Category Archives: NAUKA i oświata

Etyka jest działem filozofii

jerzybukowskiJerzy Bukowski

Ta „oczywista oczywistość” wciąż nie może się przebić do mediów. Bardzo często dziennikarz przeprowadzający wywiad z przedstawicielem tej pięknej nauki specjalizującym się w problematyce moralnej przedstawia go jako „filozofa i etyka”.

To zupełnie tak samo, jakby określić Kamila Stocha „sportowcem i skoczkiem narciarskim”, albo profesora Bogdana Chazara „lekarzem i ginekologiem”, a przecież skoki narciarskie są jedną z dyscyplin sportu, ginekologia jest zaś częścią medycyny.

Niestety, nawet na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie, na którym pracuję od 37 lat, pojawia się niekiedy w harmonogramie studiów przedmiot „filozofia i etyka”, co doprowadza mnie do szewskiej pasji.

Wiem, że mój tekst jest typowym „głosem wołającego na pustyni”, ale z drugiej strony „kropla drąży skałę”.

Prof. Jacek Rońda wygrał proces z AGH! Zawieszenie go i odsunięcie od zajęć było bezprawne

wpolityceloZespół wPolityce.pl / WKT

Profesor Jacek Rońda wygrał proces z Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie. Sąd uznał, że prof. Rońda wnosząc pozew o ochronę dóbr osobistych przeciwko rektorowi krakowskiej uczelni, miał rację, że zawieszenie go i odsunięcie od zajęć było bezprawne i naruszyło jego dobra osobiste.

Sąd nakazał także przeproszenie prof. Rońdy za działania naruszające jego dobra osobiste i nakazał opublikowanie tych przeprosin w kilku mediach, m.in. w „Gazecie Wyborczej” i „Dzienniku Polskim”.

Za: http://wpolityce.pl/polityka/333339-nasz-news-prof-ronda-wygral-proces-z-agh-zawieszenie-go-i-odsuniecie-od-zajec-bylo-bezprawne

Stanowisko ministra nauki dotyczące wolności słowa na polskich uczelniach

Środa, 15 marca 2017

jaroslawgowinMinister Jarosław Gowin

Z niepokojem i smutkiem przyjąłem informację, że władze kilku polskich uniwersytetów wydały zakaz zorganizowania w swoich murach wykładu Pani Rebecki Kiessling – amerykańskiej prawniczki i działaczki ruchu pro-life.

Misją uniwersytetu jest dążenie do prawdy. Droga zaś do niej to dialog, ścieranie się przeciwstawnych, racjonalnie uzasadnionych stanowisk, szacunek dla wolności myśli i pluralizmu. Z przykrością muszę stwierdzić, że decyzję władz wspomnianych uniwersytetów odbieram jako zaprzeczenie tych wartości. Konstytucyjna zasada autonomii uczelni służy poszerzaniu wolności badań naukowych oraz wolności słowa. Powinna być gwarancją dla szerokich swobód, a nie narzędziem do ich ograniczania.

W polskich uczelniach zdarzają się wykłady, konferencje czy pokazy artystyczne, które przekraczają najbardziej elementarne tabu zachodniej cywilizacji, a w istocie uderzają w ogólnoludzkie wartości. Niezależnie od tego, na jak ciężką próbę wystawia to moje poczucie smaku i zmysł prawdy, konsekwentnie wstrzymywałem się od interwencji – w duchu szacunku dla autonomii uczelni i wolności akademickiej. Trudno jednak, bym milczał, gdy zasadom tym sprzeniewierzają się – w mojej ocenie – ci, którzy powołani są do roli ich strażników.

Jest to dla mnie tym bardziej nie do zaakceptowania, że w przypadku wykładu Pani Kiessling mamy do czynienia nie z prezentacją argumentów na rzecz któregoś ze stanowisk skrajnych, lecz z obroną najprostszej wartości: ludzkiego życia. Z poglądami Pani Kiessling można się zgadzać lub nie, lecz zabranianie ich artykułowania jest niczym innym jak cenzurą.

Liczę, że środowisko akademickie przyjmie moje słowa jako głos w obronie fundamentalnej dla uniwersytetu zasady wolności myśli i słowa, a także jako wyraz troski, by polskie uczelnie nie zostały poddane ideologicznemu dyktatowi. Jednocześnie dziękuję wszystkim, zwłaszcza organizacjom studenckim, za jasne wyrażenie sprzeciwu wobec praktyki, która niszczy ducha prawdy.

Tekst i zdjęcie za: http://www.nauka.gov.pl/aktualnosci-ministerstwo/stanowisko-ministra-nauki-dotyczace-wolnosci-slowa-na-polskich-uczelniach.html

Za a nawet przeciw, czyli o tym, że można być „za” eugeniczną aborcją i uczyć niepełnosprawne dzieci

annadabrowskaAnna Dąbrowska*

Nauczycielka z Zespołu Szkół Specjalnych nr 39 w Zabrzu wzięła udział w tzw. czarnym proteście. Zaocznie, ale jednak. W czasie, kiedy jej podopieczni konsumowali obiad, pani, wspólnie z 9 koleżankami, podobnie, jak ona ubranymi w czerń, zrobiła sobie na okoliczność protestu stosowane zdjęcie, które trafiło na FB-ka. Sprawy by nie było, gdyby zdjęcia nie zobaczyli w Kuratorium. Zrobiła się mała „aferka” z finałem przed komisją dyscyplinarną przy Wojewodzie.

Komisja pomyślała i zdecydowała o oddaleniu zarzutu sprzeniewierzenia się zawodowi. Zwyciężyło prawo do wolności przekonań i wiara w człowieka została ocalona – jak stwierdziła zwolenniczka prawa do mordowania dzieci nienarodzonych, po ogłoszeniu werdyktu w swojej sprawie.

Lewacy zawiedzeni, bo znów przepadła okazja do wykreowania męczennicy. Ja też jestem zawiedziona, bo niestety zwyciężyła polityczna poprawność.

20170210adksdJaką wrażliwość może mieć kobieta (fot. YouTube), która nie rozumie niestosowności swojego zachowania, możemy się domyślać, ale jaki był powód, że komisja dyscyplinarna wyłączyła myślenie? Może strach przed posłem Budką, który wspierał dzielne zwolenniczki aborcji, nauczycielki szkoły specjalnej z wieloletnim doświadczeniem.

Jeśli wciąż ulegać będziemy presji środowisk lewackich, jeżeli zachowania na granicy schizofrenii ( jak inaczej nazwać poparcie dla mordowania dzieci np. z zespołem Downa, będąc ich nauczycielem) będziemy uznawali za normę, jaką przyszłość wyszykujemy naszym dzieciom?

Najbardziej przeraża ten brak refleksji. Panie nie wiedzą co takiego złego zrobiły? Przecież wykonanie zdjęcia trwało 2 sekundy!

Dla jasności: w wypadku kobiety pracującej z dziećmi, w dodatku niepełnosprawnymi, nie jest ważne, czy pani nauczycielka wzięła udział w czarnym proteście będąc w pracy, czy „po godzinach”. Ważne jest, że w ogóle wzięła w nim udział. Bogu dziękuję, że nie mam dziecka w tej szkole, bo musiałabym szukać innej.

* Autorka jest prezesem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Za: http://warszawskagazeta.pl/felietony/anna-dabrowski/item/4567-za-a-nawet-przeciw-czyli-o-tym-ze-mozna-byc-za-eugeniczna-aborcja-i-uczyc-niepelnosprawne-dzieci

Dobra szkoła

premierbeataszydloSzanowni Państwo,

Rozpoczynamy nowy etap wdrażania reformy edukacji, jednej z najbardziej potrzebnych i oczekiwanych reform.

Te zmiany to olbrzymia szansa dla polskich uczniów, rodziców i nauczycieli. Zreformowana szkoła zapewni dzieciom i młodzieży bezpieczeństwo oraz kompleksowe kształcenie i wychowanie. Stanie się miejscem, w którym uczniowie będą mogli rozwijać swoje talenty i zainteresowania. Zmiany w systemie edukacji to także gwarancja dla rodziców, że będą współdecydować o tym, jak szkoła realizuje cele pedagogiczne oraz wychowawcze.

Reforma edukacji to również szansa nauczycieli na godne zarobki oraz doskonalenie zawodowe:
https://www.youtube.com/watch?v=MU-Zv1mxGRc

Od przyszłego roku szkolnego obecne 6-letnie szkoły podstawowe staną się 8-letnimi szkołami podstawowymi, 3-letnie licea ogólnokształcące staną się 4-letnimi liceami, a 4-letnie technika szkołami 5-letnimi. W systemie edukacji pojawią się dwustopniowe szkoły branżowe.

Więcej informacji znaleźć można na stronie internetowej poświęconej reformie: http://reformaedukacji.men.gov.pl

20170111bsWprowadzenie kompleksowych zmian w systemie oświaty jest realizacją jednego ze sztandarowych projektów mojego rządu. Nie mam wątpliwości, że ta reforma jest doskonale przygotowana, dopracowana. Zmiana w edukacji jest ewolucyjna i jest rozłożona na wiele lat.

Wiem, że wszelkie reformy wymagają współpracy wielu środowisk: nie tylko polityków i samorządowców, ale także nauczycieli, rodziców i uczniów. Wierzę, że razem możemy stworzyć dobrą szkołę.

To nie jest stalinowska Polska, dlaczego więc nadal nie znamy prawdy?

waclawkujbidaWacław Kujbida*

Z Wacławem Kujbidą o tym, kto mordował Żydów w Jedwabnem i dlaczego prokuratorzy IPN nie chcą ujawnić prawdy rozmawia Błażej Torański.

Błażej Torański: Wie Pan, co o pogromie w Jedwabnem jest napisane w polskiej Wikipedii?

Wacław Kujbida: Wiem. Dokładnie nie przytoczę, ale w skrócie mniej więcej brzmi to tak, że grupa polskich młokosów spędziła ludność żydowską na rynek, a potem do stodoły i podpaliła.

Dokładnie to jest tak: „masowe morderstwo dokonane przez grupę co najmniej 40 Polaków zamieszkujących miasto Jedwabne na kilkuset Żydach zamieszkujących to miasto i jego okolice 10 lipca 1941 z inspiracji niemieckiej, w czasie niemieckiej okupacji Polski. W wyniku zbrodni zginęło co najmniej 340 osób, z czego około 300 zostało żywcem spalonych w stodole”. Co Pan czuje, jak to czyta?

Nie ma słów oburzenia. Ten przekaz jest już tak zmanipulowany za granicą, że przeciętny obywatel Stanów Zjednoczonych czy Kanady zapytany o okupację Polski w czasie II wojny światowej myśli automatycznie, że mordercami w Jedwabnem byli nie Niemcy, tylko Polacy.

Do tego fałszywego obrazu pogromu w Jedwabnem przyłożył rękę Instytut Pamięci Narodowej, powołany w końcu m.in. do tego, aby dementować kłamstwa historyczne. Jak Pan postrzega ten paradoks?

To jest nie tylko paradoks. To skandal. Ale jest to także ustawowa ułomność Instytutu Pamięci Narodowej, który ma dwa piony. W jednym są placówki edukacyjne, badawcze, historyczne. Drugi jest pion prokuratorski, który ma to samo źródło finansowania, ale nie jest zależny organizacyjnie od władz IPN. Prokuratorzy IPN są niezależni i – tak jest w przypadku Jedwabnego – prowadzą własną politykę. W tej mierze postawa prokuratorów od kilkunastu lat jest skandaliczna. Oparli się bowiem w swych śledztwach na fałszywych przesłankach. Kontynuowali wnioski wysnute ze śledztw Urzędu Bezpieczeństwa stalinowskiej Polski. To nie były niezależne śledztwa, bo to samo UB zabijało żołnierzy wyklętych w sfingowanych procesach. W tym czasie śledztwa w sprawie Jedwabnego były fikcją polityczną, maskaradą. Paradoksem historii jest, że IPN odmówił nam wszczęcia śledztwa na podstawie nowych śladów, zeznań naocznych świadków i dowodów, do których dotarliśmy. We wnioskach w lutym i w marcu tego roku domagaliśmy się, aby Niemców uznać za sprawców, a Jana Tomasza Grossa, jako winnego przestępstwa z art. 55 ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, w którym jest mowa o zaprzeczaniu zbrodniom niemieckim. IPN odpisał nam, że nasze argumenty nawet nie zasługują na rozważenie. Wyśmiano nas. To bardzo smutne.

Ano właśnie. IPN prowadził śledztwa w latach 2002–2004. Wedle IPN rola Polaków – co najmniej czterdziestu mieszkańców Jedwabnego i okolic – była decydująca w realizacji zbrodniczego planu. Polacy byli wykonawcami zbrodni zainspirowanej przez Niemców. Prokuratorzy IPN przesłuchali 111 żyjących świadków.

Niestety, łatwo udowodnić, że nie byli to naoczni świadkowie. Ci ludzie słyszeli o zbrodni od babć, dziadków, znajomych, a często urodzili się wiele lat po pogromie w Jedwabnem. Jeszcze raz chce jednak podkreślić, że to są rezultaty śledztw pionu prokuratorskiego, a nie całego IPN. W niczym to jednak śledczych nie usprawiedliwia. Nie oparli się bowiem na naocznych świadkach i czerpali wiedzę z zakłamanego, zmanipulowanego śledztwa UB z czasów PRL. Mam na to dowody. Najgorsze, że od roku informujemy IPN o nowych dowodach historycznych, odnalezionych przez nas świadkach, prosimy o ich przesłuchanie, a prokuratorzy IPN na to nie reagują. Nie wiem, jak to nazwać.

Wraz z żoną odnalazł Pan naocznego świadka: Hieronimę Wilczewską. Twierdzi tak (cytuję dosłownie): „To nie byli żadne Polacy. Polacy byli tak samo gonione pod karabinem, jak i ci Żydzi. Jeśli pomagali to pod karabinami, pod strachem z karabinu. Może i był tam jaki ochotnik. Ale większość byłą ludzi zmuszonych, którzy ze strachu szli, pomagali. Pokazywali, gdzie ci Żydzi mieszkają. Niech powiedzą prawdę, że Polacy byli zmuszani pod karabinami. Zamordowali Niemcy”. Byli zmuszani czy nie?

Byli. To się potwierdza. Prokuratorzy IPN albo nie chcą, albo nie mogą dotrzeć do tych świadectw. Do Hieronimy Wilczewskiej, ale i do Stanisława Boczkowskiego dotarliśmy w 2013 roku. Także inne świadectwa naocznych świadków mówią, że Polacy pod groźbą śmierci byli zmuszani do wskazywania miejsc, gdzie mieszkają Żydzi, ich sąsiedzi, do pilnowania ich i zapędzenia do stodoły. Nie jest jednak możliwe, aby czterdziestu Polaków, młokosów z kijami, zapędziło kilkuset Żydów, zgromadziło ich na rynku i tymi samymi kijami wtłoczyło się do stodoły i podpaliło. Nie bądźmy dziećmi.

Przez trzy lata Hieronima Wilczewska i Stanisław Boczkowski nie zostali przesłuchani przez prokuratorów IPN?

Tak, trzy lata temu przeprowadziliśmy wywiady dziennikarskie. Nic tego nie zapowiadało, ale szybko zorientowaliśmy się, że są to fundamentalne odkrycia i świadkowie. Praca nad filmem „Jedwabne–Świadkowie–Świadectwa–Fakty” trwała dwa i pół roku, bo nie mówimy w nim tylko o zbrodni w Jedwabnem, ale także o czternastu tego samego rodzaju zbrodniach! Za każdym razem ludzi pochodzenia żydowskiego palono w drewnianych domach lub stodołach.

Metoda zbrodni była ta sama, bo komandem śmierci dowodził ten sam esesman, porucznik Hermann Schaper. Mordowali Żydów kolejno w: Wiźnie, Wąsoszu, Radziłowie, Jedwabnem, Łomży, Tykocinie, Rutkach, Piątnicy, Zambrowie…

Nie tylko ludność pochodzenia żydowskiego, ale i wielu Polaków zlikwidowano w ten sposób po 22 czerwca, po wejściu Niemców na tereny Polski okupowanej przez Sowietów, włączonych do zachodniej Białorusi. Do końca sierpnia komando Schapera szło od wioski do wioski i robiło to, co w Jedwabnem: rozstrzeliwało, ale najczęściej paliło w stodołach. Jedwabne – w którym sprawstwo zbrodni IPN przypisał Polakom – ma być od tego wyjątkiem? Absurd. Ten sposób mordowania był powszechny w Einsatzkommando. Tłumaczymy to dokładnie w naszym filmie. Nawarstwienie manipulacji historycznej jest głębsze, gdyż mówi się o okrutnych zbrodniach na zachodniej Białorusi i Ukrainie, przemilczając, że to były tereny Polski, zajęte przez Sowietów po 17 września 1939 roku.

Jak Pan tłumaczy, że prokuratorzy, dysponujący aparatem śledczym, nie potrafili dotrzeć do naocznych świadków, co udało się Panu?

Przypuszczam, że nie chcieli dotrzeć do wszystkich, dostępnych im materiałów. Powiem więcej: w tej chwili w zasięgu prokuratorów IPN są dokumenty dowodzące, że nie Polacy są autorami tej zbrodni.

Harold Zissman z Jedwabnego, na którego Pan się powołuje, napisał w pamiętniku o esesmanach: „Zagonili wszystkich Żydów do stodoły i podpalili. Ktokolwiek chciał stamtąd uciekać został skoszony seriami z pistoletów maszynowych”. Przecież Polacy nie mieli broni, tylko kije. Zissman jest niezwykle wiarygodnym świadkiem, bo nieprzychylnym Polakom. Wrócił do Jedwabnego z Armią Radziecką, z NKWD, a potem zwiał do Stanów Zjednoczonych. Na Niemców, jako sprawców tej zbrodni wskazuje także autor innego pamiętnika: Michael Maik.

Niczym w mantrze powrócę do śledztwa prokuratorów IPN–u. W 2001 roku przerwano w Jedwabnem ekshumację. Wydobyto wtedy szczątki ubrań, butów, rzeczy osobistych, które pokazujemy na filmie, ale także inne dowody rzeczowe, na przykład fragmenty pomnika Lenina.

Stanisław Boczkowski mówi, że Niemcy nie tylko bili Żydów z Jedwabnego, kazali im na rynku śpiewać, skakać i tańczyć, a także krzyczeć „Przez nas wojna” i rozebrać pomnik Lenina. Z rozbitego monumentu każdy miał dźwigać fragment do stodoły.

Te fragmenty przechowywane są w wejcherowskim magazynie gdańskiego Muzeum II wojny światowej. Proszę napisać tłustym drukiem, że prokuratorzy IPN z Białegostoku odmówili nam upublicznienia w filmie protokołów przekazania dowodów rzeczowych. Inaczej mówiąc: nie mogliśmy powiedzieć w filmie o tym, co wykopano, w jakich ilościach.

Jak Pan tłumaczy ten zakaz?

Prokuratorzy Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu białostockiego IPN mają prawo do niezależnych decyzji. Są one skandaliczne.

Przeciętny Polak nie odróżnia pionów w IPN. Wszystko idzie na konto tej instytucji. A wygląda na to, jakby pion prokuratorski był państwem w państwie. Byłoby to możliwe w Kanadzie, gdzie mieszka Pan od 26 lat?

Widzę tu analogię do Trybunału Konstytucyjnego, który w założeniu ma być gwarantem demokracji, a w praktyce zabezpiecza interesy tylko pewnej grupy ludzi. W Polsce jest to pozostałość nieszczęsnego układu komunistycznego. W Kanadzie nie byłoby to możliwe. Każda instytucja państwowa czy dotowana z funduszy społecznych, gdyby działała przeciwko interesom tego państwa i narodu, przestałaby istnieć w ciągu 48 godzin. Kanadyjczycy bardzo interesują się naszym filmem. Działamy w mediach polskojęzycznych. Na kanadyjskiej stacji kablowej prowadzimy z żoną magazyn informacyjny. Ludzie bardzo interesują się tym tematem i mam nadzieję, że znajdziemy pieniądze na zrealizowanie anglojęzycznej wersji filmu.

Ciągle montujecie swój film, uzupełniacie o kolejne fragmenty. Kiedy uzyska ostateczny kształt?

Jesteśmy umęczeni próbami dotarcia do prawdy, choćby do wspomnianych dokumentów IPN–u. To nie są czasy stalinowskie ani stan wojenny, tylko Polska Anno Domini 2016. Nie do wiary.

Na szczęście nowy prezes IPN, dr Jarosław Szarek nie ma wątpliwości: „Wykonawcami tej zbrodni byli Niemcy, którzy wykorzystali w tej machinie własnego terroru pod przymusem grupkę Polaków”.

Jak najbardziej zgadzam się z tą opinią. Obawiam się jednak – obym był złym prorokiem, może się mylę, ale taka mam wiedzę – że prezes dr Jarosław Szarek nie jest zwierzchnikiem pionu prokuratorskiego w IPN. Ten pion może robić, co chce.

Jaka jest szansa dotarcia filmu do szerokiej widowni?

Nachalnie próbuję dobijać się do szefów Telewizji Polskiej. Kto jak kto, ale właśnie ta telewizja opłacana z kieszeni polskiego podatnika powinna ten film pokazać. Usiłujemy też znaleźć dystrybutora wersji DVD. Ten dokument powinien być pokazywany w polskich szkołach. Młodzi ludzie nie wiedzą, jak wyglądała okupacja, nie znają niuansów i dzięki temu mogą być manipulowani. Robimy, co możemy, aby ten film przebił się w Polsce.

* Wacław Kujbida, rocznik 1953, architekt po Politechnice Krakowskiej. Reżyser, publicysta, dziennikarz, badacz najnowszej historii Polski, realizator i autor radiowy, filmowy i telewizyjny, członek SDP. W 1979, po trzech latach współpracy z Radiem Kraków, odmówił wstąpienia do PZPR i nie dostał etatu. Wyemigrował do Kanady, gdzie mieszka od 26 lat. Wraz z żoną Elżbietą (biologiem po Uniwersytecie Jagiellońskim) prowadzą internetową telewizję „TV Niezależna Polonia”. W ottawskiej telewizji kablowej mają swój comiesięczny, polskojęzyczny program. Przez ostatnie dwa i pół roku realizowali film dokumentalny „Jedwabne–Świadkowie–Świadectwa–Fakty”. Obraz był pokazywany m.in. na ostatnim Festiwalu Niezłomni, Niezależni Wyklęci w Gdyni oraz na Festiwalu Filmu Niezależnego OKNO.

(Od Redakcji): Tekst publikujemy za zgodą Autora i stroną: http://www.sdp.pl/wywiady/13382,to-nie-jest-stalinowska-polska-dlaczego-wiec-nadal-nie-znamy-prawdy-,1476777429

Niemiecki koncern wydawniczy z Passau a media w Polsce

Jan Nowak

Passau (Pasawa) – miasto trzech rzek na pograniczu Austrii i Niemiec, przez miejscowych określane mianem bawarskiej Wenecji (jako pierwszy tak Passau miał nazwać, okupujący ją Napoleon I Bonaparte). Na górujących nad miastem przeciwległych wzgórzach, od północy wznosi się zamek Veste Oberhaus, zaś na wzgórzu południowym klasztor i sanktuarium Mariahilf, gdzie obecnie posługę duchową sprawują częstochowscy Paulini. W zamku będącym do początku XIX wieku rezydencją biskupów, przez pewien czas podległą Austrii, biskupem był Piast, książę Władysław, syn Henryka Pobożnego (por. A. Nowak, Dzieje Polski 1202-1340, t. 2, Kraków 2015, s. 152). Z najwyższej z wież zamkowych można obserwować Ortsspitze – miejsce, w którym łączy się Dunaj, Inn i Ilz – każda z rzek na inny kolor zabarwia już szerzej rozlewający się Dunaj. Poniżej przy starym zabytkowym Ratuszu w Glasmuseum można znaleźć poloniki – kryształowe puchary króla Stanisława Leszczyńskiego, pięknie ozdobione w herby rodowe władcy i Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.

W Passau znajdujemy nie tylko te skromne poloniki. W tej 55-tysięcznej miejscowości mieści się siedziba koncernu medialnego Verlagsgruppe Passau, która oprócz gazety codziennej Passaer Neuer Presse (założonej przez dra Hansa Kapfingera po II wojnie światowej, na podstawie licencji uzyskanej od Amerykanów), intensywnie działająca na rynku prasowym w Czechach i w Polsce, będąc właścicielem prasy regionalnej i tzw. kolorowej. Verlagsgrupe Passau obok Bauer-Verlag i Ringer Axel Springer, skupia w swoim rękach według różnych szacunków od 80% do 92% tytułów polskiej prasy. Jak do tego doszło?

Pierwsze wydanie Passaer Neuer Presse (PNP) ukazało się 5 lutego 1946 w nakładzie ok. 105 tys. egzemplarzy. Hans Kapfinger – represjonowany po dojściu Adolfa Hitlera do władzy – był idealnym kandydatem, który za pośrednictwem swojego dziennika mógł wesprzeć i promować amerykańską denazyfikację. Ideał słuszny, ale przeprowadzony przez filozofujących ideologów ze Szkoły Frankfurckiej (Frankfurter Schule) wprowadził w – i tak już nadwątlony idealizmem i narodowym socjalizmem – duchowy krwiobieg niemieckiej kultury: neomarksizm i nową lewicę. W ten sposób media z Passau – stały się ich tubą propagandową, wysuwając się na czele innych lewicujących niemieckich tytułów prasowych. W 1985 roku, w którym zmarł Kapfinger, PNP było już liderem na niemieckim rynku, posiadającym nowoczesne drukarnie, otrzymujące zamówienia na druk nie tylko z Niemiec, ale również Austrii.

Trzy lata później (w 1988) nowy szef PNP Franz Xaver Hirtreiter opracował strategię ekspansji gazety na Wschód (Europę Środkowowschodnią), co umożliwiły przemiany polityczno-społeczne w tej części Europy. Na początku PNP przejęła znaczną część prasy czeskiej, zakładając wydawnictwo Vltava Labe Presse (z czeskiego rynku koncern zaczął się wycofywać w 2015 roku). W 1991 PNP weszła na rynek austriacki, przejmując diecezjalne wydawnictwo w Linzu oraz udziały w Oberösterreichische Rundschau. Niepowodzeniem zakończyły się próby przejęcia rynku włoskiego (1998-2001) i słowackiego (od 1999-2009), gdzie na tym ostatnim oferowano zarówno prasę w języku słowackim, jak i węgierskim. Najbardziej interesujące – z naszego punktu widzenia – jest chyba przejęcie polskich mediów i, niestety, na tym gruncie bawarski wydawca może poszczycić się znaczącym sukcesem.

W 1994 roku PNP wykupiło od francuskiego koncernu Hersant-Gruppe, wycofującego się z polskiego rynku prasowego kilka regionalnych tytułów. Następnie, korzystając również z zaprzyjaźnionych, szwajcarskich i niemieckich koncernów prasowych, wydawca z Passau wykupił zdecydowaną większość prasy regionalnej, głównie na terenach należących do 1945 r. do III Rzeszy Niemieckiej. Czy można mówić tu o przypadku, kiedy grupy rewizjonistów niemieckich i tzw. „wypędzonych”, coraz częściej i głośniej mówią o powrocie tych ziem do Niemiec? Oczywiście, bawarski koncern przejął również tytułu na „rdzennie” polskich terenach, np. w Krakowie, Lublinie, Warszawie. W 2000 roku został powołany holding Verlagsgruppe Passau (VGP), którym od 2004 zarządzał dr Axel Diekmann, a następnie jego córka – Simone Tucci-Diekmann (od 2009). Rodzina Dieckmann skoncentrowała się na umocnieniu swoich wpływów głównie w Polsce, która stała się perłą bawarskiego koncernu– niczym kolonialne Indie w koronie Brytyjskiej.

verlagsgruppepassaumapaNa korytarzu przy hali, w której odbywają się cykliczne spotkania z gośćmi koncernu i jego czytelnikami, również w ramach Menschen in Europa, w głównej siedzibie Verlagsgruppe Passau w Pasawie przy ul. Medien Strasse 5, została zamieszczona mapa z mediami należącymi do tej firmy (zob. fotografia obok).

Obecnie VGP składa się z PNP-Gruppe i Polska Presse-Gruppe. Na PNP Gruppe składa się Passaer Neuer Presse GmbH, w skład której wchodzą: Neue Presse Zitungsvettriebs-GmbH, Donau-Isar-Bayerwald-Presse-GmbH, Donau-Wald-Presse-GmbH, Oberbayern-Presse-GmbH, Rottaler-Presse-GmbH, Alle Tage Verlags-GmbH, Neue Presse Unternehmensservice GmbH, Oberland-Presse-GmbH, Neue Presse Post GmbH, Neue Presse Multimedia GmbH, Passauer Neuer Media GmbH, Passauer Neue Presse Druck GmbH, Chiemgau Werbung und Vertrieb GmbH, Chiemgau Post GmbH, BGL-Medien GmbH. Koncern ma również udział spółce Funkhaus Passau GmbH, będącej właścicielem stacji radiowych: Unser Radio i Radio Galaxy oraz Unser Radio Deggendorf Programmanbieter Verwaltung – GmbH & Co. KG.

Jak widać, koncern z Passau stanowi potężne imperium medialne w południowej Bawarii, dysponujące nie tylko prasą i drukarniami, ale również pocztą i radiem. Ponadto wydaje on dwa bezpłatne dzienniki w sobotę i niedzielę dostarczane do skrzynek pocztowych odbiorców: Passaer Neuer Presse Kurier i Am Sonntag.

Polska Presse z siedzibą w Warszawie (jej szefową jest Dorota Staniek) wydaje dzienniki, prasę regionalną, motoryzacyjną, tzw. kolorową oraz portale internetowe. Są to następujące tytuły swoim zasięgiem obejmujące niemal całą Polskę: Dziennik Polski, Dziennik Bałtycki, Gazeta Wrocławska, Gazeta Krakowska, Dziennik Zachodni, Co gdzie, Głos Wielkopolski, Ale gratka.pl. Darmowe ogłoszenia drobne, Dom gratka.pl; Express ilustrowany; Motto gratka.pl, Polska The Time, Tele magazyn, Praca gratka.pl, Dziennik Łódzki, Motofakty.pl. Wszystko o samochodzie, Moto salon, Nasza historia, Ekstraklasa.net, Natablicy.pl, Nasze miasto, Autogiełda Wielkopolska, Wiadomości 24. Pl, Gratka.pl, E-budownictwo.pl, Polski Kurier, Langloo.com, Express ilustrowany. TV pilot, Kurier Lubelski Moto Express, Moto Jarmark, Jarmark oraz media regionalne: Nasze Miasto (w wydaniach dla Warszawy, Katowic, Trójmiasta, Wrocławia, Krakowa, Poznania, Łodzi, Bielsko-Białej i Leszna), Teraz Białystok (w mutacji dla: Gorzowa, Kielc, Koszalina, Opola, Radomia, Rzeszowa, Słupska, Torunia oraz Moje Miasto (wydawane w: Lublinie, Szczecinie, Zielonej Górze), Dziennik Wschodni, Echo Dnia, Gazeta Codzienna Nowiny, Gazeta Lubuska, Gazeta Pomorska, Gazeta Współczesna, Kurier Poranny, Nowa Trybuna Opolska, Tygodnik Ostrołęcki oraz Głos – Dziennik Pomorza w trzech lokalnych wydaniach: koszalińskim, pomorskim i szczecińskim.

VGP osiąga ponad 4,9 miliona jednorazowego nakładu, ma ponad 9 milionów czytelników. Koncern co roku odnotowuje wzrost swojego dochodu: w 2012 zarobił 251,3 milionów Euro, rok później: 262,1 mln Euro, zaś w 2014: 293,7 mln Euro. Ile z tych sum – przecież w znacznej części osiągniętych ze sprzedaży prasy polskim czytelnikom – pozostaje w kraju? Zasila np. polskie szkoły lub domy dziecka?

W rozmowie z pewnym Niemcem, dumnym z potęgi koncernu (ma do tego prawo), zapytałem, czy to, że media w Polsce należą do niemieckiego właściciela, nie przekłada się to na ich obiektywizm, na kształtowanie obustronnych relacji i wzajemnego sąsiedzkiego postrzegania? Otrzymałem odpowiedź, że nie! Należące do PNP media w Polsce mają miejscowe redakcje, które w doborze materiałów i polityki wydawniczej są niezależne od niemieckiej matki – przekonywał mnie mój rozmówca! Czy faktycznie tak jest? Czy w takich redakcjach opublikowano by tekst, który poddawałby krytyce (pomijam kwestię, czy byłby zasadny, czy nie) np. politykę emigracyjną kanclerz Merkel? Wówczas mój rozmówca, uznał, że musi być zachowana kontrola (faktycznie PNP jest orędownikiem migracyjnej polityki kanclerz Merkel). Z czym mamy więc do czynienia? Czy tylko z relatywizmem poznawczym i moralnym promowanym przez nową lewicę? A może walką o „rząd dusz” i drenaż ekonomiczny nadwiślańskiej kolonii? Nasuwa się więcej, bynajmniej nie retorycznych pytań:

Czy media te nie kształtują podstaw społecznych w Polsce? Czy faktycznie nie są tubą propagandową dla ich niemieckich właścicieli? Czy mogą pozwolić sobie na niezależność oraz na bezstronne i obiektywne przekazywanie prawdy, np. w sprawie obecnej polityki emigracyjnej w RFN, jej następstw i konsekwencji, również w niemieckim społeczeństwie? Podobno kapitał nie zna granic i narodowości. Czy jednak w przypadku konfliktu interesów (nawet nie tych militarnych), można zagwarantować bezstronność i obiektywizm polskojęzycznym mediom? Czy jest on możliwy w dobie stanowczej polityki rozgrywających w UE, czyli głównie Niemiec? A nawet agresywnej polityki historycznej naszych nie tylko Zachodnich sąsiadów? Czy przejęcie i zarządzanie mediami w Polsce oprócz ekonomicznego wymiaru, nie jest przede wszystkim „piątą kolumną” niemieckiego propagandowego zabezpieczenia? Pozwala to na kreowanie pedagogiki wstydu i antypolskich mitów (np. o rzekomych „polskich” nazistach (Nazi) lub rzekomych „polskich” obozach koncentracyjnych, rzekomym „polskim „antysemityzmie), przy równoczesnym wybielaniu faktycznych sprawców ludobójstwa, czyli Niemców. Oczywiście, media mogą zabezpieczać nie tylko politykę historyczną, ale również interesy ekonomiczne, lobbując na rzecz niemieckich koncernów i firm.

Niemcy chętnie powtarzający znane stereotypy o Polakach, ich gospodarce, często mają jednak świadomość, że Polacy są pracownikami dobrze wykwalifikowanymi, zdyscyplinowanymi i pracowitymi. Wykorzystując stosunkowo wysokie bezrobocie w Polsce, mają możliwość pozyskania tańszego pracownika niż za Odrą. Geograficzne położenie Polski pozwala na szybki i dogodny transport produkowanych podzespołów, które następnie w większości z powrotem trafiają do Polski jako produkt finalny. Czy jesteśmy niemiecką kolonią? Rezerwuarem taniej siły roboczej i rynkiem zbytu, często towarów, które na Zachodzie nie znajdują już nabywców, lub musiałyby zostać znacznie przecenione, nawet poniżej kosztów produkcji? Czy omawiane media nie stają na straży tego status quo? Czy zatem nie jest konieczna ich repolonizacja? Czy powinna one zupełnie zniknąć z polskiego rynku? Wybór należy do Czytelników, ale również do decydentów, których obowiązkiem jest troska o to, co stanowi wyznacznik życia społecznego, kulturowego i ekonomicznego. Bez własnych i powszechnych mediów nie będziemy mogli podjąć obiektywnej i twórczej debaty o tym, co jest najważniejsze oraz podjąć ważnych zmian i reform.

Józef Goebbels – doktor filozofii – jako jeden z pierwszych, obok Lenina, dostrzegł moc propagandy i negatywnego oddziaływania mediów. Dysponując tylko prasą i radiem oraz dopiero co rozwijającym się kinem, potrafił przekonać wielu swoich rodaków do aktywnego poparcia Hitlera. Mawiał, że kłamstwo, powtórzone wielokrotnie, staje się prawdą. Można rozgrywać ludzi i nastawiać ich przeciwko sobie. Taki proces nie jest tylko historią z pierwszej połowy XX wieku.

Dzieje się on również na naszych oczach, gdy wmawia się Polakom, że rządy PIS-u są dla nich zagrożeniem, a przeprowadzane przez rząd reformy, nie prowadzą do sanacji spauperyzowanego kraju. Niemieckie media i ich polskojęzyczne odpowiedniki w kraju nie mogą sobie podarować, że Polska wyrywa się z programu ucywilizowania Europy według programu nowej lewicy (ostatnio proces ten zarysował Bronisław Wildstein w swoim artykule Cywilizowanie polskich Irokezów, „wSieci” 25 kwietnia – 1 maja 2016, s. 60-62). W tym to „cywilizowanym” świecie tradycja, patriotyzm i wiara katolicka, stanowią anachronizmy, które należy jak najszybciej odrzucić. W ten sposób Polska staje się ponownie przedmurzem walki o łacińską (a nie – europejską) cywilizację. Cywilizacja łacińska – doprecyzujmy – wyrosła z greckiej filozofii, rzymskiego prawa i chrześcijańskiej religii (zasadniczo rzymsko-katolickiej) i stanowi jej twórczą kontynuację.

Podczas niemieckiej okupacji prasę wydawaną przez Niemców i kolaborantów określano mianem: „gadzinowej”, używając jej głównie do pakowania śledzi. Dziś, jeżeli Polacy przestaliby ją kupować, Niemcy, ponosząc straty, szybko wycofaliby się polskiego rynku. Nie dajmy się rozgrywać przez „obcych”, działających zgodnie ze starą rzymską regułą: „dziel i rządź”. Pamiętajmy, że ten, kto ustala znaczenie słów, ich interpretację, ten naprawdę rządzi! Koncern VGP został wyparty ze Słowacji i Włoch, ograniczono jego wpływy również w Czechach. Czas na repolonizację mediów w Polsce.

W imię polskiego patriotyzmu czas rozpocząć skuteczny, masowy, powszechny bojkot niemieckich mediów dla Polaków!

Gimnazja. Jest czego bronić?

szymonhuptys1Szymon Huptyś*

W 1999 r., za rządów Jerzego Buzka i koalicji AWS-UW przeprowadzono reformę oświaty. System 8 + 4/5 zastąpiono systemem 6 + 3 + 3/4. Innymi słowy – wprowadzono gimnazja. Ich dni są jednak policzone. Prawo i Sprawiedliwość szło do wyborów z hasłem likwidacji gimnazjów. Polacy zagłosowali za tym programem. Teraz partia rządząca przystępuje do realizacji postulatów. Skąd zatem zamieszanie?

Idea, która stała za wprowadzeniem gimnazjów brzmiała pięknie. Dzieci z podstawówek w małych miejscowościach miały dzięki nim zwiększyć swoje szanse na kontynuację nauki w elitarnym liceum. Psychologowie jednak przestrzegali: wyodrębnianie gimnazjów jest wyodrębnieniem młodych osób w „najtrudniejszym” momencie okresu dojrzewania.

Po pierwsze – wychowanie

Jestem przedstawicielem czwartego rocznika absolwentów gimnazjów. Na własnej skórze przeżyłem więc wyrwanie ze środowiska rówieśniczego po VI klasie podstawówki – wtedy, gdy zaczęły się zawiązywać pierwsze poważne przyjaźnie! Poza tym, niejeden młody człowiek po „wrzuceniu” w nowe towarzystwo, próbuje nowym znajomym zaimponować, przez co przychodzą mu do głowy niekiedy głupie i niebezpieczne pomysły. Nie jest przypadkiem, że przestępczość w gimnazjach jest tak wysoka – zwłaszcza ta odnosząca się do przemocy i narkotyków.

Po drugie – nauka

Wprowadzenie gimnazjum pociągnęło za sobą skrócenie liceum ogólnokształcącego. Najpierw starano się „zmieścić” program z czteroletniego ogólniaka w trzy lata, ale potem stwierdzono, że to i tak niewykonalne, więc należy w ogóle zrezygnować z dotychczasowej formuły liceum. W obecnym systemie ostatnim ogólnokształcącym etapem nauki jest właśnie gimnazjum, które trwa… 4 lata – ostatni rok cyklu programowego gimnazjów realizuje się w 1. klasie szkoły ponadgimnazjalnej, co wprowadza nieopisany chaos. Potem brakuje już czasu na spokojne pogłębianie wiedzy i liceum staje się kursem przygotowującym do matury. Matury, której poziom radykalnie przez ostatnie lata się obniżył. Reforma oświaty połączona z postawieniem większych wymagań przed dorastającym człowiekiem jest koniecznością.

Histeryczne reakcje

Związek Nauczycielstwa Polskiego w 1999 r. protestował przeciwko wprowadzaniu gimnazjów. W 2016 r. protestuje przeciwko ich likwidacji. Na takiej działalności związkowców, na których czele stoi sympatyzujący z KOD-em p. Sławomir Broniarz, najbardziej cierpi wizerunek nauczycieli. Tych nauczycieli, którzy nie chcą wdawać się w partyjno-polityczne przepychanki, tylko którzy chcą rzetelnie i sumiennie uczyć i wychowywać młodych Polaków.

Totalna opozycja zwietrzyła swoją szansę. Próbuje się podpiąć pod te protesty i coś dla siebie ugrać. Wątpliwe jednak, by było to możliwe, gdyż większość rodziców popiera powrót do systemu 8 + 4/5.

Posłanka PO Kinga Gajewska ostatnio bardzo intensywnie komentuje (m. in. na Twitterze) kwestię wygaszania gimnazjów. W jednym kuriozalnym wpisie stwierdziła, że należy zachować gimnazja, bo te „istniały już w starożytności”. W innym – popełniła błąd ortograficzny. Czy trzeba coś dodawać?

* Autor to krakowski językoznawca, doktorant UJ, należy do Forum Młodych Prawa i Sprawiedliwości w Krakowie.

Jedwabne – czyli strach ma wielkie oczy

ewakurekEwa Kurek*

Od wielu już lat mówię i piszę o zgubnych dla społeczeństwa polskiego skutkach pedagogiki wstydu, która poprzez wzbudzanie poczucia w nas winy za wyimaginowane przestępstwa jest najprostszym i najpewniejszym sposobem do zastraszenia społeczeństwa i wprowadzenia go w stan, od lat nazywany przeze mnie mało elegancko skundleniem. Pedagogikę wstydu stosują wobec Polaków media i władze od roku 1989, co w przyszłości powinno stać się przedmiotem badań historyków. Bo komunistom z czasów PRL-u można zarzucić wszystkie możliwe zbrodnie z wyjątkiem tej, że nigdy nie wpadli na pomysł zawstydzania Polaków i wzbudzania w nas poczucia winy za niepopełnione zbrodnie.

Stosowana wobec Polaków w wolnej Polsce pedagogika wstydu ma różne odcienie. Od wmawiania nam, że Polska to brzydka panna na wydaniu, która nie powinna kaprysić i przyjmować wszystko to, co zaoferują jej zachodni konkurenci, po zawstydzanie Polaków wyimaginowanymi czynami przodków. Według kanonu historycznej pedagogiki wstydu po roku 1989, Polacy mieli się wstydzić za Powstanie Warszawskie, bo powstańcy mordowali głównie Żydów; za Żołnierzy Wyklętych, bo byli zwykłymi bandytami; ale powinni się wstydzić przede wszystkim wyssanego z mlekiem matki antysemityzmu, na który jednym z najważniejszych od 15 lat „dowodem” jest zamordowanie w stodole w Jedwabnem 1600 Żydów.

Główną cechą skundlonych ludzi i społeczeństw jest wszechogarniający strach. Zakompleksieni, przestraszeni Polacy mieli zapomnieć o swojej historii, religii, kulturze i tradycjach. Mieli wtopić się w europejską bezwolną masę, rządzoną przez lewackie europejskie łże-elity. Zbieranie podpisów pod projektem, którego celem jest zmuszenie państwa polskiego do przeprowadzenia rzetelnych badań historycznych z ekshumacją w Jedwabnem włącznie, odsłoniło stan skundlenia społeczeństwa polskiego. Ku mojej osobistej wielkiej radości okazuje się, że stosowana od roku 1989 wobec Polaków pedagogika wstydu przez te wszystkie lata miała bardzo ograniczony zasięg. Na wstydliwych i zastraszonych obywateli z nielicznymi wyjątkami dały się wychować jedynie kręgi dziennikarskie, polityczne, urzędnicze i uniwersyteckie, które boją się dziś podjęcia decyzji o ekshumacji w jedwabińskiej stodole. Pozostała większość zwykłych obywateli serwowaną im przez te wszystkie lata pedagogikę wstydu na szczęście puszczała mimo uszu, czego najlepszym dowodem są napływające codziennie z całej Polski, od Szczecina po Przemyśl i od Opola po Białystok podpisane arkusze z żądaniem od władz Polski przeprowadzenia w Jedwabnem ekshumacji, która rozpocznie rzetelne badania historyczne i zdemaskuje jedwabińskie kłamstwo. My, Polacy, jesteśmy twardym narodem. Znamy swą wartość. Skundlenie, czyli wszechogarniający strach, nie jest na szczęście naszą cechą narodową. Strachy na Lachy, jak powiada przysłowie, więc pedagogice wstydu pokazujemy wilcze kły. Niech już tak zostanie na wieki.

Klasycznym przedstawicielem środowisk, które poddały się pedagogice wstydu, jest przestraszony dziennikarz Tadeusz Płużański, który w sprawie ekshumacji w Jedwabnem powiedział: Nie wyobrażam sobie, aby państwo polskie chciało wejść w otwarty konflikt ze środowiskami żydowskimi (…) Musimy dobrze zastanowić się, czy chcemy sprawę kontynuować, narażając się jednocześnie na atak (…) Czy warto dawać środowiskom żydowski do ręki tak potężny oręż.

jcwmwoPo pierwsze, pan redaktor Płużański musi odpowiedzieć sobie na pytanie, kogo ma na myśli, mówiąc o otwartym konflikcie ze środowiskami żydowskimi i czyjego ataku boi się, skoro religijni Żydzi z Żydowskiej Gminy Wyznaniowej w Warszawie oraz rabini z Gdańska, Bostonu i Poczdamu, znawcy żydowskiego prawa i żydowskiej religii twierdzą, że ekshumacja w Jedwabnem jest konieczna. Żydowski ateista z masońskiego Żydowskiego Stowarzyszenia B’nai B’rith w Polsce, prof. Jan Woleński też nie zamierza atakować. Nie jest wprawdzie zachwycony pomysłem, ale oświadcza: Nie mam nic przeciwko ekshumacji, skoro wrażliwcy koniecznie tego potrzebują dla pełnego wyjaśnienia wydarzeń w Jedwabnem i w okolicznych miejscowościach (fot: YouTube).

Inni natomiast Żydzi wespół z Polakami w wielkiej zgodzie, współpracy i bez rozgłosu po prostu ekshumacje żydowskich szczątków w Polsce przeprowadzają. Dla przykładu, jesienią 2015 r. w Ostrowcu Świętokrzyskim firma Labrys Urszuli Jedynak przeprowadziła ekshumację szczątków cadyka Jehudy Lejby Halstuka, bowiem mieszkający w Londynie wnuk cadyka postanowił pochować szczątki zmarłego w 1928 r. dziadka w Izraeluii. Jedynymi środowiskami na niby „żydowskimi”, z którymi na pewno wejdzie w konflikt państwo polskie w wypadku decyzji o ekshumacji w Jedwabnem, jest są środowiskoa skupione wokół Jerzego Urbana, „Gazety Wyborczej”, Tomasza Grossa, TVN oraz prawdopodobnie Muzeum Żydów Polskich. Tyle tylko, panie redaktorze, że to nie są Żydzi! Być może przodkowie niektórych spośród tych osób byli Żydami, ale sto lat temu zostali przez swoje żydowskie rodziny wyklęci za komunizm i w chwili obecnej to już nie są żadni Żydzi, lecz bolszewicy naszego rodzimego polskiego chowu. Środowiska te przed laty doskonale oceniła polska Żydówka, zmarła zacna i mądra Judyta Kestenberg. Pochodziła z żydowskiej rodziny ze Stanisławowa, została profesorem na uniwersytecie w Nowym Jorku i na temat Urbana i jemu podobnych powiedziała: „Ten Urban jest jednak głupi. Ale ten wasz Urban też jest mądry. Skoro dla Polaków wydaje gazetę, skoro Polacy ją czytają, to znaczy, że zarabia na Polakach niemałe pieniądze. Tak czy siak, mądrego czy głupiego, weźcie sobie Polacy tego Urbana. Skoro go tak wychowaliście, skoro czytacie jego gazetę, weźcie go sobie. Po pierwsze, my, Żydzi, dość mamy mądrości i głupoty w swoim narodzie, a po drugie, cóż ten Urban może mieć z nami, Żydami, wspólnego? On nie jest żydowski, my nie czytamy jego gazet!”

Warto też pamiętać, że wspomniane wyżej niby „żydowskie” lewackie środowiska w Polsce dawno osiągnęły już szczyt absurdu, bowiem od antysemitów wymyślają dziś Żydom, którzy mówią i piszą prawdę o stosunkach polsko-żydowskich. Tak więc, panie redaktorze Tadeuszu Płużański, w wypadku podjęcia decyzji o ekshumacji w Jedwabnem państwo polskie nie wejdzie w otwarty konflikt ze środowiskami żydowskimi, lecz z naszymi rodzimymi polskimi lewakami, dla których jedwabińskie kłamstwa są ważnym elementem stosowanej wobec Polaków pedagogiki wstydu. A ze środowiskiem lewackim państwo polskie wcale nie musi wchodzić w konflikt. Ten konflikt trwa nieustannie już od dziesięcioleci.

Po drugie, redaktor Tadeusz Płużański, zastanawiając się, czy warto „dawać środowiskom żydowskim do ręki tak potężny oręż” w postaci ekshumacji w Jedwabnem, myli przyczyny ze skutkami. Prawda bowiem jest taka, że to właśnie wstrzymanie w 2001 rokur. ekshumacji i badań historycznych uwiarygodniło kłamstwa Tomasza Grossa na temat Jedwabnego, a tym samym dało rodzimym lewakom i niektórym środowiskom żydowskim oraz Niemcom oręż do walki z Polską i Polakami. Dla wspomnianych wcześniej rodzimych polskich lewaków Jedwabne było i jest doskonałym narzędziem serwowania Polakom pedagogiki wstydu; dla nieprzychylnych Polsce środowisk żydowskich Jedwabne było i jest doskonałym narzędziem przedstawiania na świecie Polski jako kraju największych na świecie antysemitów; dla Niemców zaś było i jest Jedwabne narzędziem, które kreuje Polaków na wspólników współodpowiedzialnych dokonanego przez Niemców ludobójstwa zagłady Żydów. Ekshumacja szczątków Żydów zamordowanych w Jedwabnem i przeprowadzenie rzetelnych badań historycznych nad wydarzeniami z lipca 1941 raz na zawsze wytrąci lewakom, Niemcom i nieuczciwym Żydom oręż do walki z Polską i Polakami.

Po trzecie i najważniejsze, panie redaktorze Tadeuszu Płużański, sam przestraszony, straszy pan Polaków i roztacza przed rodakami straszną wizję skutków rozpoczęcia ekshumacji w Jedwabnem, mówiąc, że w razie ekshumacji, do miasteczka zjadą dziesiątki rabinów, dziennikarze z całego świata z dziennikarzami z „New York Timesa” włącznie. Więcej odwagi, panie redaktorze. Na przestrzeni ponad tysiąca lat swego istnienia Polska i miasteczko Jedwabne wyszło obronną ręką z większych i bardziej niebezpiecznych najazdów niż ewentualny najazd rabinów i dziennikarzy. A tak naprawdę, proszę mi wierzyć, panie redaktorze Tadeuszu Płużański., Żżadnych najazdów na Jedwabne w czasie ekshumacji nie będzie. Polscy lewacy z Adamem Michnikiem na czele oraz Tomasz Gross i lansujący po świecie jedwabińskie kłamstwo żydowscy dziennikarze z dziennikarzami „New Yorks Times’a” włącznie nie są głupi. Z lękiem śledzą dziś naszą dyskusję i proces zbierania podpisów pod żądaniem ekshumacji, bowiem oni jedni najlepiej wiedzą, że zbudowana na kłamstwie jedwabińska piramida sypie się, a sukces projektu ekshumacji oznacza dla nich wielką światową kompromitację. Zrobią więc wszystko, aby wyniki ekshumacji w Jedwabnem i objawiona dzięki ekshumacji prawda historyczna nie przekroczyłay granic Polski. Wyniki ekshumacji będziemy musieli upowszechniać w świecie sami i sami będziemy musieli zadbać o to, aby Tomasza Grossa spotkał taki sam los, jaki przed laty spotkał kłamcę Beniamina Wiłkomirskiego; jego którego konfabulacje o żydowskich przeżyciach z czasów wojny w Polsce zdemaskował młody szwajcarski historyk. Beniamin Wiłkomirski z powodu kompromitacji od wielu lat nie opuszcza swego mieszkania w Zurychu. Jestem pewna, że dzięki ekshumacji w Jedwabnem, ze światowej dyskusji o dziejach stosunków polsko-żydowskich raz na zawsze zniknie polskie lewactwo i amerykańscy Żydzi z Tomaszem Grossem na czele. Pytanie tylko, czy skompromitowanego profesora zechce zatrzymać w swoim gronie amerykański uniwersytet w Princeton. Ale tę sprawę muszą już załatwić sami Amerykanie. Tak więc, panie redaktorze Tadeuszu Płużański, strach ma wielkie oczy. Bać powinni się dziś kłamcy, ale nie my.

* Autorka jest doktorem nauk humanistycznych w zakresie historii. Tekst ukazał się na łamach tygodnika „Warszawska Gazeta”. Publikujemy go za zgodą p. dr Ewy Kurek, dziękujemy.

Konserwatywni „postępowcy”

adamzyzmanAdam Zyzman

Odbywające się w różnych miastach Polski protesty lewicowego Związku Nauczycielstwa Polskiego przeciwko reformie systemu oświaty w naszym kraju są kolejną próbą wyciagnięcia na ulice mniejszych lub większych grup ludzi w proteście przeciwko rządowi. Bez względu na zasadność podnoszonych argumentów, w imię których organizowane są protesty. I znów, jak w przypadku aborcji, organizatorzy uciekają się do oszustwa wmawiając nauczycielom i rodzicom, że reforma polegająca na likwidacji gimnazjów spowoduje utratę miejsc pracy przez tysiące nauczycieli.

Oszustwo to powtarzane jest także przez media sprzyjające protestującym i nie trafiają do nikogo argumenty, że ilość uczniów i oddziałów klasowych w całym systemie oświaty nie ulega zmianie, a więc nie zmienia się ilość nauczycieli potrzebnych do nauczania tej samej ilości uczniów. Co najwyżej będą musieli zmienić miejsce zatrudnienia – część przejść do szkół podstawowych, a część do liceów. Jedynymi, którzy coś tracą na tej reformie to dyrektorzy gimnazjów, którzy nadal pozostają jednak nauczycielami.

Co jednak sprawia, że ZNP decyduje się na organizację protestów w obronie dyrektorskich stołków? Chyba tylko niechęć do jakichkolwiek zmian inicjowanych przez prawicę! Tak się bowiem składa, że znalazłem ostatnio w swoim komputerze teksty pisane przed 17 laty dla „Tygodnika AWS”, który to tygodnik opisywał protesty tegoż samego ZNP, pod przywództwem tegoż samego Sławomira Broniarza, przeciwko reformie ministra Handkego i wprowadzeniu w Polsce… gimnazjów! Wygląda więc na to, że tradycyjnie, bo lewicowo „postępowa organizacja nauczycielska” jest tak naprawdę konserwatywna i chronicznie boi się jakichkolwiek zmian w sferze systemu oświaty, upatrując w tym zagrożenia dla swych interesów bez względu na to, czy są to interesy młodych nauczycieli, czy też dyrektorów szkół, jak w tym wypadku. Z resztą wydaje się, że młodzi nauczyciele nie są w ogóle w sferze zainteresowania „postępowego” związku, gdyż nie było słychać o protestach organizowanych przez ZNP w obronie nauczycieli powszechnie zatrudnianych w prywatnych i prywatyzowanych szkołach z pominięciem Karty Nauczyciela. Dopóki proceder niszczenia szkół w gminach wiejskich preferowany był przez władzę PO-PSL i władze samorządowe, Związek Nauczycielstwa Polskiego nie dostrzegał zagrożenia dla nauczycieli, a najważniejszym problemem organów Związku było… noszenie przez młodzież w szkole ubiorów z patriotycznymi napisami.

A więc w sytuacji, gdy coraz trudniej trzymać się tradycyjnych podziałów na prawicę i lewicę, można powiedzieć, że zachwianiu ulegają też przypisywane tym ugrupowaniom cechy i polska lewica tak boi się jakichkolwiek zmian, że zasługują na miano konserwatystów, podczas, gdy zwolennikami zmian odpowiadających na wyzwania nowych czasów są w naszym kraju środowiska prawicowe, które nie tylko zdecydowane są zmiany wprowadzać, ale także nie mają oporów, by uczciwie przed społeczeństwem przyznać się, że jedno czy drugie działanie było błędem, jak w tym wypadku gimnazja, i trzeba się z nich jak najszybciej dla dobra kraju i jego mieszkańców wycofać.

A co w takich wypadkach robi lewica? A, no to, co znamy z minionych lat, czyli ogłasza, że to właśnie te błędy są „postępem”, a każdy kto je głośno krytykuje jest „wrogiem ludu, czy ustroju”, a najlepiej „faszystą”, w najłagodniejszej zaś formie… „konserwatystą”!

Gaudeamus igitur, iuvenes dum sumus! Radujmy się więc, dopókiśmy młodzi!

andrzejkalinowskiAndrzej Kalinowski

Przesyłam Państwu zdjęcia z 1 października 2016 roku – dnia inauguracji kolejnego, 653. roku akademickiego na Uniwersytecie Jagiellońskim i serdecznie pozdrawiam: https://goo.gl/photos/HkzdFF6xurBDfJFw9

20161001ak1Vivat Academia, vivant professores!
Vivat Academia, vivant professores!
Vivat membrum quodlibet, vivant membra quælibet,
semper sint in flore, semper sint in flore!

Niechaj żyje Akademia, niech żyją profesorowie,
Niechaj żyje Akademia, niech żyją profesorowie,
niechaj żyje każdy z nas, niechaj żyją wszyscy,
niechaj kwitną zawsze, niechaj kwitną zawsze!

Podajcie z których szkół!

adamzyzmanAdam Zyzman

Jak wynika z doniesień mediów, 1300 nauczycieli, w tym wielu z Krakowa, podpisało się pod otwartym listem protestacyjnym „przeciwko manipulowaniu najnowszą historią Polski”. Z listu wynika, że są „głęboko poruszeni i zaniepokojeni” wypowiedziami m.in. szefowej MEN i prezesa IPN, a sprawa dotyczy wypowiedzi Anny Zalewskiej, Minister Edukacji Narodowej, która w publicznym wystąpieniu unikała klarownej odpowiedzi na pytania dotyczące sprawstwa zbrodni na polskich Żydach w Jedwabnem i Kielcach, „podważając tym samym – jak czytamy w liście – ustalenia historyków i prokuratorów”.

„Nasze zdumienie budzą także słowa doktora Jarosława Szarka, obecnego prezesa Instytutu Pamięci Narodowej (ośrodka pragnącego odgrywać ważną rolę w edukacji historycznej), który obarczył odpowiedzialnością za mord jedwabieński wyłącznie Niemców”. – można także przeczytać w liście.

Moje zdumienie natomiast budzi fakt, że są nauczyciele, którzy w wolnej Polsce chcą kontynuować pedagogikę wstydu wobec naszych najmłodszych pokoleń, przekonując ich, że sprawcami wszystkiego co najgorsze są wyłącznie Polacy, nawet, gdy przyjęte wersje budzą wiele wątpliwości. Zaskakujące jest dla mnie to, że ludzie, którzy uczą innych nie mają żadnych wątpliwości i potrafią protestować przeciwko tym, którzy takie wątpliwości wysuwają, próbując tym samym zamknąć im usta!

Takich wyznawców przestrzegania „linii partii” w nauczaniu pamiętam ze swoich szkolnych czasów, ale sądziłem, że wraz z upływem lat ludzie ci odeszli już z nauczycielskiego zawodu. Tymczasem, jak podają media, wśród sygnatariuszy listu są także ludzie młodzi. Teoretycznie powinienem wezwać MEN i kuratoria, by jak najszybciej odsunęli tych ludzi od wykonywania zawodu nauczycielskiego i wpływu na kształtowanie młodego pokolenia, ale zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie im właśnie o takie działanie chodzi. Chcą wykazać, że w Polsce rządzonej przez PiS prześladuje się ludzi za… poglądy na wydarzenia historyczne. Dlatego apeluję do tych „odważnych”, by opublikowali nie tylko swe nazwiska, ale także wykaz szkół w których są zatrudnieni. Niech Polacy wiedzą do jakich szkół nie posyłać swych dzieci, by nie przesiąkały antypolskim wychowaniem. Ja w każdym razie postanowiłem, że przed pójściem moich wnuków do szkoły dokładnie sprawdzę, czy w danej szkole nie pracuje ktoś, kto nie tylko będzie ich wychowywał tak, by nie byli dumni z tego, że są Polakami, ale także będzie zabijał w nich ciekawość świata i rozstrzygania wątpliwości, dbając tylko o przyswojenie obowiązujących w pewnych środowiskach „prawd objawionych”.

Zakazać Chrztu Świętego?

norbertpolakNorbet Polak

Jakiś czas temu usłyszałem, iż ponoć nasza, jakże stabilna, Unia Europejska, która woli w swym zwyczaju płynąć pod czerwoną banderą (ach, jakiż to lat nam nie przypomina?), chce zakazać Chrztu dzieci nowonarodzonych. Komunikat okazał się fałszywy. Takie orzeczenie w życie nie weszło, ani nie pojawiło się w postaci orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości.

Jednak czy jest to przypadek? Nawet pomimo tego, że rzekomy dziennikarz brytyjskiego dziennika „The Times”, niejaki McFarell, podpisał się pod pochlebnymi słowami wobec powyższego, również rzekomego, orzeczenia? Niejaki, bowiem okazało się, iż w redakcji brytyjskiego dziennika nie znajduje się osoba o takim nazwisku.

Dlaczego, pomimo powyższego faktu, mam wątpliwości? Pomimo tego, że ów tekst, krążący po Internecie, okazał się kiepskim żartem?

Unia Jewropejska, jakby powiedział Żyrinowski, jest znana z mocno lewicowych tendencji. Nie tylko z socjalistycznego zbiurokratyzowania życia gospodarczego na terenie włączonych do niej państw, ale i z powodu forsowania różnorakich postulatów grup lobbingowych w kwestiach ideologicznych, jak na przykład, chwała Bogu pokonany, raport Estreli, mający za cel wprowadzenie „aborcji” (zabijania dzieci poczętych) na życzenie i seksualizację najmłodszych. Przypomniało mi się, chyba nadal obowiązujące, uchwalenie przepisu, iż ślimak jest od teraz… rybą. Oczywiście, to wiązało się z konkretnymi grupami interesów – francuskimi. Ryby były dotowane przez fundusze unijne, a ślimaki już nie. Na dodatek, rodzice muszą tłumaczyć swym pociechom:

- Synku, córeczko, widzicie? Marchewka to owoc. Zapamiętajcie, marchewka to nie warzywo z rodziny selerowatych, ale owoc…

Wiemy, że Unia Europejska jest opanowana przez interesy, zwłaszcza niemieckie. Dowodem tego jest zapisana, chociażby na często tu pokazywanym portalu wpolityce.pl, propozycja Lecha Wałęsy, że Polska i Niemcy powinny być jednym krajem. Redaktor Stanisław Michalkiewicz nazwał wówczas tę wypowiedź dumnego prezydenta, tego, jako któremu przede wszystkim winniśmy zawdzięczać pokonanie komunizmu, „balonem próbnym”. I ja postrzegam zatem plotkę o wspomnianym orzeczeniu jako właśnie taki balon próbny.

Jednak zastanówmy się, czy takie potencjalne orzeczenie miałoby prawo bytu, byłoby prawem sprawiedliwym?

W kontekście ziemskim – tak. Chrzest narusza wolność sumienia i wyboru, gwałci wolną wolę jednostki, gdyż ów człowiek nie jest uświadomiony w tym wieku o skutkach podjętej przez jego rodziców decyzji. Wiąże się to oczywiście i z wolnością religijną, a także swoistym rodzajem stygmatyzacji społecznej, przymuszonej przynależności do określonej wspólnoty, jaką jest Kościół Katolicki i budujące go pomniejsze jednostki organizacji terytorialnej tegoż Kościoła.

Wydawałoby się, iż jest to wystarczająca argumentacja na rzecz uzasadnienia potencjalnego unijnego wyroku czy też wyroku planowanego przez New World Order (Nowego Porządku Świata – o wspólnym rządzie światowym). Ale czy człowiek składa się jedynie z ciała? Czyż nie jest on jednością duszy i ciała, z prymatem (większą ważnością) tego pierwszego?

Chrzest Święty jest uwolnieniem z grzechu pierworodnego, który ściągnęli na siebie nasi pierwsi rodzice, rodzice ludzkości, jakimi byli święci Adam i Ewa (oczywiście zostają skutki grzechu pierworodnego, z którymi w naszym życiu potrzebujemy walczyć). Jak wiemy, bycie w niewoli grzechu, jest trwaniem nie tylko we własnej głupocie z powodu uwierzenia fałszywym słowom o szczęściu, ale i trwaniem w niewoli tegoż kłamcy, jakim jest starodawny wąż, szatan. Jezus Chrystus, Syn Boży, Boski Zbawiciel przyszedł jednak, by w Imię Jego Ojca, Swoim i Ducha Świętego wyrwać ludzi spod władzy ich największego wroga, ojca kłamstwa. On nam daje nowe życie, życie nie tylko ziemskie, ale i życie w wiecznej szczęśliwości. Natomiast diabeł się zmienia. Aktywnie dzisiaj działającym masonom (kto myśli, że to legenda, niech poczyta chociażby książki doktora Stanisława Krajskiego), jako „Bóg Światłości” i nazywa ich „synami światłości”. Jest to jednak ułuda, droga fałszywa. Lucyper – „depczący światło” (niegdyś wszak zwany Lucyferem, czyli „przynoszącym światło”) stosuje aliści wszelkie sztuczki, by pogrążyć obiekt swej największej nienawiści, jakim są ludzie, w wiecznym nieszczęściu, które sam na siebie sprowadził, wypowiadając wobec Boga słowa: „non serviam!” – „nie będę służył!”. Atoli, jak widać, pogrążona w samodestrukcji Unia Europejska woli wybrać na swego pana księcia ciemności. Dokonuje tego poprzez oparcie swych podstaw, swych fundamentów nie na jedynej wierze dającej prawdziwy ład publiczny i Zbawienie każdego, ale na ateizmie. Ateizm natomiast prowadzi w konsekwencji do satanizmu, o którym to ruchu słyszymy już coraz częściej, a którego przejawem są chociażby okropne „zabawki” Monster High czy występy Nergala drącego publicznie Pismo Święte czy też wprowadzony niegdyś przez koncern Agros Nova napój „Demon”, który po kampanii protestacyjnej został wycofany z produkcji. A czyż w „strasznych, ciemnych” wiekach Europa nie była oparta na Christianitas, czyli wspólnocie wszystkich stanów społecznych, dla których fundamentem było Chrześcijaństwo, a dokładniej Katolicyzm? Czyż nie przetrwała ona ponad 1000 lat? (Dlatego też tej epoki nie winno się zwać „mrocznymi wiekami” w porównaniu z innymi epokami, ale właśnie „epoką Christianitas”). Czyż zatem nie lepiej oddać się – ale dobrowolnie, bo Pan Bóg nigdy do niczego nie przymusza – pod władzę Przenajświętszej Trójcy, samego Źródła wszelkiej prawdziwej miłości?

Skoro Chrzest miałby naruszać według lewicy wolność dziecka, to ktoś ją wszak ogranicza. Ktoś aktu Chrztu dokonuje. Kto? Oczywiście, rodzice! Wedle tego myślenia, to oni odpowiadają za zniszczenie życia i przyszłości młodego człowieka. Jaki więc wniosek? Rodzice, do więzienia! A na ich miejsce przyjdą rodziny zastępcze. Atoli, w trosce o dobre wychowanie tych dzieci i zabezpieczenie ich przed chrześcijańskim radykalizmem i wolnością (sic!) duchową, czyli wieczną, a nie tylko kilkudziesięcioletnią (na Ziemi), należy owe dzieci powierzyć takim rodzinom zastępczym, które wykazują się znacznym wskaźnikiem tolerancji. Czyli? To oczywiste! Zboczonym homoseksualistom… A jeżeli nie, to faszystowskiemu państwu, które doskonale zadba o wychowanie swych podopiecznych, jako przyszłego zaplecza wojennego, jako „królików doświadczalnych i mięsa armatniego”.

Europo, do czego doszłaś, do śmiechu rosyjskiego komunisty po konkursie Eurowizji? Bądź czujna i zacznij wreszcie, po wiekach oświeceniowego zaciemnienia, pić z niezatrutego źródła Wody Żywej.

Teza o istnieniu prawdy obiektywnej

norbertpolakNorbert Polak

Pamiętam jak kiedyś zostaliśmy po lekcjach z pewnym K., znowuż na stołówce – och, ileż to człowiek nie przeprowadził tam rozmów i nie zjadł smacznie. He, he, mniejsza o to… Poprosiłem go bowiem, żeby mi krótko powiedział, dlaczego on nie wierzy Kościołowi Katolickiemu, bo przygotowuję małą pracę apologetyczną i chciałbym po prostu wszystkie te trudne kwestie omówić, żeby dojść do wzajemnego zrozumienia z innymi ludźmi.

I zaczął mi wymieniać. Nie pamiętam już co dokładnie, w każdym razie w pewnym momencie powiedziałem, mu że ja już od kilku lat jestem w życiu testowany i to niezwykle ciężko, a jednak Pan Bóg się nade mną ulitował i nie dał mi zagasić płomienia wiary w Niego i że dalej wierzę, pomimo trudności. A on na to, że u niego ta próba trwa już o 2 lata dłużej i przestał wierzyć. Przestał wierzyć, bo nie widzi Boga, bo nie widzi sensu. Uważa, iż Bóg zostawił ten świat gdzieś i świat sam się kręci, jak w zegarku, nie mając pomocy od Boga (czyli deista – deizm). Mówił to z bólem, widziałem to po sposobie zmrużenia przez niego oka. Poruszyło mnie to. Rozumiałem jego ból. To straszne. Rozumiałem, gdyż sam przestałbym wierzyć, tak jak on, jednak wytrwałem i Pan Bóg się nade mną ulitował, prosiłem o jego pomoc, przyjąłem ją i wytrwałem w Nim. I to mi się opłaciło.

Ważny temat, ale nie o tym chciałem głównie napisać. Mianowicie zaczęliśmy dyskutować o prawdziwej miłości. On powiedział, że taką znajduje tylko na zjazdach modlitewnych, gdzie ludzie potrafią przytulić i Cię zaakceptować takiego, jakim jesteś. I dostaje również miłość od matki, że ona jest dla każdego człowieka najważniejsza. A ja mu powiedziałem, że owszem jest nadzwyczaj ważna ta relacja, ale Największą Miłością jest Pan Bóg. I zaczęła się dyskusja…

… że nie potrzeba prawdy, że liczy się miłość jedynie, że przecież gdyby matka a Pan Bóg, to to i tamto…

Ciężko było. Nie czułem się usatysfakcjonowany, bowiem wiedziałem, że nie wyjaśniłem mu tego wystarczająco, ale brakowało mi argumentów. Tak Kochani, nie można zadowalać się jedynie świadectwem, ale, gdy tylko się da, trzeba wyjaśnić innym ludziom jak najwięcej, aby jak najwięcej pojęli i prościej było im przyjąć daną prawdę.

I następnego dnia oczywiście przyszła mi do głowy odpowiedź: „No przecież! Powiedział, że nie ma prawdy obiektywnej, a to nie może być prawdą, bowiem…”

Tak, w trakcie dyskusji tę rzecz wrzucił, odnosząc się do tego, co powiedziałem, iż prawdziwa miłość musi opierać się na Prawdzie, bo inaczej wcale nie musi być prawdziwą miłością. I za tydzień udało mi się go złapać i powiedziałem:

- K., popełniłeś błąd logiczny, błąd w rozumowaniu. Stwierdziłeś, iż nie ma prawdy obiektywnej, że każdy ma swoją prawdę i jest ona zawsze subiektywna, gdyż wiąże się z indywidualnym spojrzeniem na sprawę każdego z osobna. Aliści twierdząc, iż nie ma prawdy obiektywnej, za prawdę bezwzględną uważasz fakt, iż prawdy obiektywnej nie ma. Czyli to dla Ciebie jest prawdą obiektywną (iż prawdy obiektywnej nie ma), ergo jest to ze sobą całkowicie sprzeczne, więc jest błędem logicznym.

- Stwierdziłeś także, że nikt z nas, również ja, nie wie, jaka jest prawda, ale skoro stwierdzasz, że nie wiem jaka jest prawda, to to dla Ciebie jest prawdą, iż tej prawdy poznać nie jest człowiek w stanie, a to również sobie przeczy.

On coś się nie zgodził, ale już wiedziałem, że trochę go zatkałem, że musiał wewnętrznie jakoś przyznać mi rację, choćby się na to nie zgadzał, po prostu wiedział, że mam rację. Oczywiście o moją rację nie chodzi, tylko o to, czy prawdą jest to, co powiedziałem. A prawdą to właśnie jest.

Tak tylko myślałem, czy by go nie przytulić… Nie chciałem wszak, by uznał, że jestem rzekomo kolejnym katolikiem, który się wszystkiego czepia, ale miłości, takiej zwykłej, ludzkiej (chociaż wiemy już, że prawdziwa miłość pochodzi o jej Źródła, Boga Miłości) okazać nie potrafi… Szkoda. Mogłem się był przełamać. Nie chciałem go uderzyć tym, że się pomylił. Bowiem co go najbardziej przekona, jak nie najwyższa wartość, jaką jest Miłość?

Tak w ogóle, to nie umiałem mu odpowiedzieć, dlaczego religia buddyjska jest zła. Jeszcze później oczywiście sobie przypomniałem. Albowiem w buddyzmie ludzie chcą się wyzwolić od cierpienia tutaj na Ziemi, a to jest przeciwne chrześcijaństwu, bowiem owszem, dążymy do zaprowadzenia Królestwa Miłości, Królestwa Jezusa Chrystusa na Ziemi, ale wiemy, że bez cierpienia do Nieba się nie dostaniemy, gdyż musimy odpokutować za nasze grzechy, by zrównoważyć doskonałą Bożą Sprawiedliwość. Jednak w nagrodę czeka nas wieczne szczęście, brak trosk i wszelkie dobro, a co najważniejsze, ścisłe przebywanie na wieki z naszym Stwórcą. Decyzja należy do nas – mamy wolną wolę: czy wybieramy wieczne nieszczęście – piekło, czy wybieramy wieczną szczęśliwość – Niebo.

Motoszybowiec Pegaz i jego konstruktor Tadeusz Chyliński

(Od Redakcji): W kwietniu 2015 roku w kilku artykułach, listach i odpowiedziach poruszaliśmy na naszych stronach sprawę motoszybowca „Pegaz”:
http://www.krakowniezalezny.pl/tag/motoszybowiec-pegaz
Miło nam poinformować, że na ten temat ukazała się już książka autorstwa p. Rafała Chylińskiego, syna konstruktora „Pegaza”. Informacje poniżej:

motoszybowiecpegaz„Historia pierwszego motoszybowca zaprojektowanego i zbudowanego w Polsce po 1945 roku. Powstał on w odpowiedzi na konkurs ogłoszony jesienią 1945 roku przez Departament Lotnictwa Cywilnego Ministerstwa Komunikacji. W konkursie zwyciężył projekt motoszybowca Pegaz, który zgłosił inż. Tadeusz Chyliński. Projekt konstrukcyjny był zakończony w 1947 roku, lecz budowa prototypu się przeciągnęła i pierwszy lot Pegaz wykonał na wiosnę 1949 roku.

W tym czasie przewidywano seryjną produkcję aż 80 egzemplarzy. Niestety, rok 1950 przyniósł wzrost napięcia międzynarodowego w związku z wybuchem wojny w Korei. Nacisk Związku Sowieckiego na rozwój produkcji samolotów bojowych spowodował przekreślenie dotychczasowych planów polskiego przemysłu lotniczego. Zaniechano produkcji rodzimych konstrukcji, nastawiając się na produkcję licencyjną na potrzeby wojska. Tym samym plan produkcji Pegaza został przekreślony. Aby uzasadnić tę decyzję podano, że Pegaz jest zbyt łatwy w pilotażu.

Prototyp Pegaza zachował się w zbiorach Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie”.

Za: http://cbwydawnictwo.home.pl/pl/p/Rafal-Chylinski-Motoszybowiec-Pegaz-i-jego-konstruktor-Tadeusz-Chylinski/250

Metody manipulacji XXXV – K.O.D., czyli manipulacja ratlerkiem

marcinniewaldaMarcin Niewalda

Niedziela. Idziecie z wizytą do starych znajomych. Nowy dom. Dokładnie z chwilą naciśnięcia dzwonka z głębi domu nadciąga gwałtowne ujadanie. Nie dobrze. Drzwi się otwierają. Pierwsi nie witają Was znajomi. Wypada za to na was mały śliczny (wredny) kundel, ujadający wniebogłosy. Znajomi co prawda też tam są. Ona ma piękną sukienkę, on modne okulary.

Wasze ręce jednak nie wyciągają się do nich na przywitanie bo automatycznie chcecie pogłaskać (uspokoić) pieska.

- O jaki ładny piesek! A jak się wabi? No, nie szczekaj już! Pikuś? Pikuś jakiś ty ładny! A jaki głośny, puść mojego buta.

Pan domu chwyta Pikusia, wsadza go do kuchni, zamyka drzwi. Pikuś ujada, skacze do klamki. Można się wreszcie przywitać. Dom ładny, już macie skomentować marmurowy kominek, gdy Pikuś trafia na klamkę i wypada z ujadaniem. Wizyta przebiega w nerwach. Jakikolwiek ruch ręką powoduje nowy atak ujadania Pikusia. Siedzicie sztywno na skraju foteli. Nie zauważacie pięknych obrazów, dyplomów córki gospodarzy z konkursu pianistycznego, bałałajki przywiezionej z podróży. Z grzeczności rozmawiacie o pracy. Kawa niedopita ląduje na obrusie i spodniach. Wizyta kończy się gwałtownie gdy zostaje odgryziony palec. Trzeba jechać do szpitala. Nigdy już nie odwiedzicie tych znajomych.

Inna sytuacja: Młoda dziewczyna wprowadza się do domu na obrzeżach miasta. Ładna okolica – las za którym jest przystanek tramwajowy. Po tygodniu meblowania wybiera się na spacer. Niestety, podczas pierwszego spaceru natrafia w lesie na “zboczeńca”. Nigdy już nie wejdzie do tego lasu. Woli nadkładać pół godziny osiedlem.

mnpikusZboczeniec-Pikuś potrafi skutecznie obrzydzić każde piękno, zniechęcić do każdego działania. Skupia na sobie maksimum uwagi. Wie jak to robić. Szef zboczeńca-Pikusia uczył się u najlepszych manipulatorów. Działa świadomie i planowo. Kolejne hałaśliwe przyciąganie uwagi. Gdy jedna forma przestaje działać, wymyśla kolejną. Naród skupia uwagę, nie widzi ani wspaniałych działań nowego rządu, ani realizowanych obietnic, ani pozytywnych zmian. Widzi hałaśliwe demonstracje, donosy, bezczelne wypowiedzi, podskoki na pikietach, błędy językowe, żenujący brak wiedzy historycznej i kulturowej – jest o czym mówić.

Rząd wykonuje gigantyczną pracę, Prezydent inicjuje świetne możliwości eksportu, resorty dokopują się do afer poprzedniej ekipy, ratowane są 6-latki, emeryci, niepełnosprawni, wspierani drobni przedsiębiorcy,  restrukturyzowana jest armia, służby, gałęzie gospodarki, likwidowane są gniazda korupcji. My jednak widzimy zboczeńca-Pikusia jak szczeka i gryzie. Nie wiemy o tych dokonaniach.

Nie widzimy też i innych działań. Kolaboracji szefów “Pikusia” z zagranicznymi korporacjami, gier na giełdzie, wysysania milionów, przepoczwarzania się systemu mafijnej ośmiornicy. Myślimy że Pikuś to banda głupków i tyle. A tymczasem za plecami ujadania postępują procesy przygotowujące grunt do kolejnej “Nocnej zmiany”.

Manipulacja zawsze ma ten sam schemat. Ma dwie warstwy – jedną widoczną i drugą ukrytą. Im bardziej nasza uwaga skupia się na warstwie hałaśliwej tym mniej dostrzegamy tę drugą warstwę i ona może działać skuteczniej. Podświadomość społeczna odciąga uwagę od pozytywnych działań nowego rządu i jednocześnie od korupcyjnych machlojek poprzedniej ekipy.

Jak przeciwdziałać takiej manipulacji? Pikusia najlepiej było by zamknąć w komórce, zboczeńca w więzieniu lub szpitalu. Ale obrońcy zwierząt się obruszą, obrońcy wolności demokracji będą krzyczeć o łamaniu praw człowieka.

Jest jednak inna metoda, wymaga jednak ona od nas dużo samozaparcia. Trzeba zboczeńca-Pikusia przetrzymać, starać się go nie zauważać. Zwiedzać dom, doceniać wszystko co w nim jest pomimo ugryzionej nogi. Trzeba przejść koło zboczeńca i cieszyć się zapachem drzew. Pomagajmy sobie w tym nawzajem. Nie ulegajmy chęci zajmowania się manipulatorami. Rozmawiajmy, udostępniajmy informacje o pozytywnych dokonaniach, o działaniach które są konstruktywne i dobre. Niestety musimy się przyzwyczaić do ujadania, ale możemy żyć normalnie i odtwarzać piękny świat dokoła.

“Psy szczekają, karawana jedzie dalej” (przysłowie afrykańskie).

(Od Redakcji): Zapraszamy także do lektury pozostałych tekstów p. Marcina Niewaldy „Metody Manipulacji – przewodnik, przykłady, spis treści” na:
https://www.facebook.com/note.php?note_id=118240994871542

Nie pozwólmy, by była to kolejna impreza pedagogiki wstydu!

adamzyzmanAdam Zyzman

Pod koniec grudnia Centrum Kultury „Dworek Białoporądnicki” ogłosiło konkurs dla młodzieży pod hasłem „Tolerancja na warsztat”. Celem konkursu „jest upowszechnianie wiedzy na temat tolerancji i przeciwdziałanie mowie nienawiści w internecie” – piszą organizatorzy, którzy chcą w ten sposób „promować pozytywne postawy wśród młodzieży”. W ramach konkursu można przedstawić fotografię, film lub pracę plastyczną (można startować w każdej kategorii przedstawiając po jednej pracy). Jednak ze względu na to, że oprócz Dworku Białoprądnickiego organizatorami konkursu są też Fundacja Wspierania Działań Artystycznych „Wolna Sztuka”, Fundacja Babel Images, a całe przedsięwzięcie jest współfinansowane z funduszy EOG w ramach programu „Obywatele dla Demokracji”, mam poważne obawy, że będzie to kolejna impreza popularyzującą wśród młodych Polaków, tzw. pedagogikę wstydu”, czyli zasady „uczcie się Polacy, jak należy postępować, bo jako biali murzyni Europy nie macie o tym pojęcia”.

Dlatego apeluję do patriotycznie nastawionych nauczycieli gimnazjów i szkół średnich o zorganizowanie akcji udziału młodzieży w tym konkursie, tak, by pokazać, że tolerancja dla Polaków nie jest pojęciem nowym i ma swoje historyczne tradycje, że dopiero zniszczenie polskich elit przez zaborców, agresorów i wysługujących się im członków naszego narodu doprowadziły do upowszechnienia wśród Polaków postaw nietolerancyjnych, czy wręcz agresywnych, czego przykładem jest właśnie obecnie Internet. Niestety, wśród tych, którzy ukazują dziś na forum Internetu swą nietolerancyjną i agresywną postawę dominują środowiska, które właśnie ten konkurs finansują i organizują.

Dla mnie pretendentem do nagrody w takim konkursie byłoby zdjęcie z jednej z niedawnych manifestacji, na którym dwójka gdzieś dziesięcioletnich dzieci trzyma plakat ze strzelbą wycelowaną do kaczki. Jeśli kogokolwiek trzeba w dzisiejszej Polsce uczyć tolerancji, to właśnie organizatorów takich manifestacji, którzy wręczają takie plakaty małym dzieciom sugerując w ten sposób, że także najmłodsze pokolenie jest przeciwko temu wszystkiemu, co ta kaczka symbolizuje! Wystarczy, że w ramach przygotowywania pracy plastycznej lub filmu skopiuje się wpisy internautów publikowane przez portal szczególnie wyróżniający się w walce ”o obronę demokracji”.

A może zamiast przekonywać takimi konkursami młodych ludzi, ze Polacy są nietolerancyjni, utrzymywany z pieniędzy publicznych „Dworek Białoprądnicki” zorganizuje konkurs dla młodzieży o tradycjach tolerancji w Polsce? Niech ten konkurs upewnia młodych Polaków w dumie z polskich tradycji tolerancji, które sięgają tak naprawdę późnego średniowiecza (tak wyśmiewanego przez niektóre środowiska, akurat te same, które tolerują na swoich stronach i portalach tak nietolerancyjne i niedemokratyczne wpisy), bo tolerancja w Rzeczpospolitej nie zaczyna się od Konfederacji Warszawskiej, jak się powszechnie podaje,  ale znacznie wcześniej, gdy realizowana była, za panowania kolejnych władców dynastii jagiellońskiej, na zasadzie tradycji. Warto podkreślić, że dopiero perspektywa pojawienia się na tronie polskim zachodnioeuropejczyka, czyli Francuza stworzyło takie zagrożenie dla wolności i tolerancji w Polsce, że szlachta postanowiła swe naturalne dotychczas tradycje tolerancji skodyfikować na piśmie, by Walezjusz nie próbował stosować w Polsce praktyk powszechnych we… Francji!

Warto, by młodzi Polacy nie tylko o tym wiedzieli, ale także, by byli z tego dumni i potrafili przeciwstawiać się różnym specjalistom od pedagogiki wstydu i nauczania demokracji! – Oczywiście takiej „demokracji”, która gwarantuje im realizację w Polsce ich interesów, kosztem samych Polaków, jak dzieje się to w przypadku naszych sąsiadów z zachodu, którzy nie martwili się stanem polskich mediów dotąd dopóki nie informowały one o rozmiarach okradania polskiego państwa przez ich koncerny. A gdy Polacy próbują korzystać z prawa do autentycznie wolnych mediów, podnoszą wrzask o… „łamaniu wolności mediów w Polsce”.

Kierunki zmian w polityce naukowej i szkolnictwie wyższym w Polsce

Kierunki zmian w polityce naukowej i szkolnictwie wyższym w Polsce / Deklaracja Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Lublinie

akolublinW ostatnich latach szkolnictwo wyższe i nauka w Polsce padły ofiarą niefortunnych reform, skutkujących zapaścią finansową większości uczelni i naukowców oraz dominacją uznaniowości, klientelizmu i biurokratyzacji. Model koncentracji środków finansowych w kilku wybranych ośrodkach uniwersyteckich doprowadził do degradacji szkół wyższych funkcjonujących w wielu miastach wojewódzkich oraz w mniejszych ośrodkach, a także zagroził misji uniwersytetu w społeczeństwie.

Dla odwrócenia niekorzystnych zjawisk i procesów, konieczne są gruntowne zmiany w polityce wobec nauki i szkolnictwa wyższego. Należy znacznie zwiększyć nakłady finansowe na naukę poprzez stopniowe ich podnoszenie aż do poziomu średniej dla najbardziej rozwiniętych państw Unii Europejskiej (1,2 % PKB). Bez podjęcia niezwłocznie takich systemowych zmian, postulat budowy gospodarki opartej na wiedzy i innowacjach będzie jedynie nierealistycznym hasłem wyborczym. Istotnych zmian wymaga sposób podziału środków dla uczelni oparty na tzw. algorytmie. Obecnie sprowadza się on do zasady, że ilość pieniędzy pozostaje w stosunku proporcjonalnym do liczby studentów. Trzeba w większym stopniu uwzględnić inne parametry, takie jak jakość kadry naukowej, a cały system parametryzacji jednostek naukowych uczynić bardziej przejrzystym.

Sposoby rozdziału środków finansowych muszą uwzględniać typowe metody i techniki badawcze oraz rodzaje i wielkości wydatków ponoszonych przez badaczy z danej dyscypliny naukowej. Nie można dyskryminować badań podstawowych, bowiem to one tworzą wiedzę stanowiącą podstawę badań stosowanych i wdrożeniowych. Kolejnym ważnym elementem jest racjonalizacja polityki grantowej, aby sprzyjała rozwojowi nauki. System grantowy nie może być podstawą finansowania badań, powinien pełnić rolę uzupełniającą dla dotacji na badania statutowe.

Również zasady oceny pracy naukowej powinny być zróżnicowane ze względu na specyfikę poszczególnych dziedzin nauki: adekwatne do ich realiów badawczych, rzetelne i obiektywne. Kultura cytowań w naukach humanistycznych i społecznych jest na przykład inna niż w pozostałych obszarach wiedzy. Niewłaściwe kryteria oceny dorobku prowadzą do tego, że opublikowanie średniej jakości artykułu w czasopiśmie anglojęzycznym jest wyżej premiowane, niż wybitna monografia napisana w języku polskim. Słuszny postulat umiędzynarodowienia badań nie może być realizowany poprzez deprecjację specyficznie polskich tematów badawczych i języka polskiego. Konieczne jest także odrzucenie balastu biurokratycznego, który zamienia naukowców w urzędników.

W procedurach oceny dorobku oraz przydzielania grantów niezbędna jest jawność i transparentność, jako najważniejsze instrumenty wzajemnej kontroli w środowisku naukowym. Konieczne jest zniesienie anonimowości w procedurach grantowych, bowiem tajność recenzji może sprzyjać patologiom, np. kradzieży własności intelektualnej przez recenzentów lub „utrącaniu” konkurentów spoza własnych i zaprzyjaźnionych ośrodków naukowych.

Pani Premier Beata Szydło w swoim exposé zapowiedziała politykę wyrównywania szans i zrównoważonego rozwoju wszystkich regionów w państwie. Lansowanie koncepcji tzw. ośrodków wiodących (flagowych) pozostaje w sprzeczności z nowym kierunkiem polityki naukowej i wobec szkolnictwa wyższego, bowiem doprowadziło do podziału uczelni publicznych na „lepsze” i „gorsze”. Te drugie, pozbawione odpowiednich środków finansowych, a tym samym realnej możliwości prowadzenia badań, zdegradowane zostaną do roli prowincjonalnych wyższych szkół zawodowych. Skutkiem takiej polityki będzie również likwidacja niektórych kierunków studiów w tych szkołach, co zmniejszy szanse edukacyjne większości młodzieży spoza nielicznych ośrodków metropolitalnych, która z powodów finansowych studiuje możliwie najbliżej miejsca zamieszkania. W dalszej perspektywie zapaść finansowa większości uczelni spowoduje degradację edukacyjną i kulturową całych regionów państwa.

W naszym przekonaniu, tylko szybka i konsekwentna realizacja wskazanych zmian w polityce wobec nauki i szkolnictwa wyższego pozwoli na odnowienie społecznej misji uniwersytetu.

List Prezydenta do Organizatorów i Uczestników IV Konferencji Smoleńskiej

Organizatorzy i Uczestnicy IV Konferencji Smoleńskiej
w Warszawie

prezydentpllogoSzanowni Państwo!

Serdecznie pozdrawiam wszystkich zgromadzonych na IV Konferencji Smoleńskiej. Motto, zaczerpnięte z Cypriana Kamila Norwida, pięknie i wiernie oddaje cel i znaczenie tych spotkań: „Nie trzeba kłaniać się Okolicznościom, / A Prawdom kazać, by za progiem stały”.

Konferencje Smoleńskie organizowane są społecznie od 2012 roku dzięki wysiłkom ponad stu profesorów, reprezentujących nauki techniczne i ścisłe: mechanikę, fizykę, lotnictwo i aerodynamikę, elektronikę, chemię i geodezję. To znamienne, że w obliczu tragedii 10 kwietnia 2010 roku uczeni odwołują się do słów wielkiego poety po to, by podjąć konkretne prace badawcze. W ten sposób deklarują Państwo: nie będziemy kłaniać się okolicznościom, czyli sposobowi, w jaki wyjaśniano przebieg i okoliczności katastrofy. Nie godzimy się także, by raporty oficjalnych komisji pozostawiły naukową prawdę poza progiem naszej wiedzy, naszych możliwości i umiejętności dochodzenia do wiarygodnych ustaleń.

Chciałbym dzisiaj podziękować Państwu za wierność etosowi pracowników nauki i wytrwałe dążenie do poznania prawdy w zgodzie z dorobkiem własnej dziedziny wiedzy. To właśnie skłoniło Państwa do przeprowadzenia własnych badań i dociekań. W realizację tego – zdawałoby się oczywistego – naukowego przedsięwzięcia, włączyli się także archeolodzy, prawnicy, socjolodzy i przedstawiciele nauk medycznych. W ramach Komitetu Organizacyjnego i dziesięciu Komitetów Naukowych przygotowali i przeprowadzili Państwo już trzy Konferencje Smoleńskie, na których zaprezentowano 78 referatów.

To cenny i znaczący dorobek, zwłaszcza jeśli zważyć, że powstał bez udziału i wsparcia struktur państwowych i instytucji naukowych, z wykorzystaniem jedynie społecznie zebranych środków finansowych i pomimo bardzo ograniczonego dostępu do materiałów i dowodów. Organizatorzy i prelegenci Konferencji, podobnie jak naukowcy wspierający Zespół Parlamentarny ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy Tu-154M z 10 kwietnia 2010 roku, nie mogli bowiem liczyć na przychylność mediów i polityków rządzących Polską ani też – niestety – na przychylność i wsparcie licznych przedstawicieli środowiska naukowego. A jednak przeprowadzone badania i analizy pozwalają sformułować najważniejszy, jak się zdaje, wniosek: raporty MAK i komisji Millera to tylko hipotezy, które nie wytrzymują konfrontacji z naukową analizą dostępnej dokumentacji zdjęciowej i filmowej. Tym samym zaś trzeba uznać, że prace nad wyjaśnieniem przebiegu katastrofy smoleńskiej oraz jej przyczyn nie zostały zakończone. I za to podstawowe osiągnięcie Konferencji także dzisiaj Państwu dziękuję.

Jestem przekonany, że badaczom, którzy – działając poza oficjalnymi strukturami polskiej nauki, w nieprzychylnej, medialnej atmosferze, z ograniczonym dostępem do materiałów i dowodów – podjęli trud samoorganizacji obywatelskiej w zgodzie z etosem uczonego i obywatela, należy się wdzięczność i szacunek. Uważam też, że podjęte przez Państwa prace trzeba kontynuować.

Andrzej Duda, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

Za: http://www.prezydent.pl/aktualnosci/wypowiedzi-prezydenta-rp/inne/art,65,list-prezydenta-na-iv-konferencji-smolenskiej.html

Nauczyciele z pasją nagrodzeni!

Dzień Komisji Edukacji Narodowej, nazywany też Dniem Nauczyciela jest okazją do uhonorowania pracy i docenienia osiągnięć nauczycieli krakowskich placówek oświatowych. W piątek, 16 października Prezydent Krakowa Jacek Majchrowski wręczył wyróżnienia „Nauczyciel z pasją” oraz nagrody dla nauczycieli pracujących w szkołach i przedszkolach samorządowych oraz innych placówkach edukacyjnych.

nzpdorotaborutaOd dłuższego czasu miasto podejmuje działania służące tworzeniu klimatu mody na wiedzę, działania związane z podnoszeniem jakości kształcenia, doceniania i nagłaśniania sukcesów szkół, uczniów i nauczycieli. Konkurs „Nauczyciel z pasją” odbywa się po raz drugi i cieszy się coraz większym zainteresowaniem szkół i placówek. Przewidywane kolejne edycje być może wyłonią nauczyciela, który będąc posiadaczem kilku certyfikatów zasłuży na najwyższy, złoty certyfikat dla wychowawcy szczególnie wyróżniającego się pasją w wykonywaniu swojego zawodu (nagrodę otrzymuje p. Dorota Boruta, zbieżność nazwisk nie jest tu przypadkiem – wprost przeciwnie ;-) fot. p. Wiesław Majka).

npzdziennauczyciela- Dorobek ubiegłego i obecnego roku zaczyna stanowić ciekawą i coraz bogatszą bazę informacji o tym, jak interesujące, a czasami nawet unikalne rzeczy robią nasi nauczyciele, by podnosić jakość kształcenia w szkołach i placówkach. Przykładem niech będzie nauczyciel V LO, który może się pochwalić największą ilością olimpijczyków przypadających na jednego nauczyciela w Polsce. Mamy też nauczyciela – humanistę uczącego w szkole technicznej, którego wszyscy zdają egzamin maturalny z jego przedmiotu – powiedział Prezydent Jacek Majchrowski (na zdjęciu powyżej także p. Dorota Boruta. Warto dodać, że to zdjęcie jest redakcyjną ilustracją na Dzień Nauczyciela, fot. archiwum rodzinne).

W tym roku wyróżniono aż 156. nauczycieli, 63. uczących w przedszkolach i szkołach podstawowych oraz 93. pracujących w gimnazjach, szkołach ponadgimnazjalnych i innych placówkach.

Za: http://krakow.pl/aktualnosci/194898,34,komunikat,nauczyciele_z_pasja_nagrodzeni_.html

Życzymy licznych osiągnięć i zadowolenia z pracy w szkole

prezydentpllogoSzanowni Pedagodzy!

Z okazji Dnia Edukacji Narodowej – dorocznego święta polskich nauczycieli składamy wszystkim Państwu wyrazy głębokiego szacunku. Dziękujemy za Państwa codzienną pracę i życzymy wielu sukcesów w tej pięknej i odpowiedzialnej służbie. Niech postępy i dokonania uczniów będą dla Państwa powodem dumy, a wdzięczność rodziców i wychowanków – zachętą do dalszych wysiłków.

Praca nauczycielska przynosi ogromną satysfakcję i wiele radości. Zawód pedagoga jest nie tylko jedną z profesji, lecz – prawdziwym powołaniem. Dobrze znamy jednak także problemy i bolączki, z jakimi Państwo się borykają. Misja pełniona przez nauczycieli bywa trudna i zbyt często jest niedoceniana. Należy to zmienić. Polscy pedagodzy powinni mieć zapewnione coraz lepsze warunki do pełnienia swoich obowiązków. Zawód nauczyciela ze wszech miar zasługuje, by cieszyć się prestiżem i uznaniem. W dobie rewolucji informatycznej i budowania gospodarki opartej na wiedzy nie sposób przecenić Państwa roli w kształceniu i przygotowywaniu młodych Polaków do dorosłego życia. Sprawy środowiska pedagogicznego muszą więc być przedmiotem szczególnej troski władz. Polskie państwo i samorządy powinny z pełną determinacją wspierać nauczycieli i szkolnictwo.

20151014padZdajemy sobie sprawę, jak wielkie wyzwania stoją przed polską szkołą (fot. Para Prezydencka podczas akcji Caritas „Tornister pełen uśmiechów”, 20 sierpnia 2015 roku). Zajmuje ona miejsce wyjątkowe w życiu naszej wspólnoty narodowej. Tutaj dzieci i młodzież nie tylko zdobywają wiedzę, ale też uczą się praktycznej miłości Ojczyzny, postaw obywatelskich, szacunku dla każdego człowieka, tradycji patriotycznych. Szkoła formuje osobowość i pomaga rozumieć świat. Stąd już 232 lat temu Komisja Edukacji Narodowej pisała w swoich ustawach: „Nauczyciel każdy powinien być o tem przekonany, że przymioty jego rozumu i serca wpłyną w rozum i serce uczniów”. W znacznej mierze to od dzisiejszych pedagogów zależy bowiem, jacy będą Polacy jutro i pojutrze. Powierzając Państwu edukację młodego pokolenia, naród składa w Państwa ręce swoją przyszłość.

W tym wyjątkowym dniu pragniemy podziękować Państwu za oddanie swojej pracy oraz wrażliwość i otwartość wobec każdego ucznia. Dziękujemy za to, że towarzyszą Państwo swoim wychowankom we wzrastaniu i rozwoju. Że z powodzeniem wprowadzają ich Państwo w przestrzeń nowoczesnej wiedzy i technologii, czerpiąc jednocześnie z dorobku i mądrości poprzedników oraz ciągle doskonaląc własne umiejętności. Że pomagają Państwo najmłodszym w adaptacji, dbają o współpracę z rodzinami, pamiętają o potrzebach najsłabszych, angażują się na rzecz integracji społecznej i przeciwdziałają zjawiskom wykluczenia. To dzięki Państwu szkoła jest miejscem życzliwym, bezpiecznym i przyjaznym dla wszystkich. Bardzo wysoko cenimy te zasługi.

Raz jeszcze serdecznie gratulując nauczycielom i wszystkim pracownikom oświaty, życzymy Państwu licznych osiągnięć i zadowolenia z pracy w szkole oraz wszelkiej pomyślności.

Andrzej Duda i Agata Kornhauser-Duda

Tekst i ilustracja za: http://www.prezydent.pl/aktualnosci/wypowiedzi-prezydenta-rp/inne/art,45,zyczymy-licznych-osiagniec-i-zadowolenia-z-pracy-w-szkole.html

Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy. Deklaracja ideowa

ksdlogoDeklaracja ideowa (Częstochowa, 7 września 1991 roku)

1. Dziennikarze prasy, radia i telewizji – świeccy i duchowni pracujący zarówno w redakcjach znajdujących się instytucjonalnie pod opieką Kościoła, jak i innych, kierujących się wskazaniami Magisterium Kościoła w sprawach wiary i moralności, czują w czasach obecnych szczególnie wymowne wyzwanie stawiane przez wydarzenia historyczne ich profesjonalnemu powołaniu we współczesnym świecie. Świadectwo, jakiego słusznie mogą oczekiwać środowiska społeczne, do których kierujemy słowa naszych publikacji oraz przykład życia, stanowiący wymowne potwierdzenie słuszności wyznawanych przez nas ewangelicznych wartości, kieruje nasze pragnienia i wysiłki ku stworzeniu wspólnoty zawodowej o charakterze stowarzyszenia w rozumieniu prawa cywilnego i kodeksu prawa kanonicznego.

2. Odradzające się struktury życia społecznego po przełomie lat osiemdziesiątych, nastawione na demokratyzację życia po okresie totalitarnego zniewolenia osoby ludzkiej i wolności słowa, upoważniają do podjęcia inicjatyw także na polu tworzenia nowych struktur, w tym przypadku odwołujących się do dwu kryteriów: zawodowego – związanego z pracą dziennikarską, oraz wyznaniowego opierającego się na katolickiej nauce i formacji religijnej.

3. Inicjatywa powołania tego stowarzyszenia nawiązuje do istniejących w innych krajach podobnych instytucji, które wielokrotnie sprawdziły się w skutecznym działaniu dla dobra ich członków, Kościoła i świata.

4. Jako społeczność osób zatroskanych o promocję autentycznych wartości doktrynalnych i moralnych, Stowarzyszenie opowiada się za prymatem osoby ludzkiej w życiu społecznym. Ów prymat rozumiemy jako to skorzystanie z daru wolności, które uwzględnia podporządkowanie się prawdzie a nie dowolne jej stanowienie. W konsekwencji też sumienie człowieka traktujemy jako zdolność odczytywania, a nie tworzenia norm moralnych dotyczących życia osobistego i społecznego.

5. W praktyce oznacza to, że opowiadamy się za stanowieniem praw:

- chroniących życie i nadprzyrodzoną godność każdej osoby ludzkiej, tak jak ten postulat formułuje Kościół,
- gwarantujących społeczności wierzących udział w życiu publicznym, w kształtowaniu opinii społecznej i respektowaniu oraz realizacji chrześcijańskich wartości w systemach oświaty i wychowania,
- umożliwiających jednakowy dostęp do informacji dla wszystkich środowisk dziennikarskich,
- uwzględniających należyte miejsce kultury chrześcijańskiej w życiu indywidualnym i społecznym Polaków.

6. Zawód swój wykonujemy jako wyraz powołania a zarazem świadectwo wiary. W ten sposób stajemy się uczestnikami misyjnej posługi Kościoła i rzecznikami praw człowieka. Jakkolwiek zdajemy sobie sprawę, że służąc w ten sposób ogłoszonej przez Jana Pawła II nowej ewangelizacji Europy zrodzonej z chrześcijańskich korzeni, nie dokonujemy wyborów politycznych, to jednak przyczyniamy się do oświecania działalności politycznej i gospodarczej światłem Ewangelii oraz szanujemy i popieramy polityczną wolność i odpowiedzialność obywateli opartą na prawdzie i prawdomówności. „Trzeba, by ona kształtowała życie rodzin, środowisk, społeczeństw, środków przekazu, kultury, polityki i ekonomii” (Jan Paweł II, Olsztyn, 6 czerwca 1991).

7. Dobre imię dziennikarza katolickiego stanowi dla nas wartość budowaną przez nieustanne doskonalenie zawodowe oraz stały wzrost w formacji religijnej. Uzyskanymi w ten sposób wartościami dzielić się będziemy chętnie z innymi dziennikarzami, widząc w tym konkretny przejaw naszego otwarcia na wspólne interesy świata dziennikarskiego, przeżywającego w obecnych czasach dotkliwe skutki manipulacji ideologicznej oraz wydanego na grę walczących sił politycznych które często zmierzają do instrumentalnego traktowania naszego warsztatu pracy i nas samych

8. Stowarzyszenie pełniąc wobec instytucji kościelnych i świeckich także funkcje związku zawodowego, tak jak je rozumie katolicka nauka społeczna, uważa za swój obowiązek i jedną z racji swego istnienia, obronę interesów duchowych i materialnych zrzeszonych dziennikarzy. Wypełniając tę funkcje otwarte jest, zgodnie ze statutem, na współpracę z instytucjami kościelnymi i świeckimi, kierując się zasadami zawartymi w odnośnych przepisach prawnych.

Za: http://www.ksd.media.pl/deklaracja-ideowa

Prezydent Andrzej Duda na inauguracji 652-ego roku akademickiego w Uniwersytecie Jagiellońskim

20151001ad1„Czuję się członkiem tej wspólnoty. Stąd wyszedłem. Nie byłbym Prezydentem Rzeczypospolitej, gdyby nie Uniwersytet Jagielloński. Gdyby nie to wszystko, co otrzymałem od Uniwersytetu: przygotowanie, wykształcenie, obycie, umiejętność zachowania się, odpowiednio w różnych sytuacjach, wiedza. Dziękuję wszystkim Państwu, wszystkim Profesorom”… (fot. p. Mirosław Boruta).

Zapraszamy Państwa do obejrzenia dwóch fotoreportaży, autorstwa pp. Mirosława Boruty i Andrzeja Kalinowskiego, a służbom Uniwersytetu Jagiellońskiego dziękujemy za doskonałe przyjęcie dziennikarzy, nawet tych „społecznych” ;-)
https://picasaweb.google.com/103511753291993799832/1Pazdziernika2015mb
https://picasaweb.google.com/103511753291993799832/1Pazdziernika2015ak

Błędy, przemilczenia i manipulacje w podręczniku do historii

janpiotrjaroszJan Piotr Jarosz

Błędy, przemilczenia i manipulacje w podręczniku do historii dla liceów i techników pt. „Poznać przeszłość. Wiek XX”. Autorzy: Stanisław Roszak i Jarosław Kłaczkow (UMK). Rzeczoznawcy: dr Maciej Fic (UŚ), dr hab. Andrzej Szwarc (UW), dr Katarzyna Kłosińska (UW). Wydawnictwo: „Nowa Era”. Rok wpisania do wykazu podręczników dopuszczonych do użytku szkolnego, przeznaczonych do kształcenia ogólnego, dostosowanych do wieloletniego użytku: 2015. Nr ewidencyjny w wykazie MEN: 525/2012. Zakres podstawowy.

W bieżącym roku – 2015 – został dopuszczony do użytku szkolnego podręcznik do historii „Poznać przeszłość. Wiek XX”. Ten podręcznik, dopuszczony w 2012 r., skrytykowałem za liczne błędy (film z moim wystąpieniem jest w internecie). Mog­łoby się wydawać, że nowa wersja będzie lepsza, poprawiona. Niestety, podręcznik dopuszczony w 2015 r. jest taki sam jak ten z 2012 r. Poprawiono jedno zdanie na s. 245, gdzie autorzy przyjęli – i przekazali dla młodzieży – ubecką wersję śmierci Jana Rodowicza „Anody”, który według tej wersji zginął podczas próby ucieczki. W wydaniu z 2015 r. autorzy napisali, że zginął w siedzibie Urzędu Bezpieczeństwa (UB). Poprawiono także jedno zdanie na s. 169, gdzie w wydaniu z 2012 r. autorzy błędnie przypisali Armii Czerwonej zajęcie Albanii i Grecji w 1944 r. Paginacja w wydaniu z 2015 r. jest taka sama jak z 2012 r. i te same błędy, przemilczenia i manipulacje. Rzekoma nowość tego podręcznika to jest jakiś trick reklamowy Wydawnictwa „Nowa Era”. Będę pisał, oczywiście, o wydaniu z 2015 r., ale to samo dotyczy wydania z 2012 r.

W podręczniku całkowicie została pominięta działalność niepodległościowa Józefa Piłsudskiego. Nie ma wzmianki o działalności konspiracyjnej Związku Walki Czynnej i Polskiej Organizacji Wojskowej. Nie ma dobrego zdjęcia ani biogramu Marszałka, choć są biogramy innych polityków ówczesnej Europy i świata. (Pod zdjęciem z internowania w Magdeburgu błąd w opisie: niemiecki oficer to nie jest żaden książę (s. 66). Całkowicie przemilczano zasługi Naczelnika Państwa dla wprowadzenia reform społecznych – jak nadanie praw wyborczych dla kobiet – 28 listopada 1918 r. Nadanie kobietom prawa wyborczego, 8-godzinny dzień pracy i ubezpieczenia społeczne autorzy opisali jako reformy „nowych władz” (s. 68), a były to dekrety Naczelnika Państwa. W artykule „Bitwa Warszawska” autorzy nie wymienili nazwiska Józefa Piłsudskiego i nie napisali o znaczeniu bitwy dla Polski, Europy i świata (s. 75). Nie ma nazwiska Józefa Piłsudskiego, a to on osobiście poprowadził zwycięskie uderzenie na armie bolszewickie. W „Infografice” jest maleńkie zdjęcie Józefa Piłsudskiego (s. 76) i duże, wyraziste zdjęcie Lwa Trockiego – organizatora Armii Czerwonej, komisarza ds. wojskowych i floty wojennej (s. 77). (Nota bene zdjęcie J. Piłsudskiego rozmawiającego z E. Śmigłym-Rydzem (s. 76) jest z dn. 24 września 1920 r., z miejscowości Lipsk, powiat augustowski, a nie z czasów bitwy warszawskiej. W tym dniu J. Piłsudski był w Lipsku i Lipszczanach. Zatem podpis pod zdjęciem jest błędny). Józef Piłsudski – działacz niepodległościowy – został błędnie zaliczony do stronnictwa proaustriackiego (s. 12). W opisie znaczenia bitwy warszawskiej 1920 r. nie podkreślono, że Polacy obronili kulturę europejską przed terrorem bolszewickim.

W rozdziale o Niemczech autorzy zamieścili – nie wiadomo z jakiego powodu – wiele zdjęć Hitlera i to dobrych. W bardzo krótkim opisie ideologii narodowego socjalizmu (s. 30) zapomnieli wymienić Słowian, których Hitler również zaliczył do rasy niższej, tak jak Żydów. Wspomnieli o tym, gdy opisywali okupację niemiecką w Europie środkowej i wschodniej (s. 150, 142). Nie ma opisu ustaw norymberskich czyli ustaw rasowych z 1935 r. i jasnego stwierdzenia, że ideologia hitlerowska nie ma podstaw naukowych; to jest biologiczny rasizm – ideologia zbrodnicza (s. 34). Na s. 32 – 33 w infografice „Społeczeństwo III Rzeszy” – Niemcy prezentują się bardzo dobrze, co prawda brak SA (Sturmabteilungen der NSDAP) – Oddziałów Szturmowych i BDM (Bund Deutscher Maedel) – Związku Niemieckich Dziewcząt, ale całość jest właściwie reklamą hitleryzmu. Tylko jedno małe zdjęcie „Wykluczeni” (opis bez Słowian i Romów). Autorzy nie zamieścili zdjęć, np. z „kryształowej nocy”, o której piszą na s. 34. W całym podręczniku autorzy używają określenia „naziści”, chociaż ten termin wprowadzony przez Amerykanów rozpowszechnił się dopiero po II wojnie światowej. W Polsce używało się i używa określeń: „Niemcy”, „hitlerowskie Niemcy”, „hitlerowcy”. Uprawnione byłoby określenie „naziści niemieccy”.

Najwięcej jednak manipulacji, błędów i przemilczeń dotyczy II wojny światowej. Całkowicie zostały pominięte walki Wojska Polskiego z Armią Czerwoną, która działając w porozumieniu z Niemcami zaatakowała Polskę 17 września 1939 r. Autorzy nie opisali żadnych bitew i walk. Przemilczeli obronę Grodna, gdzie wsławiła się młodzież polska – „Orlęta Grodzieńskie”. Przemilczeli bitwy pod Wytycznem, Szackiem, Milanowem, obronę Wilna, bitwę w rejonie Sopockiń i Kodziowiec. Napisali tylko, że „niektóre posterunki polskiego Korpusu Ochrony Pogranicza broniły się z wielką determinacją” (s. 127). Mogli wymienić choć Sarny i Czortków. Nie piszą o masowych morderstwach popełnionych na wziętych do niewoli oficerach i żołnierzach. Jest tylko wzmianka o wymordowaniu oficerów po bitwie pod Szackiem i cywilnych obrońców Grodna i Wilna (s. 131).

W rozdziale „Podbój Europy przez Stalina i Hitlera” (s. 132 – 140) syntetycznie przedstawiono agresywne działania Niemiec i Związku Sowieckiego. W artykule „Bitwa o Anglię” jest tylko wzmianka o polskich pilotach (s. 137). Dopiero w infografice napisano trzy zdania i zamieszczono jedno maleńkie zdjęcie Dywizjonu 303 (s. 138). Na s. 139 znalazło się jednak duże, dobre zdjęcie… Göringa. Nie ma nazwisk ani zdjęć polskich bohaterów Bitwy o Anglię, asów lotnictwa: Stanisława Skalskiego, Witolda Urbanowicza, Józefa Františka, Jana Zumbacha, Mirosława Fericia. Spośród dywizjonów latających na „Hurricane’ach” Dywizjon 303 zestrzelił najwięcej samolotów niemieckich (wg obliczeń pilotów było to 126 maszyn.) Wszyscy piloci polscy z dywizjonów polskich i brytyjskich zestrzelili ponad dwieście niemieckich samolotów. Na s. 207 jest wymieniony 302 Dywizjon Myśliwski i „kilka dywizjonów myśliwskich oraz cztery bombowe”. Na s. 133 i 206 jest wymieniona Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich, która brała udział w walkach o Nar­wik w 1940 r., ale nazwiska dowódcy gen. Zygmunta Bohusza-Szyszki nie podano. Nie ma wzmianki o złamaniu szyfru „Enigmy”.

W rozdziale „Polityka okupacyjna Niemiec” na s. 150 zamieszczono podpis pod zdjęciem: „Niemiecki obóz koncentracyjny w Oświęcimiu (Auschwitz) na ziemiach polskich założono w 1940 r.” W tym jednym zdaniu jest kilka przekłamań. Niemiecki obóz koncentracyjny nazywał się „KL Auschwitz” i został założony na terenach polskich ziem podbitych, okupowanych i włączonych do III Rzeszy Niemieckiej. Bez tych informacji mamy do czynienia z zamieszaniem terminologicznym, które jest źródłem potwornego kłamstwa. Podobne potworne kłamstwo wychodzi z diagramu na s. 152. Przy nazwie „Polska” brązowym kolorem zaznaczono liczbę Żydów zamordowanych podczas II wojny światowej – 2,95 mln. Niebieskim kolorem oznaczono ludność żydowską, która ocalała – 350 tys. ZSRR – liczba zamordowanych – 1 mln, ocalonych 2 mln. Niemcy – liczba zamordowanych 137,5 tys., ocalonych 428,5 tys. Podłość tej manipulacji polega na tym, że użyto nazwy państwa „Polska” a przecież jego terytorium było okupowane przez Niemców i Sowietów. Krótkie wprowadzenie tekstowe do diagramu niczego nie wyjaśnia. Z diagramu nie wynika, że to funkcjonariusze aparatu państwowego hitlerowskich Niemiec wymordowali ok. 6 mln europejskich Żydów. Na mapie „Europa pod okupacją niemiecką” (s. 156) w legendzie zaznaczono: „Bełżec – obozy zagłady”, „Dachau – niemieckie obozy koncentracyjne”. Z tego opisu wynika, że Bełżec nie był niemieckim obozem zagłady (tylko jakim?). Autorzy dwie strony poświęcili na przedstawienie napisu nad bramą niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Auschwitz: „Arbeit macht frei” (s. 216-217). Informują o kradzieży napisu, ale nie podali, że złodzieje ukradli napis na zlecenie szwedzkiego biznesmena a sprawa nie została dokładnie wyjaśniona.

W rozdziale „Postawy wobec holokaustu” (s. 154, 155) nie opisano działalności Ireny Sendlerowej. To jest manipulacja. O Irenie Sendlerowej jest krótka notatka biograficzna kilkadziesiąt stron dalej przy tekstach źródłowych o zagładzie getta warszawskiego (s. 198), z pominięciem informacji, że działała w Delegaturze Rządu na Kraj. Na s. 154 wymieniona jest Rada Pomocy Żydom „Żegota” pod kierownictwem Juliana Grobelnego i wymieniony jest Władysław Bartoszewski, zamieszczono trzy jego zdjęcia z KL Auschwitz. Całkowicie pominięto nazwisko Zofii Kossak-Szczuckiej, katolickiej pisarki, która była inicjatorką i wraz z Wandą Krahelską-Filipowiczową współprzewodniczącą Komitetu Pomocy Żydom im. Konrada Żegoty. Trzeba dodać, że to Zofia Kossak-Szczucka włączyła Władysława Bartoszewskiego do działalności w „Żegocie”. Całkowicie została pominięta rola Rządu Polskiego w Londynie, Armii Krajowej i Delegatury Rządu na Kraj w ratowaniu ludności żydowskiej. Autorzy napisali, że w ratowaniu zaangażowało się „wiele osób” (s. 154), podczas gdy w pomoc było zaangażowanych – według szacunków – ponad 1 mln osób, może ok. 1,5 mln osób, struktury Polskiego Państwa Podziemnego podległego Rządowi w Londynie, Delegatura Rządu, Armia Krajowa oraz liczni księża i zakony. Brak wzmianki o przyznanych medalach „Sprawiedliwy wśród narodów świata”.

Autorzy uznali Polaków za winnych zbrodni w Jedwabnem w lipcu 1941 roku (s. 155 i mapa s. 195), po ataku Niemiec na Związek Sowiecki i zajęciu tych terenów przez armię niemiecką. Całkowicie pominęli obecność w Jedwabnem niemieckiej żandarmerii i Gestapo. Pominęli obecność na tych terenach specjalnych grup operacyjnych niemieckiej policji Sipo i SD „Einsatzgruppen”, których celem było mordowanie ludności żydowskiej (o tych grupach piszą na s. 152). W dniu 27 czerwca 1941 r. w Białymstoku oddział policji niemieckiej dowodzony przez mjr. Weisa spalił ok. 1000 osób w synagodze. Prace archeologiczne w Jedwabnem przerwano na żądanie środowisk żydowskich, gdy ekipa znalazła łuski z niemieckiej broni i pocisk. Później uznano, że to nie jest pocisk.

W rozdziale „Ruch oporu w krajach okupowanych” autorzy błędnie napisali, że najwcześniej, bo „już od 13 listopada 1939 r. w Polsce powstał Związek Walki Zbrojnej” (s. 155). Jednak kilkadziesiąt stron dalej piszą, że jedną z pierwszych organizacji konspiracyjnych była „Służba Zwycięstwu Polski (SZP) z dowódcą gen. Michałem Karaszewiczem-Tokarzewskim” (s. 188). Błędnie napisali, że została „utworzona w momencie kapitulacji Warszawy (s. 188). SZP została utworzona dzień wcześniej tj. 27 września 1939 r. Dzisiaj to Dzień Polskiego Państwa Podziemnego.

O Armii Krajowej autorzy napisali, że była „najliczniejszą organizacją konspiracyjną na świecie” (s. 188) i podali liczbę 400 tys. żołnierzy. Jednak zdjęcie oddziału partyzanckiego zamieścili tylko jedno przy tekście o walkach z UPA (s. 199) – przedstawia grupę odpoczywających partyzantów. Natomiast na s. 155 jest zdjęcie partyzantów sowieckich przy wysadzaniu pociągu. Nie ma zdjęć komendantów Armii Krajowej. Jednak autorzy nie pożałowali miejsca na s. 183 na zamieszczenie zdjęcia organizatora Gestapo, szefa SS i policji Heinricha Himmlera, który z uśmiechem wita się z rodziną niemieckich kolonistów. Na tej samej stronie jest zdjęcie Hansa Franka przed kompanią honorową, a powinno być zdjęcie afiszy śmierci.

Na s. 188 autorzy nie wspomnieli o przekazywaniu informacji wywiadowczych przez wywiad AK dla wywiadu brytyjskiego, np. o ściśle tajnym ośrodku rakietowym w Peenemuende oraz o przekazaniu dokumentacji i części rakiety V-2 do Anglii. Nie ma wzmianki o utrzymywaniu stałej łączności radiowej i kurierskiej z Rządem Polski w Londynie. Tylko jedno zdanie o cichociemnych jest na s. 190 przy artykule o strukturze Państwa Podziemnego, a powinno być przy AK i nie tylko jedno zdanie. Nie ma informacji o Szarych Szeregach i małym sabotażu, o szkoleniu wojskowym. Działalności AK nie można opisać w dwóch zdaniach, nawet w „Zakresie podstawowym”, tak jak to zrobili autorzy (vide s. 188). Wspomnieli o strukturze i okręgach, ale nie wprowadzili istotnego rozróżnienia na placówki i oddziały partyzanckie. Żołnierze AK z placówek mieszkali i pracowali na swoim terenie, ale też brali udział w konspiracyjnym szkoleniu wojskowym i akcjach dywersyjnych. Natomiast żołnierze z oddziałów partyzanckich przebywali w lasach, skąd uderzali na Niemców.

Na s. 190 autorzy napisali o wydawaniu podziemnej prasy i książek. Jako przykład mogli wymienić „Biuletyn Informacyjny” – tygodnik AK i książkę Arkadego Fiedlera „Dywizjon 303”, wydaną w Londynie w 1942 r. i w następnym roku w Warszawie w podziemnym wydawnictwie Tajne Wojskowe Zakłady Wydawnicze. W tym samym wydawnictwie była wydana w 1943 r. książka „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego (pseudonim Juliusz Górecki).

W rozdziale „Wojna poza Europą” autorzy pisząc o walkach w Afryce północnej wymienili Samodzielną Brygadę Strzelców Karpackich (s. 159), ale nazwiska dowódcy gen. Stanisława Kopańskiego nie podali, nie zamieścili jego zdjęcia. Jest natomiast duże i dobre zdjęcie… gen. Rommla (s. 159). Nazwisko Kopańskiego wymienione jest na s. 208, ale błędnie podano jego imię – Władysław. Nie ma jego notki biograficznej, a był jednym z najbardziej zasłużonych generałów, dowódcą 3 Dywizji Strzelców Karpackich i Szefem Sztabu Narodowego Wodza do 1947 r. (w indeksie osób nazwiska nie ma). W podręczniku nie ma wzmianki o walkach polskiego lotnictwa w Afryce północnej. Zasłużył się tam as polskiego lotnictwa Stanisław Skalski.

Na s. 161 autorzy podręcznika zamieścili duże zdjęcie, na pół strony, niemieckiej łodzi podwodnej U-Boot z dokładnym opisem i komentarzem: „Załoga U-Boota składała się z 44 marynarzy, którzy musieli pełnić służbę w bardzo trudnych warunkach”. Czyżby autorzy chcieli wzbudzić współczucie dla marynarzy hitlerowskiej Kriegsmarine? Z niewiadomych powodów nie zamieszczono zdjęcia polskiego okrętu podwodnego ORP „Orzeł”, nie opisano jego bohaterskiej epopei. Autorzy podręcznika napisali o nim dwa krótkie zdania (s. 212) i jedno o zaginięciu (s. 206). Nie zamieszczono zdjęcia dowódcy ORP „Orzeł” kmdr. ppor. Jana Grudzińskiego. Nie wspomniano o poszukiwaniach wraku ORP „Orzeł”, które trwają do dzisiaj. W tradycji polskiej Marynarki Wojennej jest oddawanie salutu przez każdy okręt przepływający przez Morze Północne.

O „Sonderaktion Krakau” jest jedno zdanie na s. 182 bez daty i podania liczby aresztowanych profesorów. Nie ma informacji o śmierci wielu z nich. Autorzy powinni podać kilka podstawowych faktów, np. że w dniu 6 listopada 1939 r. w Krakowie SS, policja i Gestapo podstępnie aresztowało 183 profesorów i pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Górniczej i Akademii Handlowej. Profesorów wywieziono do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen. W wyniku warunków obozowych – głodu, cierpienia, znęcania się esesmanów – zmarło trzynastu profesorów, wśród nich: Ignacy Chrzanowski, profesor literatury polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, Stanisław Estreicher, profesor historii prawa – były rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. Antoni Meyer, dr praw, inż. górnictwa z Akademii Górniczej, prof. Kazimierz Kostanecki, były rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego i prezes Polskiej Akademii Umiejętności. Dwóch profesorów zamordowano w innych obozach. Pięciu profesorów zmarło z wycieńczenia i chorób wkrótce po zwolnieniu z Sachsenhausen. Ponad czterdziestu naukowców więziono w obozie koncentracyjnym Dachau.

O Rządzie Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie autorzy podręcznika z uporem piszą „rząd emigracyjny” (s. 187), tak jak propaganda niemiecka i sowiecka w czasie wojny, a po wojnie komuniści w PRL. Takie autorskie nazewnictwo jest niezgodne z Podstawą programową z 2009 r. i Programem nauczania, na który powołuje się Wydawnictwo „Nowa Era”. W podręczniku nie ma zdjęć prezydentów RP Władysława Raczkiewicza i Augusta Zaleskiego. Premier i Naczelny Wódz, gen. Władysław Sikorski, ma dobre zdjęcie i ogólnikowy biogram. Podobnie gen. Władysław Anders. Nie ma zdjęć generałów: Kazimierza Sosnkowskiego, Stanisława Maczka, Zygmunta Bohusza-Szyszki, Stanisława Kopańskiego, Stanisława Sosabowskiego, Bronisława Ducha. Jest natomiast duże zdjęcie „marszałka” Rokossowskiego (s. 259).

W rozdziale „Ocena powstania” autorzy uznali, że „jedynym rzeczywistym zwycięzcą powstania warszawskiego był Józef Stalin” (s. 205). Trzeba zauważyć, że podobne opinie były drukowane w niemieckich gazetach wydawanych w języku polskim dla ludności Generalnego Gubernatorstwa. Podobnej treści zapiska jest w „Dziennikach” Goebbelsa. Jednak młodzież z polskich szkół zasługuje na coś lepszego niż hasła hitlerowskiej propagandy, a po wojnie – propagandy komunistycznej, która potępiała powstanie. Młodzież z polskich szkół powinna znać całą prawdę: powstanie warszawskie było walką o niepodległość całej Polski, a taka szansa była ostatnia w czasie II wojny światowej. Władze polskie najbardziej liczyły na pomoc państw zachodnich, a nie Sowietów, jak to się często dzisiaj sądzi. Należy podkreś­lić, że hitlerowskie Niemcy to była taka dzicz, przeciwko której należało walczyć do końca. Autorzy podręcznika opisali walki w Warszawie bez wymienienia nazw Szare Szeregi i batalionów harcerskich „Zośka” i „Parasol”. Zwycięzcami powstania warszawskiego są młodzi ludzie, którzy 1 sierpnia wychodzą z biało-czerwonymi opaskami na ulice miast i wszyscy ci, którzy szanują krew i łzy mieszkańców powstańczej Warszawy.

W artykule „Lądowanie aliantów we Włoszech” autorzy napisali o walkach 2. Korpusu Polskiego na s. 168 – jedno zdanie, trochę więcej na s. 209. Na s. 168 piszą o „zajęciu przez 2. Korpus Polski Monte Cassino”. Natomiast na s. 209 piszą o „zdobyciu 18 maja 1944 r. klasztoru na Monte Cassino” i podkreślają znaczenie strategiczne – otwarcie drogi na Rzym. Jak wiadomo Monte Cassino zostało zdobyte w wyniku manewru oskrzydlenia. Jest wspomniane wyzwolenie Bolonii 21 kwietnia 1945 r. – jako „zajęcie” (s. 209), ale na fotografię z owacyjnego powitania przez mieszkańców brakło miejsca. W bitwie o Bolonię zginęło 249 oficerów i żołnierzy, rannych zostało 1219. Nie zostały wymienione inne miasta wyzwolone przez Polaków: Loreto (wielki cmentarz żołnierzy polskich), Ankona, Pesaro. Wszędzie żołnierze polscy byli entuzjastycznie witani. Mieszkańcy Loreto byli szczególnie wdzięczni za oszczędzenia miasta w czasie walk.

O walkach 1. Korpusu i 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka we Francji autorzy napisali dwa zdania (bitwa pod Falaise, s. 209). Także dwa zdania o walkach tej dywizji w Belgii, Holandii i kapitulacji dowództwa Kriegsmarine w Wilhelmshaven (s. 209). Nie ma wzmianki o wyzwoleniu Gandawy i owacyjnego powitania przez mieszkańców. Nie ma zdjęcia, które pokazałoby radość i entuzjazm mieszkańców Gandawy. Nie ma zdjęć z entuzjastycznego powitania polskich żołnierzy przez mieszkańców Bredy. Były tam napisy w języku polskim: „Dziękujemy Wam Polacy”. Nie ma zdjęcia gen. Stanisława Maczka wyzwoliciela Bredy, obywatela honorowego Holandii. O 1. Samodzielnej Brygadzie Spadochronowej i o walkach o Arnhem jest kilka zdań. Zdjęcia dowódcy gen. Stanisława Sosabowskiego i jego biogramu nie ma. Wymienione jest tylko jego nazwisko, bez imienia. W indeksie osób nazwiska nie ma.

W wydaniu z 2012 r. przy opisie rozmachu działań Armii Czerwonej autorzy mocno przesadzili błędnie przypisując jej zajęcie do grudnia 1944 r. Albanii i Grecji (s. 169). W wydaniu z 2015 r. to poprawili i nazwy tych dwóch krajów znikły (s. 169). Bitwie pod Stalingradem poświecili trzy strony: 145 oraz 176 i 177, gdzie jest sześć zdjęć – włącznie z ogromnymi pomnikami upamiętniającymi walki. Zdjęć polskich pomników w podręczniku nie ma, a powinny być – np. Westerplatte. Na s. 171 nie ma informacji o udziale 1. Armii Wojska Polskiego w zdobyciu Berlina, a taką wiadomość zamieszczono kilkadziesiąt stron dalej (s. 213) w artykule „Wojsko Polskie w ZSRR”. Zdjęcia Bramy Brandenburskiej z polską flagą nie ma.

W rozdziale „Początki władzy komunistów” o procesie szesnastu przywódców Polski Podziemnej w Moskwie autorzy napisali, że „ogłoszono wyrok kilkuletniego więzienia dla Leopolda Okulickiego i Jana Stanisława Jankowskiego, członka Delegatury Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na Kraj” (s. 231). W rzeczywistości gen. L. Okulicki – ostatni komendant Armii Krajowej – został skazany na 10 lat więzienia, a Jan Stanisław Jankowski – wicepremier – na 8 lat. A zatem nie były to wyroki kilkuletnie, jak błędnie napisali autorzy. Gen. L. Okulicki prawdopodobnie został zamordowany 24 grudnia 1946 r. w moskiewskim więzieniu. Wicepremier Jan Stanisław Jankowski prawdopodobnie został zamordowany w więzieniu we Włodzimierzu nad Klaźmą 13 marca 1953 r. na dwa tygodnie przed końcem wyroku.

Rozdział „Polska w czasach stalinizmu” to bardzo zakłamana część podręcznika. Masowy terror i dziesiątki tysięcy zamordowanych został określony jako „Represje polityczne” (s. 245). Nie ma podanej liczby osób skazanych na karę śmierci, zmarłych w aresztach i więzieniach. Według IPN to jest ponad 20 tys. osób. W latach 1944–1954 funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego aresztowali ponad 243 tys. osób. W latach 1945–1953 w więzieniach przebywało ok. 756 tys. osób, ok. 30% z nich to więźniowie polityczni. Autorzy podręcznika w wydaniu z 2012 r. powtórzyli ubeckie kłamstwo, że bohater „Kamieni na szaniec”, Jan Rodowicz, ps. „Anoda”, zginął podczas próby ucieczki: „Podczas próby ucieczki z siedziby Urzędu Bezpieczeństwa (UB) na ul. Koszykowej zginął także słynny działacz Szarych Szeregów i AK Jan Rodowicz, pseud. Anoda” (s. 245). W wydaniu z 2015 r. napisali, że zginął w siedzibie Urzędu Bezpieczeństwa: „W siedzibie Urzędu Bezpieczeństwa (UB) na ul. Koszykowej zginął także słynny działacz Szarych Szeregów i AK Jan Rodowicz, pseud. Anoda (s. 245)”. Jeden z największych bohaterów Podziemia, harcerz, podchorąży i oficer AK został nazwany „działaczem” Szarych Szeregów i AK. Jego zdjęcia nie ma. Na s. 242–243 autorzy zamieścili infografikę „Stalinizm w Polsce”, która jest właściwie reklamą stalinizmu: kolorowe komunistyczne plakaty i jedno maleńkie zdjęcie „Proces członków Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość”. W artykule o socrealizmie (s. 243) brak oceny tej epoki w kulturze, gdy pod koniec lat czterdziestych komuniści sterroryzowali środowiska twórcze: jednych zmuszając do milczenia, drugich do przyjęcia absurdalnych kanonów oficjalnej sztuki, która stała się rodzajem komunistycznej propagandy. Natomiast na s. 246 autorzy zamieścili bardzo interesujący materiał – świadczący o całkowitym podporzadkowaniu Moskwie władz PRL – to jest zdjęcie maszynopisu Konstytucji PRL z własnoręcznymi poprawkami Stalina.

Autorzy w różny sposób piszą o demonstracjach i krwawych walkach ulicznych. W Berlinie w czerwcu 1953 r. było „Powstanie Berlińskie” (s. 252 – 253), natomiast w Poznaniu w czerwcu 1956 był „tzw. poznański Czerwiec” (oryginalna pisownia, s. 260). Nie był to „tzw. poznański Czerwiec”, ale Powstanie Poznańskie, gdzie manifestanci zdobyli trochę broni, którą skierowali przeciw UB i MO. Ilustracją do walk w Berlinie jest zdjęcie czołgu na ulicy (s. 252), a w Poznaniu – małe zdjęcie wiecu, gdzie wyraźnie widać tylko architekturę (s. 261). Nie ma zdjęcia manifestantów z flagą. Krwawe starcia robotników z wojskiem i milicją w grudniu 1970 r. na Wybrzeżu zostały nazwane „wydarzeniami na Wybrzeżu” (s. 311), a powinno być: „Powstanie robotników na Wybrzeżu i demonstracje na terenie kraju”. Autorzy przyjęli nazewnictwo z komunistycznej propagandy: „wydarzenia na Wybrzeżu”, „wydarzenia marcowe”, „grudniowe”, „sierpniowe”. Autorzy często stosują formę bezosobową, np. na s. 311: „W Warszawie na najwyższym szczeblu władzy wydano wówczas rozkaz o użyciu broni wobec protestujących”. Stosują formę bezosobową, by nie napisać na jakim to „szczeblu” i kto wydał rozkaz. Zdjęcie zamieszczone na s. 311 jest bardzo małe, a przedstawia Komitet Wojewódzki PZPR w Gdańsku podpalony przez robotników. Autorzy nie zamieścili znanego zdjęcia przedstawiającego robotników niosących zastrzelonego Zbigniewa Godlewskiego (lat 18). Te i inne zdjęcia są przecież w zbiorach IPN.

Autorzy przemilczają lub pomniejszają różne formy oporu i sprzeciwu wobec władz komunistycznych w PRL. Na s. 309 napisali o „Liście 34” z marca 1964 r., ale całkowicie zafałszowali jego najgłębszy sens pomijając fakt, że był to protest przeciwko cenzurze, co było jasno sformułowane w liście, a nie tylko ogólnie „przeciwko polityce kulturalnej państwa”, „ograniczeniom przydziału papieru na druk książek oraz prasy” – jak napisali autorzy na s. 309. W podręczniku nie podali pełnej treści listu, który jest bardzo krótki – powinien to być materiał źródłowy. Nie wymienili ani jednego spośród 34 sygnatariuszy. Kilkanaście nazwisk powinni byli wymienić, bo byli to wówczas najwybitniejsi ludzie kultury polskiej: pisarze, naukowcy – wielu intelektualistów znanych na świecie. Warto wymienić te nazwiska: Leopold Infeld, Maria Dąbrowska, Antoni Słonimski, Paweł Jasienica, Konrad Górski, Maria Ossowska, Kazimierz Wyka, Tadeusz Kotarbiński, Karol Estreicher, Stanisław Pigoń, Jerzy Turowicz, Anna Kowalska, Mieczysław Jastrun, Jerzy Andrzejewski, Adolf Rudnicki, Paweł Hertz, Stanisław Cat-Mackiewicz, Stefan Kisielewski, Jan Parandowski, Zofia Kossak-Szczucka, Jerzy Zagórski, Jan Kott, Wacław Sierpiński, Władysław Tatarkiewicz, Edward Lipiński, Stanisław Dygat, Adam Ważyk, Marian Falski, Melchior Wańkowicz, Jan Szczepański, Aleksander Gieysztor, Julian Krzyżanowski. List został opublikowany za granicą w Europie zachodniej, Stanach Zjednoczonych i ogłoszony przez Radio Wolna Europa. Władze komunistyczne odpowiedziały represjami i szykanami, o czym piszą autorzy podręcznika na s. 309, ale podpis wycofał tylko Konrad Górski, a nie część sygnatariuszy. Żądania polskich intelektualistów były popierane przez profesorów w Europie zachodniej i Stanach Zjednoczonych. Poparcia udzielił znakomity pisarz włoski Alberto Moravia.

W podręczniku przemilczana jest sprawa aresztowania w październiku 1964 r. jednego z sygnatariuszy „Listu 34” Melchiora Wańkowicza i skazania go na 3 lata więzienia za przekazanie materiałów do Radia Wolna Europa. Miał wówczas 72 lata. Z powodu protestów w kraju i za granicą pisarz został wypuszczony, ale wyroku nie uchylono.

W artykule „Marzec 1968” autorzy używają bezosobowej formy, by nie wskazywać sprawców, gdy byli to komuniści. Napisali: „organizowano (…) antysemickie i antyinteligenckie wiece w fabrykach” (s. 310). Nie chcieli napisać, że to na rozkaz tow. Gomułki – i za zezwoleniem Moskwy – aparat partyjny PZPR zorganizował kampanię przeciwko swoim towarzyszom z partii, którzy jednego dnia byli dobrymi towarzyszami a następnego… syjonistami. Nie zechcieli napisać, że za zwolnienia z wojska odpowiedzialny był osobiście gen. Jaruzelski.

Nie można się zgodzić z opinią autorów o kompromitacji Polski na forum międzynarodowym (s. 310). „Wydarzenia” marcowe skompromitowały PZPR i jej totalitarną ideologię. Postawa młodzieży i całego społeczeństwo polskiego jest godna podziwu i zasługuje na najwyższe uznanie. Marzec 1968 r. to powód do dumy narodu polskiego. Oto za udział w demonstracji przeciwko zakazowi wystawiania „Dziadów” Adama Mickiewicza relegowanych zostało – niezgodnie z ówczesnym prawem – dwóch studentów Uniwersytetu Warszawskiego: Adam Michnik i Henryk Szlajfer. Wtedy w ich obronie wystąpili studenci w większości miast akademickich. Doszło do masowych demonstracji i starć z milicją. Studenckie demonstracje przeszły przez całą Polskę, były także w miastach, gdzie nie było wyższych uczelni. Tam demonstrowała młodzież ze szkół średnich. Autorzy podręcznika nie podali, że w czasie demonstracji funkcjonariusze MO i SB zatrzymali ponad 2700 osób – z tego 959 to studenci. Rozpoczęto 207 śledztw, 150 osób aresztowano. Studentów relegowanych z uczelni wcielono do karnych jednostek Ludowego Wojska. „Marzec” 1968 r. to chwała środowiska studenckiego i społeczeństwa polskiego, a hańba PZPR i reżimowego aparatu władzy. Autorzy nie rozróżniają postawy społeczeństwa od działań reżimu komunistycznego – to błąd podstawowy.

W podręczniku całkowicie przemilczano stanowisko biskupów polskich w sprawie „wydarzeń” marcowych. W dniu 21 marca 1968 r. Episkopat Polski ogłosił komunikat, który został odczytany w niedzielę 31 marca 1968 r. z ambon w koś­ciołach. Biskupi potępili użycie środków przemocy wobec demonstrantów: „Stosowanie środków przemocy fizycznej nie prowadzi do prawdziwego rozwiązania napięć pomiędzy ludźmi ani pomiędzy grupami społecznymi. Brutalne użycie siły uwłacza godności ludzkiej – i zamiast służyć utrzymaniu pokoju, rozjątrza tylko bolesne rany”. W memoriale do rządu PRL biskupi występowali o uwolnienie aresztowanych i zaniechanie represji. Jeszcze raz biskupi zabrali głos o „wydarzeniach” marcowych w komunikacie z 3 maja 1968 r. O działaniach Episkopatu i interpelacji Koła Poselskiego „Znak” nie ma wzmianki w podręczniku historii. Nie ma też zdjęcia, które by przedstawiało milicjantów bijących demonstrantów pałkami i chmury gazów łzawiących.

W rozdziale „Tworzenie się opozycji” (s. 308–310) jest wiele manipulacji. Na s. 310 wymienione jest „komunistyczne harcerstwo”, chodzi oczywiście o „Drużyny Walterowskie” założone przez Jacka Kuronia, które nie miały nic wspólnego z harcerstwem, a wprost przeciwnie, służyły do rozbijania i zwalczania harcerstwa polskiego odrodzonego po październiku 1956 r. Wzorem dla „Drużyn Walterowskich” byli sowieccy pionierzy. Pisanie, że „kontynuowali działalność opozycyjną” (s. 310), to jest manipulacja. Przy liście do partii Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego autorzy podręcznika podali, że dwaj młodzi działacze PZPR „przeprowadzili krytykę systemu panującego w Polsce” (s. 309), ale nie dodali, że z pozycji marksistowsko-leninowskich (podobną krytykę przeprowadził Milovan Dżilas w Jugosławii). List do partii pozostał bez echa. Natomiast autorzy po wyjściu z więzienia cieszyli się popularnością jako byli więźniowie polityczni. Z działaczy konspiracyjnych czy opozycyjnych sprzed 1980 r. w tekście są zdjęcia tylko Adama Michnika i Jacka Kuronia (s. 310) oraz Lecha Wałęsy (s. 333) z notką biograficzną. Na s. 339 jest zdjęcie Tadeusza Mazowieckiego już jako premiera „pierwszego niekomunistycznego rządu”, co jak wiadomo jest błędne, gdyż był to rząd jak najbardziej komunistyczny, bo wszystkie najważniejsze resorty były w rękach komunistów.

Autorzy podręcznika całkowicie pominęli działalność antykomunistycznych grup i organizacji konspiracyjnych. Nie ma ani jednego zdania o podziemnej grupie „Ruch” (1965–1970) założonej przez braci Czumów: Andrzeja i Benedykta oraz oficera AK i cichociemnego Mariana Gołębiewskiego. Andrzej Czuma został skazany na 7 lat więzienia. W 1970 r. był głośny proces grupy „taterników”, którzy przenosili przez Tatry wydawnictwa paryskiej „Kultury”. Maciej Kozłowski – skazany na 4,5 roku więzienia, Jakub Karpiński – na 4 lata. MSW odnotowało, że w 1970 r. za „wrogą propagandę” aresztowano 120 osób i 50 osób za przynależność do podziemnych organizacji. Takich informacji w podręczniku nie ma.

W sierpniu 1968 r. po najeździe na Czechosłowację armii Związku Sowieckiego, Ludowego Wojska Polskiego, armii Węgier, Bułgarii i NRD – na terenie Polski doszło do bardzo licznych akcji protestu przeciwko inwazji. To był wybuch działalności konspiracyjnej. Ulotki kolportowano w 64 miejscowościach, w niektórych wielokrotnie. W 49 miejscowościach pojawiło się ponad 200 napisów. Jawnie zaprotestowali polscy intelektualiści: Zygmunt Mycielski, Jerzy Andrzejewski i Sławomir Mrożek. W proteście poświęcił życie Ryszard Siwiec, żołnierz AK, który 8 września 1968 r. podpalił się na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Protestowała emigracja niepodległościowa: Prezydent i Rząd RP na uchodźstwie w Londynie oraz uczestnicy licznych demonstracji. W Krakowie podziemna organizacja młodzieżowa Armia Wyzwolenia rozrzuciła tysiące ulotek. Cała akcja protestu przeciw inwazji na Czechosłowację oraz solidarności z Czechami i Słowakami została w podręczniku przemilczana. Wymienione jest tylko nazwisko Ryszarda Siwca, bez informacji o nim (s. 298) i bez zdjęcia. Z organizacji podziemnych autorzy podręcznika wymienili tylko Polskie Porozumienie Niepodległościowe, które powstało w 1976 r. (s. 316). Jako inicjator grupy wymieniony jest Zdzisław Najder, a należało też wymienić Andrzeja Kijowskiego, Jana Olszewskiego, Jana Józefa Szczepańskiego, Jana Zarańskiego.

Bardzo dużo manipulacji jest w rozdziale „Początki opozycji”. Słusznie autorzy powstanie opozycji związali z kampanią przeciwko zmianom w konstytucji w 1975 r. Komunistom chodziło o wprowadzenie zapisów o kierowniczej roli PZPR, nienaruszalnym sojuszu z ZSRR i o zależności praw obywateli od wykonywania obowiązków. Słusznie napisali, że zmiany wywołały protesty środowisk opozycyjnych i Kościoła katolickiego, ludzi nauki, sztuki, artystów i kombatantów (s. 315). Tutaj, tak samo jak przy „Liście 34”, autorzy podręcznika nie wymienili żadnych nazwisk, a powinni wymienić kilkanaście. Pierwszy zaprotestował Episkopat Polski na czele z kardynałem Stefanem Wyszyńskim. Następnie prof. Edward Lipiński złożył w sejmie list podpisany przez 59 sygnatariuszy, stąd „List 59”. Inicjatorem był Jan Olszewski. List podpisali m.in.: Stanisław Barańczak, Ludwik Cohn, Jerzy Ficowski, Zbigniew Herbert, Anna Kamieńska, Jakub Karpiński, Wojciech Karpiński, Jan Kielanowski, Stefan Kisielewski, Leszek Kołakowski, Julian Kornhauser, Ryszard Krynicki, Jacek Kuroń, Edward Lipiński, ks. Stanisław Małkowski, Adam Michnik, Zygmunt Mycielski, Jerzy Narbutt, Jan Olszewski, Antoni Pajdak, Józef Rybicki, o. Jacek Salij, Stanisław Skalski, Antoni Słonimski, Wisława Szymborska, Jacek Trznadel, Adam Zagajewski, ks. Jan Zieja, Wojciech Ziembiński. W styczniu „List 59” podpisali jeszcze m.in. Mieczysław Kotlarczyk, Hanna Malewska, Hanna Rudzka-Cybisowa.

Następnie był „List 14” (albo 18) pierwszy podpisany: gen Mieczysław Boruta-Spiechowicz. „List 101” podpisany przez artystów, ludzi sztuki, nauki. Inicjatorem był Wiktor Woroszylski i Jacek Bocheński. Podpisani m.in.: Miron Białoszewski, Adam Ważyk, Kazimierz Brandys, Andrzej Kijowski, Leszek Kołakowski, Halina Mikołajska.

W sumie kilka tysięcy osób przesłało protesty do sejmu. Poprawki złagodzono i przyjęto (10 lutego 1976 r.) przy jednym głosie wstrzymującym się – Stanisława Stommy. Powstało środowisko ludzi otwarcie występujących przeciwko władzy komunistycznej. Osoby te narażone były na szykany, ale władze nie mogły już stosować jawnie brutalnych metod jak poprzednio, gdyż 1 sierpnia 1977 r. w Helsinkach 35 państw podpisało Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, w którym państwa sygnatariusze zobowiązały się do przestrzegania praw człowieka. Piszą o tym autorzy na s. 326 – choć często ten dokument jest pomijany w podręcznikach. Drugi dokument ważny dla opozycji w latach 70. i 80., czyli Międzynarodowy Pakt Praw Obywatelskich i Politycznych – ratyfikowany przez PRL w marcu 1977 – został w podręczniku pominięty.

Autorzy podręcznika całkowicie pominęli rolę zagranicznych radiostacji nadających w języku polskim: Radio Wolna Europa, BBC Londyn, Głos Ameryki, Radio Watykańskie, RFI Paryż. Całkowicie pominięto znaczenie polskiej emigracji niepodległościowej dla działalności politycznej i kultury polskiej. Na s. 309 wymieniony jest miesięcznik „Kultura” wydawany przez Jerzego Giedroycia w Paryżu. Wydawnictwa londyńskie pominięte, a powinny być wymienione np. „Wiadomości Literackie” Mieczysława Grydzewskiego. Nie ma nazwisk poetów, pisarzy i artystów. Choć kilku trzeba wymienić: Jan Lechoń, Kazimierz Wierzyński, Józef Łobodowski, Józef Czapski, Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz, Wacław Iwaniuk, Gustaw Herling-Grudziński, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Feliks Topolski, August Zamoyski. Nie ma wzmianki o przyznaniu Nagrody Nobla dla Czesława Miłosza w 1980 r., co miało znaczenie dla ówczesnej sytuacji politycznej i zwróciło uwagę na twórczość emigrantów. Nie ma w podręczniku rozdziału o kulturze polskiej w kraju w latach 60., 70. i 80. Nie ma nazwisk pisarzy i poetów, którzy mieli wpływ na społeczeństwo, jak np. Zbigniew Herbert. Natomiast autorzy poświęcili dwie strony na opis i zdjęcia Pałacu Kultury i Nauki (s. 266–267). Autorzy podręcznika pominęli kulturę w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, bo takiego punktu nie ma w Podstawie programowej wprowadzonej w 2009 r. przez minister edukacji narodowej Katarzynę Hall. To jest wielki błąd, gdyż wydarzenia kulturalne miały ścisły związek z polityką. Autorzy nie wykazali się własną inicjatywą, chociaż napisali bardzo dobry, choć krótki artykuł o kulturze, sztuce i edukacji okresu międzywojennego (s. 102–105). Zwrócili uwagę, że w pierwszych latach rządów Gomółki nastąpił rozwój kultury polskiej i wymienili polską szkołę filmową (s. 306). Całkowicie pominęli rozwój twórczości poetyckiej i prozatorskiej.

Autorzy podręcznika napisali o strajkach i demonstracjach przeciwko podwyżkom cen żywności w czerwcu 1976 r. w Radomiu, Ursusie i Płocku, o podpaleniu KW PZPR w Radomiu i pacyfikacji tego miasta przez oddziały MO i ZOMO (s. 315). Nie napisali, że strajki były w całym kraju i zatrzymano ok. 2500 osób, 333 skazano przez kolegia w trybie przyspieszonym, ok. 500 osób postawiono przed sądami – wyroki orzekano do 10 lat więzienia. Funkcjonariusze Milicji i ZOMO bili ludzi w aresztach i więzieniach. Dwie osoby zginęły w niewyjaśnionych okolicznościach: Jan Brożyna i ks. Ryszard Kotlarz. Dwie osoby zginęły na ulicy przy stawianiu barykady. Liczba robotników zwolnionych z pracy jest trudna do ustalenia – może to być kilka tysięcy, może kilkanaście tysięcy.

Autorzy nie napisali, że w obronie aresztowanych i pozbawionych pracy wystąpił prymas Stefan Wyszyński i Konferencja Episkopatu Polski, spiesząc z pomocą dla poszkodowanych i pozbawionych pracy. Prymas i biskupi zwracali się do władz państwowych o zaniechanie represji, przywrócenie odebranych praw, wzywali o zastosowanie amnestii wobec skazanych. Autorzy słusznie napisali, że z pomocą represjonowanym przyszli działacze opozycji (s. 315), którzy we wrześniu 1976 r. w Warszawie założyli Komitet Obrony Robotników (KOR). Autorzy nie wymienili założycieli KOR-u, których było 14 osób, ale podali kilka nazwisk ze środowiska KOR-u i późniejszego Komitetu Samoobrony Społecznej „KOR”. Kilka nazwisk założycieli należało wymienić. Byli to: Jerzy Andrzejewski – pisarz, Stanisław Barańczak – poeta, teoretyk literatury, Ludwik Cohn – adwokat, więzień polityczny w PRL, Jacek Kuroń – historyk, pedagog, więzień polityczny PRL, Edward Lipiński – profesor, ekonomista, członek PAN, Jan Józef Lipski – dr hab., historyk literatury, żołnierz AK, Antoni Macierewicz – historyk, działacz harcerski, więzień polityczny w PRL, Piotr Naimski – biochemik, działacz harcerski, Antoni Pajdak – dr praw, adwokat, przed wojną w PPS, zastępca Delegata Rządu na Kraj, aresztowany przez NKWD, sądzony w Moskwie w procesie szesnastu przywódców Polski Podziemnej, Józef Rybicki – dr, filolog klasyczny, oficer AK, szef Kedywu Okręgu Warszawskiego AK, Aniela Steinsbergowa – adwokatka, brała udział w procesach rehabilitacyjnych żołnierzy AK, Adam Szczypiorski – profesor PAN, ks. Jan Zieja – kapelan Szarych Szeregów, w powstaniu warszawskim w pułku „Baszta”, Wojciech Ziembiński – redaktor techniczny, więzień niemieckich obozów pracy. Następnie do KOR-u przystąpili: Halina Mikołajska – aktorka, Mirosław Chojecki – chemik, pracownik naukowy IBJ, działacz harcerski, Bogdan Borusewicz – historyk, Józef Śreniowski – socjolog, Stefan Kaczorowski – adwokat, w czasie okupacji prezes Zarządu Stołecznego Stronnictwa Pracy, uczestnik powstania warszawskiego, Wojciech Onyszkiewicz – historyk, działacz harcerski, Adam Michnik – historyk, były więzień polityczny w PRL. We wrześniu 1977 r. KOR przekształcił się w Komitet Samoobrony Społecznej „KOR”, bo zmienił się zakres działania, a nie z powodu sporów – jak napisali autorzy na s. 315. Do KSS „KOR” należało ponad 30 osób m.in.: Leszek Kołakowski, Jan Lityński, Zbigniew Romaszewski, Seweryn Blumsztajn, Jerzy Ficowski. Biuro interwencyjne prowadzili Zofia i Zbigniew Romaszewscy. KOR była to inicjatywa inteligencji dla robotników pokrzywdzonych przez władze. Celem KOR-u było niesienie pomocy prawnej, finansowej i lekarskiej represjonowanym robotnikom, pozbawionym pracy, uwięzionych i wszystkim osobom prześladowanym przez władze komunistyczne. O działalności KOR-u autorzy napisali: „Członkowie Komitetu nieodpłatnie bronili oskarżonych w sądach, organizowali zbiórki podpisów na rzecz ich uwolnienia, a także głodówki, które stały się popularnym środkiem nacisku na władze” (s. 315). Tutaj autorzy użyli nieodpowiedniego przymiotnika pisząc – „popularnym”. Raczej należało napisać „ostatecznym środkiem nacisku”. Nie tylko członkowie Komitetu bronili nieodpłatnie, ale także współpracownicy, adwokaci np. Jan Olszewski. Autorzy błędnie podali, że organem ruchu był „Robotnik” (s. 315). Pismami KOR-u były „Komunikaty KOR” i „Biuletyn Informacyjny”. Czasopismo „Robotnik” – wydawane od września 1977 r. – przeznaczone było dla świata pracy, czasopismo „Placówka” – dla środowiska wiejskiego.

O Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, drugim ugrupowaniu, które powstało w marcu 1977 r. w Warszawie, autorzy napisali jedno zdanie (s. 316). ROPCziO założył Andrzej Czuma i środowisko dawnej organizacji podziemnej „Ruch”. Do tej grupy przyłączył się dziennikarz tygodnika „Stolica” i historyk Leszek Moczulski. Uczestnikami Ruchu Obrony byli m.in.: gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz, Antoni Heda „Szary”, Benedykt Czuma, Marian Gołębiewski, Stefan Kaczorowski, Marek Myszkiewicz-Niesiołowski, Wojciech Ziembiński, Kazimierz Pluta-Czachowski, Piotr Typiak, Bogusław Studziński, Marian Piłka, Aleksander Hall, przejściowo Antoni Pajdak. Z Ruchu Obrony wyszedł Leszek Moczulski i założył własne ugrupowanie Konfederację Polski Niepodległej, która – w odróżnieniu od komitetów społecznych – była partią polityczną. Ruch Obrony wydawał pismo „Opinia”, a dla środowiska wiejskiego pismo „Gospodarz”.

W podręczniku jest informacja, że „w maju 1977 r. w Krakowie zabito jednego ze współpracowników KOR, studenta Stanisława Pyjasa” (s. 315). Nie ma żadnej wzmianki o wielkich manifestacjach studenckich, które były w dniu 15 maja 1977 r. dla uczczenia pamięci Stanisława Pyjasa i protestu przeciw metodom działania SB. A były to manifestacje największe w Polsce od marca 1968 r. Nie ma w podręczniku informacji, że w tym dniu utworzono w Krakowie Studencki Komitet Solidarności. Założycielami byli: Liliana Batko – studentka filologii polskiej UJ i Bogusław Sonik – student prawa UJ oraz grupa studentek i studentów z Duszpasterstwa Akademickiego Dominikanów „Beczka”. SKS to była pierwsza w Europie środkowo-wschodniej organizacja studencka niezależna od komunistów. Następnie powstały Studenckie Komitety Solidarności w: Warszawie, Gdańsku, Poznaniu, Wrocławiu i Szczecinie. Pominięcie w podręczniku informacji o SKS-ach to jest poważny błąd, gdyż były to ugrupowania liczące najczęściej po kilkaset osób i oddziałujące na środowisko akademickie w danym mieście, a także na całą Polskę. Krakowski SKS wydawał czasopisma „Sygnał” oraz „Indeks”. Przemilczenie powstania SKS-ów to jest błąd i zafałszowanie historii.

W kraju zaczęły powstawać dalsze komitety. W podręczniku nie ma wiadomości o powstaniu w Warszawie w maju 1977 r. Polskiego Komitetu Obrony Życia i Rodziny, który rok później zmienił nazwę na Polski Komitet Obrony Życia, Rodziny i Narodu. Komitet założyła grupa skupiona wokół Mariana Barańskiego. Komitet zbierał podpisy za uchyleniem ustawy aborcyjnej z 27 kwietnia 1956 r.

Autorzy podręcznika odnotowali powstanie Komitetu Wolnych Związków Zawodowych w Katowicach w lutym 1978 r. i na Wybrzeżu w kwietniu 1978 r. (s. 316). Przy Komitecie w Katowicach wymienili nazwisko Kazimierza Świtonia, ale pominęli Romana Kściuczyka i Władysława Suleckiego. Był jeszcze trzeci Komitet Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża Zachodniego, którego autorzy nie wymienili, założony w październiku 1979 r. w Szczecinie i Gryfinie przez Mirosława Witkowskiego, Jana Witkowskiego, Danutę Grajek, Stefana Kozłowskiego i in. Wydawali pismo „Robotnik Szczeciński”.

Autorzy całkowicie pominęli powstanie komitetów chłopskich. To jest duży błąd, powinni podać nazwy i miejscowości, gdzie powstały komitety. W lipcu 1978 r. w Ostrówku koło Milejowa powstał Tymczasowy Komitet Samoobrony Chłopskiej Ziemi Lubelskiej – główny organizator Janusz Rożek. We wrześniu 1978 r. w Zbroszy Dużej powstał Komitet Samoobrony Chłopskiej Ziemi Grójeckiej. Animatorem tej grupy był ks. Czesław Sadłowski. W listopadzie 1978 r. we wsi Łowisko, gm. Kamień, powstał Komitet Samoobrony Chłopskiej Ziemi Rzeszowskiej. Założyciele: Józef Baran, Katarzyna Krasoń, Stanisław Krasoń, Katarzyna Zdeb, Bolesław Zdeb i wielu innych. W listopadzie 1978 r. w Lisowie koło Białobrzegów powstał Tymczasowy Komitet Niezależnego Związku Zawodowego Rolników. Założyciele: Henryk Bąk, Henryk Kosut, Jan Kozłowski. Wydawali pisma: „Postęp” i „Rolnik Niezależny”. W listopadzie 1978 roku powstał Podlaski Komitet Samoobrony Ludzi Wierzących w Opolu Starym koło Siedlec. Założyciel: Stanisław Karpik. W sierpniu 1979 r. w Przemyślu powstał Przemyski Komitet Samoobrony Ludzi Wierzących. Założyciel: Stanisław Kusiński.

W jednym zdaniu autorzy podręcznika wspomnieli o utworzeniu w Gdańsku Ruchu Młodej Polski i wymienili tylko nazwisko Aleksandra Halla (s. 316), a pominęli Aleksandra Rybickiego, Jacka Bartyzela i Marka Jurka (lipiec 1979). W Gdańsku to środowisko wydawało pismo „Bratniak”.

W podręczniku nie ma wzmianki o działalności tzw. Uniwersytetu Latającego i Towarzystwa Kursów Naukowych – założonego w styczniu 1978 r., które prowadziło wykłady w prywatnych mieszkaniach. Były to wykłady z różnych dziedzin nauki, najczęściej z historii i literatury. Służba Bezpieczeństwa nasyłała bojówkarzy, którzy zakłócali wykłady, bili wykładowców i studentów.

Termin „drugi obieg” autorzy wprowadzili w odniesieniu do lat osiemdziesiątych (s. 337). To jest błąd, bo druk ulotek, czasopism i książek poza zasięgiem cenzury, czyli „drugi obieg”, rozpoczął się od 1976 r. Powstały podziemne drukarnie, np. NOW-a – Niezależna Oficyna Wydawnicza, KOS – Krakowska Oficyna Studentów. Za działalność w jawnych komitetach uczestnicy byli karani zwolnieniem z pracy, zatrzymaniem w areszcie, aresztowaniem, pobiciem przez „nieznanych sprawców”, wywiezieniem poza miejsce zamieszkania, a nawet śmiercią w „niewyjaśnionych” okolicznościach.

Na s. 317 autorzy opisywali poprawę relacji państwo–Kościół za czasów Gierka i znalazło się tam takie zdanie: „Nadal jednak zdarzały się niewielkie szykany, takie jak powoływanie kleryków do wojska i próby ograniczenia roli punktów katechetycznych”. Szykany były duże, bo komuniści nie zezwalali na budowę kościołów: zapotrzebowanie było na kilkaset świątyń, zezwoleń wydano kilkadziesiąt. Abp Ignacy Tokarczuk polecił budować kościoły bez zezwoleń. Służba Bezpieczeństwa (SB) i Milicja Obywatelska (MO) prześladowały uczestników Ruchu Oazowego, duszpasterstw akademickich. Cały czas trwała inwigilacja kardynałów, biskupów i księży oraz seminariów i klasztorów.

Wobec prześladowań niezależnej działalności kulturalnej pod koniec lat siedemdziesiątych władze kościelne zezwalały na spotkania autorskie i wieczory poetyckie w salach przy kościołach. Nie ma o tym wzmianki w podręczniku.

Artykuły „Powstanie NSZZ »Solidarność«” (s. 332) i „Stan wojenny” autorzy umieścili po artykule „Jesień ludów”, w którym opisali upadek muru berlińskiego (s. 327). Zakłócona została chronologia, choć autorzy starali się korelować historię powszechną i historię Polski. Taki układ treści jest ahistoryczny, nielogiczny, wprowadza zamieszanie i utrudnia zrozumienie faktów. Ten bezsensowny układ treści wprowadziła Minister Edukacji Narodowej Katarzyna Hall w Podstawie programowej w 2009 r. To samo powtórzyła minister Krystyna Szumilas w 2012 r.

Wśród przyczyn „wydarzeń sierpniowych” (s. 332) autorzy wymienili kryzys i złą sytuacje ekonomiczną. Całkowicie pominęli znaczenie pielgrzymki Ojca świętego Jana Pawła II do Polski w czerwcu 1979 r. Takie podejście jest niezgodne z Programem nauczania, na który powołuje się Wydawnictwo „Nowa Era”. Pielgrzymka papieża Jana Pawła II przyniosła entuzjazm, odrodzenie moralne narodu i więzi społecznych. W mszach i spotkaniach z papieżem uczestniczyło około 8–10 milionów ludzi, wszyscy byli wobec siebie uprzejmi i serdeczni. Nastąpiła zmiana relacji miedzy ludźmi, zamiast zatomizowanych jednostek pojawiło się społeczeństwo, wspólnota. Ludzie przestali się bać. Pielgrzymka Jana Pawła przywróciła narodowi poczucie własnej wartości. Zamiast „wydarzenia sierpniowe”, lepsza byłaby nazwa Powstanie moralne narodu, albo Powstanie Solidarnościowe, w którym uczestniczyły wszystkie warstwy społeczeństwa: robotnicy, rolnicy, studenci i inteligencja. Szczególnie entuzjastycznie powitała papieża młodzież.

Autorzy podręcznika nie podali 21 postulatów gdańskich z sierpnia 1980 r., a to powinien być materiał źródłowy. Wymienili tylko kilka: żądanie akceptacji niezależnych od PZPR (w oryginale od partii i pracodawców) wolnych związków zawodowych (1), zagwarantowanie prawa do strajku (2), uwolnienie więźniów politycznych (4). Inne żądania skwitowali krótko, że stoczniowcy żądali poprawy warunków socjalnych (s. 333). Skrytykowali postulat (18): trzyletnie płatne urlopy macierzyńskie i postulat (14) obniżenie wieku emerytalnego dla kobiet do 55 lat, dla mężczyzn do 60 lat. Autorzy podręcznika pominęli postulat (3) – przestrzeganie zagwarantowanych w konstytucji PRL wolności słowa, druku, publikacji oraz udostępnienie środków masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań. Pominęli też postulat (12): wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej, znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego.

Słusznie autorzy podręcznika napisali, że w NSZZ „Solidarność” było ok. 10 mln osób. Niestety zapomnieli napisać o utworzeniu Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Rolników Indywidualnych „Solidarność”, w którym było według różnych szacunków do 1,5 mln osób. Nazwa związku i data powstania jest tylko na mapie na s. 336. Nie wspomnieli, że z SKS-ów powstało Niezależne Zrzeszenie Studentów.

W artykule o stanie wojennym autorzy podręcznika błędnie napisali, że po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 r.: „Doszło jedynie do kilku wystąpień, które szybko stłumiono. Kilka zakładów pracy podejmowało próby strajków, jednak były one pacyfikowane” (s. 334). To jest fakt powszechnie znany, że odpowiedzią na wprowadzenie stanu wojennego i aresztowania działaczy „Solidarności” były strajki w 261 zakładach w 31 województwach (dane oficjalne). Doszło do demonstracji i walk ulicznych w większych miastach. W Gdańsku demonstracje trwały w dn. 16–17 grudnia. W wyniku ostrzelania demonstrantów z karabinów maszynowych jedna osoba zginęła: Antoni Browarczyk, 324 osoby zostały ranne. Trwały strajki górników pod ziemią, najdłużej w kopalniach „Ziemowit” w Lędzinach do 24 grudnia, a w kopalni „Piast” w Bieruniu do 28 grudnia. W tym samym artykule o stanie wojennym autorzy nie podali, że Kopalnia Węgla Kamiennego „Wujek” jest w Katowicach (s. 334). Napisali, że „od kul wojska i ZOMO, 16 grudnia 1981 r. zginęło dziewięciu górników”. (s. 334). Jak wiadomo z wieloletniego śledztwa „ludowe wojsko” nie strzelało wtedy do górników, ale Pluton Specjalny ZOMO. To jest kolejny błąd faktograficzny w podręczniku. Tutaj autorzy powinni zamieścić zdjęcie obrazów znanej artystki malarki Haliny Eysymont „Dziewięciu z Wujka” z wizerunkami zamordowanych górników. Mogli podać ich nazwiska: Jan Stawisiński, Joachim Gnida, Józef Czekalski, Krzysztof Giza, Ryszard Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Zbigniew Wilk, Zenon Zając. Rannych zostało 21 górników. Zamiast upamiętnienia zabitych górników i przekazania faktów, to na s. 334 jest duże, kolorowe zdjęcie… Jaruzelskiego.

Do artykułu o stanie wojennym należało dodać zdjęcie z demonstracji w Lubinie 31 sierpnia 1982 r., gdzie funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej strzelali do zgromadzonych mieszkańców i zabili trzy osoby: Michała Adamowicza, Andrzeja Trajkowskiego i Mieczysława Poźniaka. Zdjęcie przedstawia robotników, którzy niosą rannego kolegę Michała Adamowicza. Ciężko ranny od kul milicyjnych – zmarł. To zdjęcie jest symbolem stanu wojennego – zamieszczone zostało w wielu wydawnictwach, nie znalazło się jednak w podręczniku historii dla polskiej młodzieży.

W podręczniku nie ma żadnej informacji o wielkich demonstracjach, o działalności podziemnej „Solidarności”, Niezależnego Zrzeszenia Studentów, Ogólnopolskiego Komitetu Oporu Rolników. Nie ma nawet nazwy Solidarność Walcząca czy Federacja Młodzieży Walczącej do której należeli uczniowie szkół średnich. Nie ma wzmianki o audycjach podziemnego radia „Solidarność” w Warszawie, Krakowie, Gdańsku, Poznaniu i Wrocławiu. Nie ma zdjęć z wielkich demonstracji i walk ulicznych z ZOMO.

Przemilczana jest całkowicie działalność Kościoła po wprowadzeniu stanu wojennego. W dniu 17 grudnia 1981 r. założony został w Warszawie Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. Komitet wysyłał paczki dla internowanych i aresztowanych, pomagał rodzinom, udzielał zapomóg osobom pozbawionym pracy. Z Komitetem współpracowało około 800 wolontariuszy. Komitety działały w diecezjach i niektórych parafiach.

Autorzy przemilczeli działalność Kościoła także po formalnym zniesieniu stanu wojennego. W salach przy kościołach odbywały się koncerty, spektakle teatralne, wieczory poetyckie, wystawy malarstwa i rzeźby. Większość artystów bojkotowała reżimowe radio, telewizję i oficjalne wystawy. Cenzura tępiła wolną myśl. Nadzieje, które różne warstwy społeczeństwa, w tym także środowiska twórcze, wiązały z „Solidarnością”, zostały zniszczone.

Na s. 334 autorzy napisali, że: „Liczbę ofiar stanu wojennego szacuje się na ponad 50 osób”. I tu jest niedokładność, bo rzeczywiście od 13 grudnia 1981 do 22 lipca 1983 r. zginęło ponad 50 osób, według IPN – 56 osób. Jednak ludzie ginęli w następnych latach. Komisja posła Jana Rokity ustaliła, że na 122 przypadki niewyjaśnionych zgonów działaczy opozycji – 93 ma związek z działalnością MO i SB. W roku „Okrągłego stołu” zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach trzej księża: Stefan Niedzielak, Stanisław Suchowolec i Sylwester Zych.

W sprawie wyjazdu wojsk rosyjskich z Polski autorzy słusznie napisali, że rząd Mazowieckiego nie poruszał tej sprawy w rozmowach ze ZSRR (s. 342). Rozmowy zaczęły się dopiero w jesieni 1990 r. Dalej napisali: „Ostatecznie dzięki polityce Lecha Wałęsy prezydent Rosji Borys Jelcyn wydał zgodę na wycofanie swoich jednostek” (s. 342). Autorzy nie napisali, że Lech Wałęsa został przymuszony przez premiera Jana Olszewskiego do wynegocjowania korzystnych warunków (bez spółek polsko-rosyjskich w dawnych bazach) i do przyspieszenia wyjazdu wojsk rosyjskich.

Autorzy zakończyli podręcznik na roku 2004, tj. na włączeniu Polski do Unii Europejskiej. Przyjęcie takiej cezury wynika z Podstawy programowej wprowadzonej przez Minister Edukacji Narodowej Katarzynę Hall w 2009 roku. Autorzy podporządkowali się temu rozporządzeniu i Programowi nauczania, chociaż wielu innych doprowadziło swoje podręczniki do wyborów prezydenckich w 2010 r. W ten sposób autorzy podręcznika „Poznać przeszłość” uniknęli podjęcia wydarzeń prezydentury Lecha Kaczyńskiego i jego śmierci w katastrofie rządowego samolotu w Smoleńsku. Obecnie sprawą pilną jest przyjęcie nowej Podstawy programowej.

W podręczniku do historii „Poznać przeszłość. Wiek XX” jest dużo błędów, przemilczeń i manipulacji. Zająłem się tylko tymi błędami, które dyskwalifikują ten podręcznik. Można by wyliczyć jeszcze bardzo dużo różnych usterek, ale na to trzeba by napisać erratę w formie książki. Aktualne wydanie tego podręcznika należy wycofać z użytku szkolnego, bo z powodu zakłamania przeszłości przynosi szkodę dla młodzieży i utrudnia pracę nauczycielom.