego „Muzeum Terroru” w Budapeszcie już w 1991 r. ogłosiła dane pokazujące kulisy sowieckich prowokacji z rzekomymi pogromami Żydów na Węgrzech, w Polsce, Słowacji, czy w Rumunii. Wskazała ona, że wszędzie tam władze sowieckie uciekały się do bliźniaczo podobnych wręcz zbrodniczych metod świadomie organizowanych zajść antyżydowskich, dokładnie wyreżyserowanych według podobnego scenariusza jak w Kielcach. Bardo podobne było w nich zachowanie wojska i milicji oraz wyraźna rola sprawców o komunistycznej proweniencji, których nigdy za to nie ukarano. Bardzo podobne były też cele tych prowokacji. Podobnie jak zajścia w Kielcach, które miały odwrócić uwagę Zachodu od monstrualnie sfałszowanego referendum, tak zajścia na Węgrzech czy w Czechosłowacji (konkretnie na terenie Słowacji) miały odwracać uwagę Zachodu od przejawów skrajnego bezprawia i gwałtów, dokonywanych przez wojska sowieckie w ramach rozprawy z prozachodnią opozycją. Do sprowokowanych przez NKWD i krajową bezpiekę zajść antyżydowskich doszło m.in. na Słowacji (Velke Topolcany, Chinorany, Krasno nad Nidą, Nedanovce) i na Węgrzech (Ozd, Sajószentpéter, Kunmadarás, Miskolc). Zdaniem profesor Marii Schmidt ręka sowieckich tajnych służb kryła się za prowokowaną histerią wzniecaną wokół rzekomych mordów rytualnych na Słowacji w kwietniu 1946 r., na Węgrzech w maju 1946 r. i w Polsce w lipcu 1946 r.

Jak pisała prof. Schmidt: „sowieckie kierownictwo chciało się uwolnić od żydowskich warstw religijnych, burżuazyjnych i mieszczaństwa, które traktowali jako bazy „kapitalizmu”, pragnęło zaostrzyć problemy mocarstw zachodnich przyjmujących żydowskich uchodźców, a w szczególności Wielkiej Brytanii, zajmującej Palestynę. I wreszcie, przypisując pogromy manipulacjom prawicowej „reakcji”, chciano umocnić na wschodzie i zachodzie Europy obóz komunistów, członków partii sympatyków żydowskiego pochodzenia” (cyt. za: J. Pelle: A kunmadarási pogrom. Shylock Hunniában II (Pogrom w Kunmadáras. Shylock w Hunni II), "Magyar Nemzet" z 15 marca 1991 roku). Dodajmy do tego rzecz szczególnie ważną. Prowadzona na ogromną skalę nagonka medialna po rzekomych pogromach na dziki „antysemityzm” Polaków, Węgrów, czy Słowaków miała oddziaływać na Zachód w jeszcze jednym względzie. Miała na celu pokazanie Zachodowi jak bardzo potrzebne w Europie Środkowej są sowieckie wojska, aby utrzymać w ryzach „faszystowskie” i „antysemickie” narody tego regionu.

Kulisy i przebieg prowokacji kieleckiej

Sowieccy organizatorzy prowokacji kieleckiej świadomie wybrali właśnie Kielce na swe miejsce działania. W tym czasie Kielce było centrum regionu o bardzo dużym nasileniu partyzantki antykomunistycznej. Chodziło wiec o to, by właśnie takie miasto tym mocniej skompromitować w oczach szerszej opinii publicznej. Nieprzypadkowo też rzekomy „pogrom” w Kielcach zainscenizowano 4 lipca 1946 r., zaledwie w cztery dni po sfałszowaniu referendum przez władze komunistyczne w Polsce w dniu 30 czerwca 1946 r. Chodziło o to, by Zachód skupił się na sprawie „antysemickiego pogromu” i jak najszybciej zapomniał o sprawie referendum. Plan komunistyczny okazał się aż nadto skutecznym.

Zbrodnicze zajścia kieleckie zaczęły się 4 lipca 1946 roku. Tego dnia od rana w całym mieście zaczęto bardzo szeroko rozpowszechniać pogłoskę o rzekomym porwaniu przez Żydów w celu zamordowania 8-letniego chłopca Henryka Błaszczyka. Kilka osób udało się z milicjantami do budynku Wojewódzkiego Komitetu Żydowskiego przy ul. Planty 7, by domagać się rewizji domu w poszukiwaniu chłopca. W budynku tym zamieszkiwało wówczas wielu Żydów. Doszło do szarpaniny wewnątrz budynku, a wokół domu zaczęły się gromadzić grupy ludzi. Do budynku zaczęli wchodzić kolejni milicjanci, a potem grupy wojskowych i żołnierzy KBW. W niewyjaśnionych w pełni okolicznościach doszło do strzelaniny między żołnierzami i milicjantami a Żydami, a później do mordowania i rabunku Żydów. Do ataku na Żydów dołączały się zgromadzone wokół Domu Żydowskiego grupy cywilów. Ich agresywne wystąpienia wzmogły się po przybyciu około godz. 12:30 dużej grupy robotników Huty „Ludwinów”. Byli oni związani z partią komunistyczną - wielka część z nich była poprzednio prokomunistycznymi agitatorami w czasie referendum. W wydanej w 2006 r. w Warszawie książce IPN "Wokół pogromu kieleckiego" (tom 1) liczebność tej grupy oceniano na kilkaset osób.

W czasie krwawych zajść trwających aż 5 godzin – od godz. 10 rano do godz. 15 – zginęło trzydzieścioro siedmioro Żydów, dwóch polskich cywilów i jeden polski oficer. Razem ilość ofiar mordu w Kielcach ocenia się na 40 osób. Propaganda komunistyczna specjalnie wielokrotnie wyolbrzymiała wielkość zgromadzonego przed Domem Żydowskim tłumu, aby obciążyć go całą winą za masakrę. Np. w odezwie do ludności miasta Kielc i województwa z 11 lipca 1946 r., twierdzono jakoby Żydów zabijał tłum 20-tysięczny przy pomocy kamieni, kijów i kopania” (cyt. za: ks. J. Śledzianowski: ”Pytania nad pogromem kieleckim”, Kraków 1999, s. 99). W rzeczywistości na placu przed Plantami mogło zmieścić się tylko do 500 osób, a badający sprawę sędzia Andrzej Jankowski ocenił, że tłum na Plantach nigdy nie przekroczył 300 osób. Tak niewielki „tłum” mogła z łatwością rozproszyć niewielka nawet, ale uzbrojona jednostka wojska, milicji czy UB. A w Kielcach w tym czasie - ze względu na zagrożenie atakami partyzantki antykomunistycznej - stacjonowały stosunkowo duże liczebnie formacje wojska (ok. 215 żołnierzy), II Kompanii KBW, Informacji Wojskowej, pracowników UB i MO, szkoły milicyjnej. Do tego dochodził również stacjonujący w Kielcach garnizon sowiecki. Już sam ten fakt ogromnej zbrodniczej bezczynności stacjonujących w mieście dużych jednostek zbrojnych polskich i sowieckich musi prowadzić do jednoznacznych podejrzeń co do tożsamości sprawców rzekomego „pogromu”.

Liczni autorzy, począwszy od raportów ks. bp. Czesława Kaczmarka i ambasadora Stanów Zjednoczonych w Warszawie Artura Bliss Lane z 1946 roku już wtedy akcentowali, że większość Żydów poległa z rąk żołnierz i oficerów. W 1982 r. gruntowną analizę sprawy zbrodni w Kielcach przedstawił były oficer Informacji Wojskowej pochodzenia żydowskiego Michał Chęciński w opublikowanej w Nowym Jorku książce „Poland: Communism-Nationalism-Antisemitism”. Właśnie Chęciński po raz pierwszy zdemaskował sowieckiego majora NKWD Michaila Aleksandrowica Diomina jako głównego organizatora kieleckiej zbrodni. Współpracował z nim b. oficer NKWD w czasie wojny major UB Władysław Sobczyński (Spychaj). Przejściowo aresztowany po „pogromie” Sobczyński został szybko wypuszczony z więzienia, a potem doszedł aż do stopnia ambasadora PRL w Sofii. Wyjątkowo duże podejrzenia musi budzić fakt ujawniony przez Krzysztofa Kąkolewskiego w książce "Umarły cmentarz", Warszawa 1996, s. 147, 153). Chodziło o to, że w budynku domu żydowskiego przy ul. Planty 7 były dwie klatki schodowe. W klatce schodowej nr 2 mieszkali w wyodrębnieni w swoistym getcie utworzonym przez komunistów Żydzi wierzący, kibucnicy szykujący się na wyjazd do Palestyny. Napastnicy wdzierali się wybiórczo tylko do klatki schodowej nr 2. Natomiast, jak podkreślał Kąkolewski (op.cit., s. 147): „Lepsza klatka, klatka nr 1, gdzie mieszkali funkcjonariusze UB, PPR i innych instytucji urzędowych lub powiązanych z władzami, pozostała nietknięta”.

Nadreprezentacja Żydów w kieleckich władzach

Zastanawiający jest fakt, że do inspirowanych przez NKWD i bezpiekę zajść antyżydowskich w Kielcach doszło pomimo bardzo wielkiej nadreprezentacji Żydów we władzach partii komunistycznej i bezpieki w tym mieście. Jak duże było nagromadzenie osób pochodzenia żydowskiego w kieleckim obszarze władzy, niech świadczą następujące dane personalne, które zaczerpnąłem z szeregu wiarygodnych naukowych pozycji omawiających zbrodnię kielecką. Żydami byli m.in. prezydent miasta Kielce Tadeusz Żarecki, szef WUBP Andrzej Kornecki (Dawid Kornhendler), sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PPR Józef Kalinowski, kierownik Wydziału Personalnego KW PZPR Julian Lewin, zastępca szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego Albert Grynbaum, dowódca oddziału wojskowego wysłanego na pomoc Żydom na plantach major Kazimierz Konieczny, szef wydziału personalnego WUBP Marian (po wyjeździe z Polski występował jako Morris) Kwaśniewski (por. dokładne dane bibliograficzne podane w moim tekście „Kulisy zbrodni kieleckiej”, drukowanym w drugim tomie wydawnictwa IPN „Wokół pogromu kieleckiego”, Warszawa 2008, s.451). Dane te uzupełniłem informacjami o żydowskim pochodzeniu szefa Wydziału Specjalnego (kontrwywiadu) w Kielcach - Majewskiego i szefa Wydziału Politycznego i KW MO - Erlickiego, który później wyemigrował do Izraela (wg tekstu Jacka Żurka w 1 tomie „Wokół pogromu kieleckiego”, Warszawa 2006, s. 376). Z tego samego wydawnictwa (s. 271) dowiadujemy się z zeznań b. wojewody kieleckiego E. Wislicza-Iwańczyka o żydowskim pochodzeniu szefa wojskowej Prokuratury Rejonowej w Kielcach Kazimierza Golczewskiego i następcy Kalinowskiego na stanowisku sekretarza KW PZPR - Kozłowskiego (Szpryngera). Z kolei prof. Jan Żaryn w studium "Hierarchia kościoła katolickiego wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-1947", w książce "Wokół pogromu..." (op. cit., t. 1, s. 85) przytacza fakt, że funkcjonariusze Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa publicznego wytykali, iż na stanowiskach kierowniczych w WUBP stoją Żydzi – wskazując jako przykłady (…) Korneckiego, Dmowskiego, naczelnika Wydziału Personalnego oraz naczelnika Wydziału Więziennictwa i Obozów - Blajchmana i innych”.

Wydane w latach 2006 r. i 2008 dwutomowe wydawnictwo „Wokół pogromu kieleckiego”, mimo bardzo dobrych autorów (drugi tom był pod redakcja L. Bukowskiego, sędziego A. Jankowskiego i J. Żaryna) nie wyjaśniło do końca sprawy. Zaciążyło na niej jednostronne i wręcz kłamliwe postanowienie o umorzeniu śledztwa wydane 21 października 2004 r. przez prokuratora Krzysztofa Falkiewicza z Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Krakowie. Miejmy nadzieję, że polityka historyczna nowego rządu stworzy możliwości dla tak potrzebnego wznowienia śledztwa o zbrodni kieleckiej w imię prawdy o polskiej historii.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/07/odkamac-tzw-pogrom-kielecki.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Niemiecki prezydent mentorsko poucza Polaków

Parę dni temu mieliśmy kolejny przejaw niedopuszczalnego wtrącania się w sprawy Polski, tym razem ze strony prezydenta Niemiec Joachima Gaucka. Podczas Dni Katolików w Lipsku prezydent Gauck powiedział: Polacy - podobnie jak mieszkańcy byłej NRD - potrzebują więcej czasu, aby nauczyć się żyć z obcymi, dlatego nie potrafią okazywać im miłosierdzia. Polacy potrafią być niesłychanie miłosierni, nie odkryli jednak - jak dotąd - tej zasady, że miłosierdzie nie obowiązuje tylko i wyłącznie w stosunku do naszych”. I dodał, że z tego właśnie powodu „politycy w Polsce, którzy odwołują się do dawnej narodowej tożsamości, są obecnie w nieco lepszej sytuacji niż politycy proeuropejscy, nastawieni bardziej liberalnie” (za: http://www.fronda.pl/a/niemiecki-prezydent-poucza-polakow-stosunku-doobcych,72301.html).

Prezydent Joachim Gauck ma ogromne zasługi dla Niemiec, bo przeprowadził tam lustrację w sposób doskonały. Teraz jednak niepotrzebnie miesza się w sprawy Polski i wypowiada bzdury. Przez stulecia jego kraj - Niemcy był najbardziej nietolerancyjnym krajem, m.in. okrutnie prześladując Żydów, a potem wywołując straszne wojny. W tym samym czasie Polska była najbardziej tolerancyjnym krajem świata i najbardziej otwartym na wszelkiego rodzaju uchodźców. Przyznał to nawet zajadły niemiecki XIX-wieczny wróg Polski, twórca potęgi militarnej Prus - feldmarszałek Helmut von Moltke, pisząc, iż: „Starodawni Polacy odznaczali się wielką tolerancją (…) Przez długi przeciąg czasu przewyższała Polska wszystkie inne kraje Europy swoją tolerancją (podkr. - JRN). Pierwsi Żydzi, którzy tu osiedli, byli wygnańcami z Czech i Niemiec. W roku 1096 schronili się do Polski, gdzie wówczas daleko większa tolerancja panowała niż we wszystkich innych państwach Europy(…)” (cyt. za: H. von Moltke: „O Polsce”, tł. G. Karpeles, Lipsk 1885, s.12, 14, 30; por. szerzej: J. R. Nowak: „Co Polska dała światu”, 3 wyd., Warszawa 2015, s. 20-30).

Najlepszy komentarz do wystąpienia prezydenta J. Gaucka dała znakomita dziennikarka „w Sieci” Krystyna Grzybowska, pisząc m.in. "Nie będę sięgać głębiej w historię stosunków polsko-niemieckich, bo od tego miłosierdzia barbarzyńców niemieckich na naszym terytorium, w obozach koncentracyjnych zginęły miliony obywateli, głównie żydowskich podludzi, zamęczonych w akcie miłosierdzia w komorach gazowych. Należy być miłosiernym i takimi wspomnieniami nie zakłócać przyjaznych i dobrosąsiedzkich stosunków. I jeszcze jedno, gdyby nie ruch Solidarności nie byłoby Urzędu Gaucka, a Gauck nie zostałby prezydentem najpotężniejszego państwa w Europie. Jak ten czas leci i jak to się ludzie zmieniają. Niezmienna jest wyższość moralna Niemców nad Polakami i resztą obywateli gorszej Europy, pouczanie niedorozwiniętych gospodarczo krajów jaką politykę powinny prowadzić, żeby zadowolić dążenie Niemiec do panowania nad kontynentem (podkr. - JRN). Ci ze wschodu powinni być miłosierni dla gospodarczej ekspansji sąsiada z zachodu, a także dla muzułmanów, bo choć są z obcej kultury i cywilizacji, powinni być przyjmowani z otwartymi rękami. W akcie wdzięczności, bo po raz pierwszy od paru wieków Niemcy nie zamierzają na nas napaść. Oni pragną pokojowo zamienić nas w niewolników swojej wyższości, już to czynią. I postawić pod naszą wspólną historią grubą kreskę" (cyt. za: Gruba kreska Joachima Gaucka: Niezmienna jest wyższość moralna Niemców nad Polakami i resztą obywateli gorszej Europy, "w Polityce.pl" z 27 maja 2016). Przy okazji warto zwrócić uwagę, że w Polsce znalazło schronienie najpierw kilkadziesiąt tysięcy Czeczeńców, a w ostatnich paru latach blisko dwa miliony uchodźców z ogarniętej wojną Ukrainy.

Jak długo wrogowie Polski będą pisać naszą historię?!

W najnowszym numerze „Warszawskiej Gazety” (nr z 27 maja-2 czerwca) szczególnie polecam artykuł znakomitego publicysty patriotycznego Mirosława Kokoszkiewicza: „Wrogowie Polski piszą naszą historię”. Kokoszkiewicz pisze: „Bezczelność Niemców i niestety wielu środowisk żydowskich w zakłamywaniu historii jest trudna do pojęcia dla każdego w miarę normalnego i przyzwoitego człowieka. Oto dzieci oraz wnuki oprawców i ich ofiar mówią dzisiaj jednym głosem, że Polacy chcą się przedstawić "w lepszym świetle". Jednocześnie cynicznie przemilczają, że my również byliśmy narodem przeznaczonym przez Niemców do zagłady. Kiedy sami pojmiemy i damy głośno do zrozumienia innym, że to my Polacy, jesteśmy u siebie gospodarzami i to my decydujemy, kto jest dla nas wzorem i bohaterem?" Według Kokoszkiewicza: „Otwarte 17 marca br. we wsi Markowej Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów, choć powstało o wiele lat za późno, to i tak wywołało gwałtowne ataki ze strony Niemców, wspieranych przez część środowisk żydowskich. Mówienie – jak to uczynił prezydent Duda w dzień otwarcia placówki – o setkach tysięcy Polaków, którzy pomogli Żydom, może wzbudzić w Jerozolimie podejrzenie o wykorzystanie owego tragicznego, ale i nietypowego przypadku rodziny Ulmów (podkr. - JRN) do przedstawienia w lepszym świetle zachowania Polaków w czasie Holocaustu” – mogliśmy przeczytać w niemieckim dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (…) Komentująca tekst z FAZ stacja Deutsche Welle dodała: „Dyrektorka przyznającego ten tytuł (Sprawiedliwy wśród Narodów Świata – JRN) Instytutu Yad Cashem Irena Steinfeldt zaznacza bowiem, że choć liczba Polaków w porównaniu z innymi krajami jest najwyższa, to jednak w obliczu trzech milionów polsko-żydowskich ofiar jest raczej niska”.

Komentując te słowa I. Steinfeldt red. Kokoszkiewicz pisze: „Nikt nie wspomina, że przytłaczającej większości żydowskich ofiar nie udało się uratować, gdyż kompletnie nie zasymilowani z naszym narodem nie znali nawet polskiego języka. Tych ludzi nie można było wtopić w polski tłum, zaopatrując w sfałszowane metryki, świadectwa chrztu i kenkarty. Mimo to, Polaków, którzy oddali życie, ratując Żydów, liczy się w tysiące, a liczbę tych, którzy im pomagali, szacuje nawet na ponad milion. Według spadkobierców niemieckich katów i środowisk żydowskich to o wiele za mało (…) Wypada przypomnieć Niemcom i Żydom, ile to mieszkańców dzisiejszej Europy Zachodniej, okupowanej w latach. ostatniej wojny przez III Rzeszę, oddało życie za Żydów (…) Jakże szybko z pamięci historycznej wymazano fakt, że Francuzi, Belgowie czy Holendrzy, którym żadna zagłada nigdy nie groziła, sami gorliwie organizowali transporty Żydów do obozów śmierci, zaskakując swoim zaangażowaniem nawet niemieckich zbrodniarzy? (…)

Głupota kolejnych polskich rządów czy wręcz dokonana z premedytacją zdrada pamięci o naszych bohaterskich przodkach poraża. Z jaką bowiem sytuacją mieliśmy do czynienia, zanim kilka tygodni temu otwarto Muzeum w Markowej? Oto liczni odwiedzający Kraków turyści, w tym niemieccy i żydowscy mogli zwiedzać tamtejsze muzeum Fabryki Emalii Oscara Schindlera i dowiadywać się, że najważniejszym, historycznym już, bohaterem ratującym Żydów w okupowanej Polsce był ten niemiecki przedsiębiorca. Dlaczego niemieckie szmatławce, wspierane przez środowiska żydowskie, nie pisały przy okazji otwarcia muzeum Schindlera o celowym nagłaśnianiu zupełnie „nietypowego przypadku”? Dlaczego Irena Steinfeldt z Yad Vashem nie zaprotestowała, mówiąc, że nie godzi się, aby w państwie setek tysięcy bezimiennych bohaterów, z narażeniem życia niosących pomoc Żydom, honorować akurat Niemca? (podkr. - JRN) (…) Dlaczego podobnego muzeum nie wybudowano najpierw Polakowi, Henrykowi Sławikowi, który ocalił życie co najmniej 5 tys. Żydów, czyli wielokrotnie większej liczbie niż Schindler? Dlaczego swojego muzeum i pomnika nie ma ksiądz Marceli Godlewski, który uratował 3 tys. Żydów z warszawskiego getta?

Mocno brzmią końcowe stwierdzenia pełnego pasji artykułu Mirosława Kokoszkiewicza: „Czy jest gdzieś drugi taki kraj, który zamiast sławić własnych bohaterów, szuka ich na siłę wśród przedstawicieli narodu okupantów, zbrodniarzy i ludobójców ? Czy jest drugie takie państwo, które prowadzi politykę historyczną, budując najpierw Muzeum Historii Żydów Polskich, podczas gdy godnej siedziby nie ma do dziś Muzeum Historii Polski? (…) Czy kiedyś zmądrzejemy na tyle, aby idąc do wyborów, przynajmniej przez kilka najbliższych kadencji stawiać konsekwentnie na polskich patriotów, a nie na wysługujących się zagranicznym mocodawcom politycznych kelnerów? Aby jakoś nadrobić stracony po 1989 r. czas, opcja prawicowo-patriotyczna powinna utrzymać się u władzy przynajmniej przez dwie najbliższe dekady. Być może tyle wystarczy, aby Polacy powrócili do dawnej dumy i moralnej siły, które nie pozwolą na meblowanie naszego domu przez coraz bardziej bezczelne i i butne antypolskie środowiska. Muzeum „Sprawiedliwych” powinno stanąć w Warszawie wiele lat temu, zanim w Krakowie uhonorowano zaprzyjaźnionego ze zbrodniarzami z SS niemieckiego fabrykanta, któremu Steven Spielberg poświęcił znany na całym świecie film „Lista Schindlera”. „Historię swoją piszcie sami, bo inaczej napiszą ją za was inni i źle” - mówił Józef Piłsudski (…)”.

Mit o szlachetności Oscara Schindlera

Przy okazji tekstu M. Kokoszkiewicza sprostuję urobiony u nas fałszywy mit o wyjątkowej szlachetności i dobroczynności „zbawcy Żydów” Oscara Schindlera. Mit ten pryska natychmiast przy lekturze wydanej w 1985 r. w Krakowie w Wydawnictwie Literackim książki wybitnego świadka wydarzeń w getcie krakowskim, dyrektora szpitala zakaźnego w tym getcie Aleksandra Bibersteina „Zagłada Żydów w Krakowie”. Jak bardzo zafałszowany był obraz dany w filmie Spielberga można się przekonać porównując relację Bibersteina z jedną z centralnych scen filmu Spielberga „Lista Schindlera”, ukazującą typowanie nazwisk kolejnych Żydów na listę do uratowania. W filmie Spielberga słuchaliśmy wyciskającej łzy rozmowy między Schindlerem a wspaniałym, szlachetnym Żydem Szternem, jak dopisują do listy nazwiska kolejnych żydowskich kobiet i dzieci, aby uratować im życie. Niestety ta jakże wzruszająca scena filmowa była typowym fałszem, czymś, co zwykło się określać słowami „pic i fotomontaż”. Istniała owszem „lista Schindlera” i istniał wielce szlachetny Żyd Sztern. Tyle tylko, że słynną „listę” Schindler ustalał nie ze szlachetnym Żydem Szternem, a z najgorszym miejscowym żydowskim łapownikiem policjantem Marcelim Goldbergiem, i ustalał nie z nieprzebranej dobroci serca, a za złoto i kosztowności. Jak pisał o tym Aleksander Biberstein w książce „Zagłada Żydów w Krakowie” (op.cit., s. 143): „Ponieważ Schindler cieszył się wśród Żydów opinią człowieka porządnego, napływ kandydatów na wyjazd do Brünnlitz był wielki, o wiele większy niż możliwości zatrudnienia. Przydział do tej placówki zależał do biura pracy w obozie, gdzie urzędował odeman (policjant żydowski - JRN) Marcel Goldberg. Porozumiał się on z Niemcem, kierownikiem tego biura, no i z Schindlerem przy pomocy wysokich łapówek, zwykle w obcej walucie i w kosztownościach ustalił listy mających wyjechać do Brünnlitz. Dorobili się oni w ten sposób bardzo znacznego majątku, który prawdopodobnie udało się im uratować. Goldberg przeżył wojnę i zdołał się ukryć pod zmienionym nazwiskiem w nieznanym miejscu” (podkr. - JRN). W innym miejscu swej książki (s.149) A. Biberstein pisał: „Odeman Marcel Goldberg, kierownik Arbeitseinsatzu w Płaszowie, umieścił na tej liście wielu Żydów w zamian za ogromne łapówki, oczywiście w porozumieniu i w interesie Schindlera” (podkr. - JRN). A w Polsce uhonorowano przede wszystkim pazernego Schindlera, który wielce skorzystał na swej "dobroczynności" wobec Żydów, i umieszczono muzeum w jego krakowskiej fabryce. Natomiast Henryk Sławik, który został zamordowany przez Niemców za uratowanie pięciu tysięcy Żydów, był przez dziesięciolecia zapomniany, i jak dotąd nie ma żadnego muzeum upamiętniającego jego poświęcenie (por. szerzej J. R. Nowak: „Żydzi przeciw Żydom”, Warszawa 2012, cz. 2, s. 129-130).

Przy okazji warto dodać, że słynny reżyser Steven Spielberg, który nakręcił „Listę Schindlera” był skrajnie antypolski. W wywiadzie udzielonym w Filadelfii 12 grudnia 1993 r. powiedział: „Polacy prześladowali Żydów na długo przed dojściem Hitlera do władzy”. Sam film został oparty na skrajnie antypolskiej książce australijskiego pisarza Keneally'ego, w której przedstawia się Polaków w ponury, jednowymiarowy sposób, a roi się od „dobrych” Niemców: pułkownika Lange (s. 270-271), porucznika standartenführera SS (s. 120, 123) i in. (por. szerzej: J. R. Nowak: „Żydzi przeciw Żydom”, Warszawa 2012, część I, s. 67-68).

Cenny pomysł: utworzyć Ministerstwo Polaków za granicą

Wybitny krakowski naukowiec (badacz tematyki polonijnej) socjolog dr Mirosław Boruta jest od dawna wizytówką bardzo ciekawego portalu „Kraków Niezależny”. Na łamach najnowszego numeru krakowskiego miesięcznika WPIS (nr 5 z 17 maja 2016) dr Boruta wystąpił z godną poparcia inicjatywą: utworzenia Ministerstwa Polaków za Granicą. Na początku wskazał na dane – obok 37 mln Polaków żyjących w Kraju aż 22 mln Polaków żyje za granicą - liczba nader wymowna. Boruta pisze o tych 22 milionach Polaków rozproszonych w świecie: „to jest nasz narodowy skarb, narodowy „świat, który nie może zaginąć”. Akcentując zadania i możliwości działania wśród Polaków za granicą Boruta wytycza następującą wstępną listę działań:

- „pomoc w zachowaniu polskich kodów kulturowych wśród żyjących, przyznających się do polskości, poprzez deklarację narodowościową w spisach ludności innych krajów;
- pomoc w postaci polskich szkół, podręczników, filmów, pomoc księżom szerzącym polskość poprzez kościoły, parafie i punkty katechetyczne, tutaj chodzi także o pomoc prawną w uzyskaniu statusu mniejszości narodowej w krajach, gdzie Polacy takowego nie maja – najbardziej jaskrawy przykładem dyskryminacji tego typu są oczywiście Niemcy, gdzie żyje ok. 2 mln. Polaków;
- pomoc w zachowaniu polskich pamiątek narodowych, budynków, miejsc pamięci, pomników, cmentarzy;
- dla tych ,którzy chcą zamieszkać w Polsce, wszechstronna pomoc w repatriacji i aklimatyzacji w Kraju. Dotychczasowe doświadczenia w tym względzie są niestety bardzo przygnębiające”.

Apelując o wzmożenie repatriacji Polaków ze Wschodu dr Boruta apeluje: „W ogólnoeuropejskim sporze o imigrantów – uchodźców konieczna jest np. propozycja, aby polski Kościół ogłosił, że każda parafia przyjmie przynajmniej jedną polską rodzinę z Kazachstanu albo z Ukrainy. (podkr. - JRN). Taki apel to byłby ważny głos. Przy czym weterani walk o wolność Polski, tak w Kraju ( w granicach sprzed 1939 roku), jak i na obczyźnie, weterani walk o wolność Waszą i Naszą powinni mieć tutaj absolutne pierwszeństwo”.

Zdaniem dr. Boruty niezbędne jest jak najszybsze podniesienie rangi problemu Polaków za granicą na szczeblu instytucjonalnym – na wzór państw, które już utworzyły w tym celu specjalne ministerstwa, m.in. Armenii, Gruzji, Izraela, Indii i Serbii. Boruta ubolewa, że jak dotąd działania wobec Polaków i osób polskiego pochodzenia za granicą są nazbyt rozproszone – na około 18 podmiotów o różnych kompetencjach. Dlatego apeluje, aby scalić, skoordynować te wysiłki –poprzez utworzenie Ministerstwa Polaków za Granicą. Akcentuje: „to się tym 22 milionom ludzi należy! To się im od Polski, od ich Ojczyzny naprawdę należy (podkr. - JRN). Według dr. Boruty koszty prowadzenia takiego nowego ministerstwa można by sfinansować poprzez redukcję w całej masie urzędów z administracji rozbudowanej do monstrualnych rozmiarów za poprzednich rządów. Dr Boruta proponuje również kilka rozwiązań szczegółowych. Proponuje, aby w każdej polskiej placówce dyplomatycznej, ambasadzie czy konsulacie utworzono Zespół ds. Polaków za Granicą, działający pod kierunkiem wyspecjalizowanego konsula albo przynajmniej urząd attaché. Placówki o randze zespołów i ataszatów gromadzić będą dokumentację historyczną jak i dokumentację dotyczącą wydarzeń aktualnych, a przede wszystkim położą nacisk na powszechnie dostępną naukę języka polskiego jako wartości centralnej dla kultury polskiej. Będą także mobilizować Polaków i ich potomków za granicą do współpracy gospodarczej, naukowej i kulturalnej z Krajem. Myślę, że ten postulat dr. Boruty jest szczególnie ważny, bo w Polsce – w odróżnieniu od Węgier, Czech czy Litwy - w bardzo małym stopniu wykorzystano możliwość przyciągnięcia wybitnych fachowców z diaspory do współpracy z Krajem.

Na koniec swego tekstu dr Boruta apeluje: „Szczególną troską nowe ministerstw powinno objąć skupiska polskie w pobliżu granic Rzeczypospolitej. Polacy na Białorusi, w Czechach, na Litwie, Łotwie, w Niemczech, Rosji, na Słowacji i Ukrainie to priorytet dla wysiłków każdego polityka polskiego w utrzymywaniu ich więzi z Polską oraz polską kulturą i językiem. Są to bardzo często osoby, których przywiązanie do polskości i religii, patriotyzm i zaangażowanie na rzecz polskości przetrwały najcięższe próby”.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/w-obronie-prawdy-o-polsce.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Trudno zrozumieć fakt, że w 27 lat po „wybiciu się na niepodległość” ciągle nie odsłonięto pełnej prawdy o bestialskich zbrodniach popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich na ok.150 tysiącach Polaków na Wołyniu i Małopolsce wschodniej. Dominacji posłów Platformy w poprzednim Sejmie „zawdzięczamy”, że nie przegłosowano tam nawet w pełni prawdziwej rezolucji o ludobójstwie. A równocześnie wciąż znosimy skrajne wybielanie zbrodniarzy z UPA na Ukrainie przy braku odpowiednio ostrego potępienia tego przez stronę polską. Na tym tle tym bardziej trzeba docenić wydrukowany w najnowszym numerze „Do Rzeczy” (z 23 maja 2016) świetny syntetyczny wywiad red. Macieja Pieczyńskiego z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim pt. „Banderowcy siedzą cicho, ale wciąż są groźni”. Bardzo ważne jest umieszczone zaraz na początku wywiadu sprostowanie jakże częstej manipulacji próbującej równać rzeź wołyńską z wysiedleniami w ramach akcji „Wisła”. Red. M. Pieczyński zadaje pytanie księdzu T. Isakowiczowi-Zaleskiemu: „W rozmowie z liderem jednego z zespołów rockowych z zachodniej Ukrainy poruszyłem temat rzezi wołyńskiej. Muzyk padł nagle na kolana i przeprosił za zbrodnie UPA. Po chwili chwycił mnie za rękę i zażądał, bym klękał i przepraszał za akcję „Wisła”. To jest dobra droga do pojednania?”. Zamienna jest jednoznaczna odpowiedź ks. Isakowicza-Zaleskiego na to pytanie: „Nie można stawiać znaku równości między ludobójstwem dokonanym przez zbrodniarzy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii oraz SS-Galizien i ukraińskich organizacji kolaboranckich a akcją „Wisła”, którą przeprowadził polski rząd komunistyczny, gdyż było to przymusowe przesiedlenie, nie mordowanie. Poza tym rządu komunistycznego nikt w Polsce nie gloryfikuje, a na Ukrainie kult OUN-UPA jest oficjalnie wprowadzony w życie przez uchwałę parlamentu w Kijowie”.

Ks. Isakowicz wspomina w wywiadzie o bezskuteczności prowadzenia dialogu na temat Wołynia ze środowiskami ukraińskimi, np. ze Związkiem Ukraińców w Polsce. „Z drugiej strony nie ma takiej woli (dialogu z Polakami - JRN). Parę lat temu w TVP Historia w czasie dyskusji zapytałem szefa Związku Ukraińców w Polsce, pana Piotra Tymę, czy to co działo się na Wołyniu w 1943 r. było ludobójstwem, czy nie. Odpowiedział, że nie. Również inni działacze zaprzeczają prawdzie, a nawet piszą skargi na tych, którzy mówią prawdę. To ma być dialog? Podobne stanowisko ma były poseł Mirosław Czech (…) To, co mnie najbardziej dziwi, to to, że rząd polski takiej organizacji przyznaje ogromne dotacje z kieszeni polskiego podatnika. Czy organizacje niemieckie, które zaprzeczałyby Holokaustowi Żydów lub zbrodniom SS, otrzymywałyby dotacje od rządu polskiego, niemieckiego lub izraelskiego? Oczywiście, że nie (podkr. - JRN). Związek Ukraińców w Polsce musi się w końcu zdecydować, czy po wypowiedziach jego przewodniczącego i innych działaczy chce być dalej organizacją społeczno-kulturalną, czy polityczną, usprawiedliwiającą ukraińskich ludobójców”.

To, o czym mówi ks. Isakowicz Zaleski w swym wywiadzie, wskazuje, że w przypadku stosunku władz polskich do niektórych organizacji ukraińskich mamy do czynienia z kolejnym przejawem jakże częstego u nas masochizmu narodowego. Płacimy osobom odpowiedzialnym za pomniejszanie prawdy o ludobójstwie na Polakach. Czy nowy rząd patriotyczny p. Beaty Szydło nie powinien przeanalizować w związku z tym rozmiarów dotacji np. dla Związku Ukraińców w Polsce?

Ks. Isakowicz-Zaleski szczegółowo rozważa, co należy zrobić, aby doprowadzić na Ukrainie do uznania sprawy Wołynia za ludobójstwo. Stwierdza: „Najpierw trzeba zrobić kroki we własnym kraju. Pierwszym z nich powinno być przełamanie strachu przed powiedzeniem prawdy o ludobójstwie przez Sejm RP. Ustawa z okazji dnia 11 lipca będzie testem (…) Drugi krok – Ministerstwo Edukacji powinno wprowadzić odpowiednie lekcje o kulturze i tradycji Kresów Wschodnich do programu szkolnego. Z kolei Ministerstwo Kultury powinno dofinansować film Wojciecha Smarzewskiego „Wołyń”, bo to, że trzeba aż zbiórki społecznej na ten cel świadczy bardzo źle o obecnie rządzących.

Równocześnie trzeba w relacjach polsko-ukraińskich stawiać sprawy jasno: „Chcecie naszych pieniędzy i naszego sprzętu wojskowego, to powinniście pozwolić pozbierać kości pomordowanych Polaków, urządzić im chrześcijańskie pogrzeby i postawić krzyże na ich masowych mogiłach. Nie możecie też gloryfikować ludobójców, a zwłaszcza karać (jak to mówi wspomniana uchwała z 9 kwietnia ubiegłego roku) osób, w tym obywateli polskich, za mówienie prawdy o zbrodniach UPA. Powinniście także tak wspierać Polaków na Ukrainie, jak Polska wspiera mieszkających u siebie Ukraińców”. Bez tego wszystkiego obecna polityka wschodnia, która jest bardziej podlizywaniem się niż owocną dyplomacją, nie ma sensu” (podkr. - JRN).

Niepotrzebne podlizywania się w polityce wobec Ukrainy

Ks. Isakowicz-Zaleski przytacza jaskrawe dowody tego niczym nieuzasadnionego podlizywania na przykładach dwóch czołowych polityków ukraińskich bezkrytycznie idealizowanych w Polsce, stwierdzając: „Prezydent Juszczenko tak się odwdzięczył za pomoc, że w 2007 r. bohaterem narodowym Ukrainy ustanowił Romana Suchewycza, dowódcę UPA i kata Kresowian, a w 2010 r. Stefana Banderę. Rozpoczął też proces gloryfikacji ludobójców z UPA. Podobnie postępuje Piotr Poroszenko”. Dodajmy do tych uwag księdza T. Isakowicza-Zaleskiego sprawę szczególnie skandalicznej, wręcz haniebnej, decyzji uhonorowania Juszczenki doktoratem honorowym KUL-u w lipcu 2009 r. Decyzje tę podjęto z inicjatywy niesławnej pamięci „TW Filozofa” - abp. Józefa Życińskiego wbrew protestom rodzin pomordowanych na Kresach. Jak wspominał ks. T. Isakowicz-Zaleski: „śp. Józef Życiński był głuchy na nasze prośby”. W czasie uroczystości nadania na KUL-u tytułu Juszczence ks. Isakowicz-Zaleski skandował: „Hańba Wiktorowi Juszczence!”.

Pytany przez red. M. Pieczyńskiego, jakie miejsce sprawa Wołynia powinna mieć w relacjach polsko-ukraińskich, ks. Isakowicz-Zaleski odpowiedział: „Takie jak KL Auschwitz i inne zbrodnie nazistowskie w relacjach polsko-niemieckich. Tyle tylko, że Niemcy odcięli się od ideologii narodowego socjalizmu i nie zaprzeczają ludobójstwu. Na Ukrainie jest odwrotnie. Kult zbrodniarzy z OUN-UPA jest oficjalnie wspierany przez rząd i prezydenta Poroszenkę. Równocześnie nadal nie ma upamiętnienia ofiar, ani ich godnego pochówku. To tak jak nie zagojona rana, która ciągle będzie się otwierać (…) Wiara, że przez przemilczanie i zamiatanie pod dywan da się cokolwiek osiągnąć w relacjach z narodami, z którymi mamy wspólnie tworzyć Europę, jest tak samo szkodliwa jak kult zbrodniarzy.

Działania Balcerowicza w sterowaniu gospodarka Ukrainy mogą się odbić wielką czkawką dla Polski!

Ks. Isakowicz-Zaleski ustosunkował się też do decyzji powierzenia Leszkowi Balcerowiczowi stanowiska głównego doradcy gospodarczego w rządzie Wołodymyra Hrojsmana. Dodam tu, że są tacy w Polsce, którzy się nawet cieszą z tego, że Balcerowicz w rządzie ukraińskim zniszczy do reszty gospodarkę Ukrainy, głoszą, że będzie to swoisty „odwet za Wołyń”. Nie zdają sobie sprawy z tego, że może być również inny jakże fatalny dla Polski efekt działań Balcerowicza w rządzie Ukrainy, efekt, o którym tak mówił ks. Isakowicz-Zaleski: „Nie chcę być Kasandrą, ale wystarczy, że Leszek Balcerowicz doradzi premierowi Wołodymyrowi Hrojsmanowi, aby wprowadzić drakońskie zmiany gospodarcze, rozwalając rolnictwo i przemysł ciężki, tak jak to się stało w Polsce, a nastroje antypolskie i antysemickie wybuchną na nowo (…) Moja znajoma Ukrainka, mocno zaangażowana w Majdan, na mój e-mail o Balcerowiczu odpowiedziała krótko: „Polskie pany wróciły do Lwowa i Kijowa” (cyt. za wywiadem M. Pieczyńskiego z T. Isakowiczem-Zaleskim: Banderowcy siedzą cicho, ale wciąż są groźni, "Do Rzeczy" z 23 maja 2016).

Kolejne przejawy agresywnego nacjonalizmu ukraińskiego

Marcin Hałaś pisał w Warszawskiej Gazecie o najnowszym przejawie ukraińskich roszczeń nacjonalistycznych wobec Polski: „Jak doniósł portal Kresy.pl – występowi ukraińskiej reprezentantki na konkurs Eurowizji towarzyszyła mapa „Wielkiej Ukrainy”. W materiale prezentującym uczestników tegorocznej fundacji zaprezentowano m.in.. fragment piosenki Jamali, reprezentantki Ukrainy w tegorocznym konkursie Eurowizji (…) Przy każdym z uczestników wyświetlono kontury kraju, który reprezentują w barwach narodowych w przypadku Ukrainy kontury tego kraju wyglądały zupełnie inaczej niż przebiegają obecne granice tego kraju. Jak widać część Polski południowo-wschodniej, m.in. Przemyśl i Chełm, oznaczono jako część Ukrainy. Podobnie postąpiono ze znaczną częścią Polski wschodniej, w tym ziemi lubelskiej” (wg. M. Hałaś: Kroniki tygodniowe: ziarna i plewy, „Warszawska Gazeta” z 13 maja 2016). Z kolei z wywiadu Grzegorza Górnego z posłem mniejszości węgierskiej w parlamencie ukraińskim László Brenzowicsem „w Sieci” z 9 maja 2016 r. dowiedziałem się, że 13 marca 2016 organizacja nacjonalistów ukraińskich zorganizowała w Użhorodzie demonstrację, na której wznoszono hasła „Madziarów na noże”. Dodajmy do tego konsekwentną skrajnie antypolską działalność szefa ukraińskiego IPN-u Wołodymyra Wiatrowicza, zajadłego wielbiciela S. Bandery.

Wszystkie te informacje potwierdzają trafność ostrzeżeń ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego – na temat ukraińskich nacjonalistów w wywiadzie udzielonym red. Maciejowi Pieczyńskiemu. Do sugestii ks. Isakowicza-Zaleskiego w sprawie tego, co należy robić dla odpowiedniego spopularyzowania wiedzy o ludobójstwie na polakach na Wołyniu dodałbym jeszcze jedna sprawę. Patriotyczne media powinny maksymalnie upowszechniać modę na zwiedzanie przez młodzież polskich Kresów od Lwowa, Kamieńca, Krzemieńca i Zbaraża po Wilno i Grodno. Powinno się stworzyć swego rodzaju duchowy „przymus”, że każdy Polak powinien był choć raz w życiu na Kresach. Nawiązuję tu do bardzo modnego na Węgrzech od dziesięcioleci zwyczaju jeżdżenia młodych Węgrów na swoje dawne kresy, od Siedmiogrodu po Górne Węgry (tj. tereny w Słowacji, od Koszyc po Bratysławę) oraz na Wojwodinę w Serbii. Parę lat temu pewien znaczący węgierski dyplomata opowiadał mi jak węgierskie MSZ proponowało polskiemu MSZ-owi współdziałanie w sprawach mniejszości narodowych, ze względu na to, że oba nasze kraje mają swoje duże mniejszości narodowe poza granicami państwa. Polski MSZ spod znaku R. Sikorskiego w ogóle nie podjął tematu. Warto to zmienić za nowego rządu.

Skutki „internacjonalistyczno-kosmopolitycznej” polityki dawnej opozycji laickiej

W sprawie stosunków z Ukraińcami bardzo mocno płacimy, podobnie jak w relacjach z innymi sąsiednimi nacjami, za skutki głupawej „internacjonalistyczno-kosmopolitycznej” polityki tzw. opozycji laickiej. Pisałem o tym szeroko w książce „Zagrożenia dla Polski i polskości” (Warszawa 1998, t.2, s. 292-319). To jej przedstawiciele, z Adamem Michnikiem na czele, przez lata stwarzali wizję Polaków jako narodu pełnego win wobec sąsiadów, który powinien tym korniej słuchać rad, czy nawet rozkazów z zewnątrz, przekazywanych za pośrednictwem współczesnych jurgieltników. Zaczęło się to od „nowatorsko” wytykającego Polakom winy wobec Niemców eseju Jana Józefa Lipskiego „Dwie ojczyzny” z 1979 roku. Potem przyszło coraz częstsze, wręcz nagminne, bicie się w piersi w imieniu Polski za winy wobec innych nacji ze strony niektórych „internacjonalistów” z opozycji z Michnikiem i Bujakiem na czele. Warto przypomnieć tu opinię publicysty katolickiego „Ładu” Adama Wertyńskiego na temat podejścia naszych „Europejczyków”, wciąż inicjujących kolejne przepraszania innych nacji: „We wszystkich spornych kwestiach polsko-obcych Adam Michnik sumituje się za Polaków, bierze stronę obcych, nie waży spraw obiektywnie, polskie dobro jest zawsze czemuś podporządkowane. W tym czasie nawet jego zagraniczni rozmówcy, z pełnymi ustami przyjaźni, mają na uwadze interesy swego kraju (co jest ich obowiązkiem) Michnik tego obowiązku nie spełnia” (por. A. Wertyński: Jakobinizm, "Ład" z 16 lutego 1992 roku).

Skrajnie krzywdząca Polaków jednostronność dominowała przez całe dziesięciolecia po 1989 roku w obrazie stosunków polsko–ukraińskich, prezentowanym na łamach najbardziej wpływowych „czerwonych” i „różowych” mediów. Przyznał to nawet autor „Gazety Wyborczej” Maciej Stasiński w tekście z kwietnia 1997 r. W jego ocenie „poprawna politycznie” publicystyka „Rzeczpospolitej”, „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego” czy „Polityki” starała się „łagodzić określenia dotyczące Ukraińców oraz odpowiednio wzmacniać określenia pod adresem Polaków. W myśl cennej skądinąd zasady „zacznijmy od bicia się we własnej piersi”, nazywa się tu „zbrodnią” akcję „Wisła”, natomiast zbrodnie UPA opisuje się eufemistycznie jako polskie „krzywdy” (por. M. Stasiński: Jak Polak z Ukraińcem, „Gazeta Wyborcza” 22 kwietnia 1997). Czytelników tego blogu odsyłam do wspomnianej już tu mojej książki „Zagrożenia..., op.cit., s. 303-317), gdzie wyliczam różne przykłady kłamliwej jednostronności wpływowych mediów na niekorzyść Polaków. Jak bardzo stronniczy i jednostronni byli czołowi przedstawiciele lewicy laickiej niech świadczy wypowiedź Jacka Kuronia. Będąc na Ukrainie popisał się on dość szczególnym antynarodowym oświadczeniem: „Ja Polak ze Lwowa dumny jestem z tego, że Lwów jest ukraińskim miastem” (ukraińskie pismo „Wysokyj Zamok” z 5 lipca 1992). Słowa Kuronia do złudzenia przypominały wypowiedź sławetnego PRL-owskiego targowiczanina Bolesława Bieruta, który w rozmowie z przedstawicielami wielkich mocarstw 13 października 1944 r. powiedział: „Przybyliśmy tu, by zażądać w imieniu Polski, żeby Lwów należał do Rosji. Taka jest wola narodu polskiego” (por. J. R. Nowak: „Myśli o Polsce i Polakach”, Katowice 1994, s.247).

Lobby ukraińskie w Polsce

Odsłanianiu prawdy o zbrodniach popełnionych na Polakach nie służy siła lobby proukraińskiego w Polsce, szczególnie wpływowego na niektórych uczelniach i w życiu politycznym. Dość przypomnieć, że do niedawna (do wyborów w 2015 r.) funkcję przewodniczącego sejmowej komisji ds. mniejszości narodowych sprawował zajadły nacjonalista ukraiński Miron Sycz. Jego ojciec był zbrodniarzem ukraińskim, skazanym w Polsce w 1947 r. za swe zbrodnie na karę śmierci, później zmienioną na 15 lat więzienia. Poseł Mieczysław Golba z „Solidarnej Polski” przypomniał, że ojciec M. Sycza należał do sotni, która spaliła całą polską wieś Wiązownicę. Sam Miron Sycz starał się jak mógł blokować obchody ku czci Rzezi Wołyńskiej. Do najbardziej wpływowych polityków Unii Wolności należał Mirosław Czech, sekretarz generalny tej partii w latach 1997-2001. Wielokrotnie próbował zrównywać zbrodnie ukraińskie z działaniami polskimi, by tak zminimalizować ukraińskie zbrodnie, co ostro krytykował w czerwcu 2013 r. profesor Antoni Dudek. Równie stronniczy w sprawach polsko-ukraińskich był opisany już przez ks. T. Isakowicza-Zaleskiego prezes Związku Ukraińców w Polsce Piotr Tyma. Do najbardziej wpływowych działaczy lobby ukraińskiego Polsce należy para Berdychowskich Bogumiła i Zygmunt. Bogumiła Berdychowska, sekretarz Forum Polsko-Ukraińskiego była inicjatorką zbierania podpisów pod apelem do Rady Miasta Warszawy w sprawie niedopuszczenia do budowy pomnika pamięci ofiar ludobójstwa ukraińskich nacjonalistów z UPA i OUN w Warszawie. Jej mąż Zygmunt jest radnym z ramienia PO.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/skonczyc-z-przemilczaniem-ludobojstwa.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Najnowsza „Gazeta Polska”. przynosi kolejny ważny wywiad prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego w sprawach krajowych i międzynarodowych. Warto szczególnie zaakcentować fragment wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego, poświęcony tzw. "elitom europejskim": „Elity europejskie nie są w stanie pogodzić się z demokratycznym wyborem Polaków. Nie odpowiada im ten wybór, bo nie jest zgodny z ich interesami. To oczywiste. My z kolei zostaliśmy upoważnieni przez wyborców do obrony interesów Polski. Nie do podlizywania się komukolwiek, załatwiania czyichś interesów, tylko do stania na straży interesów naszego kraju. Z tej drogi nie cofniemy się ani o krok” (z wywiadu J. Kaczyńskiego udzielonego K. Gójskiej-Hejke i T.Sakiewiczowi pt. Nie cofniemy się ani o krok, „Gazeta Polska” z 25 maja 2016).

M. Pawlicki piętnuje pogróżki pyszałków z Brukseli

Ogromnie cenię redaktora Macieja Pawlickiego jako publicystę o znakomitej werwie polemicznej, m.in. najsłynniejszego, obok posła Janusza Szewczaka, pogromcę banksterów. Ubolewam, że nie powierzono właśnie jemu zreformowania telewizji publicznej. Na pewno zrobiłby to bez porównania lepiej niż Jacek Kurski. Ten ostatni niestety od lat jest w jednej osobie cwaniaczkiem, graczem i politykierem, bez szerszej perspektywy widzenia. Zbyt długo już pozoruje zmiany, a faktycznie gra na czas, aby jak najdłużej utrzymać się u sterów telewizji (miał ją zreformować w ciągu pół roku, a jak na razie efekty są dość mizerne). Być może przez te zbyt powolne zmiany Kurski zabezpiecza sobie tyły na drugie rozdanie w przyszłości. Powracam jednak do postaci M. Pawlickiego, bo właśnie napisał jeden z najlepszych swych tekstów życia – miażdżącą krytykę luminarzy Unii Europejskiej (por. M. Pawlicki: Porwanie Europy, „w Sieci” z 16 maja 2016). Jest to programowy tekst, niezwykle mocno zasługujący na polecenie jak najszerszej rzeszy czytelników. Już w podtytule Pawlicki zaakcentował: „Kuriozalny pomysł, by kraje UE płaciły drakońskie kary za każdego „nieprzyjętego” imigranta, to przejaw pychy. Tej, która kroczy przed upadkiem. Merkel czy Unii?”.

Niebywale interesujące są rozważane przez Pawlickiego trzy przypuszczalne przyczyny, dla których „mędrcy” z UE zdecydowali się na narzucenie bezmyślnych drakońskich kar na oporne kraje Unii. Pierwsza zakłada: „panowie Junkers, Schulz, Timmermans, Verhofstadt oraz inni brukselscy geniusze są kretynami i zupełnie nie wiedzą co czynią”. Pawlicki w końcu wyklucza jednak tę ewentualność, stwierdzając, że wspomniani „geniusze” kretynami nie są i wiedzą, co czynią. Druga możliwość sugeruje, iż wspomniani geniusze są „agentami Putina i robią wszystko, by Unię Europejską rozwalić. Skompromitować w oczach własnych obywateli, radykalnie przeciwstawić europejskim interesom, skłócić, osłabić, pchnąć po równi pochyłej, na której dole są już tylko zgliszcza”. I tę możliwość Pawlicki wyklucza. Za najbardziej prawdopodobną uznaje możliwość trzecią: panowie z Brukseli "doszli do takiego poziomu pychy, że porzucają już wszystkie pozory".

Jak dogorywa Unia

Warto zadedykować rozważania Pawlickiego niektórym prominentnym postaciom z PiS-u, które wciąż mają zbyt wiele złudzeń co do obecnego stanu Unii. Szczególnie należy im zalecić mini-recenzję Pawlickiego o celach, jakimi faktycznie kierowali się decydenci UE w ostatnich latach: „Dwa potężne mechanizmy rządziły polityka Unii ostatnich lat. Pierwszy to budowanie politycznej dominacji Niemiec i realizowanie niemieckich gospodarczych interesów. Mechanizm drugi to lewacko-liberalny obłęd cywilizacyjny, by zmienić Europę i Europejczyków na nową modłę, całkowicie zmarginalizować chrześcijaństwo, a normalną rodzinę i państwa narodowe uznać za wstydliwe relikty opresyjnej przeszłości” (podkr. - JRN). Europejskie elity polityczne zupełnie otwarcie realizują ów cel drugi, także zachodnie partie nazywające się chrześcijańskimi demokratami. Ale cel pierwszy był raczej wstydliwy, raczej utajony i tylko nasz Zdrapek bił Niemcom hołdy, błagając ich o kuratelę. Oba te rządzące Europą mechanizmy sprzęgnięto w ostatnich kilkunastu miesiącach w jeden marszowy krok. Frau Kanzlerin (w porozumieniu z Putinem?) - wykorzystując tragedię uchodźców z Syrii i Iraku - zaprosiła do Europy ogromną falę islamskich imigrantów, bez żadnej kontroli. Po raz kolejny pokazała, kto tu rządzi. Ale sprawy wymknęły się z jej łapek, żywioł islamski okazał się zbyt silny dla wyleniałych niemieckich grenzschutzów. Niemcy wydają nam więc dziś polecenie, że mamy się ich gośćmi zająć, bo inaczej zabiorą nam (…) Nie ma więc już pozorów, gacie opadły, widać co widać. Dlatego Merkel i jej brukselscy funkcjonariusze przestali się cackać z europejskim ludkiem, już mu nie perswadują, nie zabiegają o taką fajowską atmosferę. Minął czas uprawiania marketingu, nadszedł czas wydawania poleceń. Ordnung muss sein (…) Pokorne beczenie odezwało się z kilku stron, ale to już nie jest dotychczasowy chór potakiwaczy. Betonowanie niemieckiej dominacji sprzężone z liberalno-lewackim eksperymentem cywilizacyjnym zacięło się. W samych Niemczech, nawet w samej niemieckiej partii rządzącej pojawił się realny opór wobec metod kanclerzyny z NRD (…)”.

Pawlickiego projekt na ratowanie Unii

Tym ciekawszy na tle powyższych refleksji jest wysunięty przez Pawlickiego pod koniec tekstu projekt ratowania Unii. Zdaniem autora: „Merkel i jej unijne przydupasy zapędzili się w matnię – i strzelając z bata – zaganiają również nas. Trzeba stanowczo podziękować im za tę ofertę i mieć odwagę przejąć stery w Unii. Najpierw ideowe, potem formalne. Polska i Węgry, prezydent Duda i premier Orban powinni stanąć na czele odnowy Unii Europejskiej (podkr. - JRN). Być może od razu z kilkoma innymi przywódcami unijnych trzeźwych państw powinni wspólnie nakreślić plan uzdrowienia Unii. Bardzo konkretny i bardzo realny. Plan powrotu do idei Schumana i de Gasperiego, odrzucenia antydemokratycznej alienacji biurokratów, przywrócenia demokratycznych procesów decyzyjnych, budowania realnej niezależności od zewnętrznych, nieprzewidywalnych reżimów, odrzucenie kagańca politycznej poprawności i terroru lewackich eksperymentów obyczajowych, odrzucenia zagrażającej realną katastrofą biurokracji (…) Wiele już razy ocalaliśmy Europę przed najazdem barbarii. Tym razem mamy tylko uporządkować nasz dom, bo Europa to my. Drużyna Kaczyńskiego powinna zacząć, wraz z innymi wolnymi narodami, realne przygotowanie do odzyskania Unii i Europy dla Europejczyków”.

Maciej Pawlicki ma po stokroć rację. W czasie, gdy tak skompromitował się nasz karbowy – A. Merkel, gdy bardzo osłabł jej główny wspólnik F. Hollande, teraz jest jedyny w swoim rodzaju moment, aby Europa Środkowa wspólnym wysiłkiem „wybiła się na niepodległość” od sił dotąd dominujących w Europie. I prowadzących ją na manowce. Powrócę do tej sprawy szerzej w następnym wpisie na blogu.

Apeluję o odznaczenie Viktora Orbána Oderem Orła Białego

W ostatnich miesiącach Viktor Orbán kilkakrotnie oświadczał publicznie, że nie zgodzi się na żadne sankcje UE wobec Polski. I to jego wsparcie ma dla nas nie małe znaczenie psychologiczne. Jest dziś największym przyjacielem Polski wśród wszystkich przywódców krajów świata, a jego polonofilizm trwa już od dziesięcioleci. Przypomnijmy, że Orbán nawet swą magisterkę pisał z polskiej tematyki – z historii „Solidarności”. Już w 2009 r. w wywiadzie dla naczelnego redaktora "Frondy" Grzegorza Górnego powiedział: „Kiedy w lewicowej prasie węgierskiej czytam krytykę pod adresem Polski, że ma aspirację, by na nowo stać się regionalną potęgą Europy Środkowej, to wtedy głośno mówię do siebie: No wreszcie”. Opinię tego typu Orbán powtórzył kilkakrotnie w ostatnich latach. Jego węgierskie reformy są zaś dziś dla nas najlepszym doskonałym wzorcem. Orbán zasłużył się również zarówno dla Polski jak i dla wszystkich innych krajów Europy jako pierwszy obrońca naszego kontynentu przed zalewem muzułmańskich imigrantów, tak popieranym przez Merkel et consortes.

Co najważniejsze zaś Orbán od lat jest najbardziej stanowczym obrońcą małych i średnich państw przed dominacją wielkich państw europejskich oraz „starszych i mądrzejszych” z USA. Kolejny raz twardo, jednoznacznie i pięknie wyraził to w przemówieniu w dniu 15 marca 2016 r. z okazji węgierskiego święta narodowego. Stwierdził wówczas, że w 168 lat po historycznych wydarzeniach „Wiosny Ludów” „nasza wspólna ojczyzna Europa nie jest wolna, ponieważ dziś nie wolno w Europie wypowiadać prawdy – prawdy o tym, że inwazja nielegalnych imigrantów przynosi za sobą przestępczość i terroryzm i że nie jest to przypadkowe, bo zmasowany desant „uchodźców” stanowi zaplanowaną, ukierunkowaną akcję”. Zdaniem Orbána Unia Europejska mocno stara się o to, „w jaki sposób jak najszybciej sprowadzić tu i osiedlić między nami obcych”. Zaznaczył jednak, że na szczęście europejskie narody zaczynają się powoli budzić, i stanowczo zaakcentował: „Nie pozwolimy, by inni mówili, kogo mamy wpuścić do naszego domu i do naszej ojczyzny (…) Nadszedł czas, byśmy uderzyli na alarm (…) zbierali sojuszników (podkr. - JRN) (…) Apelujemy o jedność do wszystkich obywateli Węgier bez względu na przynależność partyjną oraz do wszystkich narodów europejskich”. Osobno zwracając się do Polaków, premier Orbán podkreślił: „Tak jak podczas naszej tysiącletniej wspólnej historii, również teraz stoimy przy waszym boku w walce, którą toczycie o wolność i niezależność waszej ojczyzny (…) Wraz z wami mówimy Brukseli: więcej szacunku dla Polaków” (podkr. - JRN) (wszystkie cytaty za: http://portal.pl/?p=24773). Przyznanie V. Orbánowi Orderu Orła Białego właśnie teraz stałoby się swoistym symbolem solidarności krajów Europy Środkowej w ich walce o niezależność wobec dyrygentów UE.

Prymas Czech krytykuje Merkel

Bardzo nie lubię judeochrześcijanina Tomasza Terlikowskiego, z jego niebywałym „parciem na szkło” (vide występ w programie Kuby Wojewódzkiego około półtora roku temu i wypicie z tym żałosnym antypolskim skandalistą bruderszaftu, co prawda wodą mineralną). Mam zresztą zadawniony problem z Terlikowskim z 2004 r. Przypomnę tu, że w 2004 r jako pierwszy poznałem się na Romanie Giertychu po jego wywiadzie w "Gazecie Wyborczej" pt. ”Jestem Europejczykiem” i ostro skrytykowałem go w Radiu Maryja. Posypała się na mnie za to cała garść obrzydliwych inwektyw. Najbrutalniejszy był dokonany wyraźnie w obronie Giertycha oszczerczy atak Terlikowskiego na mnie w maleńkim piśmie LPR „Racji Polskiej”, za który nigdy mnie nie przeprosił, choć w międzyczasie Giertych całkowicie odsłonił swe oblicze. Mimo tego, co myślę o Terlikowskim, zdecydowałem się zacytować za jego tekstem nader ciekawe, a nie przedstawione gdzie indziej, uwagi prymasa Czech Dominika Duki o A. Merkel i imigrantach. Według Terlikowskiego prymas Czech powiedział w wywiadzie w „Lidowych Nowinach”: „Lęk przed imigracją nie wynika przede wszystkim z islamofobii czy szowinizmu, lecz jest naturalną reakcją na to, że w ubiegłym roku dzika polityka imigracyjna (podkr. - JRN) doprowadziła do pewnych zagrożeń i problemów”. Prymas Czech dodał również, otwarcie atakując Angelę Merkel: „Unia Europejska upomina Polskę za reformy polityczne, choć nie należy to do jej kompetencji, ale to przecież deklaracja pani Merkel naruszyła wiele podstawowych zasad Unii Europejskiej, kwestię bezpieczeństwa, Schengen” (podkr. - JRN). W ocenie prymasa Czech D. Duki ani Czechy, ani Europa nie są w stanie „przyjąć wszystkich” imigrantów. Spowodowałoby to bowiem humanitarną i ekologiczno-gospodarczą katastrofę (wszystkie cytaty za: T.Terlikowski: Taki ekumenizm lubię, dodatek do „Rzeczpospolitej” „Plus-Minus” z 14-15 maja 2016).

Imigranci gwałcą i molestują

W Niemczech doszło do kolejnej serii napaści seksualnych – podczas ulicznego Festiwalu Kultur w Berlinie. Miały tam miejsce wyjątkowo bezkulturne wybryki mężczyzn z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Ich ofiarami padło 8 kobiet w wieku od 16 do 48 lat. Kobiety zeznawały na policji, że były molestowane i okradzione przez całe grupy mężczyzn. Policja zatrzymała kilkunastu podejrzanych mężczyzn z krajów Afryki Północnej, a także urodzonych w Niemczech mężczyzn pochodzenia tureckiego i libańskiego. Z kolei we Frankfurcie nad Odrą - jak poinformowała policja - 28-letni imigrant z Kenii dokonał gwałtu na 24–letniej Polce (wszystkie informacje za tekstem ak: Imigranci wciąż molestują Niemki, „Gazeta Polska Codziennie”, 20 maja 2016).

Wzrasta niechęć do islamu w Niemczech

Według największego niemieckiego dziennika "Bild" w Niemczech szybko wzrasta niechęć do muzułmanów. Tylko w okresie od stycznia do kwietnia 2016 r. ilość osób wspierających obecność islamu w życiu publicznym spadła z 37 proc. do 22 proc. Coraz silniejszy jest krytycyzm tzw. polityki multi-kulti, prowadzonej przez Angelę Merkel (wg tekstu: Niemcy mają dość islamu, „Wprost” z 9 maja 2016). Przy okazji warto przypomnieć wyniki sondażu przeprowadzonego na Węgrzech w związku z planowanym na jesień referendum w sprawie imigrantów. 87 proc. tych, którzy na pewno poszliby na referendum, jest przeciwnych kwotowej dystrybucji migrantów, a popiera ją zaledwie 11 proc. Tylko 2 proc. nie ma zdania w tej sprawie (wg wPolityce).

Zdemaskowanie fałszu zdjęcia imigrantów, nagrodzonego Nagrodą Pulitzera

Węgierski fotoreporter László Balogh, związany z Reutersem, dopuścił się obrzydliwej manipulacji. Nagłośnił swoje zdjęcie pokazujące jak to 3 września 2015 r. węgierscy policjanci rzekomo pastwili się nad rzuconą na kolejowe tory rodziną syryjskich imigrantów. Syryjczyk zasłaniał własnym ciałem kobietę tulącą niemowlę. Wbrew manipulacji fotoreportera prawda wyglądała zupełnie inaczej. Imigrant syryjski, choć mu nic nie zagrażało, specjalnie na użytek kamer (pewno była to zaplanowana ustawka) chwycił kobietę z dzieckiem i rzucił się z nimi na tory. Kobieta zawołała o pomoc. Nadbiegli węgierscy policjanci, odsunęli mężczyznę i zakuli w kajdanki. Pomogli wstać rzuconej na tory kobiecie z dzieckiem, a ta im podziękowała. Antywęgierska manipulacja została natychmiast zdemaskowana dzięki obecności na miejscu kilkudziesięciu reporterów TV z różnych krajów. Mimo tego reporterowi – manipulatorowi przyznano Nagrodę Pulitzera za zdjęcie ukazujące rzekomy dramat imigranckiej rodziny syryjskiej, maltretowanej przez „nieludzkich” węgierskich policjantów. Red. Piotr Kowalczuk w korespondencji z Rzymu ostro skomentował nagrodzenie przez jury Uniwersytetu Columbia świadomego i ordynarnego fałszu, pisząc: „Zideologizowanym dyktatorom poprawności politycznej udało się rozmagnesować moralną busolę. Prawda przekazu - medialnego, historycznego czy artystycznego - przestała być istotna. Za fałsz, byle w słusznej sprawie, już nie ganią, tylko przypinają ordery. Prestiżowe nagrody służą promowaniu jedynie słusznych poglądów. Idee przyświecające kapitule Nagrody Leninowskiej jednak nie umarły” (por. P. Kowalczuk: Pulitzer za poprawny fałsz, „Do Rzeczy” z 2 maja 2016).

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/stanowcza-postawa-j-kaczynskiego-wobec.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Na tym blogu parokrotnie pisałem już o kazaniach młodego charyzmatycznego księdza Jacka Międlara i o jego ostrzeżeniach przed groźbą zmasowanego napływu muzułmanów do Europy. Pisałem również o sankcjach, jakie nakładano na księdza J. Międlara z powodu ostrości jego kazań. Ostatnio takie sankcje nałożono na niego w Białymstoku, głównie ze względu na środowisko ONR-u, do którego wygłaszał swe kazanie. Sankcje te wywołują jednak wielkie kontrowersje.

„Na szczęście jest jeszcze Duch Święty”

„Najwyższy Czas” z 7 maja br. poświęca sporo uwagi coraz głośniejszej już sprawie nałożonego ostatnio zakazu wystąpień publicznych wobec księdza Jacka Międlara. Zabiera w tej kwestii głos sam redaktor naczelny „Najwyższego Czasu” Tomasz Sommer w otwierającym numer artykule wstępnym: „Przypadek księdza Międlara”. T. Sommer pisze m.in.: „Przeczytałem sobie dość dokładnie słynne białostockie kazanie ks. Jacka Międlara i nie mogę wyjść ze zdumienia, dlaczego Kościół postanowił go zakneblować, skoro nie powiedział nic kontrowersyjnego (…) Oczywiście rozumiem, że chodzi o coś zupełnie innego. Lewackie media, takie jak nasza ulubiona „GW” czy „Na Temat” uderzyły w stół i nożyce się odezwały. To drugie medium, finansowane przez lata przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (sic!) określiło nawet księdza Międlara mianem „kapłana nienawiści”, choć – jak łatwo sprawdzić w inkryminowanym kazaniu – niczego, co by nasuwało takie określenie, nie było. Pytam więc, kiedy wreszcie Kościół wyjdzie spod tej nieustannej presji lewactwa, zrozumie, że w tym przypadku nie ma mowy o żadnym drugim policzku, a uleganie tym ludziom prowadzi do zguby i zgorszenia (…) W ogóle mam wrażenie, że Kościół wszedł otwarcie w falę lekkiego zamętu, bo rzeczywiście skoro - jak napisał mi jeden z czytelników - „papież całuje w rękę żyda, a w nogę muzułmankę, to strach pomyśleć, co będzie dalej”. Na szczęście jest jeszcze Duch Święty”.

Ks. S. Małkowski w obronie ks. J. Międlara

Ze stanowczą obroną księdza Jacka Międlara wystąpił jeden z najsłynniejszych polskich duchownych, ksiądz Stanisław Małkowski, głośna postać z czasów PRL-owskiej opozycji. We wspomnianym „Najwyższym Czasie” z 7-14 maja 2016 r. zamieszczony został wywiad Tomasza Sommera i Rafała Pazio z ks. Małkowskim, zatytułowany: "Ksiądz Międlar "musi wytrwać"". Jest to wywiad tak interesujący, że zasługuje na szersze zacytowanie. Autorzy wywiadu z „NCz” zapytują: „Jak Ksiądz ocenia sytuację księdza Jacka Międlara, określanego kapłanem od nienawiści, kapłanem radykałem? Nagonka po kazaniu w Białymstoku okazała się zadziwiająco skuteczna. Ksiądz dostał całkowity zakaz wystąpień publicznych, a nie powiedział nic kontrowersyjnego”.
Ks. S. M.: „Zastanawiam się, czy gdyby czołówka KOD-u zwróciła się do władzy kościelnej o kapelana, kapelana dostała i wygłosiłby on jedno czy drugie płomienne wystąpienie na temat demokracji, to czy spotkałaby go jakaś kara kościelna? Sądzę, że nie”.
NCz: "Ksiądz Jacek Międlar ma być teraz kapelanem w placówce opiekuńczej. Ma tam siedzieć i milczeć".
Ks. S. M.: „Takie sytuacje w Kościele zdarzały się i nadal się zdarzają. Sam święty ojciec Pio cierpiał wieloletnie kary kościelne, zakaz spowiadania, odprawiania Mszy Świętej, podejrzewano go o różne niecne sprawy. Kiedy zapach fiołków wydzielał się z jego ran, podejrzewano, że ma takie wielbicielki, które dają mu perfumy, a on się nimi skrapia. Są bardzo liczne precedensy podobnych sytuacji. Święty Jan od Krzyża, kiedy chciał zreformować karmelitów (i w końcu zreformował) dostał się do więzienia kościelnego, gdzie był bardzo surowo traktowany. Gdyby nie postawa Świętej Teresy od Jezusa, która pomogła mu uciec z więzienia, być może tam by dokończył swoje życie. To doświadczenie nie przeszkodziło mu w wypełnieniu zadania do końca i pozostawieniu po sobie wspaniałych pism mistycznych” (…)
NCz: „Z jednej strony Ksiądz mówi, że program związany z intronizacją, program monarchiczny tkwi w istocie Kościoła, a z drugiej strony widzieliśmy, że papież Franciszek całuje Żydów po rękach w Instytucie Jad Vashem”.
Ks. S. M.: „Klęka także przed muzułmanką, a ma kłopoty z klękaniem przed Najświętszym Sakramentem”.
NCz: "W Jad Vashem były to osoby, które przeżyły Holocaust. Papież całował je w ręce. Jaki to właściwie ma sens?"
Ks. S. M.: „Papież chce być chyba postępowy i wszystkim się podobać”.
NCz: „Innych papież też będzie całował? W świecie muzułmańskim film z Jad Vashem jest pokazywany trochę w takim duchu, że papież się poddał”.
Ks. S. M.: „Tak to można zrozumieć”
NCz: „Dlaczego?
Ks. S. M.: „W dziejach były takie sytuacje, że przez pewien czas nie wiadomo było, kto jest papieżem”.
NCz: „Nawet wtedy papież nie rezygnował z resztek majestatu”.
Ks. S. M.: „Franciszek pewnie uznał, że ta rezygnacja z - jak Pan powiedział - resztek majestatu, podoba się wielu ludziom (…)
NCz: "Ksiądz sam od dziesiątków lat ma problemy z hierarchią. Jaka jest obecnie Księdza sytuacja?"
Ks. S. M.: „Mam formalnie w dalszym ciągu przydział w parafii na Wólce w Warszawie, Podlegam księdzu arcybiskupowi kardynałowi Nyczowi i proboszczowi na Wólce. Mam coraz mniej wyznaczanych pogrzebów. W związku z tym moje wynagrodzenie jest niewystarczające, żeby przeżyć, nie mówiąc o innych wydatkach. W miarę możliwości szukam jakichś źródeł finansowania siebie i domu (…) Ksiądz Jacek Międlak dosyć wcześnie spotkał się z sankcjami. Ufam, że w duchu męstwa, odwagi, charakteru i wiary, z konieczności poddając się sankcjom, wytrwa. Jeżeli sprawa jest Boża, zawsze idzie przez krzyż”.
NCz: „Ksiądz Kazimierz Sowa wpłacił pieniądze na Platformę Obywatelską i nie było żadnych konsekwencji”.
Ks. S. M.: „O ile wiem, żadne kary i represje go nie spotkały, ani ograniczenia działalności ze strony przełożonych. Uderza to dość selektywne podejście przełożonych do kapłanów”.
Przypomnijmy, że sam ksiądz Małkowski, który udzielił tak odważnego wywiadu, dla wielu wiernych jest wręcz postacią kultową.

Wybitny dominikanin o. A. Potocki w obronie ks. Jacka Międlara

Ksiądz Stanisław Małkowski nie jest wcale odosobniony wśród duchownych w swej tak stanowczej obronie księdza Jacka Międlara. Najnowsza „Warszawska Gazeta” z 13 maja zamieściła obszerny tekst Rafała Korolca: „Wybitny dominikanin w obronie ks. Jacka Międlara”. Czytamy tam m.in.: „Ojciec Andrzej Potocki, dominikanin o wielkim dorobku naukowym, profesor socjologii, zakonnik, ostro skrytykował nie kryjących lewicowych poglądów dwóch współbraci - prowincjała o. Pawła Kozackiego oraz o. Pawła Gużyńskiego, który księdza Międlara oskarżał o to, że jest „obłąkany”. W 2014 r. określił ich działania jako sianie zamętu wśród wiernych i postępowanie „po ludzku”, a nie „po Bożemu”. Publicznie, podczas kazania, w kierunku samego Kozackiego nie bał się tubalnie wykrzyczeć: „idź precz, szatanie”. Ojciec Potocki, podobnie jak wielokrotnie ks. Międlar, uważa, że lewicowe działania wśród duchownych, jak Kozackiego, Gużyńskiego, Wiśniewskiego czy Kramera, wychodzą z głupoty lub złej woli (….) Autor listu (o. Potocki - JRN) dostrzegł zaangażowanie redaktora Jana Pospieszalskiego, który wielokrotnie stawał w obronie prawdy i księdza Międlara, bezustannie doświadczającego niesprawiedliwości ze strony przełożonych kościelnych hierarchów. Warto zaznaczyć, że Pospieszalski wyemitował już dwa programy telewizyjne w obronie młodego kapłana oraz opublikował wiele tekstów na łamach różnych periodyków. Redaktor Pospieszalski w kontekście białostockiego kazania przywołał Śluby Jasnogórskie Prymasa Tysiąclecia, do których odniósł się dominikanin.:- „Mimo, że nasze czasy z 1956 r. trudno porównywać, naprawy kraju nie da się zrealizować bez powszechnego zaangażowania. Wobec ogromu problemów potrzebny nam taki program i taki entuzjazm. Potrzebny taki ojciec duchowny, który będzie miał odwagę karcić, ganić i pouczać. Czy katolicy w ojczyźnie słyszą dziś takie słowa z ambon w polskich kościołach?” (podkr. - JRN) (…) Puenta jest następująca - „Ks. Jacek Międlar wie, na czym mu zależy. Zależy mu na Chrystusie, zależy mu na Ojczyźnie. Czy wolno mu to brać za złe?”

Odpowiadając na pytanie dominikanina o. Andrzeja Potockiego, czy katolicy w Ojczyźnie słyszą takie słowa z ambon w polskich kościołach, odpowiedziałbym, że słyszą choć niezbyt często. Przypomniałbym w tym kontekście choćby jakże ostrą wypowiedź ks. abp. Józefa Michalika o „nowej Targowicy” i wspaniały list ks. biskupa Wiesława Mehringa do Martina Schulza, traktujący go niemal jak kundla, który szczeka na Polskę. Z mojego węgierskiego ogródka przypomnę jednak, że sytuacja ta bardzo różni się od sytuacji na Węgrzech, gdzie Kościół katolicki jest bardzo upolityczniony i jednoznacznie występuje po stronie rządzącej partii Fidesz i premiera Viktora Orbána. Tam nie ma podziału na dwa kościoły: łagiewnicki i toruński i nie ma żadnych Życińskich, Gocłowskich, Pieronków! Z dużą zazdrością przeglądałem dziesiątki płomiennych kazań węgierskich hierarchów, bardzo ostro piętnujących nagonkę zachodnich polityków i bankierów na węgierskie reformy. Zaznaczmy rzecz dość znamienną – nasi korespondenci z Budapesztu konsekwentnie przemilczali te wystąpienia, kazania i listy węgierskich purpuratów. Pewno z obawy, żeby nie zaraziły one polskich hierarchów podobnym upolitycznieniem i śmiałością w występowaniu przeciw siłom antypatriotycznym. Przytoczę tu choć jeden fragment z jakże mocnego i długiego listu arcybiskupa Veszprém Gyuli Márfiego z 27 lutego 2012 r. List węgierskiego hierarchy niezwykle ostro atakował antywęgierskich oszczerców z Zachodu, na czele z bankierami z Wall Street, osławionym spekulantem George Sorosem i Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Arcybiskup Márfi pisał m.in.: „Victor Orbán ma problemy w pierwszym rzędzie nie z Unią Europejska, lecz z międzynarodowym wielkim kapitałem, którego właściciele tkwią na Wall Street w Nowym Jorku i których po prostu zwiemy „Ameryką”. To nazwanie jest oczywiście błędne: dolar i jego panowie i słudzy nie maja ojczyzny, ani narodowości. To są obywatele kosmosu, kosmopolici w najgorszym znaczeniu tego słowa, którzy marzą o zagarnięciu całego świata” (podkr. - JRN) (por. szerzej: J. R. Nowak: „Węgierska droga do zwycięstwa”, Warszawa 2015, t. 2, s.159-160).

Wyobrażam sobie, jaki nienawistny wrzask wywołałoby wypowiedzenie podobnych słów przez któregoś z polskich hierarchów. „To nacjonalizm, antysemityzm” natychmiast zawyto by w „Gazecie Wyborczej” czy w TVN. Węgierscy hierarchowie nie wahają się jednak mówić odważne prawdy o wrogach swego kraju. Oby jak najszybciej nastąpiło to również w Polsce! Najwyższy czas powrócić do przesłania, odwagi i siły ekspresji Prymasa Tysiąclecia.

Tuż obok tekstu R. Korolca o ks. Międlarze w „Warszawskiej Gazecie” opublikowano niezwykle ostry atak na nuncjusza apostolskiego w Polsce pt. „Nuncjusz spod bandery masonerii”. Ze względu na ostrość zawartych tam oskarżeń wydaje się wręcz konieczna jak najszybsza polemiczna odpowiedź samego nuncjusza lub jego przedstawiciela na ten tekst, w myśl zasady „audiatur et altera pars”.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/spor-wokoks.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Bezkonkurencyjnie najsłynniejszym Polakiem w Kanadzie w okresie po 1939 r. był pilot Janusz Żurakowski (1914-2004), herbu Sas, podpułkownik. W czasie wojny służył w RAF. Walczył zarówno w Bitwie o Anglię jak i w lotniczych misjach na terenie Niemiec. W okresie od 5 czerwca do 28 grudnia 1942 dowodził 316 Dywizjonem Myśliwskim Warszawskim. W 1943 r. został zastępcą dowódcy skrzydła w Northolt. Za zasługi wojenne Żurakowski był odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, trzykrotnie - Krzyżem Walecznych oraz czterokrotnie brytyjskim odznaczeniem Distinguished Service Award.

Od końca wojny Żurakowski stał się słynnym oblatywaczem większości typów myśliwców RAF oraz samolotów brytyjskiej i amerykańskiej marynarki wojennej. W 1950 r. pobił rekord szybkości przelotu na trasie Londyn-Kopenhaga-Londyn. Szczególnie wsławił się w dziedzinie prawdziwie legendarnych akrobacji na samolotach odrzutowych. Słynny był jego nowy manewr akrobatyczny "Koło Zurobatyczne" (Zurobatic Cartwheel), wykonany w 1951 r. na samolocie "Meteor", przedtem uważany przez fachowców za rzecz niemożliwą do wykonania. W 1955 r. wykonał kolejny niezwykle skomplikowany nowy manewr akrobatyczny, tzw. "failing leaf". Sławiony był jako "Wielki Żora" i stał się wówczas niewątpliwie najsłynniejszym pilotem w historii lotnictwa w Kanadzie. Dziś jest uważany za jednego z najlepszych pilotów wszechczasów. Jako szczególnie doświadczony i uzdolniony lotnik stał się pierwszym pilotem testującym pierwszy kanadyjski myśliwiec przechwytujący CF-100 Canuck, uchodzący za jeden z najnowocześniejszych w latach 50. Lecąc na tym myśliwcu jako pierwszy lotnik w Kanadzie pokonał barierę prędkości dźwięku oraz osiągnął prędkość 1000 mil na godzinę. W marcu 1958 r. powierzono mu testowanie myśliwca przechwytującego CF-105 Arrow. Fachowcy powszechnie oceniali ten samolot jako prawdziwie rewelacyjny, najlepszy ponaddźwiękowy samolot myśliwski owych lat. Był on wyposażony w najnowocześniejszą aparaturę nawigacyjną i łącznościową oraz elektroniczne kierowanie ogniem. Tym bardziej zaszokowała niewyjaśniona do dziś decyzja rządu Diefenbakera z 20 lutego 1959, podjęta w tzw. Black Friday (Czarny Piątek). Z nieznanych powodów nagle wstrzymano budowę supernowoczesnego samolotu, zwalniając z pracy Żurakowskiego i 14 tysięcy innych pracowników zakładów Avro i Orenda. Co więcej zniszczono pięć latających już egzemplarzy tego samolotu oraz całą dokumentację techniczną: dziesiątki tysięcy rysunków konstrukcyjnych i planów samolotu. Decyzję rządu uważa się dziś za kontrowersyjną - ja powiedziałbym, mocniej: bardzo głupią. W ten sposób zaprzepaszczono bowiem szansę Kanady znalezienia się w czołówce krajów tworzących najnowocześniejsze technologie lotnicze i kosmiczne. Zamiast zniszczonego własnego świetnego samolotu rząd Diefenbakera zakupił amerykański system obrony przeciwrakietowej Bomarc (The Bomarc Missile Program), który już w czasie instalowania był przestarzały i nigdy nie spełnił swych funkcji. Żurakowski zdecydował się wówczas na odejście z lotnictwa.

Po latach doszło do prawdziwego docenienia zasług Żurakowskiego dla północnoamerykańskiego lotnictwa. Długa jest lista wyróżnień przyznanych Żurakowskiemu w Kanadzie i w USA. Przytoczę tylko niektóre z nich. W 1973 r. Żurakowski został umieszczony w Canadian Aviation Hall of Fame" (Hali Sławy Kanadyjskiego Lotnictwa). Za zasługi otrzymał niezwykle cenny puchar McKee Trophy. Został wyróżniony członkostwem honorowym Międzynarodowego Stowarzyszenia Pilotów Doświadczalnych w Los Angeles, które umieściło jego imię na liście najwybitniejszych lotników wszech czasów. Dołączył do takich sław lotnictwa jak Charles Lindbergh, Neil Armstrong i Igor Sikorsky. W 1990 r. otrzymał nagrodę im. J. C. Floyda za całokształt dorobku na rzecz kanadyjskiego przemysłu lotniczego. Otrzymał specjalne odznaczenie miasta Edmonton w Kanadzie - Order Lotu. W mieście Barry’s Bay otworzono park im. Żurakowskiego wraz z jego imponującym pomnikiem i modelem samolotu CF-105 Arrow. Pomnik ustawiono na skrzyżowaniu dwóch głównych ulic w tym mieście. W 1996 r. wydano srebrną monetę o nominale 20 dolarów kanadyjskich z jego wizerunkiem. W 1997 r. przyznano mu tytuł "Pioniera kanadyjskiego lotnictwa". 23 lipca 1999 r. na cześć Żurakowskiego nazwano jeden z budynków ("The Zurakowski Building") lotniczego ośrodka doświadczalnego w Albercie. Został upamiętniony w poświęconym mu kanadyjskim filmie dokumentalnym "Scattering Seeds" (wrzesień 1999). W 1999 r. otrzymał Komandorski Krzyż Orderu Zasługi RP. Wiosną 2002 r. opublikował w Toronto wraz z żoną wspomnienia "Nie tylko o lataniu”. Zmarł w 2004 r. w zbudowanej z jego inicjatywy osadzie na Kanadyjskich Kaszubach, której nadał nazwę Kartuzy Lodge. W Kanadzie ukazały się dwie książki na jego temat: Marka Kusiby: Janusz Żurakowski. From Avro Arrow to Arrow Drive", Toronto 2003 i Billa Żuka: "Janusz Żurakowski. Legend of the Sky", St. Catherina, Ontario, 2004 (fragment z przygotowywanego do druku czwartego, bardzo rozszerzonego wydania książki „Co Polska dała światu").

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/polak-j-zurakowski-najsynniejszym-asem.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Do szczególnie wielkich zaniechań należy brak pełnego obrazu jakże wspaniałego i wielostronnego wkładu Polaków w rozwój rozlicznych krajów świata. Jednym z jakże wymownych zaniedbań jest przemilczenie w Polsce tak imponujących dokonań wybitnych Polaków w Brazylii. A przecież możemy być prawdziwie dumni z ich brazylijskiej epopei i z tego, że jesteśmy jako naród bardzo cenieni w Brazylii. Niestety przez wiele dziesięcioleci brakowało książki pokazującej szerzej dokonania Polaków w Brazylii, poza pionierską, ale mocno dziś już przestarzałą książką Stanisława Pyzika: "Los Polacos en la Republica Argentina 1812-1900". W drugim wydaniu tej książki (w 1966 r.) znalazły się liczne informacje również o wybitnych Polakach w Brazylii, ale ograniczone do roku 1900. Z tym większą radością trzeba więc powitać wydane w ostatnich kilkunastu latach znakomite, ogromnie staranne, wnikliwe i odkrywcze prace na temat Polaków w Brazylii, doprowadzone do ostatnich lat, napisane przez pracującego w owym kraju księdza profesora Zdzisława Malczewskiego. Szczególnie polecam tu trzy książki ks. Z. Malczewskiego: „Polonii brazylijskiej obraz własny. Zapiski emigranta (2007-2010), Warszawa 2010, „Ślady polskie w Brazylii", Warszawa 2008 i wcześniejszą: ”Słownik biograficzny Polonii brazylijskiej", Warszawa 2000). Widać w nich jak bogate są dokonania całej plejady wybitnych Polaków z Brazylii, ich sukcesy, które w mojej książce, opisującej dorobek całej polskiej emigracji w świecie, mogę przedstawić tylko bardzo selektywnie i skrótowo.

Zbigniew Ziembiński - twórca nowoczesnego teatru brazylijskiego

Największą popularnością wśród dokonań polskich w Brazylii cieszą się w ostatnich dziesięcioleciach osiągnięcia twórcze Zbigniewa Ziembińskiego (1908-1978). Jest on powszechnie uznawany za twórcę nowoczesnego teatru brazylijskiego. Za szczególnie wielką zasługę Ziembińskiego uważa się jego dążenie do wystawiania w pierwszym rzędzie sztuk teatralnych autorów brazylijskich i zerwania z panującą przedtem "modą na cudzoziemszczyznę". Premiera sztuki "Suknia ślubna" autorstwa Nelsona Rodriguesa w reżyserii Zbigniewa Ziembińskiego w 1943 roku uznana została za punkt zwrotny w historii teatru brazylijskiego. W środowisku teatralnym zwykło się mówić o okresie „przed i po Ziembińskim”. Jeden z najsłynniejszych brazylijskich krytyków teatralnych Décio de Almeida Prado pisał: "To właśnie Ziembińskiemu zawdzięczamy wprowadzenie do naszego teatru nieznanej dotąd postaci reżysera – reżysera, najwyższego podmiotu w teatrze, początku i końca spektaklu". Za swą działalność dla kultury brazylijskiej Ziembiński był wielokrotnie nagradzany brazylijskimi odznaczeniami, m.in. Orderem Krzyża Południa, Złotym Medalem Obywatela Honorowego Carioca, Złotym Medalem Krytyków w Rio de Janeiro. Został również mianowany honorowym obywatelem stanu Guanabara. 23 września 1974 r. został odznaczony polskim Złotym Krzyżem Zasługi. W Rio de Janeiro uczczono pamięć Ziembińskiego poprzez nadanie jednemu z teatrów nazwy „Teatro Ziembinski ". Wyjątkowo wielkie zasługi Ziembińskiego dla teatru brazylijskiego znalazły odbicie w kilku dziełach poświęconych jego działalności. Znalazła się wśród nich miedzy innymi 600-stronnicowa praca doktorska Fausta Furer: "A Turma da Polônia na renovaçao teatral brasileira". Szczególnie gruntownie analizował dokonania Ziembińskiego jeden z najwybitniejszych krytyków teatralnych Yan Michalski, notabene pochodzący z Polski (urodził się w Częstochowie). Był on autorem głośnej książki o Ziembińskim: „Ziembiński e o teatro brasileiro" (Sao Paulo 1995). Michalski pisał o Ziembińskim m.in.: „Ziembiński przybył tu z bagażem wiedzy, kultury i techniki teatralnej, która była wówczas zupełnie nieznana w Brazylii (...) Ziembiński był jak bomba atomowa, która spadła na teatr brazylijski". Na okładce "Historii teatru brazylijskiego" umieszczono zarys twarzy Ziembińskiego obok paru innych postaci szczególnie mocno zasłużonych dla brazylijskiego teatru.

Wspomniany wyżej Yan Michalski (1932-1990), aktor, reżyser oraz krytyk teatralny filmowy, człowiek o wielkim autorytecie intelektualnym, oddał niemałe zasługi dla teatru i filmu brazylijskiego. Utworzone przez niego w 1982 r. Centro de Artes de Laranjeiras jest uważane dziś za jedną z najbardziej cenionych szkół teatru w Brazylii. Michalski osobiście zorganizował ściągnięcia do Brazylii w 1974 r. słynnego polskiego reżysera - Jerzego Grotowskiego, co wpłynęło tam na nowatorskie poszukiwania teatralne. W dziedzinie literatury najbardziej zasłynął Paulo (Paweł) Lemiński (1944-1989), jeden z czołowych poetów brazylijskich, znany z wielostronnej twórczości i barwnego życiorysu. Określany jest jako „Rimbaud z Kurytyby", a wiele z fragmentów jego poezji jest cytowanych jako "skrzydlate słowa". Utrzymywał żywe związki z Polską - m.in. jednemu z tomów swych wierszy nadał tytuł „Powróciło moje polskie serce". W Kurytybie znajduje się stała wystawa poświęcona pamięci P. Lemińskiego - Espaco Cultural Paulo Leminski (Centrum Kultury Pawła Lemińskiego).

Nazwiska wybitnych utalentowanych Polaków znajdujemy również w dziedzinie sztuk pięknych. Głośny stał się m.in. polski malarz impresjonista Bruno Bronisław Lechowski (1887-1941). Był twórcą bardzo wielostronnym: malarzem, architektem, profesorem sztuk plastycznych i kompozytorem. Ks. Z. Malczewski (por. "Polonii brazylijskiej..., op.cit., s.17) nazywa Lechowskiego "jednym z prekursorów modernizmu parańskiego", pisze, że jego obrazy były "rewolucyjne w kolorach, wyrażały wolność w interpretacji natury". Dokonania artystyczne Lechowskiego zyskały mu wielu przyjaciół w kręgach malarzy Brazylii, a jako profesor miał wielu utalentowanych uczniów. Znaczącą wymowę ma fakt, że nawet wiele lat po śmierci Lechowskiego organizowano kolejne wystawy jego dzieł w Sao Paulo, Rio de Janeiro i Kurytybie. Najsłynniejszym polskim rzeźbiarzem w Brazylii był Jan Żak (1884-1961), profesor Akademii Sztuk Pięknych w Rio de Janeiro. Był m.in. twórcą frontonu pałacu prezydenta Brazylii, a także licznych rzeźb zdobiących oficjalne budynki państwowe. W licznych miastach Brazylii są wystawione jego rzeźby i pomniki. Niewątpliwie najsłynniejszym dziełem Żaka był pomnik "Siewca", znajdujący się na jednym z centralnych placów Kurytyby. Pomnikiem tym Żak chciał uczcić rolę polskich rolników w zagospodarowaniu ziemi brazylijskiej, a zarazem wyrazić wdzięczność Polaków dla gościnnej Brazylii (por. op.cit., s.21). Innym słynnym dziełem wykonanym przez Żaka był pomnik "Macierzyństwo", wystawiony w Rio de Janeiro.

Zasłużeni dla Brazylii polscy inżynierowie, przedsiębiorcy i geologowie

Najsłynniejszym polskim inżynierem w Brazylii był Aleksander Brodowski (1855-1899). Był m.in. kierownikiem katedry Politechniki w Sao Paulo. Najbardziej wsławił się jednak jako budowniczy kolei przez górskie pasmo Serra de Caldos, od Sao Paulo do Santos. Na cześć Brodowskiego Brazylijczycy nazwali miasto w stanie Sao Paulo, które rozwinęło się głównie dzięki doprowadzonej tam przez polskiego inżyniera linii kolejowej. Początkowo nosiło nazwę "Brodosqui", a od 1985 r. nosi nazwę "Brodowski", zgodnie z polską pisownią nazwiska inżyniera. Dodajmy, że z kolei stacja kolejowa na linii kolejowej Mogiana, budowanej przez Brodowskiego, nosi do dziś nazwę „Brodowski". Do najwybitniejszych polskich inżynierów w Brazylii należał również Bronisław Rymkiewicz (1849-1907). W latach 1898-1899 był on naczelnym inżynierem budowy linii kolejowej z Rio de Janeiro do Sao Paulo. Później w latach 1900-1904 budował port w Manaus na Amazonce. W mieście Manaus uczczono Rymkiewicza pięknym pomnikiem. Inny polski inżynier Ludwik Mieczysław Majlaski kierował budową 120-kilometrowego odcinka kolei na trasie Sao Paulo do Sorocaby. Przed stacją kolejową w mieście Sorocaba znajduje się pomnik Majlaskiego. Z kolei inżynier Feliks Kwakowski (?-1895 ) był w 1890 r. głównym budowniczym przedsiębiorstwa kanalizacyjnego w Rio de Janeiro.

Wielkim uznaniem w Brazylii cieszył się również inny polski inżynier hrabia Andrzej Przewodowski (1799-1879) były powstaniec. Początkowo pracował w Anglii, gdzie zbudował pierwszy tunel pod Tamizą. Wśród jego zasług dla Brazylii wymienia się m.in. zaprojektowanie i wykonanie metalowego mostu im. Pedro II na rzece Paragwaju i pionierskie prace geologiczne w Bahii. Jako pierwszy odkrył złoża naftowe na obszarze Reconvo Baiano. Jego syn Stanisław Przewodowski (1843-1903) był kapitanem brazylijskiej marynarki i dowódcą flotylli stacjonującej na rzece Urugwaj. Wsławił się bohaterstwem w wojnie z Paragwajem. Głośne stało się jego wystąpienie w obronie honoru Brazylii w zajściu z Argentyną. Zyskało mu powszechny szacunek w mieście Itaqui w stanie Rio Grande. Symbolem tego szacunku było nazwanie w 1883 r. pierwszego teatru zbudowanego w tym mieście "Teatro Przewodowski". Inny polski inżynier Jerzy (Jorge) Samek (ur. 1955) został mianowany w 2003 r. dyrektorem Itaipu - największej elektrowni wodnej w Brazylii, a zarazem jednej z największych elektrowni wodnych na świecie. Z kolei inżynier Wojciech Mieczysław Jezierski kontynuował w powojennej Brazylii tradycje wielkich polskich architektów. Był on twórcą najwyższych budowli w Sao Paulo. Ta brazylijska metropolia zawdzięcza inż. Jezierskiemu ok. 3 mln metrów kwadratowych zabudowy (wg. korespondencji J. Gruszyńskiego: Śladami Polaków w Brazylii, "Głos" z 18 listopada 1997).

Warto tu wspomnieć o brazylijskich dokonaniach profesora Józefa Siemiradzkiego, geologa i geografa oraz podróżnika. Wprawdzie nie mieszkał on na stałe w Brazylii, lecz podczas podróży do niej wyróżnił się badaniami geologicznymi, jako pierwszy dokonując badań rzeźby terenu w Paranie. Jego badania były tak precyzyjne, iż w Słowniku brazylijskiego Instituto Historico nazwano Siemiradzkiego "najwybitniejszym geologiem Brazylii" (wg. J. H. Retinger: „Polacy w cywilizacjach świata”, Gdańsk 1991, s.195). Był autorem popularnych zapisów z podróży: „Za morze. Szkice z wycieczek do Brazylii", Lwów 1894 i „Na kresach cywilizacji. Listy z podróży po Ameryce Południowej", Lwów 1896.

Wśród paru najsłynniejszych polskich przedsiębiorców w Brazylii można znaleźć nazwisko Roberta Oscara Agniewicza (1878-1947). Zyskał on sobie miano pioniera produkcji ropy naftowej z łupków węglowych. Produkcja ta okazała się wielkim sukcesem - prasa w Kurytybie nazwała Agniewicza „marzycielem bogactw Brazylii” (wg. Z. Malczewski: "Polonii brazylijskiej..., op.cit., s 14). W 1984 r. rządowa rafineria Petrobrás pośmiertnie uhonorowała Agniewicza dwumetrowym pomnikiem w nagrodę za pionierskie działania dla rozwoju produkcji brazylijskiej ropy naftowej. Innym polskim przedsiębiorcą szczególnie zasłużonym dla Brazylii był Alfred Jurzykowski (1899-1966). Nadzwyczaj cenne okazały się jego działania dla sprowadzenia z Niemiec do Brazylii ciężarówek Mercedes-Benz. Później okazało się to bardzo zyskownym przedsięwzięciem. Największym osiągnięciem Jurzykowskiego stało się jednak założenie (wspólnie z niemiecką firmą) fabryki autobusów i ciężarówek Mercedes-Benz". Była to pierwsza fabryka samochodów w Brazylii. Dzień jej otwarcia - 28 września 1956 r. uważa się za dzień narodzin brazylijskiego przemysłu samochodowego. Za swe zasługi dla Brazylii był odznaczony medalem Ordem Nacional do Cruseiro do Sul. Pośmiertnie rząd brazylijski odznaczył go orderem Rio Branco. Warto dodać, że ulicę w Sao Bernardo do Campo, na której powstała założona przez Jurzykowskiego fabryka, nazwano jego imieniem. Jurzykowski wsławił się również jako filantrop. Finansował budowę sieci wodociągowych i elektrycznych oraz szkół w najbardziej zaniedbanych dzielnicach Rio De Janeiro. Największym jego dziełem jako filantropa było utworzenie w 1960 roku w USA „Fundacji Jurzykowskiego", wspierającej działalność naukową i kulturalną. Fundacja wsparła wiele dziesiątków naukowców polskiego pochodzenia. Należy ona do paru polskich fundacji, najdynamiczniej działających w świecie. Pełnym inicjatywy przedsiębiorcą był hrabia Andrzej Łoś (1899-1962). Dzięki niemu powstała w 1952 r. "pionierska " (wg. ks. Z. Malczewskiego) fabryka kubków i innych wyrobów z papieru. Za swą działalność gospodarczą był uhonorowany brazylijskim medalem Rui Barbosa. Inny Polak Stanisław Kruszyński (1856- 1924) określany jest jako "ojciec księgowości w Brazylii". Dzięki wprowadzeniu do brazylijskiej rachunkowości nowych metod - tzw. systemu Kruszyńskiego, unowocześnił on księgowość brazylijską. W uznaniu jego zasług władze miejskie Sao Carlos (400 km od Sao Paulo), gdzie mieszkał, przyznają doroczną nagrodę „Księgowy roku im. Stanisława Kruszyńskiego". Dodajmy, że w mieście Sao Carlos postawiono Kruszyńskiemu pomnik w dowód wdzięczności za jego wkład do nowoczesnej rachunkowości w Brazylii.

W kręgu lekarzy i uczonych

Wśród Polaków zasłużonych dla Brazylii było sporo lekarzy. Jednym z pionierów rozwoju medycyny brazylijskiej był dr Piotr Ludwik Napoleon Czerniewicz (1812-1882). Powszechnie ceniono wydaną przez niego w 1841 r. w Rio de Janeiro encyklopedię lekarską. Zyskała sobie aż kilkanaście wydań. Za swe dokonania medyczne został w 1874 r. odznaczony przez cesarza Pedro II komandorią orderu "Cruseiro da Rosa ". Inny lekarz - naukowiec Dominik Łukaszewicz (1887-1979) wyróżnił się działalnością naukową w sferze anatomii, m.in. organizując Instytut Anatomii na Wydziale Medycyny Federalnego Uniwersytetu Parańskiego na Kurytybie. Doktor Szymon Kossobudzki (1869-1934) był organizatorem i pierwszym profesorem katedry chirurgii w Kurytybie i założycielem Stowarzyszenia Medycznego Parany. Z kolei psycholog Wacław Radecki (1887-1953) utworzył pierwszą placówkę psychologii w Rio de Janeiro, będącą zarazem pierwszą pionierską placówką tego rodzaju na całym kontynencie Ameryki Południowej. Po dziś dzień bardzo wysoko oceniane są zasługi Tadeusza Chrostowskiego (1878-1923) nazywanego "ojcem ornitologii parańskiej" w uznaniu jego kilku jakże owocnych ekspedycji ornitologicznych w Paranie. Polscy naukowcy w Brazylii wyróżnili się w bardzo różnorodnych dziedzinach. Dość wymienić takie nazwiska jak prorektor uniwersytetu parańskiego Waldemiro Gremski (ur. 1940), historyk prof. Ruy Christowam Wachowicz (1934-2000), prof. literatury Henryk Siewierski (ur. 1957), sławny topograf hrabia Florestan Rozwadowski (1822-1879), autor pierwszych pomiarów topograficznych rzeki Amazonki i jej odpływów, czy profesor prawa administracyjnego Jerzy Langrod (1904-?). Ten ostatni był doradcą rządu federalnego w zakresie organizowania prawa administracyjnego Brazylii. W 1974 r. został odznaczony medalem Fundacji Getúlio Vargas w Rio de Janeiro za zasługi we wspomnianej dziedzinie.

Polak L. de A. R. Trompowski - marszałkiem Brazylii

Paru Polaków w Brazylii wsławiło się wspaniałymi karierami wojskowymi. Szczególnie wyróżnił się pod tym względem, dochodząc aż do stopnia marszałka Brazylii Leitao de Almeida Robert Trompowski (1853-1926), wywodzący się z polskiego rodu szlacheckiego herbu Toporczyk z okolic Krakowa. W 1894 został komendantem Szkoły Wojskowej w Rio de Janeiro. Był autorem wielu cenionych prac z dziedziny wojskowości. W 1919 r. mianowano go marszałkiem Brazylii. Kilkadziesiąt lat później dekretem z 13 marca 1962 r. prezydent Brazylii Joao Goulart ustanowił Trompowskiego patronem brazylijskiego nauczania wojskowego. Warto dodać, że od 1953 r. osobom zasłużonym w szkolnictwie przyznaje się "medal Marszałka Trompowskiego". Syn marszałka Trompowskiego Fegueira de Almeida Arnando Trompowski był ministrem lotnictwa i ministrem Najwyższego Trybunału Wojskowego.

Polak E. R. Lewandowski - prezesem Najwyższego Trybunału Federalnego

Największa kariera w życiu politycznym Brazylii stała się udziałem Enrique Ricardo Lewandowskiego (ur. 1948 r.). Lewandowski, sędzia i profesor uniwersytetu w Sao Paulo w 2006 r. został mianowany ministrem w Najwyższym Trybunale Federalnym. W 2010 r. został mianowany prezesem Najwyższego Trybunału Wyborczego. W 2014 r. działalność Lewandowskiego została ukoronowana mianowaniem go na prezesa Najwyższego Trybunału Federalnego .

Prezentowane wyżej przez mnie 30 życiorysów (zestaw z natury niepełny) wyraziście ilustruje jak wielki był polski wkład w rozwój wielkiego, acz dalekiego, państwa południowoamerykańskiego. Jakże znamienny był fakt, że kilku Polaków odegrało wręcz decydujący wpływ na rozwój paru dziedzin życia w Brazylii. Przypomnę tu jeszcze raz rolę Zbigniewa Ziembińskiego jako "twórcy nowoczesnego teatru brazylijskiego", Roberta Oscaro Agniewicza jako pioniera produkcji ropy naftowej w Brazylii i Alfreda Jurzykowskiego jako twórcę brazylijskiego przemysłu samochodowego. Do tego dochodzą nazwiska Polaków, którzy awansowali na najwyższe stanowiska w wykonywanych przez nich dziedzinach: marszałka Brazylii Leitao de Almeidy Roberta Lewandowskiego, autora bardzo znaczących prac z dziedziny wojskowości i prezesa Najwyższego Trybunału Federalnego Enrique Ricardo Lewandowskiego. Tym bardziej trudno zrozumieć fakt, że ich postacie pozostają niemal zupełnie nieznane w Polsce. Dodajmy przy tym, że niezwykle duża aktywność ludzi z Polonii w Brazylii w tak wielu dziedzinach życia, cieszy się autentycznym docenieniem w Brazylii. Wyrazem tego były m.in. słowa prezydenta Brazylii Fernando Henrique Cardoso podczas wizyty w Polsce w lutym 2002 r: „Polonia liczy około półtora miliona osób (...) Tę liczbę zawsze cytuję, ponieważ Brazylijczycy są z niej dumni, świadomi wyjątkowego wkładu wniesionego przez ten przyjazny naród w kształtowanie społeczeństwa. Od teatru po sztuki piękne, od rolnictwa po przemysł, nie mówiąc o edukacji i nauce, udział społeczności polskiej jest bardzo znaczny w życiu Brazylii (...)" (podkr. - JRN, cyt za: Z. Malczewski: "Polonii brazylijskiej..., op.cit., s.13).

Ciągle za mało znane w Polsce dokonania Polaków w Brazylii są bardzo wymowną ilustracją jak ciężko płaciliśmy za rozbiory i brak polskiej państwowości. Ileż polskich talentów wzmacniało rozwój innych państw zamiast rozwijać własną Ojczyznę (tekst jest fragmentem z przygotowywanego do druku czwartego, bardzo mocno rozszerzonego wydania mojej książki „Co Polska dała światu”).

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/05/niedocenione-dokonaniapolakow-w.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

W polskiej opinii publicznej istnieją wielkie dysproporcje w informacjach o amerykańskiej recepcji polskich aktorek i aktorek polskiego pochodzenia w USA. Kolorowe magazyny częstują nas głównie informacjami o amerykańskich wojażach Weroniki Rosati, Joanny Krupy i Alicji Bachledy-Curuś. Dwie pierwsze: Rosati i Krupa wydają się zbyt przereklamowane i jak dotąd trudno jest mówić o jakimś większym sukcesie ich amerykańskich dokonań filmowych. J. Krupa na dodatek splamiła się w 2007 r. występem (wraz z siostrą) w "The Howard Stern Show", realizowanym przez skrajnie antypolskiego prezentera radiowego Howarda Sterna.

Przypomnijmy, że Howard Stern, mający ponad 20-milionową rzeszę radiosłuchaczy, powiedział 29 października 2009 r. o tym, że Polacy zabili w czasie II wojny światowej trzy miliony Żydów. Podkreślił również, że to Polacy "byli twórcami i jedynymi wykonawcami nazistowskiego planu eksterminacji Żydów europejskich". (cyt. za tekstem W. K.: Prowokator za wszelką cenę. Howard Stern oskarża Polaków o eksterminację Żydów, "Rzeczpospolita" 2 listopada 1999). Znacznie lepiej od Rosati i Krupy, choć nie nadzwyczajnie, wypadły amerykańskie role Alicji Bachledy-Curuś (ur. w 1983 r.). Odtwórczyni roli Zosi w "Panu Tadeuszu " A. Wajdy, Bachleda-Curuś zagrała od 2007 r. w 6 filmach amerykańskich. W 2007 r. zagrała dobrze przyjętą rolę w filmie "Handel" ("Trade".) Najwięcej rozgłosu w USA przyniosła jej główna rola w filmie "Ondine" (2009).

Amerykańska porażka "polskiej Monroe"

Część czytelników pamięta o dużo wcześniejszej amerykańskiej eskapadzie bardzo wybitnej polskiej aktorki Elżbiety Czyżewskiej. W dzieciństwie biedowała, oddana przez matkę do Domu Dziecka. Jej kariera zaczęła się na scenie STS-u, gdzie jako pierwsza zaśpiewała piosenkę "Kochankowie z ulicy Kamiennej", swoisty liryczny hymn tego teatru. Przyciągała niebywałym sex appealem. Agnieszka Osiecka pisała o jej "obłędnym biuście " i ""szalenie zgrabnych nogach". Grała w kilku znakomitych sztukach wystawianych na scenie Teatru Dramatycznego, min. w "Nosorożcu" Ionesco, "Anioł zstąpił do Babilonu" F. Dürrenmatta, "Po upadku "A. Millera. Po tej ostatniej roli zaczęto ją nazywać "polską Monroe". Grała również z powodzeniem w komediach filmowych, m.in. w "Giuseppe w Warszawie" i "Gdzie jest generał?". Zagrała również z sukcesem w kilku znaczących filmach dramatycznych, m.in. w "Pierwszym dniu wolności" i "Rysopisie". Za role na małym ekranie zdobywała kolejne nagrody, m.in. "Srebrnej Maski" (1963 r. i 1964 r.) oraz "Złotej Maski" w plebiscycie na najpopularniejsza aktorkę telewizyjną (1954 r.). Przez wielu była uważana za najlepszą ówczesną aktorkę PRL, a niewątpliwie była jednym z największych polskich talentów aktorskich w całym okresie po wojnie. Polską karierę przerwała wymuszona eskapada do Stanów Zjednoczonych. Wyjechała z Polski w 1967 r. po nagonce politycznej, związanej z atakującym Gomułkę artykułem jej męża - amerykańskiego korespondenta w Polsce Davida Halberstama. Pomimo ogromnego talentu i wytrwałości nie zrobiła większej kariery w USA. Na przeszkodzie w jej zatrudnieniu w filmach stał zbyt wyrazisty akcent polski, rzutujący na jej angielską wymowę, a w późniejszym okresie życia także nerwowość i alkoholizm. Mimo to razem grała w około 20 filmach amerykańskich. M.in. grała w filmie "Pozytywka" ("Music Box", 1984) słynnego reżysera Costa Gavrasa i wystąpiła u boku znakomitej aktorki Jeanne Moreau w filmie "I Love You, I Love You Not" (1996). Grała również rolę w jednym z odcinków głośnego serialu "Seks w wielkim mieście" (1999).

Stosunkowo największym powodzeniem cieszyły się jej role teatralne. W 1990 r. za rolę w sztuce „Crowbar” otrzymała prestiżową nagrodę "OBIE Award", przyznawaną przez tygodnik "Village Voice". Wciąż prześladował ją jednak pech. W teatrze w Woodstock grała główną rolę w sztuce "Polowanie na muchy " J. Głowackiego. A jednak, gdy sztukę tą przeniesiono na scenę nowojorską, główną rolę w niej oddano aktorce wcześniej utytułowanej nagrodą Oscara. W 1992 r. zagrała tytułową rolę w sztuce Głowackiego "Antygona w Nowym Jorku". Znana była z ogromnej życzliwości wobec wszystkich przybyszów z Polski, których gościła w swoim mieszkaniu w Nowym Jorku. Niestety bardzo sparzyła się na jednym tych gości, znanej później aktorce Joannie Pacule. Pomagała jej finansowo i wspierała w karierze. W zamian Pacuła zabrała jej kochanka, po czym zrobiła błyskawiczną karierę hollywoodzką. O całej dramatycznej historii swych związków z Pacułą opowiedziała znanemu reżyserowi Jurkowi Bogajewiczowi. Miał zrobić z niej film z Czyżewską w roli głównej. Ostatecznie jednak rolę tę powierzył innej aktorce - Czeszce, która zgarnęła za nią w filmie "Anna" bardzo prestiżową nagrodę Złotego Globu i nominację do Oscara. W 2005 r. Czyżewska dostała krzyż za zasługi kulturalne w Polskim Konsulacie Generalnym w Nowym Jorku .

Na tym tle tym bardziej warto przypomnieć o nader udanych amerykańskich karierach filmowych, a czasem i teatralnych, kilku innych polskich aktorek i kilkunastu amerykańskich aktorek polskiego pochodzenia. Są one prawie nieznane w Polsce. Zasługują zaś na dużo szerszą niż dotąd popularyzację, tym bardziej, że niektóre z nich bardzo często akcentowały swe związki z Polską i polskością, a nawet wręcz chlubiły się Polską

Stefania Powers

W pierwszym rzędzie chciałbym się upomnieć o ciągle zbyt mało przypominaną w Polsce aktorkę telewizji i filmu Stefanie Powers. Urodziła się w 1942 roku w rodzinie polskich emigrantów jako Stefania Zofia Fiderkiewicz. Jest przede wszystkim wielką gwiazdą małego ekranu, gdzie zagrała w ok. 200 rolach. Zabłysnęła najpierw jako odtwórczyni głównej roli w telewizyjnym serialu "The Girl from U.N.C.L.E." (1966), który przez rok szedł na kanale NBC. Największym hitem Powers był jej udział w telewizyjnym serialu "Hart to Hart" (1979). który szedł w kanale telewizyjnym ABC przez pięć sezonów. Wraz z R. Wagnerem tworzyła tam parę detektywów. Za tę rolę była pięciokrotnie nominowana do ogromnie prestiżowej nagrody Złotego Globu oraz dwukrotnie nominowana do "telewizyjnego Oscara" - Nagrody Emmy, przyznawanej za najlepsze role telewizyjne. Grała również w licznych produkcjach filmowych. Do ważniejszych należały m.in.: kryminał "Próba terroru" ("Experiment in Terror", 1962), dramat "Strzał ostrzegawczy" ("Warning Shot", 1967), western "Siedmiu wspaniałych nadjeżdża" ("Magnificent Seven Ride", 1972), dreszczowiec "Niewidzialny dusiciel" ("Invisible Strangler", 1976), wojenno-przygodowy film "Ucieczka na Atenę" ("Escape to Athene", 1979) i romans "Poznaj moją mamę" ("Meet My Mom", 2010). Ogromny wpływ na jej życie odegrała wielka miłość do dużo starszego od niej Williama Holdena (znanego m.in. ze znakomitej roli w "Bulwarze Zachodzącego Słońca"). Wraz z nim pojechała w podróż do Afryki, gdzie rozkochała się w dzikiej przyrodzie. Po nagłej śmierci Holdena założyła w Kenii na jego cześć fundację poświęconą ochronie dzikiej przyrody Afryki. Włożyła w to całe serce. Dzięki jej fundacji każdego roku około dziesięć tysięcy młodych ludzi wyrusza do Kenii, zapoznając się z miejscową flora i fauną oraz ucząc ekologii. Wielokrotnie występowała na forum międzynarodowym, na rzecz ochrony dzikiej przyrody we wschodniej Afryce. Napisała głośną autobiografię, w dużej mierze poświęconą jej związkowi z Holdenem. Powers zdobyła popularność na międzynarodową skalę. Wyrazem tego były m.in. takie nagrody jak brytyjska "TV Times Award", "People Choises Award", niemiecka "Bambi" i "Złoty Medal" Amerykańskiego Instytutu Kultury Polskiej w Miami. Utrzymywała bliskie związki z Polonią. W 1995 r. była Honorowym Wielkim Marszałkiem Parady Piłsudskiego w Nowym Jorku.

Joanna Pacuła

Polska aktorka filmowa i teatralna Joanna Pacuła urodziła się w 1957 r. w Tomaszowie Lubelskim. W latach 1979-1981 występowała na scenie Teatru Dramatycznego. W 1976 r. zagrała rolę studentki w filmie "Barwy ochronne" Zanussiego. W latach 1977 i w 1980 grała w filmach Jana Łomnickiego. Od 1982 r przebywa w USA. Tam już w 1993 r. otrzymała nominację do prestiżowej nagrody Złotego Globu za rolę w głośnym filmie kryminalnym "Park Gorkiego" ("Gorky Park"). Jej popularność została umocniona uhonorowaniem Złotym Globem w 1987 r. za rolę Żydówki Luki w "Ucieczce z Sobiboru" (niestety był to film antypolski, wyraźnie deformujący historię z czasu drugiej wojny światowej). Nominowano ją również do nagrody Saturna za rolę w filmie "Pocałunek" ("The Kiss", 1988). Głośna była również jej rola w filmie "Wybraniec śmierci " (1990). Z powodu sprzeciwu ówczesnego męża wobec rozbieranych ról odrzuciła kreację w tak głośnych później filmach jak "Nagi instynkt" i "9 i pół tygodnia". Ogółem grała w ponad 60 filmach i w licznych serialach telewizyjnych. Nie spełniła jednak wielkich oczekiwań wiązanych z jej talentem w związku z bardzo dobrą rolą w pierwszym jej głośniejszym filmem "Park Gorkiego". Ogromna część jej ról była grana w filmach klasy B, zarówno amerykańskich, jak i włoskich, francuskich, izraelskich, fińskich i nowozelandzkich.

Beata Poźniak

Znaczne sukcesy odnotowała w swej karierze amerykańskiej urodzona w Gdańsku w 1960 r. aktorka Beata Poźniak. Występowała najpierw w Teatrze Wybrzeże, a później w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Zadebiutowała w nim w sztuce Alana Ayckbourna pt. "Jak się kochają", partnerując Wiesławowi Michnikowskiemu, Czesławowi Wołłejce i Zofii Kucównie. W musicalu Agnieszki Osieckiej "Niech no tylko zakwitną jabłonie" zagrała Cnotliwą Zuzannę, matkę i jednocześnie jej córkę – Kasię Traktorzystkę. W telewizji wystąpiła m.in. w musicalu "Rozrywka po staropolsku", gdzie w programie w reżyserii Wojciecha Pokory, zagrała słodką zakochaną panienkę. Śpiewała poezje Gałczyńskiego z Michałem Bajorem do muzyki Marka Grechuty i Władysława Szpilmana w programie reżyserowanym przez Barbarę Borys-DamięckąDeszcz. Jeszcze w 1985 r. zagrała w spektaklu telewizyjnym "Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna" jako Andzia, u boku Janusza Gajosa i Stanisławy Celińskiej. W r. 1985 wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Tam wsławiła się jako postać bardzo wielostronna. Zdobyła uznanie zarówno jako aktorka jak i reżyser filmowy i teatralny, producentka filmowa, malarka i rzeźbiarka oraz autorka powieści mówionej. W Stanach szczególnie wyróżniła się w filmie "JFK" (1991 r.) Oliviera Stone'a jako Marina Oswald - żona domniemanego zabójcy prezydenta Kennedyego - Lee Harvey Oswalda. Film ten został nominowany do Oskara. Rola Poźniak była jej rolą życia; przygotowywała się do niej bardzo starannie. Warto przypomnieć to, co stwierdzano w wiele lat po powstaniu filmu "JFK" w związku z przypomnieniem go w 2013 roku z okazji rocznicy zabójstwa Kennedyego. Amerykańska krytyk Maureen Mc Calue pisała z prawdziwym zachwytem o zagranej przez B. Poźniak roli Mariny Oswald, akcentując, że choć Marinę Oswald odtwarzało szereg innych znakomitych aktorek, to Beata Poźniak w "JFK" przyniosła rzadki autentyzm w swym portrecie Mariny, autentyczność wyjątkową nawet wśród innych słynnych aktorek, odtwarzających jej postać".

Grała razem w około 20 filmach amerykańskich, nieraz wyróżniając się rolami skomplikowanymi i kontrowersyjnymi. M.in. występowała w roli młodej rewolucjonistki, pragnącej obalić rząd w „Kronikach młodego Indiana Jones" („Young Indiana Jones") filmie George Lucasa. Od 1998 r. do 2013 r. reżyserowała pięć filmów. Była również ich producentką. Zagrała również w 13 amerykańskich serialach telewizyjnych,. Grała m.in. w popularnym serialu JAG Wojskowe Biuro Śledcze rolę podwójnej agentki CIA i Mossadu. Wytwórnia Warner Bros promowała ją do Nagrody Emmy za rolę pierwszej kobiety - prezydenta świata w serialu "Babilon 5". Bardzo udana była również jej gra w roli emigrantki z Europy Wschodniej w serialu "Melrose Place". Od 1989 r. do 1996 r. była reżyserką siedmiu przedstawień teatralnych w Los Angeles. Była również autorką książki mówionej - powieści o carycy Katarzynie II. W ostatnich latach wystąpiła w paru polskich serialach telewizyjnych. W latach 2005-2007: wystąpiła w serialu "Złotopolscy" jako Helena Ziomek, przyjaciółka Agaty. W 2010 r. zagrała w serialu "Ojciec Mateusz", jako Ewa Pol, gwiazda z Hollywood. Malarstwo Poźniak, pełne symbolicznych i surrealistycznych treści, było wystawiane w licznych renomowanych galeriach amerykańskich. Amerykańska autorka Emily Bursch w zamieszczonym w Santa Monica tekście z zachwytem pisała o Beacie Poźniak jako o „współczesnym typie osoby czasów renesansu" ("Modern Day Renaissance person"). Nazwała ją tak ze względu na uzdolnienia okazane w tak wielu dziedzinach. B. Poźniak była prekursorką ustawy wprowadzającej uznanie w Stanach Zjednoczonych Dnia Kobiet jako oficjalnego święta.

Loretta Swit

Niewiele osób w Polsce, entuzjazmujących się słynnym amerykańskim serialem filmowym M.A.S.H., wie, że jego główna postać kobieca - major Margaret "Gorące Wargi" Houlihan jest aktorką polskiego pochodzenia. Grająca tę rolę Loretta Swit urodziła się w rodzinie emigrantów z Polski: l. i N. Szwedów. Swit należy do najwybitniejszych i najpopularniejszych zarazem amerykańskich aktorek telewizyjnych. Szczególnie wielką sławę zawdzięcza wspomnianej roli major Margaret, wdającej się w ciągłe spory z kapitanem "Sokole Oko" Piercem. Występowała w tym serialu przez 11 sezonów, od 1972 r. do 1983 r., pojawiając się tam w ogromnej części z 253 epizodów (poza 11). Jej rolę w serialu "M.A.S.H." dwukrotnie (w 1980 r. i w 1982 r.) uhonorowano Nagrodami Emmy za najlepszą telewizyjną kreację artystyczną. Występowała z powodzeniem również w dziesiątkach innych programów telewizyjnych. Grała również w około 10 filmach fabularnych, m.in. w: "Szaleni detektywi" ("Freeble and the Bean", 1974), "Leśny wojownik" ("Forest Warrior", 1974), "Wyścig z Diabłem" ("Race with Devil" 1975). Niejednokrotnie występowała z sukcesem na scenach. W 1991 r. została uhonorowana Nagrodą Sarah Siddons Award za tytułową rolę w sztuce granej w Chicago.

Christine Baranski

Do najwybitniejszych aktorek polskiego pochodzenia w USA należy Christine Baranski urodzona w 1952 r. jako córka redaktora polskiej gazety Lucjana Barańskiego i Virginii Mazurowskiej. Karierę aktorską rozpoczęła w 1974 r., a w 1980 r. debiutowała na scenie Broadwayu. Dwukrotnie została uhonorowana prestiżową nagrodą Tony Award za najlepszą rolę teatralną: w sztuce "Rzecz realna" ("Real Thing",1984) i w sztuce "Plotki" ("Rumors", 1989). Występowała w 38 filmach i serialach telewizyjnych. Największym jej sukcesem okazał się telewizyjny serial komediowy "Cybill", grany od 1995 do 1998 r. Za ten serial została w 1996 r. nagrodzona "telewizyjnym Oscarem" - tj. Nagrodą Emmy za najlepszą rolę telewizyjną. Za ten serial była również dwukrotnie nominowana do Nagrody Złotego Globu". Grała w 34 filmach, m. in. w: "Orłach Temidy" ("Legal Eagles" 1986), "Klatce dla ptaków", ("Birdcage" 1996), "Szkole uwodzenia" ("Cruel Intentions",1999), "Grinch. Świąt nie będzie ("How the Grinch Stole Christmas", 2000), "Chicago" (2002), "Mamma Mia" (2008). Dwukrotnie partycypowała w nagrodach dla "Najlepszego zespołu filmowego": w 1997 r. za "Klatkę dla ptaków" i w 2003 r. za "Chicago". C. Baransky jest oceniana jako jedna z najbardziej uhonorowanych wyróżnieniami aktorek przemysłu rozrywkowego. Za swoje role aktorskie była wielokrotnie nominowana do nagród i nagradzana. Tylko w okresie od 1996 do 2014 r. była aż 11 razy nominowana do Nagrody Emmy za jej role telewizyjne. W 1996 r. została nagrodzona Nagrodą Amerykańskiej Komedii (American Comedy Award). Dwukrotnie zdobyła Drama Desk Award: w 1984 r. i w 1992 r. Trzykrotnie zdobyła Screen Actors Guild Award: w 1995 , 1996 i w 2002 r. W 2001 została nagrodzona nagroda krytyków (Critics Choice Award).

Jane Krakowski

Wielostronnymi talentami zabłysnęła w filmie, na małym ekranie, w teatrze oraz w piosence inna aktorka polskiego pochodzenia Jane Krakowski. Krakowski urodziła się w 1968 r. w pochodzącej z Krakowa rodzinie polskich emigrantów jako córka Edwarda i Barbary Krajkowskich. Głośne były jej sukcesy w telewizji, a szczególnie rola grana przez pięć sezonów, od 1997 do 2002 r. w bardzo popularnym serialu „Ally Mc Beal”. Zyskała za nią nominację do nagrody Golden Globe Award. Za inne występy w telewizji była parokrotnie nominowana do paru Nagród Emmy (Emma Awards) za najlepsze kreacje telewizyjne. Grała z powodzeniem w licznych filmach, m.in. w: "Fatalne zauroczenie" ("Fatal Attraction", 1997), "Zatańcz ze mną". ("Dance with Me", 1998), "Go" (1999), "Flintstonowie: Niech żyje Rock Vegas!" ("The Flintstones in Viva Rock Vegas", 2000), "Zachary Beaver przyjeżdża do miasta" ("When Zachary Beaver come to Town", 2003), "Kochaj i mścij się" ("Pretty Persuasion", 2005), "Amerykańska dziewczyna" ("An American Girl", 2008). Z wielkimi sukcesami występowała na scenie Broadwayu. Za rolę w musicalu "Grand Hotel" w 1989 r. była nominowana do corocznej nagrody za występy na scenie - Tony Award. W 2003 r. zdobyła wreszcie tę nagrodę za rolę w musicalu "Nine". W 2006 r. zdobyła Laurence Olivier Award (nagrodę L. Oliviera), przyznawaną przez Society of London Theater za najlepszą rolę w musicalu. Występowała również jako piosenkarka, nagrywając około 10 płyt.

Pomimo ogromnej presji w show biznesie na amerykanizację jej nazwiska J. Krakowski zachowała oryginale polskie nazwisko z maleńką zmianą (Krakowski zamiast Krajkowski). Jak wspominała w jej domu rozmawiano głównie po angielsku, ale kłócono się po polsku, aby dzieci nie rozumiały sporów. Zaznaczała, że w jej domu rodzinnym w czasie świąt podaje się tradycyjne polskie potrawy. Trochę mówi po polsku i chętnie podróżuje do kraju swych przodków - Polskę odwiedzała już kilka razy.

Jane Kaczmarek

Urodzona w 1955 r. Jane Kaczmarek należy do najbardziej utalentowanych aktorek polskiego pochodzenia. Urodziła się w rodzinie polskich emigrantów jako córka Edwarda i Eweliny Kaczmarków. Jej dziadek Jerzy Gregorczyk był wpływową postacią polonijną. Jest aktorką filmową, telewizyjną i teatralną. Ze szczególnym upodobaniem występowała w telewizji, grając w ponad 40 rolach telewizyjnych. Jej największym sukcesem była rola Lois w telewizyjnym serialu komediowym "Zwariowany świat Malcolma" (Malcolm in the Middle", 2000-2006). Otrzymała za swą rolę trzy nominacje do prestiżowych nagród Złotego Globu i i siedem nominacji do prestiżowej Nagrody Emmy. W 2001 r. otrzymała nagrody Amerykańskiej Komedii i Telewizji Familijnej dla najlepszej aktorki komediowej. Grała również w sztukach teatralnych. Jej dużym sukcesem była sztuka "Przemyt dzieci" ("Kindertransport" 1996). Wraz z mężem prowadzi fundację pomocy dzieciom. W domu pielęgnuje wszystkie polskie tradycje świąteczne. Ambasada Polska w Waszyngtonie uhonorowała ją w 2009 r. tytułem "Amicus Poloniae".

Dagmara Domińczyk

Do najciekawszych postaci wśród amerykańskich aktorek pochodzenia polskiego należy Dagmara Domińczyk (ur. w 1976 r. w Kielcach). Jest córką Mirosława Domińczyka, działacza opozycyjnego w PRL, uczestnika strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku i pierwszego przewodniczącego Międzyzakładowej Komisji Związkowej NSZZ Solidarność Regionu Świętokrzyskiego. Prześladowania "Solidarności" w dobie Jaruzelskiego zadecydowały o jej amerykańskiej eskapadzie. W 1983 roku wraz z rodziną wyjechała do USA, gdzie zamieszkała w Nowym Jorku. Uczyła się w Fiorello H. La Guardia High School of Music & Art and Performing Arts . Tam zdobyła stypendium La Guardii dla najlepszego absolwenta i wstąpiła na Carnegie Mellon University w Pensylwanii, gdzie skończyła studia autorskie. Od 1999 r. rozpoczęła się jej błyskotliwa kariera w Hollywood, gdzie występowała w ponad 20 filmach. Były wśród nich m.in. takie filmy jak "Prawo i bezprawie" ("Law & Order", 1999), "Gwiazda rocka" ("Rock Star", 2001), "Hrabia Monte Christo" ("The Count of Monte Cristo", 2002), "Samotne serca" ("Lonely Heart" 2006), "Imigrant" (Immigrant, 2013). Film "Hrabia Monte Christo", w którym grała rolę ukochanej hrabiego - Mercedes, stał się hollywoodzkim przebojem, zapewniając Domińczyk szczególnie dużą popularność. W 2013 r. po raz pierwszy zagrała w polskim filmie (jako agentka CIA) w filmie "Jack Strong" - sfilmowanej biografii płk .R. Kuklińskiego. W 2013 roku opublikowała wspomnieniową książkę o młodości w Polsce "The Lullaby of Polish Girls" ("Kołysanka polskich dziewcząt").

Izabella Miko

Polska aktorka i foto modelka w USA Izabella Miko jest córką aktorskiej pary Aleksandra Mikołajczaka i Grażyny Dyląg. Debiutowała w kinie jako dziecko w filmie "Pan Kleks w kosmosie". W wieku 14 lat wyjechała do Ameryki, żeby uczyć się tańca w nowojorskiej szkole American Ballet Association. Później została aktorką i modelką. Po 2000 r. grała w 22 amerykańskich filmach fabularnych i kilku serialach. W wieku 33 lat przeżyła wielką tragedię z powodu śmierci jej amerykańskiego ukochanego, który przedawkował kokainę.

Leelee Sobieski

Leelee Sobieski jest aktorką filmową i telewizyjną, która urodziła się w 1983 r. w rodzinie polsko-włoskiej. Jej ojciec - Polak był malarzem. Niejednokrotnie twierdziła, że jej przodkiem był król Jan III Sobieski. Nie ma na to dowodów. Sama Leelee Sobieski ma niewiele wiedzy o Polsce. Głosiła np., że jej "przodek" Jan III Sobieski był ostatnim królem Polski. Występowała w ponad 30 filmach fabularnych i telewizyjnych. Jej szczególnie dużym osiągnięciem artystycznym była rola w filmie telewizyjnym "Joan d' Arc" (1999), za którą była nominowana do Nagród Emmy i Złotego Globu. W 2001 r. uzyskała kolejną nominację do Nagrody Złotego Globu za film "Powstanie" ("Uprising").

Mia Wasikowska

Urodzona w 1989 r. w Canberze Mia Wasikowska jest w połowie pochodzenia polskiego - jej matką jest fotograf Marzena Wasikowska, która wyjechała z Polski do Australii. Sama Mia Wasikowska, od szeregu lat grająca w filmach amerykańskich niejednokrotnie akcentowała, że jest Polką z Australii i szczególnie uwielbia filmy K. Kieślowskiego. Od czasu do czasu odwiedza Polskę. Od 2004 r. zagrała już w 22 filmach fabularnych (najpierw w Australii, a później w USA) i w dwóch serialach telewizyjnych. Początki popularności przyniósł jej serial telewizyjny "In Treatment" (2008 r.). Wśród filmów fabularnych jej największym sukcesem okazała się główna rola w "Alicji w krainie czarów" (2010), filmie, który okazał się bardzo kasowy. Była nominowana do narody "Spirit Awards" za rolę w filmie "Wieczorne słońce" (2009). W 2010 r. otrzymała nagrodę dla aktorki roku w Hollywood Breakthrough Award. Cieszy się coraz większym uznaniem krytyki filmowej i od 2010 r. była nominowana do kilkunastu różnych nagród za jej role filmowe.

Chloë Stevens Sevigny

Urodzona w 1974 r. aktorka Chloë Stevens Sevigny jest pochodzenia francusko-polskiego: jej matką była Janina Malinowski. Grała w ok. 40 filmach, oraz w 12 filmach lub serialach telewizyjnych. Nagrała również 9 muzycznych video. Szczególnie głośny był jej film "Nie czas na łzy" ("Boys don't Cry", 1999). Dostała za ten film nominację do Złotego Globu i Academy Award oraz zyskała nagrody: niezależną Spirit Award, Satelita Award i Sierra Award. Niektóre jej role filmowe wywoływały duże kontrowersje. Jej ekshibicjonistyczna rola w filmie "The Brown Bunny" miała posmak skandalu. Od 2006 r. do 2011 r. grała główną rolę w telewizyjnym serialu "Trzy na jednego" ("Big Love"), uzyskując za nią nagrodę Złotego Globu. Jest również uznaną projektantką mody. Stworzyła pierwszą linię dla amerykańskiej marki "Opening Ceremony". W 2000 r. zyskała nagrodę Vogue Fashion za najlepszy styl celebrytki. W 2001 r. została nazwana "ikoną mody" w "Vogue Magazine". Z powodzeniem występowała również jako modelka.

Nina Siemaszko

Urodzona w 1970 r. Nina Siemiaszko (Antonina Jadwiga Siemaszko) jest aktorką filmową i telewizyjną pochodzenia polsko-angielskiego. Jej ojciec Konstanty Siemaszko był żołnierzem Polski Podziemnej i przeżył obóz koncentracyjny w Sachsenhausen. Występowała w blisko 20 filmach i w 17 telewizyjnych filmach i serialach. Do głośniejszych jej filmów należały: "Prezydent - miłość w Białym Domu" ("The American President", 1995), "Pokerowa zagrywka" ("Suicide King", 1997) i "Artysta" (2011). W telewizji szczególnie popularną była jej rola w dramacie "Prezydencki poker" ("West Wing" 2001, 2003, 2004, 2005, 2006). Dużą popularność zyskała również jej telewizyjna rola w "Tajemniczej kobiecie" ("Mystery Woman", 2005-2007).

Tea Leoni

Urodzona w 1966 r. aktorka filmowa i telewizyjna Tea Leoni jest pochodzenia włosko-polskiego. Jej babcia ze strony ojca, Helenka Adamowska, była aktorką kina niemego oraz założycielką i długoletnią prezes amerykańskiego oddziału UNICEF. Jest spokrewniona z Ignacym Paderewskim. Występowała w blisko 20 filmach oraz w siedmiu serialach lub filmach telewizyjnych. W latach 1998 i 2000 nominowana do Nagrody Blackbuster, a w 2000 r. do Nagrody Saturna.

Kristen Anne Bell

Urodzona w 1980 r. aktorka filmowa, telewizyjna i teatralna Kristen Anne Bell jest pochodzenia polsko-szkockiego. Występowała w ponad 30 filmach, ok. 20 filmach i serialach telewizyjnych oraz 5 sztukach teatralnych. Znana jest z działalności charytatywnej, zwłaszcza ze zbiórek pieniędzy na opiekę nad zwierzętami.

Maria Bello

Urodzona w 1967 r. Maria Bello jest aktorką włosko-polskiego pochodzenia. Grała w ponad 40 filmach fabularnych i telewizyjnych. Szczególnie głośna był jej rola w filmie "Historia przemocy" ("A History of Violence", 2005). Była za nią nominowana do nagrody Golden Globe i Satelite Award oraz kilku nagród krytyków. Za rolę w filmie "Trzy siostry" ("Sisters", 2006) zyskała dwie nagrody: Dixie Film Festiwal Prize i River Run International Film Festival. Głośna była również jej rola w filmie "Cooler" ("The Cooler", 2007), za którą była nominowana do nagrody Golden Globe i Satelite Award oraz kilku nagród krytyków.

Linda Kozlowski

Aktorka filmowa i teatralna Linda Kozlowski urodziła się w 1958 r. w rodzinie polskich emigrantów w USA: Stanleya M. Kozłowskiego i Heleny E. (z domu Parniawskiej). Karierę aktorską rozpoczęła od gry w sztukach na Brodwayu, m.in. "Śmierci komiwojażera" ("Death of a Salesman", 1985). Później skupiła się na filmie, grając w 12 rolach filmowych. Najwięcej rozgłosu zapewniła jej główna rola żeńska w przygodowej komedii o Krokodylu Dundee, która stała się kasowym hitem w 1986 r. W 1987 r. uzyskała za tę rolę nominację do nagrody Złotego Globu. W 1988 r. grała w kolejnej części tego filmu Z innych filmów warto odnotować rolę L. Kozlowski w filmie "Wioska przeklętych" ("Village of the Damned", 1995). Nie powiodła się kolejna próba ekranizacji "Krokodyla Dundee" w 2001 r. Stopniowo L. Kozlowski wycofała się ze sztuki filmowej, niezadowolona z ról, które jej proponowano.

Katarzyna Wolejnio

Urodzona w 1973 r. w Nysie Katarzyna Wolejnio jest polską aktorką filmową i teatralną od wielu lat pracującą w USA. Po ukończeniu studiów biznesu i zarządzania w Polsce przeniosła się do Francji, a stamtąd do Stanów Zjednoczonych. Tam podjęła naukę w renomowanych szkołach aktorskich. Od 2003 r. zagrała w USA w aż 19 rolach filmowych. Grała m.in. w filmach z Robertem Niro, Al Pacino i Sharon Stone. Od 2008 roku należy do grupy teatralnej Actorhood Theatre Company.

Paulina Olszynski

Paulina Olszynski urodziła się w 1991 r. w rodzinie polskich emigrantów. Mimo młodego wieku w okresie od 2006 r. grała już w 12 filmach. Najwięcej rozgłosu zyskał jej film "Zbaw mnie ode Złego " ("My Soul to Take", 2010). Świetnie mówi po polsku. W jednym z wywiadów powiedziała: "Mimo, że urodziłam się w USA, jestem dumna ze swych polskich korzeni".

Przytoczone powyżej historie amerykańskich karier dziewiętnastu aktorek są jakże wymownym dowodem tego jak mało wiemy w Polsce o utalentowanych osobach pochodzenia polskiego zagranicą, nawet w tak popularnych dziedzinach jak film, telewizja czy teatr. Na dodatek rzadko widać zainteresowanie polskich władz kulturalnych, aby na różne sposoby wzmocnić związki tak utalentowanych aktorek z krajem ich pochodzenia - Polską. A przecież omawiane przeze mnie aktorki na ogół wyróżniały się nie tylko urodą jak W. Rosati czy J. Krupa, lecz podbijały widownię również swą upartą troską o podnoszenie zdolności artystycznych i częstokroć zdobywały za to renomowane nagrody. Omawiałem tu aktorki znane z długoletnich efektów działalności artystycznej. Pominąłem postacie bardziej efemeryczne i budzące duże wątpliwości co do dokonań artystycznych. Takie jak Pia Zadora, o polsko-włoskim pochodzeniu, kilkakrotnie "wyróżniana" przez krytyków antynagrodami Złotej Maliny.

Niektórzy autorzy tekstów w internecie podają wśród aktorek polskiego pochodzenia w USA także takie wybitne aktorki jak Scarlet Johanson, Lauren Bacall, Gwyneth Paltrow, Natalia Portman, Jane Seymour, Tori Spelling. Twierdzenia te nie są ścisłe, gdyż żadna z tych aktorek nie miała polskich przodków. Pochodziły z rodzin żydowskich, które w tym, czy innym okresie, wyemigrowały z Polski i nie miały żadnych powiązań rodzinnych z Polakami, ani związków z polską kulturą. Dodajmy, że i bez tego typu nieuzasadnionych dopisywań do polskości bilans dokonań artystycznych aktorek polskiego pochodzenia w USA jest bardzo duży (tekst jest fragmentem z przygotowywanego do druku czwartego, bardzo rozszerzonego, wydania książki: „Co Polska dała światu”).

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/04/jak-dziewietnascie-aktorek-polskiego.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Wybitni naukowcy i publicyści krytykują szkodliwe działania UE wobec Polski, podczas gdy milczą trzej PiS-owscy szefowie resortów gospodarczych

Kontynuuję rozpoczęty w poprzednim tekście przegląd krytycznych ocen wybitnych polskich postaci polskiego życia publicznego na temat efektów gospodarczych działań UE wobec Polski. Jest to swego rodzaju przełom, że po latach bezkrytycznego wysławiania polityki UE wobec Polski tak liczne znaczące osoby odważyły się na powiedzenie przemilczanej prawdy o tym jak Unia nas kiwa dosłownie na każdym kroku. Dlatego myślę, że jest sens skupienia tych wszystkich ocen w jednym dłuższym materiale. Pokazując te jakże odważne opinie krytyczne uczonych, europosłów i posłów oraz znanych publicystów tym mocniej ubolewam, iż opinie te nie są otwarcie podejmowane również przez czołowych rządzących polityków gospodarczych z PiS-u. Myślę tu przede wszystkim o trzech ministrach resortów gospodarczych w rządzie Beaty Szydło: wicepremierze i ministrze rozwoju Mateuszu Morawieckim, ministrze finansów Pawle Szałamasze i ministrze skarbu Dawidzie Jackiewiczu, którzy milczą jak grób o eksploatowaniu i wręcz obrabowywaniu Polski przez unijne praktyki. Uważam to zaniechanie za wręcz szkodliwie, bo tracimy w ten sposób szanse najskuteczniejszego przeciwstawienia się obecnej agresywnej kampanii Unii wobec Polski. Kampanii, która troską o rzekomo zagrożoną demokrację w Polsce chce przykryć jej prawdziwie intencje – utrzymania niebotycznych nieuczciwych zysków wyciąganych z Polski naszym kosztem. Jak to wreszcie powiedziała otwarcie premier B. Szydło w kontekście finansowych źródeł nacisków UE na Polskę: „Dlaczego Unia miałaby zastanawiać się nad demokracją w Polsce(…) Jeżeli zastanawiam się teraz, dlaczego UE tak bardzo zajmuje się Polską, to mam dwie odpowiedzi. Po pierwsze, rzeczywiście chodzi o pieniądze. Ja wiem, że to brzmi fatalnie, ale nazywajmy rzeczy po imieniu (podkr. - JRN). Po drugie, politycy tej tzw. starej Unii Europejskiej, powtórzę to, lubią pouczać. Jest poczucie wyższości tych państw nad tymi nowymi” (cyt. za: Dziennik.pl z 15 kwietnia 2016).

1) Prawda o rzekomej hojnej pomocy Unii Europejskiej dla Polski

Prawnik Tomasz Cukiernik o rozmiarach „ogrywania” nas przez Unię

W 2015 r. nakładem wrocławskiego wydawnictwa „Wektory” została opublikowana niezwykle ciekawa i szokująca, ale do dziś wyraźnie przemilczana w mediach głównego nurtu książka Tomasza Cukiernika: „Dziesięć lat w Unii. Bilans członkostwa”. Autor obnażył całą gorzką prawdę o rzekomej hojnej pomocy UE dla Polski, pokazując to w szerszym kontekście międzynarodowym. Szczególnie wymowny był rozdział jego książki o unijnych dotacjach dla Polski (ss.79-239). Dość przytoczyć tytuły niektórych podrozdziałków z tego rozdziału: „Dziesięć powodów, dla których należy zrezygnować z unijnych dotacji”, "Rzeczywiste koszty unijnych dotacji”, „Unijne dotacje zabijają polską innowacyjność”, „Zabijanie konkurencji”, „Dotacje przekrętem stoją”, „Dotacje zadłużają na lata”, „Śladem unijnego marnotrawstwa". Podsumowując swoje dobrze udokumentowana rozważania, T. Cukiernik stwierdził, że w ciągu dziesięciu lat od maja 2004 do kwietnia 2014 roku koszt uczestnictwa Polski w Unii Europejskiej (770 mld zł) był mniej więcej dwa razy większy niż łączna wartość otrzymanych z Brukseli dotacji (385 mld zł).

Dodajmy do tych uwag T. Cukiernika ogłoszone 28 grudnia 2015 dane, iż: ”Według raportu Global Financial Integrity, Polska jest w dwudziestce krajów najbardziej poszkodowanych przez zagraniczne korporacje. Znalazła się tam jako jedyny kraj z Unii Europejskiej (podkr. - JRN) a szacowane z tego tytułu straty sięgają stu miliardów złotych rocznie”. (por. http://www.gk24.pl/polska-i-swiat/art/9237507,polska-wsrod-krajow-najbardziej-wyzyskiwanych-przez-korporacje-tracimy-rocznie-ok-100-mld-zl,id,t.html).

Janusz Szewczak: Mija czas, kiedy nasi politycy chodzili do Brukseli na kolanach

Wśród postaci życia publicznego, które najmocniej alarmowały od lat co do niekorzystnego dla Polski bilansu naszych stosunków z UE jest czołowy ekonomista SKOK-ów, a od października 2015 r. poseł na Sejm RP Janusz Szewczak. Oto kilka jakże wymownych fragmentów jego wypowiedzi na temat stosunków z UE. 7 stycznia 2016 r. J. Szewczak stwierdził: „Tylko my dotychczas mieliśmy polityków, którzy do Brukseli chodzili na kolanach. Mam nadzieję, że po wyborach będziemy twardo negocjować nasze najważniejsze potrzeby. Każdy ma prawo walczyć o własne interesy. Jeśli tego nie robi – to mamy tak, że u nas dopuszczono do zniszczenia całych sektorów polskiej gospodarki. Nie można pozwolić, aby górnictwo było kolejnym takim sektorem” (por. biznesalert.pl/szewczak-polska-nie-bedzie-chodzic-do-brukseli-na-kolan...07.01.2016). Z kolei w wywiadzie udzielonym Leszkowi Sosnowskiemu na łamach miesięcznika WPiS ze stycznia 2016, pt. "Polskie władze są szantażowane przez lobby lichwiarsko-bankowe" J. Szewczak powiedział :”Ten straszny lament bankowych lobbystów, do których niestety trzeba również zaliczyć media publiczne, jaki się teraz podniósł, tak naprawdę ma na celu zakamuflowanie bogacenia się zagranicznych banków komercyjnych kosztem polskiego społeczeństwa i polskiego państwa. Boją się, że PiS to ukróci i powie społeczeństwu prawdę.” Czy powie?

Janusz Szewczak o "kosztownych unijnych dotacjach"

Janusz Szewczak stanowczo podważył skrajne wyolbrzymianie znaczenia dotacji unijnych dla Polski, pisząc w marcu 2016 r. m.in.: „Według wszelkich wyliczeń, rok 2016 będzie pierwszym, kiedy do unijnej kasy wpłacimy więcej, niż z niej dostaniemy. Ale to oficjalnie. Wbrew pozorom we wcześniejszych latach nie było zbyt różowo. Od kiedy jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, a więc od 1 maja 2004 r. bilans naszych zysków i strat nie był nigdy rzetelnie przedstawiany społeczeństwu. Rzucano tylko ogromne sumy pieniędzy, które dobrotliwa Bruksela przelewa na nasze konta. Realnie jednak dostaliśmy dużo mniej niż te 350 mld zł z poprzedniej perspektywy finansowej. Każdej inwestycji towarzyszył wkład własny, dlatego też bardzo mocno się zadłużyliśmy. Przypomnę, że jak Prawo i Sprawiedliwość oddawało władzę w 2007 r., to polski dług publiczny wynosił około 530 mld zł. Dzisiaj, po 8 latach rządów Platformy i PSL, wynosi około 900 mld, i to po zagarnięciu 150 mld zł. A więc naprawdę jesteśmy zadłużeni na ponad bilion złotych! Pieniądze na wkład własny pożyczaliśmy w bankach, które w zdecydowanej większości są w rękach kapitału zagranicznego. Gdyby skrupulatnie podejść do obliczeń, to okazałoby się, że koszty przyznanych nam 350 mld zł są gigantyczne. Nikt nie mówił Polakom prawdy, że z każdego 1 euro dotacji 80 centów wraca do bogatych krajów jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy i Holandia. Pieniądze te, które nam zostały, wydano w sposób głupi, na niedokończone autostrady, ścieżki rowerowe czy nierentowne baseny. Hitem stał się program Kapitał Ludzki, który pochłonął prawie 49 mld zł, a właściwie nic nam nie dał. Bardzo dyskusyjne jest stwierdzenie, że są to pieniądze prorozwojowe, bo w dużej mierze nie można ich wykorzystywać komercyjnie. To jest problem szpitali czy szkół, które nie mogą np. udostępniać swojej infrastruktury komercyjnie. Program przyznawania unijnych dotacji jest tak skonstruowany, żebyśmy nie budowali fabryk, które mogą stanowić konkurencję dla naszych zachodnich sąsiadów (podkr. - JRN) (…) Co bardziej przerażające, większość dużych kontraktów inwestycyjnych przypadła zagranicznym firmom. I tak w wyniku budowy autostrad nie zarabiał polski przedsiębiorca, a głównie niemiecki. Wiele razy media opisywały sytuację polskich podwykonawców, którzy zostawali bez pieniędzy. Unijne dotacje wiążą się przy tym z dużą ilością ograniczeń. Blokują przy tym dofinansowanie państwowe tych branż przemysłu, które są dla nas niezbędne. Tego nie da się odczytywać inaczej niż jako wymuszanie określonej polityki gospodarczej. Przykłady? Pakiet klimatyczny czy pakt fiskalny. Oba dokumenty nałożyły na nas nowe obowiązki i zmusiły do konkretnych wydatków. Od 100 do 200 mld zł będzie nas kosztować realizacja pakietu klimatycznego. Nasz bilans unijny nie jest lukrowany, jak to do tej pory było przedstawiane" (por. „Nasz Dziennik”  z 16 marca 2016).

Na oszustwa unijnych urzędników w związku z dotacjami zwracano uwagę również w innych krajach. Prezydent Czech Vaclav Klaus pisał w tekście: „Narody Europy muszą zrzucić gorset Brukseli”: Często jednak piewcy wspaniałości UE zapominają dodać, że do budżetu tej instytucji wpłacamy wiele miliardów i, żeby je odzyskać w formie dotacji, musimy się jeszcze zadłużyć na kolejne miliardy”. Klaus zwracał uwagę, że w pewnym momencie straty przewyższały zyski (por. www.kresy.pl › Publicystyka › Opinie 10.05.2012).

Prof. Krzysztof Rybiński: „Niszczymy Polskę… rękami naszych własnych urzędników”

Jeden z czołowych ekonomistów polskich, b. wiceprezes Narodowego Banku Polskiego, dr hab. Krzysztof Rybiński w 2013 r. bardzo ostro skrytykował sposób wydawania środków unijnych w Polsce, pisząc m.in.: „Niestety badania prowadzone przez wielu naukowców pokazują, że mechanizmy wydawania środków unijnych, które zbudowaliśmy w Polsce w znacznej części powodują potężne straty dla gospodarki, jeśli chodzi o zdolność do jej rozwoju w dłuższym okresie. Możemy to pokazać np. na jednym z kluczowych obszarów, który decyduje o wzroście gospodarczym, czyli na innowacyjności (…) Jeżeli porównamy początek perspektywy finansowej, czyli rok 2006 z jej końcem, czyli rokiem 2012, to zobaczymy wyraźnie, że w tym czasie innowacyjność w Polsce dramatycznie spadła. W 2006 roku innowacyjnych było 23 procent firm przemysłowych, teraz ten wskaźnik spadł do 17 procent. W globalnym rankingu innowacyjności Światowego Forum Ekonomicznego, w 2007 roku Polska była na 44 miejscu, obecnie spadła na 63 miejsce. Można więc powiedzieć, że w tym kluczowym dla Polski obszarze, czyli w innowacyjności, mijająca perspektywa finansowa doprowadziła do zniszczenia polskiej innowacyjności. Jeżeli taka jest ocena wpływu środków europejskich na innowacyjność w polskiej gospodarce, i te mechanizmy dystrybucji środków się nie zmieniają, to ja się bardzo martwię o to co się stanie z polską gospodarką w kolejnej perspektywie finansowej. Jeżeli w podobny sposób będziemy te środki rozdzielać, jeszcze bardziej zniszczymy polską innowacyjność (…) Jest to zatem wina polskiego aparatu urzędniczego, który zbudował taką machinę biurokratyczną, która niszczy polską innowacyjność naszymi własnymi rękami. Można powiedzieć, że to, czego nie zrobili hitlerowcy czy komuniści w przeszłości, sami robimy sobie rękami naszych własnych urzędników. To jest strasznie groźne. Niszczymy Polskę (…) Budujemy w Polsce kulturę klientelizmu (podkr. - JRN ) a nie rozwijamy naszej własnej innowacyjności (…)

Tworzymy sobie model, w którym w supermarketach w Polsce, które są przecież francuskie, niemieckie czy inne, będziemy kupować nowoczesne materiały budowlane, wymyślone przez niemieckich inżynierów, przez niemieckie firmy, a ponieważ polscy inżynierowie, których mamy dużo i są porządnie wykształceni, tutaj nie będą mieli szans, będą wyjeżdżać do Niemiec pracować w niemieckich firmach, żeby kreować produkty, na których zarabiać będą Niemcy poprzez ich sprzedaż w polskich supermarketach. Taki model jest chory, ale my taki model rozwijamy w Polsce (…)

(…) Idea solidarności i wspólnej Europy jako taka przeżywa poważny kryzys i w związku z tym przyszłość wspólnej Europy stoi pod coraz większym znakiem zapytania (podkr. - JRN) (cyt. za: „Prof. Rybiński: środki unijne zabijają polską gospodarkę", rozmowa M. Nykiel z prof. K. Rybińskim www.stefczyk.info/.../prof-rybinski-srodki-unijne-zabijaja-polska-gospo...09.02.2013).

B. Wildstein o antydemokratyczności UE, która stała się „instrumentem nacisku krajów silniejszych”

Znakomity jak zawsze w swej publicystyce, Bronisław Wildstein bardzo ostro skrytykował unijne praktyki działania sprzyjające wyłącznie gospodarkom krajów silniejszych. Pisał: „Unia z zasady jest projektem antydemokratycznym i żaden makijaż tego nie zmieni (podkr. - JRN). Wszystkie przedsięwzięcia, które mają wzmacniać „europejską demokrację” zamiast ją naprawić, maskują wyłącznie jej brak (…) Kryzys dowiódł, że kapitał ma narodowość, nawet wewnątrz Unii (…) Pokazuje to, jakie niebezpieczeństwo niesie redukcja do roli podwykonawców dominujących ekonomicznie partnerów. Konsekwencją tego jest klasyczny system kolonialnego uzależnienia (podkr. - JRN). W wypadku kryzysu, czy choćby dekoniunktury oszczędności będą dokonywane kosztem podwykonawców w krajach biedniejszych. Generalnie zresztą zyski również zasilają korporacyjne centrale. Okazuje się, że i w tej sprawie UE stała się instrumentem nacisku krajów silniejszych (podkr. - JRN ) (…) Ponieważ (…) posady w Unii są zależne od silniejszych- swoją drogą to wręcz groteskowe, że podobno ważne stanowiska w rodzaju przewodniczącego Rady Europejskiej i jej międzynarodowego reprezentanta są obsadzane poza jakimikolwiek formalnymi zasadami – przedstawiciele krajów słabszych, jeśli chcą robić w UE karierę, muszą przede wszystkim zyskać ich sympatię. To znaczy, że w przeciwieństwie do przedstawicieli państw silniejszych przestają reprezentować swoich współobywateli, a zaczynają się stawać klientami dominujących polityków unijnych. Jeśli próbują się zachowywać inaczej, organizowana jest przeciw nim bezpardonowa nagonka na europejską skalę. Doświadczył tego Viktor Orbán już od momentu pierwszego sukcesu wyborczego, podczas gdy jego postkomunistyczni poprzednicy rujnowali i korumpowali Węgry bez jakichkolwiek sprzeciwów ze strony polityków zachodnich. Podobnie wygląda nagonka na rząd PiS w Polsce (…) Unia miała być panaceum na narodowe napięcia w Europie i ograniczyć przewagę regionalnych potęg, zwłaszcza Niemiec, a okazuje się, że doprowadziła do ich dominacji i podporządkowania państw słabszych silniejszym (podkr. - JRN) (por. B. Wildstein: Konieczność odrodzenia Europy, „w Sieci” 18 maja 2015).

Dr hab. Grzegorz Gosse: „To koniec UE, do jakiej wchodziliśmy”

Ze zdecydowaną krytyką obecnego stanu i polityki Unii Europejskiej występował również europeista, związany z PiS-owskim Instytutem Sobieskiego, dr hab. Grzegorz Gosse. M.in. w wywiadzie z września 2015 r. G. Gosse powiedział: „Mam wrażenie, że Unia jest coraz bardziej przygnieciona przez kolejne kryzysy (bo imigranci to jeden z wielu kryzysów). Pod ich wpływem integracja europejska coraz bardziej trzeszczy w szwach (podkr. - JRN). Unia się zmienia, ale nie w taki sposób, żeby lepiej, skuteczniej i bardziej sprawiedliwie rozwiązywać problemy. Zmienia się w sposób coraz mniej korzystny dla krajów najsłabszych i pogrążonych w kłopotach (…) Jeszcze nie mamy końca Unii Europejskiej, ale możemy mówić o końcu UE, do jakiej wchodziliśmy (…) To, w czym się w tej chwili znajdujemy i w czym się znajduje sama Unia, to już zupełnie inny proces integracyjny. Po pierwsze jest on coraz mniej funkcjonalny, bo Unia niezbyt dobrze radzi sobie z rozwiązywaniem kolejnych kłopotów. Po drugie stanowi on (proces integracyjny - JRN) coraz większe ryzyko dla państw najsłabszych, dlatego, że coraz częściej ci, którzy mają pieniądze i władzę starają się rozwiązywać problemy na cudzy koszt. Przesuwając problemy do państw, które mają mniejsze możliwości ich rozwiązywania i które są mniej zasobne gospodarczo” (podkr. - JRN) (por. rozmowa J. Jałowiczora z dr. hab. G. Gosse dla Frondy.pl 16 września 2015).

Red. K. Grzybowska: „Unią Europejską rządzą tchórze…”

Jeden z najbardziej przenikliwych i demaskatorskich zarazem szkiców o UE opublikowała niedawno red. Krystyna Grzybowska, należąca do najlepszych w Polsce znawców problematyki międzynarodowej, przez lata polska korespondentka w RFN. W publikowanym na łamach „w Sieci” z 29 marca 2016 r. tekście: „Nadchodzi czas Polski i upadku jej wrogów” red. Grzybowska pisała: „(…) Unią Europejską rządzą tchórze i zdrajcy ideałów, które przyświecały naszej kulturze od dwóch tysięcy lat. To ludzie przypadkowi, których na odpowiedzialne stanowiska wyniosły pycha, głupota i żądza władzy, czyli cechy charakterystyczne dla lewactwa, które zawładnęło umysłami większości Europejczyków”. Pisząc o „deficycie demokracji” w UE, red. Grzybowska akcentuje, że liczni eurodeputowani zwracają uwagę na „brak przejrzystości funkcjonowaniu struktur unijnych oraz na ograniczanie kompetencji parlamentów krajowych przez przenoszenie ich uprawnień do UE. Unia Europejska potrzebuje reformy swojej działalności, inaczej się rozpadnie (podkr. - JRN). Społeczeństwa UE coraz boleśniej odczuwają ograniczanie narodowej niezawisłości w dziedzinie przeprowadzania niezbędnych reform i samodzielnego wyboru w stosunkach zarówno handlowych i politycznych”. Red. Grzybowska wskazuje wreszcie na konieczność oderwania się od „układów, które gwarantują bezkarność politycznym nieudacznikom, jakich pełno w instytucjach unijnych i w rządach poszczególnych krajów członkowskich”.

Red. P. Gabryel o dyskryminowaniu mniejszych państw przez najbogatsze państwa UE

Warto przypomnieć tu omawiany już wcześniej na mym blogu świetny artykuł wpływowego publicysty, pierwszego zastępcy naczelnego redaktora tygodnika "Do Rzeczy” Piotra Gabryela: „Anty-Unia Europejska” („Do Rzeczy” z 4 kwietnia 2016). Gabryel pisał wręcz, bez ogródek: „Krótko mówiąc: coraz częściej zyski z istnienia UE są przechwytywane przez najbogatsze państwa UE, natomiast koszty funkcjonowania UE coraz brutalniej dzielone między wszystkich członków Unii (podkr. - JRN). Coraz więcej coraz mniej korzystnych rozwiązań jest w UE biedniejszym państwom po prostu narzucanych: kwoty imigrantów, których muszą przyjąć; niższe środki dla obywateli tych państw (i ich dzieci) pracujących w krajach bogatszych, koszty sprostania przez firmy transportowe z państw biedniejszych takim samym standardom płacowym, jakie obowiązują w krajach, przez które przejeżdżają ich kierowcy (…) krok za krokiem UE przeistacza się w Anty-Unię Europejską”.

Piotr Gabryel akcentował: „Pogłębiający się kryzys sprawia, że dyktując politykę UE kanclerz Niemiec, premier Francji i naczelni biurokraci UE przestali dbać choćby o pozory kolegialności i z coraz większą bezceremonialnością podejmują kluczowe dla UE decyzje nawet bez konsultowania ich z innymi krajami Unii. Coraz jawniej też kpią z interesu mniej liczących się państw UE – dość wspomnieć o wymierzonych w bezpieczeństwo krajów Europy Środkowej, w tym Polski, gazociągach Nord Stream 1 i 2, budowanych – bez skrupułów, ręka w rękę z Rosją – przez Niemców i ich akolitów w UE (…) Czy w obliczu tych smutnych zdarzeń wciąż jest myślozbrodnią postawienie pytania o granicę opłacalności przynależności Polski do tej zastępującej UE, Anty-Unii Europejskiej? (podkr. - JRN) (…)”.

Prof. Jan Zielonka z Oxfordu: „UE jest w stadium Breżniewa”

Niedawno z bardzo krytycznymi ocenami na temat przyszłości Unii Europejskiej wystąpił profesor Jan Zielonka z Oxfordu. Mówiąc o sytuacji UE, prof. Zielonka stwierdził: „(…) Powiedziałbym, że (UE - JRN) jest w stadium Breżniewa, jeśli miałbym się odwoływać do analogii sowieckiej. Był za czasów komunizmu zresztą taki kawał. Jechał Stalin, Chruszczow i Breżniew. Pociąg stanął. Stalin rozkazał: „Rozstrzelać maszynistę”. Rozstrzelali biednego maszynistę, ale pociąg nie ruszył. Chruszczow rozkazał: „Zrehabilitować maszynistę”. Zrehabilitowali go, ale pociąg nie ruszył. Breżniew rozkazał: „Zasłonić okna i ogłosić, że pociąg jedzie dalej”. Dokładnie tak jest. Widać to szczególnie po aroganckim zachowaniu europejskich liderów po wyborach do Parlamentu Europejskiego, przy których frekwencja wyborcza była zatrważająco niska. Zachowują się bowiem tak, jak gdyby nic się nie stało (…) Unia Europejska może przerodzić się w swego rodzaju atrapę. Chociaż nikt formalnie jej nie rozwiąże, to będzie coraz bardziej zmarginalizowana (podkr. - JRN) bez wpływu na to, co się dzieje w Europie (por. wywiad M. Chudolińskiego z prof. J. Zielonką: Koniec Unii Europejskiej? "Nieformalne układy biorą górę. Może stać się atrapą bez wpływów". (por.weekend.gazeta.pl/.../1,152121,18043081).

Ryszard Bugaj apelował o większą powściągliwość w spełnianiu życzeń UE

Ciekawe, że również znany lewicowy ekonomista profesor Ryszard Bugaj apelował 7 listopada 2015 r. do PiS-u: „Chciałbym, abyśmy byli bardziej powściągliwi, jeśli chodzi o życzenia Unii Europejskiej, co oczywiście wymaga ostrożności”. Warto dodać, że prof. Bugaj w przeszłości niejednokrotnie zwracał uwagę na deficyt demokracji w UE przy nasileniu brukselskiej biurokracji (por. m.in. tekst R. Bugaja: „Więcej Unii oznacza mniej demokracji” w „Dzienniku.pl” z 16 maja 2012 i wywiad R. Bugaja: Europa dwóch prędkości może się opłacić, udzielony "Rzeczpospolitej” z 13 października 2014).

M. Marusik: „Unia jest pasożytem”

W lutym tego roku podczas konferencji grupy politycznej Europa Narodów i Wolności prezes KNP i wiceszef Europy Narodów Michał Marusik niezwykle ostro określił aktualną rolę Unii Europejskiej. W swym przemówieniu Marusik powiedział „Unia Europejska jest jak pasożyt. W naturze jest tak, że żaden organizm nie jest zaprojektowany na samobójstwo. Każdy organizm walczy o życie. Do ostatniego tchnienia. Również taki organizm jak Unia Europejska rozrasta się, rozbudowuje i chce żyć. Chce żyć, tak jak chce żyć jemioła na topoli – pasożytuje, nie zdając sobie sprawy z tego, że pasożytuje, i jemioła nie wie, że topola za chwilę padnie i ta jemioła też. Tak jak pchły na psie też chcą żyć, pasożytując na tym psie. Unia również chce żyć, ale to wcale nie znaczy, że my jej na to musimy pozwolić, bo to jest pasożyt” (cyt. za: T. Cukiernik: Unia jest pasożytem, „Najwyższy Czas" 27 lutego 2016).

2) Antynarodowa i antychrześcijańska ideologia dzisiejszej Unii Europejskiej

Na temat szkód wyrządzanych przez obecną lewacką ideologię UE wartościom chrześcijańskich i patriotyzmowi istnieje aż nadto wiele świadectw szokujących swą wymową. Ze względu na długość tego artykułu ograniczę się do jakże ważkich wypowiedzi na ten temat ze strony dwóch czołowych intelektualistów polskich: Bronisława Wildsteina i prof. Ryszarda Legutko.

B. Wildstein: Akceptacja obecnej Unii Europejskiej, to „recepta na upadek cywilizacji europejskiej, jaką znamy”

Szczególnie wnikliwy obraz upadku obecnej Unii Europejskiej znajdujemy w obszernym szkicu Bronisława Wildsteina: Konieczność odrodzenia Europy, („w Sieci” 18 maja 2015). Pisze on wprost, bez ogródek: „Akceptacja w obecnym kształcie UE to recepta na upadek cywilizacji europejskiej, jaką znamy”. Według Wildsteina: „Pod hasłami „wzmocnienia ochrony praw człowieka i swobód obywatelskich”, co zostało zapisane już w Maastricht, konstruuje się nową ideologię, która ma całościowo przekształcić cywilizację europejską. „Wzmocnienie” owych praw faktycznie prowadzi do podważenia ich fundamentu. Kolejne generacje nowych uprawnień tworzą przywileje dla kreowanych bez końca „mniejszości”, które odbierają większości możliwość kształtowania zbiorowego życia zgodnie ze swoimi przekonaniami oraz tradycjami i uderzają w ich podstawowe instytucje. W ten sposób jest podważana spoistość narodu i pogłębiane są drążące go konflikty (…) Pod hasłem „praw reprodukcyjnych” ukrywa się aborcja na życzenie. Prawa dla homoseksualistów oznaczają destrukcję małżeństwa (…) „Wzmacnianie” praw imigrantów i mniejszości etnicznych grozi tożsamości państw. "Neutralność światopoglądowa i religijna" staje się wojującym ateizmem czy raczej antychrześcijaństwem, redukuje prawa chrześcijan i niszczy fundament europejskiej cywilizacji” (podkr. - JRN) (por. B. Wildstein: Konieczność odrodzenia Europy”, „w Sieci” 18 maja 2015).

Prof. R. Legutko: „Ideologia unijna to barbarzyństwo”

Jeden z czołowych współczesnych intelektualistów polskich, europoseł prof. Ryszard Legutko stwierdził w „Do Rzeczy” z 17 lutego 2016: „Z punktu widzenia kultury europejskiej, która trwa od ponad 2,5 tys. lat i która jest wyznaczana przez dziedzictwo chrześcijańskie oraz antyczne, ta dzisiejsza ideologia unijna może być postrzegana jako barbarzyństwo”. Powodami tego są – według Legutki - kiepska i zideologizowana edukacja obecnych eurokratów. Jak akcentował Legutko: „Jedyna epoka, na którą się powołują, to oświecenie, czyli czasy dużego myślowego zdogmatyzowania, gdzie nawet największy głupek uważał się za oświeconego, jeśli tylko krytykował chrześcijaństwo i walczył z dorobkiem przeszłości”. Prof. Legutko stwierdził również, że w odróżnieniu od katolickich polityków - założycieli UE „jej obecni liderzy odwołują się do lewackiej rewolucji seksualnej 1968 roku” (za: http://kontrrewolucja.net/wiadomosci/prof-legutko-ideologia-unijna-barbarzynstw).

Przeważająca część społeczeństwa nie ma pojęcia o powyższych krytycznych publikacjach o UE, bo na ogół ukazywały się one poza głównymi mainstreamowymi mediami. Stąd utrzymujące się u tak wielu Polaków poczucie błogostanu Unii. Czołowi rządzący politycy, w tym szefowie resortów gospodarczych rządu Pani Szydło, na pewno wiedzą o tych publikacjach, lecz dziwnie jakoś nie wyciągają z nich wniosków i nie zabierają głosu na podobne drażliwe, czy niewygodne dla nich tematy. Wyjątkiem są liczne wystąpienia prezesa PiS-u Jarosława Kaczyńskiego o eksploatowaniu Polaków, o czym szerzej napiszę w następnym odcinku.

Dobrze byłoby, żeby czołowi politycy PiS-u, w tym przede wszystkim ministrowie z resortów gospodarczych, poszli śladem premier B. Szydło i zaczęli konkretnie mówić o tym, jak bardzo za naciskami luminarzy Unii Europejskiej na Polskę tkwią „pieniądze”, czyli chęć ratowania tak im miłego procederu ogrywania i eksploatowania Polski. Otwarta mowa na ten temat bardzo pomogłaby w uświadomieniu większości narodu na temat całej prawdy o naszych stosunkach z UE. Obaliłoby to wciąż pokutujący mit o dobrej cioci z Brukseli i krnąbrnych Polakach z PiS-u, tak chętnie rozgrywany dziś przez antynarodową opozycję.

Czas na przeprowadzenie dokładnego rządowego bilansu dziesięciolecia Polski w Unii Europejskiej

Jakie wnioski nasuwają się z przedstawionych powyżej ocen, które wyszły spod piór wybitnych postaci polskiego życia publicznego? Najważniejszym wnioskiem jest chyba to, że istnieje ogromna potrzeba jak najszybszego podjęcia przez rząd PiS-u prac nad przeprowadzeniem gruntownego, nie kłamanego, bilansu dziesięciu lat obecności Polski w UE, pełnego obrazu zysków i strat. Powinno się także sięgnąć wstecz do okresu od 1989 r. do 2004 r., gdy UE całkowicie złamała wobec Polski swoje zobowiązania w sprawie tempa otwierania rynków, prowadząc do asymetrii w stosunkach gospodarczych kosztem Polski. Przypomnijmy choćby to, co akcentował wiceminister rolnictwa Jerzy Plewa – to, iż w latach 1990-1999 eksport polskich produktów rolnych do UE wzrósł tylko o jedną piątą, podczas, gdy eksport UE do Polski zwiększył się o ok. 600% (por. J. R. Nowak: „Polska a Unia Europejska. 44 pytania, Warszawa 2003, s. 11). Na próżno już w 1993 r. ostrzegał nas jeden z najsłynniejszych myślicieli świata profesor Karl Popper, stwierdzając: „W dziedzinie rolnictwa możecie być potentatem w skali kontynentu. Jak na Europę jesteście przecież sporym rynkiem. I wszystko jest w porządku, dopóki jesteście rynkiem zbytu, wtedy was bardzo chwalą. Gorzej jest, gdy chcecie grać rolę rynku wytwórców. W tym wypadku ustawia się przed wami bariery”. Wywiad z prof. C. Popperem ukazał się we "Wprost” z 8 sierpnia 1993 r. pod jakże wymownym tytułem: „Kłopoty z bękartem. Na rozkaz brukselskich biurokratów dusicie się własnymi rękoma”. (podkr. - JRN). Jakże przydałoby się jak najszybsze zwołanie – w odpowiedzi na rezolucję UE atakującą Polskę – nadzwyczajnej sesji Sejmu, poświęconej rzeczowej analizie wielu lat naszej „współpracy” z UE. Obawiam się, że jednak do tego nie dojdzie, bo jak komentował świeżo Max Kolonko w dniu 18 kwietnia 2016 r.: „Nasza polityka zagraniczna jest defensywna, a nie asertywna” (podkr. - JRN). Taka debata wymownie pokazałaby, że stosunki gospodarcze Polski z Unią, to faktycznie gra z szulerem!

PS. Znów uraczyłem czytelników dość długim tekstem. Musiałem jednak to zrobić, by zebrać w jednej całości zbyt dużą ilość opinii o UE, świadomie przemilczanych lub słabo nagłośnionych, w tzw. mainstreamowych mediach.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/04/wybitni-naukowcy-i-publicysci-krytykuja.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Efekty polityki zagranicznej PO można krótko podsumować słowami starej piosenki warszawskiego Studenckiego Teatru Satyryków: „Ja już widziałem takie dno, przy którym wszystkie gwiazdy bledną!” Za rządów PO polityka zagraniczna leżała na wszystkich kierunkach geograficznych. Na pewno nie było sukcesem niewolnicze skundlenie Polski D. Tuska wobec dyktatu niemieckiej kanclerz A. Merkel. Stany Zjednoczone, formalnie nasz główny sojusznik militarny, symbolicznie zaznaczyły swój stosunek do Polski pokazując nam drzwi akurat w dniu 17 września, gdy zerwały ustalenia w sprawie tarczy przeciwrakietowej. Doszły do tego sławetne słowa B. Obamy o „polskich obozach koncentracyjnych” i późniejsza wypowiedź szefa FBI w tym samym stylu, za którą odmówił przeproszenia. Francja już kilka lat temu określiła miejsce Polski słowami prezydenta J. Chiraca: „Polska straciła okazję siedzenia cicho”. Stosunki z Rosją pogorszyły się do niebywałego stopnia i znalazły się w najgorszym stanie od 1989 r. Ukraina, mocno wspierana przez rząd PO, nawet za cenę wyjścia przed szereg w stosunku do innych krajów Europy, bez wahania zgodziła się na wyeliminowanie nas z grona krajów mających wpływ na rozwiązywanie kryzysu ukraińskiego, obok Niemiec, Francji i Rosji. A na dodatek zaczęła intensywnie uprawiać kult ludobójców z UPA. Z kolei kraje Grupy Wyszehradzkiej w ostatniej chwili zostały zdradzone przez premier E. Kopacz przez jej nielojalne posunięcie, zrywające wcześniejsze ustalenia w sprawie imigrantów. PO zupełnie „zapomniała” o Polakach na Wschodzie i blisko 20-milionowej Polonii (m.in. nic nie zrobiła dla przełamania dyskryminacji 2-milionowej mniejszości polskiej w Niemczech i wsparcia jej walki o przyznanie praw mniejszości narodowej). Równolegle do tego przez całe 8 lat rządów PO dalej trwało pogarszanie obrazu Polski w świecie, przy żałosnej bierności i indolencji ambasadorów i ambasad. To pogarszanie obrazu Polski sprzyja nagłaśnianiu bezprawnych roszczeń żydowskich wobec naszego kraju, a w przyszłości może ułatwić rozczłonkowywanie Polski, zwłaszcza działania dla pokojowego zaboru naszych ziem zachodnich i północnych. Można powiedzieć, że nowy rząd PiS-u przejął polską politykę zagraniczną w stanie prawdziwej ruiny. Stanowiło to fatalną pozycję wyjściową dla polityki zagranicznej rządu PiS-u.

Jest również parę innych czynników nie ułatwiających rządowi PiS-u wyprowadzanie Polski z międzynarodowej izolacji, w jaką zepchnęły ją rządy PO. Pierwszym z nich jest słabość frakcji, do której wchodzi PiS w Parlamencie Europejskim, w odróżnieniu od tamtejszej pozycji PO. Przypomnijmy, że PO należy do najsilniejszej frakcji w parlamencie Europejskim - Grupy Europejskiej Partii Ludowej (Chrześcijańskich Demokratów), liczącej 271 członków. Do tej frakcji należą też przedstawiciele partii V. Orbána - Fidesz. PiS należy natomiast do jednej z najsłabszych frakcji w PE, piątej pod względem liczebności (52 członków) – Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Na dodatek samo PiS przez lata nie zadbało o pozyskanie sobie liczących się przyjaciół na arenie międzynarodowej. I jest to drastyczna różnica w zachowaniu PiS-u w odróżnieniu od działań Fideszu Orbána. Viktor Orbán, walcząc o władzę na Węgrzech od 2002 roku, a potem rządząc, cierpliwie zabiegał o zyskanie sojuszników za granicą. Warto tu wspomnieć kilka nieznanych w Polsce faktów. B. kanclerz Niemiec Helmut Kohl akurat w czasie jednej z większych nagonek na Węgry wywiadzie dla „Sterna” z 5 listopada 2014 r. nazwał premiera Orbána „wielkim Europejczykiem, który po europejsku myśli i działa". Wielkim Europejczykiem nazwał Orbana również przewodniczący frakcji EPP (Europejskiej Partii Ludowej) w Europejskim Parlamencie Joseph Daul. Wśród osób występujących z jednoznacznym entuzjastycznym poparciem dla Orbána znaleźli się m. in. najsłynniejszy konserwatywny filozof brytyjski Roger Scruton, słynny rosyjski dysydent pisarz Władimir Bukowski, parokrotny gubernator Nowego Jorku George Pataki, popularny pisarz brytyjski Tibor Fischer, autor książkowego eseju o „Tygrysie Orbánie”. Do czołowych zagranicznych zwolenników Orbána zalicza się Christopher H. Smith, jeden z najaktywniejszych kongresmanów amerykańskich, od 2011 r. współprzewodniczący Kongresu Helsińskiego w USA. Przyrównał on nawet osobę węgierskiego premiera do postaci prezydenta Ronalda Reagana, z którym współpracował przez lata. W stanowczej obronie Orbána wobec ataków z zewnątrz występowali m.in. prezydent Czech Vaclav Klaus, premier Czech Petr Necas, premier W. Brytanii David Cameron. Dodajmy, że sam Orbán, posługujący się znakomitą angielszczyzną, niestrudzenie werbował kolejnych zwolenników Węgier na arenie międzynarodowej, występując na rozlicznych konferencjach międzynarodowych, m.in. na zjazdach katolików w Madrycie i Bilbao, na konferencji katolików w Berlinie, na zjeździe gnieźnieńskim, czy uczestnicząc w zaciekłych bojach w Parlamencie Europejskim.

Na tym tle tym dziwniejszym jest to, że politycy PiS-u nie pozyskali przez ostatnie dziesięć lat żadnego wybitnego przyjaciela politycznego wśród polityków Zachodu, czy nawet wśród polityków pobliskich słowiańskich Czech i Słowacji? Dlaczego nie zrobili tego też nasi europosłowie z PiS-u? Jeśli się mylę i jest choćby jedno nazwisko znanego polityka zachodniego, popierającego PiS, to z pokorą sprostuję te wywody. Dodam tu jeszcze bardzo godne uwagi spostrzeżenia amerykańskiego politologa, eksperta Rady Atlantyckiej Adriana Karatnycky'ego. Politolog ten, jednoznacznie sprzyjający nowemu PiS-owskiemu rządowi, starał się wyjaśnić przyczynę tak silnych ataków na obecną Polskę w mediach zachodnich. Jego tłumaczenie tego faktu było dość szokujące. Powiedział: „PiS jest partią zwróconą do wewnątrz. Jej liderzy są uwikłani przede wszystkim w wewnętrzny dialog polityczny. Nie „globalizują się” – nie podróżują, nie mają grupy ludzi, którzy byliby w stanie pokazać za granicą ich punkt widzenia” (podkr.- JRN) (por. wywiad T. Deptuły z A. Karatnyckym w Nowym Jorku: To tylko demokracja, „Wprost” z 24 stycznia 2016).

Działania prezydenta A. Dudy i premier B. Szydło dla zwiększenia roli Polski na forum międzynarodowym

Trzeba przyznać, że zarówno prezydent Andrzej Duda jak i premier Beata Szydło, zaczynając działania na arenie międzynarodowej w tak trudnej sytuacji dla Polski, już dotąd wiele zrobili dla przełamania naszej izolacji. Prezydent Duda zrobił bardzo wiele dla wzmocnienia Grupy Wyszehradzkiej, szybko naprawiając skutki zdradzieckiego postępowania E. Kopacz w stosunku do tej Grupy. Bardzo duże znaczenie miało przy tym naprawienie, dzięki 6-godzinnemu spotkaniu J. Kaczyńskiego i V. Orbána, niepotrzebnego zgrzytu w stosunkach z Węgrami z lutego 2015 r. Szybko okazało się, że istnieje wiele rzeczy, które łączą nasze kraje, począwszy od zdecydowanego sprzeciwu wobec najazdu imigrantów po opór wobec projektu Nord Stream 2, nie mówiąc o szansach dużego wzmocnienia współpracy gospodarczej. Wizytą prezydenta A. Dudy w Estonii rozpoczęło się cierpliwe zacieśnianie stosunków Polski z innymi mniejszymi i średnimi krajami europejskimi. Doszło do bardzo dużego zbliżenia stanowisk z Rumunią. Nadzwyczaj pomyślnie rozwijają się stosunki Polski z Chorwacją, której prezydent publicznie zadeklarowała chęć widzenia Polski w roli lidera krajów Środkowej Europy. Bardzo ważne znaczenie miał wyjazd prezydenta A. Dudy w grupie przedstawicieli kilkunastu innych krajów do Chin i związane z tym zapowiedzi bardzo znaczącego rozszerzenia współpracy gospodarczej z tym krajem, dotąd tak głupawo zaniedbywanej przez rządy PO. Niebywałym sukcesem okazało się wystąpienie premier Beaty Szydło na forum Parlamentu Europejskim w Strasburgu, wbrew tym, którzy przewidywali porażkę polskiej premier z powodu braku doświadczenia w polityce międzynarodowej. Bardzo ważne znaczenie ma fakt, że prezydent Andrzej Duda w dynamiczny sposób rozpoczął umacnianie kontaktów z Polakami za granicą, tak fatalnie i szkodliwie zaniedbanych za rządów PO.

Drobna Zmiana zamiast Dobrej Zmiany

Znany publicysta i dziennikarz śledczy Cezary Gmyz: opublikował 8 lutego 2016 r. na portalu telewizjarepublika.pl szokujący tekst: „Placówki dyplomatyczne są przechowalnią dla komunistycznej agentury”. Stwierdził tam m.in.: "Polskie placówki dyplomatyczne są przechowalnią dla komunistycznej agentury i i jej dzieci. Trzeba to wypalić rozgrzanym żelazem". Cezary Gmyz zamieścił tam też link do zawierającej 237 nazwisk "Listy członków służby zagranicznej, którzy przyznali się do służby lub współpracy z komunistycznymi służbami specjalnymi oraz osób, które IPN podejrzewa o kłamstwo lustracyjne". Wiceminister MON Bartosz Kownacki w wywiadzie na Fronda.pl z 8 lutego 2016 r., odnosząc się do powyższych stwierdzeń C. Gmyza, powiedział m.in.:„Takie osoby powinny być jak najszybciej odwoływane z pełnionych funkcji. Ministerstwo Spraw Zagranicznych powinno, na ile jest to możliwe, rezygnować z ich usług. Dla mnie jest to rzecz oczywista (…) Osoby, które służyły obcemu komunistycznemu reżimowi – służąc nie niepodległemu Państwu polskiemu, lecz Związkowi Sowieckiemu – w niepodległej Polsce nie powinny pełnić tak ważnych funkcji. Dyplomacja jest szczególnie wrażliwą sferą, gdzie każde słowo, zachowanie i gest ma znaczenie. Takie osoby potencjalnie mogą być po prostu nielojalne względem władzy niepodległej Polski”.

Z kolei Marek Bućko, który przepracował 8 lat w MSZ - w centrali i na placówce, gorzko oceniał obecną sytuację w MSZ w publikowanym 2 marca 2016 r. na portalu kresy24.pl tekście „Lewacko-esbecka konserwa w MSZ ma się świetnie! Pisał tam m.in.: „Czy w Polsce brakuje błyskotliwych politologów znających się na polityce wschodniej i europejskiej? Czy brakuje nam oddanej Krajowi i Narodowi młodzieży, wykształconej i znającej biegle po kilka języków, z zapałem do pracy? Jak długo jeszcze roztaczany przez stare kadry w MSZ mit „niezastąpionych fachowców”, których nie można zwolnić, będzie służył do blokowania stołków przez leniwych post-komuchów i utrudniania dopływu do resortu młodych, zdolnych ludzi o poglądach patriotycznych? (…) Jeśli uważa Pan, że zatrudniając jednego patriotę – wiceministra Jana Dziedziczaka i zwalniając Tomasza Arabskiego z ambasadorstwa w Hiszpanii już Pan załatwił sprawy kadrowe, to ja się z tym głęboko nie zgadzam. Ja głosowałem na Dobrą Zmianę, a nie na Drobną Zmianę. (…) No i wreszcie co z byłymi SB-kami, którzy nadal są masowo zatrudnieni w MSZ? (…)”.

Przypomnę, że już 25 listopada 2015 r. zamieściłem na tym blogu alarmujący tekst : „Czas na weryfikacje ambasadorów”, wymieniając ośmiu najgorszych reprezentantów RP, ciągle pozostających na placówkach. Tekst swój zakończyłem zacytowaniem słów prof. Jacka Bartyzela z jego tekstu publikowanego 23 kwietnia 2015 r.: „Jeśli kiedykolwiek powstanie rząd polski nie tylko z nazwy, to w MSZ cała geremkowszczyzna i bartoszewszczyzna musi zostać wymieciona żelazną miotłą do samych fundamentów. Lepiej przez jakiś czas nie mieć żadnych dyplomatów, lepiej żeby na placówkach dyplomatycznych był tylko personel techniczny, niż żeby Polskę reprezentowali ludzie, którzy Polski nienawidzą i jej świadomie szkodzą” (podkr.- JRN).

7 lutego 2016 r. apelowałem już na tym blogu o jak najszybsze usunięcie przez nowy Sejm ustawy o „bratniej pomocy” (druk 1066). Dziwne, że dotąd nic nie zrobiono dla eliminacji tej tak niebezpiecznej ustawy, stwarzającej ułatwienia dla ewentualnej interwencji z zewnątrz. Dziwne jest też, że obecni parlamentarzyści nie zrobili nic dla przygotowania oświadczenia wykluczającego jakiekolwiek roszczenia żydowskie wobec Polski, roszczenia całkowicie bezpodstawne. Oświadczenie to jest tym bardziej potrzebne w sytuacji, gdy w Stanach Zjednoczonych rysuje się bardzo poważna możliwość dojścia do władzy Hillary Clinton, bardzo wyraźnie popierającej te roszczenia. Należałoby zwrócić się też z apelem do amerykańskiej Polonii, aby wybierając swego kandydata na prezydenta USA, brała pod uwagę stosunek poszczególnych kandydatów do roszczeń żydowskich wobec Polski.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/04/sabosci-polityki-zagranicznej-rp-i.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Czas na odważniejsze przeciwstawianie się naciskom gospodarczym UE

Pisałem już wcześniej na tym blogu, że nasilenie nacisków politycznych UE na Polskę w związku z rzekomym zagrożeniem demokracji wynika, podobnie jak wcześniej w przypadku nagonki na Węgry, z chęci odwrócenia uwagi od prawdziwych przyczyn niezadowolenia unijnych luminarzy. Chodzi zaś po prostu o rosnącą irytację głównych państw UE z powodu zapowiedzi dużo bardziej stanowczego oporu Polski wobec eksploatowania przez zagraniczne koncerny i banki, groźby wprowadzenia podatku bankowego, obciążenia podatkiem supermarketów.

Po latach bezmyślnego kundlizmu rządów Platformy wobec UE, w Polsce zaczyna się mówić jasno – mamy dość oszukiwania i eksploatowania naszego kraju z zewnątrz. Pojawiają się wreszcie prawdziwie stanowcze artykuły, stawiające dosłownie „kawę na ławę”. Takim tekstem jest świetny artykuł wpływowego publicysty, pierwszego zastępcy naczelnego redaktora tygodnika "Do Rzeczy” Piotra Gabryela: „Anty-Unia Europejska” („Do Rzeczy” z 4 kwietnia 2016). Gabryel pisze wręcz, bez ogródek: „Krótko mówiąc: coraz częściej zyski z istnienia UE są przechwytywane przez najbogatsze państwa UE, natomiast koszty funkcjonowania UE coraz brutalniej dzielone między wszystkich członków Unii. Coraz więcej coraz mniej korzystnych rozwiązań jest w UE biedniejszym państwom po prostu narzucanych (podkr - JRN): kwoty imigrantów, których muszą przyjąć; niższe środki dla obywateli tych państw (i ich dzieci) pracujących w krajach bogatszych, koszty sprostania przez firmy transportowe z państw biedniejszych takim samym standardom płacowym, jakie obowiązują w krajach, przez które przejeżdżają ich kierowcy (…) krok za krokiem UE przeistacza się w Anty-Unię Europejską”.

Piotr Gabryel akcentuje: „Pogłębiający się kryzys sprawia, że dyktując politykę UE kanclerz Niemiec, premier Francji i naczelni biurokraci UE przestali dbać choćby o pozory kolegialności i z coraz większą bezceremonialnością podejmują kluczowe dla UE decyzje nawet bez konsultowania ich z innymi krajami Unii. Coraz jawniej też kpią z interesu mniej liczących się państw UE – dość wspomnieć o wymierzonych w bezpieczeństwo krajów Europy Środkowej, w tym Polski, gazociągach Nord Stream 1 i 2, budowanych – bez skrupułów, ręka w rękę z Rosją – przez Niemców i ich akolitów w UE (…) Czy w obliczu tych smutnych zdarzeń wciąż jest myślozbrodnią postawienie pytania o granicę opłacalności przynależności Polski do tej zastępującej UE, Anty-Unii Europejskiej?" (podkr. - JRN).

Zacytowałem tak szeroko artykuł Piotra Gabryela, bo tak wpływowy pierwszy zastępca redaktora naczelnego „Do Rzeczy” po raz pierwszy mówi tak mocno o rzeczach nie nowych, ale dotąd akcentowanych głównie w czasopismach etykietkowanych jako skrajne: „Najwyższym Czasie”, „Warszawskiej Gazecie”, „Naszej Polsce” i „Myśli Polskiej”. Red. Gabryel alarmuje z powodu faktycznie występującego groźnego dyktatu czołowych państw UE. Szkoda jednak, że tej sprawy nie podejmują równie stanowczo czołowi politycy z PiS-u. Jako badacz tematyki węgierskiej na każdym niemal kroku spotykam się w naddunajskich opracowaniach naukowych i w publicystyce oraz w wypowiedziach czołowych polityków z premierem V. Orbánem na czele z bardzo ostrą krytyką dyktatu gospodarczego Unii Europejskiej wobec średnich i mniejszych krajów Europy. Węgierscy autorzy bezlitośnie obnażają działania unijnych prominentów w interesie gospodarek kilku wielkich krajów Europy na czele z Niemcami. Niemal zupełnie nie widzę tego w Polsce, jakbyśmy byli całkowicie innym krajem. Na tym tle wspomniana już przeze mnie w pierwszym odcinku tego cyklu bardzo krytyczna wobec UE książka Tomasza Cukiernika: „Dziesięć lat w Unii. Bilans członkostwa” była prawdziwym wyjątkiem i rarytasem. Nie rozumiem, dlaczego zostaliśmy w sprawie stosunków z UE aż tak mocno ubezwłasnowolnieni duchowo w ostatnich kilkunastu latach. Podobnie jak nie rozumiem bardzo panegirycznego stosunku jakże wielu Polaków, pod wpływem łże-mediów w stylu TVN-u czy „Gazety Wyborczej” idealizujących rzekomą wielką pomoc UE dla nas.

Niestety mimo częstych zapowiedzi „podnoszenia Polaków z kolan” w wypowiedziach prominentnych polityków PiS-u jakoś nie widzę wyraźnego odejścia od oficjalnego panegirycznego obrazu naszych stosunków z UE. A szkoda. Z jednej strony tracimy bardzo wiele finansowo na nadmiernym otwarciu wobec różnych zachodnich koncernów i banków, które od lat bezkarnie eksploatują Polskę. 25 czerwca 2015 r. ekspert prawa podatkowego, prof. nadzw. Dominik Gajewski przypomniał w "SuperExpressie”, że według NIK-u tylko w 2014 r. 90 mld zł zostało wyprowadzonych z Polski przez firmy z udziałem kapitału zagranicznego. Tylko w ciągu jednego roku odnotowano więc 80 mld straty Polski wobec pazernych firm z zagranicy. Dlaczego nie mówi się dużo więcej o odpowiedzialności PO za tolerowanie takich strat? Kolejne pytanie – dlaczego rząd PO wycofał się w szkodliwy dla Polski sposób z tzw klauzuli generalnej przeciwko unikaniu opodatkowania, która obowiązuje w większości państw UE. I kolejne pytanie – niewiele słyszymy o tym, co rząd PiS-u robi dla zapobieżenia dalszego rabowania Polski przez firmy zagraniczne? Warto tu zacytować jakże wymowna opinię lewicowego profesora Kazimierza Kika, dyrektora Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach (wg „Angory” z 3 stycznia 2016): „Wbrew obowiązującej przez ostatnie lata propagandzie gospodarczej rządy Platformy były dla Polski szkodliwe. Najlepszym tego dowodem jest raport Globar Financial Integrity, z którego wynika, że w latach 2002-2012 z Polski wytransferowano 83 miliardy dolarów, co stawia nas na 17 miejscu najbardziej wyzyskiwanych krajów świata przez obcy kapitał. Jarosław Kaczyński ma w swoich rękach ogromną ilość amunicji i nie zawaha się jej użyć” (podkr. - JRN). I tu postawię kolejne pytanie, dlaczego PiS nie stara się poprzez media publiczne i poprzez swych parlamentarzystów nagłośnić tej ogromnej amunicji - jak mu podpowiada lewicowy profesor, a zrazem nagłośnić, co robi przeciwko dalszemu rabowaniu Polski?.

Traktowanie zaleceń UE jako wyroczni w Polsce

Z drugiej strony wciąż cierpimy pod brzemieniem różnych niekorzystnych przepisów, narzuconych nam przez Unię Europejską. Jak mówił Roman Kluska w wywiadzie udzielonym Wojciechowi Wybranowskiemu w „Do Rzeczy” z 29 marca 2016 r.: „Bezkrytycznie przyjmujemy wszystkie regulacje, które narzuca nam Unia Europejska. I to często przyjmujemy je w najgorszym wariancie. Jeśli Unia proponuje regulacje tzw. miękkie, pozostawiając możliwość wprowadzenia łagodniejszych rozwiązań dla małych i średnich firm, to my oczywiście najczęściej przyjmujemy rozwiązania najbardziej radykalne i to jednakowe dla wszystkich”. Jak z tego widać nawet to, co jest przesyłane do nas w formie tylko zalecanej czołowi urzędnicy polscy traktują jako wyrocznię. A tymczasem urzędnicy unijni wciąż naciskają na Polskę, przeciwstawiając się każdej próbie obrony naszych interesów gospodarczych. W „Rzeczpospolitej” z 24 marca 2016 pisano w tekście pt.: „UE blokuje w Polsce podatek obrotowy” m.in.: „Komisji Europejskiej nie podoba się pomysł obłożenia sprzedaży dodatkowym podatkiem - obrotowym. Jak się dowiadujemy, brukselscy urzędnicy naciskają na Warszawę, ślą pismo za pismem, blokując pracę nad projektem (…) W ocenie komisji ograniczy to konkurencje i oznaczać będzie stosowanie pomocy publicznej”. Nieważne, że obecna sytuacja prowadzi do upadania polskich małych i średnich firm w nierównej konkurencji z wielkimi firmami zachodnimi. Nieważne, że UE patrzyła przez palce na stosowanie pomocy publicznej we Francji i w Niemczech (choćby przy wspieraniu niemieckich stoczni), a była nieubłagana wobec pomocy dla polskich stoczni. Zbyt długo byliśmy pokorni wobec nacisków UE, a jak się wydaje przeciwstawianie się tym naciskom nie jest też mocną stroną prominentów gospodarczych z obecnej władzy.

Brak działań dla ograniczenia biurokracji

Najważniejszą chyba sprawą w sferze gospodarki jest brak wyraźnych postępów w ograniczeniu biurokracji tak dławiącej naszą przedsiębiorczość. Sam prezydent Andrzej Duda już w maju 2015 r . w debacie telewizyjnej mówił o potrzebie wzorowania się na węgierskiej polityce gospodarczej. Przypomnijmy, że w centrum tej polityki było obniżenie podatków dla przedsiębiorców do 10 proc. i bardzo znaczące ograniczenie biurokracji, Dlaczego u nas wciąż nie słyszymy o działaniach dla ograniczenia nadmiernych podatków, niszczących przedsiębiorczość i maksymalnym zmniejszeniu tak potężnej biurokracji, zalewu gospodarki morzem przepisów? Świetny ekonomista Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha, mówił w mini-wywiadzie dla „Angory” z 3 stycznia 2016 r.: „Nasza gospodarka ma bardzo duży potencjał. Wiele firm pracuje na jedną zmianę, choć mogłoby na trzy. Jeżeli rząd zlikwiduje kilkanaście tysięcy najbardziej szkodliwych przepisów, które krępują rozwój przedsiębiorczości, to na koniec 2016 r. i gospodarka i PiS odniosą spektakularny sukces” (podkr. - JRN).

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego obecny rząd nie sięgnął do pakietu antybiurokratycznego przygotowanego przez tak słynną ofiarę biurokracji jak Roman Kluska. Pakiet ten Kluska przygotował w 2007 r. na zamówienie poprzedniego rządu PiS-u. Niestety ówczesna wicepremier, skrajna liberałka Zyta Gilowska w interesie finansowego lobby biurokratycznego tak długo obcinała pakiet Kluski, aż zmienił się on w niepozorny pakiecik. Niedawno - 29 lutego 2016 r. R. Kluska w wywiadzie dla "Do Rzeczy”, udzielonym W. Wybranowskiemu stwierdził, że faktycznie nic się nie zmieniło za obecnych rządów po względem stopnia zbiurokratyzowania. Co więcej - jak dodał Kluska - już za tego rządu doszła nękająca przedsiębiorców fatalna ustawa lodówkowa. Według Kluski: „Każda firma, która posiada lodówkę, a są w niej 3 kg lub więcej środka chłodzącego, musi ją zgłosić do centralnego rejestru, pod groźbą wysokich kar za niewykonanie tego obowiązku. Po co zgłaszać? Bo - jak się okazuje - może przeprowadzić jej serwisowanie tylko poprzez ludzi, których urzędowo autoryzowano w tym centralnym urzędzie. Proszę pomyśleć, ile lodówek, urządzeń chłodniczych, klimatyzacyjnych funkcjonuje w całej gospodarce? I jaki to koszt funkcjonowania, konieczność prowadzenia sprawozdawczości? (…) Podobnych patologii jest całe mnóstwo. Jest na przykład ustawa nakazująca rejestrować przedsiębiorstwom wszystkie opakowania, które zużyły w ciągu roku”. Przypomnijmy, że z tą ostrą krytyką siły tendencji biurokratycznych za nowego rządu PiS-u wychodzi Roman Kluska, członek Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie A. Dudzie. A może należało właśnie Klusce powierzyć specjalnie dla niego utworzony resort dla walki z biurokracją, resort z bardzo dużymi kompetencjami i z wysokimi karami dla biurokratów z innych resortów?!

Niewiele uczymy się z rozwiązań węgierskich

Sporo mówiono i pisano u nas z uznaniem o korzystaniu z wzorów węgierskiej polityki gospodarczej, ale jakoś mało wykorzystuje się je faktycznie w praktyce. Nie przyjrzano się im dokładnie przy przygotowywaniu ustawy o bankach czy ustawy o opodatkowaniu supermarketów. Nie zauważono np., że Węgrzy zaznawszy podobnej praktyki jak w dzisiejszej Polsce, gdy banki eksponują swoje rzekome straty, uchwalili osobną ustawę o kontroli działań banków przez Narodowy Bank Węgierski. Na jej zasadzie ukarano wysokimi grzywnami około 60 banków, głównie zagranicznych, za nieuczciwe tricki wobec klientów. Uchwalono również inną ustawę o fair bankach, jasno wytyczającą zasady praktyki działań, których bankom nie wolno łamać. W sprawie supermarketów zupełnie nie skorzystano z bardzo ważnego węgierskiego uregulowania przewidującego, że markety, które wykażą straty za ostatnie dwa lata działań, muszą przerwać swa działalność i wynosić się z Węgier. U nas ogromna część marketów od lat wykazuje rzekome straty, by nie płacić żadnych podatków. Dlaczego nie wprowadzono na wzór węgierski paru ważnych podatków, które od razu przyniosłyby zyski budżetowi państwa kosztem eksploatujących nas zagraniczniaków? Dlaczego np. nie wprowadzono podatku od reklam, który uderzyłby przede wszystkim w media z zagranicznymi właścicielami w stylu TVN czy „Newsweek”-a? Dlaczego polskie państwo nie przejęło – na wzór węgierski – całkowitej kontroli nad grami hazardowymi? Dlaczego nie wprowadzono - wzorem Węgier - ustawy medialnej karzącej bardzo wysokimi grzywnami polityków, dziennikarzy etc. za jawne oszczerstwa. Pierwszym „beneficjentem” tej ustawy byłaby łże-profesor Magdalena Środa, która niedawno straszyła na Facebooku, że spodziewa się rychłego wprowadzenia stanu wojennego, a „listy proskrypcyjne są już zapewne gotowe”. Solidna grzywna należy się znanemu z oszczerstw redaktorowi "Gazety Wyborczej” Piotrowi Stasińskiemu, który ostatnio naopowiadał hiszpańskiemu „El Pais”, że „faszystowski rząd Kaczyńskiego wspiera 200 tysięcy umundurowanych i uzbrojonych bojówkarzy” (wg wywiadu R. A. Ziemkiewicza dla A. Czupryn: Nikt nie wytłumaczył ludziom, co PiS robi i o co mu chodzi, „Polska the Times" 29 stycznia 2016). Dlaczego w telewizji publicznej nie przygotowano dotąd jednej lub kilku audycji z czołowymi postaciami węgierskiego życia gospodarczego o rewolucyjnych przemianach na Węgrzech i ich przeciwnikach? Dlaczego nie pokazano w telewizji publicznej szerszego programu o tym jak bezskutecznie, ale z rozmachem Unia Europejska próbowała powalić na kolana nieposłuszne Węgry? Dlaczego nie zrobiono takich programów z udziałem polskich znawców Węgier, a mamy przynajmniej kilku bardzo dobrych obserwatorów tego, co się dzieje w kraju V. Orbána?

„Fuchy” w spółkach

Kto rozdaje dobre „fuchy” w różnych spółach państwowych? W „Najwyższym Czasie z 30 stycznia 2016 znalazłem na ten temat szokujący tekst Jana Pińskiego. Autor pisał m.in.: Hofman zajmuje się wraz ze swoim dobrym kolega, ministrem skarbu Dawidem Jackiewiczem, rekrutowaniem ludzi na stanowiska w spółkach skarbu państwa”. Jeśli jest to prawdą, to wprost szokuje fakt, że tak interesowny jegomość jak Hofman rekrutuje ludzi na stanowiska w spółkach. obsadzanych dzięki PiS-owi. Czy rzeczywiście akurat Hofman powinien być głównym rozgrywającym przy obsadzie spółek? To wręcz skandal! Rola Hofmana przy typowaniu szefów spółek jest oczywiście z tym większą lubością eksponowana w różnych niechętnych PiS-owi mediach (akurat dzień temu oglądałem cały dłuższy program telewizyjny poświęcony nowej biznesowej karierze Hofmana). Czy jest sens tak się podkładać? 9 lutego 2016 r. ogłoszono, że szefem Polskiego Holdingu Obronnego został Mariusz Antoni Kamiński. Jak wiadomo jest to kumpel Hofmana i Jackiewicza, jeden z „bohaterów” afery madryckiej, wyrzucony za to z PiS-u. W dzień potem 10 lutego ogłoszono, że ten były poseł został zdjęty z nowego, tak znaczącego stanowiska, podobno po interwencji samego prezesa PiS-u. Nasuwa się jednak pytanie, kto stał za tak nieszczęsną i kompromitującą nominacją, która natychmiast została wykorzystana przez PO przeciw PiS-owi. Dlaczego nie ujawniono nazwiska osoby, która poparła Kamińskiego na to stanowisko i nie podjęto wobec niej odpowiednich kroków?

Niektóre tak potrzebne zmiany personalne w spółkach i na czele wielkich zakładów bardzo się przeciągają Np. 31 stycznia 2016 r. alarmowałem na tym blogu, że na czele KGHM wciąż stoi z nadania Platformy niejaki Herbert Wirth, odpowiedzialny za nader poważne straty KGHM. Jego na szczęście kilka dni później odwołano, ale podobnych niegospodarnych ludzi PO, wciąż utrzymywanych na stanowiskach jest naprawdę za wielu. Często nowe zmiany budzą istotne wątpliwości. W czasie rozmów z PiS-owcami z piotrkowskiego słyszałem np. wiele krytyk o nieciekawym „desancie z Wrocławia”, który obsadził zarząd rentownej elektrowni w Bełchatowie. W Oświadczeniu Stowarzyszenia RKW w sprawie „Dobrej zmiany” z 24 marca 2016 r. pisano: „Nie wymieniono rad nadzorczych w spółkach węglowych i nadal nie wiemy, kto jest odpowiedzialny za sytuację w kopalniach węgla kamiennego. Nie podjęto działań wiarygodnych i na odpowiednią skalę angażujących odpowiednie ministerstwa, by wyjaśnić sprawy związane z nietykalną mafią węglową”. Sam minister D. Jackiewicz, odpowiadając na zarzuty w sprawie nominacji na kierownicze stanowiska w spółkach, powiedział m.in. „Dziś państwo zarzucacie ministrowi fakt, że dobiera ludzi, do których ma zaufanie (…) jednym z głównych aspektów musi być zaufanie” (cyt. za: Koniec prywatnego folwarku w spółkach. Audyt ministra Jackiewicza, „ABC” z 4 kwietnia 2016). Pytanie tylko, czy minister Jackiewicz zawsze obdarza zaufaniem „odpowiednich” ludzi. Maciej Marosz w tekście "Postkomunista w Polskim Radiu" („Gazeta Polska Codziennie” z 4 kwietnia 2016) pisał o prawdziwej burzy, jaką wywołała na Górnym Śląsku decyzja ministra Jackiewicza w sprawie nominacji wojującego z Kościołem postkomunisty Piotra Ornowskiego na prezesa Radia Katowice. Według Marosza: „Sprawa nominacji osoby wojującej z Kościołem poruszyła m.in. hierarchów kościelnych na Śląsku. Oburzony awansem Ornowskiego jest m.in. abp. Wiktor Skworc. Również grupa posłów PiS-u województwa śląskiego odcięła się od decyzji powołania Ornowskiego na szefa katowickiej rozgłośni”.

Patrząc krytycznie na zachowania niektórych ministrów z resortów gospodarczych (choćby ministra skarbu D. Jackiewicza) tym bardziej ubolewam, że nie pomyślano o postawieniu na czele któregoś z ministerstw gospodarczych lub przynajmniej znaczących instytucji tak dobrych specjalistów jak pogromca banksterów, główny ekonomista SKOK-ów, obecnie poseł Janusz Szewczak, czy odsunięty w 2007 z powodu konfliktu ze skrajną liberałką wicepremier Zytą Gilowską Cezary Mech, twórca programu gospodarczego PiS-u w 2005 r., a później wiceminister finansów.

Inne postulaty w sprawach gospodarczych

Rząd PiS-u, jeśli chce być prawdziwie narodowym rządem, musi jak najszybciej ogłosić, że odrzuca jako bezpodstawne wszystkie roszczenia materialne Żydów, głównie z USA i z Izraela, oceniane przez piętnującego je tak przychylnego Polsce prof. Normana Finkelsteina na 65 mld dolarów. Sprawa jest tym pilniejsza, iż niestety nie można wykluczyć zwycięstwa wyborczego USA Hillary Clinton, spośród amerykańskich polityków najmocniej zaangażowanej w poparcie roszczeń żydowskich wobec Polski. Objęcie przez nią prezydentury USA znacznie pogorszyłoby sytuację Polski w sferze zagrożenia żydowskimi roszczeniami. Niezbędne jest jak najszybsze ogłoszenie dokładnego stanu zadłużenia Polski za granicą i dokładne podanie w czyich rękach są polskie długi (m.in. skala zadłużenia Polski wobec Niemiec). Przypomnę tu, że z Niemiec padały żądania odprzedania im wysp przez zadłużoną Grecję. Jak na razie skończyło się na przejęciu wielu greckich lotnisk przez Niemcy. Ciekawe, z jakimi żądaniami wystąpią pod adresem Polski Niemcy, jeśli zdobędą jak największy pakiet polskich długów? Dlatego apeluję o jak najszybsze kontynuowanie inicjatywy świętej pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego w sprawie obliczenia pełni strat zniszczonej przez Niemców Warszawy. A także poszerzenia tej inicjatywy na całość strat poniesionych przez Polskę od Niemiec w czasie wojny (w gospodarce, kulturze czy nauce).

Niezbędne jest wprowadzenie na wzór węgierski bezpośredniej sprzedaży produktów rolnych przez rolników i likwidacja systemu pośredników rolnych, wykupujących te produkty od rolników za bezcen, a potem, sprzedających je dużo drożej. Jakże pilne jest zbadanie sprawy braku kontroli państwowej nad okradzeniem polskich podwykonawców przez zagranicznych inwestorów przy budowie autostrad i przykładne ukaranie winnych zaniedbań w tej sprawie. Najlepszym rozwiązaniem byłoby ich skazanie na prace przy którejś z autostrad niedokończonych przez tuskowiczów.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2016/04/zaniechania-w-gospodarce-i-szanse.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Ciągle zbyt mało naszych rodaków zdaje sobie sprawę z rozmiarów dokonań wybitnych Polaków w przeróżnych krajach świata. A były one tym większe, że tragiczne losy Polski po klęskach kolejnych powstań wypchnęły na emigrację dziesiątki tysięcy dynamicznych, uzdolnionych osób. Jakże wymowne pod tym względem były oceny tak wybitnego zagranicznego obserwatora naszej historii jak prof. Norman Davies. Stwierdził on m.in.: „W szeregach Wielkiej Emigracji znalazła się cała niemal elita polityczna królestwa Kongresowego, a także znaczny procent wybitnych przedstawicieli świata artystycznego epoki. To, czego dokonali, było o wiele znakomitsze niż osiągnięcia współczesnych im rodaków, którzy zdecydowali się pozostać w ojczyźnie (podkr. - JRN). Ten wkład Polski w cywilizacje innych narodów był bardzo silnie doceniany w Drugiej Rzeczypospolitej, gdy u szczytu władzy znaleźli się długoletni emigranci , tacy jak prezydenci Gabriel Narutowicz i Ignacy Mościcki czy premier Ignacy Jan Paderewski.

Skutki PRL-owskich fobii do Emigracji

Jakże inna, wręcz żałośnie odmienna była sytuacja w tzw. Polsce Ludowej, gdy samo słowo „emigrant” budziło skrajne podejrzenia. Wtedy właśnie, faktycznie od 1945 roku, zaczęło się zajadłe zabijanie pamięci o jakże wielu wybitnych Polakach, którzy zasłużyli się dla nauki, kultury czy walk wolnościowych innych krajów. Dotąd płacimy bardzo wysoką˛ cenę˛ za ideologiczne PRL-owskie fobie do wszystkiego, co było tworzone na Emigracji po 1944 r. Jak pisał Gabriel Pierocki w wydawanym w USA polonijnym czasopiśmie ,,Gazeta Polarna’’ z 28 lipca 2001 r.: „Tematem zakazanym lub na wszelki wypadek przemilczanym, były w PRL-u wszelkie wzmianki o osiągnięciach Polaków w krajach swego zamieszkania”. W efekcie tych świadomych pominięć i zakazów przez kilkadziesiąt lat PRL-u nagromadziły się ogromne zaniedbania w krajowej wiedzy o dokonaniach wybitnych Polaków z emigracji. Trudno się˛ nie zgodzić´ z oceną wyrażoną˛ kilka lat temu na łamach ,,Rzeczpospolitej’’ przez Małgorzatę Dzieduszycką (b. konsul w Kanadzie) i Zygmunta Skórzyńskiego: „Trzeba (...) wreszcie powiedzieć´ jasno i wyraźnie, że osiągnięcia polskiej emigracji są ˛w Polsce – wbrew obiegowemu przekonaniu – niemal zupełnie nieznane. O znaczących postaciach emigracji ostatnich 50 lat, wybitnych inżynierach i mających wielkie osiągnięcia naukowcach dowiadujemy się˛najzupełniej przypadkiem” (podkr. – J.R.N.). Fakt, że zbyt wielką część kadr dyplomatycznych po 1989 r. stanowili ludzie z dawnej komunistycznej nomenklatury, różnych „czerwonych dynastii” i ich dzieci nie sprzyjał nadrobieniu luk w wiedzy o wybitnych Polakach z Polonii.

Zaniedbania pamięci o wielkich Polakach w III RP

Dominacja sił lewicowych w mediach i fatalny stan tzw. elit po 1989 r. sprzyjały utrzymywaniu się masochizmu narodowego i pedagogiki wstydu. Jakże trafne wydaja się w tym kontekście uwagi świetnego historyka i publicysty prof. Andrzeja Nowaka, publikowane 28 maja 2004 roku na łamach ”Tygodnika Solidarność”. A. Nowak zwrócił uwagę na konsekwencję, „z jaką elity polityczne Iii RP starały się zaniżać samoocenę Polaków i zmieniać ich stosunek do tradycji narodowych. W myśl koncepcji, uporczywie lansowanej po 1989, r, to nie komunizm był zły, ale Polska jest zła, źli są Polacy. Co więcej Polak jest nieudolny, Polak nie potrafi, jest zaledwie pół-dzikim stworzeniem, które dopiero dzięki surowej tresurze po opanowaniu zachodnich wzorców zostanie przystosowane do życia w cywilizowanym świecie”.

W rezultacie takiego podejścia nazwiska jakże wielu wybitnych XX–wiecznych Polaków były dalej traktowane po macoszemu w najbardziej wpływowych mediach i pomijane nawet w znaczących encyklopediach. Zadałem sobie trud dokładnego przewertowania pod tym względem jednotomowej Encyklopedii PWN-u z 1997 roku. Wyniki były szokujące. Próżno szukałem tam np. postaci doktora Hilarego Koprowskiego, który kilkadziesiąt lat temu wsławił się w USA wykryciem pierwszej szczepionki przeciwko chorobie Heinego-Medina, a więc odkryciem na światową sławę. Nazywany był „polskim Pasteurem w USA”. Gdyby Koprowski był Czechem, Węgrem, Żydem czy Anglikiem ileż rozpisywano by się˛ wówczas wśród każdej z tych nacji na temat jego odkrycia. A u nas pominięto go w „renomowanej” zdawałoby się encyklopedii. Znalazło się w niej za to miejsce dla b. przewodniczącego maleńkiej partii komunistycznej z Luksemburga Dominique Urbany. W tejże Encyklopedii zabrakło miejsca także dla takich postaci jak słynny historyk i historiozof Feliks Koneczny, pewno zbyt „reakcyjny” dla encyklopedystów z PWN-u, jak słynny inżynier generał Zdzisław Julian Starostecki, twórca amerykańskiej rakiety „Patriot” czy konstruktor Henryk Sikorski, współtwórca rakiety „Redstone”, która wyniosła pierwszego amerykańskiego kosmonautę na orbitę. Z dawniejszych stuleci pominięto m.in. takie postaci jak Aleksander Kurczewski (Curtis), założyciel pierwszej wyższej uczelni w Nowym Amsterdamie (Nowym Jorku) w połowie XVII wieku, jak Stanisław Polak z Sewilli, twórca pierwszego w świecie nowoczesnego wydawnictwa na przełomie XV i XVI wieku, jak pierwszy pomysłodawca Kanału Panamskiego Aleksander Hołyński. W Encyklopedii pominięto b. powstańca, a później profesora w Sorbonie Aleksandra Boecka, który w 1854 roku założył pierwszą P Politechnikę w Stanach Zjednoczonych (por. tekst internetowy: „Catholic Encyclopedia. Poles In the United States”.). Amerykański pisarz Louis von Norman w wydanej w 1908 r. w Warszawie książce „Polska jako Rycerz wśród narodów” nazwał prof. Boecka „twórcą najlepszej amerykańskiej Politechniki.” Pominięto wicemarszałka RAF-u Aleksandra Meisnera, później prezesa Stowarzyszenia Polskich Lotników w Anglii oraz naukowca i inżyniera Józefa Stanisława Kosackiego, który wynalazł ręczny wykrywacz min, dając tym istotny wkład w zwycięstwo aliantów. Przykłady takich pominięć można długo mnożyć. Wspomniana encyklopedia PWN szokowała skrajnymi dysproporcjami miejsca poświęcanego poszczególnym postaciom. Np. Karolowi Modzelewskiemu poświęcono więcej miejsca (11 wierszy) niż Tadeuszowi Kościuszce (7 wierszy) i ks. Adamowi Czartoryskiemu (8 wierszy). Adamowi Michnikowi poświęcono 11 wierszy podczas gdy Zbigniewowi Herbertowi tylko 7 wierszy.

Depolonizacja wielkich Polek i Polaków

W okresie od 1989 roku, gdy tak wiele nazwisk wybitnych Polaków wciąż było okrywane zapomnieniem doszło do jeszcze skrajniejszej rzeczy. W polskich (!) mediach wielokrotnie próbowano depolonizować postacie największych Polek i Polaków, przypisując im inną narodowość. Np. u publicysty „Gazety Wyborczej” Jerzego Sosnowskiego czytamy w "Gazecie Wyborczej” z z 5 sierpnia 1991 o Niemcu Koperniku, Francuzie Chopinie, „nie mówiąc już o Żydzie (po babce) Adamie Mickiewiczu”. Prof. Krystyna Kersten pisała w "Gazecie Wyborczej” z 25 kwietna 1997, że świadomie nie zaliczyła Marii Skłodowskiej – Curie do polskiego Panteonu, bo jej „naukowa twórczość należy do dorobku nauki francuskiej, nie polskiej”. Szczególnie uparcie zawłaszczano Adama Mickiewicza dla Żydów powołując się na jego rzekomą żydowską matkę i oskarżając o „antysemityzm" wszystkich negujących żydowskość poety. Przykłady tego typu depolonizacji wspomnianej wielkiej Polki i wielkich Polaków mógłbym długo mnożyć. A jak wyglądała prawda? Przypomnijmy, że „”Niemiec” Kopernik w 1521 r ,.kierował obroną zamku w Olsztynie przed niemieckimi Krzyżakami. „Francuz” Chopin pisał w listopadzie 1831 roku na wieść o upadku Warszawy : „Niech najstraszniejsze męki dotkną Francuzów, którzy nam nie pomogli!” I Jeszcze w 1848 roku, na rok przed śmiercią wyrażał niewzruszona nadzieje, że znowu odrodzi się „Polska świetna, duża, słowem: Polska”. Uparte brednie o żydowskim pochodzeniu Mickiewicza ostatecznie obalił białoruski badacz Sergiusz Rybczonok, który odnalazł w archiwach materiały dowodzące, że matka poety pochodziła ze starej polskiej rodziny szlacheckiej, znanej już w XVII wieku na Nowogródczyźnie. Maria Skłodowska–Curie „dziwnym” trafem wynaleziony przez siebie pierwiastek nazwała polonem, a nie frankonem. W swych pamiętnikach zaś wielokrotnie wyrażała nostalgię za utraconą polską ojczyzną.

Wszystkie te fakty pokazują jak potrzebna jest głoszona przez PiS polityka historyczna, której jednym z celów jest zadbanie o docenienie zasług Polaków w różnych krajach świata (powyższy tekst ukazał się w Wigilię Bożego Narodzenia 2015 r. na łamach tygodnika „Niedziela”, nr 1 z 3 stycznia 2016 r.).

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2015/12/zabijaniepamieci-o-wielkich-polakach.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

W Polsce ciągle za mało znane są rozliczne postacie wybitnych Polaków za granica. A przecież pokazanie ich zasług dla rozwoju kultury. nauki, sztuki inżynieryjnej i gospodarki innych krajów jakże skutecznie pomagałoby w przezwyciężaniu polskiego tak silnego niestety zakompleksieni i masochizmu narodowego. Od dawna już starałem się więc upowszechniać nazwiska niedocenianych wybitnych Polaków w publikowanej już w trzech wydaniach książce „Co Polska dała światu”. Pomimo, że sprawą ta zajmuję się już od paru dziesięcioleci w ostatnich latach z satysfakcją natrafiłem na nową wielką porcję wybitnych polskich postaci zasłużonych w rozwoju innych krajów. W związku z tym przygotowuje nową dwukrotnie powiększoną wersję książki „Co Polska dała światu” i chciałbym się podzielić z czytelnikami „Niedzieli” informacjami o niektórych z tych niedocenionych polskich postaci, licząc na ewentualne uzupełnienia ze strony krajowych i polonijnych czytelników.

Polak, który uratował muzeum w Luwrze przed zagładą

Do najbardziej skandalicznie przemilczanych zasług polskich za granicą należy rola Polaka Floriana Trawińskiego w uratowaniu przed zniszczeniem najsłynniejszego muzeum świata - muzeum w Luwrze .Powinniśmy szczycić się tym w polskich podręcznikach i encyklopediach . Tymczasem jednak historia uratowania Luwru przez Polaka jest w Polsce niemal zupełnie nieznana poza informacjami w internecie i w paru niskonakładowych publikacjach. Przypomnijmy więc tak niesłusznie zapomnianą postać Floriana Trawińskiego. Pracujący we francuskim Ministerstwie Oświaty Trawiński w czasie Komuny Paryskiej wszedł w skład jej władz jako kierownik resortu kultury i sztuki. Wielu Polaków poparło Komunę Paryską, tak jak Jarosław Dąbrowski, licząc, że po zwycięstwie nad wersalczykami obróci się przeciw Prusakom, co wzbudziłoby nowe nadzieje dla ciemiężonej Polski. Pod koniec swego istnienia w maju 1871 r. Komuna Paryska wpadła jednak w prawdziwy paroksyzm barbarzyństwa. Komunardzi zamordowali grupę aresztowanych przez nich zakładników, w tym arcybiskupa Paryża. Z niszczycielską pasją zaczęli niszczyć różne paryskie zabytki jako pozostałości feudalne i burżuazyjne. Puszczono z dymem m.in. renesansowo- barokowy Pałac Tuileries i paryski ratusz, obalono kolumnę Vendôme. Postanowiono również zniszczyć Luwr jako "siedlisko burżuazyjnej kultury". W tym celu rozstawiono we wszystkich komnatach Luwru bańki z naftą- muzeum czekało tylko na podpałkę. I wtedy Luwr uratowała odwaga Trawińskiego, który z grupą pracowników muzeum w Luwrze wylał naftę z baniek i nalał do nich zamiast tego wody. Trawiński ryzykował życiem, bo zostałby natychmiast rozstrzelany, gdyby komunardzi dowiedzieli się o jego czynie. Na szczęście były to już końcowe dni Komuny i Luwr został uratowany. Zwycięzcy pogromcy Komuny -wersalczycy bezlitośnie obchodzili się ze schwytanymi komunardami, szczególnie okrutnie odnosząc się do Polaków. Nawet i oni jednak potrafili docenić zasługi Trawińskiego. Nie tylko nie został zabity, lecz przeciwnie mianowano go jednym z dyrektorów Luwru, którą to funkcję sprawował aż 35 lat.. Zbawca Luwru, powinien mieć swój pomnik przed tym muzeum. A ma tylko skromną tablicę ufundowaną w 2004 r w Domu Kombatanta przez polskie MON.

Zapoznani polscy dowódcy

Szczególnie długa wydaje się lista wybitnych polskich wojskowych, ciągle zbyt mało znanych lub wręcz zapomnianych. Przypomnę tu kilka postaci, których zapomnienie jest szczególnie szokujące. Zacznę od polskiego XIX-wiecznego generała Izydora Borowskiego. Szczególnie zasłynął już w walkach prowadzonych przez Simona Boliwara o wyzwolenie krajów Ameryki Południowej spod władztwa Hiszpanów. Stał się adiutantem Boliwara i generałem, szczególnie zasłużonym w walkach o niepodległość Kolumbii i Wenezueli. Około 1821 r. przybył do Persji (Iranu), gdzie stopniowo awansował najpierw na emira, później na wezyra. Został dowódcą wojsk walczących przeciw Afganom i emiratom arabskim. Zginął jako głównodowodzący armii oblegającej twierdzę Herat. Dziś jest uważany za bohatera narodowego Persji (Iranu).

Paru Polaków w Brazylii wsławiło się wspaniałymi karierami wojskowymi. Szczególnie wyróżnił się pod tym względem, dochodząc aż do stopnia marszałka Brazylii, Leitao de Almeida Robert Trompowski (1853-1926), wywodzący się z polskiego rodu szlacheckiego herbu Toporczyk z okolic Krakowa. W 1894 został komendantem Szkoły Wojskowej w Rio de Janeiro. Był autorem wielu cenionych prac z dziedziny wojskowości. W 1919 r. mianowano go marszałkiem Brazylii. Kilkadziesiąt lat później dekretem z 13 marca 1962 r. prezydent Brazylii João Goulart ustanowił Trompowskiego patronem brazylijskiego nauczania wojskowego. Warto dodać, że od 1953 r. osobom zasłużonym w szkolnictwie przyznaje się "medal Marszalka Trompowskiego". Syn marszałka Trompowskiego Fegueira de Almeido Arnando Trompowski był ministrem lotnictwa i ministrem Najwyższego Trybunału Wojskowego.

Do szczególnie skandalicznych zaniedbań należą trwające wiele dziesięcioleci przemilczenia jakże wielkich zasług wywiadowczych polskiego majora, a później generała Mirosława Słowikowskiego. Odegrał on niezwykle dużą rolę w skutecznym przygotowaniu inwazji wojsk alianckich na francuską Afrykę Północną w 1942 r., czym według niektórych autorów uratował wojska alianckie przed stratą dziesiątków tysięcy żołnierzy. z. Po sukcesach armii gen. E. Rommla w Libii i Egipcie Słowikowskiego odkomenderowano do Algerii dla zorganizowania tam siatki wywiadowczej. Jako przykrywkę do tego celu założył fabrykę produkującą płatki owsiane Floc- Av Company, która osiągnęła wielkie sukcesy handlowe na terenie całej północnej Afryki. W oparciu o finanse uzyskane z zysków fabryki Słowikowski finansował działalność wywiadowczą przeciw Osi. Działał z ogromnym rozmachem, wciągając do swej siatki wywiadowczej aż kilka tysięcy ludzi, głównie antyniemiecko nastawionych Francuzów , od przedsiębiorców i komisarzy policji do prostych sklepikarzy i pracowników portowych. Kierowana przez Słowikowskiego (" Rygora") siatka szpiegowska ogarnęła wszystkie ważniejsze lotniska, porty i centra administracyjne Afryki Północnej. Dzięki informacjom siatki szpiegowskiej Słowikowskiego lądowanie wojska amerykańsko- brytyjskich pod dowództwem gen. Dwighta Eisenhowera w dniu 8 listopada 1942 r. na wybrzeżach Maroka i Algierii okazało się niemal bezbolesne dzięki dokładnemu rozpracowaniu wojskowemu i brakowi oporu ze strony wojsk francuskich. Zaledwie jedna doba wystarczyła dla opanowania przez wojska alianckie całej francuskiej Afryki Północnej. Akcja wywiadowcza polskiego majora okazała się więc niezwykle skuteczna w przyśpieszeniu zwycięstwa aliantów w Afryce Północnej. W uznaniu zasług dla Aliantów Słowikowski został odznaczony jako pierwszy polski żołnierz sił lądowych słynnym brytyjskim odznaczeniem- Orderem Imperium Brytyjskiego. Z kolei prezydent USA D. Roosevelt przyznał Słowikowskiemu amerykańską Legię Zasługi (Legion of Merit). W 1972 r. został awansowany na generała brygady. Do tych nazwisk warto dodać dowódcę armii kanadyjskiej Waltera Natyńczyka. Był on Szefem Sztabu Obrony (Chief of the Defence Staff) wojsk kanadyjskich w okresie od czerwca 2008 r do lata 2012 r. W 2013 r. został prezesem Kanadyjskiej Agencji Badań Kosmicznych.

Inni niedocenieni Polacy

W przygotowywanym do druku dwukrotnie powiększonym wydaniu „Co Polska dała światu” dodam dziesiątki innych nazwisk wybitnych Polaków działających zagranicą, którzy nie znaleźli się w dotychczasowych wydaniach mojej książki. Będą tam m.in. takie postacie jak Polak Janusz Żurakowski, najsłynniejszy as lotnictwa w Kanadzie, którego wizerunek uczczono w 1996 r. srebrną monetą o nominale 20 dolarów, Zbigniew Ziembiński, powszechnie uważany za twórcę nowoczesnego teatru brazylijskiego, Władysław Starewicz, pionier animacji i twórca pierwszego w świecie filmu lalkowego. Akcentując wyjątkowo dużą rolę wywiadu polskiego czasie wojny pokażę m.in. ciągle za mało spopularyzowane (poza Krystyna Skarbek) agentki wywiadu: Władysławę Macieszynę, Marię Sapieżynę, Halinę Szymańską, Klementynę Mańkowską, Halinę Szwarc, Zofię Rapp- Kochańską. W książce znajdą się również wybitne, nagradzane amerykańskimi nagrodami liczne aktorki polskiego pochodzenia, m.in. Jane Kaczmarek, Jane Krakowski, Christie Barańska, Dagmara Domińczyk i Loretta Swit (nagrodzona za doskonałą rolę major Margaret w serialu M.A.S.H.) (tekst ten ukazał się w „Niedzieli”, nr 46 z 2015 r.).

Apeluję do czytelników mego blogu z Kraju i z Polonii o nadsyłanie ewentualnych uzupełnień do powiększonego wydania mojej książzki „Co Polska dała światu”.
Z góry bardzo mocno dziękuję, J. R. Nowak

za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2015/12/przemilczani-wybitni-polacy-za-granica.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

Najnowsze tak straszne zamachy w Paryżu może przebudzą wreszcie choć część zajadłych rzeczników poprawności politycznej, plotących bzdury o potrzebie ratowania tysięcy nieszczęśliwych uchodźców i multikulturowości. Tylko ślepi nie dostrzegli dotąd, że gros imigrantów stanowili nie kobiety i dzieci, lecz zdrowi młodzi mężczyźni, silne byczyska, pędzące na nasz kontynent, by zyskać jak największy „socjał’. Część z nich jest aż nadto gotowa, by gwałcić i rabować. Dowiodły tego rozliczne incydenty, na ogół starannie przemilczane w mediach.

To Orbán miał rację!

Fakty pokazały, że najszybciej rozpoznał zagrożenie dla Europy premier Węgier Viktor Orbán, tak mocno atakowany za rzekomy nacjonalizm przez głupawych pseudo-„Europejczyków”.Przypomnijmy tu, że kanclerz Austrii oskarżał Orbána za rzekomy „neonazizm” w związku z budową przez Węgry odrutowanego płotu granicznego. A teraz nawet austriacki minister spraw wewnętrznych opowiedział się za budową płotu granicznego. A już budują takie płoty Słowenia, Chorwacja czy Bułgaria. Nic dziwnego, że nawet premier Bawarii Horst Seehofer powiedział, że rację w sprawie uchodźców miał Orbán, a nie Merkel, coraz bardziej potępiana w swoim kraju. Orbán kolejny raz okazał się najbardziej odważnym i przewidującym politykiem Europy, jej najlepszym obrońcą.

Dlaczego Merkel dała taką plamę?

Najbardziej skompromitowała się kanclerz A. Merkel przez swe niemądre, skandaliczne wypowiedzi otwierające drogę dla najazdu imigrantów na Europę. To Merkel jest główną winną tak wielu ofiar w Paryżu - wszak wśród muzułmańskich morderców było paru „uchodźców”, którzy z łatwością przedostali się z Grecji, wykorzystując totalny brak kontroli. Dlaczego Merkel dała taką plamę? Przecież kanclerz Merkel nie jest głupią, a wręcz przeciwnie, jest bez porównania mądrzejszą od F. Hollanda i najgorszego prezydenta w dziejach USA po 1945 r. B. Obamy – jak wciąż powtarza Max Kolonko. Zdumiewające jest przy tym, że ta tak przebiegła kanclerz dalej nieracjonalnie upiera się przy swych niemądrych decyzjach, otwierających drogę inwazji imigrantów na Europę. Dlaczego to robi?
Być może dlatego, że ulega naciskom różnych nieformalnych wpływowych gremiów, którym zależy na globalizacji za wszelką cenę i rozbijaniu państw narodowych w różnych częściach Europy. Tak jak to robi od lat zajadły wróg państw narodowych i religii George Soros, wciąż marzący o obaleniu Orbána. Nader celnie akcentował te groźby świadomego rozwadniania poczucia narodowego i religii redaktor Maciej Pawlicki parę miesięcy temu w programie J. Pospieszalskiego.

Jaki z tego płynie wniosek? Otóż to, że muzułmańscy terroryści już w najbliższych miesiącach mogą za cel swego ataku wybrać właśnie Polskę. Mogą zrobić to z awersji do nas, jako kraju najbardziej jednorodnego religijnie, zdominowanego przez katolików, ojczyzny papieża Jana Pawła II, i stąd państwa szczególnie znienawidzonego przez fanatycznych muzułmanów. A na dodatek – jak dowiodła afera taśmowa – mamy szczególnie słabe, wręcz mizerne i skłócone służby specjalne. Apeluję - nie lekceważmy przedstawionych tu potencjalnych zagrożeń dla Polski!

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com/2015/11/ostrzegam-muzumanscy-terrorysci-moga.html

jerzyrobertnowakJerzy Robert Nowak

1 października 2015 r.

Szanowny Panie Prezydencie,

Tak bliski Panu Prezydentowi świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński przerwał niesławną passę pomijania niektórych zasłużonych bojowników o Polskę w drugiej wojnie światowej, działaczy niepodległościowego podziemia i części działaczy solidarnościowych. Jego polityka odznaczeniowa, w tym jakże ważne uhonorowania Orderem Orła Białego, należy niewątpliwie do najcenniejszych osiągnięć Jego prezydencji. Myślę, że Pan, Panie Prezydencie, także w dziedzinie polityki odznaczeniowej może podjąć wiele cennych posunięć, przede wszystkim w odniesieniu do jakże wielu wybitnych, a wciąż pomijanych działaczy polonijnych, Polaków, którzy zasłynęli wkładem w rozwój kultury i nauki w innych krajach, oraz szczególnie zasłużonych cudzoziemców polonofili. Z radością przeczytałem, że już w czasie pobytu w Nowym Jorku 29 września 2015 r. przyznał Pan cztery wysokie odznaczenia działaczom polonijnym. Chciałbym się jednak upomnieć o jak najszybsze uhonorowanie najwyższym odznaczeniem Orderu Orła Białego dwóch jakże zasłużonych osób, jakże niesłusznie pomijanych dotąd w uhonorowaniu przez III RP Prof. Iwo C. Pogonowskiego i prof. Richarda C. Lukasa.

Profesor Iwo C. Pogonowski, prawdziwy polski bohater naszych czasów

iwocyprianpogonowskiUrodzony 3 września 1921 r. we Lwowie Iwo Cyprian Pogonowski (fot. pobierz.dlapolski.pl), inżynier, konstruktor, wynalazca i naukowiec (profesor na wyższej uczelni) jest bliskim krewnym jednego z bohaterów Bitwy Warszawskiej Stefana Pogonowskiego, poległego w czasie zwycięskiej szarży pod Wólką Radzymińską. Żołnierz polskiej wojny obronnej we wrześniu 1939 r., więziony przez Niemców od grudnia 1939 r., a w okresie od 10 sierpnia 1940 r. więziony niemal do końca wojny w obozie Oranienburg- Sachsenhausen. W kwietniu 1945 pognany w tzw. Marszu śmierci do Schwerina, gdzie został uwolniony 2 maja 1945 r. Odtąd przebywał na emigracji. Studiował na wydziale handlowym Institute Superieur de Commerce na Katolickim Uniwersytecie św. Ignacego w Antwerpii/

Po kilkuletniej pracy w Wenezueli w latach 1947-1950 ukończył studia inżynieryjne na uniwersytecie w Tennessee, gdzie później pracował jako wykładowca uniwersytecki. Po przeniesieniu się do pracy w przemyśle naftowym dla Shell Oil Company i Texaco zasłynął jako w sferze wiertnictwa oceanicznego - uzyskał aż 48 patentów za swe pomysły wynalazcze Równocześnie kontynuował działalność wykładową na Uniwersytecie Stanowym Wirginii. W czasie swej pracy jako wykładowca przeżył niemały szok. Jak mi kiedyś relacjonował, zorientował się, że ogromna część studentów, a nawet wykładowców tej uczelni nie ma zielonego pojęcia o dziejach Polski, a nawet co gorsza, powtarza głupawe stereotypy o polskim antysemityzmie i nacjonalizmie. I wtedy doszło do zdumiewającej metamorfozy w życiu prof. Pogonowskiego. Ten świetny znawca nauk ścisłych i inżynierii, zaczął zajmować się opracowywaniem słowników i książek o polskiej historii, by ułatwić jej poznawanie przez amerykańskich studentów. Robił to bardzo skutecznie. Wydał kilka doskonale opracowanych przez niego słowników polsko-angielskich , z dziesiątkami tysięcy haseł : „Practical Polish-English Dictionary”, New York 1979, Polish-English Standard Dictionary”, New York 1985, „Unabridged Polish-English Dictionary,” New York 1997.Wydał po polsku i angielsku parę „Historycznych Atlasów Polski”, popularyzujących nasze dzieje: „ Poland – A Historical Atlas”, New York 1987 i „Historyczny Atlas Polski”, Kraków 1995.

Nader ważną pozycją w dorobku prof. I.C. Pogonowskiego była ponad czterysta stronicowa książka „Jews in Poland – A Documentary History” (Żydzi w Polsce – dokumentalna historia), New York 1998, Książka ta w świetny faktograficzny sposób broniła prawdy o stosunkach polsko- żydowskich, rozbijając antypolskie stereotypy. Rangę tej publikacji w przedstawianiu polskich racji umocniło poprzedzenie jej pochwalnym wstępem przez słynnego żydowskiego historyka i politologa Richarda Pipesa. Książka Pogonowskiego okazała się niewątpliwym sukcesem – miała dwa wydania : w 1993 r. i 1998 r. Jedną z najgłośniejszych książek prof. Pogonowskiego była napisana przezeń popularna historia Polski: „Poland – An Illustrated History”,, wydana w 2000 roku 2000 z rekomendacją prof. Normana Daviesa i Zbigniewa Brzezińskiego.

Prof. Pogonowski konsekwentnie zabiegał o upowszechnienie w USA opinii o pionierskiej roli Polski w kształtowaniu europejskiej demokracji. Sprawę tę szczególnie mocno akcentował w wydanych w 2010 r. w Nowym Jorku po angielsku i po polsku: „Pierwsza demokracja w nowożytnej Europie”, i „The First Democracy in Modern Europe: Million Free Citizens in Poland during the Renaissance”. W 2002 r. wydał książkę o heraldyce. Poza pracą naukową wielokrotnie publikował prace publicystyczne- część z nich ukazała się w Warszawie na łamach „Nowego Dziennika”. W Polsce wydał też dwa zbiory publicystyki: „Świat po amerykańsku”, Szczecinek 2004 i „Hegemonia – Komentarze do polityki zagranicznej USA”, Poznań 2008. Jestem pełen tym większego podziwu dla rozległej twórczości prof. Iwo Cypriana Pogonowskiego, iż ten tak wybitny naukowiec od kilkudziesięciu lat chory jest na chorobę Heinego Medina (dlatego nie może przyjeżdżać do Polski).

W świetle jego zasług dla popularyzacji i obrony Polski do tym większego skandalu urasta fakt ,że w Trzeciej Rzeczypospolitej nie zdobyto się na żadne odznaczenie dla uczczenia jego dorobku. Otrzymał wyłącznie społeczne odznaczenie - Medal Polonia Mater Nostra Est ( w 2002 r.).

Wielki popularyzator i obrońca historii Polski – prof. Richard C. Lukas

richardclukasNa uhonorowanie najwyższym polskim odznaczeniem niewątpliwie zasługuje słynny amerykański historyk polskiego pochodzenia profesor Richard C. Lukas (fot. en.wikipedia.org), przez wiele lat wykładowca. na Uniwersytecie Technologicznym Tennesee i Uniwersytecie Południowej Florydy w Tampie. Profesor Lukas bije na głowę wszystkich współczesnych amerykańskich historyków pod względem ilości i jakości książek poświęconych historii Polski. Jest autorem 10 historycznych książek naukowych, w tym aż siedmiu poświęconych historii, Polski w drugiej wojnie światowej. Najsłynniejszą jego ksiązką jest wydana w 1986 r. publikacja:.” The Forgotten Holocaust: The Poles Under German Occupation, 1939-1944”, (Zapomniany holocaust: Polacy pod niemiecką okupacją) :University of Kentucky Press. Ksiązka miała kolejne wydania w1990 r, 1997r. i 2012 r oraz 2 wydania w przekładzie polskim “Zapomniany holocaust”, (Kielce 1995 ) i Poznań 2012 r. ( z przedmową N. Daviesa). Książka ta należy niewątpliwie do kilku najlepszych syntez historii Polski w drugiej wojny światowej, obejmując plastycznie i niezwykle sympatrycznie dla Polski przedstawiony obraz polskiej martyrologii i polskiego heroizmu na różnych frontach, oraz bardzo obiektywnie przedstawiony obraz stosunków polsko- żydowskich. Publikacja ta jest uważana za jedno z klasycznych dzieł literatury naukowej na temat drugiej wojny światowej. Profesor Norman Davies w przedmowie do 3 amerykańskiego wydania „Zapomnianego Holocaustu „ w 2012 r .pisał, że „książka Lukasa dowiodła swej wartości”. Zaakcentował również w kontekście historiografii drugiej wojny światowej, iż: „Można widzieć, że Lukas poczynił ważny krok na długiej drodze do zdrowszego i bardziej otwartego obrazu spraw”. Za prawdziwie pionierską uznano również wydaną w 1978 r. książkę prof. Lukasa: „The Strange Allies: Poland and the United States, 1941-1945," (Dziwni sojusznicy: Polska i Stany Zjednoczone 1941-1945). Książka ukazywała wojenne stosunki miedzy USA a polskim Rządem na Obczyźnie oraz wpływ amerykańskiej Polonii na te stosunki, nie ukrywała gorzkiej krytyki egoizmu amerykańskiej polityki wobec Polaków. Profesor Neal Tease z Uniwersytetu Wisconsin stwierdził, że książka ta „pozostaje równie aktualna dziś jak w momencie jej ukazania”. Podobną problematykę omawiała wydana w 1982 r, książka: Lukasa : “ Bitter Legacy: Polish-American Relations in the Wake of World War II “. Wśród innych książek Lukasa największy rozgłos zyskała publikacja „ Did the Children Cry: Hitler's War Against Jewish and Polish Children, 1939-1945” ,poświęcona obrazowi cierpień polskich i żydowskich dzieci w czasie wojny. Dodajmy do tego dwa przygotowane przez Lukasa wybory polskich wspomnień z doby wojny: „Out of the Inferno: Poles Remember the Holocaust,” (1989,) i „Forgotten Survivors: Polish Christians Remember the Nazi Occupation”, (, 2004).

Prof. R.C. Lukas jest obok prof. N. Daviesa tym zagranicznym historykiem, który opublikował najwięcej cennych dzieł o Polsce. Oczywiście ksiązki Daviesa zyskały bez porównania więcej rozgłosu w świecie.. Równocześnie jednak trzeba stwierdzić, że niektóre części jego książek były nieco powierzchowne i zawierały uogólnienia pisane pod wpływem historyków niemieckich czy rosyjskich. (Pisałem na ten temat w drugim tomie książki „Żeby Polska…”,Warszawa 2010, ss.59-62). N. Davies pod wpływem salonu „krakówka” niepotrzebnie wdawał się też w bardzo powierzchowne oceny bieżącej sytuacji politycznej w Polsce, atakując PiS jako „ruch wywrotowy”, który „stara się zburzyć III RP”. Można żałować natomiast, że przy jego tak wielkim autorytecie Davies nie zdecydował się na otwarte przygwożdżenie antypolskich kłamstw hochsztaplera J. T. Grossa. W mojej ocenie R.C. Lukas znacznie gruntowniej od N. Daviesa odtwarzał obraz przedstawianych przez siebie wydarzeń historycznych w Polsce, choć ograniczał się tylko do czasów drugiej wojny światowej. Trzeba tu podkreślić, że Lukas wielokrotnie bardzo zdecydowanie występował przeciw kłamstwom na temat najnowszej historii Polski, m.in. bardzo mocno demaskując oszczerstwa J. T. Grossa.

Za swoje zasługi prof. Lukas był uhonorowany Nagrodą Fundacji Kościuszkowskiej, Orderem Odrodzenia Polski ( w 1988 r. przez Rząd Polski na Obczyźnie), Literacką Nagrodą im. Janusza Korczaka, przyznaną przez Ligę Przeciwko Zniesławieniu (1994), Nagrodą za osiągnięcia kulturalne, przyznaną przez Amerykańską Radę dla Polskiej Kultury (1994) Nagrodą Instytutu Józefa Piłsudskiego w Ameryce (2000), Nagrodą Stowarzyszenia Prasy Katolickiej (2009), Nagrodą Mieczysława Hamana, przyznaną przez Polish American Historical Association (2013 ).Na tym tle jakąż wielką niesprawiedliwością jest fakt, że profesor R. C. Lukas, autor tylu znakomitych książek o Polsce i zarazem niezłomny obrońca prawdy o naszym narodzie, nie został uhonorowany żadnym odznaczeniem przez 26 lat III RP, choć zasługuje na najwyższe wyróżnienia. A dzieje się tak w czasie, gdy najzajadlejszy polakożerca Jan Tomasz Gross jest uhonorowany wysokim odznaczeniem ( od A. Kwaśniewskiego ), a Ukrainiec Bohdan Osadczuk, b. stypendysta hitlerowski w Berlinie w czasie drugiej wojny światowej, reprezentujący w wielu sprawach nacjonalistyczne poglądy ukraińskie wobec Polaków został odznaczony przez A. Kwaśniewskiego Orderem Orła Białego! Za co?

Wierzę, że Pan, Panie Prezydencie, wreszcie naprawi tak haniebne zaniechania wobec profesora I. C. Pogonowskiego i profesora R. C. Lukasa i doprowadzi do ich należytego uhonorowania. Będzie to bardzo ważny krok na drodze do ukrócenia wieloletnich praktyk traktowania po macoszemu najbardziej zasłużonych ludzi z Polonii i najwybitniejszych zagranicznych polonofilów. Zwracam się z gorącą prośbą do liderów wielkich organizacji polonijnych: KPA, USOPAŁ, KPK i innych organizacji polonijnych oraz do wszystkich żarliwych patriotów o poparcie mego apelu do prezydenta Andrzeja Dudy w sprawie odpowiedniego uhonorowania prof. Ivo Cypriana Pogonowskiego i prof. Richarda C. Lukasa. I o zrobienie tego jak najszybciej, żeby nie zatroszczono się o ich pamięć dopiero po śmierci. Obaj są w podeszłym wieku: ur. w 1921 roku prof. I. C. Pogonowski ma 94 lata, a R. C. Lukas, ur. w 1937 r. ma 78 lat. Na dodatek, jak czytałem, prof. Pogonowski od dawna jest ciężko chory. Ich uhonorowanie przez nowego prezydenta RP należałoby do najcenniejszych jego dokonań. Czytelników mego blogu bardzo gorąco proszę o maksymalne spopularyzowanie tej propozycji.

Za: http://jerzyrnowak.blogspot.com

krakowniezaleznymkInformacja własna

Fot. w tekście p. Mirosław Boruta.

21 września 2015 roku Akademicki Klub Obywatelski im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Krakowie zaprosił Krakowian i Gości Naszego Miasta na spotkanie z p. prof. dr. hab. Jerzym Robertem Nowakiem i Jego najnowszą książką „Węgierska droga do zwycięstwa”.

20150921wdapel1Podczas spotkania w gościnnych progach Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” (Macierz Lwów), przy ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego 27 (Sala Łucznicza, I piętro) kilkadziesiąt osób podpisało, zainicjowany przez Naszego Gościa Apel w obronie Węgier, który - ilustrowany zdjęciami ze spotkania z dumą publikujemy:

Uczestnicząc w spotkaniu na temat reform rządu premiera Victora Orbána w siedzibie Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” w Krakowie w dniu 21 września 2015 roku pragniemy zadeklarować, że:

20150921wdapel2- zdajemy sobie sprawę z ogromnych trudności sprawianych Węgrom na skutek zalewu ich kraju przez wiele dziesiątków tysięcy imigrantów i apelujemy o dużo lepsze zrozumienie dla polityki Węgier w tej sprawie. Nb. polityki ściśle przestrzegającej zasad prawa unijnego w sprawie strzeżenia granic państw wchodzących w skład Unii Europejskiej,

- z oburzeniem reagujemy na odosobnione na szczęście próby podważania tysiącletniej tradycji przyjaźni polsko-węgierskiej przez paszkwile szkalujące Węgry (takie jak tekst prof. Wojciecha Sadurskiego „Po co komu Węgry?”),

20150922wdapel3- wyrażamy poparcie dla gruntownych reform węgierskich pod rządami Viktora Orbána i jego polityki stanowczej obrony interesów narodowych,

- sugerujemy rozważenie całokształtu tych reform jako bardzo ciekawego wzoru dla przyszłych działań polskich sił patriotycznych, mając nadzieję, na ich przekonujące zwycięstwo w nadchodzących wyborach parlamentarnych w Polsce.

(Od Redakcji): A książkę można kupić telefonując na numery: 608-854-215 i 603-199-036 😉

stefanbudziaszekStefan Budziaszek

21 września 2015 roku odbyło się w Krakowie spotkanie z prof. dr. hab. Jerzym Robertem Nowakiem, autorem dwutomowego opracowania "Węgierska droga do zwycięstwa". Organizatorem spotkania był Akademicki Klub Obywatelski im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Krakowie.


• https://www.youtube.com/watch?v=HGwywBDIqc0

(Od Redakcji): A książkę można kupić telefonując na numery: 608-854-215 i 603-199-036 😉

stefanbudziaszekStefan Budziaszek

Z profesorem Jerzym Robertem Nowakiem o sytuacji na Węgrzech i polityce rządu premiera Victora Orbana po najeździe dwustutysięcznej rzeszy imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, rozmawia socjolog z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie dr Mirosław Boruta.


• https://www.youtube.com/watch?v=zOrW1s-jlZI

(Od Redakcji): A książkę można kupić telefonując na numery: 608-854-215 i 603-199-036 😉

krakowniezaleznymkInformacja własna

8 grudnia 2014 roku Akademicki Klub Obywatelski im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Krakowie zaprosił Krakowian i Gości Naszego Miasta do siedziby Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego "Sokół" (Macierz Lwów), przy ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego 27 (Sala Łucznicza, I piętro) na spotkanie z p. prof. dr. hab. Jerzym Robertem Nowakiem.

20141208jrn2Spotkania pod tytułem "Aby Polska była Polską", nawiązującym do słów Prymasa Tysiąclecia, kardynała Stefana Wyszyńskiego prowadził p. dr Mirosław Boruta, socjolog, jeden z dwóch, obok p. mgr. Andrzeja Ossowskiego, sekretarzy krakowskiego Akademickiego Klubu Obywatelskiego (fot. p. Feliks Stalony-Dobrzański).

Przy tej okazji warto wspomnieć o materiałach przygotowanych i wydanych społecznym wysiłkiem. Przybliżmy więc tę publikację, choćby poprzez okładkę i podany skrótowo spis treści.

2014akoiik- prof. zw. dr hab. Ryszard Kantor / Hodowla umysłów zamkniętych, czyli duszno na uczelniach,
- prof. dr hab. inż. Janusz Kawecki / Jak być sumieniem narodu? Współczesne zadanie środowiska naukowego,
- dr inż. Feliks Stalony-Dobrzański / Świadomość obywatelska środowiska akademickiego jako siła sprawcza w kształtowaniu świadomości obywatelskiej społeczeństwa,
- dr Mirosław Boruta / O znaczenie języka dla polskości,
- dr Krzysztof Pasierbiewicz / Sanacja moralno-etyczna środowiska akademickiego warunkiem sine qua non dla powodzenia reformy szkolnictwa wyższego,
- mgr Edward Kuliga / Nierządne państwo jako wyraz interesów postkomunistycznego i postsolidarnościowego realnego układu władzy w Polsce,
- dr Wiesław Bożejewicz / Zdrowy rozsądek a poznanie zdroworozsądkowe, w krótkim zarysie,
- dr Paweł E. Tomaszewski, dr inż. Feliks Stalony-Dobrzański / Życiowa i naukowa postawa prof. Jana Czochralskiego przykładem formacyjnym dla świadomości obywatelskiej Polaków,
- prof. dr hab. inż. Anna Mitkowska / Nauka dla budowania jakości życia, na przykładzie „architektury krajobrazu”.

Tom zawiera także wybór dwudziestu dokumentów, deklaracji, oświadczeń i stanowisk środowiska krakowskich naukowców dla których słowa prawda jest najważniejsza – stanowią przewodnią myśl ich naukowej twórczości i obywatelskich działań.

Zapraszamy Państwa do obejrzenia relacji filmowej, autorstwa p. Stefana Budziaszka:


• https://www.youtube.com/watch?v=p9FHkzq61O4

miroslawborutaMirosław Boruta

21 października Akademicki Klub Obywatelski im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Krakowie oraz Krakowski Klub Gazety Polskiej im. Janusza Kurtyki zaprosiły Krakowian do gościnnych sal Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” (Macierz Lwów), ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego 27 (Sala Łucznicza, I piętro) na spotkanie z p. prof. dr. hab. Jerzym Robertem Nowakiem.

Tytuł spotkania to: W obronie Polski, polskości i wiary, a poprowadził je p. Marek Michno, historyk, wiceprzewodniczący Krakowskiego Klubu Gazety Polskiej im. Janusza Kurtyki.

Zapraszamy do obejrzenia relacji fotograficznej, na którą składają się zdjęcia autorstwa pp. Alicji Rostockiej (fot. 1-10) i Zbigniewa Galickiego (fot. 11-17):
https://picasaweb.google.com/103511753291993799832/21Pazdziernika201302
oraz filmu, autorstwa p. Stefana Budziaszka:
http://www.youtube.com/watch?v=C0AyACZC7L0

miroslawborutaMirosław Boruta

Krakowski Klub Gazety Polskiej im. Janusza Kurtyki, podobnie jak wiele innych Klubów z całej Polski i kilka z zagranicy (z całą pewnością byli w Warszawie Klubowicze z Essen), wziął udział w sobotniej manifestacji, marszu i proteście przeciwko „rządom” (bezwzględnie należy ten wyraz wziąć w cudzysłów) Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Warszawa, nasza Stolica, przyjęła wszystkich życzliwie, autobus został w centrum miasta, pogoda wyśmienita, a uśmiechy i pozdrowienia wymieniane z innymi grupami uczestników i mieszkańcami Warszawy pozwoliły zapomnieć o głupiej propagandzie mediów „mętnego nurtu”, chcących poróżnić rodaków, najlepiej wszystkich ze wszystkimi – aż korci, by zapytać – w czyim interesie i w jakiej walucie za to płacą?

SPierwsza zbiórka przy Rotundzie pozwoliła spotkać się Klubowiczom z redaktorem naczelnym „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”, p. Tomaszem Sakiewiczem i przećwiczyć kilka sztandarowych okrzyków. Pominę te najbardziej znane i tradycyjne, ale warto tę listę uzupełnić o takie jak: „Nie ma stoczni, nie ma łupków, jest Platforma i rząd głupków”, „Ani centa dla Vincenta” czy „Gdzie są drogi, gdzie jest praca, Polska woła Jarku wracaj” – copyright autor 😉

Pierwszy etap marszu to przejście od Ronda im. Romana Dmowskiego do Ronda im. Charlesa de Gaulle’a i na plac Trzech Krzyży. Tam Klubowicze zaprezentowali się w całej okazałości i była to ostatnia ku temu okazja – chcąc nie chcąc zostaliśmy później podzieleni i wchłonięci przez tysiące – i to był chyba największy powód do radości, znów zobaczyliśmy ilu nas jest, ilu Polaków potrafi wstać w środku nocy i ponieść trud przyjazdu na manifestację, udziału i powrotu.

Teraz już będzie łatwiej wybrać te 561 osób (Sejm, Senat, prezydent) o niebo bardziej mądrych i wartościowych od większości przedstawicieli obecnej władzy czy opozycji – no, jasne, że nie wszystkich 😉

Warto dodać, że my – Krakowianie – ponad dwie godziny spędziliśmy w towarzystwie niezwykle mądrego i zasłużonego dla Sprawy Polskiej profesora, Jerzego Roberta Nowaka. Już dzisiaj wiemy, że po raz kolejny będziemy Go podejmować w naszym mieście.

SPrzejście tłumów przez Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście na Plac Zamkowy trwało godzinami. Gdy pierwsze grupy demonstrujących przeciwko nieudolnym Platformie Obywatelskiej i Polskiemu Stronnictwu Ludowemu opuszczały ścisłe centrum, mogły długo jeszcze podziwiać maszerujące z naprzeciwka kolejne grupy uczestników tego wspaniałego, gwiaździstego zlotu Polaków.

Klubowicze krakowscy, wraz z poznańskimi, mieli dużo szczęścia odpoczywając dłuższą chwilę w siedzibie Księgarni Gazety Polskiej na rogu Świętokrzyskiej i Mazowieckiej. Już wcześniej, podczas wędrówki przez rozkopaną Stolicę, mieliśmy okazję spotkać zarówno „Andrzejka” (to ten który zrobił, najgłupszy z możliwych, ruch w życiu człowieka - Krzyż zamienił na platformę). Oj, usłyszał on kilka szczerych zdań na swój temat. Po chwili natknęliśmy się także na portret śp. prezesa Sławomira Skrzypka na budynku NBP, przy którym to portrecie zaciągnęliśmy krótką, krakowską wartę honorową. Jak to w życiu, gdzie podłe chwile przeplatają się ze wzniosłymi.

SWdzięczni za zaproszenie, krzesła i herbatę spotkaliśmy się raz jeszcze z redaktorem Tomaszem Sakiewiczem, który podzielił się z nami swoimi uwagami „na gorąco”, odpowiedział także na mnóstwo pytań dotyczących tak najnowszych wydarzeń politycznych, jak i międzyśrodowiskowych relacji na prawicy. Nie jest bowiem zaskoczeniem, że większość z nas przynależy do więcej niż jednego środowiska, choćby Prawa i Sprawiedliwości, NSZZ „Solidarność”, Kół Przyjaciół Radia Maryja i oczywiście Klubów Gazety Polskiej i to o czym marzymy… najmniej to wszelkie „wojny na górze”. Bo tak naprawdę jest się z kim „bić”, ale… to już może… spoza listy.

Jesteśmy bardzo wdzięczni Zarządowi Regionu Małopolska NSZZ „Solidarność” za udzieloną nam pomoc logistyczną czemu daliśmy wyraz – tak Klubowicze, jak i nasi Sympatycy – gremialnie przybierając w tym dniu barwy związkowe – z całą pewnością byliśmy solidarni z „Solidarnością”. Dziękujemy. Żeby Polska była Polską.

Pod spodem linki do fotoreportaży, autorami których są pp. Józef Bobela i Zbigniew Dryla:
https://picasaweb.google.com/103511753291993799832/14Wrzesnia2013jb
https://picasaweb.google.com/103511753291993799832/15Wrzesnia2013

miroslawborutaMiroslaw Boruta

11 lutego 2013 roku Krakowski Klub Gazety Polskiej im. Janusza Kurtyki zorganizował spotkanie z profesorem Jerzym Robertem Nowakiem, historykiem i publicystą. Znakomita frekwencja na spotkaniu (kilkukrotnie donoszone krzesła), ławki zajęte przez młodzież, swoboda prowadzenia prelekcji przez naszego Gościa, jego znakomite przygotowanie do tematów: historycznych, politycznych, społecznych a nawet ekonomicznych czy zagranicznych (węgierskich!), ta atmosfera udzieliła się wszystkim obecnym.

profesorjrnowakSpotkanie trwało ponad trzy godziny i gdyby nie szacunek dla Profesora (fot. p. Zbigniew Galicki) i potrzeba zachowania jego kondycji także dla kolejnych środowisk, trwało by jeszcze długo dłużej. Jeden wątek trzeba natomiast wyeksponować szczególnie – wątek koniecznej współpracy wielu środowisk polskich, różnorodnych ale stojących przecież na fundamencie dumy z polskości, potrzeby polskości  i jej rozwoju – dzisiaj i w przyszłości. Potrzeby szerokiego frontu ponad drobnymi różnicami – dziękujemy za te słowa!

Bardzo dziękujemy także naszym Gospodarzom. Spotkanie – w ramach Salonu Gościnnego Krakowskiego Klubu Gazety Polskiej odbyło się w gościnnych progach Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” (Macierz Lwów) przy ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego 27, zapraszamy na kolejne.

kkgpsglogo

I jeszcze linka do zdjęć autorstwa p. Andrzeja Rychławskiego:
https://picasaweb.google.com/103511753291993799832/11Lutego2013?authuser=0&feat=directlink

Warto także sięgnąć do informacji, które zawiera autorska strony www Pana Profesora: http://www.jerzyrobertnowak.com

Jerzy Robert Nowak, historyk (profesor wyższej uczelni) i publicysta, autor ponad 40 książek i około 1400 publikacji prasowych (w tym około 900 artykułów). Jako świetny znawca problematyki węgierskiej (należy do nielicznych cudzoziemców mianowanych za zasługi dla kultury węgierskiej nadzwyczajnym członkiem Węgierskiego Związku Pisarzy) zrobił ogromnie wiele dla upowszechnienia wiedzy o naddunajskich „bratankach”.

Po 1989 roku prof. J. R. Nowak odegrał większą niż ktokolwiek inny w Polsce rolę w ukazywaniu zagrożeń antypolonizmu i przełamywania tabu wokół problematyki żydowskiej).

Konsekwentna obrona polskości prowadzona przez prof. J. R. Nowaka naraziła go za to na różne ataki i szkalowanie w kraju (na łamach „Gazety Wyborczej”, „Wprost”, „Tygodnika Powszechnego”, „Midrasz”, etc.). Ciągle próbuje się blokować dotarcie do jego książek na terenie całego kraju. W 2002 r. doszło do wystąpienia przeciwko 3 książkom prof. J. R. Nowaka ze strony prokuratury w Tychach. Sprawa zakończyła się fiaskiem po wielkiej serii wystąpień w obronie książek prof. J. R. Nowaka ze strony o. Tadeusza Rydzyka, prezesa KPA Edwarda Moskala i licznych innych działaczy polonijnych, kilku interpelacji poselskich, kilkudziesięciu profesorów i in. Niepowodzeniem zakończyła się również podjęta w 2003 r. próba zaskarżenia broniącej prawdy o Polsce książki „100 kłamstw J. T. Grossa” w prokuraturze warszawskiej. Teksty Profesora J. R. Nowaka bezpośrednio ukazują prawdę o pseudoelitach politycznych, próbach fałszowania polskiej historii przez pseudohistoryków, manipulacjach i cenzurze w mediach, antypolonizmie, aferach. Profesor Jerzy Robert Nowak jest mistrzem polemiki, swoje teorie podpiera faktami, potrafi bezpośrednio i odważnie demaskować obłudę i kłamstwa, co najczęściej kończy się ucieczką przeciwników od dyskusji.

kprmlogoKoło Przyjaciół Radia Maryja przy parafii pod wezwaniem Świętego Maksymiliana Marii Kolbego w Krakowie Mistrzejowicach zorganizowało spotkanie otwarte z profesorem Jerzym Robertem Nowakiem.

Tematem spotkania było: Powstanie Styczniowe 1863 roku, a dzisiejszy patriotyzm” (Polacy w obronie wolności).

Fotorelację, autorstwa p. Zbigniewa Galickiego, można obejrzeć tutaj:
https://picasaweb.google.com/ZbigniewGalicki/20130210_NowakJerzyRobertMCe?authkey=Gv1sRgCPzmytiv4JnPag&feat=email